Autor: KreZbi

  • KRZESŁO NA DRODZE

    rzecz o „Miniaturach” Macieja Krzemińskiego

    „Krzesło na drodze „- to jedna z miniatur opowiadań autora Macieja Krzemińskiego, któren to zbiór wydało Ogólnopolskie Stowarzyszenie Literatów we Włocławku. Są one czymś co nieoczekiwanie wzięło się na moim biurku jak owe „Krzesło na drodze”, które jest podmiotem jednego z tych małych opowiadań w książce. Ta zupełna abstrakcja tworzy niebywałą sytuację – bo na przykład jadąc drogą, czy szosą, do wybranej miejscowości z jakąś prędkością, widzimy na drodze stojące, zupełnie bez powodu, krzesło!
    Zastanawiać się zatem trzeba – dlaczego tutaj, w takim miejscu stoi i co jest powodem umiejscowienia przedmiotu domowego użytku służącego do spoczynku w miejscu ruchu ulicznego? – Są przeróżne domysły a i powody, dlaczego. Otóż krzesło takie mogło spaść z transportu, lub mógł je wynieść w pole pastuch i dla zupełnej zabawy postawić na drodze, a może to jakiś wędkarz? – Zatem, jadąc dalej rowerem czy samochodem, zastanawiamy się po co? na co? – dlaczego? Czytałem wszystkie miniatury Krzemińskiego, zastanawiałem się nad sensem takiej metaforyki, niesłychanie rozbudowanych pojęć – bo przecież z miniatur jest inna, czasem nawet dziwna, a nawet szokująca, gdy czasem jest mowa o jakiejś bezsensownej śmierci.
    Maciej Krzemiński – jak czytam, rocznik 1971, filolog, nauczyciel języka polskiego i doktorant na UMK w Toruniu, zdradza tu najoryginalniejsze pomysły, wynikające, jak mówi podtytuł, „Tydzień zdarzeń”. Autor spogląda na świat, jakby zaglądał mu pod podszewkę w właściwie życiu, które gdzieś na obrzeżach toczy się jakby samo sobie, bo czasami niepotrzebnie? Bo przecież popatrzmy – wziął sobie autor do swych opowiadań takie postaci jak: Raca – rzeźbiarka rzeźbiąca same stopy, Samotny Dziwak, Siostra Klara – kochająca się w pięknym mężczyźnie z obrazka, którym był diabeł, Markiza wiet-Nam, Roman – grubianin i cham, Lou Adamsky – czyli on sam, wesoły Zenio – bez zajęć, ale obserwator dokładny, Koniokuroryba, – natychmiast w drugiej części pt. „Zdarzenie” / z tak zwanym odsyłaczem do gwiazdki w podtytule / czytam: – to co się zdarzyło, wydarzyło, zaszło, co się stało,: wypadek, wydarzenie, zajście: doniosłe, dziwne, osobliwe, radosne, zabawne zdarzenie… / Słownik języka polskiego / – Czyli należy oczekiwać w dalszej części, już tych bardziej formalnych zdarzeń, a być może tych z autopsji? – jak domniemam, gdyż po przeczytaniu ich wynoszę wrażenie, że są właśnie zbudowane na takich fabułach i metaforach. Autor świadomie podzielił książkę, żeby dać do wiadomości czytelnikowi, że te opowiadania miniaturowe w drugiej części są inne i jakby o innej cenie i sile. Ale wróćmy do początku książki / zanim omówić mi przyjdzie tę drugą część /.
    Otóż autor kusi się o jakiś pseudonowatorski język literacki, natomiast tę abstrakcyjność wprowadza do fabuł – co jest bardzo cenne! A w dzisiejszym czasie dość nie spotykane u nowych początkujących autorów, którzy idą raczej w przedziwną formę a niżeli chcą się pokusić o oryginalną fabułę / czyli coś co może zastanowić w samej treści opowiadania /.
    Natomiast Krzemiński używa języka opisowego, czasem reporterskiego? Opisuje niecodzienność, która jak wspomniałem zdarza się na obrzeżach wyobraźni jak w życiu. Pomysły niebywałe wręcz Krzemińskiego, bo na przykład rzeźbiarka, gruba Raca rzeźbiąca stopy, często chodziła w długiej, białej koszuli z czarnymi
    Skrzydłami / wymalowanymi?/ na niej, lubiła jeść, spać i marzyć i nagle w jakiś poniedziałek wszystko się odmieniło, gdyż przychodzi jakiś głos i karze dorzeźbić siebie całego do owych stóp…. A gdy ona to czyni, posąg zwany dolej Kolosem Piękna ucieka z pracowni… na co Raca wpada w furię…. Od tego momentu rzeźbiła same Kolosy Piękna!
    W innym opowiadaniu jest historia o Zeniu marzycielu, który zakochał się w suczce, a gdy ta urosła i zakopulował na niej olbrzymi Brytan, Zenio zwabia oba psy do domu i dokonuje mordu na Brytanie – a w efekcie ta dorosła suka zagryza swego pana mordercę za ten czyn we śnie. Historia Klary, także jest interesująca, gdyż zdarzenie jest w murach klasztoru w takiej warowni Boskiej a rozegrany dramat Klary w opowiadaniu „Modlitewnik” jest poprzedzany kłamstwem – Zaglądanie do podarowanego, ręcznie pisanego i malowanego modlitewnika / przez inną zmarłą siostrę / Klarze. gdzie widniał piękny młodzian Szatan stojący u wrót Piekieł… jakby przywołujący ją do siebie, do tego modlitewnika, coraz częściej….
    W opowiadaniu „Markiza i Teresa” są poczynania plebejskiego prostaka w zalotach do markizy itd. Oczywiście nie bez kozery przytaczam skrótowe omówienia niekończące się w tej nietypowej książce, gdyż pragnę zachęcić do czytania mini opowiadań Krzemińskiego.
    Autor, należy sądzić, celowo bierze do tych opowiadań niecodzienne, niespotykane sytuacje – ale jakby nagle, zaskakujące nas streszczenia, gdzie w treści jest kod poetycki wiodący do metafory w której podskórnie wyśmiewa: grubiaństwo, kamuflaż czy niecodzienną prostotę a nawet wręcz prostactwo! Autor, żeby uzmysłowić nam problem, który staje się pewną normą, celowo buduje zdarzenia, żeby pokazać do czego można się spowodować bez inteligencji czy wyobraźni lub intuicji. Są tu takie postaci i takie sytuacje, tworzone w sposób zamierzony, zaaranżowane celowo, jakby maszkaronizm, jak w obrazach Dudy Gracza? – gdzie błąka się śmierć w przebraniu Don Kiszoterii na jakimś mule i zagląda nam pod skórę i umysł /?/.
    Tworzy Krzemiński, zdaje się, sytuacje na pozór niebanalne, choć w treści jest dużo banału, niespokojnej prostoty i chamstwa. Wydaje się, że autor tworzył swoje klucze do tych miniatur celowo, bo zależności między nimi nie ma jedynie styl interpretacyjny. Wydaje się, że autor tworzył te miniatury „z potrzeby serca”, gdyż są dociekliwe. Co się zaś tyczy drugiej części książki Krzemińskiego, oczywiście ten sam język, jednakże treści inne a przejściem do tej części, jakby na zdziwienie opowiadanko pt. „Ósmy dzień tygodnia „, „Koniokuroryba „, gdzie Miriam nienawidzi swej kobiecości i postanawia zostać koniem… później jeszcze czymś i jeszcze – oczywiście nienasycona chęć kobiety, która ma wszystko co najważniejsze bo przecież jest piękna, a czegoś pragnie na dodatek – i wciąż czegoś i jeszcze i jeszcze i…. Opowiadania w częściach następnych są bardziej ambitne, jak wydaje się po tytułach, choć to ostatnie było nazbyt surrealistyczne, ale bliskie wyobraźni i chciwości nie tylko kobiet.
    Otóż „Czy możliwa jest redukcja” to tytuł następnego opowiadania, gdzie okazuje się, że może tak – może nie…. Dalsze – to „Poeta”, „Strach”, „Wino”, „Krucyfiks”, „Bajka”, „Przedmioty żyją” – bo i jest tu owe „Krzesło na drodze” i „Zwycięstwo śmierci”- a tym „zwycięstwem” autor puentuje całość – czyli tę swoją różnorodność opowiadań miniaturowych, gdzie przecież, jak powiedziałem, śmierć owa żeruje, bo nawet w najbardziej śpiącym życiu jest obecna /?/. Jeszcze brakuje mi w tych opowiadaniach, choć ich fabuła wychodzi z poezji to odczuwam brak właśnie poetyckiego języka, gdzie jakby z konieczności potrzebny jest zawsze, gdy chodzi o małe formy prozatorskie celem pogłębienia metafor. Tak! –, ale z drugiej strony pozostawia to jakiś niedosyt na co powinno być zdane każde dziełko autorskie / po to żeby do niego wracać/. Pewnym jest jednak, że czym krótsze opowiadania tym więcej języka poezji. O prozie Krzemińskiego można mówić pozytywnie i tak trzeba mówić, gdyż widać tu oryginalność pomysłu i różnorodność. Powiedziałby ktoś złośliwie, że to taki misz-masz, ale daleko Maciejowi Krzemińskiemu /wbrew myśli/, że jak wszystko – to nic, a więc jedynie tu różnorodność, oraz pokazanie w niej swych możliwości /?/. To przecież podobnie jak w każdej poetyckiej książce mamy przecież różnorodność wierszy i metafor, choć wszystko jest jakoś spójne z ideą i myślą autorską, która przecież zawsze układała się chronologicznie, żeby wysnuć na koniec swojego dzieła jakieś przesłanie. To wszystko, te czy inne zasadności są w tej książce i wydaje się, że autor da jeszcze usłyszeć o sobie o szerszych formach – tego oczekuję i namawiam do zapoznania się z tym autorem, którego też namawiam jedynie na trochę więcej poezji w budowaniu treści, co może tylko pogłębić i bardziej zaciekawić w sobie – a jest w Krzemińskim magazyn myśli – jest tzw. ”baza”, z której dużo może wyjść i tego oczekujemy! Namawiam autora na więcej odwagi w sensie rozszerzenia treści i jeszcze więcej czerpania z autopsji, co będzie bardziej szczere a nie pozornie zmyślone… – Krzemiński to dobrze zapowiadający się prozaik, czego mu życzę i zachęcam do dalszej pracy i większego otwarcia swego spektrum artystycznego. Oby!

    Zbigniew Kresowaty

    Maciej Krzemiński, „MINIATURY”, Włocławek 2000. Ogólnopolskie Stowarzyszenie Literatów s. 46.

  • ANON GENUINE POLE

    o ostatnim zbiorze wierszy Bogdana Loebla

    „Polak nieprawdziwy” jest tytułem tomu wierszy Bogdana Loebla. Znany poeta, autor tekstów śpiewanych – (tworzący w przeszłości Spółkę Autorską z Tadeuszem Nalepą), wydał interesujące poezje, które są odniesieniem do naszego czasu obecnego. Czasu trudnego, w którym jesteśmy narażeni na wszelkie efekty wynikające z przyswajania i transformowania tzw. „dóbr wolności”. Czas to pomieszania umysłów, deformacji, rozwibrowania umysłu i często (wbrew pozorom), niepokoju, a w efekcie frustracji i zagubienia… Jest to też czas budzenia nowych ambicji, nowego otwarcia się, czas weryfikacji osobowości, czas tworzenia „na nowiu”… Seria wydawnicza zatytułowana „PRZYLASZCZKA”, zapoczątkowana książką Krystyny Lenkowskiej pt. „Nie deptać przylaszczek” (przy ilustracjach Franciszka Maśluszczaka), otwiera pewien cykl wartościowej poezji, znanych poetów, którzy będą wydawać w tej serii w Wydawnictwie „YES” w Rzeszowie. Jak widać, pięknie, solidnie zrobione książki, w twardych okładkach, w formacie A-4. Oby tylko z powodzeniem dla przedsięwzięcia sponsorów, gdyż okres to trudny, wymagający środków…
    Wydaje się, że pomysłodawcy i sponsorzy, mający dużo atencji dla wartości poezji, w osobie Waldemara Lenkowskiego i jego żony – czy podołają (?)- i chwała im za to! Ale wracając do tego wydania, drugiego w w/w serii – jest to dwujęzyczny zbiór z tłumaczeniem Radosława Loebla (anglisty i artysty), dedykowany ukochanej wnuczce Julii, przez autora, który, jak się też okazuje, zaczyna podsumowywać swój wspaniały dorobek. Loebl, poeta o dużym i znaczącym dorobku, podejmuje się w tej książce odebrać sobie wiersze tyczące się naszej niefrasobliwości, niekompetencji, czasem braku wyobraźni, wynaturzenia, czy nawet głupoty, wynikającej, jak wspomniałem, z tego nagłego czasu, z jego parcia, prędkości…Ja nazywam ten czas, że jest to czas „krzywej twarzy” – i jest o tym w tej książce. Uleganie poety pesymizmowi, całej problematyce eschatologii, a nawet w niektórych miejscach, publicystycznej formie przekazu, żeby bardziej ukazać swój stan rzeczy, czasem przy oszczędnej, a zdyscyplinowanej ironicznie, czy sarkastycznie poetyce, która właściwie jest podmiotem – to cel i konsekwencja tej książki. W książce pomieszczono reprodukcje rzeźb Adama Myjaka, wybitnego artysty, profesora rzeźbiarza, które w swej sile i metafizyce dobrze korespondują, jako zakładki, z osobowością poetycką Bogdana Loebla. Bo w konsekwencji poeta ten, z biegiem lat, okazał się jednym z najradykalniejszych turpistów i mizerabilistów. Myjaki, to także pełne napięcia, refleksji nad ludzką pychą i bezwzględnością, rzeźby. A poezja Bogdana Loebla, bijąca celnie, nawet ciężko, w stany duchowe, szczera – czasem katorżnicza, uderza w tony owe trochę paradoksalnie, namacalnie, aż do pęknięć w przestrzeni, nie mijając niczego co ważne dla czasu, który wypływa z nas jeden, lecz dla każdego objawia się wedle innych zasług. Cel najważniejszy dla poety, to oryginalność, choć poeta nie pozuje, nie udaje, natomiast jest blisko naszej skóry, naszej przepływowości z metafizyki wewnętrznej w zewnętrzną. Poeta umiał zawsze zareagować, choćby przez pewne stany duchowe objawione w poprzednich tomach poezji, czy powieściach, np. „Katarakta”, oraz w swoich słuchowiskach, choć ostatnio mniej wydawał, ale dwa tomiki warto wspomnieć „Wiersze o miłości” (RAF Rzeszów 1993 r.), oraz „Frankenstein nasz współczesny” (DOM WYD. JOTA 1991, z rys. Maśluszczaka). Ten wspominam, choć był wcześniej, gdyż zbliżony jest tematycznie do w/w w omówieniu, tomu wierszy. Ale wracając do „Polaka Nieprawdziwego” – jest to namacalny znak czasu, wymuszający swą poetyką cenne prawdy, kardynalne dla dalszej transformacji, dla dyskusji. Poezja ta jest jakby rzeźbą czasu i pozą ustawioną dla świata zewnętrznego, bo bywa często gorzka, czasem nieestetyczna, wywołana z przestrzeni, jak reakcja – jako taki kolos błyszczący swymi odcieniami, jak rzeźby Myjaka, czasem chropowaty, senny (?). Zaczyna poeta wierszem pt. „DOPÓKI” (str. 7) takimi słowami:

    Uderz mnie wielka ciszo
    dopóki są jeszcze bliscy
    robaki i szczury
    i ma kto pogrzebać i strawić
    moje ciało
    (…)

    Rzuca się poeta w wiry namacalne, w żywioł świata żywego, pragnie chłosty dotyku, dopuki jest jego dusza. To tak jakby przeżył już wszystko i wie na czym polega oryginalność i przestrzeń czasu tego, który go niesie. To nie tak! – nie tak! – położę siebie na stosie, mówi, żeby dać świadectwo (?)… „Polak Nieprawdziwy” (ANON GENUINE POLE) (wiersz str. 9) powstał z autopsji jak inne, ale ten pisany odruchem takiego zdrowego rozsądku, kiedy to poeta słuchający nocą radia, zbudzony jakby dygresjami o „prawdzie istnienia”, przez Ojca Dyrektora, który daje recepty na prawidłowość bytu, na prawdziwego Polaka, odreagowuje poeta momentami jakby z napływu adrenaliny (?) Uznaje, że musi zabrać głos na pchającą się głupotę w okienka naszych domostw, naszych serc, czy umysłów. Wiersz, jak mi oznajmił Bogdan, napisany momentem chwili, jak inne, ale ten jest wyraźną ripostą na demagogię, na sądy, na osądy… Poeta ma prawo tak reagować, ponieważ jego świat nie jest zwężony, a dar odgadywania tego świata pochodzi też od Boga – ale jest zawsze z natury kierowany rozumem! Polega, wie na czym polega, Krzyż Narodu, zna historię Polski, dowodził tego wiele razy. Poeta jest wśród ludzi i ich spraw, kontynuuje Loebl tak: (str.9):

    Nocą obudził mnie
    Ojciec Dyrektor

    mówił do mnie jak do syna
    albo brata chociaż
    nie czuję się
    PRAWDZIWYM POLAKIEM

    mam sąsiada bezwzględnie
    PRAWDZIWEGO POLAKA
    ale wiem że to
    nie upoważnia mnie do śpiewania
    razem z nim i Ojcem Dyrektorem:
    „Dziękujemy każdego dnia
    że jest w Polsce Radio Maryja
    nadzieja dla Polski
    nadzieja na lepszy świat” ponieważ
    czuję że nie jestem
    jak oni
    PRAWDZIWYM POLAKIEM jakich
    Życzyli sobie w Polsce Mieczysław
    Moczar i Władysław Gomułka
    I jakich chcianoby tu mieć
    Dzisiaj i na wieki wieków
    (…)
    wiem od matki i ojca
    że nie mam w sobie
    żydowskiej krwi i żywię
    głęboki żal do przodków
    za to
    że nie jestem
    Żydem

    może wówczas
    zaprowadzono by mnie do gazu
    i nie musiałbym teraz żyć
    pośród was

    albo by mnie ukrzyżowano
    i modliliby się do mnie
    mój sąsiad PRAWDZIWY POLAK
    Ojciec Dyrektor
    I Rodzina Radia Maryja

    Poeta, jak widać, nie daje się zwariować, zapuszkować, czy zakiepować w demagogiczne poglądy, w skrajne „prawdki”, ubogacone górnolotnymi pseudo – świętymi słówkami. Nie pozwala poeta na „branie sobie pewnych imion nadaremnie” i szastanie świętością, która jest utrwalona i zapisana w rozumie, a nie w namiętnościach – poeta nie pozwala się otumanić tym skrajnym, czasu tego, słowem. Bo burzą one ład i wszelkie zgody na logikę czasu przyszłości, za którą przelano całe morza krwi… Uważa poeta za swoją powinność reagować na skrajność, na jakiś wyindywidualizowany głupi gest, który jakby jąka się, czy beka, a jest tak naprawdę rozpaczą! Rozpacz to walka z przedmiotowością, z samymi jej przedmiotami… Rozpacz to brak prawdziwej refleksji, często nieumiejętność przewidywania… I tu jakby na przewagę daje wiersz (str. 11) pt. „Czcigodny Hierarcho” (dedykowany Ziemowitowi Fedeckiemu) :

    Obserwuję coraz większe zezwierzęcenie ludzi
    stwierdził Hierarcha kościoła

    przepraszam was moi mniejsi bracia
    za te obelżywe słowa

    gdyż nie słyszałem
    by jakiś pies przykuł łańcuchem chłopa
    do wystawionej na mróz budy
    (…)
    nie widziałem by cielątko lub świnka
    prowadziły do rzeźni człowieka
    (…)
    czcigodny Hierarcho kościoła
    zanim powtórzysz tamte słowa
    spójrz w oczy okładanego batem konia
    i wychudzonego bezdomnego psa
    i również
    co stałoby się z Twoim światem
    gdyby nasi bracia mniejsi
    zaczęli człowieczeć

    Cała sfera wrażliwości wywodzi się ze źródła i kieruje się w stronę zdrowej, kierunkowanej, projekcji efektu. Zatracenie w czasie swym pojęciowości, prowadzi do wszelkich paradoksów, do wynaturzenia, chaosu, do braku równowagi… Powiedział już kiedyś wielki malarz, który zamykał pewną epokę w Hiszpanii – Goya – „że wyobraźnia prowadzona bez rozumu, prowadzi do spotwornienia i rodzi potwory”. Oto prawda, czy pojęcie racjonalne? Nie da się skrzywić natury człowieka, to ona w odpowiednim momencie odezwie się… i nie pozwoli usiąść jakiejś głupocie jako autorytetowi na głowie, a która wcale nie prosi, żeby ją zbawiać… lub ocalać (?) Wiersz pt.
    „Stanął przede mną człowiek” – jest jak ściana (str. 17) bo mówi:

    (…)
    miał znoszoną twarz

    w jego oczach
    ujrzałem odbicie człowieka
    różowa łodyga szyi
    wyrastała z białego kołnierzyka
    czoło zdobił napis
    SUKCES

    stanął przede mną człowiek
    na jego czole widniał napis
    ROZPACZ i DEPRESJA

    wsunąłem dłoń w kieszeń
    chłód pistoletu wyrównał
    rytm mego serca

    powiedziałem: stanąłeś na mojej drodze
    powiedział: to ty stanąłeś na mojej drodze
    powiedziałem: to nie moja wina że mi się powiodło
    powiedział: to nie moja wina że mi się nie powiodło
    (…)

    Stawianie pewnych znaczeń, sensów, pytań, które są gotowymi odpowiedziami, które odbijają się od siebie, jak przysłowiowe „piłeczki pingpongowe” – wytaczanie swych racji i dawanie skrajnych dowodów, ot! – to domena człeka wyzwolonego (?) Brak reakcji na absurdy, na bezsens pojęciowy, na kołtuństwo podszyte chamstwem, brak umiejętności tokowania, wynikającej z niedostatku duchowego – to jakby główne reakcje zawarte w tej książce. Jest wiele do przytoczenia, ale czas nagli… Zatem pojemny jest dom poety, jego serce… Dom poety musi być dobry, otwarty mądrością przychylnej strzechy, czy dachu – tak chce mi się powiedzieć, żeby przejść do ostatniego omawianego tu wiersza pt. „Domie mój” (str. 21) co jest pewną konsekwencją myślową autora.

    (…)
    czuję jak kulisz się i zaciskasz pięści
    zamków u okien i drzwi
    jak wsłuchujesz się w każdy ruch idącego drogą
    jak jeży się skóra twoich ścian
    i napinają się muskuły cegieł

    śpij mówię – to tylko
    człowiek jak ja i mieszkająca
    pod twoim dachem kobieta i dziecko
    ale ty wstrzymujesz oddech i słyszę
    jak drży piasek okiennych szyb
    (…)

    Poeta daje nadzieję, ale równa ją i kontestuje w tym, co otrzymaliśmy od losu, tym co daliśmy sobie na teraz, za wieki… Ogień poezji Loebla jest jak zabłąkana mrówka, która ucieka przed skutkiem, żeby przetrwać poprzez kierowanie się na światło racji. Daje odwagę i prawo do reakcji na dominację. Siła tej poezji bije z mroku, czasem obraźliwie dotyka i powala jak nieokiełznany prąd, celnie. I już na pointę tego, ostatnie słowa wiersza pt. „Ogień poezji”:

    (…)
    palę suche liście i stare już nie
    potrzebne czasopisma poetyckie
    płomienie z kurzu je oczyszczają
    i żarliwie wnikają w metafory i pointy
    (…)

    Zbigniew Kresowaty

    Bogdan Loebl, Polak nieprawidłowy, z serii „PRZYLASZCZKA”, Wyd. YES,
    Rzeszów 2001, ISBN 83-911519-1-3, z repr. Prof. Adama Myjaka. Twarda okładka A-4, s 60.

  • Oktawy czy supozycje?

    o książce Stanisława Chyczyńskiego

    Przysłany mi tom wierszy i dedykowane „oktawy mimo wszystko” autora z Kalwarii Zebrzydowskiej odczytuję jako grę z otoczeniem, a także przebrzmiewanie niespokojnej duszy, która, jak to nazwał Chyczyński, zamieszkuje czasem w Ciemnych Ogrodach i próbuje sobie ulżyć na własnym ciele, które jak worek ją nosi… Autor nie waha się wyrazić własnego zdania i odbiera sobie wiersze w dość osobliwy sposób – czasem szyderczy, jękliwy (?), ponieważ, jak się wydaje, ulega swoim wcześniejszym fascynacjom ,spoglądając na nie w innym świetle, bo dostrzega dewaluacje tą fascynacją, czasem niezadowolenie chwili, czy niepokój, który gra na sobie samym – a raczej jest to taki rodzaj „ewokacji po latach” jak to nazwał w jednym z pierwszych wierszy książki, wydanej przez Wydawnictwo Magazynu Literackiego w Warszawie w roku 2000-nym. Na str. 6 czytamy wiersz pt. „Ewokacja po latach”
    Ewa miała być moja, ale listy padły do śmieci w kancelarii świętego Tomasza. jesień miała być nasza, ale drzewa murem między nami stanęły na jawie i we śnie.

    jesień mogła być złota, ale liście spadły
    do kałuż i do błota, zaiste, zbyt wcześnie.
    (…)

    Chyczyński miarkuje, pyta i pogrywa na czasie, na symbolach, na autorytetach, na tych co stworzyli nowy ład burząc stary (?) Kto wie ? Przekształca słowo EWA w Ewokację, w ciąg wyrażania siebie.. Jeżeli wziąć fakt, że jest to pierwsze słowo uczłowieczone na ziemi to domniemać należy, że autor nie tyle bawi się słowami co znaczeniami, co może podrażać wartość tych słów, idących w osobne znaczenie. Stawiając tak swą grę, tworząc inne sytuacje, i ich znaczenia i tworząc jakieś byty, fabuły (?), zapragnął osiągnąć jakiś efekt. Czy jest to nowatorstwo ? – być może – ale zamierzone dla jakiegoś zamiaru i chyba nie wynikające z tzw. „potrzeby serca”, lecz z potrzeby czystej nawet wykalkulowanej gry. Wiersz pt. „Glistopad”, jest w dalszej części wstępu do lektury najlepszym przykładem (str.9) dający upust tej grze frywolnej, gry znaczeń i dzięki przekształcaniu słów tworzy inną metafizykę.
    dżdżownica spada na dno swej kryjówki błoto rozkwita nawet na betonie deszcze jak dreszcze spływają po tobie oczy jesieni są mokre w chorobie
    łamie po kościach wirus influenezy myśli jak glisty wiją się w udręce (…)

    Należałoby, po przeczytaniu jeszcze kilku kartek, zapytać autora – po co to robi ? – jaki ma cel i co tak naprawdę chce nam uzmysłowić poeta z Ciemnego Ogrodu ? – myślę, że raczej tylko znaczenia, na pewno chce się pobawię własną wyobraźnią ale i w tworzenie nowej metafizyki, która nie jest tu najprzyjemniejsza lub przechodząca w jakieś naturalne pozytywne kreacje. Ale pozostawmy to na razie bez odpowiedzi. Tocząca się gra o batalię w Sztuce w Polsce i dogorywające gałązki postmodernizmu, który za wiele jednak nie przyniósł sztuce w tym i w Literaturze w okresie tzw. „wolności”, czy barbarzyństwa, dostarczał i dostarcza wciąż jeszcze wiele pomysłów niektórym autorom.
    A wydaje się w dalszej kontestacji, że tylko pomysły jakiekolwiek wnoszą nową krew w żyły sztuk, a także przynoszą zmiany, przynoszą jakieś mniej lub więcej racjonalne efekty… Czy poezja Chyczyńskiego idzie także ku temu, czy idzie naprzód ? – to pytanie na później ! Niech pozostanie to niewiadomą – to nawet lepsze dla autora. Czy jest tylko pobrzmiewaniem oktaw, jakimś wysokim wołaniem o jakieś zmiany (?). Pozostawmy zatem to do dalszej reasumpcji na później. Oto kolejny wiersz autora pt. „BASS SOLO (party)” (str.13). A brzmi on tak:

    (…)
    mokry od śliny z między warg się ciśnie hej wielkie żarcie musztarda kiełbasa chlebuś jak ciałko szampan wieżą ciśnień
    bas mlaszcze solo tłuszcz po brodzie ciecze kieł wchodzi w białko przypieczone prawie zbiorowy orgazm zapewnią nam ciecze (…)
    Wchodzenie w żarłoczność, w ogrody żądzy w iście erotycznym stylu, z uzewnętrznianiem efektów łakomego obżarstwa, a w gruncie rzeczy prowadzącego do orgii seksu i ukazanie obrazu w takim niespełnieniu, aż do nie nażarcia do takiej najwyższej żądzy, oktawy, czyli oktawy „puszczania pawia”, co u Chyczyńskiego ma być orgazmem w iście chamskim stylu, ma na celu ukazanie bezradności człowieka nazwijmy „nie napasionego”, łakomego i nie powstrzymanego przez nic! – Jest to kolejne pytanie, czy w efekcie nie jesteśmy tacy właśnie, gdy puszcza rozum a idą bez wodzy żądze? – Chyba tak – ale pojawia się kolejne pytanie, czy trzeba tak to oznajmiać? – Być może tak!? zwłaszcza, gdy poeta przeżywa wielkie awersje do uładzania, a i obrał sobie świadomie destrukcję dla osiągnięcia własnych wizji.
    Kto wie czy nie jest to tzw. ukazanie środków, które mają uświęcać cel ? Jest bardzo dużo pytań do autora, do jego wyobraźni…. Jest pytanie – po co burzyć, „mieszać gówno z powidłami” – myślę, że na pewno po to, żeby oglądać w efekcie dalsze reakcje w odbiorcy i sycić się tymi widokami. Jest także pytanie – czy czasem autor, chcąc przy osiąganiu swego orgazmu w poezji, nie chce w końcowej fazie oznajmiać nam o dzisiejszej sytuacji społecznej, lub oznajmić o całkowitym pomieszaniu zmysłów, w tym i w życiu politycznym -jest w końcu poeta, czy twórca, rejestratorem nastrojów i kondycji duchowych poszczególnych grup ludzi. Z drugiej zaś strony może być on wcieleniem fetysza, a nawet barbarzyńcą w Ogrodzie zwanym przez niego Ciemnym (mowa o Kalwarii Zebrzydowskiej). Być może tak, być może nie – jakby powiedział Różewicz. Były już wiele lat wstecz przedsięwzięcia działania w sztuce w tym i w literaturze , która w owych czasach nie znalazła poklasku – a chodzi mi o Witkacego i innych. Bawił się też znaczeniami słów Białoszewski i inni. Chyczyński bawi się całymi ciągami znaczeń, bawi się naszą wyobraźnią, naszymi świętościami utartymi do symboli, czy autorytetów. Być może antenatom dedykuje Chyczyński swój wiersz (str. 14) pt. „ANTENATOM” – a brzmi on:
    stara poezja kunsztem tylko była z dala od życia – krzywią się poeci dziś trzeba mięsa: pies krowa kobyła zamiast pegaza wyżej nam poleci!
    Snuje autor dygresje do tego , że kiedyś proza pożywiała się i poezją i wychodziła z niej a dziś poezja żywic się chce prozą i zejść jak najniżej „może wyżej poleci !” – Oby! -zatem te wszystkie zabiegi ?. Wydaje się, że poeta „nowej generacji” nie chce już przechodzić na ulicy po światłach – idzie na opak, łamiąc porządek… nie przestrzegając prawidłowego ruchu na ulicy? Wyśmiewa tym samym otoczenie, szydzi z tzw. prawostronnego ruchu, być może wyśmiewa kicz (?) – ale myślę, że wyśmiewa kicz, który według niego takim pozostaje, albo takim się objawia – jakby z czystej nudy (?) – Oto wiersz (str.15) „WILKA MORSKIEGO ŻART”
    blacha na półce to herbata
    w ramkach Alina i syn Bolek
    tu z miedzi Chrystus tam herb „ATAK”
    raz obok siebie dwa symbole

    w muszli zaklęty krzyk rybitwy ( pamięć o delcie w Orinoko?) horror kaseta film „Ryb bitwy” leży pomiędzy – kij ci w oko !

    A więc „kij w oko” nam wpycha – niech się dzieje co chce, mówi poeta: żeby bolało, żeby pozbawić starych widm, żebyśmy krzyczeli, pomieszani – już jesteście pomieszani ! – Wydaje oktawy wysoko ! – Jest w tych wierszach cedowanie wszystkiego na tzw. „Kiepskiego” i jak ów KIEPSKI się stawać może… Jest cedowanie bólu na odbiorcę i branie sobie jego utajonego bólu na własne przetwory i potrzeby, aż do perfidnej wyobraźni. Surrealistyczne ośrodki pojęciowe dają w efekcie autorowi pozwolenie na prowadzenie takiej szyderczej semantyki w tych wierszach, zastosowanie swobody i absolutu daje pożądane efekty (?).
    – Reasumując – tomik wierszy Stanisława Chyczyńskiego pisany w iście frywolnym stylu, gdzie autor poczyna sobie z gry w grę, zestawiając je w fabuły mówiące o destrukcji człowieka „wieku przełomowego” – po to, żeby wyrazić wizje świata, który w efekcie nie jest sanktuarium, a światem globalnego zła i zagubienia, jest Ciemnym Ogrodem i miejscem także na zastanowienie. Musi, wydaje się, poeta użyć takiego samego języka, żeby przemówić trochę w takim stylu dekadenckim. Wydaje się, że zamierzył swój cel, uświadomić nam taką właśnie formę pojęciową, żeby zwrócić uwagę na człowieka bezdusznego, zagubionego i sfrustrowanego, nawet zestresowanego a przede wszystkim zagubionego w elektryczno-komputerowej pielgrzymce do edenu. Jest człowiek omamiony i jest omamem u Chyczyńskiego, ale też jest inteligentem o nabytych wadach, które powszednieją. Pobrzmiewające tony, czy słowa, np. z Grochowiaka, czy Gombrowicza, Wojaczka, Witkacego (?), innych, zagrywają u Chyczyńskiego na dość wysokich oktawach i we własnym stylu mieszają się jak niebo z ziemią. Poprzez to – kto wie, czy nie osiągnął autor swego zamiaru ? tylko wciąż pozostaje mi pytanie do autora – tylko po co ?! – i na co ?! Bierze sobie autor do swych poetyk, do swych tekstów imiona innych, czasem łamie dekalog, czasem przywołuje diabła (?), bierze imiona Elżbiety NEWER MIND, Ewy, Grochowiaka, SeX Pistols, Don Kichota, czerpie z Kafki, Freuda i innych, przechodząc na przemian do Gotyku żeby szczytować jak np. w wierszu (str.30) mówiąc: „…kusi mnie jeszcze mały szatan” (…)”… sztywnieje z wiekiem duszy pała”… itp. rzeczy przechodzące w całkiem inne znaczenia – a to wszystko dzieje się na górach Beskidu Wyspowego. Bierze sobie, być może, przeróżne atrybuty, autor do swych poezji po to, żeby pokpić co zbyt często się okazuje z historycznych znaczeń, utarczek, z tego co sankcjonuje dobro czy zło w równowadze, przechylając szalę sacrum demonstracyjnie na profanum, w dodatku profanum sztuki (?), perfidnie zagrywając z całej sfery uczuć, z duchowości współczesnego człowieka, uwikłanego w subkultury, w obyczaje „ameryki”, w pasywność, czy banał (?). Pyta i buduje przykłady destrukcji, czasem analizuje i dewiuje z siebie – oznajmiając takie wysokie „GIE” ze swego Ciemnego Ogrodu i chyba mu się to udaje (?). Żeby powiedzieć o tym, na pewno należy zajrzeć do tego wydawnictwa, choćby z ciekawości…. która się czasem nam przydaje. Zatem Oktawy czy Supozycje ?
    Zbigniew Kresowaty

    Stanisław Chyczyński, Oktawy mimo wszystko, Wyd. Magazynu Liter. Warszawa 2000 r., s.40. ISBN 83-87690-30-9 Red. serii K. Witkowski

  • O wrażliwości prawdziwej

    o książce „Ćmy” Franciszka Nastulczyka

    Wiersze Franciszka Nastulczyka zgromadzone w tomiku Ćmy prezentują niespotykaną wrażliwość na otaczający nas i zmieniający się świat. Wydaje się to oczywiste bo któż inny jak nie poeta może najsprawniej dysponować instrumentem swojej wrażliwości. Jednak Nastulczyk nieustannie drąży tę wrażliwość w sposób egzystencjalny, jak swego rodzaju zagadkę postrzeganą nieustannie w najbliższym otoczeniu każdego człowieka. Poeta w zaskakująco prosty sposób buduje swoje wiersze na dobrym fundamencie wyobraźni. Poetę charakteryzuje duża subtelność refleksyjna, dobre ujęcie w fabule poetyckiej wzajemnych relacji zwykłej rzeczywistości i uniwersalnych odniesień potocznego życiowego doświadczenia. Ta poezja pozostaje naga – ktoś nawet powiedział, że oczywiście naga – bo wyzbyta jest upiększeń, dodatków, pustej poetyckiej gry, zawartej tylko w samych słowach. Nastulczyk nie potrafi mówić w próżni, nie używa słów, które tylko wypełniają przestrzeń wiersza bez nadawania mu dramaturgii i dynamiki. Wiersze tego poety naładowane są uniwersalnym wewnętrznym znaczeniem, jak kamienie światłem. Poeta nie uchyla się jednak od stosowania efektów kolorystycznych w swoich wierszach. Wiersze jak ćmy garną się do światła, blade, trzepoczące skrzydłami za szybą, jak pisze poeta:

    za oknem jasne ćmy wirują
    przysiadają na szybie
    wpatrują się w ruchomą ciemność
    która mnie przyzywa

    Autor sam określa czym dla niego, jako obserwatora, są codzienne przeżycia przeradzające się w wiersze – tylko to co najszczersze, przesłanie chwili, dobija się najbardziej do jego wyobraźni. W wierszu Mądrość poeta stwierdza:

    w nieszczelnych oknach
    oddech wiatru
    otwartą szczeliną
    cierpienia wchodzi mądrość

    Poeta przeszukuje te nieszczelne przestrzenie aby odnaleźć w nich prawdziwe wartości, zmierzyć się wewnętrznie z każdą przemijającą chwilą czasu, jako czymś niezauważalnym, znikomym, ale szczególnie ważnym. Przeszłość jest żródłem doświadczenia, które pozwala odkrywać drogę do mądrości, jak w wierszu Po co:

    byłem szczęśliwy
    nie miałem nic
    śmiał się ze mnie świat
    co miało się zdarzyć
    to się zdarzyło
    obcy był mi płacz
    za czasem minionym
    byłem obecny wszędzie

    Autor zdaje się rozumieć siłę bezkompromisowego świata natury. Po takiej wiedzy, jakie przebaczenie ? W tych słowach T.S. Eliota zawiera się także świadomość poetycka Natulczyka.
    Tomik podzielony jest na cztery części. Nawet nie zauważyłeś, że umilkły ptaki – to tytuł drugiej części książki. Spotykamy w niej takie słowa jak chłód, śnieg, kapitulacja, blask, gloria, wahanie, pożegnanie, będące tytułami wierszy, które najbardziej do nas przemawiają, odwołując się do takich wspólnych nam wszystkim doświadczeń jak codzienne przemijanie, przemilczanie zła, czy wręcz zakłamywanie rzeczywistości.
    Milczące pożegnanie dla uważnych to tytuł trzeciej części książki rozpoczynającej się wierszem Bystrzyca:

    przesłałem widokówkę do siebie
    (dotarła sucha i bez zapachu)
    jak wrzos mak i pałka wodna
    (kwiaty minionego lata)

    Wiersz ten uprzytamnia nam, że każda widokówka ma dwie strony, zwłaszcza widokówka czyjegoś człowieczeństwa. Gdy ją sami sobie poślemy, spojrzymy refleksyjnie, świeżo, na siebie, za siebie i w świat swojej niepewnej egzystencji, uświadamiając sobie, gdzie się właściwie znajdujemy.
    Odmawiaj zgody na nieistnienie to tytuł ostatniej części tomiku, będącej poetyckim protestem przeciwko przemilczaniu istnienia człowieka i jego niepowtarzalnej egzystencji zdominowanej poszukiwaniem wartości zaginionych i znikających. Myślę, że warto sięgnąć po taką książkę poetycką, w której wspólnie z jej autorem mamy przez chwilę szansę na odsłonięcie niewielkiej części tajemnicy życia za pomocą wierszy, pomimo tego, że bywają tylko nocnymi ćmami….

    ZBIGNIEW KRESOWATY


    FRANCISZEK NASTULCZYK, Ćmy ( i inne wiersze), wyd. Wydział Kultury i Sztuki
    Urzędu Miejskiego w Bielsku-Białej, Bielsko-Biała, 1997.

  • Pytanie o istnienie czy katharsis?

    o książce „Pejzaż w cierniach” B. Urbanka

    Wszystkie próby rozwiązywania życia za pomocą słowa czy języka sztuki to zadanie o iście charytatywnym charakterze. Ukazywanie całego „pejzażu w cierniach”, czyli zachodzących w związku z tym okoliczności ma zawsze na celu uzmysłowienie nam, przeistaczania się w związki z naturą – w tym i tą metafizyczną. Tom poezji Lesława Jana Urbanka wydany przez Wyd. RAT w Rzeszowie w 2000 roku jest swego rodzaju uosobieniem w/w, najogólniej rzecz biorąc, powinności twórcy, poety.. .Ale i ten zbiór wierszy jest rodzajem zwierciadła, oprawionym w „głębię własnej duszy” ustawionego w dystansie do metaforyki frywolnych poczynań twórczych. Autor pokazuje nam wiersze, w których, jakby nieopatrznie, jest dużo o bólu, po to żeby przeżywać, a w efekcie zdobyć się na dystans do świata, który jest brutalny, nieubłagany, a nawet podstępny przez swoją naturę… Nieustanne czuwanie nad wymiarem swej duszy jest zadaniem poety. A tu w tej poezji uzewnętrznia się ono i wprowadza ruch i poszukiwanie przez całe otoczenie dotykalne. Całe byty pytań, zadawanie ich o cały sens istnienia, podejmowanie w związku z tym pewnych działań, nawet dziwienie się sobie, dla poprawy wizerunku sumienia – to działanie autora które także stoi w tle, czyli w pejzażu tej książki. Takie ekspresyjne niejednokrotnie fazy, czy skupienie nad czasem zastanym, przeistaczanie swego ducha, czy kondycji jego w stronę sacrum – to jakby dalsze, inne cele tej poezji, o ile tak to można nazwać (?) – „PEJZAŻ W CIERNIACH” to patrzenie przez całe kontemplacyjne tła, i reflektowanie tego w swoich korzeniach (być może i dlatego książka dedykowana swoim rodzicom ?) – to cały cykl kontestacyjny otoczenia przeszłego i przyszłego – to jakby jeden czas. „DOWCIP” (str.7) u autora „polega na braku dowcipu” – czasem wydaje się, że poeta zbyt poważnie traktuje poetyckie działania, że stawia je ponad – tak jakby były to modlitwy (?), mówi:

    (…)
    bo po co od praptaka
    lecą ptaki na złamanie skrzydeł
    za rozmokłą granicę
    na końcu smutku
    w okolice słodkich marzeń
    inwestować
    Poeta „od ręki” stawia siebie na linii odzyskiwania pewnych uniwersalnych znaczeń, lecz nie za rzecz „słodkich ciasteczek”! Żąda sam od siebie konkretu, podbudowy fundamentu (?) z którego powstaną konkretne wartości…
    Autor w dalszej części książki mówi jasno, że ma jakby na celu odwagę przyznawania się do własnych słabości i boleje nad nimi, a jednocześnie przez tę odwagę kształtuje, jakby oczyszcza się (?). Chociaż bywa w dylemacie czasem. Wiersz „DYLEMAT” str. 10 mówi:

    Masz odwagę się przyznać
    że pragniesz skały obdarować duszą
    a urodziłeś się zbyt wcześnie
    nie domyślając się
    o co właściwie chodzi

    Wersyfikując znaczenie tych słów, odnaleźć się daje tu takie znaczenie dla autora, który stawia głównie na przeżywanie otaczającego świata, poprzez dotyk ciałem i jego zmysłami, a które to zmysły mogą być budulcem lepszym dla uduchowienia, bo przechodzi się wtedy przez materię, jak przez przysłowiowe „ucho igielne” (jak wielbłąd), z całym garbem, bagażem doświadczeń nabytych wcześniej. Wiersz bez tyt. (str.18)

    (…)
    o
    gdyby ludzkie stopy
    mogły zapłakać
    bo nie zawsze się udaje
    uniknąć zbędnych słów

    Uzmysławianie nam, że zbyt dużo podejmujemy dla słowa, a czyn okazuje się znikomy i mały dla tego wymiaru, dla jego wartości, stawia znaczenie bolesnego katharsis -być może i to jest cierniem (?). Poeta czuje się źle w otaczającym świecie – myślę, że nie czuje się tak – bo taki jest lub bywa jego stan duchowy! Jednakże branie na siebie goryczy, strachu, niepokoju, czy winy, to często świadome podejmowanie tego rozbudzenia w dochodzeniu do pewnych jednak, nadziei – czego nie brak w tej poezji. Często ta poezja wynagradza się za trud bólu i cierpienia… Wydaje się, że poeta zamierza te stany po to, żeby nie mieć złudzeń, lecz zapracować na dobro (?). Przeżywanie siebie w otoczeniu kwiatów, drzew, ptaków, czy poszczególnych krajobrazów zapachowych do przyrody – to dotykanie atrybutów owego życia danego „z całym dobrodziejstwem inwentarza”- i jest to czasem wewnętrzny protest, na tyle wszystkiego naraz! Rozpatrywanie tego świata sobą samym do szczętu, do bólu, to najszczersza próba oczyszczenia, to kreowanie swej urody czasu i bytu w którym się znalazł z nadania siły wyższej, na spełnienie (?)… Wszystkie ciernie u autora, nawet te które nie godzą się być w tym słowie, one także bolą, bo nie dotykają – a powinny, lecz są łagodne. Zatem ukryty bunt jest w tej poezji, nawet rozterka (?). Umieszczanie się w okowach przyrody ma uświadamiać, jak się wydaje, naszą małość, naszą małostkowość, takie przemieszczanie się między światami żywymi, dotykając jedynie okiem, czy innym zmysłem… Ukazywanie zagubienia w materii otoczenia, szukanie wyjścia z niej, jest naturalnym odruchem wrażliwości, czego nie brak autorowi. To jakby nawracanie się na stwórcę, na siły nadprzyrodzone, które cząstkami tkwią w nas. Mówi wiersz (str.53) pt. „Między pęknięciem skorupki jajka”:

    (…)
    każde wczoraj objawione
    w pulsacji nieznanego wiersza
    opanowującego burzliwie
    komórki jego kościokrzewu
    sprzysięgło się przeciw niemu
    by już nigdy nie mógł
    należeć do siebie

    I to jest jakby przewodnim znaczeniem tej poezji i klimatu jego metaforyki, takie tworzenie, trwanie w zadziwieniu, trochę radosne rozdarcie, ciągłe niepojęte narastanie ku katharsis, w refleksji całej użytej siły na zamierzoną niedojrzałość we wnikanie – po to, żeby osaczyć bunt. Reasumując – jest tu przeżywanie zastanego świata, zdziwienie zastaną prawdą i jej światłem w pejzażu, który utknął jak drzazga w nodze, który utknął w kolorze natury (?) To oczywiście refleksja nad skazaniem się, nad pogrążeniem nad prawdą absolutną, oraz prowadzenie do oczyszczenia się przez dotykanie ciałem. To poezja trochę filozoficzna, w ruchu, w trosce przed brutalnością – poezja mozołu myśli i ócz – dedukowanie ku człowieczeństwu i jego zasadom bytu, ku wszelkiej naturalności.

    Zbigniew Kresowaty
     

    Lesław Jan Urbanek, PEJZAŻ W CIERNIACH, Wyd. RAF, Rzeszów 2000, ISBN 83-907162-8-3, s.70, Wyd. I

  • SEKWENCJE i ATROPIE TRWANIA

    O tomie poezji Andrzeja Waśkiewicza pt .” sekwencje i inne doświadczenia…”

    Za każdym razem, kiedy sięgam po książkę autorstwa Andrzeja Waśkiewicza , doświadczam -dawnego w nowym – nowego w dawnym… Całość tej twórczości można już dziś śmiało określać jako wybitną i wyjątkową oraz szczególną. Autor „od dawana” pisze jakby jeden poemat podzielony na fazy, wchodząc w poszczególne „nowia” sekwencjami i jako doświadczony , (także podróżami ,) rozwija je stosując własny odrębny język ,pod którym bywa TO co rzeczywiste ,czyli ważne i cenne… Autor ( orientacji „Hybrydy”) ponad 30 tytułów tomów wierszy ,także wielu zbiorowych ,i antologii jak i wyborów wierszy różnych pokoleń, włada czystym nie skażonym językiem bez post -modernistycznych i popisowych konceptualnych udziwnień czy metafor. Dziś ma swój język, który budował od dawna ,doświadczając pracy dziennikarskiej i redaktorskiej… Poeta i krytyk w jednej osobie, lecz dziś w tym omówieniu tylko poeta doświadczony tzw. epifonijnej dykcji ,gdzie konfesja była rozpoznawalną cechą jego poezji ,w której jest zawsze miejsce na przestrzeń wolną dla zmysłu czytelnika, na dopowiedzenie… Retoryka w tym tomie poezji, jest u autora zinterpunkcjonizowana , czyli trwa na specyficznej linii napięć, oznaczona : kropką ,czasem przecinkiem, myślnikiem , średnikiem ,itp. Taka interpretacja pozwala na pewno na dużą rozbudowę znaczeń idących w emocję czytelnika…Warto dodać ,że poeta powoduje tu podmiotem często w semantyce sennej wędrówki, której następstwami są jakby takie „przejaśnienia” i „cienie”, przechodzenie z mroków w światło… Autor w swoim całym poemacie życia , które jest wędrowaniem, nie tylko w metafizyce zewnętrznej -ale i w sobie, czyli wewnątrz , swoim „trzecim okiem” dotyka obecności ,w tym i tych napotykanych -obszarów i ich tajemnic stając gdzieś po środku ,żeby to co ponad wszystkim się rodzi odrębnie nazywać względnie ,czyli zwyczajnie, prawdą(?) bytu .Książka poetycka „sekwencje i inne doświadczenia dawne i nowe „jakby kulminacyjnie ujawnia to co dygresyjnie określiłem już wcześniej łukiem amplitudy…Ten tom poematów również stawia nas pomiędzy jawą a snem, tak jest też w tych poprzednich książkach poety, choć język tego poematu jest bardziej sformalizowany w stosunku do świata współczesnego ,na którym zawsze rodzi się nowa wrażliwość i odsłona nowych niepokojów. Pewnie wiek, który już odszedł na szczudłach krwawo ,a jednocześnie wyłonił cybernetyczne łapki wynalazczości , zakwita nie tylko wymyślniejszymi wojnami ale zmienia ich psychologię ,i jakby wraca na cyrklowych nogach , jawiąc się poecie w takiej wstrząsającej konfesji. A to musiało się odbić na piórze autora i zaczęło się( być może )w tomie „mirbad,7”. To właśnie w tym tomie poetyckim autor dość awangardowo wyraża się w stosunku do miejsca chwili, być może hybrydami zaciąga wizje (?), lecz konsekwentnie idzie przed siebie, zakreślając kolejne łuki horyzontów… Wróćmy jednak do poematu „sekwencje i inne…”-Jest tu ,jak wspomniałem , mowa o snach, które nigdy nie są upokorzone -ale są jakby tłem nieskończonym, które rozpala się w mroku co rusz takim krzewem światła dziennego, często bliki jego wnoszą paradoksalne znaczenia estetyczne do tekstu i wartości poetyckiej… Przytoczmy, bo już czas, kilka wersów tego poematu (str.7):

    wśród porzuconych gazet opuszczonych domów / w mieście tkniętym zarazą / nie dzielącą z nikim / swego istnienia / pleniły się zdarzenia / rzeczy trwały / suwerennie ślepe jak kula istnienie /…/twoje niepewne jest – rozgrywa się między / na krawędzi jawy i snu / raz dzieje się mniej raz więcej/…
    -Takie właśnie miasto: rozległe – ogromnie duże, „wciela się w sen i trwa nieruchomo…” -To tak jakby przytoczyć „Raport z miasta oblężonego (?)” …,ale witanego nieustannie bolesną radością , miasta opuszczanego w mrok ciężarem nieznanej jakiejś winy z poetą…A jednocześnie miasta zdającego się sobie tuż pod nogami. Poeta jest tutaj przybyszem i choć pozornie bywa spóźniony- to odnajduje swoje „niespóźnienie” celne miejsce na wypowiedź i ani chwili nie zaniedbuje. Jest poeta tutaj w stanie zawieszenia, którego nie umie , lub nie chce się pozbyć- Chce iść ciągle dalej. Jest to świadomość jego postawy . Staje autor na pewnej interlinii i rozwija ją ,a i siebie jednocześnie ku sobie przedsiębierze jak tajemnicę na ciąg dalszy ,w której obecnie tworzy… Można zastosować tutaj powiedzenie-tezę, że poeta milczy w swej egzystencji, a po przez to wydłuża jej linię. Poemat Andrzeja Waśkiewicza nie kończy się właśnie ,bo przechodzi np. w tej książce ,w II cz. pt .”dwadzieścia pięć wierszy” w następny poemat ,który może być tutaj jest reflektorem własnych emocji i ramieniem przedłużenia „w drodze” -oświetla tzw. światłem „dziennym”. ..Te „dwadzieścia pięć wierszy” z książki mogą tutaj oczyszczać: mrok rozświetlony -sen ,i dowartościowywać CZAS jaki wydobywa się jako pierwotność z poety z początku poematu . Jest to odliczanie (godzin-sekund): pierwsza, druga, trzecia, czwarta, piąta (morena zima), szósta, „p o r a n e k” ;młot, miasto (notatki) itd. Przechodzi narrator w autorze z wyczekiwania, jakby z mroku, w konkretne światło, które rozjarza rzeczywistość: wcześniej śnioną ,i scala razem w całość podmiotowość . Przytoczmy wersy z tej II części (poematu) książki z „dwadzieścia pięć wierszy” – choćby wiersz (str.49)

    …/co chciał powiedzieć ten nieznany wiersz/ w imię jakiej całości nim wybrał / najlepsze z możliwych rozwiązań/ …
    -Autor jakby podświadomością włada i pyta szeptu w niej błądzącego czyli milczenia swego obecnego dotkliwego , gdyż czuje już kolejną kulminację , którą może nazywać się „krzew gorejący” (str.50)-Przytoczmy zatem kolejne wersy:

    ani prawda ani kłamstwo / po prostu / ciemne w ciemnościach nierozstrzygalne sprawy / na przykład / żarnowiec płonący na wzgórzu / w ciszy /…
    Poeta stara się pozostawać w tej wizji obecnie nadrzeczywistej, być może surrealnej, choć kiedyś obecnej realnie. Zatem tu właśnie warto przytoczyć i tę czerń :faszyzm widziany okiem autora dotknięty ongiś i przeżyty ,co uzmysławia wybitny krytyk Marian Kisiel…Poeta stara się podświadomie iść: „spokojnie w odwróconej przepaści, brzegiem rzeki ” i można tylko dodać – nie świadom ocalenia świata Jedynego- To właśnie tylko głos jego wie o tym, że właśnie ocalał ,lecz to ocalenie było okupione (tu słowa autora) „śmiercią gruzów” –Dlatego jest piękne! –Tu poeta równocześnie używa odwagi… Później następują wiersze wychodzące z siebie , być może chronologicznie ,jako pewien ciąg nie tylko myślowy ,ale podzielony na tytuły: „zdarzenie” , „wersja kolejna”, „śpiew”, „notatka II” ,i kolejne pozostałe wiersze- To ciąg wartościujący poetę i witalność. To nie martwy język – to „epizod -25 XII.1989 „-(wiersz str.74)niekończący się, nie zapominający się… Nigdy .A mówi tu poeta:

    nocą / śni się upadający w przestrzelonym płaszczu / krew / wsiąkająca w ziemię / ciemne światło / martwego języka /…
    Na pewno odnosi się autor do antropologii ,że dokąd nie wsiąkną wojny w ziemię, trwać będzie ciemne światło, czyli okrucieństwo martwicy duchowej na filmie pamięci …Ta ciągła świadomość poety znów jak krzywy wektor łukiem powraca , opada, „to znów wznosi się i łowi z dużej fali…”( to z mego wiersza.)- I być może czasem udziela się nam (w tym poemacie) poezja mroku :surrealna jak wspominałem ,która rośnie w sobie. Czasem poeta świadomie przytacza ,jak się wydaje ,sentencje dygresyjnie z różewiczowskiej prozy na przypomnienie klatek poszczególnych fraz również z naszej klasycznej pamięci jako wspólnoty z „prowadzony na rzeź ocalałeś…”- Mówi poeta ,że znów przechodzi metamorfozę (?)na zastanym nowym śmietniku ,co oznajmia w wierszu „bez tytułu” (str.77)

    pomyśl –zaprawdę jesteś dzieckiem szczęścia / dzieciństwo – pod bombami- lecz jednak przeżyłeś / wyszedłeś z płonącego miasta nie zginąłeś / w kolumnach idących do…

    Być może Andrzej Waśkiewicz przekłada krzywkę obeschłej pamięci na racjonalizm ,który jest godnością natury takim DNA i jej prawem się upomina ,jakby wychylony z niepokoju nago jak ciało-rana…Być może tak-być może nie! – odpowiedziałby głos różewiczowski.
    -Autor jako narrator dość często wybiera się w podróże pomiędzy dwa kolory to: czerń i czerwień . I jak można się domyślać ,co było już wspomniane :czerń-faszyzm i czerwienie : stalinizm, maocetungizm, TAM udaje się często merytorycznie, właśnie tam gdzie miały miejsce inne zawirowania zgoła inne kulturowo mające wpływ na obraz całego Świata. Przypomnieć należy ,co nie jest bez znaczenia ,były podróże poety do Iraku, z czego powstawał wspomniany tu „Mirbad,7”-Czyli poeta na pewno tworzy z autopsji- Ta książka jak się dowiadujemy jest podróżą do Chin na plac „krwawiącego gruzu” ,i wydaje się można jedynie na fotce uchwycić tę wrzawę ,choć dziś milczy jej muzyka w uszach autora. Poematy Andrzeja Waśkiewicza są zawsze świeże , nie tkną nutkami zgorzknienia, lub patetyką –A płyną ze snu w Jawę i utwierdzają się w kolejną książkę taką „pewną tabliczkę” (to tytuł wiersza-str.95). Ale chcę już całkiem na sentencję przytoczyć wiersz wcześniejszy (str.89) pt. ” plac tienanmen” ,wychodzący z fotografii pamięci z ciemności negatywu , który jest tutaj jamą wklęsłą na zawsze wduszoną w ziemię prozą…Oto wersy tego wiersza :

    fotka / zrobiona przez leszka ż. za drugim pobytem / na placu / wcześniej było zbyt ciemno ale plac / tętnił życiem / sprzedawcy latawców / czerwonych książeczek talii kart / z ludźmi saddama i nim samym / / elektronicznych gadżetów /…/ zwykłe życie na dużym placu wielkiego miasta/…
    Zatem narrator jest wciąż TAM gdzie milczenie w świetle czasu drzewiej kipi i reflektuje się TUTAJ –Ego wpatrując się w fantomy własnego przeznaczenia, które jest i naszym światem, dlatego nie może być uładzone, ale drzemie głośno i czeka atropijnie w dalekiej wiosce Ziemi.

    Zbigniew Kresowaty

  • Noc pełna jak arka

    o książce Grzegorza Bazylaka

    Rzekł Pan do Noego: Wejdź do arki ty i cały twój dom, bo widziałem, że jesteś sprawiedliwy przede mną w tym pokoleniu – te słowa z Pierwszej Księgi Mojżeszowej, przytoczyć można, a nawet trzeba, przystępując do lektury nowej książki poetyckiej GRZEGORZA BAZYLAKA z Łodzi pod tytułem Gdańska noc. Otóż, już po przeczytaniu kilku wierszy zaczynamy się orientować w treści i zawartości tej książki, w której poeta stawia nas w dość niecodziennej sytuacji. Sytuacji traktującej o nastroju jaki wytwarza sie przed rozpoczęciem długotrwałej podróży w nieznane rejony świata natury, ale także w nieodkryte strony natury ludzkiej. Poeta sobie i nam proponuje na spowiednika postać biblijną, która obdarzona została pełnym zaufaniem Boga, postać Noego, od którego niegdysiejszego wyboru uzależniony jest obraz naszego świata naturalnego.
    Gdańska noc to po prostu dobry pomysł na książkę, która traktuje o wierze, nadziei i miłości, ale w sposób dość pesymistyczny, ukonkretyzowany. Kiedy poeta zostaje sam na sam z wielką wodą, którą może być także i ta dzisiejsza ciemna noc, gdzie tylko małe światełka mogą dawać znaki, jakby wołając o pomoc, lub kiedy poeta staje sam na sam z wielkim morzem, jemu właśnie może przyjść do głowy, że właśnie znalazł się na takiej arce Noego, że cała kula ziemska jest takim miejscem. Punktem przestrzeni mniejszym niż cały kosmos, gdzie należy w czas nadejścia czegoś ważnego, wyspowiadać się.
    Tym spowiednikiem, napewno dla poety, jest Noe, od którego wyboru zależał nowy obraz przyszłego świata. GRZEGORZ BAZYLAK, wydaje się, bardzo trafnie w y b r a ł miejsce, gdzie należy to uczynić, gdyż jest to miejsce nie tyle historyczne, ale szczególnie ważne, na brzegu całej Polski, o której też jest mowa w tej książce.
    A jest mowa w tej książce o wartościach uniwersalnych, i można śmiało to powiedzieć, wartościach niepopularnych dziś dla i w poezji powstającej w środowisku młodego pokolenia i nie tylko. A więc staje poeta przed ważną podróżą do żródeł…
    Droga do żródeł może być tylko pod prąd, może być tylko walką z przeciwnościami, gdzie czyha nie tylko pojedyncze zło, ale jego wielorakie postaci, które gromadziły się w ciągu wieków. Ujawnienie swojej tęsknoty do atrybutów prawdziwego człowieczeństwa jest świadectwem wielkiej odwagi poety, a podjęcie w tych okolicznościach rozmowy z Noem jest szczególnie ważną czynnością.
    Nie przypadkiem niewielki tomik poezji GRZEGORZA BAZYLAKA rozpoczyna wiersz Księgi i tablice. Przed każdą długą podróżą trzeba stanąć przed drogowskazami, mapami, oraz modlitwą, jaką mogą stać się …..wiersze. Wyrażone w nich pragnienie poety, kiedy wśród czasowników poszukuje perspektywy i wsłuchuje się w dzwony wygasłej przestrzeni, może być zarazem znakiem kierunku wybranej drogi, jej udanym początkiem.
    W wierszu Incognita poeta stwierdza mówisz Noe / że nie wierzysz / w to co mówię / a przecież / powtarzam tylko / to co usłyszałem / dziś nad ranem / między wdechem / a wydechem krwi …Poeta mówi tutaj o znikomości przeżywanej chwili, która jednak jest istotna, tak jak czymś istotnym i pełnym wartości jest sama arka Noego, ziemia, brzeg, na którym jeszcze stoi, chociaż właściwie jest już w drodze, oddalony od niego na tyle, aby nagle odnaleźć się bardzo blisko zapoznanych skądinąd miejsc, znanych jakby z przeszłości. Stąd wiersz Nad Jeziorem Genezaret przywołuje okolice, które są miejscem pewnej genezy, początku, czymś z niejasnej, nieświadomej przeszłości p o e t y, a nie jego spowiednika. Zatem to p o d r ó ż n i k pyta czy arka jest gotowa na spotkanie z taką inną, poza ustalonym czasowym i przestrzennym porządkiem, rzeczywistością. Poeta pisze ulewne deszcze / doniosły do ziemi / bezbarwne zatoki / pozbawione ryby / Ich krzyk donośny / noc na części dzieli ….Ukazuje się poecie w tej drodze do żródeł wszystko to, co odeszło, ale co w każdej chwili może, i powinno, ponownie ożyć. Mamy nieodparte wrażenie, że trzeba coś naprawić, uratować, właśnie wręcz zabrać ze sobą. Poeta zapytuje, chociaż nie wprost, na przykład w wierszu Exemplum necropolia Lodzensis, czy jest jeszcze miejsce na arce dla umarłych, ale zmartwychwstałych, jak postać i obraz Chrystusa, czyli czegoś, czego trzeba dotknąć, żeby uwierzyć. Rana jest większa niż nam się wydaje, ale trzeba jej dotknąć, choćby tylko wzrokiem, to konieczne. Wszystko to, co ocalało po biblijnym potopie, jakby na potwierdzenie tego ocalenia, poeta przeżywa ponownie z Noem, a właściwie z jego duchową istotą, która pozostała nieskażona, stając się przez to czymś materialnym, miejscem trwałego dobra. Wydaje się, że autor tych wierszy wie, gdzie jeszcze znajdują się takie m i e j s c a.
    Jednym z nich są wiersze, które w obliczu spowiednika, w tym przypadku Noego, nie mogą przecież być czymś innym jak rodzajem modlitwy, naznaczonej wiarą i miłością, a nawet litością. W wierszu Z doświadczeń poeta mówi zostając w ziemi / deszcze pozostały te same / w opadaniu Kto pierwszy / Nic się nie zmieniło Wszystko / z tego czasu pozostanie / nie nazwane, Noe. Czyli w kolejnych słowach – Kto, Nic, Wszystko, Noe – poeta wylicza i stawia jakby na jedną kartę cały stan rzeczy. To, co wokół siebie widzi nowego to Nic, a jednak Wszystko, bo jest tego całe bogactwo, nawet po kimś takim jak Noe i jego zbawiennym uczynku. Poeta, przebywając z nim przez tyle czasu, może całe życie, spoufala się na tyle, że stwierdza: Spójrz, Noe, są na tym świecie rzeczy o których nie było kiedyś mowy, gdy upychałeś na swoją arkę różne stworzenia natury. Skąd to się wzięło ??? To Nic i Wszystko, zestawione obok siebie, może oznaczać, że jest w dzisiejszym świecie wiele rzeczy bezwartościowych, nieprzydatnych do życia człowiekowi i , co paradoksalne, rzeczy te same w sobie stają się potopem w trakcie podróży przez świat, życie.
    Po takim wyznaniu pojawia się pewne wyciszenie i wiersz Sekwencja. Wiersz mówiący o nowym terenie poetyckiej penetracji. Poeta pyta siebie, gdzie jest, pisze w poszukiwaniu ojczyzny bezwględnej nadziei / okaleczałem się wierzyłem moim wrogom / milczałem pragnąc zrozumieć swoją samotność / próbowałem opłynąć jej brzegi żyjąc między wami / pragnąłem wznawiać zapomniane obrazy… Poeta rozpoznaje kolejny żywioł, zaczyna rozumieć, że jest tylko na małym skrawku arki, z przygniatającymi go problemami swego wewnętrznego życia. Czyżby okaleczyły go jego własne ułomne zmysły, dotychczasowe uporczywe milczenie ???
    Poeta czuje, że powinien coś zrobić, aby zrozumieć swoją sytuację, samotność, ale do tego trzeba się zatrzymać, choćby na chwilę, naładować akumulatory wyobraźni, wejść w kontakt z uczuciem pokory. Bo w oczekiwaniu na pojawienie się czegoś ważnego, skazani jesteśmy na poznawanie trudu wędrowania, aż pokaże się prawdziwy, wyraźny cel. Czasem ma się wrażenie, że znajdujemy się w niekończącym się, podwójnym labiryncie. Nasuwa się tu paralela z Homerowską Odyseją. Współczesny człowiek, jak Odyseusz zbłąkany, zmęczony wypatrywaniem brzegu …
    Wędrówka opisywana w tomiku GRZEGORZA BAZYLAKA może wydawać się w pewnym stopniu taką Odyseją, ale poeta kontroluje stan rzeczy, chociaż słyszy fałszywe głosy to było / najokrutniejsze / i coraz częściej / słyszę was…jak w wierszu Z labiryntu. Autor wydaje się potwierdzać pewien chronologiczny, ale i myślowy, porządek w docieraniu do obranego celu. Powroty do żródeł są przecież prawdziwą udręką. Próby naprawy życia ludzkiego, udzielania pewnych kardynalnych przestróg, także mogą być udręką. Muszę powiedzieć, że w poezji GRZEGORZA BAZYLAKA dopatruję się pewnych analogii do poezji ZBIGNIEWA HERBERTA. Ta biblijność, czy uniwersalność mitologicznych pojęć i odniesień, podobnie przeplata się i gra ze szczegółami wyobraźni w twórczości obu poetów. Wiersze są bardzo dobrze zbudowane, słowo trzyma się słowa, bo przecież tak jak na arce, nic nie powinno zawieść, zaszfankować. Tu musi być wszystko to, co dobre, a nawet uniwersalnie pewne.
    Na potwierdzenie trzeba dodać, że to bardzo dobrze, gdy do takich spraw, zabiera się równie znakomicie namalowane obrazy. Tym razem GRZEGORZ BAZYLAK wziął do swojej arki, czyli swojej książki, obrazy ZBIGNIEWA STECA, obrazy surrealistyczne, odpowiednie do podjęcia tego ogromu przemyślanych treści i opisywanych działań. Wiersze i obrazy wspaniale korespondują ze sobą, gdyż same są jakby labiryntami, z których przyszło nam się wydostawać. Labirynt może także być pewnego rodzaju arką, gdyż wiele tu miejsca na niespodzianki, grę, na logiczne dochodzenie do sedna, przy pełnym zaangażowaniu wyobraźni. Pod wysokim napięciem to tytuł jednego z zamieszczonych obrazów ZBIGNIEWA STECA, gdzie widzimy, jak samotny żeglarz próbuje połączyć się z samym sobą, poprzez dwa końce jednej łodzi, na której pokonuje przestrzeń. Łodzią tą może być jego ciało lub konkretny moment czasu – a więc próbuje połączyć dwa krańce arki, aby stając się jednością, zamknąć się w tym, co najważniejsze, czym może być na przykład jego głos, wypowiedź… A może ma to być sen, w którym ciało i czas tracą swój pierwotny, fizyczny wymiar.
    W znakomitym wierszu Sen czytamy sen odpoczynkiem nieprawda zamykam / oczy i krwi ciężar zmęczył mnie tak / bardzo że aż pociemniało w oczach / marcowe słońce zapachu naniosło a / wiatr porywa go ze mną i wnosi do… – wnosi na przykład do pokoju – przez otwarte okno Bezruch. Poeta jakby zamiera, ale nadal czuwa w tym dziwnym śnie, jak w wierszu…Drzwi się / otwarły a kroki nierówne na mięśniach / wydeptują ślady trzask kości tak / bolesny bo i we mnie coś się skrada… Wcześniej poeta stwierdza …marcowe słońce zapachu naniosło a wiatr porywa go ze mną i wnosi do tego pokoju przez twarte okno …, celowo jeszcze raz przytaczam słowa z tego wiersza, aby przybliżyć ciąg skojarzeń, który intuicyjnie, podświadomie, mógł kierować ich autora w nowe, aktualne sprawy. Mogą to być bardzo ważne problemy społeczne i nowej demokracji. Myślę, że jest usprawiedliwiony taki sposób mego odczytania tego tekstu, jako przypomnienie marca z przeszłości, marca politycznych ruchów. To idy marcowe, podczas których zostaliśmy boleśnie doświadczeni, kiedy rozpoczął się ruch umożliwiający powstanie własnej małej ojczyzny, a co z pewnością należy do przeszłości, ale przez cały czas pozostaje dla nas czymś ważnym. Takie czuwanie wciąż jest aktualne, konieczne, aby czegoś nie zaniechać, nie popsuć.
    Poeta na stronach swej książki wciąż pyta Noego, nagabuje i wprost prowokuje, a czasem ma pretensje, że tyle musiał zobaczyć, poznać. Ale jakże piękny może być ten ciężar poznawania. Ile przynosi radości, chociaż poznawane prawdy zdają się oczywiste, ale odkrywane muszą być wciąż na nowo – to bardzo ważna konstatacja. Odświeżanie człowieka. Wydaje mi się, że Poeta zabrał się do tego dość świadomie, gdyż na swoją książkę znalazł bardzo dobry pomysł. Zapragnął także coś mieć z tego dla siebie. Pragnie, żeby jego książka przyczyniła się wprost do postanowienia poprawy. Ta uporczywa przeprawa przez czas ma nas nakierować na umiejętność dobrego wyboru z tego co zdołamy poznać. Wchodząc w obszar nowości, każdej nowości, powinniśmy inicjować i określać ponownie zawartość arki, czyli nasz los, i wybrać na czas dalszej podróży lepsze znaki. Prawdopodobnie poeta pragnie nas przygotowywać do wejścia w nowe tysiąclecie, jakby w tę nową arkę. Świadomie przedstawia nam swój światopogląd, szkoda, że trochę pesymistyczny, ale jest to chyba celowe, aby stało się zadość poczuciu całości, pełni.
    Podoba mi się, że poeta stara się w swej książce zbliżyć nas do natury, przyrody. Kontakt z naturą oczyszcza, jest rodzajem Karmy. Poeta mówi dość tzw. epoce zła, dość oszołomstwu, dość bezkrytycznemu przyjmowaniu aktrakcyjnych lecz pozornych półprawd. Gdańska noc, to taka jedna, szczególna noc, czy może sen nad morzem, takie jedno spojrzenie w duszę samotnego człowieka, ogarniające wszystko co było, co jest i co będzie. Noc gdańska, jako miejsce z grudnia 1970 roku, zapamiętana przez poetę, który z racji swego życiowego doświadczenia także może być Noem i rozmawiać sam ze sobą, po prostu ze sobą, tak naprawdę. Albo poszukującego kogoś z kim tak naprawdę, bez obawy, można porozmawiać o czymś ważnym, nieznanym, o tajemnicach życia. Poeta rozwinął przed nami tę tajemnicę życia za pomocą podjętej rozmowy, próby dialogu. To bardzo ciekawe i pouczające w obecnym czasie, gdy trędowaci przybierają na sile. Gdy szaleje taniec strzykawek i torturują się ciała w hotelowych zakamarkach, w biały, czysty dzień. Wydaje mi się, że to przeciw tzw. kulturze śmierci, poeta mówi wprost, używa w trakcie tej niesamowitej, niespokojnej Gedanensis nox uniwersalnych słów – nadzieja, wiara, miłość, pogarda, litość. Przywołuje coś, co znakomicie wyraził przed laty krakowski poeta WOJCIECH KAWIŃSKI, a mianowicie prawdy najprostsze / one jeszcze nas budzą / gdy śnimy wypełnieni / zawiścią (z tomu Śpiew bezimienny, 1978). Czasem to niezbędne, ta odrobina pokory, gdy potrzebą staje się namysł, refleksja nad własnym życiem.
    Zbigniew Kresowaty
    Wrocław, 22.07.1998


    GRZEGORZ BAZYLAK, Gdańska noc. Ilustr. Zbigniew Stec.
    Ogólnopolskie Stowarzyszenie Literatów, Włocławek 1998, str. 40. ISBN – 83-909657-1-2

  • Kontemplacja przeznaczonego

    o książce „Landrynkowy Areszt” Bożeny Budzińskiej

    Oryginalna pomysłowość już dawno dała się poznać jako immanentna cecha twórczości literackiej Bożeny Budzińskiej. A przecież oryginalności zwykle oczekujemy od autora oddającego nam do rąk swoją kolejną książkę. Landrynkowy areszt to następna przygoda tej gdańskiej poetki i pisarki, prezentującej w tym tomiku pomysł, który zwraca czytelniczą uwagę w momencie, gdy dogasa nasz wiek, epoka niosąca ze sobą frustracje, rozterki, ślepe nadzieje i złe gusty, akceptowane często jako dobro. Wydaje się, że tym razem autorka wykorzystała coś w rodzaju „trzeciego zmysłu” jako sposób na przedstawienie tej nowej kondycji człowieka. Książka ta stanowi jedną z całego szeregu ostatnio wydanych tomików poezji, w których ich autorzy przede wszystkim zdają się ironicznie mówić „ciekawe czasy czekają poetów, skoro nimi wszyscy jesteśmy…” Ale omawiany tomik zwraca uwagę podsuniętym w nim pomysłem umożliwiającym przezwyciężenie takiego uczucia twórczej niemocy. Landrynkowy areszt to książka o sposobach medytacji i nawykach kontemplacji z udziałem własnych najskrytszych myśli. To poezja, która odzwierciedla zagubioną w sobie osobowość, przydając zarazem świeżego spojrzenia w zakamarki ludzkiej duszy, która jest rodzajem przestrzeni w nas samych. Wyjście z takiej „metafizyki wewnętrznej” i przejściej do „metafizyki zewnętrznej” staje się niejednokrotnie bardzo trudne. Dla człowieka kosmos jego wnętrza jest jeszcze ciągle zakratowany. Poetka podejmuje refleksję nad sztuką życia, która jest sztuką myślenia transformującego się w dające się przedstawić pojęcia. Są w tym tomiku odważne skojarzenia, które przekształcają się w stawiane sobie zadania w miejscu tylko dla siebie podporządkowanym, zaaresztowanym, i którego nie można porzucić, odejść. Poetka w swojej książce balansuje od nastroju aktywizującego pesymizmu aż po pasywną wiarę, aby zakreślić przed czytelnikiem granice w jakich mieszczą się jeszcze tzw. zdrowe zmysły. Wartościowanie zjawisk tego świata jest niewątpliwie podstawową potrzebą człowieka, czego nie należy mylić ani z cynizmem, ani z głupotą zdobywania rzeczy materialnych. Budzińska podjęła się w swoim tomiku próbę definicji ludzkiej otwartości, podatności na transformację, próbę odgadnięcia pochodzenia niespożytych sił ludzkiej intuicji. W obrębie takiego świata poetyckiego zawarte zostało szerokie spektrum pojęć przeistaczających się z niemal męskiej inicjatywy w kpinę z własnego kobiecego ciała. Jak gdyby ego poetki zapragnęło złożyć w swojej wyobrażni całkiem nowe pojęcia, odnaleźć nowe moce i skonfrontować je z ukrywaną, i nie ujawniającą się dotąd, stroną swojej osobowości. Taki proces przemiany płci, który pod płaszczem nocy funkcjonuje w tej książce (kolejne wiersze w tomiku tytułowane są słowem NOC z odpowiednią cyfrą rzymską) świadczy o uporczywie powtarzanej próbie zorientowania się w zakamarkach „drugiej własnej strony”. Próbie podejmowanej najczęściej pod wpływem marginalnych (ale realnych) sytuacji życiowych. Trzeba powiedzieć, że w taki sposób ujawniona poezja jest niezwykle bogata w nowe eschatologiczne wątki, zakleszczające obraz widzianego w tej poezji świata, który staje się w ten sposób „aresztem” nie do przebycia i nie do sforsowania. Równocześnie widać wyraźnie, że poetka niemal dekadencko delektuje się tym swoim Alcatraz otoczonym szeroką wodą kosmosu: a nuż uda się jakimś cudem, w jakiś specyficzny sposób, znaleźć klucz do otwarcia własnej celi, w której tkwi.
    W trakcie lektury tej poezji powstają w wyobraźni czytelnika obrazy poprawnie i logicznie zbudowane, a nawet chłodno skalkulowane, które są zabarwione erotyką (to przecież motor życia) i napierają na siebie zmysłowo, a co w końcowym efekcie stwarza pewne kłopoty interpretacyjne. W wierszu Credissimo (str. 5) nakreślony został obraz naszych oczekiwań, gdy odbywamy podróże w niewiadome. Wiersz ten ilustruje pojmowanie poezji realizowane w omawianym tomiku:

    Archibald kiedyś powróci
    pokręci w zamku starym kluczem
    aż ten w dłoniach
    stopi się od żartu
    wierzę
    rozpozna fotele i skrzypiące deski
    ręce zbroczone wiatrem
    wytrze w firankę
    a ja potrzymam miecz
    wierzę
    będę długo czyścić klingę
    jak giermek niezguła
    naostrzę ją o księżyc
    zbroję dostrajając
    do zmyślonych tonacji

    potem świat da nam urlop
    od purpurowych efektów
    będziemy kaprysić abdykować
    Autorka wierzy w powroty w czasie jako proces umożliwiający odkrywanie nowych tajemnic, ukazywanie ich w nowym świetle, oraz że będzie to nasz pozytywny „powrót w mądrość”. Przywoływanie duchów pamięci ma posłużyć do naprawy zużytego zamka spowszedniałych pojęć, które być może przekształcają się w coś tak niepojętego jak wieczność – ? W przytoczonym wierszu zawarte jest także pytanie – czy warto dokonywać takich powrotów – ? Natomiast w wierszu Noc VI (str.6) z cyklu Noc autorka stwierdza:

    każdy z was mógł to odkryć
    wystarczyło pięter wszechświata
    żeby powiedzieć parę słów
    żyjemy w jego przeźroczystym brzuchu
    zaplątani w zakamarki jelit
    zbyt mali żeby zakłocić
    odwieczny porządek trwania
    i tylko jedną mamy szansę

    Noce poetki to cienie śmiertelności. Noce, podczas których wielość możliwych sposobów kontemplacji przytłacza umysł nie przystosowany do kontaktu z czymś absolutnym. Zatem poetka przeistacza się wtedy w inną, odmienną osobowość, kiedy to jej byt, zawieszony na przeźroczystej nici myśli, balansuje w niejednostajnym świetle pojawiającym się pod postacią dnia i nocy. Noc przeciwstawiona dniu, jak kobieta mężczyźnie, jest potrzebą i istotą życia. Człowiek nie odczuwa istnienia wiecznie zaszyfrowanego kosmosu jeśli dotyka go tylko gołym okiem. Ten kto włada światłem stwarzając w naszym umyśle bardziej lub mniej doskonałe obrazy jest sobie równocześnie Bogiem i panem. Uwięzienie człowieka w poczuciu niemocy, w kleszczach nieznanego i niewidzialnego Boga, jest jak uwięzienie we własnych myślach. Pokonywanie tej gęstej zasłony myśli przy zastosowaniu wyuczonych, codziennie powtarzanych stereotypów oznacza mentalną bierność. Człowiek zawsze spoglądał w niebo, w głębię kosmicznej duszy, chcąc zgodnie ze swą naturą stać się kimś innym, tworem, który pokona ograniczoność materii. To ona jest barierą dla pełnego rozwoju człowieka. Skierowanie się ku pojęciom religijnej wiary może stanowić wówczas jedyną możliwość uwolnienia się od tego przesłodzonego materią i zgnilizną etyczną świata. Autorka w wierszu Noc VII (str. 9) pisze:

    nie opatrzyłem wam jeszcze ran
    o tu i ówdzie złamany drucik
    i nitka pęknięta broczy
    dobrze że rdza nie wdała się
    w mechanizm
    w takim przypadku nikt nie uratuje

    a deszcz lubi się powtarzać
    chętnie zastąpi echo

    Samym heroizmem nikt jeszcze nie opatrzył zła, a przyrody nikt nie odkupił nicością. Przyrody, która jest naturą świata i jego kosmosu, czasem zawierającego się w niewielkiej kropli… Nic nie dzieje się przypadkiem. Pęknięta w tobie żyłka doświadczy cię boleścią, która stworzy ci inny obraz świata. To, co jest zewnętrznie odczuwane przez skórę, ciało, to są powtórki, głośne lub cienkie echa, rozbijanie powietrza, wywołujące znajomy dźwięk.
    Landrynkowy areszt to także tytuł wiersza na stronie 17 omawianego tomiku. Tutaj podmiot liryczny uzbrojony w przekorę staje do walki o uwolnienie się spod władzy dokuczliwych stereotypów i narzuconych archetypów. Intensywność tej walki łączy się z penetracją własnej niemocy podczas przyswajania sobie wszelkich przypadłości „szarego życia”. Myślę, że zawartość tego wiersza najpełniej charakteryzuje treść całej książki. Uwalnianie się od siebie może być kłopotliwe a nawet katastrofalne, co także uzmysławia sobie poetka. W wierszu Potępione bajki (str. 19) traktuje życie analitycznie. Złożoność działań życia jest wieloraka, to stanowi jego sens. Świat budowany w aktach wartościowania jest światem despotycznym, opartym na starych morałach, traktowanych indywidualnie. Najcenniejsze dla duszy rzeczy uzmysławiamy sobie poprzez przypominane bajki, czasem stawiając kabałę, gdzie wszystko się przewartościowuje wraz z poznawaniem świata na nowo:

    potępionych bajek też trzeba
    do tkania dywanu
    schodzą się właśnie na wielookie czuwanie
    niebezpieczna to impreza
    oparte o płoty fabuły popijają noc
    naprawdę
    mogą nawet zaczepić czytelników

    najchętniej dyskutują własną anatomię
    rechocząc całym kapitałem
    z szelestem kostiumów
    i giną
    za wiarę

    na te potyczki armaty nieskuteczne

    Nadawanie imion poszczególnym wartościom, „naiwne” ich odkrywanie, uparte brodzenie w gwiazdach w poszukiwaniu matematycznego sensu istnienia, jak i gdzie może ono trwać – oto zabawa naszego życia. Ale trzeba czasem sięgnąć i do myśli naiwnej, gdyż tam jest zawarte pierwsze światełko wartościowania. Poetka groteskowo wykpiwa wytarte frazy i frazesy, a czasem przytacza takie „naiwne” sformułowania, jako najmądrzejszy pogląd o nachalnie podsuwanych nam „nowych” wartościach. Pokazuje wtedy, że to co wczoraj było dobre i dziś może być coś warte, chociaż widzimy to w innym świetle. Zawsze będziemy nasłuchiwać głosu, który na wolności daje nam znaki, zachęcając nas do ucieczki, nawet przez zbrodnicze wody, odsuwając prostackie metody przynależne temu nowemu światu. W wierszu bez tytułu (str. 21) poetka mówi:

    zawyrokował Piłat
    wszystkim zgarbionym odjąć
    trochę krzyża niech się uśmiechają
    na koniec i ludzkości odchodząc
    błogosławią
    to doskonała recepta
    trzeba tylko znać parę ukłonów

    Według poetki wszelkie wartości tworzymy samodzielnie. I tak naprawdę jest. Czasami, aby je odzyskać potrzeba nam gry, bezceremonialności, chytrości ukrytej pod skórą. Poetka stwierdza jednocześnie, że utarte prawdy spisane w Biblii, powtórnie czytane, całym sobą, będą dla nas inne, chociaż ich podmiotowość postawiona w świetle otaczającego świata, jest niezmienna i wieczna. Poetka zastanawia się nad obietnicą zjednoczenia całego przyszłego świata wiedząc, że nie będzie nam dane w tym uczestniczyć. Wydaje się, że poetka w pewnej chwili rezygnuje z wiary w to, że jest jakieś życie po życiu – świat nie oznajmia tego wprost – a tajemnicę takiej wiary budować nam przyszło w osamotnieniu. Trzeba tylko wiary, aby uwierzyć, ale przede wszystkim w… siebie, co staje się coraz trudniejsze. W wierszu Krzyk (str. 23) stwierdza:

    żadnej wiary nie trzeba
    ani poetyki
    żeby stanął krzyż
    miłości ani uznania krytyków
    narodzinom

    Żadnej wiary nie trzeba, żeby wierzyć, tak można przetransponować myśl poetki. Wszystko zawiera się w sferze naszego wnętrza, tu jest wszystko i nic…. Wielowymiarowość symbolu krzyża, urodzonego na nowo, przewartościowuje nas samych, nasze wnętrze. I wydaje się, że tylko „to” może być siłą człowieka. Ego poetki wskazuje, że jest ono skazane na siebie. Każda dewastacja świętości, na przykład podczas wojny, zamyka możliwość kontynuacji zainicjowanego procesu wartościowania komplikującego się świata. Czyżby po to, aby otworzyć inne wartości – ? Pozostawienie w tym miejscu czytelnikowi możliwości samodzielnego odpowiadania na takie pytania jest świadectwem wiary w niego, w jego intuicję. Cykl kolejnych nocy przemierza przez książkę Budzińskiej, nocy, które nas przewartościują, przemienią…
    Poetka wartościuje także swoje otoczenie, to co nabliższe, pisząc Wierszyk patriotyczny (str. 50) :

    moja ojczyzna
    słodka grafomania
    ukrywa się w skrzynce na listy
    cudownie pomnożone tomiki wrogów i przyjaciół
    zmienia w pomarańcze
    nie umie wróżyć z liter
    a na koniec układa się
    na kolorowej klawiaturze
    do udawania bajek
    jej głos nie milknie

    Jakby „wojaczkowym” tonem traktuje nas poetka. Odczuwam w nim jakieś zagubienie na „dworcu życia”, zwątpienie w swój pociąg, nagłe spojrzenie pod nogi, oczekiwanie na cudowny przepis, aby wydać… nowy przepis. To całe pomnażanie uczucia patriotyzmu, to po prostu sterty obelg kierowanych do siebie. Przywołana obrazoburcza postawa ma wartość najwyższą. Czasami trzeba ulec destrukcji, przeżyć stan depresji, aby się odbić i pójść dalej. Ale to niebezpieczne zajęcie dla patrioty, to zapytywanie – gdzie jest mój prawdziwy świat – ? Świat, który być może został bezpowrotnie zamknięty w jakiejś nocy, nie do odzyskania, w puszce jak sardynka ziemia, w kosmosie obudowanym boskością, gdzie jedynie Pan Bóg ma ten zmyślny klucz do jego otwarcia. A już nie daj Panie Boże, aby otworzyć go jak puszkę Pandory….
    Wiersz Noc XLI (str. 51) to zapis procesu nieskończonego błądzenia, naprowadzania na cel, który na domiar wszystkiego dodaje:

    a kiedy dzwonią na spotkanie
    wszystkich niedzielnych nocy
    ludzie ją proszą na kawę
    niech tylko wytrze twarz
    z tajemnic i snów
    a buty zostawi sobocie

    Trwa przygotowanie do kolejnej fazy ziemskiego bytu, w której wszystko jest niby oczywiste, jasne. Ale nawias (nie do wiary), którym ja sam jestem, pozostaje otwarty i tylko noc go zamknie. W jednym z ostatnich wierszy bez tytułu (str.60) poetka mówi:

    zostaliśmy oszukani
    nie będzie żadnego odpoczynku
    wieczność to tylko kurtyna
    na nie załatwione sprawy
    patrz ten i ów się wykpił
    trącając nie swoje parawany
    ale i nam coś się udało
    ułożyliśmy doskonałą recepturę na rozstanie
    przestać rozmawiać widywać się

    Przywołuje poetka refleksję nad sensem sensu czegokolwiek. Nie przypuszczam bowiem, że jest to tylko wyraz jej chwilowego nastroju… Wiersz ten stanowi pytanie o kondycję otaczającego świata: czy w poszukiwaniu wartości sensu stricte pozytywnych nie zatraca się tego, co najcenniejsze – ? Przy przejściu w nowe tysiąclecie trzeba stawiać takie pytania. Jest w tych refleksjach poetki zawarta pewna prawda, o ile taka istnieje, że „odpoczynkiem” jest tylko to miejsce w nas samych zawarte, szerokie i ograniczone zarazem. Miejsce ciągle rozbijane o własne wewnętrzne przestrzenie, podlegające ciągłej erozji, podszyte erotyką i przekorą. Miejsce, gdzie trwa nieustanne dobijanie się do najwyższego światła przez kratownicę materii, ciągłe wyrywanie sobie kolejnych zmarszczek, które ogałaca nas z ciała. Zamknięci w takim „słodkim Alcatraz”, gdzie znajduje się mnóstwo rozmaitych technicznych zabawek, uprzyjemniających nam pobyt w tej celi z numerem, landrynkowo wypisanym. To być może jest najgorsze więzienie, z którego powrotu nie ma i nie będzie, chyba, że oszukamy własną jaźń. Książka Budzyńskiej to dobra lektura, mądrze prowadząca przez wysokie ogrody myśli, stawiająca pytania o sens życia w całkiem nowym świetle, po to aby przewartościować siebie. To rzecz wielkiej odwagi, a czasami honoru.

    Zbigniew Kresowaty

    BOŻENA BUDZIŃSKA, Landrynkowy areszt, Instytut Wydawniczy „Świadectwo”, ISBN-83-87531-91, Bydgoszcz 1999.

  • DOM (MOJEGO) CZASU NA PYTANIU STOJĄCY

    O książce pt. ” Dom Mojego Ojca” autorstwa profesora Mariana Makarskiego

    Z wielką pasją przeczytałem książkę pt. „DOM MOJEGO OJCA” autorstwa Mariana Makarskiego , książkę jakich coraz mniej… Napisana ona jest :dobrym i czystym językiem bardzo opisowym , czasem soczystym i barwnym ,z dystansu z racjonalistycznymi i irracjonalnymi wątkami, w zaśpiewie pięknych krajobrazów ale i pasji nad sobą w czasie dwu powojennych dygresji. Jest to książka o rodzeniu się samym w sobie i o „konsumowaniu” chwil tego czasu z zaznaczeniem historycznych choć ukrytych fraz … Książka napisana niezależnie , jednakże- czy tego chcemy czy nie- nasuwa się mi dygresja klimatów powieści do „Oksany” lub ” Doliny Issy” , albo do powieści „Złota Trąbka” Bogdana Loeblla – rówieśnika autora „DOMU…”, również pisarza kiedyś w dzieciństwie zamieszkującego bratnio rejon opisywany przez Mariana Makarskiego. Ale nie po to przytaczam te magiczne hasło- tytuły ,żeby czynić dygresje typu konkurencyjnego, jednakże chcę uświadomić ,że dobre książki powstają po czasie spożytym przez swoich autorów ,a w którym przecież wzrastają jako podmioty takich właśnie dzieł.- „Dom Mojego Ojca” jest książką opowiadającą o losach : zawirowaniach i doświadczeniach niebanalnych często bardzo dramatycznych , które krążą jak w paraboli po jakiejś zaczarowanej elipsie ,a czasem wracają, żeby się dopełnić ponownie i wyświecić w cudzie światła jako prawda…Autor podaje siebie i nas próbie okresu :od młodopolskiego(?) i po przez los powojenny I wojny światowej wrzuca w wir II wojny światowej i następną powojenność jako osaczenie Nessosa jego siły umaczanej w czerwonej płachcie, jakby w sukni Dejaniry (czyli w KRAJU RAD …) Pokazuje jednocześnie kształtowanie się własnej wyobraźni, wrażliwości splecionej z otoczeniem , które mimo tych zawirowań jest dla niego bezpieczne czasem bajeczne…Ciekawość autora „domu” wiedzie nas po przez pory całymi ciągami pór – od klasycznego „Przedwiośnia” po moreny zim, żeby znów ujrzeć krajobrazy : budzące nowe nadzieje , nowe estetyki osobiste . Ukazuje narrator jak można nie zamierzenie nieświadomie się lustrować w każdej porze dnia jeżeli tylko jest nadzieja i jak należy wzrastać w przedwiośnia „pierwiosnkiem”. Jest to czas, kiedy po ziemi Polskiej wędrowały gromady wojsk w szarozielonych mundurach , obok wsi i miasteczek, po drogach polnych jak w obrazach Kossaków aż po postmodernistyczne wyboje, nie tylko w społeczny czas- Ale i czas sztuki, która zawładnie podmiotem tej ksiązki do końca. Wydaje się tutaj ,że oczy „szeroko otwarte” Szymka -głównego bohatera opowieści , najbardziej były skore :skrzętnie wszystko i bez pardonu notować , pochłaniać „bez reszty” jego wyobraźnię w czasie rozedrganym ale i burzliwym na wiele stron. Urodzony w przeciętnej rodzinie, gdzie ojciec jest z zamiłowania ogrodnikiem i agronomem ,ojciec jako głowa rodziny tworząca ową bezpieczność ,Szymek podlegał wyborom niezwykłym…Jako dziecko a później młody chłopak może uskuteczniać wędrówki polami wokół czworaków w tle, czasem „rozleniwiony” w malignie” i „w niebycie” ,czasem bojąc się „południcy” ,widzi swój świat plastyczny raj , wydawać by się mogło z rzeczywistości Jacka Malczewskiego, jakby baśniowo nałożony warstwami i formami surrealistycznymi na siebie…A jednak bywało świat skazany na wiry : mocny i rwący spod stóp…Ów świat wydaje się chłopcu poszerzony przez wędrowców takich jak pan Szeja ,z którym przyjaźnił się ojciec Szymka. Ojciec jako wzór i ostoja , jako schron i pomocna dłoń ,w którego cieniu stoi zawsze Kochana matka z zapleczem uczuć… Nazywany przez ojca Don Kiszotem-Szeja poklepywany po ramieniu jest tutaj też autorytetem ,bo tak gestem oznajmia ojciec .Autor budował swój obraz na bliskich autorytetach na najbliższych, nie szukając ich w gwiazdach, w które przecież zaglądał…Już w samym wstępie tej książki wchodzimy w przepiękne opisy krajoznawcze podbudowane obyczajem , dialogami ale i z monologiem sam –na sam z sobą jakby we śnie choć bywa on czasem na Jawie .Wchodzimy w krainy o zaśpiewie staropolskim i młodopolskim ,pośród których rodzi się duszy obcowanie ,duszy na poły wyjątkowej postrzegającej świat jako DOM Ojca .Są to chwile uniesień , lewitacji , zdziwień czasem w semantykach błogości ale i niepokoju, gdzie leżą sekrety życia i jego „co-rusz” nowych wykwitów zdarzeń bogatych w wrażenia… Zapewne jest to opis ziemi Kilelecczyzny , na pewno jest to i wieś Kolasy, gdzie urodził się Szymek – Obok Wiślicy nad Nidą , którego ojciec pracował czasem z koniczności w majątkach ziemskich .Opisuje autor nie tylko swoich wędrowców , których bacznie obserwował ale i tych, którzy jak Szaja pochodzą (z Huculszczyzny) Skądś , czyli są Kimś więcej, bo mają swoje znamiona , kryzy …Szaja śpiewający o Prucie, Czeremeszu o swoich tęsknotach do Kołomyji…Ukazuje Makarski oczami dziecka maszkalarskość takich ludzi i jak odchodzą -najpewniej w to co sobie wyśpiewają jak ów Szaja :”gdy go losy w doły rzucą wnet z tęsknoty ginie…” A był przecież Kiedyś uwiązany huculskim pasem do gór…Zatem jest to wieść o mieszaniu się kultur , nawet obyczajów… Jednocześnie jest to książka ukazująca „na żywo” jak dochodzi się na konkluzji prawd w własnej rodzinie, kiedy przychodzi decyzja wewnętrzna ważna ,determinująca wszystko ważniejsze i o tym ,że samemu trzeba zmieniać miejsce na ziemi. Jest tutaj mowa o dramatycznej przeprowadzce w inny region pewnie do Proszowic w krakowskim .I żeby tego było za-dość ,w dalszej części opowieści tych przeprowadzek będzie jeszcze więcej . Jest też TUTAJ opis kataklizmu powodzi , który rozdziela rodzinę, a ojciec udaje się z wyboru pod Lublin zarządzać majątkiem w Dzbeninie. Jako młody chłopak Szymek pozostaje sam z chorobą matki i wyczekuje nostalgicznie przyjazdów ojca na małej stacyjce…To jak się okazuje najważniejszy okres dla bohatera , mającego się ( jak mówią losy tej opowieści) , stać się artystą wrażliwym, architektem, twórcą… On jako 8 lub 10 latek tutaj właśnie doznaje bardzo osobistej lekcji uczucia miłości i buntu a co za tym idzie i rozczarowań ,co stawia go w szeregi dorosłości. Szybko dorośleje , kształtuje własne wnętrze , konfrontuje go z innymi miejscami ,czasem buduje nowe autonomiczne nadzieje. Trzeba powiedzieć ,że w sposób bardzo poetycki, nawet malarsko-plastyczny opisuje narrator nadchodzące koleje i czas tkwiący w porach kolejnych lat, pisząc np .takie słowa: „Nic nie zatrzymało wiosny .Szła , zakwitając krokusem, bieliła ściany domów i uliczne rynsztoki, trzepotała bielizną na płocie, otwierała na oścież okna i drzwi, (…)Ja biegałem po mieście , po ulicach aż tam, w dolinę Szreniawy, skąd widać Tatry. Wpatrywałem się w to mgliste mamidło na horyzoncie”…Ale przecież właśnie tak lub inaczej ,kiedy się trwa sobą samym w tym otoczeniu ,zmienia się swoją pojęciowość w mierze łapczywych chwil. Amplitudy czasem kulminują , ale częściej ich krzywa trzyma nas u dołu, gdy nadchodzą burze. A tych w książce jest nie mało. Wojny zawsze zmieniały ludzi i otoczenia ,nawet długo później te procesy uładzania tworzą blizny i nie wsiąkają w ziemię …Tutaj w tej powieści ,która ma czasem znamiona sagi chociaż pokazuje jakby dwa pokolenia różne, nawet emocjonalnie ,autor uzmysławia nam to, że po „czasie stratowanym „-(to kolejna część książki )w jakiś sposób odradza się świat nad Prosną” ,i zamienia często role tego czasu bardziej zasadniczo ,ukazując ruch nie tylko jednostajny ale kieruje myśl w antropologię zdarzeń i znaczeń na przyszłość .Wszystko wyrasta jakby jedno z drugiego choć czasem rozdarte kładzie się w jamę pamięci osobno, jako warunek i ofiara bytu. „Miasto niczyje” –ta kolejna część książki jest właśnie taką osobną „izbą pamięci” ,w której jak w „Domu Ojca” podmiot reflektuje się, chociaż widzi ,że to lustro jest popękane –Kocha jego treść i bierze na osobną inną stronę pamięci .TUTAJ także przemyka nasz bohater porami roku chcąc jakby przedłużyć ramię albo nóżki cyrklowe zmysłu dalej i dalej -To jest pięknie pokazane w książce : szkoła , rozterki, wrzawa , samotność, wartościowanie ,w tym nauka socjologia i polityka, trudne pytania : o Zaolzie ,o Żydów, itp .A później powrót znów nad Prosną do pokoiku „u dozorcy” – Jest to Miasto Niczyje -ale moje , choć obdrapane ,wyludnione z marzeń i dobrych ludzi, ułomne w czas wojny ale bardziej łaskawe po wrzawach, mówi pisarz. Być może w nim samym gdzieś na obrzeżu stoi DOM …” choć place zamienione na „czerwone”…Powie autor ;”Wszystko co się działo teraz było mieszaniną , koglomeratem zdarzeń , powikłań, wspomnień i zapomnień, lęków i oczekiwań „- Wspomnieć należy o świadomości ,że okres powojenny to przecież kolejne życie w zaborze Polski . To przykry okres parcia władzy komunistycznej ku temu ,żeby Polska stała się kolejną republiką KRAJU RAD. To wtedy przyszedł „zamordyzm” ,a z nim socrealizm i życie pod łapą Wielkiego Misia…O tym wszystkim zdaje już wtedy w szkole sobie sprawę bohater książki i czasem oportunistycznie oponuje ,żeby zachować własną duszę i nie zaprzedać jej jakiemuś diabłu… Jednakże kształci się , korzysta z tzw. profitów i robi swoje. Jest wiele emocji ,w tym wspaniale opisanych barwnie aktów. Oczywiście ,czytając tę żywą opowieść i szkicując recenzję o niej, czasem umyślnie zamieniam tutaj czas na inny czas, lub powracam z okresu późniejszego w przedniość naszego bohatera – Szymka , gdyż chcę tu uzmysłowić zawartość opisową i zmieszanie się wagi czasów w jego postawę autorską ku wrażliwości, zdobytą przez dotyk a umocowanej znakomicie w podskórności w tej opowieści , co czyni ją wyjątkową. Jest ona bardzo osobista -tym bardziej cenna i warta konfrontacji w tym czasu dzisiejszego .Ta książka jest niesłychanie pojemna , znakomicie tworzy nastrój owej „małej ojczyzny” i związane z nią zamiłowania do ocalenia czasu , który musiał dokonać się z wyboru. To stawia bohaterowi wielkie wymagania jako spadkobiercy, i jakże silnie tutaj osadzonemu. Jest to ogromnie cenne w przypadku wyborów ostatecznie ważnych dla siebie na dalszą drogę i ku następnej większej połowie życia. To życie staje przed nami czasem jak ogromny gmach. Może przytoczę na zreasumowanie tego szkicu cytat (str.186), który powinien być puentą tego mojego szkicu : „Stanąłem przed wielkim gmachem z teką rysunków bojąc się wejść do środka , coś mówiło : – Szymek gdzie ty idziesz, gdzie ty się pchasz, uciekaj stąd , uciekaj ! Niewiele brakowało abym stchórzył. Przemogłem jednak w sobie ten opór i przekroczyłem próg wielkiej uczelni. Wspinając się schodami , wszedłem …I tutaj musze pozwolić sobie na skrót (następstw )owej domyślnej puenty : Jak wynika to z biografii autora książki, na pewno była to Akademia Górniczo-Hutnicza w Krakowie- wydz. architektury. Staje młody człowiek z plikiem rysunków akwarel z tym co dla niego najważniejsze, ze znakami, kryzami z liniami i wektorami często –kto wie! pokrzyżowanymi jakby to był sen w śnie najdłuższym… Szymek z ukształtowanym światopoglądem wstępuje w ten ogromny gmach i penetruje rozdziały i zakamarki ,ale wstępuje poza jego wirtualność ,czyli idzie samoczynnie ciekaw ,do Muzeów i Galerii. Bywa jako podmiot na wielu spotkaniach, nie tylko jako gość ale jako kształtujący się twórca ,który przybywa z daleka nie zależny ,samoistny… Pasjonuje się Teatrem krakowskim jego dramaturgią, sceną , zamierza zostać aktorem…To książka także z pytaniem o siebie o poszukiwaniu nie tylko drogi ale i kierunku tej drogi, czyli wyrazu .Oto cytat, który autor przytacza ,biorąc na świadka jednego ze swych Mistrzów: (str.189) „Za moje malarstwo płacę ryzykiem życia, ono zabrało mi połowę rozumu „-Jest to cytat Vincent 'a van Gogha ,są to pisane słowa do brata Theo . To kolejna puenta dla tej baśni o czasie nie straconym i nie zatraconym . Pisze jakby podskórnie autor ksiązki ,że trzeba przeżyć siebie kilka razy , często w rozdarciu ,żeby umieć scalać fragmenty , które czasem pozostają w abstrakcji , na nowo i na nowo i jeszcze raz i jeszcze. Trzeba żyć jakby na dwu brzegach Wielkiej Rzeki –Tak jak w dobru i złu – Bywać tak jakby w polach :wczesnym rankiem poświęconych, ale i przejść trzeba gołą stopą po polach z ostami z piołunem w ustach…To książka o wyrastaniu ,o odbieraniu sobie owoców tego wyrastania na światło dzienne. Cytuję ,już na koniec, autorskie słowa z książki :” Błądząc po omacku w tym samouctwie przychodziły mi do głowy niestworzone rzeczy (str.202) WIELKOŚĆ RZECZYWISTOŚCI W SZTUCE wertowałem wielokrotnie, ale…” A więc, widzimy oto jak pytanie staje się odpowiedzią(?) – Pytał ongiś Gaugin; D’on vennus – nons? O(K)ue sommes – nous? On allons – neos?- I myślę, że należy już zupełnie na koniec zejść w prozę i przytoczyć jeszcze kilka faktów , które nie tylko zaciążyły na tej książce . Ale i na pewno spowodowały jej narodziny jako taki „codziennik” . Szymek , jako inżynier decyduje się powrócić do Lublina. Tutaj także wiąże się nie tylko emocjonalnie ze środowiskiem artystycznym ,ale i kreuje dalej jako: artysta malarz i architekt ,chociaż pisze wiersze -Pisze ,pasjonuje się krytyką artystyczną , na łamach prasy drukuje felietony o sztuce pod wspólnym tytułem „Spacery z sobą” . Marian Makarski jako twórca także bytuje ze środowiskiem plastycznym w Kazimierzu Wielkim , spotyka się z wybitnymi artystami: Jerzy Nowosielski (późniejszy przyjaciel,) Władysławem Filipiakiem, Zenonem Kononowiczem, ale jak się można tylko domyślać : to kontakty z Nowosielskim i Sienickim ugruntowały go jako malarza i nadały mu jakby własny image ,oryginalność, sens i wartość. Wiele się działo w życiu Szymka – Mariana, bo spełniał się także architektonicznie nie tylko wewnętrznie ale zewnętrznie .Napisał doktorat na temat :” Rozwoju przestrzennego Kazimiera Dolnego nad Wisłą” ,a promotorem jego był Wiktor Zin ,z którym razem bierze później udział w projekcie architektonicznym Świątyni Pokoju na terenie obozu zagłady na Majdanku. Jednocześnie artysta wystawia swoje malarstwo indywidualnie i grupowo ,jest wybitnie postrzegany dla środowiska lubelskiego i ogólnopolskiego. Ta książka jako osobne dzieło i jakby drzewo genealogiczne zmysłowo wyrastające z jego krwi i kości zawiera nie tylko wartości humanistyczne ,ale ukazuje stąpanie po ziemi , która choć szorstka i szara kształtuje postawy i ukazuje wartości duchowo – biologiczne czyli te naturalne, człowieka wciąż wyciskającego piętno mocnym w przeciwności losu i realizuje się we własnym oczekiwaniu obrazowo i intymnie oraz etycznie a nawet erotycznie. To erotyka nas trzyma przy tworzeniu czegokolwiek .Ta opowieść pokazuje jak kształtuje się osobowość twórcza i z czego tak na prawdę wynikają systemy wartości i ku jakiej idą godności… Polecam tę książkę ,bardziej jako księgę życia – jego dramatach . Życia które tutaj jawi się jak piękny Poemat z dużej litery.

    Zbigniew Kresowaty

    Dom mojego ojca, Marian Makarski, Wyd. NORBERTINUM-2001- Lublin, I S B N- 83 – 7222 – 089 – 1, ss 222, na okładce reprodukcja autora pt. Don Kichote, wydanie I –sze.

  • Notowanie „ku pamięci” posłannictwa

    O książce S. Pastuszewskiego pt .”PROBOSZCZ”

    Jakże w dzisiejszych czasach pisarz, poeta, artysta musi być niepokorny dociekliwy i obecny tam wszędzie, gdzie by go nie chcieli . Tworzymy w wielkim niepokoju w wolności, która nie zawsze ukazuje swoje racjonalne oblicze odpowiedzialności: Dziennikarze hulajgębują, napuszczają na siebie polityków, często stający w tzw. niezależności, ale jednak… Powstaje w takim tle wiele książek jak zwierciadła po zwierciadłach ,a ci niepokorni pisarze jakby wędkarze zarzucają podbieraki na rzeczywistość, która sama płynie ,żeby złapać rybkę i z radością ją cmokają ,żeby z powrotem już inną wrzucić do wody …Piszą z autopsji z intuicji ze zmysłu siódmego , sami jakby gdzieś na kresach i jakby poza obrębem tych centrowych kalkulacji .Takim pisarzem „w potrzebie chwili „i umiejącym „nie wiedzieć kiedy i gdzie” wystawić swój peryskop dociekliwości jest niewątpliwie Stefan Pastuszewski. Mam w rękach książkę pt. „PROBOSZCZ” wydaną w Bydgoszczy z końcem minionego roku. Staje się w niej pisarz narratorem ,żyjącym wśród ludzi i przytacza nam historię Proboszcza parafii, który jak wielu innych posiada swoje problemy w środowiskach nie tylko wiejskich . Słowo PROBOSZCZ działa dziś magicznie –Jest hasłem , bo przecież przypomnijmy sobie ile to relacji ,nie tylko w mediach , nadziało się we wspólnotach parafialnych i jakich to rzeczy często wyolbrzymianych dowiadywaliśmy się zadziwiając się nimi : Co! – On! – ale to przecież ksiądz!, etc… Cóż ,trzeba powiedzieć to kolejny raz ,że skoro kler wchodzi bardziej ekspansywnie w życie swoich wiernych, na pewno musi się spotykać z większą lustracją siebie ,nawet wtedy gdy powstaje: zażyłość, zaufanie ,otwarcie serc… Opisuje autor historie księdza borykającego się nie tylko z otaczającym go środowiskiem ale przede wszystkim z sobą samym jako mężczyzną z krwi i kości. Proboszcz to magiczne słowo lecz stojące pond i ponad a ponad Sołtysem –na pewno!- To u niego rozstrzygają się: sprawy ,sprawki ,to tutaj przychodzą: nieświadomi donosiciele ,grzeszne baby i młode panny… To na plebanię przychodzą po poradę: zawiedzeni ,często biedni ludzie… Ale Proboszcz to KTOŚ świadom miejsca ,roli i pulsu odosobnienia ,uwikłany nie tylko w błotnisty krajobraz -w jego maszkalarskość ,jak i osoba „wyrocznia”- racjonalnie myśląca względem własnego sacrum, ma swoje życie , które nie toczy się w oderwaniu od rzeczywistości dotykalnej okiem .Tu mamy do czynienia z osobowością energiczną , jednocześnie miękką współczującą i kochającą nie tylko swoich braci i siostry ,ale i niewierne kobiety, które mają swój zapach ,świergot i obyczajność, zwaną uosobieniem diabła… Dlatego jest to książka o człowieku rozdartym pomiędzy sacrum a profanum . Gdyż ów, żywy jak krew człowiek , często staje w roli łącznika tego co zewnętrzne a abstrakcyjne, zachowujący przytomność i sentencjonalność…Jest to ,jak się dowiadujemy ,opis bardzo ciekawy zresztą etosu księdza pozornie podobnego wszystkim ,lecz tutaj odkrytego na wskroś odsłoniętego, co dostarcza mu nie lada kłopotów ,ale i doznań radości zwykłego inteligentnego człowieka. Nie wiem czy można nazwać narratora ,który w nim samym przecież siedzi taki Aniołem Stróżem ,czy Jego drugim Ego (?) Bo przecież staje On non-stop pod wyborem ,a jednocześnie pod lupą Boga! Proboszcz czasem kontempluje a nawet często ponownie zagląda do swej niszy-duszy jakby chcąc zweryfikować to co widzi ten Big Brother (?) Proboszcz kontempluje- ale i pije piwo schłodzone ,czasem białe wino… Ale też ma takie przyjaźnie z grzesznikami a szczególnie z takim , któremu znudziło się życie za oceanem i przyjechał do wsi ,stając się nieoczekiwanie przyjacielem Proboszcza ,odwiedzającym go często ze swoimi opowieściami Kassanowy… Doświadczonego kobieciarza kombinatora ,często bluźniącego… Ale to za te właśnie rzeczy kochającego Boga. Piotr ważący 120 kilo- żywa góra mięsa -czuje się tutaj w swoim środowisku jak ryba w przerębli tym bardziej ,że pozyskuje dobrego wiernego słuchacza w osobie księdza całego duszpasterstwa… Okazuje się ,że te „wieczorne rozmowy” mają wymiar dość intelektualny i wartościowy dogmatujący nad wartością samego SŁOWA, które przecież ma wartość początku i siłę…Rozmowy owe toczą się jakby w zapisach biblijnych ale i o stawianych kwestiach testamentu Nowego ,gdyż Stary mało kto dziś zna! Czasem nie tylko te rozmowy są takim niezamierzonym katharsis, ale rozbudzają emocje. Piotr nabiera wręcz takiej śmiałości ,i ze szczegółami opowiada swoje świństewka oraz przybliża erotyczne przebyte na sobie sposobności księdzu ,domyślając się jego cnotliwości ,jakby oczekiwał konsternacji lub rumieńców na gładkiej twarzy księdza ,jednocześnie czerpie z tego własną satysfakcję. Piotr jest swego rodzaju lusterkiem dla księdza bezpardonowo ukazującym się świadkiem chwili .Swego czasu nawet przyniósł karteczkę dla księdza (cyt .ze str.10) od „grafomanki”, która przede wszystkim z niechęci poszła na niedzielną mszę , i opisała swój stosunek co wygłoszonego „kazania” proboszcza. Cyt .”-Zobacz ,jak ta kurewka Emilia Kiwanciw (mówi Piotr do Proboszcza) zrecenzowała twoje ostatnie kazanie, bo z nudów w tę niedzielę wybrała się do kościoła, kiedy ja po wszystkim, bo jej sobota już nie wystarczy, wyczerpany, w końcu to już nie ten wiek jak mówisz, zasnąłem…” Taka bezpośredniość do osoby duchownej udziela się Proboszczowi jako szczerość prostacka grubasa , co często zapisuje „ku pamięci „,ale jednocześnie daje księdzu ogromy do myślenia… Proboszcz ów doznaje „życia na gorąco”…Okazuje się ,że ta maszkalarska społeczność ,której bohaterem jest Piotr oczekuje bardziej elokwentnego języka !-Piotr paradoksalnie, można tu dodać, jest takim apostołem nawet tym „pierwszym” u boku swego Guru .Nie bez kozery pisarz nadał takie imię, jako pierwszej osobie u boku księdza -To dygresja do biblijności (?) A widzi tu ,wydaje się, pisarz jak poeta Różewicz w osobie żebraka śpiącego na ławce w Parku Szczytnickim we Wrocławiu, Świętego Piotra , bardzo doświadczonego wędrowaniem ,w obdartym ubraniu w żółtym dużym berecie , niczym aureola…Człowiek z innej rzeczywistości przybliżający się do życia otoczenia coraz bardziej!- i jako świadek kondycji społeczeństwa- Ale to tylko moja dygresja, po przez którą chcę sugerować ,że Stefan Pastuszewski patrzy na świat jako poeta ,a u poety życie współczesne zawsze będzie przykładane do spraw testamentalno – antropologicznych jako reflektor. Być może Emilia to jeszcze nie nawrócona kobieta , która jako inna zajmie miejsce przy Chrystusie-Kto wie! Być może tak jest ,że narrator przytacza tutaj potrzebę dyskusji i sugeruje więcej refleksji wokół siebie i racjonalności w postępowaniu stron .Bo spójrzmy jak kontynuuje (…) Patrząc globalnie , jako Słowo Boże, na co skądinąd bezzasadnie powołują się księża, prezentując wiernym swoje wypociny (według mnie tylko sam Bóg może głosić Słowo Boże), było mało potrzebne .Chyba ,że jako rodzaj autoterapii dla niespełnionych księżyków , no i ten darmowy usypiacz dla zmęczonych życiem ludzi”. –Są to zapisane słowa ,znajomej Piotrowi, „grafomanki” jak ją nazwał –PO przeczytaniu ich Proboszcz znów pisał „ku pamięci” : „To tylko Satyr i prowokator”… odganiał takie myśli od siebie . Autor sugeruje, żeby podjąć inne postawy i zacząć dobry dialog ,wpierw z sobą a później z otoczeniem .Ale przede wszystkim jest to proza zwyczajowa bardzo kolorystycznie pisana czystym językiem, prawie dziennikarskim… Być może jest to dialog z sobą samym o słabościach człowieka czasu (?) który sobie „notuje (ku pamięci” A ksiądz wszystko notuje „ku pamięci” pisze taki swój codziennik, do którego zawsze można wrócić .
    Książka „Proboszcz” wydaje się być taką lekturą lektury do odrobienia na przyszłość ,gdyż sugeruje śmiałe dialogi i monologi z sobą, i poza sobą, przywołując nasze stany świadomości. Z drugiej zaś strony na pewno dość sensownie dotyka pisarz sprawy posłannictwa i wiary w siłę tego posłania oraz szukaniu godności pośród różnych postaw ludzi. Jeżeli mowa tu o posłannictwie śmiało możemy rolę proboszcza sprowadzić do roli poety lub osoby twórczej…Pokazuje autor zmagania z abstrakcją i tłem surowym, aczkolwiek barwnym .I być może stawia swoją osobę w miejscu owego proboszcza(?),spisując jak on a nawet podobnie wartościując cel naszych słabości, które przeważnie są „piękne” czasem są używkami, lub truciznami …Kto wie ?-Być może siłą tej książki jest też ciekawość i napięcie…Proboszcz , którego podglądają jego własne słabości w osobie narratora poszukuje wektora najracjonalniejszego balansując chwilami w kontakcie z diabłem zależnie od chwili i dyspozycji psychicznej .Pytanie o grzech jest tutaj ukryte i samo się notuje „ku pamięci” (str.17) cyt .”każdy z nas ma swoją mroczną i jasna stronę ,ale za żadne skarby nie możemy dopuścić do zwycięstwa tej pierwszej .Potrzeba kochania i bycia kochanym leży u postaw człowieczeństwa ,lecz można ją wysublimować w życie mistyczne”, kto wie czy nie sama namiętnością ?- Piotr , który już opowiedział wszystko księdzu, jak na spowiedzi, któregoś dnia nie przychodzi, nie odwiedza księdza- a jak się okazuje obwiesza się. A był przecież swego rodzaju „adwokatem diabła” nie pytał ,ale odpowiadał pytaniami , które gotowały się we krwi księdza .Okazało się ,ze ta ogromna postać brzuchata ,tak doświadczona nie wytrzymuje własnej pustki w wadzeniu się z duchem własnym mimowolnie odchodzi… Proboszcz pochował Piotra ,ale też wie ,że pochował swoją część duszy, która będzie boleć nad taką przyjaźnią i będzie się ocierać o trudne myśli. Autor właśnie w takiej chwili ukazuje jeszcze jedną słabość -Jest to stan zakochania się Proboszcza w „kruczoczarnej” kobiecie, chociaż mocuje się z wartością tego słowa „kobieta” i kontempluje to słowo- jego diabelską wartość…Notuje on „ku pamięci”- „kobieta jest chodzącym grzechem- mówią starsi, cokolwiek zgorzkniali księża, a ci mniej zgorzkniali łagodzą :- A przynajmniej słabością – Kobiety zamulają Kościół „. To sumienie Proboszcza pisze na grzechu, z którym trzeba się prędzej czy później dotkliwie zmierzyć –Tyle ,że jest inaczej…W tych ciężkich chwilach wyznaje ksiądz potrzebny jest i jemu taki Piotr-spowiednik jego milczenia (str.50)-„A spotkanie z Piotrem? Jakie to było spotkanie Boże? Wciąż myślę o tym człowieku, wciąż zastanawiam się , na ile winienem jestem jego śmierci…”- Reasumując, nie będę do końca tworzył dygresji i oznajmiał finału pisania „ku pamięci”, gdyż książka musi pozostać do końca ciekawa !.Nie trzeba też omawiać do końca Ego Proboszcza , gdyż ten zdążył jak Wielki Brat zobaczyć wszystko, przez wzierne oko duszy, żeby nie było mu obce TO „COŚ” jeszcze co nie jest bez potrzeby dla posłannictwa jakiegokolwiek przyprawą do spraw ludzkich … Na pewno jest to książka o wielkiej i nie banalnej roli : posłannictwo , humanizm , który często na cienkiej linii losu waży się jak garnek na piecu.

    Zbigniew Kresowaty

    PROBOSZCZ, Stefan Pastuszewski ,Instytut Wydawniczy „ŚWIADECTWO”, Bydgoszcz 2005, ISBN : 83-7456-021-5, ss130.

  • Oddech fali czerpiącej światło tekstem

    o tomie poezji Jerzego Grupińskiego

    Biorąc do reki tom poezji pt. „Wiersz na oddech światło i falę” zauważam jak znakomicie metaforyzuje nie tylko rolę poety, ale mówi o takich miejscach , które same w sobie są oddechem ; przywołuje falę „powrotu” do siebie i ukazuje fakty odnajdywania miejsc , które tworzyły nas samych przez wieki lub przez chwilę…Poeta sięga do mitologicznych terminów śródziemnomorskich kultur, lecz rozprasza to światło obok w szczegóły, które tutaj są nowymi znakami, łącznikami werbalnymi. Jak napisał Sergiusz Sterna-Wachowiak: „Grupiński ceni poezjowanie jako zdolność dostrzegania i utrwalania w słowie: trafów, przypadków, dziwów nie tak zwanego życia – od czego jest proza lecz właściwie rzeczywistość…”
    Zatem należy powiedzieć ,że dla Grupińskiego byt, często empiryczny ,stanowi zagadkę codzienności, którą sam poprzez kreację wewnętrzną zaklina na nowo swymi epifaniami(?). Poeta staje się tutaj :obserwatorem , reżyserem własnej wizji , zadając sobie bardzo wiele pytań wewnętrznych , wydobywając je na zewnątrz odpowiedziami…Z tego właśnie powstają twierdzenia. Trzeba powiedzieć ,że poeta nie stroni od problematyki społecznej i pozostawia jej całą zawartość wspólnocie. W książce jest wiele ubarwień , z których korzysta Grupiński jak z miseczek kolorów, a jednocześnie buduje gry i zestawia je w zależności do szukania pewnej zasadnej mądrości do czasu teraźniejszego. Myślę, że dzięki temu cały poemat spełnia się i jest jakby wielowymiarowy i sensoryczny, często wykreowany przez geometrię przestrzenną. Wszystko dzieje się jakby na kilku płaszczyznach , jakby w pomieszczeniu zamkniętym światłem ścian ,złożonym z kilku wyjść, z których jedno to najważniejsze jest sufitem z widokiem na niebiosa , sufit tutaj jest najbardziej werbalny i jest także miejscem witalności…Poezja Jerzego Grupińskiego nie jest zjawiskiem linearnym, jak twierdzą krytycy. Jest w istocie wiele w tej książce tajemnic połamanych w uskoki , które maja też znamiona eskapad w poznawczość jako osobną warstwę.
    Wystarczy przeczytać poprzednie tomy tego autora, żeby stwierdzić pewną chronologię od tomów „Kształtu fali (1969), doświadczeń – „Stworzysz świat albo siebie” (1979), „Waga i warga” (1984) poprzez „Wiersze o miłości”, „Sposób na bezsenność” (1996), aby trafić w „Imię Twoje” (1999) i dalej po obecny tom poezji. To tutaj właśnie czujemy nawiązania, o których była wcześniej mowa. Jest tu owo awangardowe tworzywo . Są : zasady, metafory przekuwające się jakby , jak wspomniałem – chronologicznie, tłami liter w kształt własnego odrębnego heroglifu, który w tej książce objawia się wyraźnie i idzie czytelniej. A mocno wyryty (wypłukuje go fala) z piaszczystego nabrzeża uchodzi w przestrzeń wolną.
    Jest to jakby kod poszukiwania drugiego ważniejszego świata, jakiejś atlantydy (?), która jest własnością bezpieczną poety. Prowadzi to do niekończącego się olśnienia w którym poeta idzie mimo wszystko po omacku. Idzie jak wędrowiec , być może Eremita (?), wsłuchując się w głosy pozostałe na pustyni przepełnionej wielkim czasem, czyli pełnej piasku – Idzie wśród napotkanych : budowli z piaskowca, mozaik, słyszy błąkające się echa…

    Posągi zwracają się do słońca
    okaleczone twarze
    I nagle staje się cisza
    słychać jak czyjś labirynt ucha
    zwija się w czułość
    róż paznokci płonie
    szeleści szepcze zwój listu
    im krwawi pieczęć na węźle
    strażnika ust miłego

    Jeżeli podążymy za poetą usłyszymy to samo, a olśnienie przedłuży swoje ramię w nieskończoność i obejmie ciepło czasem dzisiejszym. Owe wymiary nałożone na siebie w jednym miejscu , tworzą ogromną pełnię bezhoryzontalną (?) i żywą harmonię. Motywy śródziemnomorskie pooznaczane mitami filozoficznymi, z natury rzeczy powiązane z krajobrazem , towarzyszą często poecie, który tak naprawdę mówi o współczesności. A przynajmniej chce tę dzisiejszą istotę świata przeobrazić w świat drugi, gdzie można ratować najcenniejsze światło…Zadaniem poznawczości jest tropienie siebie poprzez doświadczany labirynt. Tworzy się wtedy bardziej autentyczną rzeczywistość, zdolna do przenikania i tworzenia wartościowych wyrazów bytu. I jest tak na pewno, że może się rzeczywiście krytyk i czytelnik zapomnieć i jakby zakląć się na inną wieczność, choć to poemat prozy, która tutaj wychodzi z poezji…Grupiński doprowadza swoją wielowymiarowość do JEDNI, szukając jakby zagubionej ikony , być może tylko jej odbicia(?) – To jest Jego „Jednia”, zakodowana w podświadomości. Zapisana jak film klatka –stop – klatka – stop…To poemat pojęciowy i filozoficzny obudowany obrazami , które jak fraktale wychodzą jedno z drugiego, dlatego jest tutaj i o pewnej harmonii światów.

    Zbigniew Kresowaty

    Jerzy Grupiński: Wiersz na oddech światło i falę. Poznań 2004 Wydawnictwo Moś i Łuczak sp. ilustracje Andrzej Kurzawski.

  • TA NASZA MŁODOŚĆ

    Rewia Przebojów lat 60-70-tych we Wrocławiu

    „Ktoś mnie pokochał” – to słowa piosenki Skaldów która była przebojem tamtych lat. Trzeba powiedzieć także, że to słowa, które oznajmiają wiosnę. Wiosnę w naturze, ale także w całej sferze ducha człowieka. Człowiek posiada do wyrażania swej ekspresji erotykę i wszystkie inne zmysły, żeby mógł prawidłowo istnieć w czasie jemu danym. Teatr Muzyczny Wrocławskiej Operetki zainscenizował rewię, złożoną z największych przebojów lat 60-70-tych. Pomysłodawcą okazał się Dyrektor Rostecki. Zaprosił, tym razem do uczestnictwa, do swego pomysłu – do reżyserowania owej rewii, Bohdana Łazukę, oraz scenarzystę Jacka Lubarta-Krzysicę z Krakowa. Choreografii zgodziła się doglądać Zofia Rudnicka, przy scenografii Joanny Barylińskiej i kierownictwie muzycznym Zbigniewa Małkowicza. Chcę nadmienić, że nie pierwszy raz Jacek Lubart-Krzysica objawia się jako autor scenariusza. Brano go kiedyś do przeróżnych realizacji małych form dziecięcych, do teatru, a także do telewizji w Krakowie i Warszawie. Wydatnie udał się pomysł Krzysicy, ponieważ doświadczał się on wtedy tym „młodym człowiekiem”, poetą, dziennikarzem, który śpiewał tamte przeboje – zatem z lokalizacją klucza do REWII nie miał żadnych kłopotów – jak mi oświadczył. Zostałem zaproszony do obejrzenia premierowej Rewii z udziałem w/w realizatorów. Można było sobie już nie tylko przypomnieć znakomite przeboje „z tamtych lat”, ale i je głośno zaśpiewać z wykonawcami Operetki Wrocławskiej… Wszyscyśmy śpiewali te przeboje: duzi i mali, chociaż politycznie zamknięci w tzw. „obozie socjalistycznym” i przy jego „świetlanej przyszłości” mieliśmy smutne miny i mieszane nadzieje… Pamięta się powiedzenie „wiosna idzie panie sierżancie”, „idzie nawiedzenie” pisali poeci itd. – komunistyczny rząd robił swoje i jego Hunta ! a my śpiewaliśmy sobie ! Ale wracając do Rewii – Bohdan Łazuka, który na owe czasy był wyrazicielem połączonych cech, które jednym widzom wtedy pozwalały podziwiać rozdokazywanego chłopaka o ujmującym uśmiechu i błyszczących oczach, gdy drugim ironicznego komentatora mikrozdarzeń – a więc jednym bliższy był „charleston”, drugim – Okudżawa, jednym „czacza”, drugim – Ballada o fryzjerze z St. Denis…, a wiec wykonawca ten zapisał się wtedy jako piosenkarz bardziej, niż aktor prof. Sempolińskiego i jako człowiek do rozładowywania kompleksów przeróżnych, ale jednakowo archaicznych… Bohdan Łazuka postanowił tym razem jakby, skondensować swój trud, image i styl podejmując się reżyserowania tych przebojów. Dobrze, że podjęła się tego gwiazda ! – która jakby pozostała „gwiazdą”, co do swego scenariusza postarał się powziąć Jacek Lubart-Krzysica.
    Poeta i autor scenariusza pozwolił również swemu pomysłowi, żeby tak poprowadzić kluczem, na początku rewii inscenizując scenkę teatralnej próby, w oczekiwaniu na gwiazdora, który ma zawitać do „małego teatru”… Tak też było! Wprowadziło to na samym początku trochę napięcia i niepokoju – sam zapytywałem siebie w głębi duszy – przecież przyszedłem na rewię, a nie na sztukę teatralną o gwiazdorze !… – szybko się jednak okazało że rozładował to telefon (w scence) od Bodzia, którego wszyscy z artystów niby znali – jednocześnie wyparli się, gdy doszło do przyjęcia wiadomości ze słuchawki podczas chwilowej nieobecności reżysera (scenki). Okazuje się, że jedynie krzątająca się sprzątaczka zna artystę i rozmawia z nim na „ty”… Scenografia tej wstępnej scenki do Rewii została celowo ujęta przez Krzysicę i zaplanowana w iście komunistycznym, czy socjalistycznym stylu (?). Była mównica z paprotką i szklanką wody na scenie, była przewieszona flaga i inne atrybuty byłego okresu. Dopiero po kilkunastu minutach opada kurtyna i faktycznie pojawiają się poszczególni wykonawcy rewiowi. Kontynuacją do byłego okresu, oczywiście musiały znaleźć się na scenie schody z rewii Rzeszewskiego lub choćby ze „Szpicbródki” rodem, co było kontynuacją klimatów ówczesnych programów rozrywkowych w TV. Piosenki jednak także pozostały -także w naszych sercach. Tutaj zaaranżowane w nowy sposób, odśpiewane trochę banalnie i naiwnie – tak jak wiodło nas wtedy życie i nadzieja, aktorzy i balet poprzebierani w stroje z lat sześćdziesiątych–siedemdziesiątych, odśpiewane jako przeboje „z myszką” przypomniały niejednemu widzowi nastrój i przeżycia z minionego okresu. Można było przenieść się w atmosferę dni które minęły (?). Odkrywanie uroków tych utworów, ich metafizyka i styl, w nowym opracowaniu, trąciło nas sentymentem – może nostalgią (?), a może romantyzmem (?) – Kto wie !? – jednakże brawa publiczności, nieprzerwane owacje, nawet na stojąco, mogły dowodzić, że tak ! Cała dygresja do czasu minionego, którą jakby wyśpiewaliśmy sobie sami, sprawiała przy całym sprycie scenarzysty Krzysicy, który jakby chronologicznie połączył style, ujawniła swoje oblicze. Wydaje się , że jest to dowód na nasze słabości – a i dowód , że nigdy nie straszne nam były ingerencje cenzury, itp. rzeczy, w kulturę, bo zaraz znaleźliśmy kontrę – to także przychodziło na myśl. Cała rewia z dobrym układem choreograficznym w tamtym stylu, po nowemu, z udziałem pani Zofii Rudnickiej w pierwszej i drugiej części przeminęła szybko! W drugiej części wystąpił gość, Bohdan Łazuka, także „gość” ze scenariusza Lubarta-Krzysicy, dając swój recital z byłych śpiewanych piosenek. Pomimo, że wszyscy nie wierzyli i zwątpili, że owa „gwiazda” pojawi się – a to dzięki i zasłudze scenariusza, pojawia się i cały czas śpiewa z zespołem Operetki Wrocławskiej. „Bohdan trzymaj się” i nawet dobrze wypada gość, choć trochę puszysty, jego wdzięk męski wciąż dostarcza paniom wizualnej rozkoszy – tak było i tym razem ! Łazuka tańczy, śpiewa i wieńczy uśmiechy –„Bo to tak zwykle się zaczyna” – tak się zaczęło, że ze zwątpienia chwili, że nie dojedzie gwiazda – dojeżdża ! – i jest – jest ciepło, dygresyjnie i radośnie – bo cała sala śpiewała. Były takie utwory w I-szej części jak: Małgośka, Cała jesteś w skowronkach, Ładne oczy masz, Odrobinę szczęścia w miłości, Nie płacz kiedy odjadę z Marino-Mariniego, Ktoś mnie pokochał, Szanujmy wspomnienia – tu uszanowano wspomnienia, uszanowano talenty w tym i tych wykonawców teatru. Pomysł zatem udał się i będzie Rewia występować w kwietniu dalej ! Wiosna „na przełomie millenium”- snujemy podsumowania i skłaniamy się ku okrągłym liczbom – tego nie da się ukryć ! – tego nie dało się ukryć i tutaj ! Warto zatem z tego tytułu uczynić jeszcze jedną dygresję, że owe przeboje ciągle i dziś śpiewamy, mimo szumów destrukcyjnej muzyki, mimo nowatorskich przedsięwzięć nowej generacji w muzyce Śpiewamy, nucimy, bo przecież takie były te przeboje – do śpiewania, do używania, do poprawy nastrojów i nadziej. Mało! Śpiewają te piosenki młodzi, kibice piosenki, ogoleni na łyso, niechlujnie ubrani, na grubych gumowych podeszwach, choć czas dziś w rodzaju muzycznych łamigłówek. Przeboje te bywają inspiracją poetycką dla młodych, parających się „muzycznym stanem” w Polsce…
    A więc dobrze, że zrobili tę REWIE ludzie, którym wszystko z zapomnienia nie było obce. „Ocalili jeszcze trochę od zapomnienia”. Należy się pełny aplauz wszystkim, którzy zaangażowali się w ten pomysł – wszystkim realizatorom i wykonawcom bez wątpienia, zwłaszcza, że tak naprawdę bardzo mało dziś Rewii – odeszły jakby w cień – ale czy naprawdę(?) Była to sztuka i był to spektakl dwóch najważniejszych realizatorów. Bohdan Łazuka i Jacek Lubart-Krzysica przetransformowali nas w „świat młodości”. .Dopóki słucha się piosenek i muzyki własnej młodości – ta młodość nie mija ! – Tak było tym razem ! „Szanujmy wspomnienia”, bo warto dla siebie coś mieć na każdą wiosnę, kiedy zaczynamy zawsze od nowa, z nowym doświadczeniem…
    Zbigniew Kresowaty

  • CZY PRZEMIJA? – O tomiku wierszy Julii Hartwig pt. „Przemija postać świata”

    Jeszcze jest czas ,żeby dosięgnąć tomu poezji JULII HARTWIG pt. „Przemija postać świata” . Jeszcze jest czas, choćby pół miesiąca , później godzina, chwila, zanim nie zacznie się nowa era…Zepchnięta naszym pędem epoka oddali się w przepaść kosmosu, jak porzucona stacja kosmiczna, wykorzystana do ostatniego okrążenia, wykorzystana i porzucona na stos otchłani.
    „Przemija postać świata” to książka , jedna z wielu , które powstają „na przełomie”. Julia Hartwig uległa pokusie napisania swoistej dygresji poetyckich upostaciowienia tego ostatniego czasu – czasu jedynego naświetlonymi refleksjami, czasem obawą lub przewartościowaniem. Skapani w burzach globalizacji, wessani w tryby i impulsy komputerowych znaczeń, naświetleni elektrycznym tokiem rzeczywistości, pędząc do tej dużej Europy , czyli do Ameryki po urzeczywistnieniu własnych możliwości, zapominamy o sanktuarium człowieka. Jeszcze nie nauczeni siebie, a już jakby pożegnani z sobą. Poetka próbuje uzmysłowić nam, ze jesteśmy „lekkomyślnymi dziedzicami powagi, nie wyświęconymi spadkobiercami…”,że w świecie tym mieścimy się jak ulał, dając do rozumienia, iż pewne rzeczy przychodzą, nachodzą na siebie – z nich tworzy się nowy los świata. „Jesteśmy dla Ciebie” – to tytuł wiersza (str.42), który mówi :

    Jesteśmy dla Ciebie rezerwatem historii Europo
    z naszymi staroświeckimi ideałami (…)
    Wszystko co mamy najlepszego oddajemy na pożarcie
    smokowi gwałtu i przemocy
    Młodych chłopców piękne dziewczęta (…)
    daninę kwiatów krzyży słów.

    Z tych treści wypływa inny zgoła wiersz zawierający wyczekiwanie obojga płci – jednakowo choć osobno:

    Niech nas ogarnie mądrość milczenia,
    mądrość ciepła , mądrość pożegnania na długo
    przed chwilą odejścia.
    Leżąc obok siebie patrzymy w noc.
    pokłonią się nam cztery strony świata
    i wędrowcy ciemności złożą przed nami
    wymarzone dary , leki i talizmany.

    Poetka objawia przed nami moc nadejścia jakiejś wyjątkowej chwili , która jest jakby narodzeniem w sobie, bo nadchodzi czas składania darów, jak przy narodzeniu Mesjasza (?). Wiersze Julii Hartwig snują swoisty przepis na postawę refleksji . „Poszukiwanie” to wiersz , który kontynuuje pytanie – czy nas stać na to?

    Błąkać się w poszukiwaniu
    Kilometrami milami sunąć przez autostrady
    przecinając górskie szczyty pustynie rzeki
    jechać pędzić gnać do celu
    który rozpływa się jak mgła i nagle
    stajesz nad przepaścią
    albo nad urwiskiem kamieniołomu albo nad
    śmietnikiem
    C 1 biegnie przed tobą jak zwodniczy brzęczek…

    Kogo tu już nie było przed nami
    Błędni rycerze o twarzach z blachy
    na wpół ślepi z ropiejącymi uszami
    pozbawieni czucia ale wciąż szukający
    Rycerze Graala Bracia Ich kości (…)
    Satyrzy galopujący za nimfami po pustych gajach …

    Cały ciąg takich wspomnień z przyszłości, zmysł bytów wydeptanych fizycznie przeróżnego kształtu śladami w tym naszym toku przewodnim parcia do przodu jest jakby mottem do tej książki. Tytuł wiersza (str.50) ” Idzie za mną to wspomnienie” – ciągnący się ogon poświata naturalności – dalej, dalej ,aż ku źródłom – do Europy.

    Stoisz na skraju Europy
    Postawiono cię na urwistej skale
    Pod białą kapliczką rybackiego dziękczynienia
    Morze wysokimi falami zalewa brzeg
    Wiatr zrywa z głów kapelusze Portugalia
    W oświetlonej słabym światłem kawiarni z odrapanymi ścianami
    pisarze popijają wino
    Niektórym chodzi o wszystko reszta gra żetonami
    śpiew tęsknoty i miłosnego cierpienia

    Mówi poetka ,że dziś nie umiemy cierpieć, że wszystko zbyt szybko odlatuje do miejsc przeznaczenia. Domniemać należy ,że w przyszłości będą inni ludzie , a więc i nadzieje będą też inne. Ci ludzie sklonowani . silikonowi, pewnie nie znający naszego słowa „nadzieja”, inaczej będą traktować życie. Można tu na wiele sposobów parafrazować, to też jest zadanie dla poety, kruche znaczenie –słowa „nadzieja”, czyli stanu umiejętnego wyczekiwania. Takie sugestie podaje nam pod rozwagę poetka, ogłaszając swój zbiór wierszy na rok przed jakimś przełomem, zanim wybije gong, choćby po to, żeby wracać przyszłości i być uświadomionym przewartościowanym nowym człowiekiem…

    I wszystko straci cenę jak na posezonowej sprzedaży
    lekkie suknie bo skończyło się lato (…)
    telegramy: Przyjeżdżam! W których bije serce
    i te które listonosz doręcza ci z trwogą
    wycinki z tych gazet których sensu nie rozumiesz
    (…)
    te kłopotliwe resztki ta sterta pamiątek
    czekających na oko ciekawskie płomienia

    Godzenie się na remanenty u Julii Hartwig jest tutaj naturalne a nawet konieczne. Wszystkie konkluzje, nawet te metaforyczne zdają się przybywać nagle, a rozpatrywanie ich znaczeniowości to tylko sfera dojrzałości choć nigdy nie jest wiadomo co z czego wyrasta.
    „Przemija postać tego świata” (str.73) – to wiersz tytułowy książki traktujący naturalnie cykl życia świata naszego, ale będą inne światy : jeden świat, drugi , trzeci a w nim stanie inny już człowiek. Tu poetka zapytuje o rzeczy najważniejsze, w tych przepostaciowieniach , a mianowicie o funkcję świadomości :

    Zawsze chcieli wiedzieć
    co z tą świadomością się stanie .”zmarli święci nie wiedzą co czynią żywi,
    nawet tego co czynią ich własne dzieci” – powiedział święty Augustyn.
    Okrutne rozdzielenie .Skąd więc tyle w nas pewności,
    ze przybywają wśród nas umarli.

    Powołanie do przedłużenia sobie życia w świadomości , a i w nadziei na tamte , inne światy, to swego rodzaju umiejętność – kto więc tego miał nas nauczyć – skoro nikt nie uczy? Jest to co jest katechizmem posiadania, z gry dominacji i innej interpretacji Dekalogu…
    Zmieniony świat nigdy nie wróci , świat materii umrze. Stawianie na przedmioty na ich wartość, na pewno oznacza pewnego rodzaju rozpacz, choć poezja ta i jej podmiot nie emanuje rozpaczą – jedynie wołaniem do odwrócenia głowy, czasem w celu naprawczym. Reasumując, daje nam poetka do rozumienia , ze przeminął czas stary, a mimo to nawołuje do poszanowania budowli świata, do pozostawienia „tej rzeźby” w takim stanie jak ona jest. Czyli do stawiania rzeczy we właściwych miejscach – wtedy jest samoocalenie.

    Zbigniew Kresowaty

    Julia Hartwig, Przemija postać świata, Warszawa 1999, Wyd. Prószyński i S-ka, ss.80

  • ENTROPIA NA „SZKLANĄ GÓRĘ” dla Barana

    Na pewno jest warta omówienia i uwagi książka Józefa Barana z serii „POECI KRAKOWA”. W serii tej wydali już: Stanisław Stabro, Adam Ziemianin, Krzysztof Lisowski, Andrzej Warzecha, czy Jerzy Piątkowski … To, że Baran został odkryty przez ongiś znanego krytyka Artura Sandauera (a który udzielił się także Różewiczowi i innym) pisze każdy krytyk, dając jednocześnie do rozumienia, że Józef Baran to doświadczony i ceniony poeta, a jednocześnie zaskakujący swoją osobowością i niesłychanie płodny autor. „Ta poezja umie trafić do serc ludzkich” – powiedział Sandauer – to tak jakby powiedzieć, że to poezja, która nie umie trafić do serc zwierzęcych… Ale są to pradawne słowa krytyka i znawcy poetyckich opcji. Zaiste jest coś dobrego w kontakcie z tą poezją. Jest ujmująca prostotą kreacji, przy jednoczesnym obcowaniu z dobrą metafizyką, choć autor wywodzi się ze środowiska wiejskiego nie porzuca on swego dzieciństwa – bo jego byty są ewokowane przez oryginalne metafory i transformowanie ich w czas obecny jest bardzo ciekawe. Głębokie i z autopsji znane przeobrażające się obrazy emanują ciekawą budową, semantyką czy kolorytem. Teksty Barana są śpiewane, mówione na wiele sposobów, są w gimnazjalnych podręcznikach i licealnych książkach. Poezja tego poety stała się i znana, i wybitna, i uczona. Wydał Baran kilkanaście dobrych książek, omawianych na przeróżne sposoby. „Pod zielonym drzewem życia” spędza Józef Baran swoje poezje, odbiera je naturze i przyrodzie z niedowierzaniem dziecka i niekrępującym dziecinnym spojrzeniem, z niedowierzaniem w wiarę, w sen i obcowanie z atrybutami przyrody. „POD ZIELONYM DRZEWEM ŻYCIA” to kolejny tom poezji, wydany w 2000-nym roku, ciekawy w swej pojemności, pełen erotycznych liryk, miłosnych gier, uszczypnięć i dygresji do swego życia. W tomie tym, przysłanym mi przez poetę, jak patrzę, sama natura nie stanowi w poszczególnych wierszach podmiotu, jest natomiast tłem ekologicznym do całej gamy toczących się wcześniej wspomnianych dygresji. Przyroda, która daje wszystko, w tym inność, i erotykę, i burzę nie jest tu wypowiadana ponad krajobrazy i te z dzieciństwa z którymi nierozłącznie trwa autor – ale daje tym samym do rozumienia , że poezja jego nie może mieć żadnych barier wiekowych. To mądra dojrzała poezja dla każdego… Poezja ta jest, jak w innych książkach poety, bardzo bliska człowiekowi i „przyjazna”, (choć to niezbyt dobre słowo) i nie zatraca duszy w całej przyrodzie także świata metafizycznego. Nie przestrzega poezja ta przed kataklizmami, przed zagrożeniami. Jednak, jakby nakazuje patrzeć na siebie takimi jakimi jesteśmy… Patrzeć, mówi, trzeba pod nogi, rozglądać się i dotykać na odległość, ręki lub drugiej osoby, choć poleca nas całemu kosmosowi i bezkresowi uczuć, ale wyznawanych jakby w prosty sposób (?).

    Leksyka tej poezji wybiega ponad regionalność i azyl poety, ponad doświadczenia z przeszłości, ponad pochodzenie. Nabycie pewnych praw oglądów i kolorytu przez poetę przeszło wraz z nim do odkrywania innych obyczajowości, czy kontynentalności. Już dawno, jak wiemy, Baran uznał wartości przyrody za nadrzędne dla swej poetyki – teraz kontempluje jej znaczeniowość i pokoleniowość… W tomie tym są emocjonalne, lecz nie z sentymentu wywodzące się wiersze, odnoszące się głównie do całej sfery wartości humanistycznych. Jest budowany obraz dwojga ludzi jako jedna całość, bo tylko z łączenia i z podziałów może powstawać nowe życie, choć jego mechanizmy rodzenia są takie same. Poszukiwanie siebie w takiej sferze uczuć jest prawidłowe i naturalne, a jeszcze bardziej zasadne, gdy toczy się „Pod zielonym drzewem…” Zaczyna poeta zbiór wierszy słowami wiersza (str.9): pt. „Szklana góra” :

    (…)
    że ta powiewająca chusteczka
    melodia niebieska szklana góra
    wystrzelająca pod chmurę
    to tylko przywidzenie
    oczu zauroczenie
    to tylko z dymu ofiarnego słów
    które szły prosto w niebo
    i na początku wróżyły pogodę
    coraz wyższa szklana góra
    się wyłania
    której teraz
    zdobyć nie umiem

    – wiersz ukazujący zasłony, gdy trzeba stanąć na wysokości zadania – niepojęta miarą przestrzeni – jakieś usprawiedliwienie się przed tym, że trzeba będzie poszukiwać „pod nogami”, bliżej siebie – a może w sobie (?). Taki bezmiar najbardziej widać „spod zielonego drzewa…”
    I żeby stać się – „Zakochanym odkrywcą” wiersz (str. 11) powie:

    jeden wynalazł koło
    drugi zbudował wodolot
    trzeci zrobił trzy pierwsze kroki na marsie

    a ja odkryłem Ciebie
    na tej dziwnej planecie
    (…)

    Czyli wraca poeta do siebie, do zasięgu oka i ręki, do tego co przywiązało się do serca… Mówi konsekwentnie, że wszystko toczy się w zasięgu erotyki – całe życie. Dlatego musi się pojawić wiersz pt. „Mężczyzna i kobieta” (str.16) gdzie powie:

    (…)
    rzucasz za siebie grzebyk
    wyrastają lasy które w mgnieniu oka
    zajmują się ogniem
    rozwijasz z włosów wstążkę rzeki
    i po niej prześlizguję się błyskawicą
    słyszysz miłosny szept
    palących się traw
    jestem pożarem który cię ogarnie
    (…)

    Toczy się erotyka tego tomu wierszy chronologicznie – bo na str. l9 doda autor w wierszu pt. „Bezszelestnie”

    bezszelestnie
    otwarły się
    okiennice snu

    i ze wszystkich stron
    powiało tęsknotą
    (…)

    Powiało zapachem lipy, powietrzem, do jakiejś królewskiej dalekiej z pamięci adoracji – „Krótka adoracja królewskiej lipy” (str.23) w wierszu dedykowanym Ani Dymnej powie poeta:

    cóż mówi – o kosmosie
    gdy się w lipę wpatrzeć
    można się zatracić
    karuzela spiętrzonych gałęzi
    wirująca szaleńczo
    w skołowanej głowie
    liść goni liść
    a jest ich tyle
    (…)

    Jest tyle liści co miłości, co obcowań z nią, co dróg, którymi za nimi, się goni. Do królowych, do obłąkanych, urzekających gwiazd. Dla kulminacji (jak to bywa zawsze w środku dzieła), warto przytoczyć wiersz pt. „Maj” (str.27)

    słońce sprzęgło się
    w uścisku z ziemią
    orgazm
    bzów gorejących
    czereśniowych ogrodów
    wyrywających się do lotu
    wytrysk mleczy
    erekcja konwalii
    (…)
    – a nocą „niespokojny śpiew serca”. Jest u Barana jednocześnie bratanie i jednanie się z atrybutami przyrody, jest porównywanie i wchłanianie jej i w nią, oraz na uzmysłowienie tej całej mięsistości, cała sfera erotyczna – co jest widoczne gołym okiem, uchem i nosem… wystarczy mieć „głęboko otwarte oczy”. Wystarczy, żeby nadziać się na ból – czasem gorycz… Tekst wiersza (str.30) pt. „Kobieta świeżo po rozstaniu” mówi:
    (…)
    teraz biegnę na oślep
    obolała
    bez głowy bez ramion
    obita przez miłość
    kijami – samobijami
    nike z samotraki

    Jest w tej poezji mit i radosny ból upojenia zrastającymi sercami, rozdzielaniem go – jak epoka od epoki gdy zbliża się „Coś”… – Wszystko staje się inne, jak porąbane pomniki, rzeźby(?)…
    Pisze poeta w dalszej części książki o niepokoju (str.31), o W muszli nocy. Pożegnanie, Kobieta czeka na swego Kolumba, Ballada o zimowym rejsie, Małżeństwo, Macierzyństwo, Wesele córki… Pisze poeta, jakby opowiadając o swym życiu, o życiu sąsiada, o bytach z rodzinnego Borzęcina, choć będzie gdzie indziej – te obrazy pozostaną! Baran jako doświadczony poeta, znający wszystkie meandry natury, zakątki, kamienie, pozwala sobie na pewien refleksyjny ton z racji nabytych, czy wrodzonych powinowactw do własnej osobowości , jednakże dokształca je, dobudowuje całą sferę i kondycję tej natury co jest bardzo ciekawe! Baran nie opisuje ludzi zapyziałych, zabitych bagnami czy skarłowaciałym ziemskim losem – Baran uczy jak można się odnajdywać w takim krajobrazie, edukuje ten byt i pokazuje, że tam właśnie jest miejsce na szczęście, na inne spojrzenie. Nie da się ukryć analogii, przeróżnych analogii, do poezji tego autora, do jego dorobku twórczego. To on właśnie skondensował osobowości wielu poetów pochodzących z Galicji, takich jak: Nowak, Ziemianin, Kawalec i inni. Baran jako jeden wprowadza grę „nierozumnego dziecka”, a jednocześnie bardzo obserwacyjnego medium rozumnego o rodowodzie dziecka, które najbardziej rozumie cały ten rozdźwięk, a który jest jakby istotą tej poezji. Są klucze w tej poezji – Ballada, Pieśń, Pastisz, Kolęda, Kabała… Pacierz i inne. Jeżeli się przyjrzeć całej osobowości twórczej poety, utwory autora BUKOLIKI BORZĘCKIEJ kojarzą bowiem zaobserwowany konkret z głębokim przeżyciem i dalszą kreacją go tak jak kreuje się drzewo wszystkimi gałęziami do korony z całym w niej inwentarzem pór roku, czyli kwiatem, ptakiem, liśćmi czy owocem… Jest wart uwagi ten zbiór wierszy, ponieważ zawiera owe atrybuty, ponieważ pomieszcza miejsce na naturalną erotykę od której zależą byty, a z tym ich wrażliwość. To wrażliwy poeta poszukujący wokół siebie sobą całym. Jest mu znana Entropia i Szklana Góra nie jest przeszkodą.

    Zbigniew Kresowaty

  • DRESZCZ KOBIETONA I KĄPIEL W OGNIU POŻĄDANIA

    o książce „Melancholia symboli” i poetyce surrealistycznej Janusza Stycznia

    Książka Janusza Stycznia przeleżała na moim biurku kilka miesięcy zanim wróciłem do domu i zacząłem z nią rozmawiać…Tytuł „Melancholia symboli” (wyd. w 2003 roku )ogłoszona przez serię Biblioteki Wrocławskiego Oddziału SPP- seria XI (2). Powracający jakby zza światów z białych sal z przyjemnością sięgnąłem wpierw do poezji Janusza Stycznia. Ta poetyka nigdy się nie starzeje –Jest to cykl patrzenia niezależnego, odrębnego i przechodzącego w perspektywy po-czasowej lustracji i zaklęcia tajemnej grozy marzeń i ich wersyfikacji na spojrzeniu ,które jeszcze przed minutami było jakąś dotykalną fizycznością – a już nie jest…Niesłychanie inspirująca jest poezja Janusza Stycznia takiej żyjącej studni którą ,żeby odkryć i kontemplować jej echo trzeba odsunąć krążek księżyca i przebić się przez mroki w mistykę ludzkiego DNA, które „cudni mi się jeszcze” (na moje szczęście!) i w oczach moich obserwujących go jako jedność duchowa. Zawsze z ogromną przyjemnością sięgam do poezji tego poety – autora znakomitych obrazów , w których czuję: pieśń, zapach werniksu i kobiety, głód, i szept erotyczny wydobywający się zmysłowo z jakiegoś tajemnego pulsującego labiryntu. Okrzyknięty ongiś Styczeń został poetą :mroku, symboli , księżyca i lustra, ale jak wczytuję się w dalsze ciągi ,które mogą być cięgami po duszy zmysłu każdego człowieka -widzę ciągle rozbudzającą się erozje , zwłaszcza u osoby „trzeciej” , która zostaje wciągana w cały bezczasowy teatr z czasu fizycznego. Sięgam równie z ogromną melancholią, gdyż wiem ,że ów świat porwie mnie w niecodzienność poza horyzonty na jednorożcu tym bardziej że ten dzisiejszy świat chorujący na fizykę płaskich wektorów wyuzdany z romantyki, pnący w kierunku konceptualizmu pieniądza staje się banalny i obcy dla głębokich ambicji intelektu. Sięgam, gdyż potrzebuję „na gwałt” innej melancholii i zatrzymania się, żeby nasycić się krwią róż ,być może jako niepowstrzymane łagodne kolejne wcielenie wampira , który stracił kły na wbijaniu znaczeń w zdania , w pustkę, żeby próżny w nocnym odbiciu lustra kobiety przebrnąć przez ocean jej ciała jak mały biały żagiel. Janusz Styczeń poeta niebanalnej sceny, inscenizator atmosfery z zapleczem bezwiednej płci obojga istnień, wiedzie nas ku surrealistycznym obrazom żywej symboliki ,sięgającej mitu , etosu filozofii i malarstwa ,które zawsze odgrywało u niego wielką rolę inspiracyjną .Kupował Albumy ,chodził na wystawy nawet kiedyś przyszedł na moją w BWA „Awangarda „(1994) -Ten pięknie wydany tom poezji ,jego retoryczna liryka melancholijnych symboli kwitnie i wciąga w Ogród Ojca Muz, który sam się dzieje całym sobą .Jest to książka o symbolice nadrealnej ,metafizycznie rozciągająca swoje ramie w przestrzenie bezpowrotne ,w poza-grobność , która tutaj osobno trwa w sobie. Styczeń lubiący plastyków , głównie artystów , którzy nie ograniczają swych dzieł do konkretnych ram , artystów którzy budują i malują zaplecze metafizycznym pędzlem jak Caspar David Fredrich, i gdzieś (być może od tego artysty ) bierze się dalszy ciąg kolejnych aktów poetyckich Stycznia. Nawet jeden ze swoich tomów poezji nazwał tytułem obrazu tego znakomitego malarza czcząc go jako swego mistrza, choć Janusz nie jest plastykiem .To „Mężczyzna i kobieta kontemplujący księżyc „- Oznajmia Styczeń ,że poprzez drogę mroku do księżyca , która biegnie przez zmysł jest mu bliżej do humanizmu a jeżeli przez patrzenie na słońce , które oślepia. Ale wracając do malarstwa Friedricha którego kocha Janusz, artysty który maluje postaci od tyłu nie pokazując ich twarzy (,nawet Styczniowi), dlatego on sam jako medium musi przejść na drugą stronę tych obrazów ,żeby nam powiedzieć :co widział z tzw . „przodu”, lub co podejrzał jako trzecia osoba -Judasz. Artysta Friedrich jakby osobowość ukryta :kobieton i mag -medium tworzy tajemnice urokliwości Janusza ,takie semantyczne zdarzenia dalej a jeżeli senne i jakby GDZIEŚ –TAM w nich cichy kot skrada się jako zmysł poety ,żeby milczeniem pomruczeć -odegrać „siódme zmysły” poza czasem fizycznym. Styczeń także interesuje się malarstwem Tycjana!… Jego Wenus – Wenus leżącą na łożu na pierwszym planie , której twarz nie jest ważna –Ważna jest tutaj przestrzeń poza łożem ,czyli ma tu poeta do czynienia z obrazem odwróconym do tzw. prawidła! -Ta Wenus na pierwszym planie blado jakby wychylona z nocy z mroku gotowa do drogi(?) trwa na tle dalszych widzeń czyli :swych innych postaci kobiet, z których jedna pakuje kufer lub wyjmuje dla Wenus odzienie… Artysta widzi tu Wenus w trzech osobach. Ale poeta słyszy ich rozmowę kobiet przy kufrze, widzi „świadomość czuwającą” jak pies wie, że ta Wenus szuka innego stroju innego lepszego wcielenia a jeżeli nagość . W tym tomiku poetyckim jest dużo o takiej Wenus „dziewczynie szukającej fontanny” wykwitu kobiecego, który może tylko zdarzyć się raz powiedzmy pod dotykiem Oka Innego mężczyzny .Wiersz (str.13)
    dziewczyna idzie przez ogród,
    ona lubi bardziej ogród niż świat,
    ona lubi patrzeć i słuchać,
    jak Czas szeleści usychając i się rodząc,
    dziewczyna rozrzuca opadłe liście,
    jakby chciała rozrzucić opadły Czas i jego szczątki
    poderwać do dnia, (…)

    Poeta poszukuje zmysłami kobiety , która ma za – dużo czasu, i za dużo siebie…Poeta szuka coś więcej; prawdziwego mężczyzny ,zapachu , wie że jest sam tym zapachem, szuka ogrodu ale i on jest tym ogrodem, a więc być może nie TO ,ale…To ONI (to coś ukryte razem) TERAZ szukają niezakłóconego snu, gdyż tylko tam jest prawdziwa poezja estetyki erotycznej takiej niespotykanej…Poeta od dawna jak tylko sięgnąć wstecz jego pokaźnego dorobku , kiedy odbiera sobie nieustannie swoje drugie JA z przestrzeni jakby wcześniej zobaczonej w surrealistycznej mocy świata ukrytego w abstrakcji wewnętrznej każdego z nas, być może z takiego miejsca dziś wstydliwego wymagającego zatrzymania , próbuje złożyć rozrzucone szczątki prawdziwego marzenia drzemiącego jeszcze w nas i podać nam treść niecodzienną erotykę bezgraniczną .Ustawia jak sę wydaje scenę zbyt małą na tak wielkie opowiadania ,ustawia aktorów dwóch i siebie do trójkąta, który jest płodny i jedyny. Czytając te poezje , która tak naprawdę rodzi się: w labiryntach mitycznych, w ruinach cieni w filozofiach starożytnych a wydobywa się skrzydłowymi drzwiami jakby z oceanu czuję że wchodzę w nią jakby zassany powołany wciągnięty niechybnie: krok po kroczku, szept po szepcie oczekując co się stawać będzie dalej i dalej …Wchodzę jakby w osobną mitologię poety , który inspiruje nastrój wydłuża gałąź kobieto-mężczyzny , układa znaki rąk , ust i muśnięcia poręczy , zawiesza księżyc nad Magbetem a może nad Otellem (?),na którego „czekają łodzie potopionych gdzieś na dnie Oceanu ” (to fragment mojego wiersza, który tutaj poczułem) .Trzeba to powiedzieć ,że te poematy otwierane na oścież ku nam toczą się także gdzieś obok Schekspeare’a jakby w zawieszeniu śmierci ożywa „życiem po życiu”… To ciągłe niespokojne poszukiwanie miejsca na obserwację i uczestniczenie łaknącym „trzecim” okiem , jakby perwersyjne podglądanie lupą Wielkiego Big Brothera scen ,i przeczuwanie chwili, w której może stać się COŚ wiele atrakcyjniejszego …Poeta wciela się w rolę bezosobową ale czynnie uczestniczy- buduje trójkąty , gra nimi zdradza i wiernie przelewa kolory , chętnie idzie na trzeciego pomiędzy usta a dłoń i dalej, choćby był nawet kamiennym jednorożcem. (str.12) (…)
    pary tańczą dookoła jednorożca,
    dookoła kamiennego marzenia,
    on jest sercem ich tańca
    ich serca w nim się odbijają,
    jest dla nich czymś pewnym, wiecznym,
    czymś ,na co zawsze można liczyć, (…)

    Ale poeta jest niezmordowany swoim wielo-życiem bo przez wiele lat w nim światy tańczą , grają byt ponadczasowy . Tańczy i czasem wystarcza mu: samo nagie marzenie kamienia czyli milczenie. To postaci mówię jego ustami -jest mimo wszystko Janusz Styczeń takim romantykiem surrealistycznym , gdyż z pozoru czystej martwo zobaczonej sceny tworzy ruch nastroju , zapach i iluminacje marzenia .Styczeń umie przedłużyć chwilę rozkoszy , całuje swoje postaci nieskończenie- tak jak silnego(białego) konia biegnącego brzegiem morza . Ta jego poetyka nie spieszy się do orgazmu, wyczekuje w szale zmysłowym jeszcze większego uniesienia . Umie poeta także ustawić relację śmierci do życia i nadać jej wielo –wymiarowość. Często sekunda jest tutaj rozkoszną wiecznością. Wiersz skrzypce (str.49):
    zostały po nim skrzypce,
    ona dotyka skrzypiec,
    jakby to jego dusza zostawiła
    takie swoje wyobrażenie,
    taki symbol wcielony w konkretny podmiot,
    taka szkatułkę, w której zamknięta jest
    duszy emanacja,
    (…)
    ta fascynacja kształtem duszy a raczej poszukiwaniem kształtu ,jakby GDZIEŚ istniejącej i wystruganej w kształt człeka , delikatność linii i liryki bywa że podskórnie lamentacyjnej ale radosnej(?), w wodzie snu w ognistych włosach (w dalszej części ksiązki) jest ponad dzisiejszą zmysłowością zabieganego człowieka , który jest przecież piękny a życie jego jest znikającym cudem-mówi poeta. Nieskończoność , która opowiada siebie w poecie, odrasta ciągnie jak dobra Chimera, unosi się i łzawi zadziwiona sobą i żyje aż po śmierci…Poeta wchodzi w marę śmierci w jej traumę i nadaje jej kształt „nietrumienny”… To mrok jest tym z czego można cos wydobyć, uratować , dotknąć, poparzyć się . Wiersz „odwiedziny” (str.51):
    (…)
    szepce umarłej ,ze ją wciąż kocha,
    całe stopy ma otulone tym szeptem,
    szept przenika we włosy umarłej, w jej duszę,
    kobieta czuje to przenikanie,
    jest to dreszcz rozkoszy,
    (…)
    Szept u poety ma zapach (, czuć go rozkoszą ), trwa, najmocniej po odejściu- oddaleniu, gdy wychodzi z cmentarza .Nikt bardziej jak Styczeń zawraca mroki człowiekowi , jest w ciągłym przebudzaniu jest pod narkotykiem zapachu kobiety , ona żyje na jego krwi pasie swą cielesność jako mara pośmiertna. W wierszu „pomnik nagrobny” (str.52) powie na końcu wiersza: „dwóch śmierci trzeba , by śmierć pokochać”- piękne i zamknięte na wieczność jakby się za moment miała skończyć poezja. Ale jak znam Stycznia nie poprzestanie na śmierci na jej co dziwne nie przykrej traumie ale żywej jak odradzająca się różą. Wróćmy jeszcze choć na chwile do samej postaci poety. Mówi on „Wychowałem się na prozie Williama Faulknera i od niego uczyłem się, jak poskramiać grozę umieszczając ją na uniwersalnym obszarze świata i czasu” – Jest zatem poeta postacią z twarzą niewiadoma dla czytelnika , który mało co wie o nim albo nic. Styczeń wpatruje się w fizyczność otoczenia w podmiot kobieto-mężczyzny –To ciało napawające grozą – co można zaryzykować dygresja: kto wie co jeszcze może się stać z osobowością liryczna , bo może przejść do obłędu , może z monstrum położyć się w lirykę perwersyjną , może dalej fermentować jak Libido całej erotyki poety już ukazane , może unieść się ponad bólem radością .Ale poezja Janusza pożąda więcej .pożąda całej wieczności jest zaborcza ku niej i łapczywa co rusz nowego spojrzenia w obszary zmysłowości niespokojnej i romantycznej choć w tej chwili znajduje się w surrealistycznym otoczeniu. Zatem być może Janusz Styczeń jeszcze nie pokazał swej twarzy. Jest ona gdzieś pod liśćmi zapamiętana i długo jeszcze będziemy jej poszukiwać zwłaszcza w świetle księżyca .

    Zbigniew Kresowaty

    Janusz Styczeń : Melancholia symboli, Biblioteka Wrocławskiego Oddziału SPP – Seria XI (2), ISBN 83 914421-8-7 , Projekt zrealizowano dzięki dotacji mecenatu Samorządu Wrocławia, Redaktor Jerzy Kos, Okładka: grafika Danuty Kierc.str.75

  • Śmierć w poezji Stanisława Grochowiaka

    (spisane w 34 rocznicę odejścia Poety, wrzesień 1976 r.)

    Fenomen śmierci zawsze był godzien opisu lub przeżywania. Był jakby miejscem, gdzie można złożyć swój protest, bunt, rodzić podstawy obrazoburcze itp. Dla wielu poetów i innych artystów śmierć staje się podmiotem twórczości, a nawet drogą składająca się na całokształt ich twórczości. Dzieje się tak dlatego, że śmierć jest swego rodzaju tajemnicą, jest potrzeba poznawania innych wymiarów w tym metafizycznych, jest także i darem. Inaczej mówiąc – jest częścią życia i gdyby jej nie było, można powiedzieć, że nie byłoby każdego innego rodzaju życia i jego przedłużenia. Mówią, że śmierć nas budzi do nowego życia i nowej egzystencji. To wręcz paradoksalne powiedzieć: śmierć jest przedłużeniem życia, ale trzeba dodać: życia cywilizacji i jej egzystowania duchowego. Każdy z nas, nie tylko poeta czy artysta dowolnej profesji, podświadomie zdaje sobie sprawę z tego, że proponowana przez niego poetyka lub inna semantyka twórcza, nawet inna niż ta którą obejmuje tradycja literacka, zawierać zawsze będzie bunt wobec śmierci, tak samo jak wobec życia. Otóż pragnę poszukać śmierci w poezji Stanisława Grochowiaka, którego jakby w kwiecie twórczości zabrała śmierć w inny wymiar. W poezji tej motyw śmierci jest jakby oswojony z poetą od zawsze. Grochowiak sklasyfikowany został przez krytykę jako osobowość zdolna do współtworzenia nowych kombinacji estetycznych tego podmiotu w okresie gdy literatura Polska wyrażała swego rodzaju brzydotę jako bunt nie tylko na stan ducha ludzi okresu zamordyzmu ale wyrażała też protest przeciwko serwowanej w mediach świetlanej przyszłości, kiedy społecznie było widać i wiadomo było, ze tego społecznego stanu się nie da osiągnąć. Taką poezję współtworzyło jeszcze kilku innych poetów jak np. Ernest Bryll. Otóż naczelna formuła poetycka Stanisława Grochowiaka czyni bardziej zrozumiałą transpozycję śmierci, zawarta już w pierwszych tomach jego wierszy, no. W „balladzie Rycerskiej”, dalej w „Rozbieraniu do snu” A już w „Modlitwie” poeta wprowadza nas w aurę przedsionka śmierci, czyli wpierw w aurę ciemności. Będąc tam, prosi o blask Matkę Bożą, każdą matkę, która daje życie. Dalej! – wnuk Sancho Pansy ( mówi o sobie autor), poszukuje estetyki, która najprościej sportretuje rzeczywistość współczesną, czyli tą, w której on, jako autor, przebywa. A więc, pojawia się tutaj bunt! – W „Balladzie Rycerskiej” jest takie oto wyznanie, będące swego rodzaju wyznaniem credo Grochowiaka:

    A ludzie mych wierszy słuchając powstają
    I wilki żerują wychodzą zgrają
    Powołał mnie Pan
    Na bunt (…)

    Poeta dalej powie w „Świętym Szymonie Słupniku”, potęgując głos do rangi nadrzędnej w penetracji rzeczywistości, stanie się ona niełatwą zgodą poety na bunt odbiorcy wobec tak proponowanej metody całego oglądu otaczającego świata. Powstaje więc nieuchronne pytanie: do czego taki bunt ma prowadzić? – kilku krytyków zaraz po śmierci poety zwróciło uwagę na fakt, że credo Grochowiaka jest wewnętrznie sprzeczne. Mówią oni, a przytoczę tajemniczo jednego: : Bóg powołał człowieka, by ten buntował się przeciwko ustanowionemu przez Niego prawu” – można dodać – a tym samym prawu natury psyche. Oznacza to, że człowiek ma być ciekawy tej tajemnicy, która z niego wychodzi, a jednocześnie go otacza i ma swój wyraz w odnawianiu różnorodności, gdyż to inność jest istotą życia, którą to inność jakby selekcjonuje już sama śmierć. Wewnętrzna sprzeczność wypływa z pojmowania buntu w jemu właściwy sposób, jako głównego powołania ku odkrywaniu tajemnicy i istoty bytu za pomocą słowa, które ma moc sprawczą a wypowiedziane istnieje w przestrzeni. Takie działanie to jest posłannictwo mówi jakby podskórnie poeta. Do spełnienia słów Grochowiak używa swojej osobowości podświadomie. Do spełniania wartości swej poezji tzw. poeci „katastrofiści” używali również swoich osobowości a ściśle mówiąc używali także swych ciał, używali swej bitności i przyłbicy odwagi co niejednokrotnie kończyło się zejściem. Ale wróćmy do Grochowiaka – Do spełniania słów tego poety, do ziszczania się ich Stanisław Grochowiak również używa swej cielesności. Tym samym centralny paradoks metafizyki tego poety uzyskuje swoisty, racjonalny, czyli potrzebny, a może wręcz kapitalny wymiar. Nie wiem, czy tak rzeczywiście było i czy tak jest, a przede wszystkim czy tak myślał sam poeta(?) Oczywiście jako odbiorca nigdy nie mogę być tego pewien, bo prawdopodobnie sam autor nie był pewien wartości emanacji swych kwestii poetyckich. Grochowiak był zwyczajnym człowiekiem, chorującym na żołądek ( później ciężko), tudzież pijącym zimne mleko w Barze, lubił czasem jeść śledzia a i czasem przepić go kryształowym płynem z czerwoną nalepką. Do redakcji chadzał trzeźwy na nogach, dużo palił, a nocami cierpiał na dokuczliwą bezsenność. Być może pisał z autopsji i krążył po obrzeżach śmierci, dotykając ja po przez słowa bliskie lub nawet pochodne śmierci – to się wyraziście czuje w tej poezji: ciemność, zło, nagość, ryba, ość, łabędź na cegłach muru, śnieg, łzy, krwioobieg, itp. inne określania, co zresztą i czynili, a nawet czynią inni poeci, lecz nie tak nagminnie i dobitnie, czasem turpistycznie, jak Stanisław Grochowiak. Ogólnie mówiąc, poeta ten jakby wprowadza nową jakość co do koloru i zapachu własnej poezji.. To brak dobra powoduje porażenie świata – mówi – ale tez powoduje porażenie świata brzydota i niedoskonałość nieskończona natury i osobista, znaczy ta najbardziej dotkliwa co jest być może u poety bliskie nieuchronnej śmierci stąpającej bardzo małymi kroczkami, ale. W pierwszych zbiorach poezji Grochowiaka dialektyka przeciwieństw, które niewątpliwie istnieją, rzutuje na całokształt twórczości poety. Wydawać się będzie później, ze sprzeczności te będą jedyna metodą i bardziej niż synteza pasować tu będą antytezy. Ale też nie można być pewnym! Bo weźmy np. wspomnianą wcześniej „ciemność” – to właśnie tutaj mieści się antyteliczne ujęcie bieli i nawet czerwieni, jaka jest początkiem jasności, czyli jakby ten, nawet estetyczny, odbiór pozostaje w nierozerwalnym związku z tematyką śmierci. Tak dzieje się już w „Balladzie Rycerskiej”. Odbiór estetyczny także pozostaje w nierozerwalnym związku ze śmiercią, gdyż cała opozycja kolorystyczna idzie przez grę samych barw kontrastowych. No! – i przecież dzieje się tu Ballada.
    Jakież to jest śmiertelne czy śmiercionośne słowo a jakiż tu dramat – co pozostawiam do dalszych rozważań. I weźmy dalej, np. z wiersza „Budowa”:

    Tam gdzie obłok
    Biały jak łabędź nad cegłami

    lub:
    O śnieżyste koty syjamskie
    przy wazonach róż.

    – Prawda? – jakie to malownicze i metafizyczne, że aż żal że za chwile już to zniknie… Wydawać by się mogło, że jest tutaj mowa jedynie o smutku, ale jakże pięknym smutku, który jest jakby na milimetr od śmierci lub igra z chwilą dotykająca śmierć – To tak jakby powiedzieć coś o blasku złota i wartości – ale jakże zimnym, okrutnym i bezlitosnym złocie. któremu nikt się nie oprze. To drugie to z wiersza „Humanizm” ta częsta czerwień u Grochowiaka, najczęściej czy najściślej, zaczyna wiązać się z konkretami, z codziennym obrazem, z prze4jawami jakiejś dziwnej przyprawiającej o dreszcz witalności. Barwa w poezji Stanisława Grochowiaka przestaje oznaczać wyłącznie jakość kolorystyczną – to raczej estetyka wewnętrzna. Zastanawiam się tutaj właśnie – o ironio! – lub czegoś nie rozumiem – co skłaniało poetę do uzupełnienia swojej całej twórczości barwą, właśnie wtedy w tamtych szarych czasach, czy nie tęsknota za marzeniem, a przecież malował swoje gwasze i robił to całkiem całkiem dobrze! – Ale pozostawmy to na później. Bo przecież ta czy inna, nazwijmy to, opozycja kolorystyczna, jest zawsze w ekspresji poetycka formą – a nawet jakimś pojęciem względnym potęgującym chwilę, chociaż zdaje się być celowym zabiegiem skoro poeta poezjował gwaszami także. Ale czy tak istotnie jest? – tego też nie wiem, ale tak to pojmuję.Później znów poeta wróci do siebie, bo np. w wierszu „Czyści” powie:

    (…)
    wolę brzydotę
    Jest bliżej krwioobiegu
    słów gdy prześwietlić
    Je i udręczać (…)

    – czasem autor wierszy mówi, że biel, jak woda, kieruje naszą wyobraźnią. I np. w takich utworach jak: „Wiersz metafizyczny”, „Król zabity”, „Modlitwa” lub „Portretowanie umarłej” kieruje się ku sferom semo – nierzeczywistym albo irracjonalnym, o ile to tak można wyrazić! – myślę, że tak jest dlatego, żeby móc jak najdłużej być zawieszonym w nicości czy choćby w nadrealnym kosmosie, jak np. w „Zwątpieniu”:
    Oto Bóg twój w mgłę rozlewa
    I nic – i tylko mgła się chwieje.?
    A ty jak piorun walisz czołem
    A wszystko tracisz. Nawet Łzy (…)

    Myślę, że to tak, jakby kołowała śmierć naga lub z narzędziem w krążeniu dookolnym. To prz3ecież i tak, jakby śmierć wyszukiwała swoje ofiary i fanfary, sytuując się między ziemią a niebem. Trzeba sobie wyraźnie powiedzieć, że jedyną formułą walki lub buntu, który jest zawsze pierwszy u tego poety, wydaje się być męstwo. Taki motyw pojawi się jakby w konsekwencji walki ze śmiercią, co jest ukryte w dalszych zbiorach Grochowiaka. Poeta będzie się nim posługiwał non stop w swoim, jakby spartańskim, życiu. Bo przecież takie prowadził, zwłaszcza u kresu: proste, nie uładzone, jakby z marszu i chwili po łyk, pod budkę. na cześć, co słychać Kolego! – Będzie wprost gwizdał losowi i „grał mu na nosie”. Jak wiemy nie stronił od mocnych wrażeń i strzemiennych chwil wśród „swoich”, zakąszając , co zresztą pisał w wierszach, śledziem z beczki. Innym razem widywano go, jak wspomniałem – bo i on wspominał, przy szklance ziemnego surowego czy zepsutego mleka rozmowie ze sklepikarzem na swojej ulicy. Wchodzimy tutaj na grunt prywatny poety, który musiał egzystować jak dociekliwa i wrażliwa dusza, z dolegliwymi choróbskami. Był prostolinijnym człekiem w obejściu i prostych spraw orędownikiem, może nawet wbrew temu, co sam mówił. Wiem to z relacji moich starszych kolegów, którzy byli jego przyjaciółmi.
    – Ale to tylko dygresja, żeby dobarwić te osobowość, dygresja sącząca się imaginacyjnie na temat jego poezji. Taka też jest ta poezja, bez jakiejś politycznej opozycji wprost. Niejednokrotnie sam widywałem pana Stacha na spotkaniach poetyckich, gdzie wszystko się działo także pod wpływem chwili, w których uskuteczniał był swoje wizje „na żywo” w czasie trwania biesiady, np. prowadził uczestników spotkania na dach budynku, żeby objaśniać im działanie, tak działanie, księżyca. To iście był piękny poetycki zabieg! – miałem wtedy 18 lat i nic z tego nie rozumiałem, gdy ktoś zabrał w Lesznie na spotkanie autorskie z tym „znanym” poetą. Stanisław Grochowiak nigdy jako osoba, w przeciwieństwie do innych poetów, nie chciał posiadać atrybutów władzy nad i wobec śmierci, ani nie chciał ich używać, ale tez nie poddawać się jej. Dopiero w późniejszym okresie, gdy prawdopodobnie spojrzał przez siebie samego, przez własna kondycję fizyczną, przez kruche własne zdrowie – dopatrzył się , że śmierć podąża w jego stronę. Widmo śmierci, bywało Gdzieś daleko, lecz już. zaraz tutaj:

    W tamtym świecie gdzie króle
    Truli się towarzysko
    Trup to była
    Osobowość
    Nadzwyczaj tronująca (…)

    Później poeta doda, przywołując samego Hamleta wręcz ironicznie:

    W dudach jak w jesionkach lubo
    Inni z nich maja abażury nocne
    Lektura Hamleta
    Stanowi pewną
    Pewną rozrywkę (…)

    – Idźmy zatem dalej, skoro tak ciekawie. Swoistym ( dalszym lub kolejnym) atrybutem śmierci u Stanisława Grochowiaka jest po prostu jej przedsionek , czyli sen. Czyli wyobraźnia poetycka(?), związana stale z obecnością domniemanej sfery śmierci w której toczy się bezistotność. Zwrócić trzeba uwagę, że zachodzi tutaj ciekawe zjawisko wykorzystania topiki snu dla przekazanie niepokojących przeczuć lub wizji intuicyjnych samego końca siebie. Np. wiersz „Sen” z tomu „Agresty”, gdzie poeta kontynuuje:

    Cmentarz płonął powoli od gwiazd swoich
    – spękań
    Od korzeni swych płonął
    A choć świat nie nadszedł
    Widziałem to dokładnie
    Więc.

    Grochowiak bezpiecznie nie chce uciekać w nieświadomość, w jakiś ocalający wymiar. On chce podjąć teraz walkę wprost na świadome argumenty. W dalszej części – udając się w dzieciństwo – powraca, jak każdy poeta na swój sposób, tutaj poeta przytłoczony ciężarem egzystencjonalnym, czyli głównie tęsknotą, a nawet „pięknym” żalem promieniującym w czystość duchową. Nie może się jednak oczyścić poprzez ten sposób – czyli przeżyć tego prawdziwego katharsis. To wielka trudność dla poety, zwłaszcza kiedy ma się taki szerszy ogląd sprawy otaczającego go świata zamkniętego za zewnątrz. Reasumując: Stanisław Grochowiak stara się wręcz zatrzeć granice życia i śmierci. Teraz śmierć u poety stanie się integralnym elementem tego świata, o czym wspomniałem wcześniej. Jest on składnią – mówi w „Sześciokrotnych śpiewach porannych”:

    Dawno umarli przez bogów widziani
    Wiecznie żyć będą widziani przez palce (…)

    W tym okresie twórczości poeta utożsamia się ze śmiercią już ściślej i przygotowuje swoje własne liryczne „JA” na przyjęcie śmierci już tej własnej, czyli najbardziej osobistej! Ma on świadomość, że musi odejść nieuchronnie. Myślał, że tylko to prawdziwe cierpienie, którego przecież bardzo doświadczyć musiał i to , daje prawo do takiego czy innego opisu śmierci, na żywo stojącej za plecami w przedsionku. Jednakże nie akceptuje wiary we własną osobistą śmierć. Raczej czyni jakby ironiczny ukłon w stronę piękna najbrzydszego. Być może myśli, że ironizując, umiera godniej:

    Piękno
    A czyżbym nie był jego godny?
    Ja który tyle chcę unieść z człowieka
    Że nie mam wiary nawet w grób swój? W Chwilę
    Która nim przyjdzie, to wpierw mnie oślepi.?

    – I za nim tak „Która” nadejdzie, zdąży jeszcze poeta nasycić atmosferą śmierci ostatni swój tom wierszy „Bilard”. Przeczucie jakby „północy niepoznawalnej”, gdzie dokonuje się próba podsumowania drogi? – Postawa tego poety wadzi się ze śmiercią innych bardzo otwarcie. Być może przede wszystkim poetów artystów, ludzi wrażliwych, którzy intuicyjnie przeczuwają swoja śmierć, nawet jej wizje, lecz nie potrafili jej stawiać czoła i wybrali ją świadomie, wspominałem o grupie poetów żywicujących. Wybrali śmierć nagła pod chwilą, niespotykaną, ale jakby z nakazu serca(?) o ile tak można powiedzieć, tragiczną, odważną(?), czyli ta która naocznie ma przerazić, zrobić wrażenie, i doświadczyć, może nawet nauczyć Kogoś i czegoś. Jednak Stanisław Grochowiak nie chce przyjąć żadnej śmierci, buntuje się wewnętrznie, bo taka jest powinność człowieka nie oddać wszystkiego za jakąś bezsensowna cenę. Poeta buntuje się wreszcie po przez oswajanie się z nią na bieżąco jak z bestią, drwi z niej i poniża ja. To bunt ostateczny i jakby najbardziej doświadczony na samym sobie, a tym samym najbardziej w sposób najbardziej wyczerpany i wysmakowany mimo bólu. Tym samym sam ból się ustatecznia wycisza. Ma siebie tylko poeta jako cel ten najbardziej dotknięty czyli ustateczniony pod ręką, wie że niebawem zajrzy JEJ w oczy. Jest uparty, bo tak należy, jest niepokorny – bo to ona jest także taka, a nie niema – czasem czeka z uporem duchowym i wzywa – przyjdź , nadejdź. jakby chciał dodać ” ja jeszcze coś mam dla ciebie!” odchodząc w taki właśnie sposób i doświadczając śmierci aż tyle, był jednym z niewielu, którzy o niej powiedzieli dobrze, czyli docenili, powiedział dobitniej i wyczerpująco, chociaż – śmierci nie zdefiniował, tak jak i inni. On pozwolił sobie jedynie na ironiczny pojedynek, może nawet romans, w sposób, w jaki niewielu twórców to uczyniło. Był wrzesień 1976 roku, gdy go przytuliła do siebie Tanatos, pozwalając zostawić tak imponującą twórczość, zapis okresu bardzo trudnego w naszym życiu społecznym.

    Zbigniew Kresowaty

  • SENSORYCZNOŚĆ PRZESTRZENI POETYCKIEJ BARBARY MALINOWSKIEJ

    Od kilku lat przyglądam się poezji Barbary Malinowskiej oraz jej malarstwu. Autorka jest poetką i malarką, twórcą wystroju wnętrz i dekoracji oraz projektów graficznych… Na twórczość tej artystki składa się kilka tomików poezji, druki w Almanachach literacko-artystycznych i katalogach, druki wierszy w czasopismach literacko-artystycznych oraz wiele wystaw malarskich ,czasem wręcz połączonych w sentencje słowno-muzyczne i plastyczne .Zarówno obrazy jak i poezja Malinowskiej to w szerokim tego słowa znaczeniu Jeden Wielki Poemat… Poezja ta jest jedną wielką tęsknotą do kwestii uczuć i marzeń oraz wybiegiem ku samorealizacji humanistycznych uczuć powiązanych z naturą i otoczeniem żywego świata i najbliższych kwestii egzystencjonalnych człowieka…Zarówno w poezji jak i słowach metaforycznych poetyckiej przestrzeni jak i w pastelach jak obrazach malarskich, czy choćby w szkicach i rysunkach wchodzimy w delikatny świat dotyku uczuć najbliższych naturze artystki jak: tęsknota, samotność, czekanie i wędrowanie w stronę nieba :z aniołami ze światem kolorowym czasem w ostrych odważnych kolorach, czyli taką wyrazistą drogą (?) która ma za zadanie być najważniejszą iluminacją duchową .Cała łagodność usposobienia autorki i miłość do rzeczy ważnych, zaznaczających jej prywatne azyle jest nieodłącznym atutem w dzisiejszym na wskroś brutalnym i pośpiesznym świecie elektronicznych i cybernetycznych mechanicznych działań…Artystka stroni on udziwniania , od postmodernistycznych kwestii i konceptualizmu a skupia się na kwestiach humanistycznych i duchowości człowieka wrażliwego… Myślę zarówno w słowie jak i w całej realizacji plastycznej autorki możemy dostrzec kwestie uniwersalne jakim jest przyzwolenie na kobiecość w całym tego słowa znaczeniu wyzwoloną i nie-wyrafinowaną a skromną , uśmiechniętą do siebie, czasem do swoich twórczych obiektów…Ta kreatywność na wskroś szczera nie butna -a naturalna pokazuje nam już doświadczoną osobowość, jej stan duchowy, i stosunek do świata zastanego w sobie .A świat poetycki Malinowskiej jest nieskończony wzajemnie uzupełniający się odradzaniem od sentymentu po namiętności do człowieka ,czasem w jego pozaświaty , czasem w jakiś radosny ból i nostalgie… Zasiada artystka po wielokroć w odosobnieniach w jakichś muszlach lub anielskiej dziupli i w trójwymiarowym spojrzeniu buduje obraz duszy, czasem wyroczni nie ujawniającej tak do końca potrzeby ani celu… Ale potrzeba serca samej poetki jest ogromna i otwarta w głębokie pokłady oryginalności. Jest to świat nie-pretensjonalny odosobniony od centrum: rozszumiałego, zglobalizowanego, kosmicznego i ekspresywnego świata .Jest to działanie zdystansowane na wyjątkowość i spokój symetrycznie wchodzący
    w kreację z obrzeża jako twórczość promieniująca światłem wszech-przestrzeni i wirtualnym pojęciu podmiotu. A podmiotem niewątpliwie jest tu człowiek „lustro”. Malinowska patrzy w oczy własne w ich głębię, żeby widzieć siebie w kimś jako partner kreator niezależny a nie przeciwnik .Poezja Malinowskiej nie jest otwartą walką z wspólnotą, nie jest to walka z sobą ani przestrzeniami pomiędzy Niebem a Ziemią. Artystka widzi człowieka jako anioła w takich samych zajęciach jakie sama wykonuje .Naturalnie ,w samej rzeczy, jest bardzo wiele erotyki w poezji Malinowskiej ,zarówno w poezji pisanej jak i plastycznej… Erotyka (a nie seks) wprost przeszywa wszelkie kwestie podmiotowości kreatywnej i czynnej tej poezji i działań plastycznych autorki .Iluminacje plastyczne i kolorystyka w obrazach autorki tworzą tutaj jakąś bezczasowość , bez-kres mówi poetka :” wiek…godzinę…chwilę…”. Przytaczając kwestie i strofy zarówno przeszłych wierszy jak i tych nowych nieopatrznie wschodzimy w obrazy , są one jakby skomentowane w kwestii plastyki i tematu np.: „na skraju duszy/Uwiłam dla Ciebie gniazdo/Z puchu feniksa/Chciałam ogrzać Twoje serce…/By biło dla mnie/Chociaż przez chwilę wieczności/… To sekwencje z wiersza autorskiego autorki .Ta poezja wyrastająca jakby na czasie z gruntu plastycznego także jest plastyczna obrazowa wyniosła antropologicznie na feniksie odradza cel dalszego działania i uprawdziwia i uwiarygodnia się w działaniu uzupełniającej warstwy plastycznej. Sensoryka twórczości autorki jest szeroka a jednocześnie i romantyczna wychodząca z delikatnego dotyku z rzeczy samej jest dużą dawką nadziei i ciepła .Jeszcze raz warto przytoczyć słowa poetki :”Gołąb spacerujący po dachu/nawet nie wie że ma zwiastować dobrą nowinę/…/” – Taka jest właśnie zasadność poezji autorki ,w tym co nam oznajmia: Artysta nawet nie wie, że oznajmia nam dobrą nowinę w celu i kształcie erotyki jest zawarty cel życia i uniesienia w przestrzenie, które ujawnia
    przysłany jako medium do tego powołane…

    Zbigniew Kresowaty

  • ZOBACZYĆ METAFIZYKĘ WEWNĘTRZNĄ ŚWIATA OBIECANEGO I ANTROPOLOGICZNEJ PRZESTRZENI…

    Prace graficzne Marka Jasińskiego obejrzałem całkiem przypadkowo, prezentowane przez Galerię Civitas-Christiana (Wałbrzych) w interportalu informacyjnym. Widzę tu 30 rysunków spójnych tematycznie i bardzo oryginalnych w swej metafizycznej treści .Jest to bardzo oryginalne ukazanie wnętrza artysty, który z wielką odwagą porwał się wybrać z abstrakcji treści obrazów, myślę przeznaczonych do kontemplacji wewnętrznej człowieka. Są to okienka, w które patrzy młody zdolny artysta i penetruje swoim „trzecim” okiem labirynty, które dla osób ze swoją słabo rozwiniętą intuicją i wrażliwością są niedostępne, a nawet zakazane. Symetryczność tych przestrzeni jest tutaj przedłużana w nieskończoność, aczkolwiek pojawiają się czasem nieregularne plamy w tej symetrii, które są znamionami życia i sensu jaki wychodzi ze styku kilku przestrzeni i staje się jednym obrazem… Bardzo szkoda, że młody artysta pokazuje swój świat czarno-biały a nie kolorowy .Wynika to może z kilku przyczyn, być może czysto technicznej: z braku zaplecza materiałów potrzebnych do eksponowania jakimi są farby… Ale myślę ,że trochę jest to zamierzone (?) i być może jako wyjściowa imaginacja do otwarcia kolejnych okienek w przyszłości pokolorowanych. A być może barometrem napięć są tu jakiś stany psychiczne i kondycyjne człowieka uwikłanego w otoczenie zbyt przytłoczonego przyziemnie… Wracając jednak do czysto graficznej strony tych rysunków wykonanych techniką podręczną jak np.: długopis, czy ołówek, fioletowa kredka… penetrujemy świat symetrycznej abstrakcji ducha i napięć-okienek, które wychodzą jakby jedne z drugich… To tak jak fraktale przetwarzające się na naszych oczach w byty bardzo ciekawe -ale co najważniejsze bardzo tajemnicze… Wchodząc w ten świat zdaje mi się słyszeć tajemnicze echa odbijające się od swych krzywizn, głosy wyłaniające się z szeptu odbijając e się w zakamarkach lub rozgrywające na swych szachownicach grę o dalszy byt i jestestwo nieznane… Jest to świat, gdzie możemy także dać sobie odczuć atmosferę wyziębionych ale przyjaznych pomieszczeń lub rozgrywających się wzajemnie wektorów, dojrzewających i wychodzących z nicości, których panem i władcą jest Bóg NIKT. Wchodząc w ten świat wcale nie mamy ochoty powracać ,choćby z kilku powodów :a to z racji tych, że nie rozwiązaliśmy tajemnicy , która tu jest nierozwiązywalna bo przedłużająca swoje macki nieskończenie śmiało w każdą stronę, i dlatego ,że wciągająca przestrzeń staje się bramą, bardzo szeroką bramą do pokonania, żeby ujrzeć niebiański świat lub jakiś wiekuisty byt(?) Marek Jasiński proponuje nam właściwie nasze nieograniczone wnętrze, które może nam się jawić jako byt rozwoju i penetracji uczuć fascynujących ,polegający na zmyśle wzroku choć jak wspomniałem- i echa i muzykę Wangelisa tu słyszę i Wojtka Konikiewicza, nawet Tangerine Dream, Mike Oldfield, które cały czas rozwijają się w nas samych i są ciągiem nieprzerywalnym czasem wręcz lewitacją, a co za tym idzie antropologicznie także odkrywczy idacy mimo szarości w stronę słońca-To rzeczy zobaczone na słońcu, które są negatywami… Jest to twórczość ukazująca wrażliwość i talent, który jest samorodny i czysty, nieskalany twórczo inną twórczością (talent nieskundlony ), choć czasem bardzo podobną do wybitnych i znanych artystów, wpierw kubistycznych, później postmodernistycznych (operujących architektonicznie wektorami kąta i owalu i obłości) i surrealistów… Pragnę zwrócić uwagę na to, że Jasiński nie pomieszcza w tłach swoich przestrzeni postaci człowieka, twarzy ludzkiej kształtu zwierząt ,oka egipskiej wyroczni, i jako-takiej nagiej natury… Jasiński – sam jest humanum-medium, kreatorem zawiadującym własnymi tajemnicami, a one są w nim samym-On je tylko otwiera i mówi: spójrzcie co mieści się w kącikach moich kości w zwojach mięśni serca i fałdach mózgu lub pod skórą żylastej dłoni… Uważam ,że jest to twórczość , która musi dostać jeszcze więcej przestrzeni do samorealizacji… Jest to gra z wyobraźnią o otwarcie się wszem i wobec, kto wie czy nie nadwrażliwą – Jest to batalia wstępna w swym objawieniu a nawet okrutna do tego stopnia, że mrożąca krew w żyłach dotykająca „gęsiej skórki” widza i przeciętnego człowieka, który nie wie, że to wszystko nosi w sobie…

    Zbigniew Kresowaty

  • ANIOŁY SĄ PO DRUGIEJ STRONIE KOBIECOŚCI

    o rzeźbach Lidii Sztwiertni

    Stworzone przez Lidię Sztwiertnię cykle rzeźb, w tym cykl aniołów, budzą powszechne zainteresowanie krytyki artystycznej oraz odbiorców sztuki. Ta niezwykła artystka, pracująca wciąż coraz więcej, pokazała nam niesamowite wprost obiekty różnych wysokości, w które tchnęła ducha anielskiego. Cały liczny zespół stworzych przez nią rzeźb miałem możność oglądać na Zamku Piastów Śląskich w Brzegu, przy okazji corocznej imprezy poetyckiej „Najazd Poetów”, w tym roku jubileuszowej, bo dziesiątej. W przepięknej scenerii, która panuje od wielu lat w tym Zamku, okazało się także, iż jest on wymarzonym miejscem do pokazania prac rzeźbiarki. W jednej z pięknie odnowionych sal znalazłem się wśród aniołów, które zakomponowane i ustawione w odpowiednich tłach zawładnęły moją duszą, w wyniku czego mogę z przekonaniem powiedzieć, że spędziłem sporo czasu w … niebie.
    Jak o każdym znaczącym artyście, różnie pisano i mówiono o Lidii Sztwiertni i jej twórczości. Maria Tyws w przedmowie do folderu z jednej z wystaw Sztwiertni pisze: „Obcowanie z twórczością autorki pozwala zanurzyć się w świat kobiecej wrażliwości…” Myślę, że słowo „kobiecej” jest w sztuce naprawdę zbędne, a przy jakimkolwiek omawianiu dzieł sztuki od razu je zupełnie niepotrzebnie, en tout cas klasyfikuje. Uważam, że powinienem najpierw dokładnie przyjrzeć się artystycznym obiektom, a później domyślać się charakteru osobowości ich twórcy, a jakiekolwiek narzucanie takiej interpretacji świadczy o powątpiewaniu w intuicję odbiorcy. To tylko jeden z pierwszych moich zarzutów odnośnie takiego kojarzenia motywacji powstawania dzieła artystycznego. Otóż uważam, że w sztuce nie ma miejsca dla takich płcią obiążonych podziałów, sztuka broni się tym, czym jest ! Popadanie w takie stereotypy, to domena krytyków przeszłych, „ustrojowych” pokoleń, a przecież w szerokopojętej sztuce światowej takich określeń się nie używa i są one co najmniej śmieszne. Sztuka jest sztuką dobrą lub złą, przemawia do odbiorcy swą zawartością, a nie tym kto ją stworzył. Sztuka może być prowokacyjna, espansywna niezależnie od seksualnych determinant i orientacji.
    Oczywiście idąc na wystawę Lidii Sztwiertni spoglądamy na jej zawartość metafizycznie i konfrontujemy te rzeźby z sobą, z własnym „ja”. Ten ostatni cykl rzeźb, wykonany metodą wosku traconego, o różnych wysokościach, od około 80 do prawie 200 cm, jakby wielowymiarowy, gdyż są to przeróżne rzeźby, zrealizowane jako na przykład statuetki nagród na Konkurs Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu lub nagród teatralnych. Ten ostatni cykl rzeźb Lidii Sztwiertni fascynuje formą i estetyką. To świat wykreowany własnym „ego” poprzez niebanalne interpretacje nadrzeczywistości, gdzie najważniejszym obiektem jest tkwiące w nas człowieczeństwo. Ujawniona w tych rzeźbach postać zmysłowej nagości, odzianej w skrzydła, które nie są jedynie dodatkiem, przekształca te rzeźby w lotne twory, szykujące się do lotu w nieznane, twory kojarzące się z lotnością myśli, umysłu. Wykreowane przez artystkę przeróżne typy skrzydeł, podkreślają niepowtarzalność szczególnego typu anioła, którymi są nasze osobowości. Trzeba jednak dodać, że są to rzeźby, które stoją dobrze na ziemi, nie lewitują, lecz ich dusza, która niewątpliwie ujawnia się witalnie wewnątrz, jest spokrewniona ze światami pozahoryzontalnymi. Są to oczywiście anioły opatrzone podtytułami, na przykład „Anioł mojego Brata” czy „Brat mojego anioła”, „Anioł Elegancki”, „Anioł w blasku”, „Anioł Samonośny”, „Anioł między słońcem a księżycem”, „Anioł Rockowy” dedykowany Grzegorzowi Markowskiemu z kultowej kapeli „Perfekt”, „Anioł Jazzowy”, „Anioł Doroty Stalińskiej”, nawet „Anioł mojego Taty” i „Anioł mojej Mamy”…
    Widzimy tutaj pewien rodzaj preferencji w temacie aniołów. Sama artystka twierdzi, że każdy z nas posiada na pewno takiego swego duchowego anioła, który cień chodzi za nami, a śpi niewątpliwie w duszy niejednego człowieka. Oczywiście jest to bardzo poetyckie motywowanie swoich kluczy twórczych. Artystka niewątpliwie jest poetką, wskazuje na to semantyka jej wyobraźni zawarta w oglądanych przeze mnie rzeźbach. Kiedy przebywa się dłużej ze swoimi uwidocznionymi aniołami wtedy widzi się dużo więcej, lecz nie widzi się czasu. Anioły trzymając się naszej „dziecinnej nagości”, jakby z niebytu, stoją przed nami w refleksyjnej zadumie, niesłychanie uwrażliwione, słysząc nasz zachwyt, błyskając w świetle, kreując się w zmysłowej erotyce, nie pozwalając na oddalenie się od siebie…
    Anioły Sztwiertni bronią się swoim wdziękiem, a jednocześnie zachęcają, żeby je dotknąć. Wykonane niesłychanie finezyjnie, z wystudiowaną figuratywnością, unoszą się w aurze symbolu, w dominującej pozie przyklęknięcia, ze spojrzeniem utkwionym w przestrzeń lub przybrane jakimś elementem ptaka, na przykład ptasiej głowy, jak „Anioł Ulotny” szykujący się do ikarowego skoku. Inne rzeźby, jak „Brat mojego anioła”, uzbrojone są w rozwibrowane promienie, imitujące energię wydobywającą się z ich palców. Rzeźbie tej przydrutowano skrzydła, jak zespół rynienek, które opuszczone są pod własnym ciężarem, jakby to był anioł-pracuś z odlewni żeliwa, z pięknym nagim torsem i żylastymi ramionami.
    Wydaje się, że Sztwiertnia uprawia poezję homocentrycznego rzeźbienia, bazując na fascynujących darach przyrody, które obserwuje w naturalny sposób, bo najważniejszą częścią tych rzeźb jest człowiek zmagający się z fizycznymi i duchowymi siłami. Wzajemne przenikanie się tych postaci, które mogą być też drzewem lub gałęzią harmonijnie wmontowaną do rzeźbiarskiego obiektu, wskazuje na niesłychaną wrażliwość i emocjonalność zarówno procesu tworzenia jak i obserwacji otoczenia, jest wyrazem szczerości, świadczy o odrzuceniu rozpowszechnionego wszędzie udawactwa i pozerstwa. Artystka rezygnuje z opatrzonego banału, uczy budowania wyobraźni i rozumienia procesów w niej zachodzących. Artystka daje do zrozumienia, że światło jest tym, co kształtuje człowieka, a sztuka jest jego prawdziwym cieniem, którego przeciętnemu człowiekowi trudno nawet dotknąć. Człowiek kąpie się w morzu tego cienia, w jego przestrzeni, stając się jakby mistycznym tworem, objawionym jako witalna postać, bo uzbrojona w rozum i poczucie harmoni.
    Cały cykl aniołów jest symbolem tego, co najbliższe sercu istoty myślącej. Artystka buduje swoje obiekty za pomocą penetracji konkretnej osobowości. Jeśli nazywa rzeźbę „Aniołem Ewy Demarczyk”, to w rzeczy samej, cała pojemność tego dzieła musi zawierać w sobie charakter tej osoby, jednocześnie nie objaśniać jej do końca, nie obnażać tej postaci, ale nadać rzeźbie dramaturgię i duchowość modela. Dzięki temu metamorfozy aniołów są tajemnicze i zadziwiające, a każda rzeźba jest niemal boskim, osobnym dziełem. Anioły Sztwiertni wyłaniają się z jej wyobraźni po to, żeby uwodzić, a nie szokować. Budowane na konstruktywnym podejściu artystki do sztuki, przyciągają nasze osobowości, przyciągają nasze dłonie, oczy i marzenia. Same z siebie ujawniają swe piękno, chociaż nie odważyłbym się używać tego określenia już na samym początku obcowania z tymi aniołami. Któryś z poetów powiedział, że aby mówić o pięknie, trzeba wiele odwagi…. Sztwiertnia ma tej odwagi chyba bardzo dużo.
    Artystka w swoich działaniach podczas tworzenia przeróżnych rzeźbiarskich cykli uczy pojmowania formy w nas samych i odsłania rąbek tego, co w człowieku najcenniejsze. Być może, że jest to kreacja tajemnicy – ? Być może, że artysta uczy nas wnikania w tajemnicę duchowości – ? Z pewnością uczy nas bytowania w otaczającym nas kosmosie pojęć duchowych i fizycznych. Za pomocą interpretacji znanego od dawna poetyckiego pomysłu wprowadza nas w świat wiary w siłę człowieka. Dociera do głębokich pokładów ludzkiej psychiki za pomocą zmysłowo tworzonych obiektów, a to sztuka nie lada. W tym cyklu „Aniołów”, które na pierwszy ogląd wydają się jedynie szczególnego rodzaju dedykacjami, przebijamy się do siebie samych. Te pełne ciepła rzeźby, w swej materii często alegorycznie uniesione, jakby ponad sobą, zdają się zawładać naszymi umysłami, chęcią lewitacji, pomknięcia przed siebie w kosmos biologicznego bytu, który stwarzany jest za pomocą światła.
    Długo można by jeszcze omawiać anioły i inne cykle rzeźb Lidii Sztwiertni, jednak indywidualny sposób interpretacji trzeba pozostawić widzowi. Nie można i nie należy narzucać niczego, co jest już obecne. Można jednak stwierdzić, że realizacje dzieł Sztwiertni nie wdzierają się agresywnie przed nasze oczy, w naszą osobowość, nie krzyczą… Wszystkie widoczne na nich skrzydła są przymocowane wiązadłami, przydrutowane do nagich postaci jakby na siłę, trochę upozowane, ale tak, aby ukazać przez to kreację przywiązania do rzeczy nadrealnych. Marzeniem człowieka jest przecież lotność, być może przybył kiedyś z przestrzeni kosmosu… Człowiek przywiązany do skrzydeł własnym ciężarem swego życia może się unieść ponad poziomy nabywając dynamiki za pomocą nie tylko rozumu. Anioły Lidii Sztwiertni wyrażają godność i majestatyczność. Cała zmysłowa sensoryczność tych dzieł, czasem ekspansywnych i dynamicznych, pozwala na kojarzenie ich samych ze sobą, na identyfikowanie się z nimi w sposób nadrealny. Diagonalność, która się tutaj ujawnia, jest jednak komunikatywna i naturalna. Są to realizacje liryczne, o poetyckiej apologii. Cyzelatura staranności emanująca z tych rzeźb udziela się widzowi nazbyt logicznie. Oryginalność zamysłu artystycznego ujawnia cały kunszt i skomplikowane wnętrze tej znakomitej, wybitnej artystki. Oto co może mieścić się po drugiej stronie kobiecości. Być może Sztwiertnia sama jest aniołem – ? Chyba tak !

    Zbigniew Kresowaty

  • MEDYTACJA CZY SUMIENIE

    Zbigniew KRESOWATY, Debiutował w miesięczniku Odra (1987). Wydał tomiki poezji Być może wycinki stanu (Wrocław, 1989), W aorcie (Strzegom, 1990), Są oblicza i anioły (Wrocław, 1995), Dom Glosy i Abla (Wałbrzych, 1996). Wiersze publikował w wielu antologiach. Wiersze, grafiki i recenzje drukował w czasopismach, m.in., Przegląd Literacko-Artystyczny PAL, Graffiti (nr 2/99), Więź (12/1998), Akant (9/1998) Metafora (22-23/1995/96), Literatura, Integracje, Arkusz, Warmia i Mazury, Fakty, Tygodnik Kulturalny, Magazyn Wileński, Fraza, Tvar (Czechy) i innych. Laureat wielu konkursów literackich, m.in. im. St.Grochowiaka (1996) i Czerwonej Róży (1998). Wystawiał swoje prace plastyczne w Muzeum Regionalnym i BWA we Wrocławiu. Ilustrował książki wielu poetów m.in. Wilhelma Przeczka, Feliksa Nastulczyka, Hatifa Jamabii, Jerzego Grupińskiego, Wiesława Malickiego, Franciszka Hennera, Wojciecha Grzelaka, Marka Jaglińskiego, Trans Bożeny Budzińskiej (1998). Jego prace graficzne znajdują się w kolekcjach prywatnych na terenie Niemiec, Czech oraz Polski, m.in. Andrzeja Wojaczka, Urszuli Kozioł, Zbigniewa Zapasiewicza, Bogusławy Litwiniec, Libor Martinka, Wojciecha Siemiona, Katarzyny Rudzkiej, Marcelego Bacciarellego i innych. Stały współpracownik kwartalnika literacko-artystycznego Metafora.

    Zbigniew KRESOWATY

    Medytacja czy sumienie

    KRZYSZTOF ŻELECHOWSKI to wrocławski artysta o którym się mówi, to artysta malarz, fotografik i parapsycholog. Artysta osobliwy i oryginalny. Po uzyskaniu dyplomu w roku 1980 w Instytucie Wychowania Artystycznego UMCS w Lublinie, w pracowni prof. Mieczysława Hermana, wziął sobie do serca świat niesłychanie osobny, zawiły i medytacyjny, ale pozostający zawsze w zgodzie z naturą. Zaczynał malować obrazy na płótnie techniką jakby nawiązującą do tematów figuratywnych z zakąsem surrealizmu. Trwało to jednak niezbyt długo, gdy przekonał się, że może także korzystać z doświadczeń malarstwa szeroko pojętego nurtu abstrakcji, zachowując przy tym swój niepowtarzalny styl. Artysta jakby na dłużej i inaczej, zatrzymał się w sferze – o ile tak można nazwać – kubistycznej. Obrazy niesłychanie kolorowe, soczyste, zaczęły się konkretyzować kompozycjami zamkniętymi w doskonałości geometrii, która zawierała w tle niesłychanie misterne opisy zasłaniające przestrzeń. Wszystko bardzo dokładnie przemyślane, a przy tym zbudowane intuicyjnie i zmysłowo. Na swoich płótnach, a także dyktach, zachęca nas artysta do wpatrywania się w stany wyobraźni wewnętrznej. Widzimy przez jakiś czas w tej twórczości zwierzęta, malowane w bardzo uproszczony sposób, grubą, ciągłą linią, jakby stawały się dominującą figurą na obrazie, pomieszane z cechami ludzkimi. Na innych z kolei obrazach kwiaty, wykonane tą samą techniką, pomieszane są z częściami maszyn. Wszystko wręcz monolitycznie powiązane, zależne od siebie, współpracujące na dokładnie zapisanej w tle powierzchni. Wszystko soczyście przenikające się aż do wielowymiaru. Wydaje się, iż Żelechowski prowadzi swoje, niewątpliwie, medytacje w sposób ciągły i opisowy, relatywny i relacjonujący. Są to kolejne stany świadomości, które okazały się znienacka doczesnemu światu. Artyście nie jest jednak obcy potoczny świat natury, zwierząt i ludzi, gdy w takich właśnie działaniach przychodzi mu sięgać do prapoczątków świadomości. Zderza on te światy na zasadzie przeciwstawienia ich sobie. Toczy się tu niewątpliwie pewnego rodzaju gra. Gra święta – medytacja w całym tego słowa znaczeniu, ale nie tylko. Świat duchowy styka się tutaj z brutalnością techniki, gdzie siłą rzeczy w jakiś przedziwny sposób następować musi przewartościowanie jednego w drugie i odwrotnie. Przewartościowanie osobowości człowieka jest stale obecne w jego umyśle, w jego fizycznych gestach, działaniach, pełnych siły. Żelechowskiemu nie jest obcy otaczający go świat, z pewnością chciałby, jak każdy artysta, na swój sposób pokazać jaskrawo ten problem, poruszając duszę człowieka myślącego. Ja uważam, a czasami zdaje mi się, że wiem, iż obrazy te trzeba zdobywać zaangażowaniem swojej intuicji, wchodzić głęboko w materię ich podmiotu. Na obrazach Żelechowskiego w pewnym okresie czasu bardzo wyraźnie widać było śrubo – koty, kluczo – kwiaty, myszo – maszyny, zębo – owady, frezarko – psy, jak napisała Barbara Babulina Łuszczyńska, malarz i krytyk artystyczny, śledząc poczynania tego artysty we Wrocławiu. Świat zmiksowanych kolorów jest tylko pozornie wymieszany. Wymieszany jedynie soczystością i świeżością, co świadczy o ciągle pierwotnych odczuciach artysty i jego wrażliwej reakcji na otaczający świat, którego sumieniem na pewno każdy artysta, nieświadomie, jest. Ten wielowymiarowy świat, zderzony ze sobą i innymi, obraca się w jakimś niezbadanym kręgu, niepojętym także przez samego artystę, który podchodzi do swego dzieła jak nagi kapłan, gdyż jest niesłychanie drobiazgowy, a przez to uczciwy. Żelechowski tworzy w ten sposób świat ruchu, odkrywając przestrzenie niezwykle skomplikowane. Malarstwo to jest jakby paszportem do kosmosu i z pewnością można je wysłać promem kosmicznym w taką pozaziemską przestrzeń jako świadectwo i wizytówkę naszej egzystencji na ziemi. Sposób użycia koloru w tych obrazach naśladuje sposób stykania się artysty z materią żywą.
    Warto zwrócić uwagę na traktowanie tła w tych obrazach. Ich zapisana przestrzeń staje się gęsta niczym dusza człowieka. Żelechowski niejednokrotnie umieszcza w tej przestrzeni swoje zdjęcia jako dziecka lub innych wydarzeń ze swojej przeszłości. Ten zapis wspomnień stanowiących bagaż wyobraźni to istotna część naszej tożsamości. Dźwigamy go niczym walizkę, szczelnie poutykaną jak bibeloty do gniazda duszy, w arce Noego, wybrańca Boga. Artysta jeszcze raz zderza w ten sposób w przestrzeni obrazu przeszłość z przyszłością, mówiąc zarazem jaki jest nasz aktualny ogląd, czuwając jak anioł w naszej wyobraźni. Artysta jest medium, ośrodkiem, ścianą, która na siebie wszystko przyjmuje. Żelechowski mówi wyraźnie, że jeszcze wszystko nie jest odkryte, że jeszcze nie stoi tam, gdzie powinien. Że istnieją gdzieś światy niesłychane i mistyczne, że ta rzeczywistość niekoniecznie jest taką jaką widzimy oczami. Dlatego artysta zamiast kości ludzkich używa kluczy technicznych, zamiast mózgu – łożyska toczne, a koła zębate są czasem stawami międzykostnymi i częściami układów nerwowych. Człowiek zmieszał się z tym, co fizycznie wydobył na powierzchnię, po to, aby wymieszać się z kosmosem. Wysłać się w ten sposób gdzieś na koniec świadomości lub wieczności, gdzieś w Herbertowskie złote runo nicości, i może tam zaistnieć – ? -, kodyfikując ostatecznie swoją naturę.
    Taka estetyka pojmowania świata uczłowieczonego jest zaskakująco odkrywcza. Żelechowski bada i prześwietla świat przez swój doczesny byt ziemski. Artysta w rzeczywistości dość małomówny, raczej zamknięty w sobie, odsłania nam tutaj swoje przesłanie w zamian za puste słowa, wypowiadane niejednokrotnie w próżni. Jestem dość skomplikowanym stworem, tak jak moje stwory z obrazów i podaję wam tylko wzór matematyczno – artystyczno – duchowy. Słowa są tutaj zbędne. Jedynie jawią się w przestrzeni, trzeba je dopiero przywołać, odtworzyć, rozszyfrować, zbadać. Reasumując poczynania tej osobowości artystycznej, jaką niewątpliwie jest Krzysztof Żelechowski, można powiedzieć, że jego medytacje mają swoje sumienie, gdyż są w ruchu, nie są w opozycji do człowieka. Jest to jakby biblioteka wyobraźni cierpliwej, zawsze stojąca na gruncie natury, jej porządku. Stykając się z twórczością tego artysty słychać dźwięki, ale nie zgrzyty, wyraźnie oscylujące w przestrzeni jego obrazów, na które on sam reaguje. Podejmując próby łączenia wielu rzeczy ze sobą prowokuje ruchy naszej wyobraźni ale równocześnie ascetyczność koncepcji obrazu przeciwstawia się cielesności obiektów w nich umieszczonych. Artysta funkcjonuje w wieloistnym świecie. Przecież to kosmos. Stoi zawsze w środku, jest medium i sacrum całej sytuacji. Żelechowski odkrył już bardzo wiele dla swej sztuki i dla siebie. To niezwykle oryginalny poszukiwacz, badacz i podróżnik. Taki współczesny Kolumb, który non – stop płynie w kierunku co rusz nowej ziemi na swym duchowym statku. Używa przy tym własnych znaków. Jego światło świeci z daleka, gdy obejmuje myśli na nowo i pojawiają się zapisy – obrazy, takie swoiste mapy podróży.
    Artysta do tej pory wystawiał bardzo dużo, ale najwięcej za granicą na przykład podczas Biennal of Visual Experimental Alternative Poetry, Meksyk (1985, 1987, 1989), International Exhibition of Visual Poetry, Sao Paulo, Brazylia (1987), Internationale Mail-Art Austellung, Nurnberg, Niemcy (1988), Unita We Stand Mail Art Expo, Eeklo, Belgia (1989), Soviet and Eastern European Mail Art Show, Seattle, USA (1990), Post Office in the Forrest, Expo ’90, Osaka, Japonia (1990). Wiele jego prac zakupiono do prestiżowych muzeów, galerii i kolekcji prywatnych w kraju i za granicą, na przykład The Nomad Museum, Lizbona (Porugalia), Galeri Vision, Skomakarg (Szwecja), The Museum of Instant Images, Chaam (Holandia). Jest bardziej znany za granicą niż w kraju. Prace jego mają swój rodowód, ciąg i pewną medytacyjną chronologię. Te obrazy to czas naszej duszy wydobyty na powierzchnię. A może sumienie ruchu myśli i biblioteka wyobraźni cierpliwej stojąca na powierzchni natury świata…

    ZBIGNIEW KRESOWATY

  • GEST CZY DIALOG Z HISTORIĄ CZŁOWIEKA I JEGO TRADYCJĄ

    rzecz o rzeźbach i działaniu artystycznym Stanisława Cukra

    Stanisław Cukier artysta rzeźbiarz wspaniałych wizji człowieka prostego i głęboko uduchowionego, początkowo związany z Państwowym Liceum Sztuk Plastycznych im. Antoniego Kenara w Zakopanem, później podejmuje studia na Wydziale Rzeźby warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych i uczęszcza do pracowni Stanisława Słoniny, Tadeusza Łodziany, Oskara Hansena, Zofii Demkowskiej i Piotra Gawrona. Artysta zaczynał od portretów i autoportretów od kontaktów w plenerze, później powstawały całe cykle kobiet w akcie, takie pełnoplastyczne realizacje, aż po realizacje Madonny dla Kościoła. Cała kompozycja figur artysty przechodziła przeróżne formy i ewolucje aż po cykle, kompozycje proste, upozowane w klasycznych tradycjach na różnych, początkowo, materiałach zaczynając od drewna przez marmur, po brąz… Jak każdy artysta poszukiwał swej drogi Cukier, a poszukiwał u swych profesorów, gdyż miał ich wielu i dobrych… Żeby w późniejszym okresie samemu podjąć pracę ze studentami w warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych (w roku 1981-szym) – w tym okresie powstają kompozycje z serii Kobiety i Macierzyństwo. Jest w tym okresie aktywny i ukierunkowany – od tego momentu będzie się krystalizował talent artysty i pedagoga. Ale wracając do osobowości twórczej artysty trzeba mówić o włączeniu się całym sobą do tego, że ujmuje artystę najbardziej w sztuce sfera sacrum i jego ubóstwo rozwiązań ikonoplastycznych – akty, portrety, macierzyństwo – aż po Madonny. Obiekty, choć proste, bardzo zmysłowe, jakby wyjawiające się z przestrzeni – takie jakby zgaszone w czasie lub jakby dopiero wyjawione w pół drogi budzą ogromne zainteresowanie krytyk i odbiorcy. Rzeźby Stanisława Cukra niejednokrotnie zapatrzone w dal, jakby we wnętrze duszy, w takich bezwiednych gestach, co się najbardziej objawia w cyklu „stojących kobiet”, które jak wspomniałem powstały w latach 80-tych. Artysta tworzy ponad 20 lat i w tej chwili talent jego jest już sformowany i konsekwentny, czysty i wciąż w całej swojej tajemnicy nie dający się skonkretyzować. Świadczy to o oryginalności twórczej nie poddającej się jakimkolwiek klasyfikacjom. Jeśli mówić dalej o tej znakomitej twórczości trzeba na pewno mówić o całej gamie gestów człowieka, ale najbardziej jest tu widoczny taki mimowolny, nie poddany żadnej dyscyplinie gest, zaświadczający jakby o egzystencji ludzkiej, gest napomykający o pytanie, o spojrzenie na najbliższe otoczenie. Artysta rejestruje także wszelkie gesty człowieczeństwa przyjazne mu i te nie pozbawione pokory . W latach dziewięćdziesiątych ten gest chwilowo znika u artysty, ale powraca – uznaje twórca za niezbędne, żeby trwać w tym geście, gdyż okaże się, że jest on całym sensem tej twórczości i staje się najważniejszy do podtrzymania dalszej drogi artysty. Jest Stanisław Cukier artystą, któremu do wyrażania gestykulacji bytu wystarcza lapidarna, oszczędna forma – taki po prostu znak postaci, wyłaniającej się jak światło w źródle, jakby objawianie pokory i dumy. Artysta bazuje często nie tylko w plenerze na osobach, które go otaczają, ale sięga do modeli osób znanych, kontempluje ich wnętrze i uosabia je na nowo w gestach jakby przez nas nie zapamiętanych, ale bardzo ważnych. Jest to osoba Prymasa Tysiąclecia, Ojca Świętego, innych osób, nawet Dantego! Modelowane i kompensowane są prace o wszelakiej zawartości sacrum, postacie religijne, jakby uduchowione najbardziej, jakby artysta chciał przez ich figuratywność spojrzeć na proste bogactwo ich dusz (?). To jest jakby takim istotnym nurtem tej twórczości od lat dziewięćdziesiątych. W tych lekkich pochyleniach ciał, na takich pokornych pochylniach sylwetek – w całych pasyjnych reliefach, których również tworzy on dużo, poprzez formę najprostszą, nawet grubą linią odznaczonych, pojawia się światło, które przez taką najprostszą formę staje się subtelne, czasem nawet dyskretne, poprowadzone po linii człowieka do Boga – a tym samym do człowieka, który jest nieodłącznym elementem podtrzymywania całego życia i bytu na ziemi. Jest też w tych rzeźbach taki ukryty niepokój o znaki i rysy, o zapis, o trwałość zatrzymanej myśli, czy czynu (?). Jest to sztuka bardzo ambitna, wartościowa i nie powierzchowna ! – Jest to sztuka, która wymaga mądrości, kontemplacji poprzez metafizykę duszy. Artysta rejestruje wszelkie gesty sanktuarium człowieczeństwa, prowadzi dialog z tradycją bytu, miejsca… Zatem wszelkie odcienie tej twórczości są umocowane wokół postaci, która jest centrum najważniejszym. jest wizerunkiem, a nawet cudem na ziemi. Najważniejsza jest u Cukra siła wyrazu – artysta dawno już odrzucił zbędne ozdobniki i elementy zewnętrzne, jakby zakłócające trzon głównej myśli, dzięki której pojawiła się osoba. Cała skromność, taka zwykłość i bliskość ku naturze i tradycji, jakby nawet daleko cofniętej w czasie, umykającej konwencji – aż do średniowiecza i wcześniej, do starożytności – rzeźby te jakby wykopane przed chwilą z ziemi, co nadaje fascynacji i ciekawości – powstaje wiele pytań…To, że artysta wracał wielokrotnie do postaci kardynała Wyszyńskiego, która jest głęboko kontemplacyjna, jakby bolejąca w swej zwyczajności, to bez żadnej deklaracji charakteryzuje tego artystę – dobry smak i dystans do środków którymi się posługuje i którymi włada jego ego! Dzięki wszelakim oszczędnościom – co jest pewnie jedną z cech charakteru i osobowości twórczej,

    świadczy nam artysta prostolinijność, skromność i całkowite wyzbywanie się fałszu. Należy rzeczywiście u tego artysty wypatrywać naprawdę wiele – trzeba naprawdę dużo swej interpretacji – to duży kredyt zaufania dla naszej intuicji. Twórczość ta charakteryzująca się także wzruszeniem, trafnością w rdzeń światła, wypatrująca swego odbiorcy i jego czułości, jest cenna i jedyna w swoim rodzaju, najbardziej pojemna duchowo. Wszystkie – wielkie i małe tematy tych prac, tej twórczości, uzasadniają się wszechstronnie taką prośbą ukrytej
    bezpośredniości do drugiego człowieka, do jego bytu na ziemi. Te rzeźby widzą i modelują nasze serca i duchowość, dotykają naszej prostoty, czyli tego co pierwsze przy przybyciu osoby ludzkiej na tę planetę. Artysta niewątpliwie umie utrwalić wzruszenie , czego elementem jest gest, oraz dotyk myśli – jest gotów na wnikliwy sąd, dzięki ciągłemu ograniczaniu swego pola wypowiedzi, sztuka ta pozostawiona samemu sobie broni się i nie pozwala jakby odstąpić z pytaniem (?) o sens bytu, o weryfikację sumienia czy grzechu o ile takowy dopuszczamy do siebie, z pytaniem o wegetację. To tak jak widzimy żebraka pod kościołem – nigdy nie wiemy czy to nie czasem jakiś święty, święty Piotr – a może Łazarz, inny pokonany przez materią tego świata, przez materię pieniądza czy globalizacji. Te rzeźby śmią twierdzić, pytają o przyszły byt, o kolejne Millenium, o zasadność świetlanego snu przyszłości bez ducha, bez pokory… Twórczość Stanisława Cukra zasługuje na prawdziwą kontemplację nad bytem człowieczeństwa, nad zasadnością duchowej jego strony. Twórczość ta pozornie uproszczona jest bogata wewnętrznie i na podwalinie mądrości, która ujawnia się dzięki manualnej stronie artysty który umie się mierzyć z materią, z jej fakturą i ogromem. To zaiste cenna rzecz dla dorobku Kultury człowieka. To wizerunek czasu i przestrzeni w jakiej ten czas błądzi i ujawnia się takim snem o śnie. Te rzeźby, ta sztuka, jest wyrazem bez deklaracji – ta sztuka jest do odczytania, nawet za tysiąc lat – nie podlegająca praktycznie komentarzom, niezobowiązująca, ale głęboko utopiona w naszym wnętrzu, w takim nieznanym zakątku tego wnętrza utajona – tak jak tajemnica życia człowieka. To po prostu historia człowieka i jego tradycja.

    Zbigniew Kresowaty

  • IMPRESJE BIEGNĄCE W PRZYSZŁOŚĆ – o malarstwie Agnieszki Kresowaty

    Kiedy kilka lat wstecz byłem na wystawie malarstwa autorstwa Agnieszki Kresowaty we Wrocławiu w Kościółku Modrzewiowym / zresztą nie pierwszej jej wystawie / mogłem zobaczyć pejzaże , które były krajobrazami z pleneru o wyraźnej, konkretnej barwie i konturach w takiej wyidealizowanej niespotykanej formie , bo kto z młodych artystów takich jak Agnieszka , kiedy to wówczas zdawała na studia plastyczne , maluje dziś snopy na polu , łodzie zacumowane u poszarpanego brzegu, czy choćby ciekawe drzewa na bezdrożach – to jedno , a drugi cykl tej wystawy to były kwiaty Agnieszki zatytułowane „Kwiaty polskie” , czyli kwiaty z pól i łąk niespotykanie ciekawe , oraz wspaniale zakomponowane , bo także w wazonach …
    Była to ciekawa wystawa , jakby pierwszego dorobku , połączona z wyprzedażą prac . Ciekawym się okazało faktem , że Agnieszka sprzedała dużą ilość swoich obrazów , różnej wielkości . Można powiedzieć dziś śmiało , że dobrze życzono młodej plastyczce i dobrze rokowano jej , co zresztą napisał „życzliwy krytyk” w folderku do tej wystawy . To wtedy okazało się , że Agnieszka poszukiwać będzie w przestrzeni realnej . Wskazywały na to konkretne prowadzone linie od pierwszego planu aż po horyzont , ale były to formy budowania własnej przestrzeni , dokonywania wyboru i przyglądania się naturze a tym samym sobie .
    Niesłychany talent autorki zaczynał się już wtedy sprawdzać swoim zdecydowaniem we wchodzeniu w materię własnej wyobraźni . Dziś po kilku latach celowo mówię o tym , gdyż Agnieszka ukończyła studia w Wyższej Szkole Plastycznej w Katowicach nie zaniedbując swego działania dla sztuki , malując swoje własne obiekty , prócz tego co obowiązywało na uczelni . Agnieszka posiada dość
    sporą kolekcję swych osobno stworzonych dzieł. Maluje , wystawia indywidualnie i zbiorowo , drukuje w czasopismach artystycznych , np. w „OPCJACH” i innych . Autorka jest obecna w życiu kulturalnym i plastycznym . Kiedy po dłuższej przerwie przystąpiłem do obejrzenia cyklu prac , czyli obrazów na płótnie , zobaczyłem przemianę , oznaczającą postęp , krystalizację i niesłychaną witalność .
    Agnieszka Kresowaty pokazała cykl obrazów , które są impresjami , czyli zbiorem przeróżnych wyobraźni i nastrojów jakie zaszły , podejrzewam w osobowości dojrzałej artystki . Zniknęły konkretne linie , które tworzyły obraz w przeszłości , natomiast pojawiła się wyobraźnia w przestrzeni , obrazująca przeróżne stany w jakich niewątpliwie może znajdować się współczesny człowiek . Przestrzennie na obrazach autorki są dokładnie zamalowywane tworzące coś na splot pajęczych , kolorowych nici, linii (?) pośród których możemy penetrować naszą osobistą wyobraźnię i nie tylko .
    Obrazy Agnieszki Kresowaty są jakby lustrami wnętrz , lub pojemności duszy ludzkiej jeżeli tak można nazywać ! – Poruszanie się wśród tak otwartej przestrzeni daje niesłychaną swobodę interpretacji , a jednocześnie zmusza nas , jako odbiorców , na wysiłek intelektu , oraz użycie wszelkich sposobów przywołania intuicji . Wydaje się , że Agnieszka mówi do konkretnej grupy osób tzw. grupy o dużym ilorazie inteligencji o dość dużym przygotowaniu humanistycznym nawet , gdzie wchodzi w rachubę odbiór w dopasowaniu swej własnej osobowości do dzieła .
    Cały świat metafizyki wewnętrznej autorka wydobywa umieszczając go jakby w przestrzeni kosmicznej(?) przewartościowując prawdziwe oblicze tzw. podmiotu , bo przecież trzeba powiedzieć , że każda z prac posiada swój tytuł i porę w czasie tajemniczym . Pokazała autorka , że czas może czynić z nią i z nami , jako odbiorcami takiej sztuki, tak naprawdę wiele !
    Czas może zmienić nasze wnętrze duchowe , może uładzić , ale może powodować nami do szaleństwa , może nasze stany duchowe wystawiać na próby i wiarę .
    Obszary wydobyte z przestrzeni czasowej u tej autorki przedostają się do światła dziennego , emanują konkretnymi kolorami , ekspresyjnym kształtem i wbrew pozorom drobiazgowością ; co może mówić o dokładności i pracochłonności dzieł .
    Daje do zrozumienia Agnieszka Kresowaty , że każdej osobowości , istoty ludzkiej , nagromadzone są nieodkryte przestrzenie do zagospodarowania dla naszej wyobraźni . Są to wielowymiarowe przestrzenie nakładające się na siebie warstwami, tworzące niesłychaną głębię , co wprowadza nas w metamorfozę i sensoryczność wręcz .
    – Agnieszka jakby prześwietla przestrzeń całą sobą , używając przeróżnych sposobów , sugerując konkretny tytuł , co nie oznacza , ze podany w tym tytule podmiot jesteśmy w stanie odrazu zobaczyć . Zmusza nas autorka do myślenia do poszukiwań w sobie , do kontemplacji i sięganie do własnych zasobów wiedzy , jaką posiadamy dla swej własnej wyobraźni . Wchodzi autorka sama w przestrzeń zdecydowanie a nawet czasem drapieżnie (?) Potrafi rozrywać przestrzeń , rozwibrowywać ją rozwarstwiać kolorami i dochodzić , jak chirurg , przyczyny takiego czy innego stanu rzeczy .
    Dobrze , że artystka w chwili odebrania swego dyplomu jawi się nam jako w pełni dojrzała i tak doświadczona (?) bo już jakby ukształtowana z własnym światopoglądem z pewnym ugruntowanym stosunkiem do świata – rokuje to naprawdę duże nadzieje dla sztuki .
    – Myślę , że od tej chwili , kiedy jest już całkowicie samodzielna , co wykazywała już dawno , malując poza szkołą swoje osobne dzieła , że jej poszukiwania się nie skończą . Sacrum , które niewątpliwie rządzi tymi dziełami jest wciąż niespokojne , ciekawe w poznawaniu głębi człowieczeństwa , a w której drzemie jakby ukryty świat do odkrycia . Artystka ma pełną świadomość swego czynu , na pewno wierzy , że po tej drugiej stronie mieści się połowa ludzkiej natury , jakby nieskończona droga , ciąg odgadywania przede wszystkim siebie na pozytywne przewartościowania, prowadzące do ubogacenia własnej osobowości – to bardzo cenne .
    Tak naprawdę droga tej artystki zaczyna się choćby takimi tytułami prac : „Bez tytułu” , „Lęk wysokości” , „Pejzaż zimowy” , „W lesie” , „Droga…” inne podobne tytuły tyczące się prawdziwej przestrzeni , a tak naprawdę przestrzeni wewnętrznej autorki tych obrazów . Są to jednocześnie otwarte pojęcia do odmiennej interpretacji dla każdego z nas , ponieważ każdy z artystów jest jakby rzecznikiem pewnej grupy ludzi i za nich jednocześnie toczy dialog za światem doczesnym . A co się tyczy przyszłości tej artystki , można jeszcze dodać , że na pewno jest poezja w tych dziełach po przez umiejętne dotykanie podmiotu , przez sugerowanie go metaforycznie .

    Agnieszka Kresowaty zdała sobie sprawę , że nie można mówić konkretnie , że należy pozostawić coś do interpretacji widza i nie należy wątpić w jego intuicję czy wyobraźnię . Uczy nas artystka pokory wobec siebie , oraz pokory do pojmowania świata i jego czasu – a czas to przestrzeń , tylko tam jest sens , jeżeli jest się innym oryginalnym ! Są to prace wciąż otwarte jakby na oścież , zapraszają bogactwem interpretacji i odwaga skojarzeń oraz gry w przestrzeni .
    Napewno jeszcze usłyszymy o Agnieszce Kresowaty nie raz , nie dwa . Oby !

    Zbigniew Kresowaty

  • TRWAĆ W HUMANIZMIE, KTÓRY JEST GODNOŚCIĄ W SACRUM

    W dzisiejszej dobie czasu, kiedy powróciliśmy do Europy, być może jako były naznaczony homo-sowieticus jak to określał ongiś filozof ks. Tiszner, trochę posiniaczeni jarzmem zdajemy sobie sprawę, że należy wpierw odbudować zaufanie do siebie, przywołać godność człowieka i odnowić nasze zagracone wnętrze duchowe. Ale chcę też powiedzieć, że wielu twórców, wielu ludzi, tzw. „prawych” :artystów, naukowców nie dało się umaczać w czerwonym płaszczu Dejaniry, nie chcąc owego szczęścia, które na pewno jak się okazało było zgubnym zawirowaniem… Nie na daremno czynię ten wstęp ponieważ pragnę, jakby na katharsis, przedstawić sylwetkę twórcy- artysty, poety, który zadebiutował jako scenarzysta, a nawet jako reżyser w roku 1985, (kiedy to scena polityczna nie była jeszcze oczyszczona )i zaczął robić swoje, i tylko To co mu niezależne serce nakazywało. Janusz D. Telejko widocznie uznał, ze jego głos jako chórzysty w Państwowej Operze Wrocławskiej to za mało, żeby móc wypowiedzieć własną kwestię humanistyczną w poszukiwaniu godności. Artysta zaczął od przestrzeni otwartej… Stworzył widowisko plenerowe pt. „Hrabiowski proces”, oparte na komedii Aleksandra Fredry „ZEMSTA „. Widowisko było wielokrotnie powtarzane z udziałem artystów Opery… Natomiast w 1986 roku wygrał Telejko Konkurs na scenariusz widowiska dotyczącego odsłonięcia Pręgierza zrekonstruowanego na wrocławskim Rynku i
    przygotował to przedsięwzięcie w formie farsy historyczno-satyrycznej pt. „Wielkie pranie” Autor napisał i zrealizował wiele przedstawień dla ukształtowanego widza jak dla dzieci i młodzieży, m. innymi warto wymienić :”Powrót Papkina z Edenu” (1986), „Szkoła na wesoło” (1989), „Leon na księżycu” (1991)… Janusz Telejko jest autorem adaptacji teatralnej „Komu bije dzwon” Ernesta Hemingway’a oraz „Życie po życiu” R. Moody’ego. Autor i twórca rozwijał swój talent, w którym jest zawarte posłanie o godności, sięgając nie tylko antropologicznie do kwestii klasyki ale także budował na nich swój świat kreując własne ego, tworząc własne JA na zastanych utworach, nie poddając się systemowi subkultur i tzw. „kulturze śmierci” czy konceptualizmowi… A jednocześnie starając się ugruntowywać rzeczy godne sprawy ludzkiej natury. Zatem używając w tej sferze poetyckich metafor i zmysłowości bazującej na intuicji dokonał w całej swej rozciągłości wiele także merytorycznie. Jeżeli wziąć do siebie Traktat o poezji B. Leśmiana można takie działanie twórcze sparafrazować tak: Twórcy, artyści… przychodzą na świat z wrodzoną wiedzą swego nowego – dotąd nie znanego jeszcze dzieła, a i my wyznajemy, że nie potrafimy odsłonić tajemnicy tego nowego światła DNA, gdzie się odbywa cud powstawania nowej sztuki. Wiemy na dobra sprawę, że cały szereg twórców pracuje nad wydobyciem z dookolnej abstrakcji z jej mroku – tych kwestii, bez których życie staje się brzemieniem nie do zniesienia… To na pewno charakteryzuje każdego człowieka ale i artystę- twórcę mówiącego „własnym głosem”- a takim jest Janusz Telejko. Spójrzmy zatem na jego dalsze odsłony światła, na jego niezależne kreacje, które niewątpliwie muszą być poparte wiedzą tych dzieł z których obiera sobie swoją świeżość. Autor poszerza i wydłuża swoje ramię, pisząc teksty np. do oratorium „Helmutha James’a von Moltke” (1992), a jednocześnie na specjalne życzenie dyrektora Filharmonii Nowojorskiej profesora Kurta Masura tworzy tekst kantaty „Tu się urodziłem” (realizacja 1994)… Twórca o dużej poetyckiej wrażliwości wchodzi na pola zgoła zarezerwowane komuś innemu a jednak stało się! -gdyż wystarczy praca racjonalnego umysłu, żeby powstały irracjonalne wyjątkowe rzeczy… Autor w 1997 roku pisze tekst (ważny) utworu na 46 Międzynarodowy Kongres Eucharystyczny we Wrocławiu jest to kantata „Najwyższy dar Eucharystia”. Można się pokusić o reasumcję, tych wymienionych niektórych tylko, działań i określić je wysoko moralnymi z akcentami sacrum. Jednocześnie należy powiedzieć, że to sacrum budowane było na godności osobistej, na doborze materiału do poszczególnych realizacji, które -co tu dużo mówić były same w sobie edukacyjne wolne od fałszu, czyli racjonalne. Żadne zawirowania nie zdołały odwieźć Telejkę od zamierzeń, które na pewno powstawały dużo wcześniej w podświadomości umysłu artysty. Być może to otworzyło mu drogę do objęcia stanowiska z-cy dyrektora Radio Rodzina przy archidiecezji wrocławskiej, gdzie do dzisiaj jest również korespondentem dla Polonijnego Radia w Chicago. Zaiste wspaniała to droga, gdzie nakreśla autor swoją amplitudę która naturalnie pozwala mu jeszcze bardziej wejść w wiedzę i sferę twórczą: odrębną i oryginalną… Bo już w roku 1995 podejmuje się swoja poetyckość ujawnić. Wydaje tom poezji pt. „Moje rozterki”, gdzie pomieszcza swój stosunek do świata, gdzie waży swoje zaangażowanie duchowe w życiu dookolnym, jak zwykły prosty człowiek, który ma prawo do godności i do swobodnej wypowiedzi sumienia… A w roku 2003 pojawiają się już teksty do tomiku pt. ” Metamorfozy”. Tu autor poeta zmierzony przeróżnymi imaginacjami bardzo elokwentnie przechodzi zmiany w postrzeganiu i domyślaniu siebie w otoczeniu. Powstają wtedy także „rozmowy niepokorne” z ludźmi środowiska, którzy mówią o swoich niezależnych kwestiach w poszukiwaniu godności w tworach własnego umysłu… Książka pt. „Niepokorni” wydana jest jako poplon rozmów na antenie Radio Rodzina. Wcześniej Janusz Telejko angażuje się w organizację Międzynarodowego Śląskiego Festiwalu Muzycznego „Porozumienie” -tytuł mówi za siebie. Autor kreuje nie tylko siebie jako twórcę gdyż te rzeczy powstają jakby same z potrzeby wewnętrznej, ale na pewno wypowiada się za innych jako ich sumienie (?)… Trzeba powiedzieć, ze te wszystkie doświadczenia ugruntowują go w semantyce poetki wieszczującej (?) i nadają własny język tworzą osobowość aktywną w przestrzeni wielopoziomowej… Kreacjoniści niczego nie powielają (same predyspozycje twórcze wykluczają ten proceder), lecz na pewno przekształcają istniejące formy, z zamysłem ich doskonalenia i dynamizowania. Janusza Telejki dotychczasowe dokonania cechuje realizowana konsekwentnie nierozdzielność „myśli, esencji” ujętych w „kształcie słowa” i „kształcie adaptacji ” ku oratoriom własnej zmysłowości a jednocześnie skromność w honorowaniu tego co uznane dla godności twórczej jako fundament ku nowiu. Ta twórczość z samej natury jest dobrem i samoistnie promieniuje jak osobna strofa. Telejko między innymi odbywa podróże do Ziemi Świętej reportaże, które płyną na antenie Radia także i te z Sanktuariów Białorusi i Litwy od 2000 roku, jakby idące już nowe ślady w Nowe Millenium, także dla Radia Polonia. Metaforycznie są drogą, gdzie Eremita przekształca się w pokornego wędrowca i cierpliwego w drodze do tego stopnia, że na kosturze jego zakwita gałązka oliwna. Poeta drukuje swoje wiersze w tygodnikach „Niedziela”, „Gość Niedzielny” w Miesięczniku „Sprawiedliwi’, „Bez Kurtyny”, innych. Pomieszcza wiersze w antologiach m. innymi „Cud który trwa” -wiersze Ojcu Świętemu Janowi P. II. To los życia cud jego światła dostarcza nam doznań estetycznych i stawia przed wyborem i naznacza nas śladami współpobratyńców, których kochamy z natury rzeczy Drzewa Rodzaju. Janusz Telejko jest taką osobą, że kocha ludzi, idzie do nich i szuka w mrokach ich śladów… Jednak życie często doświadcza namacalnie i dotkliwie… Tu i TERAZ jako osobę, ale i ojca ukochanej córki. Poeta doświadcza traumy po tragicznym odejściu Kochanej córki, która ginie pod kołami na głównym skrzyżowaniu we Wrocławiu. Trudny to dotyk, bardzo pustoszący duszę i wnętrze metafizyczne poety, czego nie trzeba komentować… Poeta namacalnie przechodzi kolejna metamorfozę… Można tylko na reguiem dodać, że taka pieśń żałobna gdzieś płynie w naszym życiu, ale tylko poezja jak się wydaje Panie Januszu przynosi w darze radość ludziom, myśl ocalającą przed rozpaczą(?) Ale i ta pieśń żałobna sławi miłość do bytu, opłakując… a łzy nad grobem pieczętują miłość poza grobową… Czymże byłoby całe przymierze żywych gdyby nad jamami umiłowanych nie było pieśni żałobnej? Czy za serdeczna pieśń ojca : „uśnij mi uśnij, skarbie mój jedyny! W śnie jak drzewo rośnij!- nie płacimy zwielokrotnionym bólem w ostatecznym rozłączeniu ciał? -Nawet przy rodzeniu i przeszłe obecnym się staje: a w rodzeniu śmiertelnego – nieśmiertelne odsłania oblicze… ” To część słów z wiersza, który przed swoim odejściem na wieczne wrzosowiska napisała dla mnie moja 25 letnia przyjaciółka poetka Marianna Bocian, którą tutaj przywodzę… I dedykuję je Tobie panie Januszu –poeto i twórco doświadczany w doświadczeniu twórczym. „Tak mi żalem śpiewa… ” –mówisz, najszczerzej Twórco… To tytuł ostatniego tomiku autora wydanego w 2004 roku, poświęconego córce Natalce i uosobieniu Miłości cnoty, gdyż wchodziła w życie brutalne jako wartość odrębna i najcenniejsza… Poeta pomieszcza w książce treny, w których rozmawia z Najwyższym Porządkiem Świata, z Aniołem Stróżem wadzi się w czasie dokonanym już, nawet „żalem słowik śpiewa”- Są to zaiste: pacierze modlitwy na reguiem, które są kontemplacją nad sensorycznością życia w bycie sprawczym ale ku odkrywania tajemnicy… Jest to bardzo osobista poezja tym bardziej trudna, gdyż to takie epitafium na dalsze swoje życie. Jest to poezja bez zbędnego patosu, czysta bez żałobnej ornamentyki lecz cicha lamentacyjna pieśń pojednania z Bogiem i przebaczenia sobie wobec kwintesencji dramatu. To tomik na osobne omówienie, gdyż jest to język godności mocno umieszczany w humanistycznych cechach istoty racjonalnie myślącej a jednocześnie odbierającej sobie niewypowiedziane kwestie buntu do którego ma prawo i nie czerpiącej energię z sacrum, które tutaj jest podskórnie umieszczone, jako centrum jeżeli zważyć, ze przede wszystkim cierpienie jest także sacrum, a ból często zbawiennym bywa i też z radością ku ciągłości życia biegnie ku tworzeniu na nowo… Dziś, Janusz Telejko trwa w sobie, wciąż tworzy nowe: przedstawienia, pisze poezje, utrzymując jednocześnie funkcję z-cy dyr. Radio Rodzina przy Archidiecezji wrocławskiej -Ma zatem i wpływ na emocje społeczne i na kształtowanie wspólnoty… Jest uznanym twórcą i znanym w środowisku Polonii. Tworzy własny obraz niezależności medialnej i umiejętnie korzysta z wolności, ukazując odpowiedzialność i poczucie wartości duchowych. n Jako osobowość nagrodzony przez Prezydenta RP Srebrnym Krzyżem Zasługi a za działalność na rzecz rozwoju Miasta W-wia, Złotą Oznaką przez Tow. Miłośników Wrocławia, uhonorowany „Pierścieniem Milenijnym” przez Kardynała Gulbinowicza za zasługi medialne… Jest autorem popularnej letniej audycji „Wakacje z Przygodą” oraz codziennej audycji „Rodzinna Filharmonia Radiowa” i „Rekomendacje”, gdzie jako krytyk omawia najcenniejsze wydania książkowe i wszelkie cenne działania artystyczne w środowiskach artystycznych województwa. Twórczość Janusza D. Telejki jest szeroka co na pewno trudne jest do ujęcia w ścisłe ramy, jednakże pokazuje drogę ku godności człowieka, jego naturze i kreacji ku dobru z jakim wyrzuca nas ocean na brzeg świata…

    Zbigniew Kresowaty

  • SACRUM W SZTUCE I JEJ HUMANISTYCZNE POSŁANNICTWO KU GODNOŚCI

    W historii człowieka jako istoty wiodącej władającej rozumem na ziemi trwa odwieczny ciąg pytań sięgający antropologicznie o to kim jest człowiek? – Skąd przychodzi? Czym jest jego byt, i jaką ma misje? – Pytanie o sens życia – Zatem trwa odkrywanie tajemnicy i jej znaczenia w bycie, który postępuje odkrywaniem pokładów wiedzy zakodowanej w mózgu, w jego tzw. „szarych strefach „. Trwa odwieczny cud życia, który swoje etosowe początki bierze z uwarunkowań biologicznych natury nadprzyrodzonej niezbadanej… Przekazywane życie w sposób jaki nakazuje ta natura oparta na anatomicznych kodach, przedłuża swoje ramię po przez czyn w całej tej sferze nazywany ewolucją. Jest to oparte na dotyku zmysłu a czynem sprawczym jako ośrodkiem godnym danego czasu i miejsca przedłuża się skutecznie. Jest to działanie racjonalne i jako łańcuch przedłuża swoje ogniwa w nieskończoność jako następstwo bezwiedne, umocowane ruchu jako amplitudy odradzania rodzaju. Jednocześnie następuje wzbogacenie obszarów i adaptacja zdarzeń, w tym i tych duchowych do kalkulacji materii jakby równocześnie użytej jako przedmiotu do przekazu twórczego… Ośrodki te jakby parzyście biegną obok siebie, czyli racjonalny staje się cały ciąg myślowy rozłożony w czasie zapisany dziś jak wiemy w genach DNA i w atomistyce materii… Każde „nowie” porywa człowieka do odrębności z racji różnorodności, która jest kodem osobnym- Zatem jest to obszar ku bogactwu wyobraźni duchowo semantycznej… Otrzymujemy z pokolenia na pokolenie umysł działający w przestrzeni. Nie bez kozery czynię taki wstęp, budując pewny zasadny cykl myślowy na etosie człowieka, jako wprowadzenie do kwestii posłannictwa ku całej sferze uczuć jaka jednocześnie powstaje jako reakcja na stany twórcze, co w całej rozciągłości czyni człeka godnym swojej misji, i utwierdza w wierze do pragnienia co do nadrzędności jego posłannictwa ziemskiego. Człowiek otrzymujący wolę panowania i zachowania swojego „ego” czyni na wrażliwości swoich współ-protoplastów, czyli rządzi się uczuciem wspólnoty i zabezpiecza swoje JA, a jest to dobro w samej rzeczy przeistaczające się w sens nadrzędny zapisany w Księdze Rodzaju Ludzkiego. Zatem człowiek jako istota wiodąca kieruję się intuicją i wyobraźnią odziedziczoną w czasie przeszłym jako fundament wznosi ją ku przyszłości… Jest zatem tak ukształtowany, żeby jednocześnie dokumentować swoje twory a jednocześnie uczucia kreacyjne…  Ta sfera rozwija go i wyraża emocjonalność jego kreacji za pomocą: obrazu, słowa, muzyki, rzeźby, itd. Człowieka zadziwia rzeczywistość, czasem olśniewa, gdyż przywołany od poczęcia uwarunkowany genetycznym szyfrem oznaczał swoje miejsca stopniowo wpierw jako człowiek epoki kamienia łupanego. Później jako homo-wiator wędrowiec pozostawiał znaki w grotach, żeby dalej jako dedukcjoner powołać brąz, żelazo i parę wodną, przeistaczając się w homo-faber. Człowiek kształtował umysł i racjonalnie kalkulował straty i zyski, czyli homo-sapiens zw. rozumny… . Zauważmy, że zachodzi tutaj pewna partykulacja podstawowego sensu wyróżnika człowieczeństwa, po przez rozróżnianie poszczególnych działań stopniowo opanowywanych, czyli zachodzi tutaj wciąż sfera racjonalna. Są to wyłącznie działania dedukcji. Człowiek dziś będący w tak pojmowanej sile rzeczy posiadania jest swego rodzaju „racją własnego stanu” bytności na Ziemi. Jest władcą całej natury, która go odradza po przez i w nim tworzy szyfr funkcji sprawczych w stwórstwie kreatywnie poszerza jego pole. Dlatego trwają nadal dalsze odsłony pragnień człowieka, gdyż natura czym bardziej się odsłania tym bardziej staje się tajemnicza… I tutaj jakby koło się zamyka. Gdyż ten sam człowiek spogląda w odchłań i pyta przestrzeni, prosi o przedłużenie ramienia narzędzia sprawczego, o moc wytrwania, która powoduje nim także i nieracjonalnie z racji łaknienia prawdy o sobie. Nie bez kozery przytaczam tu jakby genealogię istoty rozumnej na Ziemi, bo chcę dalej rozwijać sferę uczuć, którymi jest powodowany cały stan tworzenia, w który wchodzi także : negacja siebie, zwątpienie, niechęć i nietolerancja, choć i te stany świadomości mają swoje uzasadnienie z racji uczuć. Dlatego dochodzi do eksperymentu przedsięwzięć. Jest to prawo niezbywalne i symulacji, co nie jest bez znaczenia dla interesu jako istoty budującej konsekwentnie a jest to w samym sobie cel odkrywczy. Zatem człowiek homo-sapiens w tworzeniu swego „alter-ego” podejmuje także czyn i doświadczalny. Potrafi także używać fałszu dla swoich kreacji ekscentrycznych, stając się władczy jako jednostka ale i narzucając innym siłą swój cel. Trzeba powiedzieć, że różne były zawirowania w dziejach ludzkich homo-sapiens i przeróżne podboje społeczne od starożytności, jak również we współczesności. A ostatnie stulecie chyba najbardziej krwawe w ustępującym tysiącleciu, przyniosło dużo innowacji technicznych… Tu na czoło wysunął się jednak homo-faber !. Marksizm i inne dominacje ideologiczne bezcześciły godność człowieka, stawiając na cokołach swoich bożków „świetlanej przyszłości”- upadały z hukiem. Były to eksperymenty bezduszne, które znalazły swoje odzwierciedlenie nie tylko w Kulturze danego wieku. . Zazwyczaj były to decyzje ślepe i partykularne, zdane na wyścig, często barbarzyńskie bezczeszczące ład i porządek rzeczy, bazujące na dominacji, na terrorze, szoku, czyli bezwzględne w swej traumie. Można je śmiało nazywać niegodne gatunku czasu, który jako „dobro” dał się okiełzać całym hordom tworząc ofiarę krwistego amoku. Stalin burzył świątynie duchowości, zwalał kopuły, deptał krzyże i wizerunek sacrum, wchodząc z zakrwawionymi rękami do kart historii, a do Biblii jako ostatnie uosobienie szatana. Tyleż samo chciał inny cynik Hitler, używając zła w imię dobra, biorąc siłę mięśni z filozofii mitycznych, paląc inne nacje w krematoriach używając podstępnie chrześcijańskich nawet wytrychów dla swego działania i skrytego fałszu. Okazywał niejednokrotnie determinację gniewu w sprawie godności. Kiedyś otwierając wystawę malarstwa w Berlinie w roku 1932, na widok obrazu Maxa Ernsta, pokazującego Matkę Boska dającą klapsy małemu Chrystusowi kazał usunąć ten obraz a malarza ukarać. To akt hipokryzji mówiącej o czystości rasy rozumnej… A dziś świat globalnie wyznający ” religię pieniądza”, świat nie mniej cyniczny nastawiony swoją prędkością na cel czysto materialny nie daje się zatrzymać na akt duchowo-twórczy. Prawda jakie to nieadekwatne ? -Oddalił się człowiek od własnego sanktuarium duchowego, że wprost krzyczy w głos :”nie znam się na Sztuce-dajcie mi spokój, a przecież ty, już dawno nie masz spokoju !”-Jakże można się znać na czymś czego się nie uczysz człecze -A na Sztuce nie trzeba się znać –wystarczy podejść… – Tyle, że nie dotyczy to śpieszących się w wyznanie materii… Jednakże badania, czy teorie, weźmy ks. Sedlaka, czy prof. Henryka Skolimowskiego – eko-filozofa (mówiącego, że człowiek jest Sanktuarium, ) dowodzą i mówią na przykładach, że człek jako istota myśląca porwana w wir zaabsorbowana materialnie, zgoła nie wytrzymuje parcia bezduszności jaka go przytłacza i popada w przeróżne patologie: załamania nerwowe, choroby psychiczne… Prędzej czy później musi się zatrzymać i powrócić do ” potrzeby serca”, która jest wszczepiona w gen kreacji niezależnej z racji wolności etycznej. A tym samym musi pozostawać w równowadze do rzeczy tworzonych, co jest naprawdę znamienne i godne uwagi. Coraz częściej człowiek zdominowany: brakiem medytacji, popada w dewiacje oddając się w fałsz…  Kiedyś w wywiadzie do mej ksiązki z „rozmowami artystycznymi” oznajmiła wybitna poetka, teoretyk etyki, filozof Marianna Bocian, że tylko Sztuka jest w stanie ocalić i odrodzić świat, gdyż to ona kształtuje stany wrażliwości i intuicję, która jest wiarą, i jest jako prowadnik podmiotu bytu na Ziemi… I wydaje się trafnym myśl z nauki w swoim proroctwie Encykliki Ojca Świętego Jana Pawła II, że to głównie różne zawirowania w dziejach człowieka – te społeczne zgoła ruchy i nagłe inne działania teorii rewolucyjnych, to podstawowy błąd, który dziś daje wyraźnie znać o sobie –Te wszystkie zawirowania są niczym innym jak fałszem powstałym na dewiacyjnej kalkulacji rozumu idącego na skróty… „-Tak w istocie prawie zawsze eksperyment pozostawia ślad po sobie, czasem mutantne twory i efekty treserskie. W XXI wieku ma to swoje skutki wyraźnie dostrzegalne. Powstaje coraz więcej koncepcji i wyborów sprzecznych z etyką i godnością do nadprzyrodzonej istoty Istoty, co uzasadnia obawy o dalszy los bytu. W efekcie pęd ten powoduje ostre ścieranie się w kulturach, z czego powstają narośle zwane subkulturami, a które w świetle kreacji porywają się na akceptacje społecznej i uznawanie ich jako subkultury. Negacja nie jest twórcza- ale destrukcyjna! -Czasem chcą owe zbawcze teorie nazywać się elegancko” kulturą śmierci”, itp. Trzeba wiedzieć, że dziś zaogniający się konflikt dwu żywych Kultur :Wschodu i Zachodu, bijących się 😮 swoje wizerunki Boga, o sposoby okazywania wiary i czczenia autorytetów, ma swoje odzwierciedlenie w krwawym terroryzmie, który powoduje się gwałtem w imię Boga nieracjonalnością wynikającą z niedorozwoju, a swój obraz ma w barbarzyństwie i oszołomstwie, nie pojmuje słów :” godność „, „szacunek „… Na swój sposób musi to znachodzić swoje odzwierciedlenie w Kulturze jako całości istoty ludzkiej, a tym samym w Sztuce XXI-go wieku. Dlatego dziś w tak cywilizowanym świecie, zdanym głównie na kalkulacje materialne odnajdujemy częściej już pogrążone wizerunki ludzi bezwiednych swego stanu ducha, jako cywilizacji… Najlepiej poczynię tu dygresję do czasu Sztuki „współczesnej” –Wystarczy pójść do jakiejś Galerii gdziekolwiek w dużym mieście, widzimy, że dominuje tam post-modernizm, płaski konceptualizm, instalacja, ekshibicjonizm czyli senso-stricte luźne myślenie twórcze, bazujące na plamie lub rozwibrowaniu podmiotu-Widzimy tu pustkę sal i zimne korytarze bezduszne, bezwitalne… Jest to często pokaz mizerii braku koncepcji głębszych humanistycznie i filozoficznie uzasadnionych… Są to raczej akty działań mutantnych, bezludnych i pochodnych tylko przemysłowi i w eksperymentatorstwie – obliczone na negację i protest sam w sobie. Najczęściej używana tu plama kolorowa jest białą plamą, co zresztą nie ma nic wspólnego z metafizyką wewnętrzna człowieka XXI wieku, jak się to dobrze określa rozwiniętego… Gołym okiem widać, że człowiek ucieka, wręcz nie wchodzi do takich przybytków, a nawet czuje się zaszczuty, i poniżony… Są to jakieś ugory
    samorodne osty, są to wytwory nie mające ciągu myślowego ani antropologicznego. Hegl wyznaje zasadę niesprzeczności w swojej filozofii-Mówi on, że byt i niebyt -to jedno i to samo, na czym zresztą opierają się skrajne teorie ewolucji jak u Darwina. Tym czasem człowiek wie jedno, bo doświadczał wiele całym sobą, że nic nie powstaje z niczego i bez przyczyny uczuć… A co jest określone zamknięte formą kształtem -nie jest niebytem. Reasumując : Sacrum w Sztuce ma swoje miejsce, bo wychodzi z człowieczeństwa i jest humnistycznym centrum istoty myślącej, która nabyła prawo do wypowiedzi i określania bazując na stanie natury w określonym miejscu i czasie – TUTAJ i TERAZ. Sacrum to dobro nadprzyrodzone mające obraz człowieka z tej natury „dobrego” – Człowiek już rodzi się jako dobro niespożyte. A Sztuka pisana tzw. „dużym słowem” rządzi się, dobrem i takim emanuje jako czystość umysłu i non-stop niespóźniona się na swoje katharsis. Sztuka zawiera prawdę o człowieku jego sferach, w tym jest istotą, która ma swoje niezbywalne prawo do wiary i miłości, która pochodzi w prostej linii od Boga, prowadzi sensownie czas, który nas oświetla czynem… Ma natura i biologiczne instrumenty zawarte w każdej swej istocie jakby zachowane w takiej Arce Noego, żeby odradzać prawidłowość rodzajów… Jakże można zachwiać jej siłą sprawczą, mieszając pojęcia jej wizerunku, profanując jej światło barbarzyńsko tworzyć zgoła zgubne symbole. Symbol i znak jest wytyczeniem drogi. Jakże często jako obraz fałszywy, w stosunku do innych wspólnot narusza ich uczucia jak w ostatnim czasie miało to miejsce w karykaturze Mahometa. A stało się przecież wiele, niby w imię solidarności w obronie wolności wypowiedzi… Ale okazuje się, że jest to nieracjonalna walka z nierównym sobie przeciwnikiem. Czyni to przecież cywilizowany człowiek, podejmując rękawicę bezrozumnie od bezwiednego! Przypomnijmy sobie jak zareagowała nasza godność na wystawę instalacji, kiedy to w Zachęcie pokazano Papieża przygniecionego ogromnym obeliskiem. I być może ten kamień miał wyrażać COŚ- Ciężar jaki czyha na naszej wierze (?), jako autorytecie i przywódcy duchowym naszej Kultury duchowej Nie pogodziliśmy się z tym obrazem, który miał wywołać szok i anarchię umysłu. Jednak wszystko co dzieje się w kwestii uczuć, czyli godności ma swoje odzwierciedlenie w aktach sprzeciwu…  A bywają one czasem bardzo krwawe ! Trzeba tu również wiedzieć, że najczęściej z nadinterpretacji lub nadgorliwości, i co najważniejsze z niewiary w intuicję swoich odbiorców, powstają zgoła obrazy naruszające harmonię racji kształtowanych wiekami jako sens. A człowiek nie jest rzeczą służebną dla przypadku i eksperymentu. Warto przytoczyć tu zdanie z „Antypamiętników” Andre Malraux : „Istnieje tylko jeden problem poważny ; Jaki jest sens naszego życia „. Dlatego bijemy się o to! Sztuka jest instrumentem, żeby rozwiązywać problem sensu bytu. Jakże cienka jest linia tworzenia… I chociaż kreacja w Sztuce jest zapleczem relatywnym do rzeczywistości to pozwala podmiotowi na wyrażanie się skrótem czyli metaforą, która jest macką i kwintesencją wrażliwości i otwiera również inne obszary do własnych dopowiedzeń interpretacji i tu jest wolność… Zachodzi tu misterium chwil, którą każdy z nas posiada objawiającą się nie tylko talentom, (które są pasami transmisyjnymi lub tzw. medium) Talent to już misja rozumna nadprzyrodzona od Boga, który powierza mu obrazować własne czyny w Sacrum. Kiedyś zbierając materiały do książki pt. „Między Logos a Mythos „(Miedzy słowem a mitem) zapytałem profesora Jerzego Nowosielskiego wybitnego pedagoga, wykładowcę i twórcę, o Sacrum w Sztuce. Profesor odparł mi niezwłocznie :”Sacrum objawia się już w samym zalążku, gdy podchodzimy do wydobycia dzieła z abstrakcji. Gdy dajmy na to – ikonopisiec bierze deskę do reki i odmawia modlitwę, rodzi się natchnienie, swego rodzaju Ducha świętowanie… Sacrum jest obecne wtedy, gdy zatrzymuje nas i absorbuje. A jest to swego rodzaju olśnienie, zadziwienie i zaśpiew ponad –czasowości i niezależności… Jeżeli ten akt powstaje z wewnętrznej potrzeby na mocy wołania, które jest niczym innym jak zapisem duchowym i kontemplacji porywa nas i rzuca na kolana, do tego stopnia, że chcemy być posiadaczem danego gotowego obiektu na własność, żeby identyfikować się z jego wyrazem-to jest sacrum. Oczywiście, sacrum bardzo widoczne jest w ikonach oraz obrazach świątynnych. Ale jawi się także w każdym innym dziele, choć niedopowiedziane daje nam możliwość własnej duchowej interpretacji. Znaczy to, że sacrum jest nawet obecne w akcie kobiecym czy męskim, tak samo jak w pejzażu czy portrecie każdej istoty stworzonej w przyrodzie na obraz Boga. Jeżeli zważyć, że Stwórca jest w nas, we wszystkim co tworzymy za pomocą rozumu, należy to i tak interpretować… „-Ogólnie parafrazując profesora Sacrum bywa tu ukryte, zwłaszcza w dziełach, które trzeba powiedzieć już w XII wieku zaczęły opuszczać świątynie, a najbardziej gdy kler oddał część władzy w XVI wieku dla wspólnoty cywilnej. To Sobór I-szy Watykański pozwolił na zastępowanie znaków i symboli wyobrażeniami postaciami człowieka, humanizując jednocześnie Sztukę powszechnie dostępną. Na przykład wizerunek Chrystusa w postaci Baranka Świętego zastąpiono wizerunkiem ludzkim. Wykwit malarstwa ukazujący sacrum zewnętrzne nastąpił w okresie Romantyzmu i Rococco, a malarze mistrzowie wprowadzili nagie postaci do świątyń, gdyż takie je stworzył Bóg Ojciec. Później kolejno pojawiali się inni mistrzowie objawiające alegorie, pokazując nagą boskość ciała w krajobrazie. Następnie Sztuka stopniowo zaczęła przechodzić do tzw. metafizyki wewnętrznej i ukazywać metafizycznie: radość, rozpacz, czy cierpienie duchowe… Ale chyba najbardziej kontrowersyjny jest okres Współczesności, obfity w krwawe akty zawirowań od XIX w. , co znalazło niewątpliwie odzwierciedlenie w aktach artystycznych. Te wielkie zmiany głownie szybkie, a wręcz rewolucyjne, zmieniły estetykę i formę Sztuki. Na przykład Goya hiszpański mistrz pędzla, być może jako pierwszy tego wieku zaczął malować cierpienie pod najeźdźcą Napoleońskim, choć Heronim Bosch już w XV wieku ukazywał w sposób surrealistyczny etos człowieka w „Sądzie Ostatecznym” bardzo odważnie-Wszystko to Sztuka figuratywna humanistyczna i mocno odzwierciedlająca swój czas i jego ruch… „Gernika” Picassa to wyjątkowy przykład doświadczania bólu od prześladowców faszystowskich, ukazująca ustatecznienie cierpienia i jego wyraz przemawiająca do nas z wnętrza ponadczasowo i wydobywająca się wprost do nieba. Artysta posłużył się tu formą płaską i czarno-białym obrazem, ale wszedł głęboko wielowymiarowo w podmiot, oddając klimat. Ból także wchodzi w sferę sacrum, tym bardziej ból niewinnych, ból to ofiara. . Dalej idąc, trzeba tutaj oznajmić, że tzw. „AWANGARDA Polska „powstała również jako środek sprzeciwu sił twórczo –reformatorskich, jako wyraz przeciwko cenzurze, kiedy to w latach 60-tych władza i okupant radziecki wprowadzili tzw. „zamordyzm” powstało wówczas tutaj wiele nieprawidłowości… Artyści nafaszerowali swoje dzieła dużą dozą eksperymentu i z racji koterii biorąc fałszywe narzędzia twórcze chcąc zaszyfrować kwestie wyrazu powstały nadinterpretacje. Oczywiście obok panoszył się socrealizm, który wychwalał w swoich dziełach „Słoneczko”, czyli Stalina… Ale trzeba też wiedzieć, że Sztuka Polska chciała się w jakiś sposób wyrwać z tzw. „obozu” perelowskiego socjalistycznego na zewnątrz, głównie ku Kulturze „środkowo-europejskiej „-Pojawiły się dzieła jakieś kundlowate obrazy, małpujące na Sztuce europejskiej i nie tylko!- Bardzo płaskie nawarstwiły się nie relatywne wprost do środków wyrazu, powstało wiele bezdusznych udziwnień, w czym zupełnie nie można było się odnaleźć. Powstały tak zwane nadinterpretacje plastyczne nacechowane agresją i wrogością, graniczącą z szokiem… Zatem eksperyment zwany później jako instalacja, heappyening lub pochodny postmodernizmowi: „konceptualizm”, który jest miksem tych poprzednich imaginacji… To są już wybiegi zdane tylko na obnażanie swej pustki i negację sfery duchowej, nie mające nic z humanizmu, a zatem nic z godnością ludzką. Znane później w latach 90-tych są skrajne tego typu pokazy -np. heappyenigowe Katarzyny Kozyry w ZACHĘCIE –wspomnijmy film o bezprawnym przecież podglądaniu nagich ludzi w łaźni, czy pani Żebrowskiej, kiedy to penformens – womann wyjmowała sobie z przyrodzenia, na oczach publiczności, lalkę mocno epatując widzów. Można mnożyć przykłady, choćby ostatnio sprzed kilku lat powieszenie genitali na krzyżu pseudo-artystki Nieznalskiej oczekującej na pogłos krytyki a bardziej poklasku, co jest wręcz cyniczne a tym samym ohydne –Tudzież w tym samym miejscu, pokazała pani Rottenberg portrety aktorów w mundurach hitlerowskich. W efekcie niezgody i odwetu Daniel Olbrychski wtargnął honorowo do ekspozycji i posiekał je szablą ułańską, gdyż w efekcie ta wystawa nie niosła nic w życie kulturowe, tylko obelgę podmiotu człowieka… To tylko namacalne przykłady despotycznej głupoty tzw. komisarzy Sztuki XX wieku. Tudzież inny przypadek, zdany na taki sam poklask, kiedy to na wystawie w Brukseli(, kilka lat wstecz), gdy Polskę już przyjmowano z powrotem do Europy-do Unii, w galerii pobliskiej Centrum Unijnego sprofanowano sacrum – aktem bluźnierczym. Znów kolejny wyraz fałszywie pojmowanej wolności, kiedy to inny nieznany pseudo-artysta szukający rozgłosu, na swoim obrazie olejnym- tytuł: „Biczowanie” pokazał postać Chrystusa (uwiązanego do słupa kamiennego) biczowanego przez esesmana i więźnia obozów w pasiaku, którzy obaj jednocześnie biczują Mesjasza. On twierdził, że oni biczują prawdę… Ale ja gdybym miał wybierać między Chrystusem a prawdą, na pewno wybrałbym Chrystusa. Już zupełnie nie jest warte odnotowanie aktu kolejnej głupoty u innej polskiej młodej pseudo-artystki, która ukrzyżowała męskie genitalia. Bluźnierstwo w Sztuce zwłaszcza w tym wieku rozprzestrzenia się i zaczyna się tam gdzie niema racjonalnego środka wyrazu-To nie prawda, że ” cel uświęca środki „- W Sztuce to nie wychodzi. Strach pomyśleć jak oznajmia poetka i filozof M. B. -” co się może stać, przed czym ostrzegano od tysiąclecia by nie wykraczać przeciwko duchowi. Czy dramatem naszej współczesności nie jest to, że człowiek się nie rozwija tylko intelektualnie tresuje ?” -Można tylko dodać, że Sztuka to nie polityka, żeby hulajgębować cynicznie i z hipokryzją oznajmiać, że to w imię: dobra, wolności- Co ma zresztą także odzwierciedlenie w Literaturze i nie tylko! ale i w innych profesjach – Żerowanie jest dziś powszechne i jak się okazuje bywa sposobem na byt… Uważa się dziś, że można z racji każdej potrzeby dowolnie zatem i bezdusznie miksować gotowce, i szafować nimi po bazarach próżności… Okazuje się, że zło wkrada się do intelektu bardzo sprytnie, a ten nie używa już sumienia. Jest to bardzo cynicznie i partykularne, a i nieetyczne-uderzające także w Sztukę prawdziwą, której godnością jest sacrum. I oby nam nadziei starczało, że prawdziwa cnota takich praktyk się nie boi, gdyż Bóg to Sens Natura i Mądrość Absolutna konsekwentnie naturą, nawet to co nielogiczne pozwala z racji dobra ułożyć w całość.

    Zbigniew Kresowaty