Autor: KreZbi

  • ONI NAZYWALI MNIE „PERFIDNYM EKSHUMATOREM PSEUDOLITERATURY”

    Rozmowa z redaktorem Miesięcznika „Twórczość”, twórcą STS-u, przyjacielem Konstantego I. Gałczyńskiego oraz tłumaczem slawistą i znawcą literatury rosyjskiej Ziemowitem Fedeckim, który odszedł 10 stycznia w wieku 86 lat w Warszawie

    Zbigniew Kresowaty ; Od roku 1950 był pan redaktorem w Miesięczniku „Twórczość”. Natomiast wcześniej, za czasów gomółszczyzny i „zamordyzmu” pracował pan na placówce dyplomatycznej w Moskwie. Jest pan dziś znanym slawistą i tłumaczem literatury rosyjskiej i zarazem jej ambasadorem w Polsce. Dokonał pan bardzo wielu przekładów – można z nich złożyć mała biblioteczkę od: „Słowa o wyprawie Igora” – po cykl piosenek Okudżawy, który był pańskim przyjacielem do końca. Poznał pan także (wykorzystując pobyt w owej placówce w Moskwie) dysydentów i artystów rosyjskich, jak Wołodia Wysocki, czy noblista Pasternak oraz tłumacz i pisarz Kruczonych, którzy także zostali pana przyjaciółmi… W tej naszej rozmowie, która toczy się w przyjaznej atmosferze w pana domu, chciałbym żebyśmy właśnie powrócili do tamtego byłego pańskiego okresu, i tego peerelowskiego, który to czas nie skrzywił pańskiego image, nie dawał się pan władzy komunistycznej „wodzić za nos”, robił pan swoje, choćby w STS-ie, był pan kontrowersyjny i uparty, no i co tu dużo mówić na swój sposób uczciwy wobec różnych działań artystyczno – literackich. Mnie po latach chodzi właśnie najbardziej o STS, czyli Studencki Teatr Satyryków, gdzie był pan głównym współzałożycielem i członkiem Rady Artystycznej oraz autorem tekstów. Choćby po latach wspomnieć taki pastiż „Dziadów” zatytułowany „Przygody Gucia”, inne bardzo ciekawe groteski i piosenki, które miały jakby zabawić się ową władzą, z którą niejednokrotnie mieliście jako Teatr STS kłopoty, bo przecież wiadomo, że zamykali  Wam ten Klub i Teatr. Jaka była faktycznie rola STS-u wtedy? – Czytałem, chyba w „Gazecie Wyborczej”, nie tak dawno, że byliście opozycją, i taka była wasza rola, żeby robić to i owo przeciwko władzy a bynajmniej „robić” coś na złość. Skądinąd jest wiadomo, o czym pan też mówił w naszej wcześniejszej rozmowie nie nagrywanej, że po prostu przeceniano tę rolę, że to nie było aż tak stawiane, że były to tylko gesty i takie podroczyny, że iście robiliście po prostu na złość władzy, żeby było na kogo mówić tak czy inaczej,  że była to najzwyklejsza zadziorność studentów, jako młodych inteligentnych ludzi… Może scharakteryzuje pan to bliżej i bardziej to wszystko prawdziwie i zasadnie?

    Ziemowit Fedecki : Przede wszystkim bardzo nam się nie podobał PRL i to co w nim wyczyniano… Głównie chcieliśmy polepszenia ustroju, polepszenia systemu, który był gówniany. Nosem czuliśmy to co będzie. To był normalny socjalistyczny teatr jak inne!

    Na litość Boską! – tylko nie przeceniajmy wartości tego miejsca! – Jak ja tam przyszedłem, wszyscy mówili do siebie „towarzyszu” – ja do nich per „pan”, śmiali się i odpowiadali mi także „pan”, i odnosili się do mnie jakby w pełnym znaczeniu tego słowa –Tak to wówczas czułem. Wołali „Panie Ziemku” i tak zostało aż do końca. Zaznaczam – to był normalny jak na tamte czasy komsomolski teatr, który się skończył, w którym robiliśmy po prostu polski kabaret, z  tego starego polskiego kabaretu. Założyli go: Witold Dąbrowski, Jarek Abramow, Andrzej Jarecki i moja skromna osoba. Mówię „komsomolski teatr”, bo było tak czasem, że np. Witold Dąbrowski wychodził w kostiumie Majakowskiego, czasem było to „ni z gruszki ni z pietruszki” – To było często takie nieprofesjonalne działanie, czasem nawet chybione wprost(?) śmieszne w rzeczy samej. I tak jak ja patrzę po latach – dziś, skoro pytasz o fakty, było to robione jakby na pniu. I tak jak pamiętam rosyjski Komsomoł w pierwszych  latach był absolutnie bezpieczny, czuwała bezpieka,… tak, że ta ich bitność i waleczność była tak na prawdę gówno warta ( tu pan Ziemek się śmieje). Na przykład Wiktor Woroszylski (młody poeta), który jak wiadomo później napisał hymn pochwalny Stalinowi, wchodził ubrany w jakimś mundurze, który nosił ( wcześniej skądś był przyjechał nagle), właził na scenę i w trakcie występu wypadał mu pistolet z trzaskiem na deski sceny – No! – kto do niego miałby wtedy gdzieś szczekać poza STS-em?! – pytam kto taki? ( tutaj mocno pan Ziemek się znów śmieje). Tak sobie przypominam – ja wtedy jeszcze miałem w pamięci stary polski kabaret – a pochodzę wprost z Wilna. Moi rodzice się nim interesowali, a w domu miałem tam jakieś kontakty ,itp. wspomnienia i rzeczy zapamiętane, a tutaj byłem od członków STS o jakieś siedem lat starszy i dlatego jakby czułem to wszystko z dystansu. Nie wiem, ale wymagałem czegoś więcej, głównie my wszyscy uczyliśmy się właśnie wszystkiego w STS-ie. Ja wtedy miałem już praktykę dyplomatyczną (w Moskwie) za sobą, świeże kontakty pozostały żywe, miałem wizje, a teraz to już nic nie znaczy, taka różnica – odwilże – Wtedy znaczyło to bardzo dużo. Gdy chcieli nas rozwiązać, byliśmy  wtedy z sobą już o piątej rano, i dopiero wtedy przekonałem się, że dopiero teraz przyszedł czas, żeby robić przyzwoity kabaret, czy teatr satyryczny. Myślałem o tamtym kabarecie, o tych starych dobrych czasach, i jeszcze więcej wcześniejszych tradycji do tych obecnych realiów wielki sentyment… No i powiem

    z dumą, że to udało się nam robić, a zrobiliśmy ponad pięćdziesiąt spektakli – To jest kawał dobrej profesjonalnej roboty!. Rozwalała nas władza sześć razy, i za siódmym razem rozwalili… Przy okazji napisali w swych „Trybunach Ludu”, że ja chciałem obalić system – tak to się wtedy mówiło – co w rzeczywistości mnie nie interesowało, i nie chciałem się do władzy wtrącać, bo była to przecież utopia wtedy, trzeba było tylko umiejętnie grać im na nerwach. Efektem jest „tajna” decyzja do dziś istnieje w archiwach Komitetu Centralnego Partii – dotycząca zamknięcia STS. Nazwali mnie już wtedy „perfidnym ekshumatorem literatury polskiej” i tyle. ( tu znów pan Ziemowit się mocno śmieje)

    Z. K. – A jednak coś szczególnego w tym działaniu było, zapalny punkt…że zamknęli z kretesem Klub – Teatr ; że jednak zagrażaliście sobą, jako miejsce gdzie namnażała się przyszła opozycja: młodzi ludzie, młoda inteligencja jako „młody kwiat”, jak się wtedy młodzież nazywało.

    Z. F. –  Tak! – bardzo nam się nie podobało to, co się robiło tam na górze rządu i z ludźmi,

    i w ogóle wobec nas. Swoimi tekstami przecież drażniliśmy „wadzę”, oszukiwaliśmy cenzurę, układaliśmy bezmyślne jakieś bajeczki i tworzyliśmy na bieżąco różne dygresje komiczne

    – oczywiście, ale powiadam: tej roli nie należy przeceniać. Powtarzam – to był inny czas!

    – Chcieliśmy zmiany a nie przewrotu, zmiany ekipy rządzącej, i systemu Onego rządzenia. Sądziliśmy, że wymaga on gwałtownie wyprania, to było zdaje się, już po upokorzeniu publicznym Stalina, stąd rósł dalej apetyt… Zresztą dzisiaj w odniesieniu do tej sugestii ja bynajmniej nie zmieniłem zdania, dziś też by się przydało, choć jest po tzw. „odwilży”.

    – Dzisiaj nawet ten wczesny kapitalizm w formie Balcerowicza też mi się nie podoba.

    Z. K. Jak pamiętają do dziś wszyscy – była wtedy jakaś „piękna” uchwała – błąd cenzury?

    – uchwała wymierzona w samą cenzurę, bo przeciecz to sama cenzura wypuściła ten Wasz program Jubileuszowy na zewnątrz publicznie. No – i zamknęli Was na sam Jubileusz STS-u. Jak faktycznie wtedy było panie Ziemku?

    Z. F.  Po tych wielu przedstawieniach. Był to normalny program kabaretowy! – Bez żadnego sądu, bez prawa, bezczelnie zamknęli nasz STS. A mnie znów wyzwali „ to ten perfidny ekshumator pseudoliteratury” – tak właśnie zostało to napisane w raportach… Istnieliśmy już przecież szesnaście lat: od roku 1954 do 1970-go roku. Wystawiliśmy tam dodatkowo około dwadzieścia tzw. „obywatelskich operetek” mojego i Jareckiego współautorstwa. Była to taka walka „ o olej do głowy” i „oświaty kaganiec”. Nie było w tym ani jadu, ni demonstracyjnego sarkazmu.

    Z. K. Panie Ziemku, może przejdźmy na odmianę (zagadnień STS-u) do pańskich tłumaczeń na język polski z literatury rosyjskiej? – Otóż wpierw byli to; Zabłocki, Olejnikow, dopiero później jakieś rzeczy Pasternaka, którego pan już znał i widywał się z nim będąc na placówce dyplomatycznej już dużo wcześniej. Wspomnijmy może o tym.

    Z. F. – Istotnie najwcześniej przetłumaczyłem Zabłockiego, później oczywiście innych.

    A najpierwsze co robiłem, to taka zakazana książka Kapijewa pt. „Notatnik frontowy”.

    Jest to o tym: jak dziennikarz radziecki, Dagestańczyk z „tamtej” strony, który robił notatki  na froncie, był korespondentem do gazet – i posyłał takie stereotypowe rzeczy do gazet, ale gdy zobaczył jak wojna zżerała wszystkie wartościowe rzeczy, zaczął naprawdę opisywać rzeczywistość, itd. O samym Pasternaku powiem trochę później i jakby w innym aspekcie. Przetłumaczyłem wtedy Babla, a był wtedy już on rozstrzelany, no i jeszcze nie był zrehabilitowany – a chodziło o jego sztukę… Wydrukowaliśmy go w „Twórczości” za zgodą Iwaszkiewicza. Jak widzisz, drukowaliśmy tak kontrowersyjne rzeczy już wtedy, nawet i te polskie. Staliśmy się wtedy niezależni od wpływów ZLP. Jak tylko przyszedł Jarosław na naczelnego do „Twórczości” pierwszą jego rzeczą było doprowadzić do tego, i poczytywał to sobie za zaszczyt, żeby nie uzależniać się od Związku Literatów Polskich i nie tylko, ale i od ówczesnej władzy Komitetu Centralnego. Była nie raz z tego powodu, ( już przed przyjściem Iwaszkiewicza) taka „dzika” draka: wyrzucili nas z pracy po pierwszym numerze, ale później właśnie, kiedy przyszedł Iwaszkiewicz, łagodził to wszystko i miał dalej moc sprawczą, czyli chody u Sokorskiego – po prostu wybraniał nas. No! – a my dalej robiliśmy swoje! ( tu znów pan Ziemek śmieje się) zresztą zajrzyj sobie właśnie do tych numerów z tamtego czasu „Twórczości” –  A jest tam : Cwietajewa, i inni tłumaczeni na polski z tamtej opozycji Kraju Rad z tamtego czasu.

    Z. K. –  ( Teraz pan Ziemowit pokazuje jakąś nie dużą książkę – Widzę tu piękną okazałą dedykację, okazuje się, że od samego Pasternaka na pierwszej stronie „Doktorze Żywego”)

     – No właśnie, panie Ziemku, widzę – a czekałem, nadszedł czas na Pasternaka! – interesuje nas pański osobisty stosunek i kontakt z Noblistą. Wiem, że był pan jego bardzo bliskim przyjacielem.  Znakiem tego jest to podziękowanie na jego książce noblowskiej znanej Nagrody Literackiej – dedykacja za tę przyjaźń? – co charakteryzowała się, jak wiem, pomocą i zaufaniem oraz bliskimi kontaktami osobistymi. Odwiedzał pan Go często?

    Z. F. Zanim powiem o szczegółach dopowiem coś jeszcze. Otóż Pasternak nie przyjął stanowiska Kierownika Wydziału Kultury w rządzie stalinowskim. Jak mi mówił, miał nawet telefon od samego Stalina. A kiedy odmówił obawiał się wielu rzeczy, zdawał sobie dobrze sprawę co za tym telefonem stoi. W efekcie został jakby skazany na „głodową śmierć”, nie otrzymywał żadnych pieniędzy od swego państwa. Żył z przekładów Szekspira, którego wystawiano też w ZSRR, a później zabroniono wystawiać. Oczywiście poznałem Go będąc na tej placówce dyplomatycznej Moskwie, jak już wcześniej wspominałem. Odwiedzałem Go często, ponieważ  znam dobrze rosyjski język, nie było kłopotów w porozumiewaniu się.

    On żył tam jak u nas Słonimski, Tuwim, i inni „biedni” twórcy – Ja natomiast widziałem to

    i przynosiłem mu w owym czasie dużą część swej pensji dyplomatycznej, zapewniając, że to za przekłady, które niby robiłem w Polsce, w co On początkowo wierzył, ale później skapował się, gdyż był zbyt inteligentny. Ja chcąc mu pomóc – kłamałem po prostu, że to honoraria ( tu uśmiecha się szczerze). Był to rok 1946. Przypomnijmy sobie; zamordowano Michoelsa, tudzież pani Mołotow idzie do ciurmy, inne takie ciekawe rzeczy w Kraju Rad,

    a było mi to wiadome szybko – po prostu orientowali nas dyplomatów szybko. Później na nim jakoś odkręcili tę niełaskę, i kiedy poszedłem do niego któregoś dnia – rzekł do mnie: „Dorogi mój Ziemowit! – uże honorarija nie nada – niepotrzebne…” – Wziął właśnie wtedy tę książkę, którą widzisz, i tak mi napisał tę dedykację – znasz rosyjski? –  brzmi to tak jak widzisz ( pan Ziemowit bierze i czyta tłumacząc tę dedykację, napisaną po rosyjsku pochyłym pismem – dedykacja jest dość długa) : „Dorogomu, czyli Drogiemu mojemu Ziemowitowi Fedeckiemu za wszelką przyjaźń i na pamiątkę wszechczasów, gdy był on dla mnie dobrym przyjacielem i dla mej całej rodziny” – Przecież my sobie nie zdajemy sprawy – tam był głód bardzo ogromny! – A On miał kupę rodziny na swej głowie: żonę, syna z żoną i syna żony z pierwszego małżeństwa. Żona  jego pierwszy raz wyszła za mąż za mocno zasłużonego pana Wojhauza, zresztą kuzyna Jarosława Iwaszkiewicza, z funkcją nauczyciela, czyli za „tego” znanego Światosława Richtera i założyciela Konkursu Chopinowskiego – No! – i oni też bardzo się także przyjaźnili z Pasternakiem. Natomiast ten kuzyn ożenił się z księżniczką Czarnogórską, która się nazywała Milisa, ( tu mocno znów się pan Ziemek śmieje) – i jak siadywaliśmy razem do stołu, to zwracaliśmy się do niej „Milicja” – było wtedy dużo śmiechu. Takie to były rzeczy.

    Z. K. Panie Ziemowicie, skoro już jesteśmy przy pana rosyjskich kontaktach, oczywiście! będzie to duży skok – a chcę zapytać o Okudżawę. Wiem, że też w bardzo ciekawy sposób doszło do poznania pana się z nim, był nawet poszukiwany przez pana i odnaleziony…

    A mieszkał gdzieś pod lotniskiem, w jakichś slumsach, na Szeremietiewie? – czy tak?

     – kiedyś mówił pan o tym, i jak pojechaliście tam z kimś razem – On stanął z gitarą na jakimś taborecie i zaśpiewał dla Was. Zafascynowało to pana, że w takim miejscu żyje taki bard i ciekawy człowiek! – Później panu ssie zwierzył, że grożono mu nawet. Tak?

    Z. F. – Bułat Okudzawa był nieznany – i ja mu za jakiś czas wydałem jego książkę, którą tłumaczyłem na polski. Nawiasem mówiąc trzydzieści lat przed wydaniem moskiewskim. Był to tytuł „Jeszcze pożyjesz” – A to była nielegalna książka, po prostu wtedy tam zakazana. Przeszło to jakoś u nas w „Twórczości” i to dzięki Iwaszkiewiczowi, ale donosów była cała fura! – Bułat wyrzeźbił mi wtedy fajny piękny krucyfiks z podziękowaniem i z dedykacją, wisiał nawet w redakcji. A teraz ja czytam pismo „Nowa Polska”, czyli Nowaja Polsza” i tam jakaś pani robi wywiad z nim, gdzie wiele miejsca jest wykropkowane. Z Okudzawą zżyliśmy się i szybko przeszliśmy na „TY” – byliśmy później w niesłychanej komitywie. Bywał u mnie tutaj w warszawie w domu, gdzie siedzisz, po tym wydaniu z moim tłumaczeniem. Ja mu załatwiałem to wydanie pt. ”Jeszcze pożyjesz” w Niemczech – efekt taki że ono poszło na Zachód i już trudno było Bułata prześladować gdy miał już takie wydanie w Niemczech, później w Szwecji i dalej. W Niemczech tłumaczył Go Zimerrer, już  nieżyjący korespondent „Die Welt” rezydujący w Warszawie, któremu także przy tym wydaniu pomagałem. Miał ten korespondent wspaniałą kolekcję polskiej sztuki ludowej, dowiedziałem się, nawiasem mówiąc, że  po jego śmierci rozdrapali  to wszystko różni przyjaciele. Ale wracając do momentu samego poznania Okudżawy, skoro już któryś raz pytasz – doniesiono mi wówczas gdy byłem na placówce dyplomatycznej, że jest tu taki poeta bard: skromny bardzo, na którego zwracają już tutaj uwagę. Ale gdy pojechaliśmy tam, zresztą potajemnie, nie mogliśmy go znaleźć. Kiedy zapytaliśmy kogokolwiek okazało się, że nikt o nim tam nie wiedział, domyśliłem się, że pewnie bali się powiedzieć gdzie mieszka, skoro pyta „ktoś”

    z czarnej Wołgi i Go szuka – a może chcą Go aresztować? ( tutaj znów szczerze śmieje się pan Ziemek) – Dopiero zapytaliśmy chłopca bawiącego się na ulicy i on wskazał jego lokum. Weszliśmy tam, a to taka nora! – zupełnie pozbawiona mediów, było tam na prawdę bardzo ubogo, wręcz spartańsko, urządzone to było w zupełnym ubóstwie! – Przedstawiliśmy się, że my z Polski, i właśnie usłyszeliśmy tu w Moskwie o nim, no i to i owo… Właśnie tak zaczęła się nasza znajomość. Później po czasie dostałem jego pierwsze teksty, i tak zaczęło się z jego twórczością u nas w Polsce, jak się okazało – z dużym powodzeniem dla Niego. No i potwierdzam – wtedy rzeczywiście wszedł na stołek i zaśpiewał – to nie jest wcale bujda!

    – Od razu wiedziałem wszystko, i co trzeba z Jego romantycznym talentem dalej robić…

    Z. K. – Wiadomo jest, że do romantyków zaliczano Pasternaka, Cwietajewą, Achmatową…to co się różniło od literatury już uznanej, natomiast w statucie „pozjazdowym” Związku Literatów tam wprowadzono taki zapis przez inicjatorów  Bucharina i Gorkiego o tzw. dopuszczalnym nurcie romantyzmu w literaturze rosyjskiej. Było to takie przejście do wszelkich eksperymentów formalnych. Potem po wojnie to zmieniło się, a potem zaczął się

    w Polsce w latach sześćdziesiątych „zamordyzm” – Pan zna bardzo dobrze poezję rosyjską tzw. toniczną, o czym nie każdy wie, że taka istniała wówczas. Może zechce pan kilka, że tak powiem, edukacyjnych wskazówek zaprezentować? – Korzystał z takiej tonacji, jak wiadomo, Konstanty Ildefons Gałczyński, gdy tylko ją u pana odkrył, wtedy gdyście razem mieszkali w leśniczówce Pranie na Mazurach. Gałczyński jak wiadomo wtedy został odsunięty od Związku Literatów Polskich, ale usilnie pracował i robił swoje dalej… Wiem też, że pisał pan osobny artykuł o tym i owym dotyczącym tonacji w poezji w piśmie „Twórczość” – Czy tak?

    Z. F. Tak! – istotnie – razem z Konstantym mieszkaliśmy wówczas w Praniu, wszedł do mego pokoju przez ścianę, gdyż coś potrzebował, drzwi nie były nigdy zamknięte – takie najzwyklejsze sąsiedztwo! – Oddałem mu wtedy swój drugi pokój ze względu na jego zonę panią Natalię, no i było to rzeczywiście po tym, gdy Go puścili w niełaskę po zjeździe ZLP

    w 1951 roku – On i pani Natalia zamieszkali wtedy zaraz w Praniu. Ale, ale – żeby nie zapomnieć o tej poezji tonicznej, o co zapytałeś, powiem w największym skrócie tak: – Rosja ma poezję ludową toniczną – natomiast do poezji nazwijmy ją literackiej zapożyczyła obcą sylabotonikę, która nie pasuje wręcz do rosyjskiego modelu wiersza, a potem jeszcze niemiecką sylabotonikę też zapożyczyła – natomiast ludowa poezja jest toniczna zawsze, i na pewno! – Tak pisałem owszem! – o tym w „Twórczości”: A mianowicie dalej – Rosyjska poezja jest głównie taktometryczna, a główną jednostką jej miary jest czas. To tak jak

    w operze, że wszystko się zgadza w czasie, a nie sylabowo. Wszystko się w operze zgadza

    – i można dyrygować: raz, dwa, trzy, cztery, i tylko w jednym takcie zaśpiewać tak na

    cztery ćwiartki, a w drugim osiem ósemek np. czy też połówkę i dwie ćwiartki… To tak jak pisał Wołodia Wysocki, czy nawet Majakowski. Natomiast konstruktywiści brali ów schemat metryczny pieśni ludowej i na tym pisali swoje poematy. Jest to bardzo dobre w czytaniu,

    gdyż wypływa bezpośrednio z języka. Ja w Praniu robiłem i praktykowałem oraz tam jednocześnie zapisywałem metrycznie to wszystko, i żeby się nie pomylić w tych zapisach,

    to sobie nuciłem to na głos, i wtedy raptem Konstanty usłyszał to, i wpadł do pokoju , otwartego na oścież, zapytując: „Słuchaj, czy ty możesz mi to dać?”- a ja mówię po chwili zaskoczony: „na litość boską – bierz co tylko chcesz! „ – A on na to: „Ziemek ty nawet nie masz pojęcia jak to mi się niedługo przyda!” – Dlatego w „Niobe” jest umieszczona pieśń burłaków rosyjskich, właśnie przepisana z mojego owego schematu, co umieściłem też

    w swej pracy magisterskiej, a brzmi to mniej – więcej tak:

    …Co za nooooc

    Droga bieelliii sięęę,

    itd…

    – To bardzo ciekawe – nie sądzisz? – Gałczyński nie był z kamienia i bardzo dobrze to czuł. A co się dalej tyczy Jego osoby: krąży plotka – domniemanie(?), czy nawet legenda, że Gałczyński pił wódkę. Powiem tak – mnie to nie interesowało wcale: kiedy i jak pił i z kim to robił i nawet kiedy. Jedno jest pewne, że gdy tworzył – i pracował twórczo – nic na pewno nie pił, bo byłem i widziałem. I nic nie powstało i nie wyszło spod Jego reki pod wpływem alkoholu. On pod żadnym względem nie był alkoholikiem i to muszę tutaj obalić jasno!. Raczej był to tzw. diksoman czy fiksoman – jak każdy z nas, jedynie w wolnym czasie kontemplacji i odreagowania próbował. Ja go raz czy nawet dwa widziałem w takim stanie,

    a przecież często się spotykaliśmy przez tych kilka lat… Ani pół wersa nie napisał po wódce! – Miał jedynie przerwy w pisaniu, przeżywał to oddalenie z warszawy i usunięcie Go ze Związku, poza tym miał też, jak wiemy, słabe serce. Ale jak już tworzył – to cały sobą

    – i nie można było mu wtedy przeszkadzać… Tworzył taką metodą Balzaka. Pani Natalia zaparzała mu z rana mocna kawę, czy herbatę na cały dzień, a On tyrał jak katorżnik!

    – Zresztą ( tu pan Ziemek śmieje się w głos) ten domek w Praniu był oddalony o czternaście kilometrów od sklepu spożywczego.  Ja na wódkę z nim nie poszedłbym, nawet ze względu na panią Natalię! – raz Go widziałem, siedział pod Praniem z Kulisiewiczem malarzem i głośno „gadali – rozprawiali” – Śpiewali wtedy bardzo ładną piosenkę o Sowizdrzale ( tu pan Ziemek gromko się śmieje). Śpiewał razem profesorem Kulisiewiczem, a ja nauczyłem się szybko od Nich. Brzmiało to wtedy mniej więcej tak:

    Tańcował , wywijał Sowizdrzał przy drodze

    Miał trzewiczki z koziej piczki

    Kurwa jego mać – hej! na nodze!…

     – I zaraz śmiech. Ale sparafrazuję to tak. Na pewno wtedy w owym czasie było tak, że wszyscy pili, cała kawiarniana warszawka”: poeci w miejscach tzw. „twórczo – zbornych”

    Na Nowym Świecie, no i dla samego animuszu! – bywałem, chadzałem , widziałem… Tuwim pił, i najczęściej Go widywałem „pod gazem”. Może i Pasternak czasem pił, czasem ze mną

    ( śmieje się) – Cała Rosja piła, i to nie mało. Pasternak także nic nie napisał po bimbrze. Dobrze wiem! – czasem u Niego nocowałem – wstawał wcześnie rano, robił gimnastykę do pasa rozebrany, szedł do ogrodu, brał zimny prysznic. Czasem szedł na spacer z pasami, wracał i wchodził do pracowni, i sześć godzin ciężko tyrał na swój chleb i dla rodziny.

    A propos! – przetłumaczył był Leśmiana na rosyjski, i kapnął się, że fatalnie to zrobił,

    pytał się mnie jak to wygląda… Kręciłem nosem.

    Z. K. Panie Ziemowicie, może wspomni Pan innych, których pan znał tam w Rosji ze świata wielkiej literatury?- Chcę też zapytywać jakby z innej strony, o warszawskie wydanie pisma w języku rosyjskim „Nowaja  Polsza” Pomianowskiego i z błogosławieństwem Giedroyca, może nawet bardziej nas zainteresować tutaj sam bliski kontakt z panem Jerzym Gedroycem. Kiedy zaczęły się te pana kontakty? – Może z racji jego odejścia pan coś przywoła ciekawego z swej pamięci – wiemy wszyscy co znaczył dla nas. Przyjaźniliście się latami, dzwonił do pana tutaj do domu, przysłał kilka fotografii z dedykacją, które mam tu w ręce – No! – I był Pan na Jego pogrzebie z Miłoszem w Meząlafitte. A wcześniej w Paryżu bywał pan Jego gościem, i to całkiem prywatnie.

    Z. F. Giedroyca znam od 1958 roku. Jak wyszedłem wtedy ze szpitala w Paryżu to nastała taka okazja, żeby złożyć wizytę panu Jerzemu. Chciałem poznać też pana Czapskiego i tych innych jak Jeleński – i poznałem ich wtedy. Przyjęli mnie bardzo dobrze, nikt mnie do niczego nie namawiał, bo wiem i czuję że chcesz o to zapytać, bo oni wstecz Miłosza namawiali i został! … Ja spędziłem tam dwa przemiłe dni, później pojechałem do Rzymu odwiedzić matkę Kota Jeleńskiego. Jeździłem wtedy dużo po Europie. A później stało się – byłem, owszem na pogrzebie Gedroyca, był Miłosz i inni, nawet się z nim przywitałem i zamieniłem kilka zwykłych słów…

    Z. K.  Panie Ziemku, czy to prawda, że w roku 1946 , będąc już, zdaje mi się na placówce dyplomatycznej, odbył pan nielegalną wyprawę do Czeczeni. Podróżował pan także gdzieindziej, jako niezależny turysta, łamał pan zakazy, jak wtedy na tę podróż do Paryża. Pojechał więc Pan jako jedyny wówczas Polak. Zdaje się, że interesowało pana zawsze zagadnienie, jak działa wówczas system totalitarny? – poszukiwał pan? – jak wtedy to w ogóle wyglądało?

    Z. F. Chciałem iście zobaczyć jak wyglądała wówczas wysiedlona przez Stalina daleka republika. Dotarłem tam, ale do samego Groznego nie dotarłem, bo by mnie zwinęli, ale zwiedzałem kilkanaście wysiedlonych wiosek i miast – było wtedy tam zupełnie pusto!

     – Ale to jakby osobny rozdział do innej rozmowy, podejrzewam, że obecnie nie mamy na to czasu dla tego spotkania.

    Z. K.  Ja osobiście w roku 1991 czytałem taką „rozmowę” przeprowadzoną z panem dla „Trybuny” – Powiedział pan wtedy dokładnie tak : „nadchodzą czasy kołtunowładztwa…”

    i w dalszej części potwierdził pan, że: „zainteresowanie kulturą polską na świecie, nawet wobec tych ruchów wolnościowych, maleje”, a jednocześnie dodał pan, że : „ zainteresowanie kulturą rosyjską bardzo ogromnieje” – na czym dokładnie ten fenomen w/g pana polega?

    Z. F.  W literaturze na tym to polega, że pewne struktury w całej kulturze także pozostawiają takie jakby „trwałe echa”. Poza tym oni już wydali szereg pisarzy, zwłaszcza romantycznych, którzy byli jakby niezależni, nie wiedząc o tym, którzy na pewno mogą zainteresować innych

    sensownie, i coś nowego oznajmić… A w Polsce jest taka jakaś posucha – taka, że my po prostu dawno już takiej uniwersalnej literatury nie mieliśmy. Tu u nas teraz wszystko co amerykańskie bierze górę. Weźmy teraz taki fakt, że jak ja dostaję do redakcji cokolwiek: wiersze, itp. rzeczy, to na prawdę zgroza bierze – i powiem ci żal dupę ściska! ( znów śmieje się) – Kiedyś pęczniało mi na biurku, a ja nie zawsze miałem miejsce to wszystko pomieścić. I można było wybierać bardzo dużo z tych ciekawych rzeczy. Ale wracając do literatury rosyjskiej, czyli do mej dalszej specjalności – emigracja rosyjska nie dała nic i zupełnie nic, ani jednej ciekawej książki dla Zachodu. Po prostu nie jest reprezentatywna! – Rosyjska literatura, z jej tradycjami, w oderwaniu od swego kraju nie istnieje – naprawdę! Tam oni

    za granicą nic sensownego nie napisali. Ktoś się lepiej lub gorzej urządził materialnie, ktoś popijał wódeczkę… takie jakieś reporterskie zdawkowe rzeczy w opisach się pojawiały…

    A w Moskwie, jeżeli weźmiesz pisarz Piecucha i poczytasz jego wspaniałe dzieło, którego nikt w Polsce nie chce wydać: „nowa moskiewska filozofia’ – to okazuje się, że jest to wprost znakomite. Ja mam dobre rozeznanie – wciąż szukam i wiem dobrze!. Jest to takie autokratyczne i niebywałe, a nawet wesołe z tą świeżą zawsze autoironią. Weźmy taka „Zbrodnia i Kara” umieszczona w radzieckim kołchozie mieszkaniowym, gdzie rzeczywiście zabijają staruszkę, tylko zupełnie inaczej… No, a „kołtuno – władztwo”, które przytoczyłeś zaczepnie – to pewnie ty tego nie widzisz, a mnie zwracają wciąż uwagę na to – co ty tam w takiej szmacie drukujesz! – A ja mówię: piszę tam gdzie mam ochotę, i ważne że mam coś do powiedzenia! – Te ciągłe jątrzenia, zarzuty, animozje pokomunistyczne bez miary, i bez sensu… to jest częścią kołtuństwa, i jakiejś pychy, w efekcie partykularnej głupoty

    i cynicznego snobizmu. Ale dodam też, że wiele tych niedomówień i animozji, czasem jest sterowanych umyślnie, tworzy to zasklepianie się w samej rzeczy w sobie – To w samej rzeczy nic otwartego! – Na przykład: „Trybuna”, którą za to opieprzyłem niesamowicie

    i wyzwałem od „chamów” opublikowała  recenzję na rocznicę STS-u właśnie tego ostatecznie „rozwalonego”, powiadam „rozwalonego” teatru – Ta sama „Trybuna” nazwała tamten „socjalistyczny teatr” : „Płatnymi błaznami reżimu”. Dowcip polega na tym zasadniczo,

    że przez szesnaście lat pracowaliśmy niezależnie i bezpłatnie, borykając się ze stalinowcami

    i zapieczałą cenzurą – Tego nie wie nikt jak to było. Zamykali nas, przesłuchiwali, straszyli,

    i ani grosza nikt z nas nigdy nie wziął, chyba tylko donosiciele, których nigdy wokół nie brakowało w tamtych podłych czasach…

    Z. F.  Panie Ziemku, jeszcze niech pan wspomni swoją przyjaźń z Włodzimierzem Wysockim, chociaż to zupełnie całkiem inna sprawa. Ale wiadomo jest, że bardzo interesował się Polską i bardzo chciał tutaj bywać…

    Z. K.  Wysocki przez Polskę umarł! – Polska była dla niego taką wyrocznią, że mu szalenie zależało na wszystkim, na naszej opinii, itp. rzeczach uznania tej osobowości, bo wiedział,

    że tutaj u nas się młodzież Nim interesuje, mocno zależało mu na Hamlecie – to był, jak dobrze wiemy, aktor z kwi i kości. Chciał właśnie Hamleta tutaj w Polsce zagrać, widziałem ślicznie go zagrał tam w Moskwie, bo zagrał go jak więźnia Gułagu. Nawet takim żargonem błotnym to przemawiało… Natomiast tam w Moskwie szybko cenzura zdjęła ze sceny wpierw dekorację, która właśnie nawiązywała  do tego, a później jego jako Hamleta. Ale chociaż mu zabraniali tego publicznie tam – to grał…wracał, i po czasie wegetacji tam wykitował… Pamiętam kiedy byłem u Hofmana „Na Tagance” wtedy w Rosji, a Wołodia

    był już w tym zagrożonym stanie, przyszedł do nas, i nawet krępowaliśmy się Go prosić,

    żeby coś zaśpiewał, czy chociaż zanucił –  Wyglądał już taki bardzo przygnębiony – taki chudzinka, stał jakby już na progu cmentarnym – po prostu człowiek nie do poznania, jak Go

    widywałem wcześniej był zupełnie inny. Wcześniej przecież  spotykałem się z Nim w Moskwie nie tylko „Na Tagance”, gdyż wszystko nim tam uzgadniałem w tłumaczeniach,

    głównie to co w Polsce jego miało być śpiewane przez polskich aktorów. A Jego nie chcieli wypuścić ani na krok. Czasem myślałem, że puszczą. Był zawsze dociekliwy, pytał jak się co do czego ma, ale wiele rzeczy twórczych jego nie można było zrobić w Polsce, bo także zabraniali.  Wysocki pisał cudownym językiem. Nie wiem kiedy zdążył się tego nauczyć…Nie wiem doprawdy, kiedy zdążył się nauczyć cudownej ruszczyzny ? – przecież on pisał o kurwach, Bóg jedyny wie o kim i o czym, ale nie znajdziesz tam cienia

    nieprzyzwoitego słowa, w formie przekleństwa. Tak prawdę mówiąc jemu to pozerstwo

    i wydziwianie nie było potrzebne, nie z przyzwoitości – ale po prostu niepotrzebne i już!

    – Tłumaczyłem Go i po prostu uzgadniałem merytorycznie wszelkie pojęcia i zwroty…

    Był taki jakby nasz Grochowiak – i dziw czasem brał, kiedy zdążył sobie przyswoić pewne literackie rzeczy – Nie wiem jak? – skoro wszyscy widzieli, że popijał… czasem i ze mną!

    ( tu mocno śmieje się pan Ziemek) z siebie samego.

    Z. K. Panie Ziemku! – wróćmy jeszcze na chwilę do „Twórczości” – Mnie chodzi o to właściwie kim właściwie był Jarosław Iwaszkiewicz, choć wspominał pan, że dążył do wszelkiej niezależności, i pierwsze co zrobił jak nastał jako naczelny w „Twórczości” to uniezależnił się od Związku Literatów Polskich. Co jeszcze ciekawego o Nim może pan sobie przypomnieć?

    Z. F. Tak – to prawda! – kazał wywiesić taki plakat w redakcji : „Zgodność poglądów u nas nie obowiązuje” – I to nie tylko wisiało, ale obowiązywało – po prostu! – A tak w ogóle to był świetny redaktor, jak na tamte perfidne czasy. Ja jako młody wtedy smarkacz, teraz już pięćdziesiąt lat siedzę tutaj w „Twórczości”, a przecież Jego już dawno nie ma, a mogę powiedzieć, że wiele mnie nauczył, bardzo wiele. Powiem nawet tak, jak mi się nie podobał Jego osobisty wiersz nawet, a byłem odpowiedzialny za poezję, to ja mogłem ten wiersz zdjąć – tak! – I nie śmiej się tutaj! – Tak było kiedyś naprawdę, bo napisał kiedyś wiersz pt. „Do córek Gagarina” i pyta – dlaczego tego nie chcesz Ziemek? – A ja mówię: wolałbym, żebyś napisał jak „pijany kierowca przejechał w Pcimiu Dolnym panią Kowalską” – „A co to są większe cierpienia?” – wydukał. No tak to był super facet i kolega. Ja jeden tylko wiem ile się „nalatał” po Komitetach PZPR – owskich i Wydziałach Kultury oraz po prezesach Sokorskich w sprawach ludzi, w sprawach redakcji w toku łagodzenia spraw cenzury… Było tego wiele i multum. Były to nawet paszporty, Stypendia i pieniądze na socjal, i inne pochodne sprawy. Niektórzy, o których upominał się często, opluwali Go – bo nie wiedzieli na czym to stoi. Nigdy nie dał się ponieść, był łagodny i mądry… Był zrównoważony i zdystansowany… i znający się na tzw. rzeczy ludzkiej. No i co ważne! – wreszcie pozwalał na  druk młodych poetów „odkrywanych” przeze mnie, i druk wierszy tzw. „straceńców”…

    Z. K.  No właśnie  niech pan wspomni powie o odkryciu Edwarda Stachury i tych innych, których on Sted czasem polecał. Drukował pan też Wojaczka, innych. Nie wyklinał pan ich ale rozumiał – to wszyscy wiedzą. Jak to było na prawdę?

    Z. F.  Stachura sam się odkrył! – Przyszedł kiedyś do mnie do „Twórczości”, jak czasem robili to inni młodzi. Ale ja natomiast, kiedyś powiedziałem i podtrzymuję do dziś, powiedziałem, że „giełda literacka” dla mnie nie istnieje, czy ktoś jest chwalony w innych pismach, czy też nie jest – nie ma to u mnie znaczenia! – Na ogół jakoś nie przegapiłem nikogo. Bo i  Korhauser drukował u mnie i Zagajewski młody wtedy poeta, później poszli

    ci młodzi gdzieindziej, ale to ich sprawa i ich poszukiwania. Ja starałem się być sprawiedliwy i rozpatrywałem na zasadzie tego – co, i o czym oni wówczas pisali… Natomiast z największą przyjemnością odrzucałem grafomańskie wiersze pani Niny Aandrycz, czego wtedy można było się bać przecież – czekałem co będzie się działo, czy Cyrankiewicz nie wpadnie w szał…  Ale powracając do Stachury – Przyszedł wtedy taki jakiś zdesperowany, kłapał podeszwą buta, i rzucił mi wiersze na biurko, czekając na to, że powiem mu tak jak innym, że to są wiersze do dupy! – No i ja biorę te teksty mówiąc – niech pan chwilkę tutaj  poczeka – i choć nigdy nie czytałem przy tych przychodzących poetach ich wierszy – tutaj  jednak zrobiłem wyjątek, spoglądając machinalnie w te teksty. Widziałem, że był on w takim stanie wielkiej potrzeby druku, i czytam ten jego śliczny pierwszy wiersz:

    Byłabyś gdyby tak było

    ale ty jesteś z emalii

    i z sadzą w oku…

    – Jest to świetny piękny metafizyczny wiersz, bardzo zmysłowy i erotyczny! – No i ja pytam: dawno pan pisze? Nie! – mówi, ale niech pan powie mi – czy był już drukowany? – „nie! Odpowiada – Nikt mi nie drukował”. Zadzwoniłem do Polskiego Radia do działu literackiego z poezją do mego znajomego i mówię, że mam tu bardzo ciekawego gościa – poetę, czy nie mają jakiegoś luzu, żeby go przyjąć i puścić. Mówi „dobrze pan trafił, i że właśnie coś się stało z tekstami osoby która miała przyjść – niech pan go zaraz tutaj daje – mam też wolnego Łomnickiego, czekam” – A więc Stachura zaraz poszedł tam do Radia. I dygresja:  jak przyszedł do mnie wtedy był przecież przekonany, że powiem żeby sobie poszedł w diabły

    – a jak widzisz dostał bardzo wiele : bo – cykl wierszy w „Twórczości”, po dwóch dniach miał recenzję w „Sztandarze Młodych” – a po kilku dniach te teksty, które zaniósł do Radia poszły na antenie, które – co ważne! – czytał sam Łomnicki znany wtedy aktor. A ponieważ był głodny, i nie miał co jeść, wziąłem go któregoś dnia na Mazury, wynająłem mu pokój

    i dawałem dużo żarcia, żeby tylko spokojnie pisał… Później pierwszą Nagrodę Literacką dostał Stachura na Konkursie w Olsztynie za opowiadania pt. „Jak mi było na Mazurach”, gdzie wszystko wspaniale opisał. ( tu znów pan Ziemek śmieje się) – Czasem uczyłem go humoru, ale on nie mógł – albo nie chciał go zrozumieć. My w STS-ie mieliśmy konkursy

    i guizy na najinteligentniejszego Polaka, i takie mieliśmy zadanka publicznie, na scenie, do odgadnięcia na zadane tego typu pytanka: „jaka jest różnica pomiędzy hipopotamem?”

    – prawidłowa odpowiedź brzmiała, że lubi pływać ( tu mocno się znów pan Ziemek śmieje).

    I kiedyśmy kiedyś razem ze Stachurą wracali z mazur ja zadałem mu to głupie pytanie

    – a on dalej milczał. A kiedy wyjawiłem odpowiedź, wybuchnął potwornym śmiechem, nie mogąc się bardzo długo powstrzymać. Polubiłem go i przyjaźniliśmy się bardzo mocno, do tego stopnia, że drukowałem też jego kolegów jakich mi polecał. Bywaliśmy prywatnie u Jarosława Iwaszkiewicza, który kiedyś przebrał się dla nas nawet w górniczy mundur ( znów smiech) śpiewaliśmy i tryskaliśmy niebywałym humorem, czasem milczeliśmy…

    Z. K. Bardzo serdecznie dziękuję za to spotkanie, i te niebywałe opowieści wprost

             ze źródła…

    – spotkał się (w roku 2000) oraz pytania „z wiedzą” zadawał Zbigniew Kresowaty

  • LAPIDARIA SĄ WE MNIE WCIĄŻ JESZCZE NIE ODKRYTE

    rozmowa z Ryszardem Kapuścińskim reportażystą pisarzem, poetą i fotografem

    Zbigniew Kresowaty: Jest Pan podróżnikiem globetroterem, takim reportażystą literackim, wręcz współczesnym Herodotem, wybitnym autorem ponad 27 pozycji książkowych od debiutu w roku 1962, czyli od „Buszu po polsku” i wielu innych ciekawych wydań tyczących się problematyki współczesnego świata. A napisanie ich poprzedził Pan nader ciekawymi podróżami z dotykalnym i żywym przecież oglądem rzeczy , że wymienię tylko niektóre dalsze od roku 1975: „Chrystus z karabinem na ramieniu”, „Cesarz” (1978), „Szachinszach” (1982), „Notes” ( wiersze – 1986), „Lapidarium” (1990), Lapidarium II” ( 1995), „Lapidarium- III” ( 1997), „Heban” (1998), Lapidarium – IV” (2000), „Z Afryki ” ( ciekawy album fotograficzny – 2000), „Lapidarium- V” ( 2001), „Podróże z Herodotem” (2004), „Prawa Natury” ( wiersze -2007), „Lapidarium – VI” ( 2007). Wszystko napisane to jest z autopsji, a nawet z osobistego duchowego i cielesnego przeżycia, na niejednokrotnie bardzo ciekawym doświadczeniu …Niewątpliwie przebijają się tutaj „Lapidaria” w zawarciu stosunku osobistego do świata…ten świat pokostkowany w takich kawałkach…Ale też czytając pozostałe Pańskie książki odnosi się wrażenie bezpośredniego towarzyszenia narratorowi w tych dalekich podróżach, w tym i tych duchowych, które zadziwiają – a sam iloraz niedopowiedzenia a jednocześnie innego spojrzenia na zalety i wady naszego świata trzyma czytelnika zawsze w napięciu i w głębokim zainteresowaniu : co dalej?!, gdyż pomiędzy wersami jest wiele filozoficznych aczkolwiek ukrytych zagadnień i kwestii z pogranicza życia i śmierci czasem traumy oraz wychodzenia… Poza tym książki Pana pisane z autopsji z przeżycia wręcz czasem metafizycznego, i że tak powiem, mocno zwartościowane, nie tchną fałszem ale niewiadomą, która zawsze czai się w centrum uwagi…Jakiej siły trzeba było niejednokrotnie Panu używać, żeby wychodzić z najgorszych opresji, kiedy jako „świadek naoczny” znajdował się Pan niejednokrotnie w rękach tzw. „nieprzyjaciół mocy”, brany czasem za szpiega, innym razem za wroga czy kogoś innego jako persona nongrata? – Podróżował Pan często z notatnikiem i szkicownikiem i aparatem fotograficznym i całym zapleczem niezbędnym dla podróżnika…a potem wracał po ukojenie do swego domu na Prokuratorskiej i do swych porannych spacerów…

    Ryszard Kapuściński – Spacery – tak! – Obudzony rankiem wypijam kawę i wychodzę na spacer zazwyczaj o siódmej, kroczę do Wawelskiej. I mijam Konsulat brytyjski – a tam o tej porze przed wejściem stoi już wielka grupa ludzi umęczonych po nocy, bo śpią oni na trawnikach, na ławkach w oczekiwaniu, żeby złożyć swój wniosek o wizę ale to pomału się już zmienia. Ale kilka lat wstecz był tutaj stał tłum. Widok ten mówi mi, że znów jestem w „Trzecim Świecie” – A trzeba nam wiedzieć, że takich porannych zbiegowisk nie w Kopenhadze ani w Bernie, są w Kuala Lumpur czy w Sahelu. I tuż za skrzyżowaniem Wawelskiej i alei Niepodległości, gdzie pan mnie spotkał a gdzie schodzą się granice trzech dzielnic – Ochoty, Mokotowa i Śródmieścia widzę tuż przed sobą widok gmachu GUS, mam budynek, w którym kiedyś zamieszkiwał przed wojną Andrzej Strug – autor „Ludzi podziemnych” jak panu zapewne wiadomo, wielki mason… no i senator Andrzej Strug. Dygresją dopowiem – to w Jego mieszkaniu Witkacy zaznajomił się z Czesławą Oknińską ostatnią miłością swego życia w roku 1929. Nikt wówczas nie wiedział, że we wrześniu 1939- go udadzą się na Polesie, żeby tam w lesie, koło wsi Jeziory popełnić razem samobójstwo – Oknińską jednak tam odratowano. A więc na spacerze, spoglądając dobrze przed siebie, choćby na zabudowę obecnej Warszawy, która znam od wielu lat, wystarczy spojrzeć tylko w przeszłość, a wchodzimy głębiej, nie tylko w osoby ale i pewne stany historii społecznych naznaczone historią… Natomiast wracać do domu z tych czy innych podróży zawsze jest najmilej… Co się tyczy samych podróży odbytych najczęściej w celach, zazwyczaj poznawczych ku mojemu pisarstwu powiem, że na pewno bywało na prawdę bardzo różnie w różnych zakątkach świata i było tego wiele. Powiem, że jakoś zawsze udawało mi się wychodzić z opresji, kiedy to bywałem w krajach trzeciego świata lub w dżungli afrykańskiej czy w Kamerunie, czasem tam, gdzie toczyły się wojny domowe, albo te dotyczące wyznań, gdy groziła mi czasem śmierć, ale na pewno nie na terenach Islamu gdyż tam docenia się nawet innowierców – Mówiłem dużo o tym i pisałem…To jedyna wiara, która nakazuje kochać bliźniego, a inaczej jest na pewno, gdy wchodzimy na teren fanatyzmu – To na prawdę czasami trauma i nie jest to przyjemne – i pozostaje takiemu człowiekowi jedynie modlitwa we własnym języku, po prostu zawsze się modliłem w takich trudnych sytuacjach…chwilach. Mówiłem to w wielu wywiadach… Modliłem się do Matki Boskiej. Mówiłem; „jak mnie teraz Mario Święta Matko uratujesz, to przysięgam, że nigdy więcej w taką aferę się nie wpakuję. No…i oczywiście się nie wywiązywałem z dawanej wtedy przysięgi. Zatem jestem, co nawet już powiedziałem publicznie krzywoprzysięzcą ( tu się śmieje)

    Z. K. Bardzo proszę wybaczyć, że będę optował jakiś czas na Pańskiej wierze do tych wszelkich sił natury a tym samym nadprzyrodzonych wręcz do Boskości i jej wymiaru duchowego – Mogę? – bo tak się składa, że w tej książce poszukuję, u wybitnych postaci kultury sztuki i nauki, jakiejś formuły sacrum, które przecież dzisiaj ma inny zgoła wymiar ale zawsze dotyczy tej nagiej bezbronnej strony człowieka, którą został obdarowany przy swoim powstaniu z prochu, o czym zresztą mówi zapis w Biblii w „Drzewie Rodzaju”, które zapewne rosło w Afryce, gdzie niejednokrotnie Pana ciągnęło…bardzo wiele razy i wciąż był i jest pan zadziwiony tą niezwykłą częścią świata, której przypisuje się Raj na Ziemi. Czym jest wiara? – Może zechce Pan odnieść się do tej kwestii po przez człowieczeństwo, które co tu dużo mówić w różnych zakątkach świata ma inną twarz – Jaki jest dziś obraz wiary albo jej twarz?

    R. K. – Nigdy nie spotkałem człowieka bez wiary! – Będzie to paradoksem, ale wszyscy ludzie są wierzący, bo wiara jest częścią naszego sposobu reagowania na otoczenie. Jest ogromna częścią naszego sposobu myślenia, wręcz naszego odczuwania, czyli tej pochodnej najważniejszej osobistej dedukcji. To jakby sprzeczność sama w sobie. Powiem więcej – wiara jest wspólna na wszystkich szerokościach geograficznych dla wszystkich nacji i religii, kultur…Jest to elementarna rzecz człowieka. Wiara w nas samych jest bardzo ekspansywana i dynamiczna… Bywa, że jesteśmy bardziej gorliwi a innym razem odczuwamy zawody i rozczarowania…I choć wiara jest spychana na margines naszej psyche to o wierze nie podobna mówić w sposób jeden i ostateczny, gdyż jak wszystko co w nas podlega ona ciągłej ewolucji i wtedy czym bardziej zmieniamy: miejsce, otoczenie lub sam czas.

    Z. K. A jednak z wielu przyczyn wielu ludzi uważa się za ateistów lub wprost niewierzących dalekich od swego Boga. Takich ludzi wciąż przybywa, ale też jest wielu, nawet miliony, w dalekich krajach, którzy nie wiedzą co to jest wiara. A gdy im to tłumaczyć lub jakoś wpajać można oberwać lub ponieść surowe konsekwencje i być narażonym na zniewagi, gdyż oni powszechnie uważają się za niewierzących. Z czego to wynika? – Owszem to na prawdę szeroki kontekst do omawiania, ale może Pan podzieli się tym na bazie tych odbytych własnych doświadczeń? – bardzo Pana proszę.

    R. K. Na pewno w obrębie kultury europejskiej tych niewierzących jest więcej czyli w tzw. ucywilizowanych społecznościach… Natomiast w innych cywilizacjach tych niewierzących ludzi jest mniej, gdyż i religii różnych jest więcej – Jest cała gama wyznań – a ponieważ ludzie to istoty stadne i przebywają we wspólnotach, gdzie jest pewna hierarchia po prostu z takiego niepisanego obowiązku, a raczej dane kultury należą do swego wyznania inaczej trudno byłoby im się odnaleźć! – Wracając jednak do Europy – Jest tak, że na początku było jakby podobnie, natomiast później w XIX i XX wieku ów człowiek mógł jakby jaśniej wyrażać swoją postawę z racji tzw. „wyzwolenia” co zaznaczyło się już nawet w XVII w. , kiedy to kościół oddał częściowo swe rządy świeckim społeczeństwom. Ukształtował się człowiek wiary jako konkretna postać równie wyzwolona – a na przeciwko niego stanął ateista także jako konkretna postać. Potem nastąpił jakby drugi etap. Ludzie przestali chodzić do świątyń gromadnie. Miejsce ateisty zajął obojętny. Dziś coraz bardziej ukazuje się jeszcze coś innego! : Bo mamy człowieka wiary, a po przeciwnej stronie człowieka innej wiary – tak jak to ma miejsce w kulturze. Ten człowiek innej wiary jest często religijny ale nie przynależny. On też oddaje się wierze, ale jest to religia bez Boga. Ten człowiek wierzy w transcendencję, ale nie przynależy do Kościoła. Ten człowiek nie powie; jestem ateistą – Ale, gdy go umiejętnie przymusimy do odpowiedzi zobaczymy, że też nie jest to mu obojętne. Jest on przepełniony po brzegi wiarą, która jak spojrzeć nie trzyma się żadnej formy Kościoła. I jak obserwuje się powszechnie świat trzeba powiedzieć, że dzisiaj taka właśnie postawa szerzy się na skalę światową.

    Z. K. – A jak jest to dzisiaj w krajach tego rozwijającego się jednak na swój sposób „trzeciego świata”?

    R. K. – Dzisiaj jak się rozmawia z Indianinem w Peru czy w Boliwii, to on nie chodzi do kościoła, bo tam brak jest takich miejsc. Nie ma księży. Jego wyznanie religijne przejawia się w tym, że po prostu wierzy w Boga! – A często jeszcze przybiera postać, w związku z jakimś świętym patronem, obraz ludowych festynów. Jest to uciecha : zabawa , taniec etniczny i różne rytualne gesty…Jest to nowe zjawisko XXI wieku, czyli religijność pełna jakby ale bez sprecyzowanego Kościoła i bez sprecyzowanego wizerunku Boga oraz Jego obrazu. Tutaj właśnie rodzi się miejsce na sekty. Trzeba jasno powiedzieć, że w ludziach jest jakiś narastający niepokój wiary. Jak dobrze spojrzeć gołym okiem widać, że jest to na całym świecie bardzo wyraźne zjawisko. Islam znalazł odpowiedź na to. I dlatego właśnie jest to tak masowe wyznanie a co za tym idzie masowa religia. Niech pan popatrzy tym samym „gołym okiem”- Muzułmanin musi się pięć razy modlić dziennie. I trak rzeczywiście jest!. Powiedzieć należy, że jest to równocześnie symbol identyfikacji, bo ci wierni wyłączają się z zajęć i modlą się, gdzie tylko popadnie. Natomiast w innych religiach nie ma takiej kreacji identyfikacji wspólnoty na codzień. Ale jest taka jakby odświętność i w rzeczy samej dobrowolność. Tutaj w Islamie nie ma dobrowolności a jest przymus. U nas człowiek idzie do świątyni albo nie idzie. Powiedzieć należy, że podstawowy problem kryzysów wielkich Kościołów bierze się stad, że powstawały one w skali bardzo małych społeczeństw czasem wspólnot. I dopiero wtedy stworzone zostały prawa kanonicze, zasady danej wiary i cała liturgia, która jest też modyfikowana i naginana do coraz bardziej inteligentnego człowieka. I tak nie można tych milionowych wyznawców zaspokoić…

    Z. K. Może zobaczmy jak to jest w Polsce?

    R. K. – Już gdzieś to mówiłem i na własnym przykładzie omawiałem – Mam u ciotecznego brata księdza, który jest wikarym ( tu się uśmiecha) i on ma swoją parafię…A więc on tam koło Tarnowa jest sam – młody ksiądz oraz jeszcze jeden ksiądz stary proboszcz. A to wszystko tutaj w najbardziej katolickim kraju naszej Europy. Jest jakaś przepaść pokoleniowa pomiędzy nimi bo on jest tam z nadania ale jakby pod presją tego doświadczonego księdza jednocześnie już ułomnego z racji czasu…I z tej takiej pierwotnej słabości bierze się, czy to w Ameryce Łacińskiej, w Azji, Afryce, taki gigantyczny rozwój sekt. U nas na pewno mniejszy. Te Nowe Kościoły bo tak to się nazywa to prosty mechanizm – gigantyczne masy prostych ludzi przyjeżdżających do miast, które rozrastają się straszliwie. Młodzi prości ludzie uciekają ze wsi do miast, podobnie jak to na przykładzie Polski opisywał w swej twórczości Tadeusz Nowak, tyle – że wtedy u nas to było za komuny, a był to ten gigantyczny bum ucieczek do miast bo władza ofiarowała świetlana przyszłość, a dziś ci młodzi również z powodów ekonomicznych sami powyjeżdżali za granice masowo. Ale wracając do tematu – gdy ja przyjechałem na przykład do Meksyku w roku 1968 roku, to miasto miało 8 milionów mieszkańców. A teraz liczy ponad 22 miliony obywateli. I te ogromne masy w tych miastach świata czują się wprost zagubione. Po prostu nie mają się gdzie podziać, nie mówiąc już o żadnej opiece. Tacy ludzie poszukują jakiegoś oparcia, profitów, środowiska i wspólnoty przyjaznej dla siebie. I znów trzeba zauważyć, że w te miejsca wchodzą z powodzeniem sekty. One działają jak wiemy w małych grupach i tym bardziej z powodzeniem tym biednym ludziom udzielają tej pierwszej prostej pomocy. Tam sekty zaspakajają podstawowe potrzeby zagubionych ludzi. A tych są miliony na prawdę dziesiątki. Nade wszystko dają tym ludziom to poczucie wspólnoty. To przecież biedota, straszna nędza Trzeciego Świata. W tych rejonach świata Kościół nie ma tak dużego aparatu ani organizacyjnego a tym bardziej finansowego.

    Z. K. Zatem Panie Ryszardzie pociągnijmy ten temat sekt trochę głębiej i dalej – A jak to jest w innych tego typu krajach? – Przebywa Pan często wśród swych znajomych misjonarzy polskich i nie tylko, przecież nie kończy się chyba tylko na odprawianiu mszy, cos tam jeszcze oni robią (?)

    R. K. A właśnie, że tak! – Jedyną rzeczą jaką w Boliwii np. robi ksiądz, to odprawianie mszy – A wszystkie inne obrzędy jak np. : śluby, pogrzeby, chrzty – spada całkowicie na osoby świeckie…To jest problem Kościoła, gdzie np. w Europie zwłaszcza w tej środkowej jest dużo księży ale nie chcą jakoś jechać na misje do takich krajów – To kolejny problem, a mogliby!

    Z. K. Może zechce Pan coś opowiedzieć o tej potrzebie identyfikacji? – Może najlepiej na swoim przykładzie…o ile mogę tak zasugerować? …

    R. K. Oczywiście o potrzebie identyfikacji powiem tak – Jak pan wie, moim kościołem jest kościół Zbawiciela w Warszawie. Jak tam pójdę w niedzielę, to okazuje się, że nikogo nie znam. Oczywiście jakiś ksiądz odprawia mszę, są ludzie, których nigdy na oczy nie widziałem. Później, kiedy idę do Jezuitów na Racławicką, gdzie mieści się sanktuarium Św. Boboli, bo znam tam proboszcza Pacjuszkiewicza i ojca Opielę, czuję się u siebie w domu i razem jeździmy na pielgrzymki do Janowa i Pińska…Ale powiem, że tego mi nie wolno, gdyż kościół mego rejonu zamieszkania to Zbawiciel. Jest zabawnie, bo przychodzi z kolędą ksiądz, którego całkiem nie znam! – Mało – nie mam z nim jakiegoś wspólnego języka…a całość jest sformalizowana i zbiurokratyzowana – sic! A w Polsce mówi się czasem o walce z sektami, ale powiedzieć trzeba głośno, że brakuje dyskusji, co takiego się dzieje w Kościele, że sekty zyskują i u nas swoich zwolenników, wyznawców…

    Z. K. Jak zatem widzi Pan problemy XXI wieku w kwestii wiary? – Jakie inne zagrożenia? – Chociaż należy tu przywołać słowa, jak Pan wspomniał, że nie spotkał nigdy niewierzącego – Jest straszne przecież samo rozdrobnienie a tym samym problem na XXI wiek narasta…Co jest przyczyną u nas – co należy robić – o ile juz coś robić?…Kiedyś Marek Hłasko z Berlina zadzwonił, w okresie zamordyzmu, do mego znajomego i powiedział, że najgorzej jest nic nie robić w kwestii społecznej… Co Pan na to?

    R. K. Powiem tak – Zagrożenie ateizmem dziś nie istnieje. Nie ma też innego zagrożenia, poza pewnymi regionami, tą obojętnością religijną. Rzeczywiście w Berlinie kościoły w niedziele stoją puste, także w innych krajach Europy jak Belgia. W Niemczech czy w Belgii stało się coś nad czym warto się zastanowić. Należy nam wiedzieć, że ci ludzie wcale nie zmienili się wewnętrznie i nie stali się nagle wojującymi ateistami, nie są też herostratesami i nie urządzają sądów nad księżmi. To są ludzie doświadczeni, u których element wiary i religijności istnieje na pewno. Powstała kwestia jak go w tej nowej sytuacji kulturowej odnaleźć, gdyż globalnie nacje się już mieszają, jak ożywić ten element wiary, który pozostał nietknięty. To jest problem a nie rozpacz, że nie chodzą ludzie do kościoła…

    Z. K. Jak wiem, był Pan ministrantem? – i pochodzi z rodziny wierzącej…
    Może zechce Pan nawiązać wprost do kwestii rodzinnych zanim przejdziemy do dalszych innych kwestii…

    R. K. Dom mój rodzinny był bardzo katolicki. Rodzina w całości też taka jest. Mama pochodzi z Bochni z małopolski – ojciec pochodzi z kieleckiego. Pojechali po wojnie do Pińska, ponieważ chcieli uczyć, zaraz po pierwszej wojnie, a pojechali w ramach akcji polonizacyjnej…Jak wiemy wtedy w szkolnictwie było bezrobocie a im powiedziano: „…chcecie mieć pracę, to jedźcie na Kresy”. I tak zamieszkali między Bugiem a Dnieprem.
    Ja już się urodziłem właśnie tam w Pińsku na Polesiu i tam kończyłem podstawówkę. I nie byłem chowany na maśle…Pińsk na Białorusi – ulica Błotna 43 (dzisiaj to ulica Suworowa) było to miasto wielokulturowe i wielo – religijne. Wtedy było tak, że mój ojciec, jako nauczyciel, musiał z dziećmi chodzić do kościoła, bo dzieci wszędzie chodziły grupowo. Taka była przed wojną zasada wychowywania. W soboty szedł z żydowskimi dziećmi do synagogi. W niedzielę jako nauczyciel szedł z innymi nauczycielami, na przemian, z dziećmi, chodzili jako dyżurni, albo szli do naszej katolickiej katedry lub z też kolejno z prawosławnymi dziećmi do cerkwi. A wszyscy uczyliśmy się jednej klasie! Wtedy w ogóle nie mogłem rozpoznać, co to znaczy Żyd, prawosławny, bo dla mnie to były pojęcia niezrozumiałe. Poza tym warto wspomnieć, że ojciec mój ciągle miał cos na pieńku z ówczesnymi stalinowcami, i nie tylko on, ale jako zaliczony do tzw. inteligencji był wywieziony później do Kozielska- Katynia i stamtąd uciekł ale później został zesłany do Kazachstanu w roku 1940. To już inna historia na inną opowieść… Natomiast w 46 -tym kiedy przybyliśmy tutaj do Warszawy, gdzie na rogu Wawelskiej i Alei Niepodległości postawiono w 1945 roku osiedle drewnianych, małych, jednorodzinnych domeczków fińskich. Zaraz po wojnie przydzielono nam taki domek, gdyż ojciec powracając z Kazachstanu i w tym całym zamieszaniu podjął pracę w tzw. Społecznym Przedsiębiorstwie Budowlanym. A był to ciasny domek bez łazienki, bez centralnego ogrzewania – ale dla nas był luksusem nawet szczęściem, gdyż dotąd gnieździliśmy się w ruinach, na takim terenie magazynowym cementu i cegły, przy ulicy Srebrnej a jest to w pobliżu bocznicy kolei zwanej Syberią – I znów tutaj mała dygresja ; To właśnie stąd wywożono kiedyś ludzi na Sybir. Ten nasz domek przylegał do piaszczystego nasypu gdzie wyobrażam sobie zawsze stała w roku 1935 trumna Marszałka Piłsudskiego, przed droga do Krakowa na Wawel. Nasze osiedle miało nazwę Leszów od ulicy Leszowej, ale kiedyś te domki w latach siedemdziesiątych ludziom zabrano i sprzedano za grosze prominentom reżimu Gierka. Mieszkaliśmy tutaj od 1946 do 1955 roku zanim dano nam inne lokum. Ale to już dalsza historia…

    Z. K. – I być może dlatego później z wiedzą ta problematyka wspólnot i pewne aspekty społeczne nie były dla Pana juz nigdy obce a raczej bardzo zrozumiałe. Wrażliwość Pańska na otoczenie i problem kultury świata, natury człowieka i sposobu bytu oraz duchowości człowieka każdego rejonu wioski Ziemi jak i rodzinnego Kraju zawsze były bliskie pana duchowości, były to sprawy wyważone i nie obojętne ku wolności i prawom człowieka w wiosce Ziemi. A ów człowiek jest co rusz wmontowywany w coraz nowe i bardziej skomplikowane problemy…Był Pan tez społecznikiem i tzw. motorem listu 64 znanych Ludzi Kultury w Stoczni w owych pamiętnych czasach „buntu społecznego” w Polsce. Napisał Pan znany głośny reportaż, nazwałbym go zaangażowanym o prasie i cenzurze ku obecnemu wtedy dyktatowi…Dużo by tutaj wyliczać bo był tez „list protestacyjny” 30 osób publicznych także w tamtym trudnym czasie…

    R. K. Owszem! – ponieważ nie mogę i nie należy nigdy obojętnie stać i patrzeć na to co się dzieje zwłaszcza, gdy są ofiary, i jeżeli jest jakaś kwestia do wypowiedzenia trzeba ją głośno mówić…O tym pisał w nasz Zbigniew Herbert : ” idź i głośno wypowiadaj swoją prawdę, idź…” Zresztą też go pośród nas nie brakowało – znaliśmy się dobrze i wiedzieliśmy gdzie nasze prawdziwe miejsce…

    Z. K. Wiadomo, że Pan też pisze wiersze, gdzie zachodzi niebywała dbałość o język o szczegół – Są to trochę takie opisy gombrowiczowskie (?) – Powiedział Pan gdzieś nawet, że Gombrowiczowi wiele zawdzięcza – tak? – Jest Pan swego rodzaju reportażystą a nie korzysta z przywilejów reportera a jednak wchodzi Pan wciąż w rzeczywistość tą literacką co daje większą możliwość wypowiedzi i kreacji duchowej… Wydał Pan, z tego co mi jest wiadomo, trzy tomiki poezji, że wymienię dwa mi znane: „Notes” (1986) oraz „Prawa Natury” (2006) – Co na pewno daje poczucie dystansu, gdzie wchodzi się w problemy świata bardzo metafizycznie wręcz filozoficznie przygotowanym? – Na pewno kształcą poetów podróże! – Co jeszcze kształci człowieka na Herodota globtrotera? – Na pewno wrażliwość…I jako uduchowiony obywatel świata jednocześnie widzi Pan problemy inaczej jako KTOŚ z ogromna pamięcią np. z Ovo vadis, z takim zapasem wiary także w wiedzę? – Czy może się Pan odnieść do tak stawianej kwestii? – A może zechce Pan scharakteryzować szerzej swą sylwetkę, również jako poety, w kontekście tych napisanych innych książek, w tym i tych, jak je nazwę, reportażowych…do których można zaliczyć „Lapidarium”?

    R. K. – Czy piszę poezję? – tak! – owszem, ale pozostaje ona jakby działalnością literacką drugoplanową gdzie można się wreszcie przyjrzeć sobie – Kocham poezję i jestem w gruncie rzeczy romantykiem co wynika z życiorysu korzeni i mej wiary, o czym już wielokrotnie w różnych wywiadach mówiłem a także i tutaj. Owszem i cenię bardzo Gombrowicza, Jego stosunek metafizyczny co do całej materii literackiej…Poezja, zresztą jak i inne pozostałe jej formy są dobrą szkołą, jeżeli chodzi o każdą powieść a nawet o sam reportaż, gdzie muszą zachodzić relacje opisowe podmiotu i postaci, czasu, relację z uwagą na szczegół oraz refleksje eseistyczną – to daje ten pożądany efekt…co na przykład zawarłem w „Podróżach z Herodotem” i innych powieściach jak : „Heban”, „Szachinszach”, a wcześniej w „Cesarzu”…no i poniekąd w „Lapidariach” także.

    Z. K. ” Heban” to Pańska książka o typowych podróżach korespondencyjnych od połowy XX wieku, gdzie uchwycił Pan pewne fenomeny miejsc Afryki jej kulturowości, sytuacji, które praktycznie dziś zanikają. To bardzo osobista rzecz…Ale i niebywały to również dokument. Kiedy tak całym sobą Pan wchodzi w materię świata, czy wtedy Afryka jawi się Panu jako tropikalne Polesie? – Ta cała wewnętrzna różnorodna identyfikacja z miejscem jest warunkiem Pańskiej pracy do tego dochodzi obecność charakteru reportera, czyli osoby nie biernej a wchodzącej w zagadnienie bezpośrednio w jądro spraw „na żywo” i „na gorąco”, to podstawa życiowa u Pana to wręcz ujawniany co rusz dociekliwy charakter bez czego nie byłoby dobrej ksiązki? – Pisał Pan „Cesarza” – to o Heily Selasie cesarzu Etiopii walczącej od prapoczątku świata z głodem – Czy Pan poznał był tego dostojnika, na pewno środowisko, miejsce i czas, który tutaj jest inny i inaczej płynie dla każdego. Może Pan coś o samym identyfikowaniu powiedzieć?

    R. K. – „Heban” to rzeczywiście na pewno bardzo osobista książka . Ja powiem, że miałem wówczas taki osobisty obowiązek z racji dziennikarskiego zawodu napisania o tym wszystkim co działo się w różnych punktach tamtego świata i tych innych zapalnych punktach, gdzie właśnie dość często wpadałem w opały i różne opresje i jakoś dzięki mojej osobistej wierze i modlitwie do Matki Boskiej wychodziłem, choć czasem trochę poturbowany, czasem pokaleczony a innym razem duchowo uradowany…Tutaj włożyłem całe serce i całego siebie bez reszty. Pisanie z autopsji jest z pewnością pewnym takim powodzeniem edytorskim – I ta książka oraz kilkanaście innych to pokazało… Wie pan ludzie, którzy dużo piszą za mało badają ciszę, ja byłem w Iranie czasem w takiej jakby bezradności wtedy, gdy była tam rewolucja chrześcijańska i przyznam bardzo bałem się, to było też np. w Boliwii – tylko nie normalny człowiek nie bałby się, ale jakoś pozbyłem się tego strachu, stając się, właśnie tam w takich miejscach, wolnym, kiedy to miałem jedyną okazję i czas badać ciszę… Doznałem jakiegoś dziwnego oczyszczenia ze strachu choć było z tym mnóstwo problemów. Bunt uwalnia nas od takiego codziennego „ja” – Jest z tego ogromna satysfakcja, doznawałem tego nie raz i dzięki temu wierzę w te jedyną sprawczą moc boską i sama modlitwę, jak już mówiłem – w takich trudnych sytuacjach modliłem się szczerze do Matki Boskiej.

    Z. K. Niesłychanie dużo miejsca w Pana twórczości zajmują „Lapidaria” – A jest ich VI tomów. To bardzo interesujące i pisane jakby cyklicznie odniesienia do spraw współczesnego świata.. Wychodzi Pan na przeciw światu, który otwiera się przed tak bardzo spostrzegawczą Pańska duszą i wrażliwością oraz szeroką znajomością problematyki politycznej. Ale jest to literatura mieszcząca się w „poetykach fragmentarycznych” – Krytyka mówi, że forma ta występuje w momentach kryzysów literackich, a takie kryzysy rzeczywiście występują w literaturze nie tylko polskiej, jest tak np. że poeci piszą wiersze o tym, że nie mogą napisać już żadnego wiersza, a scenarzyści kreślą scenariusze o tym ,że nie mają koncepcji na fabułę, , itd. zaś inny KTOŚ pisze sztukę teatralna o tym, że nie ma Teatru itp. Natomiast można zaryzykować tutaj powiedzenie, że koncepcje literatury tak się szybko rozwinęły, że jakby został wyczerpany sam podmiot duchowy(?) a jego miejsce zajmuje postmodernizm, czyli powrót do zagadnień starych w nowej otulinie z upstrzonymi szokującymi dodatkami…
    Pozwoli Pan, że i ja zapytam: czy Pańskie Lapidaria to nie postmodernizm?

    • Takie interesujące kawałki o współczesnym świecie, czasem skontestowane na pamięci, która była i zawsze czeka w pogotowiu do ponownego użycia…

    R. K. Proszę pana – Kiedyś powiedziałem tak, co zresztą podtrzymuję, : – Dziś świat atakuje wielością spraw i zagadnień oraz niepokojem, że człowiek może tylko przestrzegać jego reguł, i postępować tak samo lub zwracać uwagę na ten świat, który go mocno otacza lub też może wycofać się z tego nagminnego eteru spraw. A twórcy : pisarze też mogą wycofać się z procesu zagadnień i natłoku wiadomości i pisać, tworzyć, jak by się pisało 50 lub 100 lat temu lub jak się jest posiadaczem natury bardziej otwartej na rzeczywistość trzeba próbować złapać to, co się da i te krótkie refleksje czy spostrzeżenia na bieżąco – To też tak zrobiłem, co jest pewną formą, taką jakby kroniką jak pan to określa, z ostatniego czasu…Te lapidaria sę we mnie i tak wychodzę po prostu naprzeciw światu, który co tu dużo mówić stał się bardzo otwartym. Postmodernizm natomiast jest myśleniem otwartym, tyle że należy pamiętać tutaj o pewnych wartościach naturalnych wychodzących z ducha człowieka, bo historia biegnie coraz szybciej. Ktoś mi kiedyś zarzucił co moich „lapidariów”, jakaś pani – że postmodernizm to po prostu postkomunizm, co wymyślił wcześniej znany arcybiskup – To absurdalne, bo jak powiedziałem : sam postmodernizm to myślenie otwarte – a przytaczany postkomunizm to myślenie zamknięte, co nie ma praktycznie jedno z drugim żadnego związku. Bo jedno to kultura a drugie polityka.

    Z. K. Wiadomo, że oprócz problemów, w tym i duchowych, tzw. „trzeciego świata” zajmowały Pana także sprawy rosyjskie, czy może powiedzmy jasno ówczesnego Kraju Rad, kiedy to upadało imperium. Napisał Pan wówczas „Imperium” (1991r ?), gdy nastąpił ewidentny upadek komunizmu w Rosji ale
    i tym samym na świecie…Tak samo „na gorąco” się Pan tym zajmował jak sprawami Afryki w „Hebanie” – tyle, że tutaj nastąpiły wielkie miejscowe przewartościowania na tym obszarze w stosunku do Europy i globalizowanego świata, choć tamtejsza niedoskonała polityka wątpiła w swoich odbiorców…Ten upadek spowodował swego rodzaju upadek duchowości, który zaczął się o wiele lat wcześniej, a jednocześnie nastąpiły nowe poszukiwania tego narodu w wartościach wewnętrznych i tych zwłaszcza wolnościowych, co można nazwać takim rozkołtunieniem (?) dzięki czemu nawet cerkiew rosyjska podniosła swoją mitrę, i głowę wyżej w dostojeństwo. Zatem Rosjanie zaczęli szukać jakiegoś miejsca w tym czasie oraz zaczęli jakby szukać winowajców co do byłej dominacji, szukając także i w historii…

    R. K. Powiem tak! – otóż sama świadomość jakiejś zagłady czasu tutaj stającego na gruzach, staje się zawsze powszechniejsza, a jeżeli sama świadomość współodpowiedzialności. Pamiętam kiedyś oglądałem misteria starorosyjskie, a tam ze sceny głoszono, że Rosjanie „robiąc” w 1917 roku rewolucję, zafundowali sobie zmianę, której ofiarami byli Rosjanie! – To mało – bo skoro w 1917 zamordowano 150 milionów Rosjan, a tyleż samo zachowało życie, to znaczy, że prawdziwy holokaust dotyczy narodu rosyjskiego, przy czym zgładzona tu została ta lepsza część wspólnoty. I to ich zwalnia z poczucia winy… Można oczywiście sobie zadać pytanie – kogo właściwie dziś należy uważać tam za Rosjanina? – To jest taki absurd, bo wiele milionów posiadaczy paszportów rosyjskich nie uważa się, po fazie tych przewartościowań, za Rosjan. Oni po prostu wyparli się cicho, przemieszczeń etnicznych, waśni, i niepokojów społecznych – To przecież tygiel problemów sprytnie wymykający się globalnej ocenie, nie mieszczących się wcale w mono strukturze… A taką jednością struktury przestał być Kraj Rad. To taki tkany przez ponad 50 lat szeroki dywan wschodni z nieprzebraną mnogością węzłów przy jednym wzorze, gdy go obrócić na drugą stronę to widać jasno… To bardzo imponujące zjawisko XX wieku, które i mnie zajęło, a nawet bardzo poruszyło, że napisałem „Imperium” z mojego pobytu właśnie tam, kiedy rozpadło się to imperium…
    rozmawiał Zbigniew Kresowaty

    A N E K S do „rozmowy artystycznej” z Ryszardem Kapuścińskim:

    Otóż rozmowa z Ryszardem Kapuścińskim jest nie autoryzowana a tym samym nieukończona a została przeprowadzona późną wiosną 2004 roku w Warszawie, kiedy to chodziłem za pisarzem ul Prokuratorską w Warszawie, żeby Go spotkać na porannym spacerze „deptając mu po piętach…”, jakby to określić wprost a co sformułował najtrafniej był w swoim wierszu Tadeusz Różewicz (na 5 stronie) w ZAWSZE FRAGMENT – „recycling”, że na obronę swą zacytuję fragment: „…szukałem go w pubach galeriach / sklepach rzeźniczych / w gazetach albumach fotografiach…po śmierci / po odejściu Francisa Bacona / (czyli Diego Velaazguez’a) umieściłem go pod kloszem / chciałem obejrzeć malarza / ze wszystkich stron / biorąc pod uwagę / jego naturalną skłonność / do ucieczki do znikania…” – A jak się okazało spotkałem pisarza blisko domu na ulicy Wawelskiej, a nagabywałem do spotkania celem „rozmowy artystycznej” o wiele wiele wcześniej, (a będąc czasowo w 1999 roku na dłużej w Warszawie na kontrakcie i funkcji w Canal+) – Uczestnicząc w Jego „wieczorze literackim” – część rzeczy już wtedy nagrałem… Jednocześnie jest to jakby nie wyczerpana i nie zakończona rozmowa do końca, za druk której wypada tylko mnie wziąć odpowiedzialność… I chociaż później umówiliśmy się na kolejne spotkanie, po prostu telefonicznie, celem ukończenia to jednak nigdy już nie doszło do takiego spotkania. Być może niepokoiłem pisarza ale też tłumaczę to, wiadomo, powodem Jego nieustannej pracy literackiej, a także chyba, jak domniemam, kolejnej Jego podróży oraz innych obowiązków, którymi był czynnie się zajmował do samego końca. A w późniejszych latach przyszła Jego choroba co było juz w ogóle niemożliwe. W efekcie odejście, które wydało się wszystkim nagłe, czego ogromnie tutaj żałuję, gdyż zrobił On, jako bardzo wybitna postać, bardzo na prawdę bardzo wielki wyjątek dla mnie, czego nigdy nie zapomnę… On jako skromny wierzący człowiek w człowieka… Tym samym w Boga. Przyznam, że dość długo wahałem się z publikacją tej trochę niekonwencjonalnej rozmowy – choć mogłem (a bardzo chciałem) ją włączyć do I cz. „rozmów artystycznych” pt. Miedzy Logos a Mythos” – książki, która już leżała u wydawcy w Krakowie od 2004 –go roku (została szczęśliwie wydana jesienią 2005 dzięki dotacji samorządu Miasta Wrocławia) – Dziś dobrze wiem, że powinna ta rozmowa ujrzeć jednak „światło dzienne”- a nie tylko przeleżeć w mrokach, gdyż jest chyba ciekawa, jako jedna z kilkudziesięciu, które oceniał profesor Stefan Bednarek w Uniwersytetu Wrocławskiego w swoim czasie pisząc recenzję wydawniczą. Jest ta rozmowa, jak wszystkie inne odbyte spotkania, wiernie spisana…a na publikacje jej, pewnikiem wiem – wiem, On jako ciekawy i skromny twórca, z ogromnym doświadczeniem tyczącym się bezpośrednio ludzi, zgodziłby się. Zatem ogromnie dziękuję, choć pośmiertnie, Wielkiemu Pisarzowi i Poecie oraz zanoszę swoje skromne słowa ku Matce Bożej upraszając o jeszcze więcej światła wiecznego dla Niego, oddając mu skromniej i najszczerzej te proste słowa na „Cześć Jego Pamięci”…

  • WYŚPIEWAĆ SIEBIE CAŁEGO I NAMALOWAĆ DUSZĘ SPEŁNIENIA

    Rozmowa z wybitnym śpiewakiem tenorem i artystą malarzem Wiesławem Ochmanem

    Zbigniew Kresowaty; Proszę wybaczyć, ale na użytek tej „rozmowy artystycznej” przytoczę najważniejsze aspekty i fazy Pańskich dokonań oraz najciekawsze strony życiorysu – reszta sama jakby wypłynie w dalszej części tego spotkania. A interesować mnie i czytelnika będzie przede wszystkim nie tylko godność Pańskiej sztuki śpiewaczej, po wielokroć nagrodzonej, ale i jej droga a także repertuar i Pańskie inne działania jak: plastyka oraz działalność charytatywna. Swoją – dziś już nazwaną przez krytykę Wielką, karierę rozpoczął Pan w maju 1960 roku w Operze Śląskiej w Bytomiu. Tutaj przygoda solisty trwała od drugiego roku studiów w krakowskiej Akademii Górniczo- Hutniczej, ponieważ miał Pan już za sobą wiele lekcji u znakomitego profesora Gustawa Serafina, a także uczestnictwo w zespole Pieśni i Tańca AGH oraz uczelnianym zespole „Krakus”. Natomiast już w roku 1958 pojawiły się pierwsze sukcesy solistyczne, czyli odebrał Pan pierwszą Nagrodę w Konkursie Polskiego Radia i „Echa Krakowa” pt. Szukamy młodych talentów” – a także doszło tu główne wyróżnienie podczas Ogólnopolskiego Przeglądu Studenckiego Zespołów Wokalnych, Instrumentalnych i Solistów. Wtedy w ślad za świetnymi recenzjami w mediach ówcześni krytycy muzyczni poczęli zadawać sobie i społeczności muzyczno-artystycznej pytanie; Czyżby przyszły Kiepura? – A dziś jest Pan czołowym tenorem świata, zna Pan całą czołówkę śpiewaczą, a nawet przyjaźni się z takimi jak z: Placido Domingo i Carrerasem, innymi… Dziś nawet reżyseruje Pan i jest w Radzie Programowej Opery Śląskiej – Jest jeszcze kilka innych funkcji, o czym powiemy w dalszej części. Wstępując wtedy na drogę śpiewaczą, idąc przed siebie uparcie i pracowicie, jak mówi nam Herbert „…idź odważnie po złote runo…” – dodałbym w Pana przypadku …wprost na Olimp śpiewaczy – sam z sobą całym.. i czy miał Pan u początku tej drogi w sobie takie maleńkie ważne zapytanie, być może długo towarzyszące – a może nawet do dziś: czy podołam dołączyć do grona, w tym czy dołączę lub przejdę po Kiepurze okrzykniętym wtedy dużo wcześniej mistrzem, piastującym tam na Olimpie ważną funkcję? – To metaforyczne zapytanie. Może zechce Pan zawrzeć swój prywatny stosunek do „Chłopca z Sosnowca” i być może ustawić się tutaj w roli zbyt niecodziennej do tak stawianego kontekstu – Czy, i jak, wtedy oraz jakie, światełko świeciło w tunelu drogi, gdzieś tam daleko? – jakie to było światełko? – czy Kiepura stał na tej drodze? – A może ktoś inny? – On zaczynał na Śląsku – Pan także w Państwowej Operze Śląskiej – podobny start(?), ale potem nastąpiło chyba rozwidlenie(?) – czy był to dla Pana idol, wzór, autorytet sprzyjający tym początkom lub stawiającym wielka poprzeczkę wzwyż?…a może inne autorytety i moce dopomogły? – Muza? – Bóg? – Czy można tutaj wprost zadać Panu pytanie o towarzysza życia, także tego prywatnego, lub nawet pytanie Boga? – a to ostatnie byłoby długie pytanie, a więc tylko dotykam godności sztuki, bo śpiewa Pan także tych „starych mistrzów”, nawet tych oratoryjnych, których śpiewa się w miejscach sakralnych – może i tutaj coś Pan jeszcze doda? – Bardzo proszę.

    Wiesław Ochman: Sadzę, że ważnym elementem wszystkich zmagań myślowych dotyczących własnej osoby, a także rozważań na temat własnej drogi życiowej jest miejsce w
    którym nam przyszło spędzić młodość w myśl zasady „czym skorupka za młodu”…itd. Jestem przekonany, że inaczej patrzy na swoje życie i na podsumowania swoich dokonań, ktoś którego młodość przebiegała wśród pałacowych wnętrz a inaczej ten którego domem była ulica. Nie znaczy to oczywiście że ten chłopak z ulicy jest pozbawiony szansy aby w przyszłości spacerować po pałacowych parkietach. Moja młodość upłynęła w pięknym otoczeniu na biednej warszawskiej Pradze, gdzie hrabiów było jak na lekarstwo za to różnych „elementów” pod dostatkiem. W pamięci pozostał mi jednak i dom trzypiętrowy, w którym mieszkaliśmy, i piękny ogród pełen dzikich róż pachnących najpiękniej na świecie, bzów kwitnących bielą i fioletem, akacji i kasztanów…Często wspominam właśnie ten ogród także dlatego, że był miejscem naszych zabaw i pierwszej lekcji życia. Lubiłem przeglądać książki zwracając szczególna uwagę na ilustracje. „Skarbczyk” autorstwa Jana Matejki z pięknymi reprodukcjami naszych królów i książąt był ulubioną książką oprócz bogato ilustrowanej baśni o siedmiu krukach i ich dzielnej siostrze. Później ważną lekturą było dla mnie „Serce” Edmondo de Amicisa. Od Matejki dowiedziałem się o tym, że na świecie jest coś takiego jak opera, gdzie ludzie pięknie śpiewają. Mama znała na pamięć prawie cały „Straszny Dwór” Moniuszki i często śpiewała bratu i mnie piękniejsze fragmenty. Mówiła też o Janie Kiepurze, który już wówczas był legendą. Usłyszałem Jego głos dopiero na studiach kiedy to władze, po tzw. „odwilży” odblokowały zakaz prezentacji jego dokonań wokalnych. Kiepura miał niezwykłą radość śpiewania i czułą publiczność. Był w moim przekonaniu w pewnym sensie prekursorem popowego wykonawstwa. Mam tutaj na myśli zainteresowanie tłumów występem artysty. To on pierwszy śpiewał z balkonów na dworcach, przy powitaniach, itd. On w szczególny sposób usunął barierę oddzielającą często artystę od publiczności. Kiepura niejako :”wszedł” w tłum dlatego publiczność odnosiła wrażenie, że jest on jednym z nich z tą różnicą, że ma wspaniały głos. W roku 1957 zapisałem się do Ogniska Muzycznego i rozpocząłem naukę śpiewu u prof. Gustawa Serafina, który mieszkał na ul. Pędzichów w Warszawie. To miejsce na następne lata stało się moim drugim domem. Profesor nie tylko nie brał ode mnie żadnych pieniędzy, ale wraz z żoną panią Ewą, która mi po lekcjach akompaniowała – dożywiali mnie. W pokoju bawił się młodziutki miły chłopczyk, obecnie wybitny organista i profesor Akademii Muzycznej w Warszawie – Józef Serafin. Do profesora na lekcję śpiewu przychodzili też znani aktorzy : Janusz Zakrzeński i Jerzy Zelnik… Po roku nauki wygrałem Konkurs „Echa Krakowa” i Polskiego Radia Pt. „Szukamy Młodych Talentów”, o którym Pan wspomniał. Poznałem wówczas Jerzego Parzyńskiego redaktora z „Echa Krakowa”, współtwórcy tego konkursu. Bacznie obserwował moją karierę wraz ze swoją mamą znaną z okresu przedwojennego śpiewaczką oraz zoną Teresą – muzykologiem z zawodu. Ich życzliwość, a także pozytywne relacje prasowe pana Jerzego na mój temat, kiedy pracowałem w Bytomiu, a później w Operze Krakowskiej, utwierdziły mnie w przekonaniu, że idę właściwą drogą. Mój profesor śpiewu Gustaw Serafin zawsze powtarzał, że nie należy nikogo naśladować w sztuce, bo zawsze będzie to albo nieudana kopia, albo zatracimy własne wartościowe cechy artystyczne, które naśladując gotowe wzorce nie będą się mogły samodzielnie rozwijać. Po konkursie w Szczecinie w 1958 roku redaktor pan Jan Kruszona z „Kuriera Szczecińskiego” zamieścił moje zdjęcie z tytułem „Czyżby przyszły Kiepura?”
    – Po takim tytule, po powrocie do Krakowa , rzuciłem palenie papierosów. Zresztą po moim debiucie na scenie Opery Śląskiej jedna z gazet zatytułowała recenzję z tego przedstawienia
    „Polski Caruso”. To są bardzo miłe rzeczy, i jak teraz po latach wiem bardzo ważne określenia dla młodego śpiewaka. Jan Kiepura budzi mój szacunek i podziw – skoro już pan tak pyta, ale nie był i nie jest moim idolem. Jest natomiast unikalnym śpiewakiem, którego zawsze chętnie słucham podobnie jak i innych wielkich artystów, których sztuka jest wyjątkowa i w sensie wokalnym ponadczasowa. Kiedyś w „Deutsche Oper” w Berlinie śpiewałem partię Alfreda w „Traviacie” G. Verdiego u boku Teresy Żylis – Gary. Za pulpitem stał jeden z najsłynniejszych dyrygentów nie tylko operowych: de Fabritis i zaszczycił mnie szeregiem komplementów porównując mnie do wielu sław. Sprawiło mi wtedy to wielką przyjemność, ale jednak duma narodowa kazała zapytać dlaczego nie wymienił Jana Kiepury. Spojrzał na mnie zdziwiony i powiedział : „ – Przecież to był aktor filmowy, który pięknie śpiewał…” – Oczywiście wyjaśniłem wtedy maestro de Fabritisowi znaczenie wokalistyki Kiepury, który istotnie nie śpiewał zbyt długo na scenach operowych ale podniósł do rangi wielkiej sztuki pieśń o charakterze popularnym. „Brunetki, blondynki” czy „Ninon” są tego doskonałymi przykładami. Podziwiam bez zastrzeżeń sztukę Enrica Caruso. Jest ze względu na barwę głosu i jego spiżowy charakter niedościgłym wzorem możliwości ludzkiego głosu, ale także i Maria del Monaco. Na pewno mój podziw, swoją sztuką, budzi wspaniały Franco Corelli. Śpiewał naprawdę nadzwyczajnie. Także i moi współcześnie działający ze mną koledzy : Pavarotti, Domingo, Carreras i kilku innych, dostarczają mi wiele przeżyć swoją sztuką. Mówię o tym, bo odzywa się tutaj moje dzieciństwo na Pradze warszawskiej. Wszyscy mieliśmy po równo, a najczęściej równo biednie. Stąd pewno bierze się we mnie brak zazdrości i raczej podziw dla cudzych osiągnięć, co zachęcało mnie np. do wytężonej pracy muzycznej pod kierunkiem prof. Marii Szłapak, prof. Sergiusza Nadgryzowskiego i prof. Jerzego Gaczka. Jeżeli już pan pyta o drogę – powiem, że nie była łatwa! – Musiałem przede wszystkim przecież opanować języki obce, szereg partii operowych o szerokim wachlarzu od Mozarta po Wagnera, a także szereg utworów oratoryjnych, bo takie są wymogi stawiane współczesnemu śpiewakowi operowemu. Wspomniałem tutaj nazwiska wybitnych śpiewaków nie bez kozery ponieważ po latach śpiewania doszedłem do wniosku, że oprócz działalności pedagoga w sferze techniki wokalnej, ktoś kto osiągnął sukcesy w tym zawodzie musi nosić w sobie te przysłowiową „iskrę Bożą”, aby móc porwać innych swoją sztuka. Myślę i wierzę, że istnieje jakaś sprawcza, lub jak inni chcą Bóg, ale przecież nie ten z obrazów dawnych mistrzów, tylko ten niewyobrażalny Absolut, który milcząco do nas przemawia i konstrukcją kosmosu i istnieniem praw fizyki podobno obowiązujących we wszechświecie i obdarzaniem talentami, a także takim a nie innym kolorem płatków dzikiej róży w moim młodzieńczym ogrodzie przy ulicy Ząbkowskiej 48 na warszawskiej Pradze, z której tak naprawdę jeszcze nie wyjechałem…

    Z. K. – Tak! – to jest naprawdę ciężka droga, jak pisze i uzasadnia to np. krytyk Józef Kański w wydaniu „Mistrzowie sceny operowej” PWM Editio 1998 w te słowy: „Ciężka i pracowita wielce była droga, która chłopca z warszawskiej ulicy Ząbkowskiej zawieść miała aż na wielką scenę nowojorskiej metropolita Opera, a potem o mediolańskiej La Scali – szczyty marzeń każdego śpiewaka…” Tak! – ale dygresyjnie spytam: jakim sposobem znalazł się
    Pan w Szczawnie Zdroju w Technikum Zdobnictwa Ceramicznego?- i kończąc je pięknie z wyróżnieniem, a później nastąpiły studia na AGH w Krakowie? – Co powiodło Pana w taki zakątek jak Szczawno? – czy nie czasem pewien pragmatyzm rodziców? w stosunku do całego przyszłego życia, na takie zabezpieczenie się w innym zawodzie? – Spotykamy się dziś, tj. 12 października, po Pańskim Koncercie wraz z zespołem kameralnym w Szczawnie Zdroju w Teatrze Zdrojowym Muzycznym im. Henryka Wieniawskiego, i widzę że wiele osób podchodzi, podaję ręce, zgaduje na per „ty” lub po imieniu do Pana…

    W. O. : Wspomniałem już o swoich zainteresowaniach plastycznych, które towarzyszyły mi od dzieciństwa. Śpiew też, bo kiedy miałem cztery lata stawiano mnie na krześle i podobno z wielkim uczuciem wykonywałem przedwojenny przebój „Chryzantemy złociste”. Pamiętam, że po pierwszych nagraniach niezapomnianym Stefanem Rachoniem i Jego Orkiestrą polskiego Radia, spotkałem znajomego z naszego domu przy Ząbkowskiej, wiekowego już Pana, uściskał mnie i powiedział; „Wiesiu słyszałem Cię w radiu. Śpiewałeś pięknie, ale tak jak wtedy te „Chryzantemy…” – to chyba już nigdy Ci się nie uda!…” – Warszawa po wojnie była zburzona, transport był kłopotliwy i niebezpieczny. Obwieszone ludźmi tramwaje, prywatne samochody ciężarowe przewożące ludzi, to było nie lada wezwanie dla matek dbających o swoje dzieci. Niemal codziennie zdarzały się tragiczne wypadki. Tak więc moja chęć poznania tajników plastyki i pragmatyzm w ocenie sytuacji w Warszawie, gdzie przecież każdego dnia miałbym dojeżdżać do szkoły w tych niebezpiecznych warunkach, tak spowodowały że moja mama i moja wychowawczyni ze szkoły podstawowej pani Jadwiga Chwalińska – Bochonko zdecydowały, że powinienem pojechać do Bolkowa do szkoły o charakterze plastycznym. Miały rację! – Bolków był dla mnie wspaniałą szkołą życia. Miałem 13 lat, tęskniłem za domem, ale wszyscy byliśmy zżyci, a urok tego miasta nad którym górował Zamek Bolka I pozostał aż do dzisiaj w mojej pamięci. Boksowałem w „Spójni” Jawor w wadze papierowej, nie ze względu na wątpliwą przyjemność okładania nieznajomego chłopaka pięściami i otrzymywania w zamian podobnych oznak sportowej walki, ale z powodu dodatkowych racji żywności. Nie przepadałem za tym zajęciem, choć w szkole podstawowej zawsze stawałem w obronie koleżanek i kolegów. Umawialiśmy się po lekcjach na załatwienie porachunków w ruinach sąsiadującego ze szkołą budynku i nierzadko wracałem do domu poobijany ku utrapieniu mojej mamy. Bić się nie lubię i uważam tę czynność za echo pierwotnych zachowań dzikusów. Sądzę, że po to człowiek zna mowę – jeden z największych cudów życia, aby móc wszystko wyjaśniać i porozumiewać się, a używanie rąk i nóg do bijatyk zniża ludzi do tzw. bydlęcego poziomu. Co innego boks jako sport, w którym są reguły i zasady. Ring jednak jako miejsce nawet szlachetnych pojedynków na pięści nie budził mojego zachwytu nigdy. Przyznaję jednak, że Walii bokserskie oglądam i inne dziedziny sportu, także, bo fascynuje mnie brak logicznej reżyserii w zmaganiach zawodników. Oczywiście wiem, że jest taktyka, waleczność, odpowiedzialność przed
    kibicami, ba! – nawet przed narodem i nagle drużyna, która do przerwy przegrywała 3:0 wygrywa mecz i to na wysokim szczeblu rozgrywek 4:3. Piłka nożna jest także pięknym sportem! – Notabene, i kiedy przeniesiono szkołę plastyczną o profilu ceramicznym do Szczawna Zdroju, znalazłem się tam razem z kolegami i tak tam powstała drużyna piłkarska.
    Wybrano mnie kapitanem reprezentacji szkoły i to była pierwsza skromna, ale jednak lekcja „posiadania władzy”. W Szczawnie Zdroju chodziliśmy z internatu do szkoły w kolumnie „czwórkami’. Z okazji ważnych świat państwowych dostawaliśmy lepsze jedzenie, a na urodziny towarzysza Józefa Stalina przywódcy Kraju Rad – to już smakołyki. W Szczawnie poznałem całą wtedy panującą hipokryzję polityczną. Zmarł Stalin i wysłano mnie bodajże do komitetu powiatowego po czerwone wstążeczki z nadrukowanym profilem Stalina. Wszyscy mieliśmy je nosić w klapie. Człowiek, który mi je wręczał płakał co mnie okropnie zdziwiło bo dorosłych płaczących widziałem do tej pory jedynie w czasie wojny. Jednak w 1956 roku stwierdzono tzw. „kult jednostki” i ten sam szczerze płaczący działacz jeździł z odczytami po kraju szczerze informując „towarzyszy” o nadużyciach Stalina. Okres pobytu w Technikum Ceramicznym w Szczawnie Zdroju wspominam z rozrzewnieniem. Interesowałem się już wówczas twórczością Adama Mickiewicza. Powstało kółko zainteresowań życiem i twórczością Wieszcza. Wykonywałem planszę ukazującą jego podróże, recytowaliśmy Jego utwory. Próbowaliśmy wystawić jakąś sztukę o pracy, wojnie i rewolucji październikowej. Były próby, które bardzo lubiłem. Miałem już pewne doświadczenie sceniczne ponieważ w Bolkowie każda klasa, co pewien czas, była zobowiązana do przygotowania tzw. części artystycznej na sobotni „wieczorek” połączony z tańcami. Układaliśmy teksty i śpiewaliśmy piosenki, wówczas bardzo popularne – dziś prawie zapomniane. Czas płynął a po ukończeniu Technikum Ceramicznego w Szczawnie – Zdroju otrzymałem Dyplom Przewodnika Nauki i Pracy Społecznej i choć nie jestem dziś pewien czy ten dyplom miał taka właśnie nazwę, to na pewno miał znakomity wpływ na moja przyszłość ( tu się uśmiecha), bo zostałem przyjęty bez egzaminu wstępnego na jedną z najlepszych uczelni, a mianowicie na Akademię Górniczo – Hutniczą w Krakowie na Wydział Ceramiczny. W Krakowie na studiach poznałem moją przyszłą żonę rodowitą krakowiankę Krystynę Prus – Więckowską, która podobnie jak i ja występowała w Zespole Artystycznym AGH kierowanym przez Wiesława Białowąsa,. Dyplom otrzymałem w 1960 roku i ówczesny mój promotor prof. Tomasz Kuroś powiedział mi wówczas ; „ Panie Ochman niech Pan idzie do tej opery i spróbuje…” – I tak próbuję do dziś. ( tu się śmieje)

    Z. K. – Podejmował Pan także własne autonomiczne decyzje artystyczne, nazwijmy je „wędrownicze”, w poszukiwaniu celu ostatecznego. Na czym taki wybór polega? – o ile on już jest. Na scenie Państwowej Opery Śląskiej w Bytomiu śpiewał Pan tylko 3 sezony, w tym wiele odpowiedzialnych partii m. In. Edgara w „Łucji z Lammermooru”, kontynuując dalszą naukę muzyki w prof. Marii Szałapak. Jesienią 1963 roku przeniósł się Pan do Teatru Operowego w Krakowie, a już rok później wrócił do rodzinnej Warszawy, gdzie otwierał swoje podwoje odbudowany z gruzów Teatr Wielki. To „świątynia sztuki”, mówię to celowo Świątynia, otwarta w listopadzie 1965 , która dała Panu na pewno punkt zwrotny w karierze – Bo tak na prawdę tutaj właśnie uzyskuje Pan wielki entuzjazm publiczności w roli Jontka, a tym samym pochwały krytyki, i co ważne i tego zagranicznego środowiska opiniotwórczego. W tym samym sezonie śpiewa Pan także, z wielkim powodzeniem, tytułową rolę w „Fauście”- a jak „Faust” w/g Goethego, to ocieranie się o sferę Boga, jakby go nie grać – czy to w teatrze operowym – muzycznym, czy scenicznym… To Faust posłał Pana na deski do
    Berlina, wtedy Zachodniego, do słynnej Opery, gdzie w styczniu 1967 wykonuje Pan partię Turiddu na premierze „Rycerskości wieśniaczej”, żeby znaleźć się później w Monachium na Festiwalu Operowym śpiewając „w Trafiacie”, a w Hamburgu w „Tosce” we wrześniu 1967. A później posypały się, jak z rękawa boskiego, dalsze zaproszenia ze świata muzycznego. Może Pan dziś, z perspektywy czasu, już po swoim Jubileuszu 50 – lecia pracy twórczej, który trwał osiem dni a odbył się na Śląsku, zresztą nie tak dawno, wysnuć własne wewnętrzne dygresje to tych lat pracy twórczej najważniejszej, i powiedzieć więcej w największym metafizycznym doznaniu, „stawiania nóg” na tylu scenach, zostawiając te trwałe ślady na pierwszych progach do Góry Olimp, która przecież jest śliską taką szklaną górą…A wręcz czego potrzeba do takiej wspinaczki – oprócz talentu? – to byłaby raczej recepta(?) dla młodych talentów, gdzie pośród nich, co kilkadziesiąt lat, rodzi się właśnie ten jeden naznaczony „palcem boskim”.

    W. O. : Do Opery Śląskiej zaangażował mnie znakomity wówczas dyrygent Włodzimierz Orficki. Na umowie o pracę istnieje, o dziwo! , data 1 maja 1960 roku. Czyli wziąłem się do roboty, jak się to wtedy wszem i wobec mówiło, zwłaszcza w święto „klasy robotniczej’ i nie żałuję! ( tu się mocno uśmiecha) – Opera Śląska dala mi na prawdę bardzo wiele. Tutaj nauczyłem się „chodzić” po scenie, tutaj kształciłem się muzycznie dzięki pani prof. Marii Szłapak. Przez trzy sezony iście opanowałem i zaśpiewałem bodajże 9 dużych partii operowych. To była swego rodzaju taka akademia operowa. Tutaj na Śląsku wystąpiłem po raz pierwszy na estradzie a mianowicie w Filharmonii Śląskiej pod batutą wielkiego mistrza jakim był Karol Stryja. A jeżeli chodzi o powód mej rozłąki z Operą Śląską w Bytomiu to był tzw. przyziemny ale życiowo ważny : czyli brak mieszkania. Po prostu znudziło mi się wtedy koczowanie w pokoju przejściowym w „kołchozie” operowym, tym bardziej, że już zamierzaliśmy się pobrać z Krystyną koleżanką ze studiów na AGH. Jeden sezon śpiewałem w Krakowie włączając do swego repertuaru partię Cavaradissiego w „Tosce” G. Pucciniego oraz „Młodego Króla” w operze „Hagith” K. Szymanowskiego. Wówczas szefem opery i operetki w Krakowie był Kazimierz Kord. Po roku byłem już w Warszawie, do której zaprosił mnie ówczesny dyrektor Opery Warszawskiej Bohdan Wodiczko. Tak więc, rok
    1965 był niezwykle ważny w mej pracy artystycznej a także w życiu osobistym. W tym roku bowiem urodził się nasz syn Maciej, a także nastąpiło długo oczekiwanie, jak pan tutaj już zasugerował, otwarcie Teatru Wielkiego w Warszawie. Na urodziny naszej córki Małgosi czekaliśmy 7 lat. Podczas premier Teatru Wielkiego w Warszawie, na Jego otwarcie… śpiewałem partię Jontka w „Halce” Stanisława Moniuszki. Dyrygował Zdzisław Górzyński, któremu bardzo wiele zawdzięczam, reżyserował Bronisław Dąbrowski, a scenografię opracował prof. Andrzej Stopka, który uczył mnie jak zachowuje się góral, ciągle przy każdej okazji powtarzając : „…na pewno wyjedziesz za granicę – najlepiej do Wiednia” – Trzeba wiedzieć, że wówczas każdy wyjazd był szalenie skomplikowany, ale pan profesor niewiele się pomylił, bo zamiast do Wiednia udałem się do Berlina. Tam przedstawienie zebrało pochlebne recenzje zarówno w kraju jak i za granicami. Dostałem różne propozycje i zadebiutowałem w Deutzche Staatoper wówczas, w Berlinie Wschodnim, w partii Turiddu w „Rycerskości wieśniaczej” P. Mascagniego. Tam usłyszał mnie znany impresario Robert Schulz, który ogromnie pomógł mi w karierze. Był to na prawdę wyjątkowy człowiek na mej drodze. Jako impresario bardziej interesował się rozwojem młodych talentów niż własnymi zarobkami. Dzięki niemu zadebiutowałem także za tzw.„żelazną kurtyną” na słynnym festiwalu w Monachium, a następnie w Hamburgu, gdzie w „Tosce” Szarpią był legendarny już wtedy baryton Tito Gobi. Jeżeli chodzi o mój Jubileusz 50 lecia pracy artystycznej, to został on przygotowany bardzo starannie w Operze Śląskiej w Bytomiu oprócz wielkiej radości, gdyż nastraja to refleksyjnie. Odpowiadając na pana pytanie muszę stwierdzić, że nie ma żadnej złotej, magicznej, metody na zrobienie takiej czy innej kariery. Podstawowym elementem powodzenia śpiewaka w tym zawodzie jest głos. To jest niezastąpiony instrument i niezależnie od okresów przez jakie przechodziła opera i na pewno przechodzić będzie ; a więc, okres dyrygentów, reżyserów, którzy nie rozumieją libretta, bo nie znają języka, w którym jest ono napisane i reżyserują „ jak Bóg da”, następnie po przez zawodowych uzdrawiaczy spektakli operowych i różnego autoramentu szarlatanów i domorosłych znachorów sztuki operowej…Całą bazą każdego przedstawienia operowego jest śpiewak i jego głos. Wystarczy sobie wyobrazić „strajk” śpiewaków i co zostanie z przedstawienia operowego? – najwyżej tzw. numery orkiestrowe i akompaniament. Dlatego też zawsze budziło mój sprzeciw przedmiotowe traktowanie artystów śpiewaków przez reżyserów, którzy mogą być częściowo usprawiedliwieni ze swej niewiedzy na temat pracy opery, choć przecież jak się nie wie to się nie musi tego robić… i niektórych dyrygentów, którzy uważają śpiewaków za autorytety do wytwarzania dźwięków. Praca i ciągłe doskonalenie warsztatu zarówno wokalnego jak i aktorskiego, poszukiwanie nowych środków wyrazu we własnym głosie, dyscyplina i regularność w pracy, a także korzystanie z doświadczeń innych, ale nie ślepe naśladownictwo i jednak, co podkreślam – pokora! Wobec zawodu, który uznać można za jeden z najtrudniejszych w obszarze sztuki i na koniec: łut szczęścia oraz telefony do impresariów a także cierpliwość – to na pewno dodatkowe elementy, które nie gwarantują kariery, ale ja uprawdopodabniają.

    Z. K. – Może zechce Pan głównie nawiązać do swych fascynacji co do cennych Pieśni neapolitańskich, sycylijskich? – W rozległym repertuarze Pana znajduje się szczególnie ważka pozycja partia śpiewacza Arriga w zapomnianej przez dłuższy czas operze Verdiego „Nieszpory Sycylijskie”, bo powtórzę, śpiewał ją Pan już w roku1969 w Hamburgu w teatrze, z którym wtedy na szereg sezonów związał się jakby stałą współpracą, potem w Paryżu a w roku 1975 tam właśnie tą partią zadebiutował i z wielkim sukcesem na scenie nowojorskiej Metropolita Opera, o czym wspominaliśmy. Dodam, że na tej słynnej scenie kreował Pan także rolę Leskiego w „Eugeniuszu Onieginie”, Dymitra Samozwańca w Borysie Godunowie” oraz w roku 1985 księcia Glicyna w „Chowańszczyźnie”- A trzy lata później wkroczył Pan na scenę mediolańską… Ale wracając do tych fascynacji neapolitańskich oraz wybrzeża południowo słonecznego, których jest bardzo wiele, udziela się to jak oglądam, w twórczości malarskiej. Powiem nawet zdecydowanie, że są to klimaty: łagodne, niezwykle melodyczne, o zaśpiewie i semantyce tamtejszych krajobrazów…słoneczne, kto wie czy nie melancholijne nawet. Opowiadał Pan na koncercie jak powstają te okienka plastyczne: pejzaże bardzo fascynujące a nawet intrygujące swoją odrębną kolorystyką, a także aksamitną fakturą metafizyczną, choć faktury zewnętrzne są czasem na Pańskich obrazach chropowate
    – powstają w dość specyficzny sposób, trochę relaksacyjny, gdzie leżąc na podłodze w hotelu łamie Pan niejeden pędzel – To bardzo interesujący sposób odbierania sobie tych doznań. Może Pan to w powiązaniu z w/w kreacjami śpiewaczymi skomentować – doprawić? – gdyż Odbywają się liczne wystawy Pańskich dzieł, przy okazji koncertów i nie tylko, w różnych galeriach znanych nie tylko w Polsce – pamiętam wernisaż i atmosferę w galerii „SD” – Wilanów, u Pań Elżbiety Sawczak i Marii Dziopak i w innych autorskich.

    W. O. : Jak już pan pytał o Arrigę – Powiem, że miała ta partia śpiewacza szczególne znaczenie w mej karierze. Oprócz Hamburga i Paryża debiutowałem tą partią w MET, gdzie przez kilka sezonów śpiewałem nie tylko „Nieszpory Sycylijskie”, ale oprócz wymienionych przez pana czyli „Eugeniusza Oniegina” i „Borysa Godunowa’ oraz „Chowańszczyzny”, także Turiddu w „Cavallerii Rusticana” i Borysa w operze Janaczka „Katia Kabanowa”. Pieśni Neapolitańskie mają jedną wspaniałą cechę. Myślę, że są to pieśni pisane nie tylko talentem, intelektem ale także sercem, że tak powiem, i często tęsknotą. Wiele z nich powstało w okresie wielkiej emigracji Włochów do USA. Mają one swój niepowtarzalny nastrój i są bardzo wokalne, co nie znaczy że łatwe do śpiewania. Często te pieśni niektórzy kompozytorzy dedykowali wspaniałym gwiazdom opery takim jak; Enroco Caruso czy Beniamino Gigli… Te pieśni były elementem mojej edukacji wokalnej ponieważ mój profesor śpiewu wspomniany Gustaw Serafin uważał, że właśnie one „otwierają” głos powodując jego prawidłową emisję, także poprzez śpiewność języka włoskiego. Wystarczy zaśpiewać : „baczność Stefanie, wszak się przyrzekło żyć w bezżennym stanie” – frazę Stefana z naszego „Strasznego Dworu” i zaraz potem „Caro mio ben, credami almen…” słowa słynnej pieśni, którą skomponował Giuseppe Giordani. I nie bez znaczenia jest fakt, że publiczność na całym świecie bardzo lubi te pieśni. Nie sądzę jednak aby można było znaleźć bezpośredni związek pomiędzy, już nawet nie śpiewem, ale muzyką i malarstwem. Oczywiście istnieje wspólnota werbalnych określeń, bo mówimy o pastelowych tonacjach, o malowaniu głosem, itd., ale poza chęcią stworzenia czegoś pomoże być wyrazem własnej wypowiedzi artystycznej – nie widzę związku między malarstwem i muzyką w sferze czysto materialnej lub formalnej. Widziałem kiedyś duże płótna zamalowane jednolitymi kolorami: pierwsze białym, drugie żółtym, trzecie kraplakiem, itd. Było ich dziewięć i nosiły tytuł „Symfonie Beethovena”. Nie jestem pewien czy ktoś znający ilość symfonii napisanych przez tego wielkiego klasyka wiedeńskiego odczytałby te płótna jako próbę malarskiego zmaterializowania muzyki. Niezwykle interesującym przedsięwzięciem na wysokim poziomie artystycznym okazał się cykl autorstwa Jerzego Dudy – Gracza „Chopinowi”, w którym to cyklu ten wybitny twórca przedstawił swoją wizję malarską wszystkich dzieł Fryderyka Chopina. Oczywiście mamy wiele dzieł malarskich, czy rzeźbiarskich związanych z muzyką, ale trudno byłoby udowadniać jakiś bezpośredni, poza tematycznym, związek. Taki związek istnieje raczej w sferze przeżyć duchowych, wrażeniowych… Łączy je także swoisty uniwersalizm wypowiedzi, który sprawia, że muzyka podobnie jak i malarstwo dociera do wszystkich, bo brak tu bariery językowej, a obydwie sztuki adresują swe przesłanie bezpośrednio do naszych zmysłów. Malarstwo jest w moim przekonaniu jedną z najbardziej osobistych twórczych wypowiedzi artystycznych… Malarz bowiem decyduje o wyborze tematu, formie w jaki sposób go przedstawi, decyduje o harmonii barw i walorze kolorystycznym, o rysunku, o ewentualnym natężeniu światłocieni, o tym jak potraktuje bryłę, itd. Następnie wystawia pozornie niemy przedmiot – obraz i albo on „zaczepi” widza na wernisażu, albo będzie sobie wisiał spokojnie „nie wadząc nikomu”. Uważam, że obraz wcale nie musi być doskonały, bo dla każdego oznacza takie określenie coś innego, ale musi zawierać coś autentycznego, coś tajemniczego co powoduje, że chce się na obraz spojrzeć powtórnie… W muzeach dziś wiszą setki obrazów, przechodzimy przed nimi i nagle przed jednym stajemy zachwyceni, podziwiając…no właśnie co? – Dla jednych będzie to rysunek, dla innych kolorystyka, jeszcze dla innych sam temat, albo abstrakcyjny inny sposób przedstawienia tematu… każdy ma prawo do własnej interpretacji tego co widzi, ale im mniej jest pytań i mniejsza jest przestrzeń wątpliwości między okiem widza a obszarem tym lepiej! – Nie mogę uciec całkowicie we własny świat wizji malarskiej mając przed sobą barokową urodę natury, ale wiem jednocześnie, że w naturze nie ma obrazów a są jedynie widoki, a obraz trzeba „zrobić”. I tu powstaje problem bo wszyscy wiedzą jak wyglądają drzewa, woda, pola, łąki, łany, zbóż, ale przecież nie sposób malować pojedynczych kłosów, czy listków na drzewie, aby zawiadomić widza że to buk, a to jest grab, itd. Moja wizja malarska to notacja wrażenia ze spotkania z tematem. Korzystam raczej z dobrodziejstwa plam barwnych i ich wzajemnych stosunków oddziaływań i sąsiedztwa niż z precyzji rysunku i doskonałości kompozycji. Maluję, kiedy już sobie coś ułożę w umyśle i w oku, spontanicznie szybko dążąc do zamierzonego efektu. Niestety rzadko udaje mi się osiągnąć to co wpierw zamierzyłem, i wówczas wracam na drogę spokojnych przemyśleń i kombinacji formalno – kolorystycznych, nie likwidując tego co już było na płótnie namalowane pośpiesznie… Stąd też na niektórych moich płótnach pojawiają się , jak pan to słusznie określił „chropowatości”, ponieważ nie pragnę ukrywać za szczelnie zamkniętymi drzwiami swojej kuchni malarskiej. Oczywiście te „chropowatości” pewnych obrazów są z góry założone. Zauważyłem, że na wernisażach widza nie interesuje to jak ów obraz został namalowany, ale jak „się podoba”. Potwierdza to moje przekonanie o tym, że ludzie odbierają sztukę poprzez emocje, wrażliwość, a mniej poprzez czysto intelektualną analizę pracy malarza. Natomiast w operze, w moim innym miejscu pracy artystycznej, mam gotowy materiał wokalny i tu od nas śpiewaków zależy czy uda nam się „zajrzeć pod nuty”, czy tylko będziemy je odtwarzać. Niestety reżyserzy rzadko przeprowadzają analizę psychologiczną postaci z góry zakładając, że w operze wszystko jest „papierowe”, sztuczne, a to nieprawda! – Zawsze we wszystkich partiach, od początku swojej pracy na scenie, szukałem zawsze klucza do zagrania danej partii. Tak było podczas debiutu w Operze Śląskiej jako Edgard w „Łucji z Łammermoor” czy Lyonem w „Marcie” Flotowa,
    czy jako Maks w „Wolnym strzelcu”, albo Stefan w „Strasznym Dworze”. Starałem się aby te role były różne, podobnie jak nie powinno się śpiewać tą sama dynamiką i barwą wyznając miłość, i kłócąc się przed pojedynkiem z przeciwnikiem jak np. Don Jose w „Carmen” z Toreadorem.

    Z. K. – Ja dodam do tego jeszcze kilka kreacji, powiedzmy, „nietypowych”, czyli tych podejmowanych przez niewielu tylko wybitnych artystów, takich jak: Idomenco, Narraboth, Arrio, Dymitr ,Glicyn, dodać też trzeba Lace w „Jenufie” Janarka ( Berlin Zachodni, Genewa,
    czy San Francisko), Eryka w Wagnerowskim „Holendrze tułaczu” oraz wiosną w 1987 roku Heroda w „Salomie” R. Straussa w Houston w USA. Interesuje tu bardzo dobór repertuaru do siebie i do swej skali głosowo – osobowej, czy są to tylko zaproszenia, czy artysta musi się wciąż kreować, wchodzić sobą na deski, czasem dość przekornie wobec siebie. Jakie aspekty grają tu główną rolę ? – Powie Pan na pewno: ambicja i kreacja wewnętrzna poparta pracą,
    ale interesuje mnie – nas, ta niepisana tajemnica Pańskiej kariery – bo co tu dużo mówić to jest kariera poparta dorobkiem i uznaniem, akceptacją…dzięki Pańskiemu takiemu a nie innemu sposobowi postępowania…wobec siebie. Czy zdradzi Pan jeszcze bardziej swoją kreatywność wewnętrzną?

    W. O. – Zakres repertuaru wynika bardziej z możliwości wokalnych niż chęci. Większość śpiewaków pragnie śpiewać role pozytywnych bohaterów, najlepiej takich w którym kochają się główne bohaterki ( tu się śmieje). Są więc artyści którzy śpiewali przez całą karierę pięć oper i robili to znakomicie. W moim wypadku możliwości liryczno – dramatyczne głosu pozwalały mi bez zbytniego problemu przestawić się z wagnerowskiego Eryka w „Latającym Holendrze” w rolę mozartowskiego Don Ottavia w „Don Giovannim”. Oczywiście jest to poważne utrudnione dlatego, że np. bohaterowie oper verdiowskich mają wiele wspólnego – natomiast bohaterów oper wagnerowskich i mozartowskich więcej dzieli niż łączy i to pod każdym względem : zaczynając od muzyki, poprzez środki wokalnego wyrazu na psychice kończąc. Śpiewanie więc różnorodnego repertuaru jest na pewno ciekawsze, ale bez porównania trudniejsze. Jeśli dodać do tego udział w oratoriach, gdzie przeżycie wewnętrzne trzeba podporządkować dyscyplinie muzycznej, to wówczas możemy zacząć mówić o śpiewakach operowych i artystach operowych.

    Z. K. : Przejdźmy zatem Panie Wiesławie dalej, jeżeli Pan pozwoli – No właśnie wspomniał Pan sam o oratoriach – To jakby osobna działalność muzyczna i dziedzina muzyki sakralnej – U Pana dokumentują to wydania płytowe oprócz tych innych bardzo licznych nagrań płytowych. Te także są bardzo liczne. Tu stwierdzić należy, że to właśnie Pan w Polsce posiada najbogatszy dyskograficzny dorobek pośród wszystkich śpiewaków polskich, zarówno współczesnych jak i tych z dawniejszej generacji. Może powie Pan tutaj o tych zainteresowaniach, które przecież jakby same wypłynęły z Pana wnętrza – na scenie mediolańskiej La Scali, gdzie notabene już przedtem brał Pan udział, uczestniczy Pan w wykonaniu Mszy C-dur Mozarta pod dyrekcją Claudio Abbado. I tutaj także ciśnie się pytanie o sacrum, o jego wymiar, zasięg wewnętrzny i merytoryczny ku dzisiejszym czasom. Przepraszam znów za to, trochę zbyt prostolinijne, zapytanie: Czy trzeba być w jakiś sposób związanym z „boskością”, z jej siłą i Absolutem a nawet być, choć trochę, „wierzącym” w Boga, żeby dobrze i szczerze uczestniczyć w takiej oratoryjnej działalności śpiewaczej? – Wciąż poszukuję, choćby do tej książki, środka leżącego gdzieś „między mitem a sacrum” – I radbym usłyszeć coś więcej o filozofii co do Pańskiej osobowości, jej zmysłowości a nawet mistyczności – a może nawet imaginacji(?), i co do zaplecza jakie Pana otacza w sensie domu i jego atmosfery i „miejsca na ziemi”…

    W. O. : Poprawne, czy nawet znakomite, wykonanie muzyki sakralnej nie wymaga wiary, a raczej przekonania o tym, że ta muzyka jest przesłaniem pewnych szlachetnych myśli, prawd i nauk dotyczących życia czy postępowania człowieka wobec bliźnich. Znam śpiewaków – ateistów, którzy doskonale wykonywali msze i inne utwory sakralne i znam głęboko wierzących artystów, którzy te same utwory wykonywali dużo gorzej. Myślę, że wiara jest tak bardzo osobistym rozrachunkiem z własnym sumieniem i jest tak niezwykle prywatną „rozmową duszy z rozumem”, że nie widzę sposobu na przeniesienie swojej wiary na wykonanie np. „Requiem” Mozarta. Wynika to z tego, że większość wykonawców traktuje „Msze” „Requiem” oraz inne dzieła religijne jako utwory muzyczne. Utwory o specjalnym charakterze, ale niekoniecznie jako modlitwę. Nikt ze słuchaczy nie pyta o to czy ktoś z wykonawców jest wierzący czy też nie. Myślę, że każdy człowiek jest wierzącym bo nawet ateista wierzy w to że nie istnieje żadna siłą nadprzyrodzona, żaden Absolut… Natomiast ów problem wiary pojawia się w momencie tworzenia. Jestem pewien, że trudno byłoby ateiście stworzyć wrażliwy, pełen napięcia religijnego, utwór, choć biorąc pod uwagę możliwości ludzkiego talentu takiej możliwości wykluczyć nie można. Czy byłby to utwór „duchowo” mniej wartościowy? – Nie wiem! Ale wiem, że gdyby przed jego wykonaniem zawiadomić publiczność że utwór ten skomponował ateista, wysłuchano by go z mieszanymi uczuciami. Nie sądzę też aby wiara, czy niewiara, miały jakiś wpływ decydujący na jakość muzyczną dzieła. Natomiast na pewno człowiek wierzący, w tym wypadku wykonawca, być może lepiej wyartykułuje np. „Agnus Dei”, bo będzie świadomy głębokiego sensu tych słów. Oczywiście wykonując utwory sakralne należy się zastanowić nad pewnymi problemami wykonawczymi. Czy ma być to popis wokalny, czy też przekaz wokalny myśli kompozytora, który tworząc muzykę do znanych powszechnie tekstów „Ale Maria”, czy „Panis Angelicus” itd., chciał stworzyć dzieło sławiące sławę Boga, czy pragnął zademonstrować swój talent, którym czci Boga, czy też po prostu napisał utwór na zamówienie, lub też próbował zmierzyć swój talent kompozytorski z uniwersalnym tekstem chwalącym świętość wiary. Skoro już pan pyta o moje miejsce i jakby w stosunku do wykonywanych oratoriów – to odpowiem tak:
    Ja wychowywałem się i żyję w otoczeniu katolickim i często obserwuję, że pojęcie wiary jest utożsamiane jedynie z niedzielną obecnością w kościele. Kłóci się to z moim pojęciem wiary, które podpowiada mi wręcz jak żyć w zgodzie z otoczeniem i ludźmi, jak im pomagać w takiej czy innej potrzebie, jak traktować niepowodzenia, jak patrzeć na bliźniego i jak akceptować jego obecność z jego wszystkimi wadami i zaletami, itd. Myślę natomiast, że Biblia uczy nie tylko wiary, ale postępowania w życiu według zasad w Niej zapisanych. Łatwiej wówczas znaleźć swoje miejsce w świecie i częściej można zrozumieć innych ludzi.

    Z. K. – Zatem, Drogi Panie Wiesławie bardzo proszę, powiedzmy w tym miejscu o tej charytatywnej stronie Pańskich działań? – Wiem, że mówi Pan o tym raczej niechętnie. A przecież wszyscy wiemy, że od ponad 10 lat „urządza” Pan w Polonii w USA aukcje na cele dobroczynne, licytując obrazy współczesnych mistrzów. Co roku Polonia cała czeka na to wydarzenie i na Pana, w czym także pomaga żona Krystyna bardzo czynnie oraz jak wiem i syn Maciej także, który na stałe zamieszkuje w Stanach Zjednoczonych pracując w stacji nadawczej TV Discovery. – Może powie Pan na czym to polega od kuchni, chociaż w skrócie i może coś o ciekawych przygodach, i trudnościach, jakie towarzyszą czasem przy realizacji takich przedsięwzięć oraz o ludziach, którzy pomagają i rozumieją sam cel…

    W. O. – To prawda! – Zawsze niezbyt chętnie przychodzi mi opowiadać i mówić o mej działalności charytatywnej, ponieważ uważam że jest to raczej rozmowa z własnym sumieniem niż działalność obliczona na promocję własnego nazwiska. I powiem jedynie to, że jestem wdzięczny artystkom malarkom i malarzom oraz rzeźbiarzom, że obdarzyli mnie swoim zaufaniem i ofiarowują na kolejne aukcje swój „dar serc” i talentów w postaci dzieł sztuki. W tym celu gromadząc ich prace przejeżdżam po Polsce około 6 tysięcy kilometrów. Przez około pół roku mamy w domu magazyn, co oczywiście wiąże się z pewnymi kłopotami. Katalog po polsku opracowuje nasz syn Maciej, tłumaczy tekst na język angielski… Cała nasza działalność jest charytatywna i dzięki temu unikamy poważnych kosztów. Następnie drukujemy katalog do aukcji, odprawiamy prace do USA i tam naszą sztafetę „ludzi dobrej woli” przejmuje pan Roman Dymski, a ja dojeżdżam z żoną i prowadzę aukcję… Zrobiliśmy dotychczas wiele z zebranych środków , m. innymi : wyremontowaliśmy Muzeum Adama Mickiewicza w Wilnie, wspomogliśmy hospicja, wyposażyliśmy w sprzęt audio – wizualny Operę Śląską, itd. , itd…. W roku 2008 aukcja będzie podzielona na dwie części. Pierwsza odbędzie się w Ambasadzie RP w Waszyngtonie, druga w Konsulacie Generalnym RP w Nowym Jorku. Transportem prac z Nowego Jorku do Waszyngtonu zajmie się nasz syn Maciej z synową Dorotą. Staramy się aby nasza każda aukcja miała charakter wspólnego charytatywnego działania „ludzi dobrej woli”, którym los innych i naszej kultury nie jest obojętny.

    Z. K. Jest Pan także osobą: pogodną, dowcipną, opowiadającą a nawet sypiącą anegdotami i humorem – Czy jest to także jakiś klucz do własnej sztuki, do jej powodzenia w całej kreacji osobowej? – Dziś, z perspektywy czasu, może zechce Pan coś o tym powiedzieć? – Pozwoli Pan, że poczynię tu taką małą dygresję odnośnie roli kwestii humoru co do ludzi twórczych – otóż nawet z pozoru człowiek artysta o czarnym charakterze, jak o Nim sadzono, jakim był Tadeusz Kantor – okazuje się, że lubił pokładać się ze śmiechu, czasem szyderczo nawet, o czym pisze w swej książce Krzysztof Miklaszewski pt. „Kantor od kuchni”, który spędził ze swoim mistrzem ponad 11 lat w codzienności zajęć, a także mój zacny współrozmówca w tym wydawnictwie…”rozmów artystycznych” – Czy humor jest jakimś antidotum na sztukę?
    i czy jest potrzebny dla uprawiania dobrej sztuki? – Świat Sztuki dzisiejszej nie nastraja do tego a raczej zionie takim humorystycznym niepokojem (?) jak świat cały…śmieje się z wszystkiego (?) – Kto wie! – A może to bardzo prowokacyjne? – Sztuka ociera się o intelekt człowieka, czy rozwija wszelka wyobraźnię? – rzecz pozorna! – I ma duży wpływ i pewnie decydujące znaczenie mające wpływ na inne kreacje i osobowość człowieka, w tym i te jego techniczno – cybernetyczne, inne. Może Pan to jakoś skomentować, jeżeli chodzi o humor w tej dobrej sztuce? – Bardzo proszę.

    W. O. : Poczucie humoru jest ważnym czynnikiem powodzenia w egzystencji pośród ludzi. Zauważyłem, że o wiele łatwiej i sensowniej pracuje się z ludźmi dla których humor nie jest żadnym tabu, niż z tymi którzy uśmiech uważają za wroga własnej osobowości i czynnik ujmujący im powagi. Mam bardzo pozytywny stosunek do ludzi i nigdy nie staram się ich oceniać, a raczej usprawiedliwiać ich postępowanie jeżeli stoi ono w sprzeczności z moim wyobrażeniem o prawidłowości ich działania. Potrafię się z siebie śmiać i uważam, że „nadęty” stosunek do własnej osoby szkodzi wielu artystom. Jestem przekonany że artystą jest się na scenie, na estradzie, ale przenoszenie „bycia artystą” w życie prywatne i społeczne musi być bardzo męczące dla wszystkich. Poza sceną ja jestem normalnym człowiekiem… Tak! – Otaczająca nas często tandeta artystyczna wysoko nosi głowę bo ma poparcie mediów dla których jedynym kryterium jest tzw. „poczytność” lub „oglądalność”… Współczesna cywilizacja wyzbyła się luksusu własnego myślenia i własnej oceny. Dziś podaje się to wszystko w ujednoliconej sieczce informując co to jest „cacy” a co „be”, i w którym miejscu należy się śmiać, a w którym nie należy…

    Z. K. Zatem kontynuujmy proszę – Interesuje mnie Pański stosunek do obecnego świata. Czego potrzebuje lub nie potrzebuje dziś Świat? – Jeżeli idzie o sztukę – tyle chłamu, bylejakości, o czym Pan przed chwilą zaczął mówić oraz innych dziwnych imaginacji postmodernistyczno – konceptualistycznych zalewa nasze okna i wchodzi po chamsku do naszych domów…Telewizyjna kwadratowa głowa namawia – rozkazuje i wymądrza się i zapienia politykierstwem i cwaniactwem oraz chamstwem nie ucząc niczego jedynie siły zła, nie edukując, etc. Wszyscy na to patrzymy – robimy swoje, a ów świat się kręci – jak kręci

    • Co Pan sądzi o przyszłości tej naszej globalnej wioski kosmicznej? – Czy klasyka w wszelkich sztukach pozostanie autorytetem, gdy słowo, które od czasów awangardowego Teatru Wojtyły – Lolka, na dobre zaistniało w przestrzeni znów odlatuje w dal bezpowrotnie i traci znaczenie, idzie raczej w profanum… Może Pan jakoś ustosunkować się do tak stawianych, metaforycznie, kontekstów? – Bardzo Pana proszę… pytanie podobnych treści zadaję także moim innym Zacnym Zaproszonym Współrozmówcom do każdej „rozmowy artystycznej”.

    W. O. : – A więc, kontynuując dalej ten wątek – dzisiejszy świat, który napisał pan tutaj świadomie przez dużą literę „S”, czyli świat cały i ogromny, to świat siły. Militarnej, finansowej, gospodarczej, giełdowej, ropodajnej, itd. Dominują ci którzy mają siłę, pobłażliwie traktując nieśmiałe próby zabrania głosu na temat świata i jego porządku, przez słabszych. To co dzieje się w niektórych obszarach Afryki jest na pewno hańbą współczesnej cywilizacji. Zresztą nie tylko Afryka jest wyrzutem sumienia państw rozwiniętych. Są inne rejony świata, w których jak wiemy cierpią ludzie z powodu wojen, biedy i dla uspokojenia naszych sumień organizuje się konferencje na temat pomocy, której organizacja często przewyższa koszty tej pomocy… Nie ulega wątpliwości, że osiągnięcia współczesnej techniki ułatwiły życie ludziom, ale czy polepszyły ich stan duchowy i intelektualny? – Dzisiaj niewielu ludzi opiniotwórczych, prezentuje publicznie własne zdanie. Częściej, aby nie być posądzonym o konserwatyzm, o logiczny krytycyzm wobec tandetnych zjawisk w sztuce, boi się przyznać, że obraz Chełmońskiego ma większą wartość artystyczną niż czarna kropka kapnięta na płótno przez „twórcę” wykreowanego przez media. Niestety obecnie panuje na świecie i w umysłach jego większości mieszkańców „Pan Pieniądz” – Nie ważne kim jesteś, ale ile masz. Wiele reklam bankowych daje do rozumienia, że jeżeli nie masz konta w ich banku to jesteś Nikt. Celem stało się posiadanie dużych pieniędzy lub pieniędzy w ogóle. Nie liczą się osiągnięcia nauki, sztuk, ale liczy się gaża piłkarza grającego za granicą. W różnych telewizjach królują nudne seriale z aktorstwem polegającym na robieniu min do kamer. Ale za to są to wielkie sławy, bo popularność stała się niemalże jedynym, choć z gruntu fałszywym, miernikiem poziomu artystycznego. Telewizja dyktuje sposoby zachowania, nakazuje kupowanie tych czy innych towarów, kreuje beztalencia w zależności od potrzeb rynku, itd. Ale przecież istnieje też ludzki niezależny umysł, i ja też czasem zastanawiam się dlaczego ci potencjalni „władcy ziemi” tak bezkrytycznie przyjmują to wszystko czym im się świeci w oczy z ekranu. Klasyka, o której pan nadmienia, choć mówi o postawach życiowych, o ważnych problemach i zachowaniach ludzkich przegrywa z serialem, bo źle przygotowany od dzieciństwa do rozumienia i obcowania z kulturą człowiek, jest bardziej zainteresowany, kto będzie kolejnym kochankiem jakiejś aktoreczki z serialu, niż losem mickiewiczowskiego Konrada…który także istnieje dziś. Oczywiście jest wciąż duża grupa ludzi dla których kultura ta wyższa jest na pewno potrzebna. Świadczą o tym wypełnione sale filharmonii, sale teatralne i coraz bardziej operowe. Komercjalizacja kultury będzie trwałą nadal, czasem z pożytkiem, czasem ze szkodą dla jej jakości. Internet daje wielkie możliwości” podglądania” świata i dzięki temu następuje coś co nazwałbym „równaniem do ogółu”. Artyści znają tzw. trędy i chcąc być na „fali” często rezygnują z własnych ambicji i talentów na korzyść tego krótkotrwałego zaistnienia w ogólnoświatowym wyścigu szczurów…

    – Trudno im też się dziwić skoro właśnie „profanum” oferuje większe profity niezbędne dla ziemskiej egzystencji… „Sacrum” – jestem tego pewien, tkwi w większym lub ,mniejszym stopniu w każdym z nas i nawet ktoś kto tkwi po uszy w „profanum” ma chwilę, w której pyta sam siebie: co robię, po co i dla kogo? – Odpowiedź na te pytania będzie budzić refleksje, a refleksja także jest ważnym czynnikiem determinującym ludzkie działania… Ja na pewno jestem w sprawie przyszłości naszej globalnej wioski – optymistą. Czas, nieubłagany nasz weryfikator i naszych poczynań i tak pozamiata to co nie miało głębszego znaczenia w życiu człowieka, a było jedynie chwilowym zjawiskiem medialnym. Natomiast przetrwa to co wzbogaciło ludzka duszę i polepszyło jego fizyczną egzystencję zgodne z naturą.

    12.10.2007 roku rozmawiał Zbigniew Kresowaty

  • OD ŚWIĘTYCH KOPNIAKÓW I AWANGARDOWEJ AGRESJI DO PASJI DOKUMENTALNEJ WOTACJI, CZYLI O WŁASNYM MIEJSCU W TEATRZE ŻYCIA

    Rozmowa z reżyserem i scenarzystą, aktorem i pedagogiem, krytykiem sztuki i praktykiem filmu dokumentalnego Krzysztofem Miklaszewskim

    Zbigniew Kresowaty : Samo stwierdzenie, że jest Pan zarażony „bakcylem” teatru, wydać się musi banalnym w obliczu skali tej „twórczej choroby”. Przeszedł Pan bowiem wszystkie stadia teatralnego wtajemniczania od buntownika „teatru szkolnego” z początkiem lat 60 – tych ( Krakowski Teatr Międzyszkolny) i rewolucjonisty teatru studenckiego (scenariusze „Spadanie”- 1970 i „Sennika polskiego” w Teatrze „STU) po przez odnowę repertuarową teatrów zawodowych (kierownik literacki scen krakowskich) i nowy model teatru telewizji 9dyrektor krakowskiego Teatru TV w latach 1972 – 1975). Obok pióra krytyka teatralnego, dzierżył Pan mocno w rekach kamerę filmowego i teatralnego dokumentalisty. Pozwoli Pan, rozwinę ( na użytek tej artystycznej rozmowy kierowanej dla czytelnika ) – a jest to 10 letni cykl ogólnopolski lat 70 – tych Pt. „Twarze Teatru’ ponad 50 programów 96 emisji i seria portretów najwybitniejszych polskich reżyserów teatralnych, uchwyconych przy pracy – „Anatomie spektaklu” (10 filmów – 25 emisji), a także 6 monograficznych kaset 3 godzinnych „Artyści polskiego teatru”. W międzyczasie zakosztował Pan ( w drugiej połowie lat 80 – tych) rozkoszy życia „wędrownego profesora”, podróżującego po Zachodzie jako „pół – emigrant”, a potem posady dyrektorskiej teatru musicalowego ( Teatr Na Targówku – RAMPA”, gdzie szczególnym hitem był spektakl muzyczny o Jimie Morrisowie – „Jeździec Bony”) i tak jest do dzisiaj – Pracuje Pan różnie ; studyjnie i scenicznie, jako wykładowca (tutaj znaczącym epizodem współpracy są „Gardzienice”) i jako reżyser współpracujący z Tarnowskim teatrem im. Solskiego a w całym kraju opieka nad warsztatami w Zamościu i poza granicą w Londynie, koloni, Rydze, Meksyku…i tak już zataczając koło, które nie bez kozery uczyniłem dodam, że mimo tak ogromnej pracy i tych wielu zajęć czasem różnorodnych pozostał Pan wierny najbliższy…sztuce Tadeusza Kantora. Jest to 15 lat ścisłej współpracy a zakończyła się ta pasja imponująco bo serią 30 programów telewizyjnych, co najmniej 10 filmów dokumentalnych i 6 książek o tej wybitnej postaci. Jak słyszę i widzę ; po śmierci Kantora wydał Pan za granicą (Londyn, Meksyk) dwie znaczące wersje wspaniałych „ Spotkań z Tadeuszem Kantorem” ( są to dwa różniące się wydania krakowskie), a wersja francuska „wyczynów” i awantur Kantora stała się prototypem głośnej ksiązki Pt. „Kantor od kuchni”…Ksiązki uznanej za „powstanie z bezkrytycznych klęczek”…Jak to wszystko Pan skomentuje z Kantorem Pańskim artystycznym „prześladowcą”?

    Krzysztof Miklaszewski : Z klęczek usiłowałem powstać już za życia Mistrza, mimo że zawdzięczałem mu wiele (obok pracy – udziału w próbach i spektaklach pięciu Jego wspaniałych „widowisk” – zapewnił mi obecność na światowym rynku sztuki: w ciągu 15 lat odwiedziłem ponad 50 krajów i 200 miast). Tak powstał film „Ja Mistrz” (1986), złożony z bardzo ekspresywnych notacji kilkunastu awantur Mistrza, którymi nas raczył w ciągu 2 letniej pracy nad przygotowaniem wstrząsającej „rewii” pt. „Niech sczezną artyści”…

    Z. K. ; Kantor „zaraził Pana” – by pozostać przy medycznej metaforze Pańskiej „teatralnej choroby” – nonkonformizmem…

    K. M. : Na pewno: moje reakcje, uznawane niesłusznie jako „działania przeciwko Niemu”, nie tylko sam we mnie wykształcił, ale – na dodatek – jeszcze mnie umocnił w walce z „brązownictwem”…Ale to nie tylko Jego zasługa… mnie ukształtował wakujący dziś w dziecięco – młodzieżowej edukacji czworokąt : DOM – KOŚCIÓŁ – SPORT – i STUDIA. Dom – wypełniła moja Matka, uosobienie nonkonformizmem, a jednocześnie przykład absolutnego poświęcenia a ponadto połączenie artystycznej duszy i prze3bojowości dochodzenia do celu. Kościół – to były wspaniałe indywidualności zakonników Kapucynów i naszych katechetów, prezentujących nam model żywego Kościoła, na dodatek zmuszonego do nieustannych wysiłków, by ocalić wiernych od prymitywnej agresji pseudo – komunistów. Moi kościelni opiekunowie nie tylko nauczyli mnie dobrze obrządku i wszelkich tradycji kościoła, ale zadbali o „teatralizację” przeżyć dla ówczesnego malca – ministranta. SPORT – to była w latach 50 i 60 – tych nie tylko tzw. szkoła charakteru, ale to była również u unikatowa szansa na sukces. A sukces ten owocował poszerzaniu spojrzenia, które owocowało każdym wyjazdem werbalnie. I wreszcie SZKOŁA z zastępem mądrych nauczycieli, którzy- jak tylko mogli – pomijali komunistyczne mrzonki i socjalistyczne uproszczenia, od których pękały szkolne podręczniki. A kiedy dochodził do tego wentyl kulturalny w postaci Teatru Szkolnego, przepojonego romantycznym repertuarem, świadomość potrzeby obcowania z przeszłością Polski – tylko częściowo nam z d DOMU znaną – napawało optymizmem. STUDIA zarówno te na krakowskiej polonistyce (1961 – 1966) jak i historii sztuki (1965 – 1970) stanowiły zwieńczenia czegoś w polskiej praktyce nieosiągalnego, Wielkie Osobowości Profesorów umacniały w nas poczucie niezależności, kształtowały postawę dystansu. Dystansu wobec wszystkiego. Cóż to była za polonistyka: MARIA DŁUSKA, TADEUSZ ULEWICZ, WACŁAW KUBACKI, HENRYK MARKIEWICZ, KAZIMIERZ WYKA, i cóż to była za historia sztuki ; ADAM BOCHNIAK, – TADEUSZ DOBROWOLSKI – LECH KALINOWSKI – KAROL ESTREICHER. Natomiast moimi idolami byli – oczywiście: „najbardziej widowiskowi” – Karol Estreicher i Kazimierz Wyka. To właśnie im – a nie Kantorowi – zawdzięczam to co najbardziej jest potrzebne zarówno badaczowi, jak i dokumentaliście, zarówno krytykowi, jak i reżyserowi – spojrzenie pełne dystansu zarówno wobec oglądanego zjawiska, jak – to jeszcze ważniejsze – wobec siebie. A kiedy dołączyć do tego lekcje Jerzego Bossaka, które utkwiły mi w pamięci w czasie moich „syntetycznych” studiów (3 lata) w Łódzkiej Szkole Filmowej, to okaże się, że właściwie głównym motorem wszystkich moich aktywności wynikających z „teatralnej choroby”, było to zawsze dokumentacyjno o inicjujące spojrzenie na Zycie. A właściwie – na teatr życia. Zacznijmy więc – zgodnie z tą receptą – od końca…

    Z. K. : Jeśli się więc nie mylę od …filmu dokumentalnego?

    K. M. : Niech będzie, choć od razu powiem, że takie pojęcie jak „film dokumentalny” po prostu nie istnieje…Mówię to na podstawie praktyki. I to praktyki prowadzonego przeze mnie od lat 13 Ogólnopolskiego Przeglądu Form Dokumentalnych w Kielcach powołanego m. innymi i właśnie z takiego pokolenia. NURT – bo takie ma ten Przegląd imię – powstał przeciwko praktykom Krakowskich Festiwali, których animatorzy – wywodząc się z szacownej szkoły filmowej UJ – byli po prostu „głusi i ślepi”. Nie tylko nie dostrzegali wewnętrznej rewolucji polskiego filmu dokumentalnego i reportażu, przykładając do nie mieszczących się już w konwencji „czystego dokumentu” form swoje specjalistyczne „szkiełko i oko”. Ale nie to było najgorsze. Najgorsza okazała się postawa iście kabotyńska, tak charakterystyczna dla wielu zachowań krakusów, znanych dobrze z historii. Otóż komuś u7bzdurało się w roku 1995, że jesteśmy już… w europie i jako „europejczycy” jesteśmy zwolnieni z podstawowych obowiązków wobec polskiej sztuki. Co to wtedy oznaczało? – Ano, że po raz pierwszy od wielu lat nie odbył się Ogólnopolski Festiwal Filmów Krótkometrażowych – impreza, która w najgorszych czasach prewencyjnej cenzury, broniła skutecznie rozwoju tej tak potrzebnej każdemu obywatelowi dziedziny. A że na początku lat 90 – tych wydobył się na powierzchnię płynący „pod spodem’ nurt rozliczeniowy, ponad 100 znakomitych filmów, reportaży, relacji, notacji czy penetracji filmowej znalazło się na krakowskim bruku. Na szczęście przyroda nie cierpi pustki, a ludzka natura – „wylewania dziecka z kąpielą”…

    Z. K. – A więc, tak powstał w Krakowie NURT…kojarzony z Kielcami.

    K. M. – Tak – skromny przegląd polskiego offu filmowego i telewizyjnego, umieszczony dzięki dobrej woli kilku osób w „biednym studencko – robotniczym kinie „Związkowiec”, znanym kiedyś z aktywności DKF – ów. Powstał – jak mówiono – „ w opozycji” do Wielkiego Światowego Festiwalu Filmu Dokumentalnego, goszczącego elity w szacownych marmurach reprezentacyjnego Kina „Kijów”. Wszystko wspaniale: Inicjatywa słuszna i świetna trafiająca do wyobraźni nazwy „NURT” bowiem to zadziwiające zjawisko żywotności żywiołu. W momentach kryzysu zawęzić potrafi swój strumień, zejść do podziemi przecisnąć się przez szczelne – zdawałoby się – tamy, by niespodziewanie wybuchnąć w najbardziej nieoczekiwanym miejscu z cała siłą. Ale jeszcze pozostawał najważniejszy problem: jak się przebić przez publicity znanej i ciemnej imprezy, odbywającej się w tym samym czasie i jak dotrzeć do publiczności. Było trudno, bo choć autorzy pokazani na NURCIE’ 95 to była ścisła polska czołówka, ale cena gwałtownego pośpiechu była czasem wysoka. Zaczynaliśmy od kilku widzów, czego doświadczyła m. innymi znakomita Ewa Borzęcka. Ale – trzeba dodać, że co godzinna przez cztery dni – widzów było coraz więcej. Dlaczego? – Przede wszystkim ze względu na…skandal. Otóż moi wspaniali studenci z krakowskiej Akademii sztuk Pięknych – z pracowni filmu animowanego – wpadli na genialny pomysł. A mianowicie w nocy zaklejali swoimi malowanymi ręcznie plakatami i strajkami wszystkie materiały wizualne Festiwalu Krakowskiego. Tym młodym wówczas ludziom – dzisiaj uznanym twórcom – to wcale nie wystarczało: bo zawracali ludzi sprzed kas kina „kijów” oferując im… bezpłatny pokaz „prawdziwego dokumentu” na Grzegórzkach. Oferta była interesująca: bi8let tramwajowy do „Związkowca’ kosztował o wiele mniej niż karnet do „Kijowa”. Efekt był widoczny a na ostanie pokazy przyszło ponad 200 osób. Natomiast Kielce przygarnęły NURT od listopada 1996 i odbywa się on w salach Kieleckiego Centrum Kultury, którego architektoniczny rozmach ( koniec gdańskiego Teatru Muzycznego) bije – oczywiście – krakowskie Kino „kijów”. Ale zanim NURT „dochrapał się” stygmató1) „kieleckości” musiało minąć kilka lat.

    Z. K. – Ale dlaczego padło Kielce? – jest jakiś ambitny powód, chwila itp… co wynikało wpierw co zwarzyło, żeby właśnie w tym mieście robić taki ogólnopolski festiwal filmów? – Czy były jakieś choćby sentymenty?

    K. M. Jedno i drugie. Ja poszukiwałem miejsca, gdyż tak powalczyć z oficjalnym Krakowskim Festiwalem można było tylko raz. A poza tym: nasza „walka” okazała się…zwycięska, bo Ogólnopolski Festiwal Filmów Krótkometrażowych – przywrócono. Krakó2) odpadał. Myślałem wtedy nawet, że moja „misja zbawienia” form dokumentalnych (bo takie wymyślone przeze mnie gatunkowe pojecie miało objąć wszystkie pojawiające się na polskim rynku mediów realizacje) jest skończona. Ale w czasie pracy nad reportażem interwencyjnym, którego celem było ocalenie siedziby kieleckiego Teatru im. Stefana Żeromskiego przy ulicy Sienkiewicza, odwiedziłem naszego „wspólnego wroga” , czyli Kieleckie Centrum Kulturalne. KCK miało bowiem „wchłonąć” instytucjonalnie Teatr im. Żeromskiego, którego przepiękna „bomboniera” wnętrza miała stać się wymarzonym hotelem dla ówczesnych VIP- ów. Powiem, że wszyscy byli bardzo zdziwieni, że plan przeniesienia zespołu na reprezentacyjna scenę operową może budzić taki sprzeciw środowiska teatralnego i mass – mediów. Dramatyczny teatr kameralny – to jedno, a możliwość operowego rozmachu na scenie KCK – to drugie. I te dwa zjawiska trudno pogodzić, a jeszcze trudniej pożenić – dowodziłem, dodając: „Ten gmach przy ulicy Sienkiewicza zrodziła mądrość’ – powtarzałem, mając w pamięci, że był to prezent kieleckiego piwowara dla warszawskiej gwiazdy…Znalazłem się tez wtedy w „jaskini lwa”, czyli w gmachu kieleckiego Centrum. I choć jego dyrektor bronił stanowiska władz, dostrzegłem, że rozumie sztukę. Ten liberalny inżynier miał prawdziwą duszę artysty. Dlatego kolejna moja wizyta w Kielcach dotyczyła…NURTU.

    Z. K. – jak już zdołałem zaobserwować NURT w czasie tych trzynastu lat utrzymał swoja pozycję „niezależnego przeglądu”. Przyciągnął młodzież, zbyt zaufanie twórców i poszanowanie u władz i sponsorów po tej całej przygodzie burzowej w Kielcach. I to w Kielcach młodych, nie przypominających ani czasów sprzed II wojny, kiedy to miasto odwiedzał Witkacy, ani PRL –u, skażonego antysemityzmem i pogromami. Region świętokrzyski, dorasta powoli do miejsca, w którym leżą obdarzone wiekowymi mitami Góry Świętokrzyskie a to przecież środek Polski! – NURT dziś dumnie pisany przez Pana przez dużą literę „N” i dumnie wypowiadany przez duże eN – wpisał się udanie w kieleckie genius loci…Jest to już jakby pewnego rodzaju świętość okupiona poświęceniem, głównie Pańskiej Osoby.

    K. M. – NURT stara się bronić i unaoczniać ideę nieustannego rozwoju wizualnej twórczości dokumentalnej, tak bliskiej pokoleniu, którego edukacja oparta jest dziś na patrzeniu i spostrzeganiu. Powiedziałbym więcej! ; na synestezji wrażeń. Dlatego praktyka medialna tak wymieszała i miesza uświęcone gatunki. Dlatego współczesny reportaż telewizyjny korzystać będzie i ze środkó3) radiowych i z chwytów często literackich, nie mówiąc o amatorskim zamiłowaniu do „podpatrywania” ludzi i zjawisk. Prawdziwe osiągnięcie NURTU to zgodność praktyki z teorią, która zdołała go począć. Forma dokumentalna, ukazujaca wielkość możliwości dokumentalnego zapisu, to teoretyczne wyzwanie, jakie co roku na nowo rewaloryzuje praktyka.

    Z. K. Panie Krzysztofie! – zaczęliśmy od końca, a właściwie od jednego z bardzo ważnych punktów dojścia Pana jako praktyka, teoretyka i animatora form dokumentalnych i całego pojęcia „dokumentu”. Jak się ma tutaj do tego Pańska fascynacja Tadeuszem Kantorem? – powróćmy do Pana Mistrza.

    K. M. ; Mimo, że – jak coraz częściej powiadam – uprawiam jednocześnie trzy dziedziny sztuki (teatr, film, pisarstwo) – ma się ona bardzo ściśle ku sobie i przenika przez siebie. Mój pierwszy zawodowy film dokumentalny to była „Szatnia Tadeusza Kantora” (1974) – rodzaj „anatomii spektaklu”, oglądającej reżysera (Kantora) w czasie pracy na próbach od pierwszej czytanej Az do premiery. To była nie tylko „anatomia spektaklu”. To była także – a może przede wszystkim – anatomia człowieka! – To był proces aktu twórczego. Ale także to był zapis odbioru społecznego: zapis reakcji publiczności. Kantor nauczył mnie, że zapis dokumentalny odsłaniający tajemnicę warsztatu jest takim samym aktem twórczym, jak narodziny przedstawienia.

    Z. K. Zatem nie tu mowy o złudzeniach, że prawdziwy dokument, z całą kuchnią gdzie gotuje się jedzenie, które będzie podane na stół sceny z odpowiednimi przyprawami, to „odbicie rzeczywistości” w skali 1:1. Nie każdy reżyser artysta poszedłby na to ,żeby odsłonić kulisy swej twórczości artystycznej. Kantor uczestniczył we wszystkim od pomysłu do ostatniego spektaklu pojawiając się na scenie, również jako dyrygujące medium i doparzając swoich aktorów.

    K. M. Twórcza „manipulacja rzeczywistością”, a może raczej „obróbką rzeczywistości” jest nie tylko możliwa, ale wręcz „niezbędna”. Nie bez kozery Alfred Hitchook powtarzał stale: „film to rzeczywistość, z której wycięto kawałki nudy” Czyli: dokumentalista rejestrując rzeczywistość musi się zdecydować na wybór prezentacji tylko tych elementów, które przemówią do odbiorcy. Czułem to kiedy filmując Kantora (był to pierwszy polski film o Teatrze Kantora), zastosowałem świadomy collages kilku wybranych motywów, których rozwój śledziłem od początku do końca. Takim motywem wiodącym był motyw szatni, w której rozgrywała się akcja przedstawienia, a królująca w niej para bezczelnych Szatniarzy terroryzowała publiczność, publiczność, i aktorów.

    Z. K. Jak zachowywał się sam Kantor, czy udzielił od razu zgody na taka rejestrację? –Czy nie protestował przeciwko takiemu sposobowi rejestracji i tej pańskiej obróbki filmu jako reżysera? – Trzymał przecież zawsze i nieustannie do końca „ rękę na pulsie” zwłaszcza na tym co się działo później wokół Niego.

    K. M. Kantor nie tylko nie protestował, ale był wręcz zachwycony. Więcej! ; na bazie mojego filmu zbudował obowiązująca teorię o sposobie rejestracji Jego spektakli. To miał być właśnie wszechstronnie rozumiany „collages” na podobieństwo Jego collagowych struktur elementów rzeczywistości.

    Z. K. Kantor pisze i mówi wprost o „anektowaniu elementów realności” do własnych przedstawień. Z tych „elementów” dla Teatru Kantora najważniejsze były przedmioty „najniższej rangi”, czyli przedmioty tzw. użyteczne? – To przecież teoria „rzeczywistości zdegradowanej” Brunona Schulza?!

    K. M. Zgadza się! – były to przedmioty użyteczne ale „zdegradowane”. Zdegradowane, bo ich „życiowe funkcje” już dawno zanikły – To wcale nie przypadek. Nie było by „realności najniższej rangi” Kantora bez „rzeczywistości zdegradowanej” Schulza. Nie było by w moim życiu Kantora bez mojej Matki i bez Schulza. Zauważył Pan chyba, ze we wszystkich wersjach mojej ksiązki „Spotkania z Tadeuszem Kantorem” jest dedykacja ; „ Pamięci mojej Matki, której zawdzięczam takie odkrycie…cricot” („In memory of my mother to whom – Krzysztof Miklaszewski – also owe my discovery of …Cricot”)

    rozmawiał Zbigniew Kresowaty

  • Zależności językowe, synonimy i sympatyczne mieszanki kulturowe na pograniczach

    Rozmowa z profesorem Michałem Łesiowem: pracownikiem naukowym kierownikiem Zakładu Filologii Ukraińskiej na UMCS oraz wykładowcą na KUL- u w Lublinie

    Zbigniew Kresowaty: Panie Profesorze pragnę zaprosić serdecznie do rozmowy ,w której mógłby Pan powiedzieć, z racji swej profesji, o pewnych zależnościach jakie powstają na pograniczu kultur, w tym i językowych, które funkcjonują jako tzw. synonimy czyli oboczności lub zapożyczenia językowe, co jak wiemy jest pewną „mieszanką” wiążącą sympatycznie te kultury z sobą… A mnie chodzi o całe pogranicze wschodnie, gdzie jeszcze przed II wojną światową istniały inne granice Polski ,Ukrainy, Białorusi , Litwy, a o ich stanie obecnym zdecydowano jak wiemy w Jałcie po II wojnie światowej, tym nie mniej kultury pozostały, bo pewne zależności, w tym i te językowe i artystyczne, powstawały przecież na przestrzeni wieków gdzieindziej i nie tylko na wschodzie. Wiemy, że to nie konkretne podziały polityczne, czasem choć nie zawsze, mają bezpośredni wpływ na kulturę obyczaju, czego częścią jest język zawierający tzw. zapożyczenia, przechodzące w synonimy. Trzeba wiedzieć również, że zachodzą tutaj także inne uwarunkowania, a w tym i ich etniczność, o czym mam nadzieję opowie Pan w tej naszej rozmowie, nazwijmy ją pochodnie „artystyczną”, gdyż mówić będziemy nie tylko o języku pogranicza wschodniego, ale innych zależnościach kulturowych tego regionu, jak i o Pańskiej wybitnej sylwetce, dokonaniach i autorytecie na Uczelniach w Lublinie. Zatem chcę na wstępie przybliżyć Pańską osobowość jako filologa i naukowca – językoznawcy co najmniej dwu kultur pogranicza, ale i pedagoga wieloletniego wykładowcy na UMCS i KUL-u w Lublinie. Pełnił Pan też funkcję Kierownika Zakładu Filologii Ukraińskiej na UMCS od roku 1993. Dodać należy, że jest Pan absolwentem KUL-u. Skądinąd wiadomo, że jest Pan autorytetem nie tylko na wymienionych tutaj placówkach szkolno – naukowych, gdzie spod Pana skrzydeł wyszło co najmniej a może ponad 600 magistrantów, ale i ponad 20 doktorantów. Jako wybitna postać, czynno – naukowa do dziś, ma Pan za sobą mnóstwo recenzji doktorskich, habilitacyjnych i profesorskich. Wspomnę, że Pańskie związki ze środowiskiem sięgają głębiej, bo w działania społeczne, gdyż jest Pan także w środowisku literackim cenioną osobą, nie tylko jako filolog – ale twórca i krytyk literacki, recenzent i publicysta. Jest Pan także, jak już wspomniałem, społecznikiem mocno zaangażowanym w wspieranie merytoryczne kultury ukraińskiej w regionie, choćby w wszelkiego rodzaju remonty i renowacje cerkwi, czy odnowę innych sakralii, a w szczególności, wspieraniem dydaktycznym kleryków obrządku greko-katolickiego, za które to zaangażowanie jest Pan nagrodzony Medalem Pro Eclessia et Pontifice nadanym od Jana Pawła II-go. Czy zechce Pan jakoś potwierdzić moje sugestie i wiedzę o Panu, a może zechce Pan coś dodać lub sprostować? – Przyznam, że tych wiadomości mam więcej, i stopniowo będę je odsłaniał przy budowaniu klucza do zasadności kolejnych pytań, jak je nazywam „piętrowe”, gdyż pamiętajmy, że nie jest to wywiad, ale rozmowa o pograniczach kultur, a także o Pańskim dorobku twórczo – osobowym – Co mam nadzieję, w dalszej części, nie zmęczy Pana?- Zatem wróćmy do pierwszej części tego mojego wstępu… Dobrze jakby Pan przybliżył i pogłębił, na dalszy cel tego spotkania, zagadnienie samego pogranicza, jak to przebiega w stosunku do innych kultur jak:Ukraina, Białoruś a może i Litwy, a także wynikających z takiego związku „mieszankach”, operując może nie tzw. językiem wykładowym, ale i filozoficznym, który to związek ma na pewno swoje metaforyczne ujścia w obyczaju społecznym danego miejsca antropologicznie i prowadzi do czasu obecnie zastanego… Powiem więcej, że Pan już obchodził swoje 50-lecie pracy naukowo – dydaktycznej, a warto z tej okazji wspomnieć, że w roku 1955 wyszła pierwsza Pańska publikacja w renomowanym Miesięczniku „Język Polski” pt. „Oksytona pewnej gwary polskiej”, w dodatku do dnia dzisiejszego uzbierało się ok. 900 pozycji różnej objętości i treści, ale chyba się nie pomylę, jeśli powiem, że większość absolutna tych prac dotyczy spraw typu filologiczno – językowych z pogranicza polsko – ukraińskiego. Co z tego dorobku Pan uważa za najważniejsze i czy mógłby w niewielkim skrócie nakreślić Pan historię kolejnych przedsięwzięć naukowych oraz ustosunkować się do pierwszej kwestii tego wstępu, zawierającego różne pytania z dziedziny Pańskiej pracy naukowej?

    Michał Łesiów: Za zaproszenie do tej rozmowy dziękuję. Poczytuję to zaproszenie nawet za pewnego rodzaju wyróżnienie, a także za szansę do spokojnego, może głębszego, spojrzenia w swoje wnętrze z perspektywy czasu, i w swoje działanie nie tylko zawodowe, czego jakoś nigdy szerzej lub głębiej nie sumowałem, na co zresztą nawet i nie miałem czasu ani sposobności… Ale ktoś kiedyś powiedział, że każdy człowiek zasługuje na to, żeby z nim szczerze i poważnie porozmawiać, czy chociażby pogadać, a nawet i coś napisać… .Skoro i mnie się to przydarza, to na wstępie, bez fałszywej skromności czy jakiegoś „wychwalania” się, powiem ,że uważam się za przeciętnie normalnego człowieka, któremu się w życiu coś dobrego udało zrobić… Tak się składa ,że z przyczyn losowych, bo od samego urodzenia, byłem i żyję na pograniczu kulturowym i językowym, co dość szeroko rzutuje na moje działania naukowe poprzez zdobywanie wiedzy, której nigdy dość, ale i jej przetwarzanie ku dalszemu pomnażaniu przekazu młodszemu pokoleniu. Przyszedłem na świat w rodzinie dwujęzycznej polsko – ukraińskiej, gdzie nie tylko gwary się krzyżowały, ale i zasady współżycia tych dwu kultur, ich dwie gwary żyły w symbiozie. Nawet nie tak dawno wyraziłem się do kolegów z mego roku studenckiego z okazji 50- lecia magisterki na moim Jubileuszu, że jestem takim „pogranicznym” stworzeniem, któremu się właściwie ułożyło, być może dlatego, że od razu zacząłem wszystko dwujęzycznie, a ściślej mówiąc – moja cała egzystencja zaczęła się dwoma gwarami- zachodnio – ukraińską gwarą naddniestrzańską od ojca i rodziców ojca, moich dziadów Tacjanny i Pantelejmona i stryja, bo to była rodzina grecko-katolicka o ukraińskiej świadomości kulturowo –narodowej oraz po polsku , czyli polska gwara „kresową” do matki i rodziców matki Michała i Elżbiety i całej rodziny Bielawskich, która za swój ojczysty język uważała mowę polską, gdyż byli oni obrządku rzymskokatolickiego, chociaż posługiwali się swobodnie, jak wspomniałem, dwiema gwarami. To wiele wyjaśnia i daje na pewno tutaj dużo do myślenia. Było to miejsce moim początkiem dla późniejszych moich zainteresowań językoznawstwem słowiańskim i porównawczym, gdzie pewne zadatki zaczęły się bardzo wcześnie, co dobrze czuję, a wszystko to się zaczęło prawdopodobnie wtedy, gdy jeszcze nie umiałem pisać jako dziecko…A pisać i czytać po ukraińsku nauczył mnie ojciec, gdy miałem 5 lat. Natomiast polskiego czytania i pisania miałem się nauczyć w miejscowej szkole czteroklasowej polskiej, gdy skończyłem 7 lat, czyli w roku 1935. Wybuch II wojny nie pozwolił kontynuować nauki w oddalonej o 7 km. szkole w Monasterzyskach w ówczesnym powiecie buczackim woj. tarnopolskiego. W wyniku okupacji rosyjsko – sowieckiej rodzice nam nie pozwolili chodzić do szkoły w miasteczku, bojąc się bolszewizacji i ateizacji. Tym nie mniej musieliśmy później kontynuować naukę, gdzie dodano nam język rosyjski, o czym powiem jeszcze później w tej rozmowie. Kontynuując powiem jeszcze, że w roku 1941 wkroczyły na nasze ziemie wojska niemieckie, i wtedy edukację dalszą kontynuowałem w Monasterzyskach w języku ukraińskim, a język rosyjski zastąpiono niemieckim, dodatkowo uczyliśmy się też łaciny. Szkołę Średnią rozpocząłem w Stanisławowie. Natomiast repatriacja do Polski nastąpiła już w nowych granicach pojałtańskich, gdzie znaleźliśmy się na terenie Pomorza zachodniego nad Odrą w powiecie chojeńskim. Dalszą edukację już zdobywałem w Dębnie L., Gryfinie i w Gorzowie Wlkp. ,gdzie w 1950 zdałem Maturę, jako 22 letni człowiek. Dlaczego aż tyle przytoczyłem o swoim rodowodzie? – Dlatego, żeby uzmysłowić na czym tak naprawdę sam wzrastałem, co mnie tworzyło, a co jest dziś taką zasadną i solidną podstawą, a i jednocześnie taką rodową mieszanką kulturową, na jakiej zbudowana została moja językowo-filologiczna zawodowa „kariera” a także byt wielu innych egzystujących tam w owym czasie ludzi. Jest to odpowiedź na pana sugestie, a jednocześnie tłumaczy to skąd się biorą zainteresowania, i jak tworzyły się przyczynki ku dalszemu mojemu losowi jako wykładowcy. Uzmysłowić tu trzeba wyraźnie to moje miejsce „mieszania” się dwu języków i pojęć, gdzie wzajemne zapożyczenia pojęciowo – językowe, które ja z autopsji obserwowałem jako wrażliwe dziecko co w efekcie nasiąkało kulturowo, a co z kolei musiało znaleźć swoje odbicie w dalszej takiej czy innej być może rzeczywistości… Jeżeli idzie o moje inne zainteresowania choćby i te literackie – owszem, działam w środowisku lubelskim w organizacji Stowarzyszenie Twórców Ludowych i uczestniczę w pracach Eurepejskiego Kolegium Polskich i Ukraińskich Uniwersytetów. Wspieram merytorycznie wszelkie działania na rzecz kultury ukraińskiej, w tym remonty i renowacje cerkwi oraz bardzo interesuję się swoją drugą kulturą, co jest moim obowiązkiem wobec rodziny, a przede wszystkim ojca mego Jakuba (Jakowa), który nie wrócił z wojny mając 43 lata, a ja kończyłem wówczas swoje 17 lat. Powiem, że gdybym natomiast mieszkał losowo na Ukrainie pewnie tak samo mierzyłbym uczuciami ku Polsce i uskuteczniałbym swoje działanie na rzecz jej kultury co czynię także obecnie… Co się zaś tyczy mojego dorobku naukowego dodam ,że wspomniany przez pana tytuł artykułu opublikowany jako mój debiut naukowy to fragmencik mojej pracy magisterskiej „Gwara mieszkańców wsi Huty Starej w byłym powiecie buczackim, która była podstawą zakończenia studiów polonistycznych na KUL- u i zdobycie tytułu magistra. A jest to o gwarze mojej rodziny po matce – gwara „kresowa” polska z wielką ilością ukrainizmów, a więc jest to opis wycinka pogranicza językowego. Następną dysertacją być miała i była dysertacja doktorska, a dotyczyła „Języka dramatów zachodnio-ukraińskich XVII – początek XVIII w. ,którą obroniłem w 1962 roku na Uniwersytecie Warszawskim. Te dwie dysertacje ; magisterska i doktorska były podstawą materiałową kilkunastu rozpraw i artykułów opublikowanych w czasopismach i zbiorkach polskich i ukraińskich, a prace te weszły w obieg naukowy slawistyki i były de facto przyczyną zaproszenia mnie na wykłady gościnne z zakresu językoznawstwa ukraińskiego do Instytutu Studiów Ukrainistycznych w Uniwersytecie Harwardzkim w roku 1973/74. Potem przyszła habilitacja. Dodam, że udało mi się później wydać jeszcze kilka pozycji osobnych. A są to ; „Ukraina wczoraj i dziś”(1994/1995), „Szkolna gramatyka języka ukraińskiego” (1995) , „Gwary ukraińskie w Polsce” (1997) , „Rola kulturotwórcza ukraińskiej cerkwi grecko- katolickiej” (1994 – wyd. I , w 2001- wyd. II). Pisałem także wstępne słowa do ok/ 10 zbiorów i tomików wierszy poetów ludowych i zbiorów folklorystycznych. Obecnie przygotowuję do druku swoje eseje czy „gawędy” o Ukrainie, które „głosiłem” w Radiu Lublin przez ostatnie 7 lat. Natomiast wspomnę, że pełną bibliografię moich wszystkich prac drukowanych umieszczono w publikacji pt. „75- lecie urodzin Profesora Michała Łesiowa. Dorobek naukowo – dydaktyczny i działalność społeczna”- Lublin- Łuck 2003r w serii „Polsko – ukraińskie spotkania językoznawcze „, w którym to wydaniu są także zawarte moje przyjaźnie z młodszymi kolegami i uczniami, późniejszymi profesorami i wykładowcami, że wymienię: profesorów Jerzego Bartmińskiego, Michała Sajewicza oraz Feliksa Czyżewskiego i wielu innych, z czego jestem ogromnie usatysfakcjonowany i dumny…

    Z. K. Miał Pan pewnie wielu przyjaciół, z którymi łączyły was konkretne zainteresowania, i które to przyjaźnie, powiedzmy nie tylko zawodowe, wpłynęły na poszerzenie i pogłębienie wiedzy nie tylko w swej profesji… Może wspomni Pan o studiach? – Wiemy już o źródłach i zależnościach pochodzenia Pańskiej „mieszanki” kulturowej . Zatem wszelka wiedza i wiadomości idą jakby z „pierwszej ręki”, co na pewno jest bardzo ważne dla naszego spotkania… Wiele się działo wśród ludzi na pograniczach, co zresztą dość ciekawie, bo trochę przebarwiając, kontrowersyjnie opisał Odojewski w „Oksanie”, a co zresztą i Pan wspaniale krytykował na łamach Przeglądu Artystyczno Literackiego -PAL, wydawanego przy UMK w Toruniu, kilka lat wstecz i trochę zarzucił Pan pisarzowi imaginacje co do samego bohatera powieści, jak również omówił uzasadniając pochodzenie imienia Oksana, omówił Pan inne opisy z powieści ,np. o Świętach Bożego Narodzenia… Wspominał Pan także o semantyce i zaśpiewie regionu i domniemanego miejsca ,gdzie toczy się fabuła tej książki, skądinąd nagrodzonej Nagrodą Literacka „NIKE” – Może Pan w powiązaniu z historią przytoczy fakty z autopsji, co może być nawet kontrowersyjne w stosunku do książki Odojewskiego?. Skądinąd wiadomo, że i on stamtąd pochodzi…

    M. Ł. – Zatem proszę pozwolić, że ustosunkuję się do pierwszej kwestii pana pytania. O tak! – Miałem szczęście do wspaniałych nauczycieli i dobrych kolegów, jeśli idzie o świadome życie już zawodowo twórcze, a głównie przygotowujące do zawodu. Zaczęło się to na studiach, które odbyłem w pierwszej połowie lat 1950-tych na Kul-u. Tutaj słuchaliśmy wykładów z językoznawstwa prof. Tadeusza Brajerskiego, u którego pisałem magisterkę. W Sekcji Językoznawczej Koła Naukowego Polonistów KUL znalazłem się pośród takich studentów późniejszych wybitnych profesorów jak: prof. Zenon Leszczyński, prof. Bogusław Kreja, inni. Wspomnę tutaj wspaniałego prof. Czesława Zgorzelskiego, do którego chodziłem na preseminarium z romantyzmu i realizmu, prof. Irenę Słowińską, prof. Jerzego Starnawskiego i wielu innych. Wielu tych wymienionych i nie wymienionych to postacie wyjątkowo świetlane, o których pamięć zachowuję pod sercem przez całe swoje dalsze życie, to zawodowe i prywatne. A zaczęło się od roku 1956, kiedy po „Polskim Październiku” nie działał już niepisany, ale realizowany zakaz przyjmowania do pracy w różnego typu szkołach absolwentów KUL-u , o czym dobrze wiemy. Pisałem listy z wieloma innymi przyjaciółmi z Ukrainy, gdzie wymienialiśmy swoje myśli, w tym i naukowe… Pamiętam jak to korespondowałem z profesorem Petro Tymoszenką z Uniwersytetu Kijowskiego, z prof. Josyfem Dzendzeliwskim z Użhorodu, prof. Olexa Horbatschem te jego treściwe listy pisane po polsku były cenne i zostaną wnet opublikowane w jednym z filologicznych zbiorków lwowskich… Pisywaliśmy wtedy z sobą bardzo żarliwie w latach 1960- 1970, kiedy na łamach warszawskiego ukraińsko – języcznego Tygodnika „Nasze Słowo” prowadziłem „porady językowe’, które stały się popularne nie tylko w Polsce, ale też w innych krajach Środkowo – Wschodniej Europy. Były to niezwykle ciekawe i interesujące rzeczy, że przyjmowane nie tylko jako publikacje ale kontakty, wówczas przez cenzurę PRL- owską bardzo mocno podejrzane… Co się tyczy dalszej części pana piętrowego pytania i jego kwestii powiem tak – Z mojego doświadczenia życiowego wiem ,że język to rzecz ważna i należy się nim posługiwać funkcjonalnie, zdając sobie dokładnie sprawę z tego, w jakiej sytuacji jaki system językowy używać, żeby nie tylko nie narazić się na jakieś „fau pas”, ale też należy zadbać, żeby i komuś zrobić przyjemność ku dalszej rozmowie i kontakt utrzymać na poziomie. Ja ze swoim dziadkiem po ojcu Pantelejmonem, którego nazwisko dumnie noszę, gawędziliśmy sobie po naszemu, to znaczy gwarą naddniestrzańsko – ukraińską. On brał mnie za rękę i obchodziliśmy okoliczne wioski, odwiedzając dalszą rodzinę, i jego kolegów z wojska austriackiego, czyli galicyjskich byłych żołnierzy… Wspomina pan „Oksanę” –prowokując do wypowiedzi nie tylko o tej powieści, ale domyślam się ,że celowo ,gdyż fabuła tej książki, zbliżona jest do autentyczności. Jest to opis tamtych moich naszych stron, poprzez rozmowy starszego pana „pozawałowca” Polaka z przypadkowo spotkaną panią, w średnim wieku Ukrainką .Odojewski tak ustawił sytuacje i konteksty, żeby była to taka „licentia poetica” takie jakby zadość uczynienie temu, co mogło się wydarzyć wtedy w okresie dwudziestolecia międzywojennego, na terenie Galicji Wschodniej po wojnie polsko – ukraińskiej, która się przedłużała przez całe owo dwudziestolecie i dwie okupacje, aż do tzw. wielu repatriacji, które nazwałbym „ekspatriacjami”, bo pozbawiły one setek tysięcy ludzi, a może i milionów „Małych Ojczyzn”. A także naraziły ich na tęsknoty za „naszymi stronami” i pozbawiły płonnej nadziei, że kiedykolwiek tam wrócimy, co się do dziś nie stało, bo i przy wiadomych uwarunkowaniach historycznych stać się nie mogło… Należy tutaj powiedzieć, że ta bardziej oświecona część owych „ekspatriantów” znalazła się poza „żelazną kurtyną”, i tęsknota za krajem lat dziecinnych stawała się dla nich tęsknotą z biegiem lat coraz bardziej teoretyczną, a dla niektórych nośnym motywem literacko- artystycznym jak np. u Odojewskiego. Książkę Włodzimierza Odojewskiego czytałem z ogromną ciekawością, a jednocześnie z mieszanymi uczuciami. Jeżeli idzie o pewne fakty z opowieści przytoczę tu np. obchodzenie Świąt Bożego Narodzenia – pisarz pisze, że obchodzono je dwa razy według dwu różnych stylów konfesyjnych – juliańskiego i gregoriańskiego i o kolędach, które w obu językach tak symptomatycznie brzmiały. Bohater w „Oksanie”, dla mnie widział się jako ten szczęściarz, który należał do narodu państwowego, mającego „czyste” karty w swej historii najnowszej, którego to się nie posądza o jakieś brzydkie sprawy, a który to jako „panisko” jeździ sobie po Europie zachodniej mimo, że jest po zawale , ma za co się bawić, a nawet może sobie pozwolić na romans ze znacznie od siebie młodszą kobietą… Wskazać należy na to, że ta kobieta należy do narodu, któremu się nie udało po I wojnie światowej odrodzić ani wskrzesić własnego państwa narodowego, a który to naród został podzielony na 4 różne państwa powojenne i był narodem, który od każdego z tych, jako innego panującego cierpiał ucisk, a głównie moralny, bo posądzało się go o nacjonalizm, co było, i tu proszę mi wierzyć, nonsensem… Posądzano naród ukraiński o cały dramat, o wszelkie kolaboracje, i inne terroryzmy, itp. różne rzeczy… Notabene naród ten nie mógł się de facto bronić. I dlatego należy wiedzieć, że te rozmowy w książce są rozmowami Polski z Ukrainą, jeszcze przed zdobyciem przez Ukrainę suwerenności państwowej i kulturowej. To sposób pisarza na książkę, i być może na wywołanie dyskusji(?), co jest na pewno intrygujące… Ja natomiast dobrze znam tamtą historię i fakty, jak już wspomniałem, dlatego musiałem odnieść się do kwestii dość krytycznie i jakby z osobnego punktu widzenia…

    Z. K. Przyznam natomiast, że mnie to także bardzo interesuje, gdyż Pańskie pochodzenie Profesorze jest miejscem urodzenia mego ojca Józefa – a jest to Celejów w województwie Tarnopol, natomiast mama moja Helena pochodzi spod Zbaraża (wieś Łozówka) .Poznali się oboje już na „Ziemiach Odzyskanych”. Moje nazwisko wyraźnie określa pochodzenie, chociaż matka ojca z domu Fetków była pochodzenia ukraińskiego i obrządku prawosławnego, której nie widziałem nigdy na oczy, jak tylko na zdjęciu pod chatą krytą słomą, a które był ojciec zrobił i przywiózł stamtąd w roku 1966-tym, babcia żyła 98 lat. Ja ciągle się uczę swego pochodzenia i dowiaduję się wielu nowych rzeczy, gdyż nie wzrastałem tam ale tu na zachodzie, jako taki kresowy mutant na Dolnym Śląsku… Wydaje mi się bardzo słuszne Pańskie odniesienie do kwestii narodu, choćby też wynikającej z fabuły tej książki i co do tamtych zależności i zaśpiewów, gdyż ma Pan wszelkie powody ku temu, żeby tak właśnie racjonalnie sądzić… Może odniesie się Pan do kwestii Ukrainy na dziś ? – Co uciekło, a co zostało, co
    tutaj jest najcenniejsze?- Może zechce Pan Profesor odnieść się szerzej do kwestii sensu stricto wolnościowych Ukrainy – Warto było czekać? Zmieniły się realia polityczne – a Europa wróciła trochę zmieniona z otwartymi rękami… Gdzie tak naprawdę są granice Ukrainy – a gdzie Polski?- Zawsze chyba jest tak, że jak wraca dana państwowość to ten dany Naród ustala na swój powrót granice, żeby je utwierdzone później znów otworzyć dla innych wspólnot, bo chcąc żyć w zgodzie trzeba burzyć granice – ale nigdy tradycje! – to naturalne?

    M. Ł . Jest Pan „kresowiakiem” z pochodzenia, i to jest pewne, chociaż nie dlatego, że nazwisko brzmi „Kresowaty”, o czym powiem za chwilę przytaczając pojęciowo kwestie współżycia z ostatniego wieku na pograniczu, robiąc wstęp, jeżeli wolno, co do pana pochodzenia… A mianowicie, rodzice pana to to pokolenie, które w absolutnej większości musiało opuścić swoją „Małą Ojczyznę”. Wielu to zrobiło, żeby jakoś znaleźć się choćby bliżej Europy, inni pojechali za tzw. „chlebem” za ocean przed II wojną światową .A inni wygnani zostali nie chcąc przyjąć obywatelstwa radzieckiego na przyłączonej do ZSRR Ukrainie, przez stalinowców ,zaraz po II wojnie światowej. Wielu chciało wyjść z tych terenów, gdzie okupanci dokonali wiele złego i gdzie tak bardzo przykre zaistniały sytuacje w stosunkach wielowiekowych sąsiadów, z gruntu rzeczy narodami chrześcijańskimi, a co miało miejsce także w Galicji Wschodniej między katolikami dwóch obrządków, czego się nikt nigdy nie spodziewał nawet przed I wojną światową! – Wracając do rzeczy, należy tutaj pamiętać ,że pierwszą poważną wojną odradzającego się państwa Polskiego w roku 1918 była wojna polsko – ukraińska właśnie na tym mocno uświadomionym narodowościowo terenie, który w okresie międzywojennym prowokacyjnie zaczęto odgórnie nazywać Małopolską Wschodnią, o czym mało kto wie. A potem zaczęło się coś w rodzaju „kolonizacji” terenu , zasiedlanie osadnikami z rdzennej Polski, obok przeludnionych wsi ukraińskich i po części dawnych polskich (rzymsko-katolickich). Zaczęli się pojawiać „koloniści” zasiadający na obszernych połaciach ziemi, która z reformy rolnej wtedy należała się tylko Polakom. Ojciec mój opowiadał, że też chciał nabyć ziemie – ale mu postawiono warunek, żeby się przepisał z obrządku grecko-katolickiego na rzymskokatolicki. Rosło wtedy tam poczucie niesprawiedliwości. Warto wiedzieć, że w okresie międzywojennym było wśród chrześcijan na tym terenie właściwie trzy „narodowości” ; Rusini – Ukraińscy, Polacy i Mazurzy. Nazwą Mazurzy określano owych kolonistów. Mazurzy wiele ucierpieli po przybyciu na te tereny Armii Czerwonej. Władza radziecka ich deportowała wraz z inteligencją urzędniczą głównie polską, ale też i ukraińską. Każda inteligencja, o czym wiemy, była zagrożeniem dla komunistów, co udzieliło się później najbardziej w Katyniu i Miednoje, a łagry stalinowskie były przepełnione po brzegi na Syberii. Wielu Ukraińców w okresie międzywojennym wyjeżdżało,
    co jest paradoksem, za pracą także do Polski, lub na Białoruś i Litwę. Należałoby tutaj zrobić dalszy wykład o dziejach tego regionu, lecz obliguje nas pojemność tej rozmowy, zatem ograniczę się do faktów… W roku 1941, jak wiemy, wkroczył na Ukrainę okupant niemiecki. I cóż się wtedy stało – choćby w zakresie oświaty? -Zaczęły powstawać szkoły w większości miast, szkoły średnie z językiem ukraińskim we Lwowie, Stanisławowie, w Sokalu czy w Krynicy i Przemyślu jak i Jarosławiu. – Co za ironia! – gdyż nie mogły nigdy środowiska ukraińskie dobić się o to u panujących wtedy tam Polaków – A tu okupant dał ludowi ukraińskiemu więcej niż swój brat Słowianin! – Zatem dochodzimy tu do fundamentalnych kwestii istnień narodowych i ich losów takich bardzo różnorodnych dramatów, a także do konsekwencji, jakie później wynikły losowo dla obu narodów, co zapisane jest w historii, choć trochę jeszcze pofałszowane… Dziś jest czas łączenia i jest czas otwarcia na pojednanie… Jak uczy nas historia, zawsze się narody i plemiona łączą wiekami, jak pan mówi, żeby się znów dzielić, a potem znów przychodzi nowe łączenie, które się różnie nazywa i różnie narodom służy…

    Z . K . Dlatego jeszcze, Panie Profesorze pozostańmy na Kresach, i w kwestii kultury pogranicza… Ale ja uparcie szukając też klucza, do tej bardzo interesującej rozmowy, nazwę ją retrospektywną, mam taką kwestię i prośbę, żeby jednak Pan Profesor zechciał przeprowadzić takie krótkie doświadczenie naukowe wyjaśniające, jakby na „żywym organizmie „, badanie naukowe na mnie, i wydać swoją opinię co do takiej rzeczy – Otóż we współczesnym języku polskim używany jest stosunkowo często synonim do pojęcia pogranicza, albo wyraz bliskoznaczny a mianowicie „kresy”, który też pisany jest wielka literą Kresy. W wydanej Nowej Encyklopedii Powszechnej PWN t.3, Warszawa 1995 , s. 554 czytamy: ” Kresy to część kraju leżąca blisko granicy, zwłaszcza dawne polskie pogranicze wschodnie; początkowo stanowiska wojskowe z pogranicza Podola i Ukrainy, strzegące Rzeczpospolitą przed najazdami tatarskimi, mołdawskimi i kozackimi, z czasem kresy zaczęły oznaczać pogranicze ziem wschodnich. Po rozbiorach Polski nazwę kresy nadawano wszystkim prowincjom wschodnim dawnego państwa , stopniowo także innym ziemiom przygranicznym” – Wspomniał Pan kiedyś aluzyjnie, w innym artykule w PAL-u, kilka lat wstecz, że: „sam wyraz kresy pochodzi z niemieckiego Kreis w znaczeniu: linia , granica, obwód powiat”, a wyraz ten w formie mnogiej oznaczał pierwotnie „stójki, pocztę wojskową” -Powołał się Pan , jak pamiętam, na Słownik etymologiczny języka polskiego – Warszawa 1970 , s.266.Jeżeli Pan pozwoli uczynię znów nieskromnie małą dygresję do mego nazwiska „Kresowaty”, a wiąże się to z moją wizytą u Ernesta Brylla, gdzie przy jakiejś dyskusji powiedział mi poeta, że słowo Kresowaty pochodzi od kryzy, czyli od tego ugodzenia czymś po twarzy, co mogło być czynem popełnionym na moim pradziadzie i od tego właśnie miałbym się zwać Kryzowaty ?- czyli gdzieś tam na wschodzie ktoś mego praprzodka zdzielił szablą, co w efekcie szeroko otwartej szramy utworzyło w czasie takie znamię… Może zechce Pan na moim przykładzie się odnieść do kwestii tego synonimu, co do pochodzenia mego nazwiska, i wydać swój werdykt, choć prowokacyjnie dodam tu, że to niezbyt zwięzłe określone, bo przy tym określeniu zdaje się dziś powinniśmy użyć przydawki: wschodnie, lub zachodnie kresy – Jak to właściwie wygląda?

    M. Ł . – Proszę pana, do wyrazu Kresy nie musimy dodawać przydawki „wschodnie- zachodnie, inne”, bo bez przydawki to właśnie znaczy tę część obszaru, który był przez wieki opanowywany, co jest paradoksalne, przez polski żywioł z zachodu. I kiedy ktoś mówił do niedawna Kresy, to miało się na uwadze to, co dziś nazywamy a rozumiemy:Ukrainą, Białorusią, Litwą, lub wszystko to razem wzięte, a więc wschodnią część byłej Rzeczpospolitej dwojga, trojga, czy nawet wielu Narodów. Natomiast przyznam, że Ukraińcy nie lubią tego wyrazu, chyba też Białorusini i Litwini. A być może dlatego, że ci którzy tego terminu używają, niezbyt chętnie wyartykułowaliby współczesną nazwę terenu Ukraina, Białoruś , Litwa, zastępując je wyrazem zamiennym, i tylko dla mówiącego ulokowanym odpowiednio – Kresy. Mamy więc do czynienia z pojęciem tego, co można by określić jako „polsko – ukraińskie pogranicze językowo – etniczno – kulturowo – konfesyjno – religijne”- prawda? –długie to także pojęciowo, dlatego bo to pogranicze zmieniało się swym zasięgiem przez kilka wieków, od średniowiecza aż po prawie dzień dzisiejszy. Obecnie w Rzeczpospolitej „Trzeciej” słowo Kresy używane jest coraz rzadziej i chyba tylko przez Polaków, którzy do miejsc swego urodzenia mają stosunek wielce sentymentalny. A ta mała stosunkowo smużka terenu wzdłuż granicy z Ukrainą, Białorusią i Litwą, jak mi się wydaje, Kresami nie jest tak często nazywana, bo to już Łemkowszczyzna, rzeszowskie, przemyskie, chełmskie i dalej podlaskie, suwalskie… Zatem „Kresy” stają się wyrazem coraz bardziej archaicznym, prawie historyzmem. Przejdźmy zatem do sedna pana prowokacyjnego pytania – Co się tyczy pańskiego nazwiska, jak sądzę, etymologicznie niewiele z Kresami ma ono wspólnego. Według słownika nazwisk współcześnie w Polsce używanych (1993 ) nazwisko to nosi obecnie w kraju ok. 25 osób w postaci: Kresowaty i Kresowata wyłącznie na terenie zachodnim byłych województw (legnickie, opolskie, wałbrzyskie, wrocławskie , zielonogórskie) i w postaci fonetycznie nieco zmienionej ze zwężenia „e” do „y”, czyli Krysowaty także 26 osób na tym samym terenie, gdzie osiedlili się po drugiej wojnie światowej „kresowiacy”. Jaka więc może być etymologia tego nazwiska? – Z całym szacunkiem dla Ernesta Bryla śmiem twierdzić, że jego przypuszczenie, że to nazwisko od kryzy, czyli od wielkiej szramy po cięciu na twarzy, nie wytrzymuje krytyki językoznawcy etymologa .Czy jest jakiś taki przymiotnik, który by mniej więcej pokrywał się z brzmieniem i dalej ewentualnym znaczeniem etymologicznym tego antroponimu? – Nie znajdując takiego wyrazu w słownikach polskich, a należałoby szukać pod krze- ,albo krzy -, zaglądam do leksykonów ukraińskich i co tam znajduję? – ano przymiotniki: krysatyj, krysłowatyj, co znaczy gałęzisty – a ten ostatni w przenośni znaczy napuszony?. A więc, tak czy inaczej, wracamy znów na „kresy”, gdzie takie wyrazy z ukraińskiego wzięte przez kresowiaków były używane, a następnie aż nad Odrę w wyniku powojennych migracji zaniesione. Może się pan Zbyszek Kresowaty nadal czuć potomkiem kresowiaków, może nawet przez to pańskie rzadkie nazwisko w Polsce może się czuć jakoś nawet wyróżniony,
    tym niemniej na pewno nazwisko mówi o miejscu skąd pana rodzina pochodzi. Dodam jeszcze, że to jest nazwisko, które etymologicznie z pojęciem określonym przez wyraz Kresy nie ma jednak nic wspólnego, a już na pewno z tym co pan wcześniej podejrzewał i przytoczył powołując się na historyka i poetę.

    Z. K . Panie Profesorze pozostańmy jeszcze chwile przy synonimach, bo to nader interesujące! – Napisał Pan w eseju pt. „Różne są pogranicza językowo-kulturowe”(PAL 6/100 – 2000 r. s.45) mniej więcej tak- (sparafrazuję to trochę): że są one takim rodnym miejscem pewnych zapożyczeń zamieszkiwanych wspólnie z sobą różnych kultur, gdyż ludzie „pogranicznicy „bytujący razem chodzą do siebie, obcują i zaprzyjaźniają się, a w przyjaźni używają słów swoich i słów przyjaciół, często poślubiają się, co miało często miejsce tam na wschodzie… W przyśpiewce skierowanej do miejscowego kowala, którą Pan w tym eseju cytuje z terenu w obwodzie Tarnopol, w tejże samej wsi, do tekstu polskiego w jego wersji „kresowej” wchodzą formy czysto ukraińskie: diwczynońka – jako „dzieweczka” i wurota- jako „wrota”, a brzmi to tak:
    kowal kuji, kowal kuji, kowalicha duji,
    kuwalowa diwczynońka wurota maluji… „

    – Nie bez kozery przytaczam tę Pańską kwestię sparafrazowaną pioseneczką dla kolorytu tej rozmowy, może Pan coś jeszcze ciekawego dopowie? – albo też tutaj naprostuje ?

    M. Ł . Rzeczywiście wytwarzał się na tym pograniczu językowym i kulturowym i konfesyjnym specjalny typ folkloru, który obsługiwał: Rusinów -Ukraińców i Polaków – Łacinników – głównie na wsi i w małych miasteczkach. Folklor ten stanowił niekiedy, a nawet dość często, taką sympatyczną mieszankę elementów ukraińskich i polskich, nie tylko w zakresie wątków, ale też niekiedy w samej strukturze tych dwu razem spokrewnionych języków potocznie używanych również dla celów artystycznych. Dodam, że na tym pograniczu o szerokim zasięgu geograficznym, zmieniającym się w ciągu wieków mieszkali po sąsiedzku obok siebie często ludzie o mniejszości uświadamianej odrębności językowo- kulturowo- konfesyjnej, co powtarzam ciągle, i mogła w okresie romantyzmu zaistnieć tu bogata swoimi wytworami artystycznymi „ukraińska szkoła literatury polskiej” czyli polskojęzycznej. Natomiast romantycy piszący po polsku włączali w tkankę słowną swych utworów wyrazy ukraińskie jako swoje, ludu swojego wyrażenia, bo nie było wtedy tak bardzo jeszcze wiadomo, do jakiego języka to mówienie ludu należy. A gdyby nawet było wiadomo, nikomu to nie przeszkadzało, bo ostre i „obowiązkowe” oddzielanie się tych dwu kultur słownych rozpoczęło się później, kiedy pojawiła się nadzieja na niepodległość narodową państwową, kulturową, o czym marzyli nie tylko Polacy, ale też i Rusini -Ukraińcy, obudzeni przez prądy wolnościowe ze snu obojętności plemienno- narodowej. Jakież to wszystko było pięknie fascynujące!- a samo wejście w materię tego zjawiska było i nadal jest ,dla wielu filologów i literaturoznawców tak polskich jak i ukraińskich, warte głębokiego zbadania i przemyślenia .Natomiast powstaje pytanie- Co z tego zostało do dziś? – Została sympatyczna polszczyzna kresowa i galicyjsko – lwowska odmiana języka ukraińskiego, pełna cech polskich dźwiękowych i słownikowych, czego nie bardzo znosili Ukraińcy naddnieprzańscy, a szczególnie ci sowieccy badacze… A ci z kolei badacze wszelkie takie przejawy słowne ukraińskie, powstałe pod wpływem polskim, uznawali za „zaśmiecanie” języka ukraińskiego, bo według nich dobry wpływ na ten język mógł wywierać tylko język rosyjski .Gdy w roku 1960 byłem na stażu naukowym, jako jeszcze zupełnie młody filolog, to Kijowianie mi oznajmili, że jest tendencja nie dotykania problemem wzbogacania się wzajemnego języka ukraińskiego i polskiego, więc cieszyli się po cichu i prywatnie, że my tu w Polsce się tymi sprawami zajmować chcemy i nawet możemy. Stąd też była to zachęta do badania tych wzajemnych wpływów na różnych poziomach , języka potocznego i literackiego ogólnonarodowego, w historycznym aspekcie, w folklorze dawnym i tym do dziś dnia istniejącym typu „Hej sokoły”, czy „Tam szum Prutu , Czeremeszu Hucułom przygrywa, a wesoła kołomyjka do tańca porywa” – Co tu jest ludowe – a co pod ludowość stworzone przez mądrych i uczciwych amatorów ludowości , niech rozstrzygają filologowie i folkloryści czy etnografowie… A językoznawcy tutaj powinni również stawiać pewnego rodzaju kropkę na „i”, tak dla zwyczajnej ciekawości trochę akademicko-filologicznej, a może nawet – historycznej. Natomiast warto dodać, że badacze polskojęzycznych miejscowości w terenie, gdzie na wsi zwykle przeważała ludność ukraińskojęzyczna (Galicja Wschodnia, Wołyń, Polesie i tereny tzw. zazbrucza) odnotowują przykłady swoistego folkloru, w którym mieszczą się elementy językowe polskie z ukraińskimi, jak chociażby w tej kołysance śpiewanej dzieciom jednej i drugiej narodowości:
    „Oj lu-lu-lu, staryj hulu,
    Dam ci grejcar na cybulu,
    Druhuj ci dam na pytruszku
    Zakryszyty z bulby juszku

    Jest w tym tekście sporo form ukraińskich w strukturze jakby polskiej i już tak na prawdę nie wiadomo, jaki to język, ale na pewno nasz, bo brzmi sympatycznie! – Podobnie się zdarza z porzekadłami ludowymi używanymi przez Polaków „kresowych” np. „cieszy się, jak ditku ćwyczkom (Cieszy się z byle czego), „Cichu babu, szandar jde (tak uciszano żartobliwie kobietę zbyt gadatliwą , strasząc żandarmem – szandarem). Zdarzały się niekiedy bajki, w których często mieszały się języki, bo pewne osoby musiały mówić po „rusku” dla urealnienia sytuacji. A tak już półżartem – pół serio, mogę powiedzieć z autopsji, że miejscowi Polacy, gdzieś tam na Podolu w swoim poczuciu własnej wartości docinali Rusinom – Ukraińcom w niezbyt eleganckiej formie, ale też z elementami kresowego gwaru, np.:
    u Rusina dupa sina,
    A w Polaka wse jednaka („wse” to ukraińska forma tego, co po polsku byśmy powiedzieli „zawsze”). Był to folklor użyteczny, żeby sobie wzajemnie podokuczać, co nie miało żadnych niepożądanych skutków ubocznych przynajmniej do pewnego czasu, kiedy dwie okupacje i wojna stworzyła warunki na czyny niedozwolone i nieetyczne…

    Z. K. Zbliżając się ku końcowi naszego spotkania, i co tu dużo mówić, Pańskiego wykładu o pograniczu polsko – ukraińskim, pragnę zapytać, tak jak pytam podobnie wszystkich moich współrozmówców, jakby poza kwestiami Pana profesji a raczej jako autorytetu naukowo – moralnego i doświadczonego pedagoga ,o jakąś definicję słowa „autorytet” na dzisiejszy czas – na czas wolności ,ale też czas zachłyśnięcia się tą wolnością… Na pewno źle się dziś pojmuje wolność, a w efekcie wychodzi do kwestii wolności nieracjonalnie wprost wyważonymi drzwiami jakby za takim powiedzeniem Owsiaka „róbta co chceta” – I robią, nie zważając na moralność i zasady, na partnerstwo, na dekalog i kwestię uczuć to, co bliskie jest sacrum… Powiem to poetyką moją własną metaforyką: mnoży się zatem profanum, bo pola pszeniczne poświęcone wczesnym rankiem zarastają ostami, a nikomu nie chce się ich obrobić… Proszę wybaczyć, ale skłonny tutaj jestem do wypowiedzenia konsekwentnie swojej autorskiej opinii: Przede wszystkim, ta dzisiejsza wolność nie zawsze jest rozumiana jako odpowiedzialność, nazwijmy tę z tzw. „wyższego lotu”, odpowiedzialność na przyszły czas… Nie zawsze wolność bierze się z rozumu, ale pleni się ta wolność jako wyuzdanie, często chamstwo, wulgaryzm nie tylko młodych na ulicach i w tramwajach, i jeszcze ten ciągły brak szacunku do siebie do otoczenia, i ciągła fascynacja okrucieństwem i banałem w TV. Co także widać we wszelkiej sztuce dzisiejszych czasów, która jawi się jako subkultura i prawo. O sacrum nie ma dziś nawet co pytać. Owszem na pewno Młodość ma swoje prawa, ale jak widać dziś coraz mniej to prawo posiada wiedzy… Młodzi artyści występują wprost przeciw Świętemu Duchowi, inteligentnie wytresowani zasłaniają się odwagą słowa i obrazu, w swoich wypowiedziach publicznych… W czasach kiedy przynajmniej dwie kultury naszego świata kłócą się o sposób wyznawania wiary swojemu Bogu wszystko można uznać za usprawiedliwienie, nawet terroryzm? – Co Pan o tak stawianej kwestii może powiedzieć? – Czym dla Pana jest czas i miejsce- Czym jest Rodzina? – Czy jest potrzebna nam dyscyplina, co niektórzy cynicy zaraz tu mówią, że cenzura już była!. – Świat jakiś paradoksów, pomylenia pojęć – zupełnie jak na językowej Wieży Babel. Wiedza na pewno jest tym podstawowym warunkiem na likwidację głupoty i szowinizmu w tym i tego artystycznego, czy innych profanacji ku zachowaniu tradycji i korzeni… Na pewno wychowanie w rodzinie z zachowaniem spraw etyczno – moralnych, ale przyzna Pan jakież to dziś trudne! – skoro istnieje kultura skrótu, czyli obrazkowe czytanie rzeczy – internet. Może Pan wysnuć jakąś sugestię, lub chociaż dotknąć problemu tego powszechnego niepokoju i obaw po swojemu na bieżący wiek?…

    M . Ł. Nie tak dawno, na moje 75 lecie, redaktorka Radia Lublin pytała mnie podobnie o autorytety ,tak jak pan to robi w tej chwili, może bardziej o te moje osobiste także!- Wymieniłem wtedy swojego dziadka, o którym już mówiłem na początku, nauczyciela wiejskiego, który mnie uczył tuż przed początkiem II wojny światowej i wspomniałem zdecydowanie także mojego profesora, u którego pisałem pracę magisterską w roku 1955. A więc są to autorytety z dzieciństwa i mej młodości typu ludzi na wskroś oddanych- Dlatego wpierw zawsze kiedy mogę, wspominam przykłady mego dziadka i prof. Tadeusza Brajerskiego z KUL-u, które były mi dane w wieku rozbudzonej edukacji w szkole podstawowej i później wyższej, te autorytety to coś bardzo bardzo ludzkiego i naturalnego. Dlaczego oni ci własnie ludzie do dziś pozostali w moim umyśle i sercu jako niewątpliwe osobowości bez jakiejkolwiek skazy moralnej?- Dziadek miał dla mnie jako dziecka dużo czasu i cierpliwości, nauczyciel klas pierwszych w niedużej wiosce uczył wszystkiego: języka polskiego, ruskiego i ukraińskiego, rachunków, przyrody i w moim rozumieniu był to człowiek o największej wiedzy. Umiał zafascynować nas uczniów i zainteresować zawsze czymś ciekawym. Był stanowczy, pełen oddania i troski oraz bardzo cierpliwy… Podziwiałem Go i nie wyobrażałem sobie, że on mógłby czegoś nie wiedzieć. Marzyłem, żeby w przyszłości być takim samym jak on, żeby przynajmniej jakąś część wiadomości i umiejętności posiąść takich jak on miał… Natomiast profesor uniwersytecki, znany ongiś językoznawca na KUL-u w Lublinie prof. Tadeusz Brajerski był w moim- naszym rozumieniu, również bez skazy, był osobą prawdomówną, esteta językowy, przychylny bardzo, ani cienia w nim nie było chęci wykorzystania w czymkolwiek. Profesor prawie jak kolega, w owych najgorszych czasach 1950 –tych lat starał się pomóc, jak mógł, ale przede wszystkim emanował swoją postawą moralną, wiedzą, wzorem do naśladowania i osobowością bez cienia obłudy. Ale co z tego wynika? – Czym właśnie oni zasłużyli sobie na moje uznanie i pamięć ,i na to ,że są moimi autorytetami bezwzględnie? – Przede wszystkim tym, że umieli dotrzeć do mnie- dziadek do swego wnuka a profesor – do studenta .Oni nie wywyższali się ponad innych… Wielu innych mógłbym wspomnieć, z których czerpałem jak z dobrej księgi, ale odróżniałem szybko tych którzy dawali zupełnie zły przykład, zaślepieni stanowiskami i cynizmem. –Były to wzory negatywne, które również pamiętam, ale tylko przez mgłę. Mówi, pan, panie Zbyszku o sacrum i profanum. Myślę, że często dzisiaj sacrum czyli pewne świętości, nie koniecznie te świątynne, są profanowane – a profanum często bywa sakralizowane. Spośród 7 grzechów głównych na pierwszym miejscu staje pycha. To zasadniczy symptom zła, od którego zaczyna się już tylko tandem, o którym pan wspomina i napomyka, już nie tylko w sztuce, ale w sztuce bytu i między innymi również w stosunkach między – konfesyjnych, gdzie od lat przecież działa ekumenizm… Natomiast czynione próby dogadywania się na linii teologicznej w miejscu najbardziej odpowiednim właściwie bywa, że jest niweczony .A idzie głównie dziś o to, żeby owe konfesje chrześcijańskie przynajmniej zaczęły się wzajemnie szanować, rozumieć i tolerować a nie obwiniać o tzw. prozelityzm, czy inne „niecne” czyny… Spotkaliśmy się z sobą jako towarzystwo zupełnie nie tak dawno, jako różne odłamy chrześcijaństwa. I tam ze smutkiem usłyszałem z ust jednego z uczestników, że tu nie może być żadnych kompromisów… Podobno niepoprawni optymiści w tym miejscu mają nadzieje na Ducha Świętego, który odpowiednio zadziała zgodnie z naszą wiarą w samego Boga w Trójcy Jedynego. Dotyka pan ważnych dziś spraw, a mianowicie wolności. Za tym stoi cała etyka i działanie na rzecz bliźniego, a to się dokładnie pokrywa z nauką Pisma Świętego. Zmieniają się epoki, generacje, coś się dzieje, w myśl wynalazków, w myśleniu ludzkim się to i owo szybko odmienia. Pewnie jest coraz mniej w dzisiejszym życiu wysiłku fizycznego, ale jednocześnie jesteśmy coraz dalej od natury, której zewnętrznością jest usilnie odradzająca się przyroda i biologia… Coraz mniej śpiewamy i mówimy z radością do siebie a także z szacunkiem, choćby o swoim dorobku i stosunku do świata i do sztuki… Coraz mniej jest dobra. Ale z nadzieją patrzę na ten młody narybek, moje wnuki, które określam bardzo optymistycznie jako „pokolenie Jana Pawła II-go”, a ironicznie pokoleniem „tysiąc dwieście brutto” .Jest to pokolenie bardziej zróżnicowane jak ongiś moje, i powiem – że to nowe pokolenie ma również różne poglądy, na pewno nie jest to pokolenie pokory jak to sprzed którejkolwiek wojny, czy zawieruchy tu wcześniej przeze mnie wspomnianej .Ale mam nadzieję, że nie jest to pokolenie gorsze od naszego, tylko inne , być może w swoich pewnych sprawach nawet mądrzejsze(?) i kto wie, być może bardziej tolerancyjne(?). Oni – młodzi dobra uczą się czasem na złu, bo musi być przeciwwaga .Ale gorzej gdy szala zła przeważy ciężar jakościowy dobra?- Rodzina ?– cóż, kiedyś każda rodzina była co najmniej trzypokoleniowa, gdzie dziadek czy babcia również wychowywali a jednocześnie stawali się najbliższymi autorytetami i to jest jasne, każdy o tym wie .A całą rodzinę wiązał stół, wspólne śpiewanie, wyjście tu i ówdzie… Tego nie ma dziś, wszystko biegnie w pośpiechu w globalizację, nie bacząc co przyniesie takie nowe działanie. Nikt nie powie, że telewizor nie wychowuje – bo na swój sposób wychowuje – śmieszne to i żałosne! – dlatego to telewizja jest dziś takim tajnym autorytetem. Myślę jednak, że trzeba szanować poglądy młodych, ale tych, którzy pragną wiedzy, a ulica to naprawdę nie jest autorytatywność pokolenia, chociaż bywają zbiorowości młodzieżowe, godne podziwu i szacunku… W odniesieniu do młodzieży jestem dobrej myśli, bo i nasze dzieci i wnuki są zwykle w normie, jak to się mówi, wiekowej. A przed nimi życie i nieraz trudne wyzwania.

    Z.K. Drogi Panie Profesorze, jeśli o czymś zapomniałem lub przeoczyłem, albo powinienem był zapytać – proszę mnie upomnieć, lub cokolwiek na uzupełnienie tej rozmowy dodać i przytoczyć… Będę ogromnie wdzięczny i spokojny, że wyczerpaliśmy dobrze ten czas i w słusznej skądinąd sprawie. Bardzo proszę Profesorze!

    M. Ł . – No cóż? – gdyby się mnie pan zapytał jak się czuje obecnie profesor na emeryturze, to odpowiedziałbym tak jak ongiś swej córce Hani – A mianowicie, zapytała ona mnie kiedyś tak: „Kiedy Ci, tato było w życiu najlepiej?” – ja zupełnie szczerze, długo się nie zastanawiając wtedy odpowiedziałem tak: „Teraz Haniu, teraz, kiedy po ukończeniu 70 lat przeszedłem w stan wolny, bo już niczego nie muszę, a jeszcze to i owo mogę!”- Powiem otwarcie, że mam to szczęście, że nadal pozwala mi się mieć opiekę nad magistrantami i doktorantami, że mi ich wciąż przybywa… Mam jeszcze wiele prac do oceny, mam dużo jeszcze do zrobienia. Są zaproszenia na sympozja i różne konferencje, nawet zza granicy. Bywa ,że z czasem się nie wyrabiam, jest go tak mało… Dodam, że swój esej na pięćdziesięciolecie zdobycia tytułu magistra na Jubileuszu, w wydanej na te okoliczność książce wspomnień pt. „Z naszego półwiecza”, gdy zjechaliśmy się jako absolwenci KUL –u w 2005 roku, zatytułowałem: „Szczęśliwe przypadki na wyboistej drodze życia „, w którym jest zawarta moja dygresja do wartości tego dobra, że na swej drodze spotkałem więcej tych ludzi dobrych. Dziękuję żonie ( co proszę napisać z dużej litery- tu się profesor śmieje) , a więc ŻONIE, że przez pół wieku towarzyszy mi, jako wspaniała kobieta i partner oraz przyjaciel zdecydowany na „dobre i na złe”- Dziękuję Całej Rodzinie, że pamiętają i się troszczą o nas dwoje „staruszków”… Nawet Panu dziękuję za te pytania do rozmowy, którą nazywa pan wykładem o synonimach i nauce o bycie pogranicza kulturowego wschodu, gdzie czasem się wykręcałem od trudnych kwestii. Tak naprawdę przyjemnie jest człowiekowi, że chcą z nim rozmawiać o czymś ważnym a może i cennym (?)… A z tego co dziś się dzieje, na rozważanym naszym pograniczu, które jest bardzo wdzięcznym tematem do rozważań, ale nie łatwym do przezywania, cieszę się i z wszystkiego innego, co się dziś dzieje w procesie nieuniknionego pojednania i porozumienia… Jestem zadowolony jako naukowiec obywatel i osoba prywatna, bo jeszcze nigdy nie było tak, żeby prostowano wszelkie fałsze, i wykrywano błędy ku odnowie… Cieszę się, że jest coraz skuteczniej odkrywana prawda zapełniająca owe „białe plamy „,i że mamy na nowo taką wiarę, żeby tak rzetelnie dziś ze szczerą chęcią szukać „prawdy jasnego płomienia”. A według nieśmiertelnego Słowa Bożego – Biblli ” prawda nas wyzwoli” -Oby!…

    Z. K. – Dziękuję Panu Profesorze także bardzo za poczucie humoru, co zresztą powinno cechować dobrych i życzliwych ludzi oraz wszelkie wybitne autorytety, do których niewątpliwie się Pan na pewno zalicza. Dziękuję jednocześnie serdecznie za wykład…

    – z profesorem Michałem Łesiowem z UMCS
    rozmawiał Zbigniew Kresowaty 23.08.2006 r.

  • DRAMATYCZNOŚĆ SUKCESU „UPIĘKSZANIEM ŚWIATA”

    Rozmowa z dr hab. Hanną Gabrielą Adamkiewicz-Drwiłło, profesorem nadzwyczajnym Akademii Morskiej w Gdyni, poetką, pisarką i społecznikiem

    Zbigniew Kresowaty – Jesteś młodą, ale doświadczoną osobą, nauczycielem akademickim w Akademii Morskiej w Gdyni. Na użytek tego naszego spotkania nazywam cię już kobietą sukcesu, która oprócz pracy naukowej ma czas na „upiększanie świata”, co oznajmia twój tomik wierszy sprzed kilku lat. Jesteś poetką oraz osobą poruszająca się w magii sztuki. Ale jednocześnie wciąż rozwijają się twoje zainteresowania naukowe i koncentrują się wokół szeroko rozumianej teorii przedsiębiorczości i uwarunkowań jej działalności we współczesnej gospodarce rynkowej w powiązaniu z rosnącym znaczeniem konkurencyjności. To taka definicja twego kreatywnego curriculum vitae, które także rośnie. Ale jako „autorskie” zawiera również wiadomość o tym, że zajmujesz się poezją i pisarstwem. Jak wiem, ogłosiłaś kilka tomików poezji, napisałaś książkę, o której proszę także powiedz.

    Hanna G. Adamkiewicz-Drwiłło – Rozpocząłeś rozmowę od sformułowania „jesteś młodą, ale doświadczoną osobą”. Zastanawiające – jak względne jest odniesienie do młodości! Gdy miałam szesnaście lat moją wychowawczynią została dwudziestopięcioletnia absolwentka romanistyki. Patrzyłam na nią jak na poważną, dojrzałą kobietę, która wie, jak wychowywać dziewczyny przechodzące burzliwy okres dojrzewania. Ciekawym okiem spoglądałam na rodziców i ich znajomych, zastanawiając się, czy w „tym” wieku (mieli mniej więcej po trzydzieści parę lat) jest jeszcze miejsce na seks. A ty zaczynasz rozmowę od stwierdzenia, że jestem młoda i doświadczona, a przecież mam ponad czterdzieści lat! – Obecnie, w gronie równolatek analizujemy nasze zachowania, obawiając się, że nasze córki przypiszą nam symptomy klimakterium. Czy można w takim wieku być wolnym od doświadczeń? Na pewno nie! Ale chodzi tu chyba jednak o ich moc, siłę, głębokość, barwę, tak zwany „wachlarz”, możliwości. Na pewno – nie każdy umie się pochylić się nad swoimi doświadczeniami, żeby wyciągać wnioski . Na pewno warto przystanąć zastanowieniem, choćby po to, aby zauważyć nawet w sobie człowieka, którego warto nie ominąć, ponieważ zarówno on, jak i nasze drugie „ja” jest niepowtarzalnymi zjawiskami świata, które nie będą miały szansy na powtórkę najkrótszej nawet chwili!
    I jeszcze do jednego słowa odniosę się z twojego krótkiego wprowadzenia do naszej rozmowy – „kobieta sukcesu”. A kim to jest taka kobieta, powiem w największym skrócie myślowym. Otóż w zeszłym roku po raz pierwszy zrobiłam konfitury z zielonych pomidorów. Nie wiem, czy wiesz, że wszystkie konfitury smaży się przez kilka dni, doprowadzając je powolutku do wrzenia i wystudzając, czekając z niecierpliwością, jaki będzie efekt końcowy tej pracy. Trzeciego dnia, gdy przekładałam konfitury do słoików czułam się autentycznie jak kobieta sukcesu!… Wydaje mi się, że sukces to uczucie, które towarzyszy wysiłkowi osiągania jakiegoś celu. Im trudniejszy jest cel, im bardziej „własny”, im więcej wysiłku włożonego w mozolną pracę przy jego realizacji, tym większe emocje spełnienia. Oczywiście, trud trudowi nie równy, do wielu tak zwanych sukcesów dochodzi się wieloletnim wysiłkiem, a znam i takich ludzi, którzy dopiero w głębokiej, powiedziałabym – bezlistnej już jesieni życia – wieńczą sukcesem dziesiątki lat realizacji jakiegoś celu. W tym kontekście moje pomidorowe konfitury były zwieńczone sukcesem tylko trzech dni pracy i trudno je porównywać do – nazwijmy je – egzystencjalnych celów żywota ludzkiego… ale żebyś wiedział tylko, ile mi te konfitury dostarczyły emocji!… Tyle powiedziałam już, trochę „czepiając się” twoich sformułowań…

    Z. K. – No, właśnie. Trochę , jak myślę ze skromności uciekasz od swej sylwetki jako wykladowcy ,a przecież tylko całość działań wieńczy zawsze dzieło. A na pewno jedno od drugiego jest zależne i bardzo ważne jest to, że często do pierwszego sukcesu tego czysto zawodowego, warunkującego dobry nastrój, idziemy szerzej ku innym zainteresowaniom i talentom… Zatem, żeby kontynuować dalej w poszukiwaniu klucza do twej osobowości, bardzo ciekawej i pojemnej, nie tylko naukowo, dodam z uporem maniaka, żeby cię namawiać jednak o pokazanie swego dorobku naukowego – dopowiem, że jesteś autorką podręczników z mikroekonomii, opublikowałaś kilkadziesiąt artykułów i referatów naukowych, wiele zagranicznych. Powiedz co czytelnikowi można ciekawego o ich zawartości powiedzieć?

    H. G. A – Jestem nauczycielem akademickim od dwudziestu lat związanym z Akademią Morską w Gdyni (wcześniej Wyższą Szkołą Morską, którą żargonem studenckim wszyscy nazywaliśmy „WueSeMką”), choć tak naprawdę naukowo wyrosłam w środowisku wspaniałych osobowości Wydziału Ekonomicznego Uniwersytetu Gdańskiego. Tam ukończyłam studia, obroniłam doktorat, a w 2000 roku uzyskałam stopień doktora habilitowanego.
    … Tak sobie myślę, że gdyby z tego punktu widzenia oceniać moje życie jako „kobiety sukcesu”, to niewątpliwie za taką można mnie uznać. Co prowokująco też czynisz. Ale chciałabym mocno podkreślić, że ów sukces był realizacją życiowej dewizy, którą najpierw czułam gdzieś „pod skórą”, w podświadomości, a dopiero po wielu latach przyoblekłam w wypowiedzi… Uważam – tak zwyczajnie i po prostu – że dane jest mi jakby z góry dane szczęście w życiu wykonywać jeden z najpiękniejszych zawodów świata – nauczyciela i uczonego jednocześnie. Zarówno pierwszy, jak i drugi, niezależnie od siebie, potrafią zachłysnąć człowieka magią przygody, a cóż dopiero oba w jednym życiu! Bo dla mnie oba są ważne. Jednak to, że mogę całe swoje życie spędzać w świecie książek, z emocjami brać w dłonie czyjeś dzieła, pisane często przez wiele poranków i nocy, jest chyba najważniejsze. Bo ja całe życie MOGĘ się uczyć! – Nie muszę, ale mogę, właśnie. Uważam, że poznawanie świata jest jedną z najpiękniejszych przygód, jaka dana jest człowiekowi, a nauka fascynującym bytem, w którym tę przygodę można doświadczyć i ubolewam bardzo, że tyle i tutaj jest często nieuczciwości i niegodziwości. Jestem jednym z wychowawców, który wyznacza zachowania, w tym i te etyczne, przyszłego pokolenia, a czasami w tej roli czuję się jak Don Kichot. Nie wiem, kiedy przekraczam granicę, poza którą pozostaje się już tylko śmiesznym. Jednak utwierdzają mnie w słuszności przyjmowania określonych etycznych postaw ludzie młodzi… .Dobrze pamiętam siebie sprzed lat. Bardzo chciałam wtedy mieć jakieś autorytety, ludzi dobrych, którzy uzasadniają trud godnego życia. Teraz młodzież nie jest wcale inna! Zmieniły się tylko realia, które przecież zmieniają się z każdym pokoleniem. Co pozostaje trwałe? – To, że każdy z nas czasami potrzebuje kogoś w rodzaju ojca! -A wracając do wątku związanego z wykonywanym przeze mnie zawodem powiem, że moje wieloletnie obserwacje środowiska naukowego (w tym miejscu mocno podkreślam, że nie tylko nauki polskiej) wskazują, iż większość osób podchodzi do pracy naukowej jak do każdej innej, wykonując ją z mniejszą lub większą znajomością rzemiosła oraz zróżnicowaną pracowitością i rzetelnością. Uważam jednak, że cechą, która powinna być głównym wyróżnikiem dla człowieka zajmującego się zwłaszcza nauką, powinna być pasją, cokolwiek w tym środowisku on czyni… Zawsze uważałam, że jest to podstawowe kryterium klasyfikujące, dające możliwość odróżniania uczonego od naukowca. Wiesz, czym różni się jeden od drugiego? – Uczony to powołanie do zajmowania się Nauką, a naukowiec wykonuje swój zawód i dlatego stopnie i tytuły naukowe są jego celem, natomiast uczony zdobywa wiedzę, a stopnie i tytuły naukowe są tego naturalnym efektem. Idąc dalej uważam, że takie rozgraniczenie pozwala mi na jednoznaczne wyznaczenie ram etyki zawodowej zarówno jednego, jak i drugiego. Naukowiec najwyżej ceni feudalizm naukowy, natomiast uczony – partnerstwo naukowe. Ten pierwszy buduje autorytet na opiniach głoszonych zgodnie z „potrzebą chwili”, jest koniunkturalistą, a ten drugi – na prawdzie, która nie zawsze znajduje akceptację społeczną, bo nigdy nie wiadomo gdzie leży. Realizując w swoim życiu pasję uczonego ma się autentyczną satysfakcję z okresu dojrzewania i osiągnięcia dorosłości przez własnych uczniów. Dla naukowca zdolniejszy uczeń to zagrożenie! Naukowiec dopisze się do publikacji swojego ucznia, uczony występuje jako współautor tylko wtedy, gdy autentycznie przyczynił się do jej powstania. Wiem, na pewno nie jestem naukowcem, ale również wiem – na pewno! – brak mi wiele do wyznaczonego przez siebie ideału uczonego. Jednak bliżej mi do niego niż do rzemieślnika parającego się nauką. I dlatego nie męczy mnie pisanie podręczników, czy różnych opracowań naukowych. Nie oznacza to jednak – Broń Boże! – że nie muszę przełamywać swojego lenistwa. O nie! – Mnie też czasami dopada błogi stan „nicnierobienia”.

    Z .K. – Jak na te „częste” (sic!) stany „nicnierobienia”, dużo materialnych przejawów przerw w tych stanach na metafory i zadziwienia! – Chciałbym ,żebyśmy też porozmawiali o twojej twórczości poetyckiej, którą to kwestię albo stan „upiększania świata”– jak dotąd – zupełnie chcesz pominąć? – A wiem, że jest na pewno ważną kwestią twego życia , gdyż wydałaś 8 książek poetyckich. A i nie podejrzewam, żeby była ta kwestia mniej istotna od twórczości naukowej, z której żyjesz, a wiem ,ze również bardzo lubisz ?

    H. G. A. – Na pewno poezja to mój żywioł, to moje powietrze, to moje życie! – Jest to świat, który we mnie non stop powstaje, i powiem metaforycznie, że dzięki słowom mogę do niego zapraszać innych rozmaitych ludzi. To właśnie dzięki twórczości poetyckiej jest wokół mnie tak wielu wspaniałych osób. Pierwszy tomik wierszy opublikowałam w 1997 roku. A potem to już „poleciało”! Każdego następnego roku wydawałam jeden tomik. I to, że jakoś tak szło, jakby z płatka, przerosło moje wszelkie oczekiwania. Zatem siebie też można zaskoczyć! -Z ośmiu wydanych zbiorów wierszy, pięć można byłoby ułożyć w pewien ciąg chronologiczny, składający się – nazwijmy to – w całość ,a są to wiersze o moim dotychczasowym bycie i duchowej egzystencji. Natomiast pozostałe tomiki są trochę w innej metafizyce. Co się tyczy zbioru miniatur haiku i senryu pt. „Błądzenie myśli”- powiem, że już wiele lat temu zafascynowały mnie te dwie japońskie formy poetyckie. Obie mają identyczną wersyfikację – siedemnaście sylab podzielonych następująco: 5, 7 i 5 (krótko mówiąc: siedemnastosylabowiec).

    Z. K. Proszę, powiedz o tym trochę szerzej ,bo to dość rzadka forma uprawy literackiej w Sztuce poezji. może o wzorach i wizerunkach?

    H. G. A . Należy tu oczywiście zacząć od kraju wiśni. Japonia to kraj szczególny i daleki, tak w wymiarze rzeczywistym, jak i kulturowym. Może dlatego tak wielu z nas fascynuje. Haiku to najczęściej sposób wejrzenia w świat przyrody, natomiast twórcy senryu interesowali się przede wszystkim życiem ludzkim. Absolutnej doskonałości przyrody opisywanej słowem przez twórców haiku, autorzy senryu przeciwstawiają niedoskonałość świata ludzi. Uważam, że haiku jest próbą zatrzymania w kilku słowach ulotnej chwili, natomiast senryu – ulotnej myśli. Wiele miniatur zawartych w tym tomiku powstało pod wpływem książek Anthony’ego de Mello, hinduskiego jezuity, zmarłego w 1987 roku, a w szczególności tych książek, w których przypowieściami zmusza czytelnika do samodzielnego myślenia i samookreślania własnych poglądów i postaw. Miniatury haiku i senryu, napisane przeze mnie, a wzorowane na japońskiej formie, to (w wielu wypadkach) ponadkulturowa próba ukazania w słowach tego, co ludzie w postaci myśli starają się przekazać i pozostawić następnym pokoleniom. Wiele z tych miniatur to już moje utrwalone poglądy i postawy, jednak powstałe pod wpływem wielopokoleniowej spuścizny kilku kultur. Natomiast szczególne miejsce wśród moich tomików poezji zajmuje zbiór moich około dwudziestu ballad pt.„Ballady niezwyczajne, czyli świat na baśniowo”. Na podstawie tytułu mogłoby się wydawać, że są to wiersze dla dzieci. Jednak okazało się, że są to wiersze, które stały się najbardziej ulubione dla przedstawicieli wszystkich pokoleń i dla tych, którzy znają ,w taki czy inny sposób, moją twórczość… W mojej intencji były one adresowanie do ludzi dorosłych, w których pozostało coś z duszy dziecka, wierzącego w światy równoległe zamieszkałe przez Krasnale pod szafą, i w Małego Księcia machającego do nas ze swojej „planetki” ,lub w możliwość przenoszenia się do miejsc ukochanych w mydlanej bańce na „hokuspokus”. Moje zamierzenia i spostrzeżenia okazały się nawet trafne, bo dorośli moi znajomi – rzeczywiście, polubili ballady do nich adresowane? – A ich dzieci uczą się na pamięć tych ballad „egzystencjalnych”, w których mówię, o poszukiwaniu marzeń i szczęścia!

    Z. K. – Jesteś więc kobietą, dla której w dużej mierze marzenia spełniają się, mimo wielu dramatów jakich ci los nie szczędził, o czym za twoją zgodą wspomnimy w tej rozmowie. Chcę tylko przypomnieć, że nie jest to żaden „wywiad”, tylko rozmowa… I nie musisz niczego się obawiać. Ja natomiast nie bez kozery staram się przytoczyć tutaj jak najwięcej funkcji twych spełnień, o ile tak można to nazwać, ponieważ pragnę dotknąć sprawy bardzo ulotnej czyli wizji „szczęścia”, i dotknąć ,tego co może być drogą do niego oraz chcę znaleźć właśnie u ciebie to, co wiąże się ze spełnieniem i urzeczywistnieniem marzeń, których kobiety mają ponoć więcej. Może nawet to jest zadanie dla teoretyka słowa (?) Ale spróbujmy! -Będziemy, myślę, rozwijać to w dalszej części na tyle, ile mi pozwolisz… Ja mianowicie przeglądając wiele materiałów dotyczących twej pięknej sylwetki, uświadomiłem sobie, że szczęście, jakkolwiek go zwać ,może być okraszone dramatem i chyba wtedy staje się sukcesem, który zawiera swoją wartość, a czas mu dany na powstawanie musi zawierać moc duchową. Zbyt często sami szafujemy tym słowem, pośpieszni, czasem niewinnie „zakiepowani” w korkach ulicy i na przystankach w pogoni za bytem materialnym, który często bywa fałszywy, a słowo szczęście bywa u niektórych całkiem niezasłużone, gdyż co niektórzy idą do niego po dramacie innych ludzi… A jest dziś czas populizmu, uprawianego nie tylko w polityce, ale szerzej co mieni się cynizmem w wszelkich działaniach. Natomiast, kiedy zaglądam w twoje wiersze, patrzę w ich sensoryczność, nie tylko jako krytyk, ale i osoba przeciwnej płci… A mianowicie dostrzegam w ich podmiocie zespół wypowiedzi i zaklinanie tego, na czym staje takie dziewicze słowo „piękno” – U ciebie piękno też wychodzi z dramatu, i parcia pod prąd… Piękno twoje to wypowiadanie własnej prawdy z autopsji i tylko z niej… Dystans jest prawdziwszy wtedy, gdy stają za nim znaki, nazwijmy je szczególne… Twoja poezja jest bardzo osobista… I żeby na użytek tej rozmowy pójść w takie artystyczne dygresje co do niej, sprawię ci jeszcze troszkę takiego kłopotu myślowego pytaniem wprost- Jak to jest, że do wszystkiego co zwie się sukcesem, i w tym twoim naukowym, gdzie działa umysł ścisły, dochodziłaś w samotności i w refleksji, a kwestią duchowej czystej wypowiedzi była właśnie twórczość irracjonalna czyli poezja – a ogólnie też i inne działania w sztuce. Proszę, nakreśl sensoryczność własnej sylwetki szczęścia, o ile taką masz i, proszę, naprostuj moje dygresje lub uzupełnij, ale niekoniecznie – po profesorsku…

    H. G. A. –… Niekoniecznie – po profesorsku?… Ale ja w ogóle nie umiem „po profesorsku”! I na pewno nie będzie to wykład. Zbyszku- uważam, że bycie profesorem oznacza bycie Mistrzem, Przyjacielem, Powiernikiem, Drogowskazem, Laską Ślepca, Językiem Niemowy, a tak po prostu (co nazwę dość wyświechtanym sformułowaniem) Ojcem Duchowym Błądzącego Ucznia… A ja przecież sama nadal błądzę, jak wielu! -Wracając jednak do twoich… prowokacji. Twierdzisz, że szczęście okraszone jest sukcesem osobistym, który zawiera w sobie określoną dramaturgię. Moje życie, w tym najszerszym ujęciu, zostało uwarunkowane wieloma doświadczeniami, często przykrymi, brutalnymi, i to od najmłodszych już lat. Często, opowiadając o nich stwierdzam, że życiorys taki jak mój starczyłby na podmiotowość kilku tomów poezji i kilku filmów takich jak „Trędowata”! A potem byśmy sobie mogli siąść i popłakać, i pożałować ta bohaterkę! – I ja uważam, że wiele jest nieszczęścia na świecie bolesnych, nie wymazywalnych z pamięci ludzkiej doznań i doświadczeń, gwałtów na ciele i duszy, i gorszych od moich. Powiem tak – gdy spotyka człowieka (subiektywnie – zawsze niezasłużone!) nieszczęście, czy tragedia, to może on tylko zachowywać się naturalnie tzn. obronnie w różno wrażliwy sposób. Może on, albo wejść w rolę skrzywdzonego i generować kolejne zło oraz spustoszenie emocjonalne, oddając to, co tak niezasłużenie otrzymał, albo może podjąć trudniejsze wyzwanie – budowania życia na gruzowisku poprzedniego bytu , czerpiąc tylko z tych ludzi, którzy mogą i mają dobrą wolę dawać cokolwiek z nieprzymuszonego „JA”- Wiele lat temu musiałam się nie tylko określić – czy jestem skrzywdzoną (tym samym wyróżnioną w tamtym czasie) przez los istotą, ale stać się człowiekiem, któremu jest jeszcze dane doświadczyć szerokiego spectrum ludzkich emocji, bo podarowano mi tych kilka chwil do przeżycia w ramach mej nieuleczalnej choroby jaka jest miastenia. Ale powiem, że czasem miło jest być egocentrykiem, nawet jeżeli jest się wtedy nieszczęśliwym. I jeszcze dodam, że wypełniający wtedy ludzie moją pustkę po takim stanie nieważkości jakim jest jakby „życie po życiu”, ludzie którzy pięknymi, bezinteresownymi gestami dawali mi do zrozumienia, że jestem dla nich „ważna”, oni też zaczynali powoli tracić cierpliwość, ponieważ podstawą intencji podawania mi przyjaznej dłoni było danie mi czasu na „przebudzenie”, na powrót do żywych, i czekanie w nadziei, że im odpowiem. A więc należało tylko chcieć!- Odpowiedziałam… Zapytałeś o sensoryczność sylwetki szczęścia? – Z wszystkim co wyznaczyło mi drogę i to ,gdzie jeszcze mnie zaprowadzi ta droga „pod prąd” należało ten bagaż nieść , bo on nie może pozostać nie ważny i odrzucony, ale musi pozostawać zawsze potrzebny, choćby do korekty dalszych kroków… Inaczej mówiąc, wszyscy musimy żyć ,jakby z pewną wiedzą nabytą, bo trzeba mieć świadomość ,że nigdy nie daje się „zresetować” komputera, jakim jest nasz mózg. Na pewno trudno żyć z niegodziwością, która uczyniło sie drugiemu człowiekowi. Jednak lepiej z przezorności, we wszystkim co czynimy mieć dobre intencje. Tak po prostu łatwiej egzystować…

    Z. K. – Czy właśnie! łatwiej jest stąpać , z witalnością poetycką ku pokonywaniu barier? Tkwi to jak pewna filozofia obronna być może zakodowana w podświadomości, jakby kreacyjnie wpisana w gen siły przetrwania… I jest tak, że my uczymy się życia do pewnego okresu a potem już po tej „szkole życia” doświadczenie kreuje świadomość? – U ciebie jest taka dobra równowaga duchowa, a jednocześnie wspaniale zachodząca harmonia, mimo tego specyficznego losu kobiety, którą zaszczepia dramat nieuleczalnej choroby, a także powstaje tandem prawie jak syndrom domina, bo i odejście najbliższej osoby… Ale patrząc z perspektywy jest to dramat, który jakby oczyszcza, czyli jest takim katharsis, i jest ugruntowaną, pewną już po czasie, wiedzą… To jest jak mi się wydaje jeden z podstawowych paradygmatów bytu. Wiedza o tym wszyscy moi i Twoi przyjaciele. Na pewno zastanowienie takie przychodziło do ciebie . Jak dziś sądzisz? Bo mnie się wydaje, że na dłuższą metę bez naszej własnej pojemności duchowości, której nie powinniśmy się wstydzić, ale śmiało przypisywać ją humanistyce, nie dałoby się iść do siebie po zwycięstwo. I powiem tak: – „Światom tak naprawdę należy się lecieć, a nam siać dzieci pszeniczne” – to fraza z mojej poezji. Chodzi mi o powinność… Kto o tym zapomina, nie wytrzymuje tempa i kruszy się w drodze w polu… Ty masz to już za sobą. Opowiedz, proszę, jeszcze o takich ciężkich chwilach, o nagłości, bo to jest wiedza, której nie wykładają na uniwerkach. Powiedz, jak wychodziłaś z opresji, i nakreśl ich specyfikę, moment ujścia w podniosłość siebie czyli „stawanie na równe nogi”… Myślę, że kiedy ból się ustatecznia, podnosi nas piękniejszych ku słońcu i to jest chyba „upiększaniem świata” i staje się kodem do czynienia dobra, nad którym wciąż kwitną osty zła… Czy możesz zawrzeć jakiś stosunek do tych sugestii, nakreślając swój reżim, jego zawartość emocjonalną i merytoryczną specyfikę inności, ale i potrzebę przedsiębrania tego, co daje każdemu los, czyli niewiadomą.

    H. G. A. – Gdy w 1983 roku zginął tragicznie Paweł – mój pierwszy mężczyzna, moja wielka miłość i sens życia, ojciec mojego jedynego dziecka, zawaliło się wszystko. Mieliśmy wtedy oboje po dwadzieścia cztery lata. Potrafisz sobie wyobrazić – macierzyństwo, wdowieństwo i jeszcze ta diagnoza całożyciowego kalectwa (o czym powiem za chwilę) a wszystko w jednym roku?… Nie umiem powrócić do codzienności tamtych dni. Życie wymazało już wiele z pamięci, jednak jedno zapamiętałam na zawsze – ból, wszechobecny ból, i te niechciane poranki oraz wieczory spinające kolejny dzień życia na granicy obłędu. Jest tak, że gdy spotyka takie doświadczenie innych, my w duchu cieszymy się, że nie ugodziło nas samych. Ale to było MOJE życie! Natomiast inni wzdychali do tzw. rachunku prawdopodobieństwa, że taka piętrowa kombinacja losowa zdarza się relatywnie bardzo rzadko! -i jeżeli zdarzyło się Hani, to już mnie, na szczęście, nie napotka! Stało się jednak coś ,że ten splot spowodował sytuację odwrotną ,bo jest we mnie dzisiaj, po dwudziestu trzech latach od tamtych zdarzeń… konkretne życie? – i powiem, że podarowane mi ono zostało przez odpowiednią osobę, czyli Pawła, którego już nie ma. Być może jest to tylko pozorny absurd, ale i jakiś paradoks… Ale to właśnie wtedy zaczęłam pracować przede wszystkim nad zmianą swojej osobowości, nabierając pewności siebie poprzez ciągłe odradzanie się tej pierwszej miłości, która odeszła fizycznie wraz z nim jako pierwszym mężczyzną. Tak bardzo chciałam, aby Olga, jego córka, pokochała go mimo tego, że nigdy nie było jej dane go zapamiętać. Mówisz, że moja poezja jest bardzo osobista. Oczywiście, zapisywane emocje muszą iść w szersze spektrum czyli w wszelką wypowiedź ale zawsze po linii dobra. Może w tym tkwi źródło nazwanej przez ciebie sensoryczności mojej osobowości? – Ja nie umiem godzić się na jakiekolwiek zło, co nie znaczy, że nie piszę o nim często buntującym się umysłem. Pływając stylem dowolnym w nauce, próbuję na swój sposób władać słowem przez formę wartości wiersza. Mówisz o pokonywaniu barier? – W wieku dwudziestu pięciu lat powiedziano mi, że nie będę mogła już nigdy pracować (mam „papier”, na którym napisano, że się do tego nie nadaję). Kiedyś wpięłam ów papier w skoroszyt, w którym mój tato składa wszystkie inne dokumenty mojego życia i… zaczęłam starać się po jakimś czasie zapomnieć, w którym skoroszycie ten „papier” jest schowany!- To oni, rodzice Pawła , po śmierci swego syna -a ojca mojej córki stwierdzili, że mają dwie sieroty, za które są odpowiedzialni – i tak moja córka i ja zostałyśmy przysposobione do nowego życia – A to przecież Jego rodzice Stenia i Wiktor prawdziwie zaadoptowali nas, wychowali, dali dom i poczucie wartości bycia „skądś”. Dlatego dziś mamy korzenie, Olga ma dziadków, a ja – rodziców. Wspólnie z rodzicami oraz prababcią Lidą wychowaliśmy Olgę. A moi biologiczni rodzice nie istnieją tak naprawdę ,bo nigdy nie rozumieli dlaczego pojawiłam się i dziś jestem na tym świecie?… Ludzie czasem z wyboru stają się rodzicami czyli twórcami dobra ,gdy motywacją jest chęć stworzenia nowego, niepowtarzalnego świata… A czasami nie. Natomiast mówisz o pokonywaniu barier?- Każdy z nas ma tendencję do projekcji życia przez pryzmat tego, co już doświadczył. Ja miałam i mam dalej marzenia, pewnie i dlatego też żyje mi się łatwiej ,bo udaje mi się wiele dobrego zrealizować… Mój obecny Tato powiedział mi kiedyś, że marzenia muszą sięgać takich wymiarów, które wydają się przekraczać granicę szaleństwa. Patrząc na swoje małe dziecko, też marzę aby przerosło ono moje projekcje. Jednakże zaraz chciałoby się ustrzec to duże dziecko przed konsekwencją trudnych i kosztownych, aczkolwiek czasem naturalnych, bo losem dyktowanych, wyborów.

    Z. K. – Wiem, że czynnie uprawiałaś sport, ganiałaś po Tatrach, nawet teraz wracasz w góry przynajmniej raz do roku. Tam właśnie przekonałaś się, że z górami nie można igrać, mając za sobą doświadczenie i casus „chorubska”… Trzeba było zaakceptować siebie takim, jakim się jest genealogicznie i mieć respekt do losu… To dzielne! -Nie wstydzisz się siebie, chociaż kiedyś jasno powiedziałaś, że brałaś „podwójną dawkę lęku”. Wiem, że smakowałaś go z łzami, snując być może życiowe filozofie – a może i te bliskie mitom, były też nie góry, ale depresje… Przepraszam ,że cię tak bardzo prywatnie męczę, ale na pewno interesuje u wszystkich inna droga ,a twoja bardziej stroma i to wchodzenie po stopniach na Olimp jest zwielokrotnionym wysiłkiem wręcz… Wybacz –Olimp ,to dobra metafora dla ciebie. Powiedz, Haniu, o tych traumatycznych przejściach, jak w wielowarstwowym Panu Cogito mówi Zbigniew Herbert ,a jednocześnie szept jest tym wędrowcem bardzo jednostkowym i wrażliwym dokuczliwie słyszalnym, i ty napotykająca wiele starożytnych postaci i miejsc, wędrowiec który ma ciało bardzo realne… Wybacz mi znów taką metaforykę mityczną ,ale to filozofia… To dystans, jaki i ty przedsiębrałaś jak tylko umiałaś wtedy, a dziś już jakby nauczonaś… Pozwól proszę i nie obraź się, ale dopowiem jeszcze tylko tej zależności, żeby cię sprowokować do kwestii filozoficznych, tak: brałaś już w życiu lament Andromachy, później byłaś córką Kronosa, i jeszcze raz Hestią w dostojeństwie, żeby znaleźć ponownie swego Pitagorasa, który posiada wzór na życie… Jak to było? A jak teraz jest? – Czy miałaś swego przewodnika duchowego ?- Herberta duch mówi : (… ) „strzeż się dumy niepotrzebnej
    oglądaj w lustrze swoją błazeńską twarz
    powtarzaj : zostałem powołany – czyli nie było lepszych (… )

    H. G. A. – Lament Andromachy? Córka Kronosa? Hestia w dostojeństwie? Czyżbym już tak wiele (choć nie w tej rozmowie jeszcze) powiedziała ci o sobie, że zamknąć to można tak piękną symboliką? – Hmmm! -Wcześniej powiedziałam ci, że moje życie starczyłoby na trylogię dla Mniszkówny, a ty znajdujesz tak pojemne i nawet trafne odniesienia!?- do tej mojej piętrowej postdramaturgii jaka ma tutaj bardzo osobiste znaczenie, o czym napomykałam wcześniej : śmierć ukochanego -Andromacha… rzeczywiście, cierpiałam i bolał każdy poranek, każdy wieczór, bolało to, co wypełniało dzień od brzasku po zachód słońca, przez wiele, a nawet wiele lat. Dzisiaj ból zelżał, co nie znaczy, że minął mnie jako osobę. Jako córka Kronosa, przeżyłam, bo strąciłam złego ojca do Tartaru. Wyprowadziłam z mojego życia wszystkich, którzy skrzywdzili tych, których kocham. Bogini ogniska domowego to jednak zbyt wiele. Hestią w dostojeństwie zawsze była mama Pawła, cierpliwy wzór, wybaczająca, ucząca mnie i Olgę życia, cierpiąca z powodu naszych niegrzeczności (ale eufemizm!), żyjąca prawdziwą wiarą, że jej miłość wygeneruje wreszcie coś dobrego. Co z resztą jej się udało!- To piękna wewnętrznie kobieta… A kim jest Pitagoras, który posiada wzór na życie? Niewątpliwie, Pitagorasem mojego obecnego życia jest moja druga, wielka miłość, miłość wieku dojrzałego – Andrzej. Ale to oboje już posiedliśmy wzór na życie… Wiele lat wstecz, nie będąc przecież do miłości przygotowana, zauważyłam zdziwienie jego oczu we mnie wpatrzonych, patrzące z nieskrywanym zaciekawieniem i uwagą. Mam nadzieję, że świecić to światło będzie dniami i nocami…
    Jak mają się do tego wszystkiego Tatry?… Są dla mnie wyzwaniem. Ale i są czasem kościołem Boga, w którym czerpię siłę, mając poczucie pokory do kruchości bytu. Gdy po raz pierwszy pojechałam w Tatry (a miałam wtedy dwadzieścia lat) zachłysnęłam się ich dostojeństwem. To wtedy napisałam: „Chciałabym w swej zimie życia umrzeć jasnej gwiazdy śmiercią, idąc po skałach tatrzańskich, zjednoczona z górską percią”.
    … No, i sprowokowałeś znów rozmowę na temat miastenii, która zwie się inaczej męczliwością mięśni, bez tej przypadłości trudno jest mi mówić o górach. Każdy człowiek męczy się ja szybciej niż zdrowy człowiek i znacznie wolniej wraca do początkowej sprawności. Wędrowanie w górach jest chyba tutaj szaleństwem (?). Z perspektywy wieloletniego życia z tą dolegliwością, mogę powiedzieć tak, że moja jednostka chorobowa jest zupełnie w odwrotnej zależności do temperamentu i charakteru! Nie pasuje mi, ani do mnie! – Czasami zupełnie zapominam o konieczności prowadzenia tak zwanego oszczędnego trybu życia i trafiam na białą salę oddziału neurologicznego, gdzie szybciutko nabieram dystansu do spraw mnie warunkujących. Tam też jestem świadkiem innych dramatów, które na białych oddziałach nazbyt często mają swój epilog. A gdy tylko człowiek wychodzi ,odzyskawszy „wolność”, czuje się nadal szczególnie traktowany i jakby wybrany…
    A Tatry? Gdy tylko dowiedziałam się o swej niesprawności zgoła niewidocznej , powiedziano mi, że powinnam przestać marzyć o przejściu przez Zawrat – to przełęcz położona na Orlej Perci w Tatrach Wysokich. Nomen omen, całkiem trudne przejście. Zawrat stał się dla mnie ważnym symbolem szczytu, szczytu dążeń i marzeń ,gdzie można zobaczyć swoje kalectwo i coś więcej. Zawratem – swego czasu – było przejście od łóżka do łazienki, wejście na drugie piętro, wzięcie małego dziecka na ręce i wiele różnych „trywialności” normalnego człowieka. Po raz kolejny w Tatry pojechałam dopiero po piętnastu latach od diagnozy o chorobie, a na Zawrat pierwszy raz w życiu weszłam w zeszłym roku. Weszłam i zeszłam! I to przez Świnicę! Dzięki Andrzejowi mogę chodzić po Tatrach, ponieważ on daje mi gwarancję, że stamtąd wrócę. Oczywiście, schodząc do Doliny Pięciu Stawów, po zdobyciu Świnicy i przejściu przez Zawrat Andrzej powiedział zdecydowanie, że był to pierwszy i ostatni raz, ale jeśli mnie kocha, zaprowadzi mnie tam raz jeszcze? (To taki mały intrygujący szantaż!) -Dlaczego o tym opowiedziałam?… Spotkałam na swej drodze już wielu ludzi, w tym ode mnie znacznie młodszych, którzy borykają się z ograniczeniami fizycznymi. Ja o swoich mówię, będąc namacalnym przykładem na to, że nie muszą one zdominować życia, jeżeli się tylko czegoś bardzo bardzo pragnie. Ostatnio dwudziestokilkuletni Bartek, po rozmowie ze mną (między innymi o kwestiach naukowych), gdy dowiedział się o mojej chorobie powiedział, że była to najcenniejsza „nauka”, jaką mu dałam. Sam traci wzrok. A jednak nie jestem w tym zakresie żadnym mistrzem świata! Świadkiem mistrzostwa byłam kilka lat temu, gdy słuchałam referatu wygłaszanego przez Józefa Jasika z Lublina, który borykając się z porażeniem mózgowym obronił doktorat prowadzony przez Profesor Elżbietę Skrzypek z UMCSu. Więcej tu nie ma co dodawać…

    Z. K. – Jest powiedzenie i zasada, jeżeli chodzi o oryginalną sztukę. A mianowicie, każda „dobra” sztuka powstaje na autopsji i szczerości, czyli otwarciu się na świat abstrakcji, który się wciąż powiększa a dziś ten właśnie świat jest strasznie rozwibrowany… Marcin Świetlicki mówi i zauważa jako młody poeta ,że ” nie ma już świata… ” –ty zdecydowanie na pewno dodasz ,że to nie jest prawda. Można powiedzieć, że ty masz na czym pisać ,i masz coś na czym można się dystansować. Masz talent poetycki, a jest w twoim dorobku kilka książek, o czym wspomniałem. Podmiotowość ich poznałem. Ale powiedz ,jak technicznie odbierasz sobie te wiersze wchodząc w ruchomy krąg takiej osobnej tajemnicy… Są to takie czujne „samotniki”, zdystansowane od życia mądre dygresje, które przeszły przez twoje serce samorodnie… Przecież nie ustawiałaś ich, jedynie przeszłaś takie metamorfozy… A do wszelkich stojących za tobą ekwiwalentów i duchowych prochibitów doszłaś dzielnie sama. Celowo wywołuję te kwestie, jakby osobiste, ale to są wzorce, gdyż przejść chcę do twego „Upiększania świata”. Powiedz o tych równowagach, jakie przedsięwzięłaś i jak radzić innym w ich dramatach… A później o takich duchowych spełnieniach, które czynią człowieka pięknym wtedy ,gdy podnosi głowę. Pozwól ,że jeszcze przytoczę tu pewną metaforę ,skoro jesteśmy znów u wrót poezji , co zresztą przytaczam artystom , a mianowicie jest to z Króla Lira, a wypowiada on taką kwestię dotyczącą naszej przestrzeni ,w której jest wielki ruch : „gdy koło opada – puść go” , „ale gdy to samo koło idzie w górę – chwytaj go szybko”…

    H. G. A. – Wywołałeś znowu ciąg powiązanych ze sobą zdarzeń, tym razem związanych ściśle z moją własną twórczością poetycką. Twierdzisz, że „dobra” sztuka powstaje na autopsji i szczerości. Tak… też tak uważam. Ale i budzi się prawdziwie w odpowiednim czasie i miejscu. Ja swój pierwszy tomik wierszy wydałam, mając trzydzieści osiem lat? Ponieważ profesjonalni (tak mi się wtedy wydawało) recenzenci, żądali czegoś więcej, co jest chyba naturalne. Jeden z takich guru, jak się dowiedział, że fascynuje mnie poezja Mistrza Konstantego, odparł z przekąsem: „No tak, to widać.”. Inny, sugerował wnikliwe studia nad twórczością Różewicza, a kolejny powiedział, że piszę „za prosto” i powinnam popracować nad wyeliminowaniem swoich skłonności do szukania rymów. Było mi oczywiście przykro, ale nie przestałam pisać wierszy. Byli przecież najbliżsi, którzy motywowali mnie do pisania. Z czasem zaczęłam tymi wierszami dzielić się z przyjaciółmi i znajomymi. Okazało się, że przekazują je sobie jako wiersze nawet do sztambucha. Ale tutaj wrócę jeszcze na chwilę, w tą moją osobistą ongiś traumatyczną przestrzeń, gdy wypełniła mnie rozpacz i ustateczniała się, uciekałam w świat poetyckiej atmosfery, aby sobą całą cicho , najciszej rozmawiać ze światem… Udawało się!- A moje „samotniki” utrwaliły prawie wszystkie – jak to ładnie nazwałeś – „modlitwy samotności”… Dobrze, że jeszcze mnie w życiu coś zaskakuje -To fakt, że świat wyrosły z moich doświadczeń, spostrzeżeń, odczuć staje się na moich oczach światem ode mnie niezależnym. Jest tak na pewno, że wiersze ogłoszone żyją same. Żyją własnym życiem… takie dzieci wkraczające w dorosłość… Zastanawiam się czasem nad tymi duchowymi spełnieniami człowieka, które – jak powiedziałeś – „czynią nas pięknym, gdy podnosimy głowę”… Trzeba starać się w życiu podejmować wybory ku wyobraźni, których skutki nie powinny już nigdy „boleć”. I, żeby się nie wymądrzać, dodam jeszcze jedno takie zdanie. Wydaje mi się jednak, że najważniejsze w tym wszystkim jest zdawanie sobie sprawy z tego, co tak naprawdę jest kręgosłupem naszej natury i wartości, a potem powinno sukcesywnie następować… . dodawanie mu ciężaru ciała!

    Z. K. – Zatem mamy już Twoje postrzeganie świata. Na pewno niesie się ono u każdego z nas inaczej, i jesteśmy tacy trochę wyobcowani tym innym echem życia, a u ciebie tym echem jest pokora do świata, który leży wprost pod nogami, a nie w gwiazdach. Robię czasem taką dygresję do otoczenia, do spraw przyziemnych, które nas żywią, ubierają, niosą i prą dynamicznie… Powiedz ,gdzie tak naprawdę stoi twój osobisty świat pośród innych światów, czyli jaki należałoby mieć dystans do swego miejsca ?– Ty ćwiczysz i mierzysz własny podmiot poetycki na konkretnym doświadczeniu… Nauka rozwija nas tak naprawdę wtedy, gdy jest w niej miejsce na wartościowanie duchowe (?) wtedy idzie w nas łatwiej? „Robisz”, czyli tworzysz na godności człowieka, która oparta jest na takim czymś uświęconym, choć nie musi to być zaraz sacrum! . Kiedyś Tadeusz Kantor powiedział mi, że „Sztuka uratuje świat od zagłady… ” Ten świat bardzo upodmiotowiony braniem ile się da, napędza się non – stop jak „mały samochodzik” i jak wspomniałem podzielony na co najmniej kilka światów, dwu kultur bijących się o znaki wyznawania Boga. A jednocześnie używający imienia Boga w imię walki o swoją partykularną wolność. Tak naprawdę polityka mocno absorbuje religię, wprost używa religii do załatwiania swych podłych spraw. Mówię to, żeby nabrać dystansu do tego, co wyraziłem wpierw… Pytam innych autorytetów, jak ciebie : gdzie jest miejsce mrówki, o której wie tylko poeta lub inny artysta ,dlaczego tak wielki Bóg przysłał ją do zbawienia człowieka?- Wiemy gdzieś w podświadomości ,że tylko maleńka cząsteczka tej machiny uratuje byt! – Czy jest tak, że słabość jest silniejsza ? Na pewno w naturze jest miejsce dla każdego, który ma swój kod i jego się nie wyzbędzie, choćby dla równowagi… Powiedz, co myślisz przeciągając tę kwestie przez swoje doświadczenie na obecne?…

    H. G. A. – Obecnie żyję, tak można powiedzieć, w zgodzie- sama ze sobą. Czy słabość jest silniejsza?… Nie wiem. Fundamentem, na którym zbudowałam swoje obecne życie, jest tragedia, a decyzje dnia dzisiejszego od lat zależą od moich zdrowotnych dyspozycji, jest tu być może mowa o tym co warunkuje ruch w krwioobiegu, a przecież te – nazwijmy je – słabości dają mi dobre poczucie przysłowiowej mrówki ?  Nie wiem, dlaczego jest tak, że człowiek, mała drobina świata ,która doświadcza ogromu zła, często niegodziwości, przekraczającej granicę obłędu, znajduje w sobie siłę na odbudowanie własnego mrowiska i otoczenia. To chyba tkwi w ludzkiej naturze – zbawianie dobrem. To swoistego rodzaju zmartwychwstanie. Wiem, znam historię ludzkości. Można na nią spojrzeć przez pryzmat wojen i szaleństwa… Jak dotąd człowiek, zawsze się opamiętuje a może raczej jego natura w której dobro jest kodem , który w nim tkwi długo i misternie zmienia go? Zmiany, których jesteśmy autorami napędzają koniunkturę wartości. Trzeba to tylko zauważyć. Moje postrzeganie świata bierze się z tzw. białej sali, w murach szpitalnych – innych ludzi z kościoła, a innych z lasu – Osobiście nabieram pokory wobec tego, co mnie od czasu do czasu potrafi zdominować. Bronię się coraz bardziej przed pospiechem , przed ludźmi, którzy tak żyją… Chcę żyć własną wartością – przecież przeszłość JUŻ spełniła mnie na dziś, a przyszłości JESZCZE nie ma, jest tylko TU i TERAZ i cisza. I chyba to właśnie warunkuje moją równowagę „mrówczej przedsiębiorczości”!

    Z. K. – Więc na to co wypowiadasz, przytoczę twój wiersz z tomu pt. „Upiększanie świata”:
    W ciszy odnaleźć drogę
    do ludzi –
    rękoma odgarniam zgiełk…
    Jak nie zboczyć ze szlaku
    Sensu (… )
    No właśnie jak? – Może coś jeszcze dodasz do wpierw wypowiedzianej sugestii co do istnienia i własnego świata , oczywiście nie tłumacząc własnej sztuki. Dalej mówisz w tym samym wierszu tak:
    Idę przed siebie –
    patrzę na buty,
    które monotonnie
    przybliżają mnie do nowego,
    odbierającego oddech, odkrycia.
    – Myślę, że wiele odwagi dziś potrzeba, żeby mówić: o wyrzeczeniach i o tym, że szukamy się w rozwiązywaniu tajemnicy sensu bytu za pomocą kruchego słowa po ciemku – Myślę tu o pisaniu i o mocy słowa, że wypowiadane żyje jako wektor i jako kreator czyni nas takimi lub innymi – Może jakieś filozoficzne dalsze sugestie?

    H. G. A. – Słowo? Ono utrwala moje tu i teraz, ale i „przybliża mnie do nowego odkrycia”. A to, że nie czekam na to, co ma być, to zawsze pokazuje się czarującym spełnieniem. Bo przyszłość zaskakuje takim bezdechem w zachwycie, czasami swą pewnością co też daje sama natura. I to jest, wydaje mi się, najważniejsze, aby nie tracić takiej wyobraźni.

    Z. K. – W swoim autorskim curriculum vitae zamieszczasz takie zdanie, być może zasadę, lub jako dystans do twórczości, pytając, wprost: „czym różni się poezja od wiersza? Według mnie wiersz może napisać każdy i większość ludzi to robi wtedy, gdy nie potrafi uporać się z emocjami, które targają jego duszą.” – Może nie dodawajmy tutaj dalszej części tej autorsko intrygującej wypowiedzi, dość że wspominasz o poezji przy okazji tak niesamowitej biografii w dokonaniach naukowych ,za czym staje oblicze duszy nie podzielonej ale jako całości ,o ile dusza ma twarz! a co jest na pewno ewenementem i czymś bardzo ważnym…

    H. G. A. – Chyba jednak powinnam dokończyć tę rozpoczętą przez ciebie myśl, ponieważ rzeczywiście uważam, że nie każdy mój wiersz należy do krainy poezji, choć nie byłam, nie jestem i nigdy nie będę rozstrzygającym taką kwestię. Uważam, że tylko ten wiersz należy do krainy poezji, który pozostawi w wyobraźni człowieka niezatarty obraz, smak, zapach… Poezją jest więc to „coś”, co zostaje w nas w postaci nieobojętnie ukrytej, ale i jawnej.
    Jednak to, co jest podstawowym warunkiem dla poezji dla jej funkcji, jest obcowanie w czasie i u ludzi… To kolejne pokolenia czytających i piszących utrwalają swoje emocje, świadczące od zawsze o nas i o nich, i rejestrujące apologetycznie dobro, zadaniem poezji jest też niegodzenie się na różnej proweniencji zło. Zatem zadanie sztuki jest ogromne! I oczywiście, jest tutaj pewien paradoks, ponieważ pisanie wiersza de facto świadczy o skrajnym egocentryzmie, przecież!- Dla mnie jednak jest i drugie oblicze tego egocentryzmu. Jeżeli robisz coś dobrze i robisz to nie raniąc uczuć drugiego człowieka , to już jest spełnione słowo. W tym kontekście chciałabym wspomnieć o mej książce, którą uważam za jedną z najważniejszych w moim życiu, ponieważ zarówno jej powstawaniu, jak i ostatecznej decyzji o wydaniu, towarzyszyły burzliwe emocje oraz długi czas dojrzewania. Tytuł : „Po drugiej stronie nieba”- jest to opowiadanie dla mnie bardzo szczególne. Po śmierci najbliższej mi osoby nastąpił okres, że nie umiałam płakać, rozpaczać, przerastał mnie ból, a siłę dawało mi pisanie. Ale gdy po kilkunastu latach wzięłam do ręki te zeszyty zostałam sobą zaskoczona, bo na żywo powstał tu pewnego rodzaju pamiętnik. Taki „żalnik” – Wtedy zauważyłam , że nie umiałam ,a i nadal nie umiem mówić o rozpaczy, a miłość nie polega tylko na manifestowaniu uczuć, bo nie w tym rzecz, wiem dziś również, że bunt należy przyjąć do siebie nie do innych i godnie go znosić wewnętrznie. Takie były intencje powstania tego opowiadania spisane na tamtym czasie… Zawarłam w dedykacji do tego opowiadania, przesłanie  a może taką inną mądrość : każdy z nas ma inną sztafetę pamięci, w której przez czas jakiś biegnie… Gdy przygotowywałam teksty do wydania targały mną sprzeczne emocje – czy nie jestem zbyt żałosna? i czy po przez publikację ,za mocno nie obnażę się. A potem?… Na jednym z listopadowych spotkań autorskich czytałam fragmenty tego opowiadania. Po spotkaniu podszedł do mnie mężczyzna, który nieśmiało o nie poprosił – zwierzył się ,ze od trzech miesięcy nie może sobie poradzić po stracie żony. Natomiast ci, którzy zapoznali się z tym opowiadaniem, utwierdzali mnie w przeświadczeniu, że warto było z tymi emocjami sie podzielić a i tę opowieść także ogłosić… Pewna kobieta powiedziała: „Pani Haniu, przecież to jest moje życie”. Ale był tam człowiek ,właściwie mi obcy, choć znajomy. Powiedział, że według niego jednak przekroczyłam jakąś granicę, nadmiernie odsłoniłam się. Oznajmił, że poszłam na tyle za daleko, że on był za blisko mojego życia. Powiedział, że będąc mi osobą obcą, zbyt osobiście zagościł w moim życiu nieprzygotowany, choć jednak zaintrygowany!

    Z. K. – A jak to jest w twojej pracy na uczelni? -Jak jest postrzegane wierszopisanie przez panią profesor? Wiem ,ze studenci mówią, co jest zresztą tajemnicą poliszynela, że „pani profesor ma takie ludzkie oblicze… ” Czy tylko poezji trzeba, żeby zasłużyć sobie na tak wspaniałą wizytówkę? – Co jeszcze czyni pedagoga w jego rzeczywistym wymiarze funkcji profesorskiej kochanym? – Czy czujesz się humanistą? – Wiem, że na pewno tak… I to widać…

    H. G. A. – Czy czujesz się humanistą?… Oczywiście, że tak. Ważnym elementem postawy humanisty jest myślenie drugim człowiekiem. Zabrzmiało dziwnie, prawda? Ale to nie jest błąd stylistyczny a raczej metafora. Pod tym pojęciem rozumiem pewną bardzo ważną postawę. Ona – wbrew pozorom – nie jest taka prosta w tłumaczeniu, ale jeszcze trudniejsza – do stosowania w życiu codziennym. W dodatku wcale nie jest to postawa powszechna! Umiejętność myślenia drugim człowiekiem posiadasz i ty, Zbyszku. Na czym polega owa umiejętność? – U mnie zawsze chodzi o określoną postawę. Na przykład, jeżeli sprawię komuś mimowolnie przykrość, to przyjmuję to, bez względu na fakt, iż intencje moje były diametralnie odmienne. I mówię „przepraszam”. Nagminnie spotykam się jednak z postawą zupełnie inną, gdzie odpowiedzią jest „ja przecież tego nie chciałem”. I cóż z tego wynika, że nie chciałeś? Powiedz po prostu „przepraszam”. A jest to takie oczywiste, wręcz trywialne, jak ciężko wypowiedzieć to słowo , które jest znakiem pokoju… Ludzi charakteryzuje, jak już wcześniej powiedziałam, myślenie przez pryzmat własnego ego. Umiejętność „myślenia drugim człowiekiem” jest to pewna zdolność uwzględniania drugiego człowieka w powiązaniu z wykorzystaniem jego własnego potencjału wyłącznie ku jego godności. To zrobiłeś ty, Zbyszku, prowokując mnie pytaniami, którymi tak głęboko dotykasz mojego życia, a jednocześnie wyzwalając wagę do samookreślenia. Dla mnie tego typu postawa w działalności naukowej jest kluczem, którym „otwieram” swojego ucznia. Prawdziwą przygodą jest praca z doktorantami, od których tak wiele się mogę nauczyć! Obserwuję i współuczestniczę w autentycznych „przebudzeniach”, a radość, jaką młodzi mają z odkryć jest jedną z najpiękniejszych odmian radości, jaką doświadczam. Nauczyłam się już dawno słuchać, tego co wypowiedziane i… niedopowiedziane. Ale umiem też prowokować, nie wyprowadzając z równowagi. Czy na tym polega, jak powiedziałeś, bycie dobrym pedagogiem? – Nie wiem!- Mnie się podoba, taki właśnie sposób pracy z młodymi ludźmi. A oni tak pięknie potrafią się otworzyć! I nie wiem wtedy kto od kogo dostaje więcej. Ostatnio nie wiedziałam, jak przyjąć pewien piękny gest. Byłam wzruszona i zażenowana – dlaczego? i za co? -Mój mąż Andrzej jest kierownikiem Katedry Prawa Finansowego w Uniwersytecie Gdańskim. Ma fantastyczny, niepowtarzalny dziesięcioosobowy zespół młodych adeptów nauki. Któregoś wiosennego dnia (przed Wielkanocą) zaprosili mnie do Katedry i całą gromadą wręczyli prezent – sprowadzony z zagranicy egzemplarz najnowszej publikacji Thomasa L. Friedmana pt. „The World is Flat” (wiedzieli, że jestem jego fanką). Była również dedykacja, którą przytoczę: „Globalny świat – globalne serce, pełne nadziei, wiary i miłości, którym obdarza nas nieustannie Pani Profesor Hania, niech pozostaje w zdrowiu i bije z niezmąconą siłą”. Piękne, prawda? Takie kompletnie bezinteresowne. Trudno mi przytaczać co innego.

    Z. K. – Powiedz, proszę, przy tej okazji, jeszcze więcej o twoich związkach z naturą, a raczej o pewnej wiedzy jako naturze przypisanej nam wszystkim. Mówi mój znajomy profesor, znany ekofilozof, że człowiek jest takim sanktuarium i zapomniał o tym, w swej gonitwie w religii wyznawania pieniądza, że ów trzon duchowy przypisany człowiekowi naturą został już bardzo nadwyrężony, gdyż jak wiemy bardzo często człek jest inteligentnie tresowany i kierowany jakby na postmodernistyczne tory ,lub wciskany konceptualne w jakieś niewytłumaczalne bliżej pseudoracje i kreacje bez pokrycia. Ów człowiek zapomina, że cała ogromna wiadomość o nim mieści się zakodowana w atomach i w przekazach biologicznych, a oparta jest na czuciu zmysłowym i intuicji. Tudzież mówi mi inny autorytet ,którego zaprosiłem do „rozmowy artystycznej”, a mianowicie profesor Teller architekt artysta rzeźbiarz i malarz ,że nie należy występować przeciwko Duchowi Świętemu, parafrazując swoją opowieść mniej więcej tak: nawet płatek śniegu, kiedy spada jako osobny wzór i kształt pośród innych miliardów płatków, i gdy utrącona zostaje wtedy mu jedna jego gałązka, to natychmiast w paru sekundach odbudowuje się, upodobniając się jota w jotę do pozostałych gałązek czy ramion. Chodzi tu o symetryczność w odradzaniu się natury bytu. – Mowa tu o jednym płatku śniegu! wśród miliardów i bilionów innych. Powiedział mi o tym, żeby coś uświadomić ważnego ,a badał to zjawisko w USA przez trzy lata w instytucie zaprzyjaźnionego uniwerku. My sobie nie zdajemy sprawy z tego i innych odradzających się kształtów, czego nie należy zatrzymywać albo spotwarzać jak choćby po przez klonowanie. Przecież ta sama kreacja dzieje się w naszej duchowości i nawet na pewno! Tego nie czuje wielu z nas, a nawet z tym walczą, chodzi o łzy, pokorę, lub ból wewnętrzny, albo o uczucie do sfery nadprzyrodzoności, która nas przywołała już od pyłka. To natura ukształtowała w nas wyobraźnię i czucie duchowe, kiedyśmy stopniowo się w niej podnosili, wystarczy sięgnąć antropologicznie. Zaczynaliśmy na kamieniu łupanym, później jako homo–wiator dzielnie oznaczaliśmy wędrowanie na skałach rysunkami i znakami w drodze… Później jako homo–faber wymyślający wynalazki, żeby stać się homo–sapiens, żeby w efekcie stać się człowiekiem rozumnym… Gdyby nie wyobraźnia i osiągnięcia oraz dzielenie z tego radości, jednokrotnie tu biegnących równolegle rzeczy – nie doszlibyśmy aż TUTAJ. Tyle, że często też z lenistwa (?)nie wyciągamy takich ani innych wniosków, nie wiemy o tych czy innych zależnościach, bo jesteśmy narodem raczej niedouczonym… Doprawdy, nie chcę się tutaj jakoś wymądrzać, ale chodzi mi o poszukiwanie drogi poprzez godność. Jak to czynić? Czy możesz już jako humanistka (?) ustosunkować się do kwestii Natury, i zająć jakieś zdanie wiążące, patrząc na swój dorobek jako całość… Jak właśnie w naturze, która kształtuje ewolucyjnie, (nie biorąc pod uwagę komunistycznych teorii Marksa do Darwina,) należy w niej szukać funkcji duchowej strony człowieka? Jakże często w pogoni zapominamy przyjrzeć się swej godności i zasadności celom ku jakim przecież zdążamy… Czy możesz zawrzeć tutaj jakieś stanowisko i na swojej wyobraźni oraz doświadczeniu zbudować jakąś funkcję homo–sapiens?, czyli o człowieku rozumnym… ?

    H. G. A. –Mówisz o poszukiwaniu drogi poprzez godność, o nie zatraceniu celów istotnych w życiu. A przecież wszyscy wiemy, że wystarczy żyć w zgodzie z naturą. Ładnie powiedziałeś, że człowiek to sanktuarium. Tylko ten człowiek zapomina, że jest sapiens! Dla wielu niemyślenie to atrybut spędzania całego życia. Matematycznie rzecz ujmując, każda funkcja ma swoje czynniki. Funkcja nazwana człowiekiem ma tych czynników miliony, ale tylko kilka wyzwala w nas człowieczeństwo i pozwala nam trwać we wszechświecie i być sanktuarium takim do odwiedzania. Wspomniałam o tych funkcjach już wcześniej. Gdybym miała to jednak spointować, to w ostatecznej swej postaci funkcja ta jest jednoczynnikowa, a mianowicie: człowiek = f(drugi człowiek). Nasze życie nie ma sensu, jeżeli spędzamy je dla siebie.

    Z. K. – No właśnie, mówisz czasem w wierszach, nawet w ich tytułach o „déjà vu”. A wiersz twój „ to jest twór człowieczej dłoni, czy też mego boga?” – Pytasz tutaj siebie o pochodzenie… Twoją poezję dominują pytania o wartości. Czasem takie jakby celowe rozdźwięki po to, żeby sprowokować czytelnika do myślenia ciszą? po chwilę samotności… Tak? – Czy raczej są to wypowiedzi idące pomiędzy nauką a sercem? O ile sacrum serca przypisywać poezji, lub jej godności lub humanizmowi… Pozwól, że wykropkuję i zacytuję Twój nowy wiersz, który wiem znajdzie się w Twoim nowym tomie poezji pt.„Świat wielu spełnień”:
    To jak „déjà vu”
    powtarzane na wiosnę –
    zabieram z tego miejsca wspomnienia,
    a zostawiam wiersze.

    Wiersz – wschód słońca?
    Twór człowieczej dłoni, czy też mego boga?
    Myśl jego, czy moja?

    Co jest pierwsze?
    Bóg z małej litery, czyli prozaiczność tej kwestii? Możesz się tutaj jakby bardziej określić, jeżeli chodzi o stosunek do kwestii tajemnicy życia, badaczowi jest być może trudniej, ale Tobie nie bo jesteś naukowcem i jednocześnie poetką! Może coś powiesz o wyznawaniu innych ważnych funkcji życia. I nie chodzi mi wprost o tak zwaną religijność, bo to jest sposób wyznawania swego Boga, ale może chodzi tu bardziej o wiarę, która dominuje nasze kierunki w życiu i trzyma nas przy życiu. Kiedyś, gdy M. Hermaszewski powrócił z kosmosu, powiedział zaiste dopiero niedawno, że w kosmosie widzi się lepiej Boga ,i dopiero po zejściu z rakiety statku kosmicznego dopiero wtedy, czuje się wtedy pokorę wobec Boga i życia… Spytałem go o to w rozmowie telefonicznej, nakreślając ramy i zapraszając wstępnie do całkowicie filozoficzno– socjologicznej rozmowy dla czasopisma, a on odparł: „Coś panu powiem – jakbym to opowiedział w Pana rozmowie, to już nie miałbym o czym napisać w swej nowej książce… ” Czyli znów przeżycie i czucie zmysłami intuicji, i nie zapomniany nigdy ten zapis „trzeciego oka” jest w każdym i budzi nas zawsze w odpowiednim czasie… Szukam drogi, a raczej stosunku do kwestii intuicji i jej godności – bo pojawia się pytanie zasadnicze :Co właściwie wartościuje jej funkcję czucia i jaki dotyk komu przynależy, żeby obudzić nowe zycie? Na pewno idziesz i Ty wielokrotnie nad morze, przed przestrzeń i nad głębinę, i reflektujesz swoje życie. Na pewno widujesz Jonasza jak wyczesuje się z ogromnego wieloryba czasu, a jednocześnie zaskakuje cię horyzont, który wyłania gotowy wiersz i wracasz nieodwracalnie inna, jakby lepsza?… Czy możesz, proszę już na zakończenie tej uroczej rozmowy, odnieść się jakoś do tak stawianej metaforycznie kwestii? – Bardzo serdecznie proszę…

    H. G. A. – Nawiązałeś do Boga. Dojrzewałam w świecie dualnym. Z jednej strony byłam przymuszana do chodzenia na lekcje religii do kościoła katolickiego, z drugiej – obserwator codzienności, w której dualszczyzna programowała moje życie. Coś mi nie grało, nie pasowało do miłości, o której mówi się w murach kościołów. Pytań było wiele -Gdzie jest szacunek człowieka? Gdzie tolerancja dla odmiennych poglądów?- Dlaczego spowiedź przekreśla uczynione krzywdy? A poprawa polega li tylko na odklepaniu jednej litanii, czy odmówieniu „Ojcze nasz”? –Dlaczego naszym grzechem jest kłamstwo, które uwalnia czyjąś złość a odwet wymyśla formę? -Buntowałam się ,i to był przywilej młodości. Zadawanie sobie takich pytań powodowało i zmuszało do sięgania ku źródłom, wejście w dzieła różnych filozofów, opracowań etyków, książek na temat różnych religii. Z tego wszystkiego „przywłaszczyłam” sobie to, co mi pasowało i stworzyłam własny kanon religijny. Odpowiada mi filozofia, według której nic, co uczynisz nie jest ci zapomniane, a jeżeli uczyniłeś coś złego, to masz jeszcze życie, aby przeważyć szalę zła dobrymi uczynkami. Pomnażaj i generuj jak najwięcej dobra, może ci się uda. Gdy skończy się twój czas, pozostanie ślad, który zostawiłeś i czyny, które popełniłeś i… zaniechałeś. Proste, prawda? I pasuje do każdego życia, na każdej szerokości geograficznej, do wszystkich religii. Wiem, jest to przykazanie podstawowe z dekalogu, ale NAPRAWDĘ stosowane, nie generuje niczego złego. Nie rozumiem, dlaczego ludzie mają z tym takie problemy? A ich Bóg nie potrzebuje kościołów ,żeby mu oddawać pokłony, modlitwą jest codzienny trud, jaki został ponosimy, dla współbliskich i nawet obcych… Dlaczego często w swoich wierszach piszę słowo „bóg” z małej litery? Zadam przewrotne pytanie: dlaczego „człowiek” nie piszemy tak prawdziwie ,żeby było z dużej? Ale jak słusznie zauważyłeś, często zadaję pytania, zostawiając je bez odpowiedzi. I naprawdę nie wiem, co jest pierwsze i co powinno być pisane z dużej litery! -A na zakończenie – jak to ładnie nazwałeś – naszej „uroczej rozmowy” przytoczę fragment, którym daje nam do myślenia z Anthony de Mello: „W grze w karty zwanej życiem, jeden jest ręką, drugi jest rozdaniem, zgodnie z ich najlepszymi zdolnościami. Tym, którzy nalegają, aby grać, nie dano być ręką, ale tymi, którzy są rozdaniem. Nikt z nas nie pyta, czy będziemy grać. Tu nie ma wyboru. Grać musimy. Pytanie tylko – jak?”… Właśnie, kim jestem? -Wielorybem, czy może …Jonaszem?

    Z. K. Dziękuję za rozmowę i ciekawe filozoficzne spostrzeżenia w osobę ludzką ,a zwłaszcza za to że uczyniłaś to po przez własne wnętrze…

    – z Hanną G. Adamkiewicz – Drwiłło
    rozmawiał Zbigniew Kresowaty

  • PORTRET Z ARCHANIOŁEM NA POGRANICZU W OKNACH PAMIĘCI

    rozmowa z Tadejem Karabowyczem – poetą, tłumaczem, pracownikiem naukowym UMCS w Lublinie

    Zbigniew Kresowaty: Znajdujemy się w Holi, małej wsi na wschodzie Lubelszczyzny, w takim przepięknym miejscu historycznego już Podlasia, gdzie mieszkasz od lat i tworzysz. Egzystujesz społecznie tutaj w takim magicznym krajobrazie, gdzie są jeszcze miejsca nieskażone senso-scricte urbanistycznie i bez agresywnych reklam. Jednym słowem Ty poeta w swojej „małej ojczyźnie” tworzysz, gdzie natura z żywą biologią tkwią szeroko w symbiozie i funkcji dumnej ziemi kresów w obrazie rzeczy samej jeszcze dziewiczym. Jest tutaj XVIII wieczna cerkiew i skansen, który otworzyliście kilkanaście lat temu wraz z żoną Aliną. Jesteś wykładowcą na filologii ukraińskiej UMCS w Lublinie (ok. 70 km stąd) – Jesteś twórcą, autorem 8 tomików poetyckich i nie tylko, bo i książek tłumaczonych przez siebie na język ukraiński, ponieważ jesteś tego pochodzenia. Jesteś też autorem antologii poezji ukraińskiej pt. „Po tamtej stronie deszczu” (Lublin 1998), wykładów pt. „Dziedzictwo Kultury Ukraińskiej”(2001), monografii pt. „Portret ze skrzydłem archanioła” (2003), która mówi o poezji wybitnego i prześladowanego poety ukraińskiego Ihora Kałyncia, co było tematem merytorycznym obrony Twojej pracy doktorskiej, jak i wielu innych rozważań nad tą osobowością… Dodam jeszcze, że inicjowałeś także wydawanie rocznika „Ukraiński Zaułek Literacki” od 2001 roku poświęconego wyłącznie twórczości poetów mniejszości ukraińskiej w Polsce. Napisał w swej „nocie tłumacza” Jan Leończuk z Białegostoku, jako poeta i krytyk literacki i znawca kultur pogranicza, o Twojej książce poetyckiej pt. ” Już dzień się nachylił do czterech krańców świata” takie oto słowa, cyt.: ” Tadej Karabowycz pisze po ukraińsku i chociażby z tego powodu skazany jest na samotność, którą pogłębia: złożona natura poety, wrażliwość oraz skłonność do myślenia mitycznego…” – Ja myślę, że nic tutaj nie można dodać ani ująć… Natomiast nie bez kozery zrobiłem taki obszerniejszy wstęp do tej rozmowy, ponieważ pragnę abyśmy porozmawiali głównie o tym pograniczu, na którym zamieszkujesz, bo jesteś jego znawcą i szerzej, ale właśnie tutaj, gdzie od lat mieszkasz i tworzysz…I chociaż to taki szeroki pas ziemi, gdzie wymieszały się kultury, to jest on na pewno o wiele obszerniejszy, jeżeli idzie o Kulturę i Sztukę on jest bardzo szeroki, i nie bez wpływu na całą kulturę regionu. Może dasz się namówić na charakterystykę własnej osobowości i wszelkich działań nie tylko artystyczno-literackich, być może w kontekście tego, co napisał w Twej książce Jan Leończuk?- Czy i jakim jesteś samotnikiem? – Dodałbym prowokująco więcej, że jesteś nie tylko sumieniem swojej „małej ojczyzny”, ale i osobą, która chroni usilnie jak tylko może tutejszej natury i tego miejsca, które co tu dużo mówić i Ciebie jednocześnie tworzy. Chciałbym ,żebyś też odniósł się twórczo szerzej co do tutejszych tzw. mieszanek kulturowych , skądinąd bardzo sympatycznych i cennych dla całej kultury Podlasia i Chełmszczyzny.

    Tadej Karabowycz: Najtrudniej jest mówić o sobie nie poprzez skłonność do myślenia mitycznego, a z braku świadomości dystansu wobec siebie. Wraz z upływem czasu narasta przekonanie, że wszelkie osiągnięcia, o których tutaj wspominasz, są jedynie namiastką czegoś co powinienem dokonać. Swoją drogę życiową określiłem wędrówką do siebie, a samotność , którą, obok tłumacza Jana Leończuka, także omawia profesor Teresa Zaniewska, we wstępie do tomu wierszy pt.” Już dzień się nachylił do czterech krańców świata „, jest kreacją artystyczną, która w mojej biografii ma ważne znaczenie. Pozwala na dystans wobec galopującego czasu. Mój dzień nachyla się do czterech krańców świata, bo za chwilę w obliczu umykającego czasu nastąpi wygaśnięcie moich świateł, a więc chciałbym by chwila ta, którą ukochałem, trwała jak najdłużej ,i należała do mnie , z moimi wspaniałymi grzechami i przypadłościami… Jestem poetą piszącym w języku ukraińskim ,wydałem osiem tomików w tym „Poezje wybrane” w 2001 roku. Moje wiersze były tłumaczone na język polski przez poetę Jana Leończuka i wyszły trzykrotnie w roku 1998 w tomiku „Powrót”, w 2004 roku w tomie dwujęzycznym oraz w „Długa rozłąka” 2006 roku.
    Inicjowałem wydawanie rocznika „Ukraiński Zaułek Literacki” w 2001 roku. , który obecnie ma już sześć edycji oraz prezentuje literaturę ukraińską i dorobek twórczy ukraińskiej mniejszości narodowej zamieszkującej w Polsce. Tłumaczyłem na język polski najwybitniejszych poetów ukraińskich, w tym emigracyjnych, a także na język ukraiński wiersze Czesława Miłosza i Wisławy Szymborskiej. Zajmuję się literaturoznawstwem ukraińskim na Uniwersytecie Marii Curie – Skłodowskiej w Lublinie. By ten obraz był pełniejszy dodam, że interesuję się etnokulturą oraz etnografią całej Chełmszczyzny i Podlasia. Jest to chyba szerokie spektrum mojej pojęciowości naukowo –literackiej a jednak, gdy przyjrzeć się bliżej, to raczej są to moje zainteresowania osobiste. Jest to moja druga życiowa pasja i dodałbym „wędrówka do siebie”, która w mojej biografii zajmuje ważne miejsce. Szukając wypowiedzi artystycznej dość często posługuję się myśleniem mitycznym, dystansując się w ten sposób wobec dnia codziennego i galopującego czasu. Staram się odgrodzić od nadmiernej cywilizacji, mieszkaniem na wsi i pracami społecznymi na rzecz najbliższej okolicy oraz swojej mniejszości narodowej.
    Pragnąłbym odnieść się do kwestii pogranicza kresów oraz małej ojczyzny i odpowiedzieć na pytanie czym te pojęcia są dla mnie. Mimo żmudnego i ciągłego określania tożsamości mam świadomość dawno skrystalizowanej ojczyzny duchowej, ugruntowanej w językowej oprawie kilku moich tomików wierszy. Mimo wszystko nie jestem poetą poszukującym swojej tożsamości, należę, bowiem do areału literatury ukraińskiej. Jeśli chodzi o „pogranicze”, to miejsce, gdzie mieszkam nie jest dla mnie pograniczem, czy kresami. Moje strony rodzinne były i pozostaną dla mnie centrum świata. Nie czuję się poetą pogranicza i gdybym miał przeprowadzić linię gdzie przebiega moja poetyka- chociaż wolałbym by zrobili to krytycy literaccy- powiedziałbym krótko, przebiega przez sam środek serca. Kresy to ziemie pogranicza, zwłaszcza dawnej Polski leżące na wschód od stanowisk wojskowych gdzie w XVII w. strzeżono rubieży Rzeczypospolitej przed najazdami tatarskimi. Ale w wyniku rozwoju historycznego pojęcie kresów zaczęto w historiografii polskiej oznaczać zupełnie coś innego i utożsamiać z bliskim pograniczem, nadając wymiaru nazewniczego kresów wszystkim ziemiom, które Polska utraciła po 1939 r., a nawet takim enklawom jak Podlasie, przemyskie czy Chełmszczyzna. Często słyszy się, ze Lublin jako miasto ma cechy pograniczne poprzez elementy wschodnie takie jak cerkiew czy nazwy ulic (Ruska, Unicka). Nazwy te nie istnieją w świadomości narodowej współczesnych Ukraińców, nie ma synonimu „kresy” w języku ukraińskim, a raczej głęboko zakotwiczone są historyczne nazwy takie jak Wołyń, Podole, Galicja.

    Z . K . Jeżeli możesz uzasadnij proszę i opowiedz, jak doszło do spotkania z poetą Ihorem Kałyncem, gdyż wydaje mi się jest to bardzo ciekawy okres w Twoim życiu. Powiedz jakie pobudki czy umocowania tkwią w Twoim wyborze
    jeżeli idzie o napisanie pracy doktorskiej, że akurat wybrałeś tego poetę, który jak wiadomo był więziony przez reżim sowiecki za swoje przekonania. Ty wziąłeś sobie za honor osobowy, żeby o nim pisać- wiem, że odwiedzałeś go nawet na Ukrainie i zaprzyjaźniłeś się z nim. Co tak na prawdę skłoniło Cię do podjęcia się wędrówki po jego ciekawym i tragicznym życiu? Wiemy, że jest on nie jedynym przykładem niszczenia sumień ludzkich na Ukrainie jego zesłano za pisanie wierszy i publikowanie ich na Zachodzie oraz uznano go politycznie groźnym. Został zesłany na Sybir do ciężkich robót w łagrach, a co było chyba ważnym wątkiem dla obrony Twej pracy doktorskiej – Trochę wiem o zawartości Twego doktoratu, bo czytałem go, za Twoim pozwoleniem, kilka lat wstecz u Ciebie w tym autorskim siedlisku tutaj na Holi. Dziś, może zechciałbyś, z takiego większego dystansu, przybliżyć tę oryginalną osobowość?

    T . K . Poetę ukraińskiego Ihora Kałynecia poznałem w połowie lat 80 ,już jako legendę i dysydenta „na kawie” , modnej wówczas we Lwowie formie spotkań towarzyskich .Poetę przedstawił Jarosław Hnatiw, kolekcjoner sztuki i pracownik naukowy lwowskich uczelni. Rozmawialiśmy wówczas z Ihorem Kałyneciem tylko o poezji, gdyż pan Hnatiw przed spotkaniem prosił ,żebym nie poruszał świeżego jeszcze w jego wnętrzu bolesnego doświadczenia „zsyłki”, z której Ihor Kałyneć powrócił do Lwowa po dziewięciu latach nieobecności w latach 1972- 1981. Znałem wówczas jego wiersze z dysydenckiego tomiku pt. „Pidsumowujuczy mowczannia” ( „Podsumowując milczenie”) wydanego w Monachium w 1971 roku. W latach osiemdziesiątych często bywałem we Lwowie, i tak się złożyło, że udawało mi się spotykać poetę i z nim rozmawiać. Zostałem zaproszony przez niego do jego domu na ulicy Kutuzowa , gdzie też poznałem żonę Ihora – Irynę Kałyneć – Stasiw więzioną również za swoje przekonania polityczne. To nasze spotkanie odbywało się wówczas w „wielkiej konspiracji”. W mieszkaniu Kałynciów zwracano się do mnie „Taras”, poeta uważał, że jest śledzony. Dodam, że nie była to prosta dla mnie rozmowa, bo nie byłem do niej przygotowany i chociażby na zwykłe ciekawości nie mogłem sobie pozwolić, rozmawialiśmy nawet szeptem. We Lwowie zacząłem odczuwać tragiczny stan ukraiństwa faktycznie sprowadzony do minimum. Ihora Kałyncia poetę otoczonego malarstwem i książkami w jego mieszkaniu ujrzałem jakby w kokonie, bo te obrazy, ceramika huculska były to symbole oddzielenia się od rzeczywistości podkreślonej długą poniewierką zesłania. Zachwycałem się twórczością poety, jego bezkompromisowością i trafną analizą rzeczywistości…A gdy już zacząłem pracować w Zakładzie Filologii Ukraińskiej UMCS w Lublinie moja wiedza o poecie była dość spora, nadawała się do napisania o nim rozprawy doktorskiej, co zresztą zostało zrealizowane w 1998 roku, by następnie zaistnieć w mojej książce pt. „Portret ze skrzydłem archanioła – o poezji Ihora Kałynca”, którą wydało Wydawnictwo UMCS w Lublinie w 2003 r. Paralelnie wydałem przekłady jego wierszy pt. ” Karpat lub księga z Poselja”- Wydawnictwo „Tyrsa” (Warszawa 1998) ,do którego Kałyniec napisał specjalne słowo wstępne . Spotkanie z poetą Ihorem Kałynciem było poważną próbą wgłębiania się w jego twórczość, osobowość i całościową oceną tego doświadczonego i wybitnego poety ukraińskiego w szerszym aspekcie literaturoznawczym. O twórczości tej nie potrafię mówić z dystansu, a być może powinienem, gdyż ta wybitna osobowość ciągle towarzyszy moim wędrówkom literackim. Przez lata narastała pomiędzy nami ożywiona korespondencja. Jestem w posiadaniu wszystkich jego książek, mam jego autograf jego wiersza „Dom zimą” z tomu „Karpat lub księga z Pselja”, z czego jestem dumny i szczególnie sobie cenię dedykacje autorskie, które Ihor Kałyneć wpisywał na stronach tytułowych swoich książek. Wiersze Kałyncia tłumaczyłem z wewnętrznej potrzeby i chęci przybliżenia czytelnikowi polskiemu jego twórczości i jak również po to, by uzmysłowić Polakom, że Ihor Kałyneć jest wybitnym poetą. Chciałem również ukazać szerzej jego otoczenie literackie, przyjaciół, stąd tłumaczyłem wiersze kijowskiego poety Mykoły Worobjowa i utwory poetyckie Wasyla Hołoborod’ki, poety obecnie mieszkającego pod Łuhańskiem, we wschodniej części Ukrainy. Moje przekłady z literatury ukraińskiej ukazały się w roku 1998 i nosiły tytuł „Po tamtej stronie deszczu – poezja ukraińska” (Wydawnictwo UMCS w Lublinie) i spotkały się z życzliwością krytyki literackiej. Tłumaczyłem tutaj wiersze: Josypa Struciuka – poety mieszkającego w Łucku a urodzonego w miejscowości Strzelce na Chełmszczyźnie oraz wiersze innych: Ostapa Łapskiego, i jak wspomniałem wcześniej poetów ukraińskich emigracyjnych, tworzących w latach 1959 – 1971 grupę literacką „Nowojorska Grupa” : Bohdana Bojczuka, Jurija Tarnawskiego, Wirę Wowk, Romana Babowała i Mariję Rewakowycz. To jakby klamra, która spina moją pracę translatorską, jeżeli dodam, że tłumaczyłem zupełnie nie tak dawno wiersze Serhija Żadana dla pisma literackiego „Studium” wydawanego przy UJ w Krakowie – Jest to poeta najnowszej dekady, który pisze metryczne dobre wiersze, podobne do tych, które pomieszczał „Brulion”, zatem musiałem tutaj zgłębić jego metaforykę do odpowiednio innego rytmu i semantyki niż moja własna. Przekłady zawsze sprawiały mi radość twórczą i trzeba mieć świadomość, że tylko poeta powinien przekładać poetów, wtedy jest prawdopodobna wierność w przekazie tekstów.

    Z. K. Zatem wiemy już wiele o Tobie, przejdźmy proszę, do dzisiejszej klasyki współczesnej, do poety , który pochodzi także z pogranicza co zresztą bardzo wyraźnie widać w jego twórczości literackiej. Jest wiele tego nawet całe ciągi kwestii ,jak toczyły się dzieje ludzkie i jak się mieszały i jak powstawały pewne zależności kulturowe. A chodzi mi o Czesława Miłosza pochodzącego z Litwy, którego twórczość sobie bardzo cenisz i lubisz. Jak wiadomo poeta ,nawet z emigracji, wołał o kultywowanie twórczości kresów wschodnich i pochwalał tu zawsze wszelką działalność twórczo-literacką pisaną na pograniczu całej ściany wschodniej ,o czym dobrze razem wiemy. Natomiast wiele z tych czy innych kwestii możemy znaleźć w „Traktacie teologicznym”, który ja na użytek własny i tej rozmowy nazywam „moralnym”, opublikowanym w „Kontrapunkcie”, w dodatku do „Tygodnika Powszechnego” (nr 47/201), a który to wywołał różne kontrowersje , co zresztą lubił poeta. Miłosz rad zawsze był, gdy podejmowano wszelakie dyskusje, czy rozważania, na tematy kulturowo- społeczne pochodne i nawet drażliwe politycznie… A tu chodzi przecież także o wschód, o polskość o etniczność… Kłonił głowę i wspierał tych, którzy przyczyniali się do dyskusji na łamach nowo powstałych periodyków na pograniczu, jakkolwiek innym i kulturowym, i oczekiwał mądrej dyskusji na ich łamach. No! – tak oczywiście nie był jedynym , któremu na takich kwestiach zależało. Byli też inni, którzy doznali emigracyjnego rozdarcia, lecz on poczytywał sobie za swój niepisany obowiązek partycypowania, nie tylko w tego typu problemach, ale i w innych literackich kwestiach. Wracając do „Traktatu teologicznego” pisanego w formie poematu eseistycznego, poeta poszukuje w nim własnej tożsamości kulturowej i bardzo głęboko chwilami antropologiczne dotyka kwestii tworzenia się szeroko państwowości i ich składników oraz uwarunkowań ,na co czasem nie zwracano uwagi albo kwestii, których nie chciano szerzej poruszać…To poszukiwanie bazowane na rzymskim katolicyzmie, na korzeniach litewskich, dotyka kwestii Unii polsko -litewskiej. A pomocą dla niego jest Adam Mickiewicz, przynależny do okresu oświecenia i romantyzmu. Miłosz na takim ukrytym ściegu u „Pana Tadeusza” broni poety, jak mówi, przed banalizacją, chcąc mu przywrócić; tajemniczość i przybliżyć jego w kontekście współczesnej literatury. Skądinąd zarzuca się Mickiewiczowi libertyństwo w czasie zaborów Polski, i inne cechy, jak wielu wybitnym na swoje czasy poetom…Ale tutaj nie Miłosz to mówi. Miłoszowi też się wiele zarzuca, chociażby z „Traktatu”, np. to, że mówi: „na pogańskiej Litwie chrześcijaństwo wdrażali tak samo Krzyżacy i Polacy”… Należy wiedzieć, że wszelkie takie kojarzenia budzą dyskusje, a te dyskusje wyzwalają inne dywagacje, i podgrzewają atmosferę nie tylko literacką. Może podejmiesz się omówić ,jako osoba z pogranicza ,co wiesz na tematy podobne lub może podejmiesz się odpowiedzieć na pytanie: Co sądzisz o „Traktacie teologicznym” Czesława Miłosza? gdyż wielu literatów intelektualistów, kwestii tam zawartych nie rozumie, lub odwraca je stawiając zarzuty nobliście.
    Sprawy pogranicza zawsze były trudne do rozważań, gdy dotykano pogranicza,często brały górę emocje i wartości moralne. I wiemy, że poszukiwanie własnej tożsamości jest ogromnie ważne, konieczne i wymagające czasu, dlatego trudne…

    T. K . Czesław Miłosz w „Traktacie teologicznym” mówi o istnieniu „drugiej przestrzeni”: wiary i niewiary(zwątpienia) ,wiedza ta wynika ,jak sądzę z życia poety w różnych krajach i środowiskach, wśród zbiorowości ludzkich, narodowościowo i religijnie zróżnicowanych. Zapewne poeta doskonale te wątki czuł i nie ukrywał,że zna sposób myślenia zbiorowego społeczności jednolitych religijnie i kulturowo. W jego Wilnie obok kościołów były cerkwie, synagogi i meczety. Pisząc poemat „Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada”, który wydał Instytut Literacki (Paryż 1974), nawiązał do korzeni rodzinnych, gdzie jego przodkowie ocierali się o litewskość, białoruskość. Poeta stara się rzeczy minione takie jak dokumenty historyczne oczyścić z przemijania i nadaje im funkcję fikcji literackiej. Okolicom rodzinnym natomiast pragnie przywrócić zmitologizowaną tożsamość terytorialną. Trzeba powiedzieć ,że gdyby nie silne emocje , które temu procesowi towarzyszyły, nie byłoby dzisiaj w literaturze polskiej wspaniałego kontekstu, że poeta Czesław Miłosz pozostaje ostatnim wyznawcą Wielkiego Księstwa Litewskiego. Do dobrego tonu zaliczam pojawianie się Czesława Miłosza z Josipem Brodzkim i Tomasem Venclową i ich wspólne dyskusje literackie na różne tematy zawsze w dużym – formatowo – merytorycznym stylu. A także nieznany jeszcze wątek kontaktów literackich z papieżem Janem Pawłem II w latach 80. Czesław Miłosz stoi na zdjęciu z 1981 roku z Ojcem Świętym, gdzie widać onieśmielenie pomiędzy nimi. Najwyraźniej kontekst uwidacznia się na gruncie krakowskim, gdy poeta pisał „Traktat teologiczny” – a Ojciec Święty pracował nad „Tryptykiem Rzymskim” (Kraków 2003 ). Zwróćmy uwagę, że oba dzieła powstały w bliźniaczym sobie czasie, chociaż w różnych miejscach oraz, że pisali je ludzie sędziwi. Nie sądzę by Czesław Miłosz przekroczył w swoim „Traktacie teologicznym” jakąś granicę testamentalnego wyznania czy zechciał łamać kanony teologiczne. Tak zresztą jak w „Tryptyku rzymskim” Jan Paweł II nie rozszerza przecież kanonów teologicznych. Wybitność tych dzieł polega na silnej kreacji duchowej pisanej z myślą o przyszłości, otwierając świadomość znaczenie dalej i głębiej niż mogłoby się to dzisiaj wydawać.
    Czesław Miłosz nie był teoretykiem jakiegoś porządku, z którego można by budować obraz szablonowego współistnienia kultur. Poeta sygnalizował w swojej twórczości pewne zasady np. „jak było”(książka o dwudziestoleciu międzywojennym) lub jak „być powinno” – jego słynne zdanie o Wilnie z ” Szukania Ojczyzny” (Kraków 1996), które brzmi: ” Wilno jest stolicą znów niepodległej Litwy i cieszę się z tego jako, bo życzę temu miastu dobrze. Zasługuje na to, żeby być jedną ze znanych i pięknych europejskich stolic. Jego niebo, jego obłoki, jego architektura posłużą za oprawę wielu twórczym poczynaniom ludzkiego umysłu, bo niezależnie od moich prób wytłumaczenia, należy przyznać moc sprawczą duchowi tego grodu”. Słowa te przyczyniły się do wielu dyskusji, nawet nieprzychylnych poecie, ale jednak ich dyskurs wykroczył poza ciasne partykularyzmy narodowe. Myślę więcej – Czesław Miłosz był człowiekiem odważnym w tym, co robił, bo nie bał się mówić o rzeczach drażliwych i niepopularnych. Nie ukrywał fascynacji literackich, zwłaszcza zanurzeniem w literaturze romantycznej i wprost w twórczości Adama Mickiewicza czy Jarosława Iwaszkiewicza. Ale największym odkryciem dla mnie było wydanie po polsku „Historii Literatury Polskiej” napisanej jako skrypt dla studentów amerykańskich. Takiego oddechu ,wobec własnej przeszłości, nie powstydziłby się niejeden historyk literatury, a zwłaszcza w kontekście na ogół nudnych akademickich podręczników krajowych. Ale wracając do Twojego pytania o zasadności prapoczątków i kontekstów poety. jeżeli chodzi o Unię polsko-litewską. Unię zawierali władcy, a podlega ona ocenie wykrystalizowanych narodów Polski i Litwy w XX w., które mają swoje zaszłości, dotkliwą niewolę i nowożytną świadomość narodową, w obliczu której trudno mówić o restytuowaniu czegoś co w średniowieczu tworzyło podwaliny feudalnej państwowości. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę Czesław Miłosz, próbując jedynie, jak się można łatwo domyślić, uściślić terminy: Wielkie Księstwo Litewskie, „ Litwa gniazdowa”, racjonalizując tutaj stosunki „etniczności” wobec granic państwowych, które nie zawsze pokrywały się w naszej części Europy. Nie zapominajmy, że Czesław Miłosz przez większość swego życia był wykładowcą na uniwersytecie. Jego książki, zwłaszcza eseistyczne, mają charakter wykładu, stąd są one cennym materiałem dydaktycznym. Dodam, że z moich rozmów z ukraińskim poetą na emigracji Bohdanem Bojczukiem , który mieszka w Nowym Jorku, wiem, że Czesław Miłosz był popularnym poetą w Ameryce. Wszystkie uszczypliwości wobec noblisty jakie nagromadziły się w Polsce ,w świetle tamtych osiągnięć, są małostkowe i świadczą raczej o ludzkiej próżności.

    Z . K . Również w zupełności się zgadzam z takim postawieniem sprawy. Ale jeszcze Cię troszkę sprowokuję i zapytam ,czy mógłbyś się ustosunkować do trochę innej kwestii , o czym zresztą jest mowa w książce pt. „O tożsamości polskiej” (Wydawnictwo Literackie 1988 ) – Jest to książka dość pojemna i kontrowersyjna momentami ,Janusza Tazbira i (trochę) Adama Piskora ,gdzie Adam Piskor snuje takie oto dygresje od pogaństwa po konfesje , mniej więcej mówi tak: pogaństwo to między innymi składanie czci bożkom, drzewom ,w których widzi się bóstwa spoza światów ( co jest oczywiste!), a dziś można powiedzieć, czyli jest pozaklinana siła w symbolach co wiąże się wprost z przypisywaniem niektórym rzeczom mocy magicznej. Przytaczam to nie bez kozery, gdyż dalej ten sam autor mówi, że : „w prawosławiu jest też coś bardzo podobnego (sic!) Jest, bowiem bardzo piękna liturgia i również bardzo wielkie przywiązanie do symboli…” – To, co mówi autor znajdziemy w w/w książce w rozpoczynającym się rozdziale pt. „Skąd przychodzimy”. Można tutaj także sparafrazować, za co ja z góry przepraszam – tym nie mniej przytaczam autora, gdyż być może on o czyś zapomniał (?), być może o tym ,że z natury prawieku wszyscy przyszliśmy z pogaństwa ,ale rzecz jasna z chwilą stania się homo – sapiens ,co pokazało się przynajmniej 5 tysięcy lat przed nasza erą a w „Starym Testamencie” przeszło do „Nowego Testamentu” z Chrystusem, stawaliśmy się w ostatecznym rozrachunku humanistami ,szukającymi konkretnego ale jednego Boga i mocy Jego chociażby w drugim człowieku. Dlatego antropologicznie człowiek stawał się h o m o s a p i e n s od chwili pojawiania się wyobraźni i już szukał wpierw wokół siebie a później na niebie… Jest jasne, że chciał jakoś czcić życie i swą obecność… Pragnę paradoksalnie postawić tu kwestię, że antropologicznie nie chodzi tutaj tylko o tworzenie się tożsamość jakiejś jednej w swoim rodzaju, bo to zbadane jest i zapisane, ale idzie o budzenie się innych wspólnot, grup i społeczności, które do dziś zamieszkują na wielu innych pograniczach, a które chociażby jak nasze słowiańskie pogranicze razem szły zawsze do Boga i nie musiały zgadzać się konfesyjnie tak do końca ze swoimi pierwszymi imaginacjami, a to jest już w obu „testamentach” a po przez takie
    czy inne nawarstwienia i sposoby w potrzebie bytu zmieniały retoryki co kreacji w jednym sacrum. Zatem kontynuując dodam -wiemy, że prawosławie wschodu pochodzi z Bizancjum, czyli Grecji(?)Bałkanów… Ale jak to się stało naprawdę, że chrześcijanie już ok. X wieku wyraźnie już podzielili swoje konfesje. Czy dlatego, żeby było tylko inaczej, czy jest coś ważniejszego, o czym powinniśmy wiedzieć? Chociażby od św. Cyryla i Metodego…

    T . K . Wydaje mi się , że nie należy dokonywać zbyt uproszczonych rozważań na temat wpływów geopolitycznych na świadomość. Również mylne mogą być opinie o istnieniu w chrześcijaństwie jakiś reliktów pogańskich, a zwłaszcza w areale cerkiewno – słowiańskim, który jakby był mniej podatny na chrystianizację i starał się zatrzymać stare obrzędy kultowe, wyznając jednocześnie chrześcijaństwo. Religia nazwijmy ją „przedchrześcijańska” u Polan miała zapewne jakieś cechy politeistyczne, ale wiemy o nich niewiele, natomiast to, co przetrwało w etnokulturze nie musi być pochodzenia rodzimego, a może okazać się formą nabytą w trakcie rozwoju narodu na przestrzeni dziejów. Duchowość prawosławna wywodząca swoje korzenie teologiczne z Bizancjum i kultury grecko – helleńskiej, ściśle opiera się na Biblii i wspólnej tożsamości kościoła wczesnych wieków chrześcijaństwa do jego rozłamu w 1054 roku. Jest tak, że te naturalne sploty duchowości prawosławnej tkwią przez Bizancjum w wykładni o chrystianizacji Słowian w ich rodzinnym języku. Stąd język starocerkiewny został wprowadzony w Bułgarii, a następnie nad Dnieprem w 988 roku, dał impuls ku rozwojowi tej rodzinnej kultury takiej jak księgi liturgiczne, latopisy, modlitwy, pieśni religijne… Pogranicze etniczno –ukraińskie było terenem, gdzie zetknęło się zachodnie i wschodnie chrześcijaństwo ze sobą, a św. Cyryl i Metody odegrali tu bardzo ważna rolę… Wiemy o tym, że na styku kultur i kościołów mimo odmienności, dochodziło do ciągłego i nieprzerywalnego dialogu, czego przykładem może być Unia brzeska w 1596 roku. Starano się zachować tolerancję i umiar, chociaż pojawiło się wobec naszego pogranicza pojęcie Polski jako przedmurza chrześcijaństwa, a przecież „za murem” rozciągało się dalej chrześcijaństwo, bardziej pojemne, bo przecież prawosławne, Rosja czy Ukraina to są wielkie organizmy etniczne. Chcę zwrócić uwagę na fakt kształtowania się tożsamości duchowej Rusi a następnie Ukrainy poprzez klasztory. W Grecji to były całe zespoły klasztorne Świętej Góry Athos, na ziemiach ukraińskich są to zgromadzenia mnisze zwane ławrami. Słynna Ławra Kijowsko- Peczerska w Kijowie czy Ławra w Poczajowie na Wołyniu, stały się kolebką i ostoją myśli teologicznej wschodniej i wpłynęły na świadomość religijną Ukraińców. A jakie miejsce w tym teologicznym tyglu zajmowało pogaństwo? – trudno doprawdy jednoznacznie powiedzieć, a gdybyśmy patrzyli z tego właśnie punktu widzenia – to „Pieśń świętojańska o Sobótce” Jana Kochanowskiego jest chyba fikcją literacką poety z wieloma elementami pogańskimi. Tak samo obrzęd „Dziadów „Adama Mickiewicza, jest bardziej dziełem kuźni romantycznej niż przywołaniem reliktu przedchrześcijańskiego pogranicza.
    Z . K . Może teraz wróćmy do Twojej twórczości? – Twoja poezja, jest dziś bardzo cenna z wielu powodów. Pisana jest z autopsji i z takiego punktu niezależnego patrzenia dalej choćby i na te sprawy, o których tutaj w postaci wykładu powiedziałeś, także o samym Czesławie Miłoszu. Co tak naprawdę dziś jest ważne dla Ciebie, jeżeli idzie o własną twórczość? – Na pewno to, że mieszkasz tutaj, jest to ok/ 70 km od Lublina, jesteś zasymilowany z tym regionem. Mówię o niej „dumną”, bo działo się tutaj na pograniczu wschodnim i wyżej aż po Litwę, bardzo wiele. A więc, Twoja świadomość w tym i ta naukowa, jakby bada wciąż kwestie i inne zależności kulturowe. To tutaj było tak, że zakwitał często „mord na mordzie” jak pisze wybitna poetka pochodząca z Bełcząca k/ Czemiernik Marianna Bocian. Ale też nastąpił czas krzepnięcia i powstały nowe konfesje, i nastał czas tęsknoty po tym radosnym bólu. Mówię tak, żeby poprosić Cię o dalsze inne tak ciekawe wypowiedzi tyle, że bardziej już na swoim organizmie, bo i stosunkowo mało się pisało o tym, a i objaśniało komukolwiek, kto chciał o tym wiedzieć. Teraz nastał chyba dobry i najlepszy czas, gdy kultury pogranicza łączą ręce i siły… Natomiast wracając do Twej poezji do jej semantyki i innych działań twórczych już wiemy, że z racji pochodzenia swego, które jest też i moim pochodzeniem tworzysz w niebywałej harmonii z duchem tej ziemi i to jest bardzo pożyteczne z zachowaniem tego na przyszłe pokolenie. Osobowość Twoja, na pewno jest dobrze umieszczona w korzeniach tej krainy. Ale ja chciałbym pokusić się o pytanie, a mianowicie, co z ekspansją Europy – ona już wraca i wnet tu będzie, ale na powrót już inna. Czy są jakieś zagrożenia dla etniczności z tego tytułu?

    T. K . Moja twórczość zawiera się w zbiorach wierszy , tłumaczeniach oraz krytyce literackiej. Dużą część mojej publicystyki zawierają stronice gazety „Nasze Słowo”, której byłem wiernym pracownikiem na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.Wracam do tego z sentymentem bo gdyby zebrać te publikacje w jedną całość, byłaby to zadziwiająca kraina aktywności autorskiej i redaktorskiej, oczywiście to jest takie powiedzenie metaforyczne…Moje Podlasie, gdzie mieszkam, bliskie jest też gniazdowisku poetki Marianny Bocian, którą za życia znałem, o której tu wspomniałeś jako jej wieloletni przyjaciel. Niedalekie, bo w Radzyniu Podlaskim, jest siedlisko artysty malarza Marka Leszczyńskiego, który użyczył mi swoich obrazów do okładek moich książek, o którym i ty znając jego malarstwo pisałeś. Zerwanie z Warszawą i z redakcją „Naszego Słowa” nastąpiło w 1988 r., kiedy postanowiłem swoje twórcze życie przenieść na stałe do Holi. Profesor Michał Łesiów tworząc na UMCS w 1993 roku Zakład Filologii Ukraińskiej zaproponował mi zajęcia z wiedzy o kulturze Ukrainy, a następnie życzliwie przyjął mnie na etat asystenta, a po obronie pracy doktorskiej na stanowisko adiunkta. Ta konkretna propozycja profesora spotkała się z moimi głębokimi przemyśleniami na temat , czy poprzez pracę na uczelni nie zostanie odebrane mi źródło poezji – rządzące się przecież poczuciem szeroko rozumianej wolności, a w moim indywidualnym przypadku ulubioną samotnością i bezsennymi nocami .Ta obawa trochę sprawdziła się, bo tomiki: „Dwa listy do nocy” z 1999 roku i „Długą rozłąką” z 2005, dzieli sześć lat przerwy, gdy między tomikami z lat dziewięćdziesiątych są najmniej przerwy trzyletnie. Mieszkając w Holi i w Lublinie na tej, jak nazywasz,”dumnej ziemi” zastanawiałem się nad kondycją pisarza spoza środowiska twórczego. Co prawda należę do Związku Literatów Polskich Oddz. w Lublinie, jednakże moja twórczość powstająca w języku ukraińskim jest jakby nieczytelna i myślę , że mój udział we wspólnocie literackiej regionu jest raczej marginalny.
    A nawet wydaje mi się, że niewiele o mojej twórczości wie czytelnik na Ukrainie (?) -Pocieszam się, więc myślą, że tworzę dla kilku wiosek pod Włodawą ( uśmiecha się). Stan ten chciałbym zachować, bo oddaje on w pełni substancję mojej mniejszości narodowej ukraińskiej na Podlasiu i Chełmszczyźnie, która mieszkała tutaj od zawsze, a wytwarzając własny ryt językowo – religijny i kulturowy przyczyniała się do rozwoju i rozkwitu ducha tej ziemi. Nie czuje się osamotniony w swej podlaskiej „pustelni”, przywołując często geografię literatury ukraińskiej, gdzie na jej obrzeżach mieszkają różni poeci, piszący w języku ukraińskim w otoczeniu innego języka.

    Z . K . Może w kontynuacji Twoich działań i inspiracji z racji zainteresowań humanistycznych powiesz coś o sacrum w sztuce Waszej z żoną działalności społecznej, o opiece nad stworzonym przez Was skansenem i holeńską piękną XVII wieczną cerkwią. Jesteś znawcą sztuki, ikon, masz kontakty z malarzami i rzeźbiarzami i twórcami w regionie…Pozwól, że przytoczę na to zagadnienie sekwencje o pięknie z wiersza Czesława Miłosza bowiem jest jakimś takim naszym ulubionym autorytetem w tej rozmowie.
    (…) piękno jest silne
    (…) Niezbyt się szerzy i spopiela obszary bytu
    Strojąc się w barwy i kształty, które udają istnienie.
    I nikt by go nie rozpoznał, gdyby nie jego brzydota.
    (…)

    T. K. Wielki poeta Czesław Miłosz był tutaj już przywoływany, ale skoro pojawia się znowu, z racji Twojego piętrowego i trudnego dla odpowiedzi pytania, pozwól na tę kwestię jeszcze jedno moje przemyślenie. W tłumaczonej przez Czesława Miłosza „Apokalipsie” z 1998 roku są wstrząsające ilustracje Jana Lebensteina tworzone w latach 1983-1985. Obraz „Apokalipsy” przedstawiony przez tego plastyka w kontekście tłumaczeń noblisty ma znamiona świadomości metahistorycznej. Sztukę cerkiewną na ziemiach ukraińskich postrzegam jako dziedzictwo duchowe o nieprzemijającej wartości, również w kontekście metahistorii. Surowe, w stylu ukraińskie ikony powstałe na styku chrześcijańskiego wschodu i zachodu, w XVII- XVIII wieku nie można oddzielić od metahistorii. Ich twórcy parabolicznie posiadali natchnienie podobne do tego, które otrzymał Jan Lebenstein ilustrując przekład „Apokalipsy” Czesława Miłosza. Sztuka sakralna w przepięknej cerkwi holeńskiej, a także w innych miejscach na Podlasiu, takich jak: prawosławny klasztor pod wezwaniem Świętego Onufrego w Jabłecznej, czy stara cerkiew w Hannie z galerią uduchowionego malarstwa a zwłaszcza z polichromiami malowanymi na płótnie i klejonymi na drewnianych ścianach to przykłady bogactwa duchowego ziemi łączącej w sobie różne cechy formalne. Kilka ikon, które dane mi było widzieć w zbiorach prywatnych na Podlasiu ukazują klucz do pełniejszego zrozumienia tego, co działo się tutaj w sztuce sakralnej przez wiek XVII i XVIII. Tutaj na Podlasiu podkreślał to być może wolniej płynący czas, niespieszność życia ludzkiego rozsianego po leśnych stronach i duchowość, która tutaj trwała jak siedem złotych świeczników gorejących światłem, z obrazów Jana Lebensteina. Tym tropem idąc można podążać jeszcze głębiej szukając szerszego natchnienia. I to jest to piękno, o którym mówi Czesław Miłosz, które przytoczyłeś słowami jego wiersza ,szeroko pojęte i cenne nie tylko dla samego sacrum.

    Z. K . Pozwolisz ,że oddalimy się trochę od centrum sacrum i jakby na oddech dopowiedz o umocowaniu sztuki nie tylko tej ukraińskiej w stosunku do swych rodzinnych koniugacji. Wiadomo, że Twój brat Tomasz Karabowicz maluje, jest już znanym artystą malarzem. Ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie. Tomasz miał wiele wystaw indywidualnych i zbiorowych, cennych i ważnych w kraju i poza granicami Polski, na stałe zamieszkuje na Podlasiu i tworzy jednocześnie w warszawskim środowisku. Te umocowania senso -stricte, jak wiem, humanistyczne w Waszej rodzinie są jakby poszerzone ku tradycji dla przyszłych potomków rodu. Dodam, że według mnie te twórcze zainteresowania artystyczne mimo wszystko uzupełniają się jakby nie mówić w treściach i podmiotach tworzenia, chociaż działacie osobno, daje to także do rozumienia, że talenty są rozdawane w rodzinie, która również ma tradycje w sobie zakodowane nie tylko genetycznie, ale i kulturowe. Może powiedz trochę o Tomaszu i jego podmiotach twórczych zanim przejdziemy do dalszych kwestii?

    T . K . Mój brat Tomasz istotnie jest wziętym malarzem a jego sztuka poprzez portrety i martwe natury jest wyrazista i ceniona w środowisku artystycznym. Posiada on dar przedstawiania duszy człowieka, lub samego przedmiotu. Tomasz przeciwstawia się komercjalizacji sztuki, malując swoje obrazy długo i z ogromnym zaangażowaniem. Protestuje przeciwko centralizacji sztuki zaszywając się na całe miesiące w pracowni na wsi lub w Warszawie, i wówczas ma czas na malarstwo, tworząc obrazy o dużych formatach, np. cykle martwych natur o zaskakująco szlachetnym świetle i kolorystyce z przewagą surowej bieli lub sieny palonej. Kilka wystaw ujawniło autonomię jego sztuki, a porównywałbym ją z ambiwalencją do odczuć romantycznych wobec niezmiennych głębi kosmosu. Natomiast jego autoportrety przybliżają się do ideału renesansowej pełni „człowieka kosmicznego”, gdzie witalizm człowieka wpisany jest w ruchome koło męczarni ziemskich. Wydaje się, że chodzi tutaj o sam akt twórczy, z którego pulsuje patos olśnienia. Jest to na wskroś poetyckie działanie, trzeba tylko temu się przyjrzeć i uruchomić wyobraźnię… Metafizyczne pejzaże, które namalował Tomasz przypominają od złudzenia naturę, a uderzające jest tu podobieństwo z żywym krajobrazem, który mnie zatrważa, bo chce się wejść w te obrazy i tam pobyć, pochodzić, pomilczeć, pozostając integralnym składnikiem duchowym natury, także tej twórczej. Prawzór,o który pytasz, ma rozległą symbolikę w piękności ziemi i całej nieskończoności człowieczej, w mistycyzmie życia, jest to krok do sceny biblijnej o stworzeniu raju, Adama i Ewy.

    Z. K . Proszę wróćmy zatem do Twojej poezji i pójdźmy jeszcze dalej bo w kwestię tłumaczeń ,które tak samo jak malarstwo są naszą duszą i zwierciadłem logo wypowiadanym trochę inaczej ,być może bardziej konkretnemu miejscu i samego odbiorcy. No i są inną podmiotowością, tej czy innej przynależnej jakby innemu statusowi społecznemu, duszy, której skrzydło, właśnie to drugie, także trzymasz. W książce Wiry Wowk przez Ciebie wydanej są tłumaczone z języka ukraińskiego jej wiersze na język polski, są tam kwestie, co do samotności w poetyckich odniesieniach metaforycznych. Przypomnę,że poetka ta tłumaczyła na swój ojczysty język wielu poetów świata, a między innymi wiersze: Pabla Nerudy, Frederica Garcii Lorci, Rabindanatha Tagore, Stefana George’a i wielu innych znanych. Jest tam takie oto motto do tego tomu:
    „Tragedia dla poety: wypisane pióro,
    Skończył się papier. I atrament wysechł.
    Nie jest ważne, że w Aleksandrii
    Spalono jakąś bibliotekę
    – To cytat o rozpaczy, rozpacz się zaczyna tam, gdzie pojawia się poezja. Jak cytat ten z tomiku poezji pt.” Miłosne listy księżnej Weroniki”(1967) możesz odczytać? – Ty jako poeta tej ziemi odnieść się do jego treści, jako tłumacz poeta wchodziłeś w metafizykę treści, jako osoba bytująca w takim podobnym odosobnieniu, może w tym cytacie odczytujesz jakieś dygresje do siebie, czy jest to coś podobnie tematycznie, co do Twej sylwetki? – Dlaczego właśnie ta, a nie inna, autorka była tłumaczona przez Ciebie?- Co znalazłeś w jej dramacie bliskiego?

    T. K . Wira Wowk –to ukraińska poetka emigracyjna urodzona w 1926 roku i żyjąca w kilku kulturach: ukraińskiej, polskiej przed 1939 rokiem, niemieckiej w czasie wojny, portugalskiej w Brazylii po 1945 roku. Jest tłumaczką z języka portugalskiego, niemieckiego i hiszpańskiego. Wykładała ona literaturoznawstwo porównawcze i język niemiecki na Katolickim Uniwersytecie Świętej Urszuli i Federalnym Uniwersytecie w Rio de Janeiro w Brazylii. Tłumaczyłem jej wiersze na język polski i tutaj wydałem w 2003 roku tomik pt. „Miłosne listy księżnej Weroniki”, a w 2005 roku moja studentka napisała o tej poetce pracę magisterską. Zadziwiające jest iście tragiczne pojmowanie kultury przez Wirę Wowk w obliczu zagłady jakby niesionej przez pustkę i próżność człowieka. Jest tu analogia do tego co stało się z Biblioteką Aleksandryjską .Ale jest w tym wierszu także taki optymizm, gdyż bohater liryczny wiersza nie zważa na zagładę Aleksandrii, a jako stróż współczesnych mu czasów, żyje własną tragedią wypisanego pióra i brakiem papieru.

    Z. K . To coś jak z Ciebie ,dlatego jakby bratnio zająłeś się tymi poezjami i tłumaczeniami? Pozwól, może na chwilkę jeszcze wejdźmy do Twej poetyki, bo to będzie się wiązało z kolejnymi pytaniami, bo i też przytoczymy w dalszej części rozmowy Twój wiersz. Ale powiem, bo znam Twoją poezję, że czuje się tu taką modlitwę „samotności” i dumę z tej samotności, a jednocześnie pokorę, bo wiersze Twoje są też spowiedzią do świata, który otacza, ale i w jakiś sposób zagraża jego części? – Jest Twoja poezja (przynajmniej na użytek tej pojemnej rozmowy), taką szeroko pojmowaną świadomością i obawą, że wnet to wszystko może zatracić się, lub spłonąć jak Aleksandria. Że ta bezkresna tutaj cisza, jako pojemne paliwo, zostanie wessana i wydalona jako spaliny takim tłumikiem, nie wiedzieć, kiedy?- Uważam osobiście, że jest w Twej poezji ta mądrość pojmowania, choć nie widzę tutaj też cienia rozpaczy- nie! – Jest ta poezja wartownią na straży duchowości zawieszonej nad siedliskiem twórstwa kresowego i tych innych działań jakie podejmujesz wraz z Aliną. Czy zechcesz może odnieść się do tych moich dygresji o rozumieniu Twojej twórczości? Ale
    wpierw zacytuję fragment wiersza z Twojego tomu poezji , który jest taką deklaracją „Już dzień się nachylił do czterech krańców świata” (str. 147)

    w mojej poezji gnieździły się wygasłe krzyże
    obnażone
    i milczące

    długo niecałowane

    w ich osamotnionych pniach
    mieszkały dzięcioły

    w ich ramionach wspomnienie
    jak krew zastygło

    – Wydaje mi się ,że jest tutaj jakaś podskórna zgoda na stan dramatu przemijania czasu, jest dotyk rzeczy osobistego miejsca – Proszę może więcej powiesz sobie i nam w kwestii tej , jak ją nazywam, radosnej tęsknoty…

    T . K . Myślę ,że jednak trudno jest odnosić się do kwestii związanych z własną drogą twórczą, a zwłaszcza w kontekście słów tego jedynego tekstu tutaj przytoczonego i trochę zawiłego, który „spadł ” na mnie z jakiegoś tajemniczego natchnienia, i nie bardzo wierzę ,że to ja go napisałem, raczej użyłbym stwierdzenia, że ten wiersz napisał się sam. Jest kilka takich moich utworów, których współautorem jest ktoś jeszcze. Wygasłe krzyże w mojej poezji są symbolem przeszłości, do której często wracam, bo ona parabolicznie łączy mnie z przodkami, pejzażem dzieciństwa i progiem rodzinnego domu. Stwarzając w Holi swój dom starałem się przenieść jak na Arkę Noego w czasie potopu, coś charakterystycznego z mojej osobowości dziedziczonej od przodków. Przeszłość jako kategoria czasu istnieje w przestrzeni historycznej i kształtuje świadomość narodów. – Gdyby nie takie symbole, jak choćby kozaczczyzna, nie wiemy jak wyglądałaby nowożytna państwowość i tożsamość ukraińska. Stąd tak ważną rolę odegrał romantyzm w literaturze ukraińskiej i wielkie utwory Tarasa Szewczenki odwołujące się do przeszłości.

    Z . K . No i wrócę jeszcze raz do tego co Teresa Zaniewska powiedziała, ze jest trochę mitu starożytnego w Twoich poezjach. Nieustanny upływ czasu przybliża jednak do tej szerokiej rzeki czasu, gdzie na brzegach wyprane białe koszule, panny biegające boso szczebioczące jak ptaki, ziemia jak ciepłe posłanie i zboża miodne wokół krzyży…Takie uniwersum pamięci z „drzewiej” nie jako reprodukcja, ale zatrzymanie na chwilę…Jednocześnie na dnie tej szerokiej rzeki Heraklita, którą trudno przepłynąć leży gdzieś klucz do drogi powrotnej, żeby otworzyć nim dom i próg przestąpić boso. Uważam, że poezja Twoja jest sumieniem Twej dumy i radości bliskiej szczęściu i czekania na nie zapomnienie się w nim, a może jakieś z tego powodu twórcze rozterki?

    T. K . Te zaśpiewy, o których mówisz są miejscem zapamiętanym metafizycznie. W mojej poezji prowadzą ku mistycznym toponimom. Istnieje podobieństwo obrazu rzeki Heraklita, z Bugiem, jego połyskujące wody skrywają przepastne zakola i czasem ciemne wiry. Ale bohater liryczny moich wierszy ma swoje konkretne miejsce – są to strony rodzinne, bliżej jest to ziemia mojego dzieciństwa Chełmszczyzna, przez którą płynie rzeka czasu i do niej jest kierowana niejedna strofa, westchnienie malownicze czy poetyckie zamyślenie. Symboliczna rzeka Heraklita ,o której wspomina profesor Teresa Zaniewska, ukonkretnia rzekę przemijania lecz nie wyznacza istoty mojej poezji. Mam świadomość dawno skrystalizowanej ojczyzny duchowej. Jest to jakby zadośćuczynienie za to, ze urodziłem się i wychowałem w ścisłym kontakcie z metafizyczną przestrzenia świata.

    Z. K . Na zakończenie spotkania pozwól, że postawię pytanie podsumowujące – A mianowicie : Co musi wiedzieć poeta żyjący w określonym miejscu ,w takich nowych szybkich społecznych przemianach? – Jak przedsiębrać dystans do całego otoczenia, i żeby z drugiej strony nie popaść w zbytni sentymentalizm. Odpowiem trochę za Ciebie – na pewno jest to odpowiedzialność ściśle indywidualna, ale i na pewno wezwanie. Zatem co dalej?

    T . K . Najlepiej, żeby poeta nic nie wiedział o świecie mając świadomość swoich korzeni kulturowych. Celowo tak mówię, odczuwając dystans do rodzinnej rzeczywistości. To też powiedziane jest w zaśpiewie mojej rodzinnej ziemi. Ale tak naprawdę trzeba mieć dystans determinacyjny, który odbywa się na płaszczyźnie duszy, to tutaj trwa walka dwu światów, bo przecież mimo zdobyczy cywilizacyjnych człowiek ciągle pozostaje osobą samotną i raczej u mnie wynika ze świadomego wyboru życiowej drogi. Moja poezja czynnie mówi o sposobie bycia, ona płynie obrazami z serca przez rzekę Heraklita tyle, że moja woda w tych meandrujących brzegach płynie trochę wolniej.

    Z, K . Najserdeczniej Ci dziękuję ,gdyż był to równie cenny wykład na pograniczu ale jakby omówiony na Uniwersytecie.

    – z Tadeuszem Karabowiczem w Holi
    rozmawiał Zbigniew Kresowaty

  • MOŻNOŚCI LITERATURY NA POGRANICZU POLSKO-CZESKIM

    rozmowa z pisarzem, poetą, beletrystą, prozaikiem i krytykiem oraz tłumaczem z języka polskiego na czeski, a także renomowanym znawcą literatury polskiej w Czechach oraz wykładowcą na Uniwersytecie w Olomouc z docentem Frantiśkiem Vśetićką

    Zbigniew Kresowaty: Jesteś teoretykiem i znawcą literatury na pograniczu czesko – polskim – słowackim i rosyjskim. Jesteś znanym pisarzem beletrystą i poetą w Czechach oraz tłumaczem literatury polskiej na język czeski i słowacki a także rosyjski. Współpracujesz z czasopismami literacko – artystycznymi w Czechach i na Słowacji oraz częściowo w Polsce. Jesteś ważnym członkiem Rady redakcyjnej znanego literackiego czasopisma czeskiego pt. „Alternativa nova”. Od lat zajmujesz się czynnie teorią literatury i kompozycją dzieł literackich, w tekstach literackich antropologicznie i współcześnie – od gotyckiej poezji poprzez Barok aż po ludowe dramaty, i po współczesną klasykę, twórczość w utworach literackich. Ponad to jesteś odznaczony tytułem zasłużonego dla literatury czeskiej im. Lopolda Vrly za rok 2000. Urodzony w 1932 roku w rodzinie inteligenckiej w Olomoucu. Studiowałeś w latach 50- tych na rodzimym Uniwersytecie olomouckim i tam pozostałeś, jako wykładowca docent, wykładając jeszcze do nie dawna swoją specjalność… Wiem, że napisałeś też wiele książek – ile? – W środowisku wiadomo też, że ten dorobek jest podzielony na takie dwie części? – To znaczy książki tzw. naukowe i książki beletrystyczne z prozą, i tomik poezji haiku – Mówi się w Czechach powszechnie, że kilka jest bardzo ważnych w sensie naukowym, że wymienię tylko tytuł „Kompozycjana”- jest to o kompozycji tekstów literackich, inna pt. „Możliwości Melete” i „Kroki Kaliope” (nazwy greckich muz)…Wspomnimy o Twej przeszłości w sensie nietypowych szerokich zainteresowań w literaturze nie tylko czeskiej oraz jako wiernym mieszkańcu Olomouca – miasta, które ma swoje tradycje. To w nim piszesz i tworzysz, stad podróżujesz i często odwiedzasz Polskę. Jak juz zaznaczyłem, jesteś obywatelem Czech i znawcą literatury czeskiej, ale co jest ciekawe, znasz literaturę ościennych państw jak chociażby polski, jej klasyków w tym nowych koryfeuszy i twórców…Zanim rozwinie się ta nasza „rozmowa artystyczna”, może zechcesz przytoczyć jakieś dodatkowe ważne elementy z własnej biografii? – Interesuje mnie bardzo skąd u Ciebie tak szerokie zainteresowanie się także literaturą polską? – Skądinąd wiem, że niebywały wpływ na te elementy z Twej dziedziny naukowej miał Twój autorytet z czasów studenckich, profesor wykładowca i osobowość z niezwykłą wiedzą Ladislav Cejp. Może zechcesz jakby dookreślić te „inne” elementy własnej biografii, i drogę do teorii i kompozycji literatury? – ponieważ do dziś to zainteresowanie rozwijasz z konsekwencją, co urasta do pasji i rozszerza się od historii po budowę kompozycji w „literariach”, tak to można szerzej nazywać, a co ciekawe jest to robione w filozofii? – Powiedz o swych ewentualnych innych zainteresowań w kierunkach literackich…Może także, dowiemy się o Twej przygodzie z haiku, gdzie również zachodzi zjawisko kompozycji, i jak wiadomo, jest równie bardzo ważna kompozycja w haiku, które piszesz i drukujesz w czasopismach od lat, jako działanie czysto poetyckie?

    Frantiśek Vsetićka: Padło tutaj dużo terminów i określeń co do mojego zajmowania się szerzej literaturą, w tym i polską. Owszem – dużo tu prawdy
    – Tak rzeczywiście jest, nawet uzbierało się to na przełomach mego życia wiele rozpraw odnośnie kompozycji i budowy tekstów literackich, a najwięcej o tym powiedziałem, czyli o teorii i kompozycji w tomikach „Podoby prozy”, „Tektonika tekstu”, „Kroki Kaliope” i „Możnosti Melete” ( nazwy tytułów brzmią tutaj po czesku), bo rozciąga się to na całe ubiegłe stulecie – Ja robię to tzw. dekadami, i to jest sukcesywnie wydawane, o czym powiem później i obecnie jestem w latach 40-tych…Jest to potrzebne i dotychczas taki podręcznik, który znalazł uznanie w kołach naukowych, o czym także osobno wspomnę w dalszej części tego spotkania. Natomiast to co jest widoczne w moim dorobku twórczym – owszem, napisałem 21 książek, o których mam nadzieję także opowiem w dalszej konsekwencji – Tak! – są one rzeczywiście jakby podzielone: na książki naukowe i beletrystyczne – ale i o tym także opowiem w dalszej części… To, że jestem, jak nazywasz mnie znawcą literatury w tym i polskiej – to dopowiem ,że i słowackiej i rosyjskiej, gdyż tak musi być, bo żeby cokolwiek mówić o kompozycji w literaturze i o jej teorii rodzimej, która już jest zapisana i zawarta w historii, porównywać i szukać pewnych analogi w tym antropologicznie wraz z innymi ościennymi, a już na pewno z tymi, które jakby współ – graniczą narodowo z sobą, i jakby przylegają do siebie. Powiem więcej, że należy tutaj, a nawet trzeba, sięgać dalej np. do literatury anglosaskiej, co ja robiłem i robię…I tutaj nie mniej ważna i czołową rolę odegrała postać Ladislava Cejpa. Miał ów profesor uniwersytecki niebywały wpływ na moją osobowość. To mój nauczyciel akademicki czołowy z wydziału filozoficznego, na Uniwersytecie, gdzie zaczynałem studiować w latach pięćdziesiątych w moim mieście Olomoucu na Morawach. A był to bardzo wybitny literaturoznawca, i co ważne! – anglista, filozof… On dziś już nie żyje – zmarł tragicznie w końcówce lat pięćdziesiątych, nie mógł wielu rzeczy znosić dalej jakie się wokół Jego osobowości działy w środowisku i nie mógł zrozumieć systemu, zaciągnął się, w takiej atmosferze politycznej stalinizmu, który to reżim powszechnie w środkowej Europie działał bezkrytycznie i podobne także było i w Polsce. Ladislav Cejp był ogromnym autorytetem na naszym uniwersytecie, ale był także wybitnym znanym poetą. Ja studiowałem wtedy bohemistykę i historię, i dla mnie wówczas był on bardzo zajmującym człowiekiem i kopalnią wiedzy, a przecież wykładał na anglistyce. Chodziłem dobrowolnie na Jego wykłady jak wielu innych studentów z innych wydziałów pokrewnych literaturze. I nie był przecież moim głównym wykładowcą merytorycznym, ale wtedy dla nas ogólnie był to autorytet z wiedzą i niesamowity człowiek o poczuciu wiary w to co robi, który znał na wylot zagadnienia z zachodniej literatury czyli angielskiej, i jako filozof literaturoznawca, który na nasz grunt przenosił ogromna wiedzę wprost, jakby z profitów. Były to zagadnienia nie tylko filozoficzne z teorii i tendencji literaturoznawczej tej anglosaskiej, był on kimś ważnym, i bardzo cennym a jednocześnie bardzo skromnym i kontaktowym przez to interesującym co do tych najnowszych zagadnień i kwestii, które nam nie były znane i nie było ich w naszych podręcznikach uniwersyteckich nigdzie, nawet w bibliotekach – To co on wykładał i proponował było czymś bardzo pojemnym i nowym… Jednocześnie był to ktoś, kto znał strukturalizm czeski, wiedział coś o ruskim formalizmie, ale najwięcej znał zachodnio – anglosaskie tendencje starych i najnowszych kwestii w literaturoznawstwie. On jak to się mówi „z głowy” non stop cytował kwestie i te wypowiedzi z innych wielkich dla niego autorytetów – Hegla, Kanta, Karteziusza, Seneki i innych – On wprost sypał, jak to się mówi, „z rękawa”…A co do wykładów na które uczęszczali masowo i nieobowiązkowo studenci innych wydziałów pokrewnych – trzeba jasno powiedzieć, że był to inny system myślenia! – Dlatego, dla mnie i dla wielu innych, jest to fascynująca bardzo postać z ogromna wiedzą i zasadami…Mówię jest, bo jest on ciągle obecny w moich, rozważaniach, ale i pozostaje obecny w wspomnieniach osobistych…Ale szkoda, że ja poznawałem te zagadnienia na Jego wydziale tylko przez 4 lata (?). Postać ta była dla mnie tak interesująca, że później kiedy ja wydałem swoją pierwsza książkę biograficzną o bajkach innego cennego profesora uniwersyteckiego z Pragi, o romaniście i komparatyście literatury czeskiej, bardzo wybitnej osobowości który się nazywał prof.Vaclaw Tille (ps. art. beletrystyczny Rzih), to tę książkę o bajkach dedykowałem właśnie Ladislavowi Cejpowi. Zatem można domyślać się, choćby tutaj rozumieć, jak ważna to była osobowość dla tak młodego człowieka jak ja, ongiś pragnący wiedzy i dobrego kontaktu…

    Z. K. W wielu swoich książkach nie tylko biograficznych, tych o ciekawej podmiotowości poznawczej i ogromnym obszarze metafizycznym, poruszasz tematy społeczne wspólnot i osobowości cennych w zależności od problematyki. Już wspomniałem, że piszesz : książki naukowe, felietony, akt-tłumaczenia, i w największej części jest to tzw. literatura z szerszą wiedzą poznawczą. Może właśnie o tym zagadnieniu, chyba najciekawszym wspomnij, bo jest to tez w beletrystyce – Co jest tutaj najważniejsze – że kompozycja układ filozoficzno – pojęciowy, ale jakie inne rzeczy w odniesieniu do tego, żeby książka była naprawdę ciekawa? – Jakich innych kwestii tu potrzeba użyć, co do takich książek? – Na pewno gra tutaj role twoja osobowość- a wiem, że jesteś sam dociekliwy, i wciąż żądny wiedzy – co zresztą charakteryzuje badacza i dobrego
    naukowca…Kiedyś napisałem wiersz, że naukowcy to tacy niewierni Tomasze – to syndrom dotyku zapisany w „Nowym Testamencie” – z Tobą jest tak samo,
    bo jedziesz w podróż, zabierasz notatnik i aparat fotograficzny oraz książki, i wiem, że czytasz je non – stop.

    F. V. Tak! – rzeczywiście, w największej części można tak to nazwać – to literatura poznawcza. Pierwsze dwie moje ksiązki to właśnie były takie tytuły tradycyjne monografie, dotyczące konkretnej osobowości, czyli biograficzno – poznawcze, już tutaj wymienione… Ale chcę powiedzieć, że następna moja książka, o której juz wspomniałeś jako ważnej, wyszła za czasów istniejącej jeszcze wtedy komuny, ukazała się w Bratysławie na dzisiejszej Słowacji w roku 1986 pt. „Kompozycjana”- książka oddana do Wydawnictwa w Pradze, gdzie lektorzy napisali, że to jest formalizm bez marksizmu… i dlatego też była to książka zakazana i później jeszcze przez jakiś czas po tzw. politycznej „odwilży” to autorytety krytyczno – literackie, i te opiniotwórcze starego reżimu tak powiedziały (tu się śmieje) – Oczywiście to było zupełną prawdą! – Ale wydano ją tam, bo Słowacja miała wtedy trochę inną pojęciowość polityczną, już wtedy bardziej niezależną! – Musiałem jednak w tej książce pomieścić coś o prozaikach słowackich. Zrobiłem to, szczerze i nie był to dla mnie problem. To był wtedy pierwszy taki tytuł u nas, który jest o kompozycji tekstu literackiego. Wszystkie książki naukowe, które powstają później w Czechach o wszelkiej podmiotowości senso- stricte literackiej i w pewnym sensie dotyczące teorii literatury, są i wzmiankują przede wszystkim na ten temat. Przyznam, i nich to nie będzie jakimś cynicznym chwaleniem się, że dotychczas nikt u nas prawidłowo nie napisał, jak się buduje tekst i jego zawartość…i nikt dotychczas tego u nas nie robił. W Polsce i Niemczech owszem – robiono! – Tam – zrobiono już wcześniej kilka tytułów na ten temat, czyli o teorii tekstu literackiego…Moja ksiązka rozrasta się i jest wydawana w tomach, ciągle ją piszę, dopisuje jak Różewicz „kartotekę”,
    ( tu się mocno śmieje) – Ale i jest to książka obecnie służąca jednocześnie jako leksykon terminów z kwestii kompozycji i poetyki. Są też w tej mojej, jak ją nazywam ,”wielkiej” książce ( bo odnosi się, pojemnie szerzej, do okresu stulecia) również te rzeczy, jak konkretne analizy tytułów z prozy poezji i dramatu. Jest też teoria, która zawiera trzy obszerne części : „Budowa wiersza”, „Budowa prozy”, „Budowa dramatu” – Natomiast trzeba powiedzieć, że od lat dziewięćdziesiątych jest już tam pokazany system w zarysie dekady dwudziestych lat, na czym zrobiłem analizę prozy tej dekady. To się nazywa „Po doby prozy”. Co się tyczy lat trzydziestych, część ta się nazywa „Tektonika tekstu”, gdzie jest tam o „literariach” po tzw. dobie prozy, czyli lata trzydzieste.

    Później zrobiłem lata czterdzieste „Kroki Kaliope” (grecka Muza) i potem już jakby zawracając zrobiłem lata 10-te, czyli początek… Poza tym, książce tej jest
    17 artykułów różnych, które idą jak lodowiec i lamią wszystko w odrębnej kwestii rozumienia… Do tej chwili zrobiłem cztery dekady XX wieku. Musiałem przeczytać dużo z dotychczasowej historii literatury, również tej obcej, żeby to jakoś sensownie naukowo zebrać i objąć teoretycznie oraz sensownie uzasadnić: gdzie jest ta poetyka – gdzie jej brak, itd. Na końcu jest wysnute porównanie, jak to zachodziło i kształtowało się w literaturze austriackiej, jak było w polskiej, czy nawet w niemieckiej – Bo to jest zasadniczo obecnie bardzo ważne! – Później, mam nadzieję w niedługim czasie, przyjdzie jeszcze reszta okresu ubiegłego stulecia – jak nie zrobią tego juz inni(?). Ale jest prawdą, jak mówisz, z czego jestem nawet dumny, że dotychczas nikt tak dokładnie tego nie zrobił…

    Z. K. Wciąż interesuje mnie w Twoich książkach wątek polski, w tej książce, o której szerzej mówiłeś przed chwilą, to jest badane, ale problematyka literacka polska przeplata się często w niektórych Twoich innych książkach także.

    F. V. W tej książce, którą piszę obecnie, której tytuł brzmi : „Austria literacka”- są tłumaczenia z poezji polskiej, są felietony o byłych i współczesnych kilku klasykach, pisarzach, polskich jak : Henryk Sienkiewicz, Wyspiański, inni…U nas w czechach mało jest z kolei o pisarzach austriackich, a dużo o czeskich i polskich też, którzy są w pewien sposób powiązani historią z Czechami. Ja wspomniałem celowo o polskich pisarzach klasycznych np. o Stanisławie Wyspiańskim, np. o tym jak dostał pieniądze od państwa polskiego, i o tym jak jechał do Paryża, i jako pierwszy został we Wiedniu, i tam przez jakiś czas pozostał… Jest to o tym jak Wyspiański zamieszkiwał na terenach Galicji i o tym jak został członkiem organizacji SECESJA tam w Wiedniu. Miał tam trzy swoje autorskie pokaźne wystawy…Piszę o innych, także i tych współczesnych. Wyszła też książka moja „Olomouc literacki”, gdzie są czescy poeci, ale też ci Polacy, którzy kiedyś byli w Olomoucu i coś tam tworzyli i uczestniczyli w życiu środowisk. Pisałem o tym w tych czterech tomikach jako książkach wchodzących w skład pt.” Kompozycjana” w dziale pt. „Budowa dramatu”, o czym już powiedziałem wcześniej, właśnie o dramacie polskim, ale i o rosyjskim i słowackim – W dramacie polskim pisałem szeroko o takich jak : Aleksandrze Fredrze, Gabrieli Zapolskiej, o Gombrowiczu, głównie są to moje analizy z poglądu kompozycji dramatu…

    Z. K. To co, tutaj w tej chwili, powiedziałeś i co powstaje jest na pewno bardzo szerokie i bardzo cenne, takie szukanie powiązań i ścisłości oraz wybór taki – a nie inny z literatury polskiej. Jesteś docentem i byłym wykładowcą profesorem na Uniwersytecie. Interesuje nas wszystkich to bardzo jako Polaków i nie tylko, bo to jest w teorii literatury kwestia zagadnień ściśle powiązana choćby z tytułu bycia blisko z sobą, czyli kwestia kulturowo ważna, odnośnie przenikania się w
    wzajemnie twórczości na pograniczu – Aleksander Fredro pochodził z Lwowa czyli kłania się Galicja! – Może jeszcze coś do dodania?

    F. V. Są obecnie wznawiane jeszcze dwie moje powieści biograficzne, i trzecia, którą kończę – i ta właśnie ma dużo wspólnego z terenami polskimi. Jednakże jak zdążyłeś słusznie tutaj zauważyć, dużo dzieje się na terenach ówczesnej Galicji…Pierwsza z tych wymienionych książek nosi tytuł: „Przed bramami Omegi” (Omega w języku greckim oznacza ostatnia literę alfabetu) – A jest to o Jakubie Arbesie, to jest jeden z największych prozaików XIX wieku, gdzie on znajduje się u końca swego życia (stąd ta Omega), gdzie przebiegają takie retrospekcje z dzieciństwa poprzez wiek młodzieżowy i w dalsze jego życie… Druga powieść nazywa się „Daleky doum” (Dom daleki) – Jest to o takim poecie, dramatopisarzu i prozaiku, który nazywał się Wiktor Dyk – a jest to poeta czeski, który utopił się w morzu, na początku lat trzydziestych, w Jadranie. Akcja to początek I – szej wojny światowej, gdzie osoba tego okresu – poeta i pisarz jest aresztowany, gdyż konspirował przeciwko Austriakom, jest po prostu za karę do aresztu w Wiedniu. Ale On ma również sen, w książce ciągnący się non – stop w fabule, o tym jak był młody. Jest to spisane na takim wątku wiary i tej osobistej wiary w siebie – jak to z nim kiedyś było, są spisane marzenia oraz tęsknoty… Są pokazane takie dwa ogniska senne zataczające elipsę do pytania wewnętrznego – jak to będzie? – Jest o przenikaniu się metafizyki wewnętrznej z zewnętrzną, i jest tu trochę takie prorocze senne nieskończone snucie tego co będzie dalej – czy rzeczywiście on się utopi co zresztą następuje później w rzeczywistości…Jest tu poruszony problem wiary w to „dobre” jutro, ale jest dużo o wielkiej niepewności, czyli skłon w kierunku wiary przede wszystkim tej duchowej, o tym co się stanie, czy uda się zaradzić dobrem na to co jest w tym śnie tragiczne, czyli samo utopienie się Jego w morzu Jadran… I tutaj pokazane jest to oczekiwanie i niepewność co łagodzi tylko wiara, a przede wszystkim nadzieja w nim, że nie ma snów proroczych, i że sny nie spełniają się tak naprawdę – a jednak!.. jest tu dużo o walce wewnętrznej z sobą samym. Jest tutaj także pewna kompozycja całości co robię w każdej książce, jakby zamierzenie, żeby konteksty, w tym te moralne i psychologiczne były interesujące a w swej wielowarstwowości niosły walory nie tylko estetyczne dla tekstu, ale i w pojemności podmiotowej, jaką obieram sobie już w tytule danej książki…Wielu krytyków pisało o moich książkach, ale doprawdy żaden nie odkrył tego, że ja buduję tutaj pewne kompozycje w swoich książkach… Widać problem budowy samej kompozycji był albo zaniedbany, że nikt o tym nie wiedział, albo też uważa się, że dziś to jest niepotrzebne. Przez co wiele książek nieciekawych, choć ma ciekawe zagadnienie w podmiocie. Brak pewnej semantyki powoduje spłycenie co wpływa na wartość wydania…
    Uważam, że w beletrystyce kompozycja jest bardzo potrzebna, ale i w samej poezji, w wierszu także jest potrzebna kompozycja, o czym nie każdy poeta wie i to stosuje – No… i teraz co do trzeciej książki, której rękopis wnet znajdzie się w moim zaprzyjaźnionym wydawnictwie, tytuł : „Lata legionów” ( po czesku: Leta legionów)jest to tekst tyczący się pośrednio Polski, gdzie żyło trzech braci – Pozwól, że tutaj pokrótce o ich etosie tutaj coś powiem ; Jeden z nich, ten średni, nie był pisarzem – dwóch pozostałych było pisarzami. Pochodzili wszyscy z takiej mieszczańskiej rodziny. Zaczynała się I-sza wojna światowa…Najstarszy Franciszek Langer pisarz został, jako lekarz, wzięty do wojska austriackiego, i wnet dezerterował do wojsk rosyjskich, a potem docelowo dostał się do Legionów czechosłowackich powstałych tam na terenach Rosji, ale dostał się do tych oddziałów reńskich. Legiony czeskie, jakby tak spojrzeć politycznie, stały się w 1918 roku niezależne, ale nastawione walczyć z bolszewizmem. Legiony te oczywiście wojowały, jak wiemy, z bolszewikami do roku 1921- go i znikły za gen. Kereńskiego… Jerzy i Franciszek Lanerowie pisarze w to byli zaangażowani, jak również i trzeci z nich wszyscy pochodzący z żydowskiej rodziny. I co ciekawe! – jak każde inne losy ludzkie – ten pierwszy najstarszy żyd zasymilował się na 100% z Czechami i był Czechem, natomiast Jerzy, czyli trzeci brat był do końca żydem w 100% chasydem i zmarł po przedostaniu się do Palestyny, gdyż już na początku tej II-szej wojny uciekł do ówczesnej Palestyny, mając ogromne bariery i kłopoty na swej drodze, zwłaszcza tam pod Palestyną – i między innymi z tego powodu tam zmarł. Trzeba dodać, że Jerzy Lange wcześniej kontaktował się chasydami, tam gdzie żyli na wschodzie Galicji, i ma wydane właśnie tutaj, co jest bardzo ciekawe, swoje poezje w języku hebrajskim. Ciekawostkę też jest, że dziś po dwustu latach w tym języku hebrajskim on ma tutaj wydane poezje, bo Jerzy Lange wówczas pisał swoje poezje w tym języku… Natomiast trzeci brat, o którym wspomniałem – on tutaj w mej książce komentuje to wszystko, jako taki raczej samorodny literat, po czasie, kontaktujący się także z chasydami. On Jan wcześniej w sklepie ojca tylko sprzedawał : ocet i wino, i inne artykuły spożywcze, itd… Jest on jako narrator obiektywnie subiektywny. Znajduje się on Jerzy cały czas właśnie, na pograniczu polsko – ukraińskim, na tych terenach galicyjskich. Wtedy było to już u końca austriacko – węgierskiej monarchii. Ale co do tej książki o braciach Langer – ja chciałem ukazać rozdźwięki społeczno-pojęciowe pomiędzy braćmi, powiem, że jest to swego rodzaju konfrontacja pomiędzy dwoma Langerami piszącymi, ale też są to opisy skonfrontowane w ich pobytach w różnych miejscach i przynależności, i sytuacja przedwojenna i powojenna –losy ich, zwłaszcza co do tych Legionów oraz takie ukryte fakty, jeżeli idzie o tego trzeciego ich brata, egzystującego jeszcze w całkiem innym miejscu, i to kim był i gdzie przebywał później po I- szej wojnie światowej, bo
    jak już wspomniałem on jako najmłodszy jest czujnym obserwatorem w tej książce…Są różne opisy z tamtych lat, kiedy istniała ta monarchia austro – węgierska, ale ja opisuję jakby na faktach na takim żywym organizmie…A takich powieści jest dziś mało. Trochę to jest tak, jak z literaturą „faktu” – Pamiętamy jak Jarosław Haszek napisał „Szwejka”- jest to stronnicze pokazanie i wyśmiewanie wojsk austriackich, i zawarcie stosunku pisarza do drugiej opcji i sytuacji politycznej kończącej się monarchii, w bytach żołnierskich tych austriackich, wskazanie na czym wtedy wszystko stało, i jak upadło, zwłaszcza środowisko pośród tamtych oficerów. Notabene samego Haszka chciano powiesić za przejście do bolszewików – a tę powieść o Szwejku napisał przecież po I-szej wojnie światowej i zmarł w 1923 roku pozostawiając „Wojaka Szwejka” niedokończonego… Zresztą Haszek defakto przeszedł ku wsparciu Armii Czerwonej fizycznie i literacko – zaczął pisać o ideach bolszewizmu, a wcześniej kiedy zaczęła się wojna pomiędzy Legionami czeskimi i Armia Czerwoną trwająca do 1921 roku on walczył w ramieniu bolszewików…Natomiast same Legiony musiały wycofać się i upaść, po tym jak Ameryka nie pomogła, co obiecała wcześniej zrobić. To jest dość obszerne zagadnienie i bardzo ciekawe… Natomiast, co do mej przyszłości dodam, że za dwa trzy lata zrealizuję całkiem inną książkę, z serii naukowych, pt. „Morawa i Śląsk literacki” – i tam będzie dużo o pisarzach polskich Zaolzia, ale też będzie dużo o polskich literatach, którzy kiedyś byli na Morawach, a nawet mieszkali tam, jak np. o Pawlikowska – Jasnorzewska, która zresztą jako dziecko, zaraz na początku I – szej wojny mieszkała z siostrą Marianną, koło 20 km. od mojego Olomouca. I dodam, co warto wiedzieć, że mąż Jasnorzewskiej był austriackim oficerem, ale był też Polakiem. Oni razem mieszkali w garnizonie wielkich koszar wojskowych, tam gdzie była szkoła oficerska, na terenie koszar przygranicznych w mieście Hranice. Myślę, że to będzie ciekawa książka z epizodem polskim o wybitnej poetce polskiej znanej powszechnie, o Jej życiu, uniesieniu i dramacie, w co był wpisany rozpad małżeństwa. A trzeba też dodać, że w tym garnizonie studiował na szkole oficerskiej, i mieszkał w owym czasie, też Rainer Maria Rilke wybitny poeta, o czym też jest w tej książce…Był tam także Robert Musil, Emil Zatopek znany olimpijczyk, i innych różnych i ważnych postaciach.

    Z. K. Wiem, że przed napisaniem książki jakiejkolwiek szukasz wiarygodnych materiałów do jej fabuły i zasadności, gdy idzie nie tylko o książkę naukową, ale i biograficzną – jest to na pewno ogromna mozolna praca, a później osobna praca nad kompozycją książki i treścią tytułu…Jest w Twoich książkach wiele akcentów międzynarodowych, co wymaga tutaj dużej wiedzy i poznawczości kwestii literacko artystycznych, osobnych każdemu z tych narodów. Pamiętam jak byłeś kilka lat wstecz we Wrocławiu i odwiedziłeś ze mną na metropolii i Muzeum żydowskim grób Lasalla i rodziców Edyty Stein – Notowałeś wiele i tutaj fotografowałeś, mogłem się tylko domyślać, że powstawała książka o tej żydowskiej osobowości, o Lasallu, który jak wiadomo działał prężnie w ruchu
    robotniczym…Ale też, jednocześnie, chciałeś być w kościele u św. Marka przy ul. Szewskiej, żeby zobaczyć grób Sileziusa Angelusa, jest On tam ponoć pochowany, i okazało się, że nikt nie wie, gdzie jest ten grób, nawet sam proboszcz – Jest natomiast tam tylko okazała tablica pamiątkowa przy drzwiach wejściowych. Ty jako pisarz musisz miejsca i postacie, o których piszesz, odwiedzić, dotknąć, sfotografować – z czego jakby powstają reportaże, które są materiałami wyjściowymi (?) do nowych książek? – To jest bardzo specyficzny sposób pracy literackiej, i budzący wielkie zaufanie do Ciebie jako autora, gdy taką książkę bierzemy do reki, można być pewnym co do faktu. I w tym celu, specjalnie tutaj, do Wrocławia także przyjechałeś, bo jak wiem co innego było Ci wiadomo, o tych bardzo różnych postaciach, z różnych okresów – a co innego się dowiedziałeś „w drodze”, czyli idziesz na konfrontację, choć później przy czytaniu takiej literatury, z takich pobytów, rodzą się kontrowersje, i to jest też ciekawe dla samej literatury, gdyż niektóre fakty same się wykluczają…Zatem jest w Twych książkach wiedza udokumentowana. Z drugiej strony jest mi też wiadomo, że piszesz gdy interesuje Cię człowiek, który z perspektywy czasu wydaje się ciekawym zjawiskiem, a wtedy za życia w swym czasie był niezbyt dobrze zauważalny? – Jest tu jakaś prawda?

    F. V. Obecnie mam takie tendencje co do swej twórczości, żeby nie pisać już tych naukowych książek. Biorą mnie za naukowca i zapraszają na konferencje literaturoznawcze. Istotnie tak jest, że pisanie takich książek musi powodować poszukiwanie wszelkich materiałów i przede wszystkim tej przedniej wiedzy wewnętrznej oraz spojrzenia na podmiot ze strony niezależnej. Oczywiście, ja patrzę na swe cele opisane w książkach po przez pryzmat społeczny szerzej, i interesuje mnie zawsze problem przenikania się wspólnot, a w tym opis po przez jakieś osobowości, które były i kształtowały tamten czas, dlatego rzeczywistość dzisiejsza jest taka a nie inna. Interesuje mnie dany podmiot obrany do napisania książki psychologicznie w aspekcie moralno – społecznym… Interesuje się oczywiście tym, jak owe kultury się mieszały z sobą, dociekam w to, po przez postaci nie koniecznie pozytywne, które są dziś bardziej jakby zapominane, ale w owym czasie robiące wielkie wrażenie. Patrzę na przykład na Kulturę Zaolzia trochę szerzej, bo jako pisarz Czech i krytyk czeski oraz tłumacz. I na jednej z takich konferencji miałem referat na temat literatury i kultury Zaolzia. Mówiłem tam między innymi, że to są Kresy – i był tam profesor Edmund Rosner z polskiego Cieszyna, który dużo pisał na tematy polsko-austriackie – On mówił też o tym i zaprzeczył, że to nie są kresy, że to jest tylko pogranicze. Ja chcę powiedzieć, że ta generacja poetów, która jeszcze tam na Zaolziu egzystuje, ma
    bardzo wielkie szczęście, mówię to w tym czeskim kontekście, bo są najwięcej tłumaczeni na czeski język jako poeci polskiego pochodzenia. Mamy oczywiście różne wcześniejsze tłumaczenia z polskiego: Mickiewicza i innych klasyków –
    to jasne! – ale oni tam mieszkają, mają bezpośredni kontakt, swoje czasopismo, swój teatr, czas w telewizji czeskiej, itp., czyli swoją kulturę, która miesza się z ludźmi czeskimi. Ale trzeba wiedzieć, że te kontakty i te ich działania robią z tego tylko sztukę regionalną, nie jest to jakby reprezentatywne dla całej sztuki polskiej w tym poezji…Jest to już gasnące środowisko i dlatego jest warte zapamiętania i utrwalenia. Ale trzeba mieć świadomość, że jeżeli szeroko nie wezmą udziału społecznie w życiu czeskich czy polskich środowisk, zwłaszcza w treści tego co tworzą – nie będzie ta twórczość wzięta pod uwagę do historii literatury – jednej czy drugiej, a tylko będzie wzmiankowane, że taka wspólnota tam gdzieś była, i egzystowała, konkretnie na pograniczu dwu państw. I to miałem na myśli mówiąc o Kresach. Bo jak dotychczas są oni jakby bardzo oddaleni, a wręcz jakby zapominani tam. Wielu, którzy tam na Zaolziu rozkręcało prężnie działalność twórczą, już odeszło – A ci młodzi szybko asymilują się z Czechami. Pozostali natomiast są takimi już ostatnimi mochikaninami. Chcę jasno powiedzieć z punktu krytycznego co do tej polskiej grupy literacko artystycznej, że oni za mało się kontaktowali z czeskim środowiskiem literackim i myślę, że powinni więcej – a nawet za wszelką cenę wymieniać się, i chodzi tu nie tylko o swoje twórcze inwencje, ale powinni bywać z sobą i wzajemnie się drukować w swoich czasopismach, i częściej zapraszać się na różne spotkania poetycko – artystyczne, gdzie tylko i, jak tylko można. To, że oni drukowani byli dużo w czeskich czasopismach jest tylko znakiem, że tamci są chętni i otwarci, ale oczywistością jest, że dystans ze względu na narodowości pozostaje. Zaolzie to jest taka ich „Mała Ojczyzna”, ale nie należy się w niej bardzo zamykać, zwłaszcza na środowisko polskie, co jest też czynione przez niektórych poetów i działaczy, są też kłótnie i swary pomiędzy nimi samymi. Nie można też zdążać w tą drugą stronę. Ale to można na pewno rozumieć, że oni obawiają się, żeby nie być wchłoniętymi – stąd jakiś dystans i dbałość o swe pochodzenie, ale – z drugiej strony jest u nich większa jakaś ambicja i chęć druku w czeskich czasopismach – Ja natomiast piszę o tym z punktu widzenia naukowego i patrzę na problem niezależnie. Patrzę, jak ci Polacy są tutaj ułożeni, jaka jest ich problematyka społeczna i artystyczna, czyli jaka jest ich kultura i jej moc w stosunku do kraju, w którym zamieszkują i z którego pochodzą jako grupa etniczna. Stad nazywam to miejsce Kresami. Ja natomiast pisałem o wszystkich tych poetach i literatach oraz innych artystach polskich z Zaolzia. I nawet w mej książce „Austria literacka”, tłumaczyłem ich na język czeski i tłumaczyłem nie tylko świat literacki z Zaolzia ale i z Polski, żeby przybliżyć poezję i całą literaturę Czechom, bo jest fascynująca i bardzo ciekawym takim kanałem, bo tutaj właśnie żyło bardzo wiele innych narodów w
    symbiozie, a zawieruchy w tym te wojenne pozamieniały czasem ich role i pozostawiły samym sobie w regionach, gdzie tworzyli własne kultury.

    Z. K. Pozostając jeszcze na Zaolziu – na pewno wiesz już o tym, że zmarł 10-go lipca 2006 roku, czyli nie tak dawno jeden z wybitnych poetów pochodzenia polskiego na Zaolziu, Wilhelm Przeczek „Wilk”- Poeta kilkunastu tomików poezji opowiadań oraz animator i krytyk. Jest tak zawsze, że wchodzi każdy taki czy inny twórca, poeta, do tzw. „czyścca literackiego”, i przez jakiś czas będzie trwał taki ukryty sąd nad Jego twórczością – czy ktoś tego chce czy nie, zresztą żeby tu było jasne! – dzieje się to zawsze bez względu na to do jakichkolwiek przynależności za Jego życia i w danym mu miejscu i czasie…I choć to wszystko świeże, proszę scharakteryzuj Jego twórczość, dorobek i pojęciowość tej poetyki jaką on uprawiał. Może trochę co do pewnych kompozycji i poszczególnych treści w podmiocie Jego książek poetyckich, a powiem, że do wielu z nich ja dawałem swoje prace graficzne. Korespondowałem z nim po przyjacielsku, i też wielokrotnie się z Nim widywałem. Cóż serce nie sługa i trzeba było mu odejść
    na wieczne wrzosowiska, choć mógł jeszcze wiele napisać. Bardzo proszę powiedz, jako krytyk i osoba, która Go także znała osobiście i z twórczości.

    F. V. Być może nie powinno się tak bezpośrednio na świeżo omawiać tej poezji – warto odczekać – a może właśnie powinno się na świeżo – może tak- może nie? – Oczywiście o zmarłych się nie mówi źle, tym bardziej o twórcach, jedynie o ich twórczościach, które dominowały ich całe życie, w efekcie było to każde, takie czy inne, życie zawsze w większości poświęcane sztuce. Ja tego poetę obserwuję od wielu lat i od dawna znałem Go osobiście, znam tę poetycką twórczość bardzo dobrze jakby na wylot. Otóż ja Przeczka tłumaczyłem na język czeski wiele razy, pisałem o Nim także. Jest to poeta, który wysoko na stałe zapisuje się w annałach poezji tego regionu. A jest to poeta, który ma w swym dorobku dużo tomików poetyckich, jednakże poetyka ich wszystkich jest taka niespójna o różnorakich podmiotach. Jest to poezja taka, jakby rozdarta pomiędzy sobą. Nie jest to zły poeta, bo pisał fachowo i dobrze, jeżeli chodzi o samą kompozycję wierszy, ale jest on jako twórca bardzo różny. Było w tej twórczości na pewno wiele sprzeczności. Ja znam dobrze tamtych innych poetów, bo również dużo i o nich pisałem…Ten dorobek jest jakoś trudno objąć w jakieś ramy i scalić… Ten ostatni Jego tomik jest jakby pisany w takim nabożeństwie religijnym (?), dla miejsca, w którym żył, jakby się już uszykował na odejście. Ostatnio, jako osoba stał się trochę nawet, żeby nie powiedzieć zgorzkniały, bo czuł, że jest jakby trochę niedoceniany, i być może wyczuwał, że jest wiele jeszcze do zrobienia, ale trudno mu chyba było zebrać czas i siły, i ostatecznie się dobrze określić – Oczywiście ta poezja jest taka jaka jest natura osobowa Wilhelma Przeczka. Taki jaki był Wilhelm Przeczek ps. „Wilk”- taka jest Jego poezja. To tak bywa zawsze i z innymi twórcami, także w innych dziedzinach i różnych profesjach artystycznych…Jest ta poezja epiką i naturą wewnętrzną tego poety, który cały czas zamieszkiwał na Zaolziu, jakby w bardzo osobnym miejscu…

    Z. K. Dziękuję Ci za te słowa, jako krytykowi…Ale i proszę wróćmy znów do Twego pisarstwa, do jego całkiem innej semantyki i poetyki…Poza tym piszesz ksiązki beletrystyczne i tzw. naukowe, wiem – piszesz haiku – To bardzo rzadki, jak wiemy, kierunek poezji i literackie działanie w sztuce, forma przeszczepiona rodem aż z Japonii. Piszesz fachowo jak wiem swoje haiku, ale wiemy też ,że wymaga to pisanie dużej dyscypliny dotyczącej stosowania zgłoskowości… Zatem – tak jak wszystkie Twoje książki charakteryzuje wysoka dyscyplina i pojemność zawarta w wiedzy dokumentacyjnej, tak i tutaj podjąłeś się uprawy bardzo rzadkiego kierunku w poezji, który także podlega pewnej dyscyplinie. Obecnie przed kilkoma dniami wyszła książka – almanach, gdzie pomieszczono poetów haiku z Olomouca, i nazywa się to „Olomoucke haiku” – Pięknie zresztą wydana jest ta książka (120 str.), z dużymi biogramami poszczególnych 6 – ciu poetów, w tym i Twój treściwy biogram. Jest tam pomieszczonych kilku innych piszących w tym stylu oraz wydruki poszczególnych, tych autorskich, haiku, gdzie każdy z nich ma po 60 wierszy. Oczywiście jesteś obecny pośród innych dobrze piszących w tej formie literackiej. W tym interesującym almanachu także, pośród wybitnych w Czechach poetów są także nauczyciele akademiccy – Może powiedz od siebie skąd zainteresowanie tą forma literacka? – Co Tobie jest wiadomo o haiku?

    F. V. Jeżeli idzie o haiku, ma się to podobnie jak z sonetem, pewną inną formą literacką, również mało dziś uprawianą tyle ,że rodzimą. A tu rzeczywiście jest to japońska forma literacka, która rozprzestrzeniła się na dobre w świecie literackim. Jest to forma poetycka pochodząca stamtąd z XVII wieku i ma swoich wielkich japońskich klasyków. Jeżeli chodzi o mnie o Czechy, to muszę powiedzieć, że japończycy o tym wiedza i nawet zabiegają o to, żeby pisać i czytać haiku. Z końcem lat 30 – tych japońska ambasada wydała wielką reprezentatywną antologię haiku, przetłumaczonych wybitnych haikowców z Japonii na język czeski. Zostało to jakby ufundowane środowisku literackiemu w dużym nakładzie. Później przyszła II – gą wojna i zapomniano o tej antologii i haiku. Natomiast po wojnie Czechy mają już takiego swego, bardzo wybitnego tłumacza i poetę, choć nie pierwszego w haiku, który nazywa się Jan Vladislav, żyjący do tej pory, i on właśnie przetłumaczył pierwszego poetę z haiku japońskiego – poetę, który nazywał się Basio, pochodzącego jeszcze z końca istnienia jakiegoś klasztoru(?), od którego pochodzi pierwsze haiku na świecie, poety już nowej ery twórcy początkującego ten kierunek nie tylko w Japonii ale w świecie…Natomiast nasz Jan Vladislav mieszkał był dość długo w Paryżu, i nie tak dawno powrócił. To co on zrobił jest bardzo dobrą poezją, bo to jest bardzo dobrze przetłumaczone z zachowaniem prawidłowych norm literackich, czym zresztą bardzo się sam z zaciekawieniem ogromnym interesowałem. Ale sam ten początek haiku w Czechach bierze się od artysty malarza, który malował kolaże, jest to i poeta, który mieszkał w Czechach i emigrował za czasów komuny do Niemiec, był za komuny wyrzucony z kraju, a nazywał się Karol Trinkiewitz, zamieszkał w Hamburgu, już jako zakazany poeta i rysownik – Odwiedziłem go w Hamburgu dwa razy – On tam malował, ilustrował i pisał tylko haiku, właściwie malował to haiku jako całość plastyczną, co jest dość ciekawe, i można było te rysunki czytać- nie tylko oglądać, co robi wrażenie i jest bardzo bliskie tej sztuce japońskiej! – Również i On powrócił do Czech i jeszcze nie tak dawno, a wydał w Kanadzie jeszcze za komuny na początku lat 80-tych tom haiku, który był zakazany, w takiej właśnie oryginalnej rysunkowej formie…Dlatego jest tutaj uważany za wyjątkowego i pierwszego w Czechach poetę tego gatunku literackiego. Moje haiku zaczęło się od Trinkiewitza, z początkiem lat 90-tych, po tych moich odwiedzinach w Niemczech, gdzie pokazałem mu swe haiku – On nad tym chętnie pochylił się i dobrze nawet ocenił, i kazał mi się tym zajmować czynnie. Trinkiewitz to bardzo plastyczna, ciekawa, ujmująca wewnętrznie postać. Ostatni mój tomik haiku został wydany bardzo ciekawie, jest to książeczka kieszonkowa, i została wydana jakby dla mnie samego, i jako niespodzianka. Ponieważ dałem kiedyś, w ubiegłym roku, maszynopis do przeczytania pewnej osobie, kobiecie, a ona przez jakiś czas milczała, ale wydała to w takim średnim nakładzie, jak się okazuje, jako prezent na Boże Narodzenie i mi wręczyła. Byłem ogromnie zaskoczony i miło tą sytuacją rozczarowany, co też, nie ukrywam, napawa taka radością i pewnością, że powinienem to pisać dalej. Teraz wyszła ta, jak mówisz, interesująca antologia „Olomoucke haiku”, co dopełnia tej mojej nadziei. Przyznaję, że mam na pewno z tego pisania, oprócz pisania książek ambitnych, wielką radość…

    Z. K. Bardzo mnie interesuje Twoja jeszcze inna działalność literacka : reportaże, rozmowy ze znanymi osobowościami, coś na wzór tej naszej rozmowy w sidła, której wpadłeś…Miałeś kontakty i masz je nadal z wieloma znanymi w sztuce głównie w literaturze? – Twoja cała literatura stoi jakby na fakcie, jest oparta o pewne osoby i ich zdarzenia, a ta natura naukowa na konkretnych faktach w zestawieniu z literaturami innych narodowości i też konfrontowana na konkretnych przykładach co jest zasadą historii literatury,
    historii sztuki. Sam wiem, że konkretne kontakty w wybitnymi osobowościami to zawsze jest materiał bardzo ciekawy, czego nie znajdzie się powszechnie w literaturze…W gazetach są tylko plotki, w czasopismach literackich – owszem! coś jest – ale mocno adiustowane i wyszkieletowane, a później i tak to wszystko staje się gdzieś rozproszone i trudno to zebrać. Jak to naprawdę bywa u Ciebie?

    F. V. – Tak!- Jeżeli chodzi o reportaż, czy wywiady oraz inne moje artykuły krytyczne – na pewno jest to, przede wszystkim w tych książkach naukowych i analizami i z pewnymi odniesieniami do dokumentów i terminologii oraz czasowości i podmiotowości, jaka w danym czasie antropologicznie ongiś zachodziła w historię i stawiana w stosunku do czasu jaki przedsiębrałem… Tych książek, jak je nazwałeś na początku, „naukowych” jest w moim dorobku 15. Owszem! – skoro pytasz o mój styl pracy – powiem, że Szukając materiału wiarygodnego do niektórych z nich, odwiedzałem poszczególne osobowości i miejsca… Jest oczywiście naturalne, że jak poznajemy tekst jakiegoś znanego autorytetu, chcemy zaraz poznawać go osobiście, lub chociaż miejsce, gdzie bytował i co robił, itp. Takich spotkań żywych też było wiele. Ale przypominam sobie, właśnie takie spotkanie, po tym jak dostał w roku 1984 Nagrodę Nobla Jaroslaw Seifert, nasz czeski pisarz. Wpierw może powiem pokrótce o Jego sylwetce…Ta nagroda przypadła na okres panowania reżimu komunistycznego w Czechach. I trzeba tutaj dopowiedzieć, że nie był tym oficjalnym przedstawicielem literatury czeskiej, czyli tego reżimu, który go chciał w latach pięćdziesiątych windować – co jest jasne. Zatem od długiego czasu był w opozycji do władz państwowych. Poczynię tutaj dalszą dygresję – i jak on dostał tę nagrodę literacką przyznaną przez taki autorytet naukowy – to komuniści – oni tutaj czekali – nie wiedzieli co mają z tym fantem zrobić?! (tu mocno śmieje się) – Środowisko literackie reżimu debatowało- jak to jest możliwe?, że tak mała „nieznana” postać, że to on dostał, dlaczego on dostał Nobla ?! – bleblano, i biadulono w kołach kulturalno – rządowych ministerstwa kultury i był przez wielu decydentów bardzo ignorowany, wylewano fekalia słowne deprymujące Go powszechnie epitety – a później konsternacja… A przecież nigdzie w Czechach nie drukowany i dostał?!- Natomiast On był drukowany poza Czechami, tylko oni o tym nie wiedzieli i nie chcieli o tym wiedzieć, a nawet nie znali tamtych obcych publikacji – To jest jasne! – A zwrócić trzeba uwagę, że to był pierwszy Nobel za Literaturę w dziejach Czech! – To ważne! – No…a ja – kiedy tylko byłem w Polsce, uprzednio zanim on dostał te nagrodę, to o dziwo we wszystkich gazetach i czasopismach literackich były informacje o Nim, o Jego poezji i wydruki tej poezji wraz ze zdjęciami, były tłumaczenia tej poezji z czeskiego języka na polski. Wyobraź sobie, że ze względu na czystą sympatię do Jego twórczości i mojego ongiś pierwszego kontaktu osobistego, kupowałem w przeciągu jakiegoś czasu różne czasopisma w Polsce, którymi się też zawsze
    interesuję, powycinałem te publikacje i tłumaczenia z poezji i posłałem Jemu w kilka dni po otrzymaniu tego zaszczytnego tytułu literackiego! – On to otrzymał i napisał zaraz do mnie – Notabene co jest znamienne – w międzyczasie także napisałem o nim wielki artykuł literacki, nie wiedząc, że był szykowany do Nobla! – a było to o jednym Jego poemacie, ale nie mogłem tego opublikować w czasopismach literackich czeskich, dlatego wyszło to w czasopiśmie słowackim „Romboid” z dużym powodzeniem, a złożyłem to w redakcji, to już jakiś czas przed, zanim On dostał Nobla! – Mówię o tym, bo poczytuję to sobie za pewien zaszczyt, że byłem pierwszym, który o nim pisał, a ten przypadek zupełny sprawił, że ten artykuł ukazał się dosłownie kilka dni po przyznaniu mu tej nagrody. Oczywiście przez redakcję trzymany, gzy odpowiednio wcześniej go złożyłem, jak już wspomniałem, a później, po odleżeniu, przyjęty do druku – Ja wtedy, zaraz po ukazaniu się tego artykułu, już wiedząc, że otrzymał tę nagrodę literacką, wraz z kolejną porcją wycinków, z tych polskich wydruków, posłałem mu już komplet, z tym wydrukiem artykułu o Jego poemacie w „Romboidzie” – był to taki okazjonalny pakiecik. Mój kontakt osobisty z nim datuje się na lata 50-te. Wspomnę, że jak byłem studentem, o czy zacząłem mówić, pamiętam wtedy pojechałem z kolegą do niego do Pragi i o dziwo przyjął nas, rozmawialiśmy wtedy z nim 3 godziny. Od tamtego czasu sympatyzowałem z Jego poezją, pisywałem do Niego, co prawda, nieregularnie. Trzeba powiedzieć, że On w tamtych 50 – tych latach był już bardzo znany i wybitny, i wszędzie go nawet drukowano. Zmarł w roku 1986 w Pradze. Natomiast o innych spotkaniach nie będę mówił ponieważ jest tu za mało miejsca. Chcę tylko powiedzieć, że nigdy nie wiadomo jest, co kiedy i jak się stanie, zwłaszcza w Sztuce. Pewne rzeczy wracają po swoje wyznanie jak bumerang wtedy, gdy tylko przychodzi właściwy czas…

    Z. K. Powiedz Frantiśku – proszę – a co teraz z tych nienaukowych opcji pisze się na Twoim biurku? – Można tutaj wręcz zaryzykować pytanie, jak to jest, że sporo jest takiego jakby rozdarcia u Ciebie, w Twym całym pisaniu i tym przedsiębraniu co do kolejnych książek, co jest być może bardzo ciekawe! – raz piszesz książkę naukową – drugi raz poetycką, lub czystą prozę, później znów wracasz, żądny wiedzy i pomysłu do naukowej i tak na przemian? – Jest tak, że piszesz o kimś z innego wieku – a potem wracasz do ostatniego czasu , do
    współczesności – To też takie dysonanse? – Jak to w rzeczywistości z Tobą jest, z Twoja twórczością, że to się wzajemnie jakoś uzupełnia i toleruje?

    F. V. I znów ciągnie mnie do poezji, i poetyki powieści, gdyż to ona daje tą odrębną pojęciowość metafizyczną, której chyba jest na pewno mniej w tych książkach naukowych, bo trzeba od czasu do czasu przywołać swą duszę i zajrzeć do niej, i tę przyjaźń utrzymywać i dbać o to jakby rekreacyjnie. Poza
    tym co ważne już mam wybrany temat do mej nowej dużej czwartej powieści. Interesuje mnie taka postać literacka (tu mocno śmieje się) z czasów czeskiego
    romantyzmu, a nazywa się Karel Sabina – typ rewolucyjny i bardzo taki kontrowersyjny, który staje się konfidentem austriackim, żeby zarobić na utrzymanie – A więc jest tu o tym jak człowiek staje się kimś innym, zwłaszcza gdy go bierze mocno głód fizyczny. Powstaje pytanie co dzieje się z takim człowiekiem? – Przecież nie można do tego podchodzić, a w żadnym razie, z pogardą! – Był on zaraz po rewolucji w 1848 roku przez długie lata za to donoszenie aresztowany, a było to w moim mieście Olomouc – Myślę, że to wspaniały temat na powieść opartą o ciekawą bardzo postać faktu, gdyż wiele jest o tej postaci z punktu widzenia naukowego, ale mnie ten problem takiej postaciowości bardzo interesuje z powodu rozgrywającego się dramatu. A tutaj jest przykład do poruszenia problem moralności ; występuje problem etyki, pisarza, i twórcy – Pisał Sabina nawet libretta do Oper Bedrzicha Smetany, tego najwybitniejszego czeskiego muzyka XIX wieku. Karel pisał mu libretta, o czym wielu ludzi nie wie – Pisał poezje, dramaty i prozę – jest w tej bardzo interesującej postaci trochę takiego dzikiego romantyzmu – Jest to na wskroś bardzo kontrowersyjna postać. O tym co on zrobił trochę już pisano, ale bez takiej wiedzy dokładnej, i nie w takim kontekście jak ja chcę to napisać: moralność, etyka, prawo do życia i bytu twórczego…Myślę, że to musi wyjść dobry dramat, ze smacznymi sekwencjami, który ukaże postać, ale głównie grę pomiędzy tymi zależnościami, które wymieniłem tutaj jako główne rzeczy.
    – Myślę też, że trudno mi się tak całkiem oderwać od nauki literackiej, i to chyba zostanie tak już do końca – nie wiem!? – Zatem beletrystyka i beletrystyka, w której jest też pewna koncepcja kompozycyjna, z czym się w moich książkach nie rozstaję – Każda książka musi mieć koncepcje kompozycyjną – Jest to absolutnie ważne, o czym wielu pisarzy zapomina, a wręcz nie chce stosować, chociaż w wielu książkach jest wiele wiadomości czasem dość ściśle powiązanych z kwestią zmysłu poetyckiego, musi zachodzić to na kwestie prawideł kompozycji…Mam też do wydania jeszcze dużo haiku. Ale rzeczywiście od nauki będę uciekał, bo wystarczająco dużo czasu straciłem, oczywiście w imię dobra, bo zdokumentowałem pewne koncepcje racje literackie, co zresztą wspaniale dziś służy…No… i jak wspomniałem nie odżegnuję się ciągnąć tę problematykę naukową zawartą w tytule „Kompozycjana” (1986), o czym już relacjonowałem oraz o innych , o których wspominkowałem tutaj wczesniej, czyli o genezie tekstów w dalszych dekadach ubiegłego wieku, o dalszej kompozycji w Literaturze, i jak to poszło dalej, a jakie są efekty i relacje na bieżąco, co do takich kompozycji w budowie tekstu, i jak zachodził to w czasie, oraz jak ten problem posuwał się do teraz – i co zmieniało się w tym czasie… To jest przecież ciąg czasu i moja konsekwencja wewnętrzna w stosunku do dzieła jako całości, co dotychczas zawarłem do roku 1950 – go. I rzecz jasna, muszę to dociągnąć dekadami aż do teraz, do naszych czasów obecnych – Ta kwestia jest oczywiście jasna – Dzieło to uważam za najważniejsze z tych naukowych form. – Nie wiem tylko czy starczy mi czasu (tu mocno się śmieje).

    Z. K. Serdecznie dziękuję za rozmowę o tzw. możliwościach literatury na pograniczu czesko – polskim i nie tylko, dziękuję za czas i częściowy wykład na temat teorii kompozycji literatury, jej historii i różnych powiązaniach z literaturą polską…

    – z docentem Frantiśkem Vśetićką

    rozmawiał i bezpośrednio tłumaczył
    z czeskiego na język polski

    Zbigniew Kresowaty

  • NA SKRZYPCACH Z DANII RODEM PO „WARSZAWSKĄ JESIEŃ”

    rozmowa z duńską skrzypaczką światowej sławy Christine Michaelą Pryn

    Zbigniew Kresowaty: Pozwól Christine, że poproszę Cię oficjalnie o udział w „rozmowach artystycznych”, na co się wstępnie już zgodziłaś, gdy byłem na Twoim koncercie w Holi pod Lublinem, na kresach wschodnich, gdzie w cerkwi, jako solistka, zagrałaś piękny, jednogodzinny, koncert skrzypcowy, złożony z kilku utworów, nowych i starych mistrzów, co było wydarzeniem bardzo specyficznymi, a w istocie swej bardzo oryginalnym, ponieważ, jak wiemy, w cerkwi prawosławnej, czyli świątyni ortodoksyjnej nie gra się na instrumentach, a Ty jeszcze nie grałaś w takim miejscu i mimo, że to taka mała urocza piękna wioseczka, gdzie zamieszkują ją ludzie w większości wyznania prawosławnego, przybyło tutaj ponad 150 słuchaczy – kto wie? – a może i więcej, zapełniając tę XVIII wieczną drewnianą cudną świątynię po brzegi – Byłem wprost bardzo zdumiony tym wydarzeniem, skazując wpierw taki koncert wewnętrznie na niepowodzenie, co najmniej z dwu powodów : pierwszy jest to, że w cerkwiach, jak wspomniałem, nie brzmi nigdy, z racji obrządku prawosławia nigdy muzyka, a tylko śpiewy chóralne i to na wiele głosów, po drugie – to wahanie, nie tylko moje, ale i organizatorów w niepewności pytanie – kto, i czy zechce przyjść na tak poważny koncert? – zwłaszcza, gdy jest bez treści, powiedzmy, ludowych, albo regionalnych?! – Była tutaj wielka obawa! – A tu takie piękne spotkanie! – z muzyką : Bacha, Nielsena, Rafała Augustyna i z muzyką innych kompozytorów…I warto powiedzieć w tym momencie, że gromko przybyli tutaj osoby jako wyznawcy prawosławni, ale także i katolicy, co dla Ciebie może być tu pewną abstrakcją…I przyznam się tutaj szczerze, gdy sobie tutaj siedzimy w pełno-słonecznym lipcu przy stole kamiennym, u moich przyjaciół na kresach wschodnich, zajadając soczyste czereśnie, to powiem, że właśnie ten koncert w Holi pobudził moje zainteresowanie się Twoją ciekawą osobowością…Ale pozwolisz, że przejdziemy teraz już do spotkania, które tutaj jakby przedłuża swoje ramię w stronę naszej wypowiedzi słownej o Tobie, celem poznawczym – Poproszę, żebyś opowiedziała o swoich kontaktach i ich najważniejszych aspektach Twej kariery muzycznej, która rozwija się bardzo dynamicznie w świecie muzycznym, i proszę, żebyś opowiedziała o innych zainteresowaniach szczególnie w kierunku muzyki polskiej, kompozytorami polskimi, których jak wiem bardzo cenisz i uwielbiasz grać. A także wspomnij proszę o swoich gościnnych występach np. na Warszawskiej Jesieni, może i innych spotkaniach muzycznych w Polsce. Zanim to uczynisz, mimo że jesteś osobą znaną światowej sławy solistką – skrzypaczką, koncertującą na wielu „dworach świata” i na najwybitniejszych koncertach, przedstawię Cię jeszcze takim sensownym skrótem, dopowiadając te najważniejsze momenty, co do Twego mariażu ze skrzypcami, który to instrument stał się Twoją pasją i środkiem do spotkań na różnych scenach, także z innymi wielkimi dziełami
    – 2 –

    muzycznymi świata… Urodziłaś się w 1976 roku, i już od 5 lat rozpoczęłaś naukę gry na fortepianie – co trwało 3 lata, żeby zmienić w wieku 9 lat, pod okiem opiekunów muzycznych i rodziców, ten instrument na skrzypce. Odtąd już nie rozstawałaś się nigdy ze skrzypcami, bo już rok po tej zmianie instrumentów zagrałaś, na skrzypcach, na antenie Radia Duńskiego, które później często rejestrowało Twoje nagrania. W latach 1992 -1996 studiowałaś w Królewskiej Akademii Muzycznej w Kopenhadze, dalszą naukę kontynuowałaś na studiach ( 1996 – 1998)w Akademii Muzycznej im. Carla Nielsena oraz w Folkwang Hochschule w Essen (Niemcy) u Adolphe’a Mandeau (ucznia Carla Flesha). Natępna kontynuacja to studia w Oldensen ( 1998- 2001) – Poza tym uczestniczyłaś w wielu tzw. kursach lub takich warsztatach mistrzowskich, prowadzonych przez znanych i wybitnych jak ; Christiana Tetlaffa, Leona Spiela, Co-Liang Lin, Paavo Pohjolę i Reinera Kussmaula. Ta lista znanych jest doprawdy imponująca…Jako wykonawczyni mająca już wykształcony zmysł muzyczny i wyczucie dźwięku, oryginalny słuch na własne koncepcje wyboru kompozytorskiego, zagustowałaś głównie w kompozycjach muzycznych XX i XXI wieku, czyli w muzyce najnowszej, i miałaś między innymi kontakty z takimi kompozytorami jak : Gunther Schuller, Krzysztof Penderecki, Luciano Berio i Einojuhani Rautavaara. Grałaś także w duecie, triach, w kwartetach, ale głównie koncertujesz jako solistka, zagrałaś w tej roli z orkiestrami w Danii i innymi za granicą, ale i z orkiestrami : Orkiestrą Filharmonii w Kopenhadze, Orkiestrą Kameralną Polskiego Radia „Amadeus” i innymi, na różnych koncertach i festiwalach…Współpracowałaś między innymi z Janem Krenzem. Natomiast w 2003 roku z Narodową Orkiestrą Symfoniczną Irlandii dokonałaś prawykonania, i co jest ciekawe, specjalnie dla Ciebie napisanego Koncertu skrzypcowego Raymonda Deane’a. Zresztą – masz na dzień dzisiejszy na swoim koncie ponad 50 prawykonań. Koncertowałaś i wciąż koncertujesz na takich festiwalach jak : Warszawska Jesień, Festiwal Letni w Tivoli , w Polsce Dni Muzyki Karola Szymanowskiego w Zakopanem… Byłaś zaproszona na Festiwal im. Edwarda Griega „Troldhaugen Concerts” w Bergen, gdzie pośród różnych renomowanych artystów, wraz ze swoim partnerem w duecie (szwedzkim pianistą), wykonałaś arcydzieła muzyki norweskiej. Wspomniałem, że grasz także czasem w kwartecie, który nazywa się : Nordlys czyli „Zorza Polarna”, wcześniej Christine Pryn Nordlys Ensemble, który nawet reprezentował Danię podczas wielkiego Międzynarodowego Festiwalu Unii Europejskiej w Polsce w Filharmonii Narodowej w Warszawie (2003). Dodam, co jeszcze ważne, że w 1999 roku wygrałaś Szwedzki Konkurs Młodych Solistów, grając tam z Orkiestrą Symfoniczną Helsinek. Otrzymałaś też wiele prestiżowych nagród, w tym cenną Nagrodę Duńskich Krytyków Muzycznych. Nagrodę Miasta Gladsaxe, Nagrodę województwa Fredericksborg. Tutaj mała ciekawostka! – Powiedziałaś mi wcześniej, że nie lubisz i nie chcesz uczestniczyć w różnych
    – 3 –

    konkursach, ponieważ muzyka to nie jest sport, a Ty przede wszystkim chcesz grać to co cenisz i poważasz, a nie grać co ktoś wskaże za ważne do grania – Tym nie mniej poczytujesz sobie te wymienione nagrody za cenne, bo udowodniły, że grasz dobrze? – Przytoczyłem tutaj te najważniejsze kwestie Twojej biografii artystycznej, jako wybitnej skrzypaczki solistki, które jak na Twój młody wiek ukazują ogromną pracę, i efekty w postaci nie tylko nagród, ale i uczestnictwa w wielkich i znanych przedsięwzięciach muzycznych na świecie…Dlatego już na początku powiedziałem metaforycznie, ze grałaś na „wielkich dworach świata” co z resztą trwa dalej. Ja chcę poznać Cię szeroko z publicznością polską! – Co jeszcze możesz o sobie dodać lub sprostować, lub uzupełnić osobiście pewne kwestie?

    Christine Michaela Pryn : To wszystko co tutaj w skrócie przytoczyłeś, ( tutaj śmieje się na ten „skrót”) zwłaszcza w drugiej części, gdzie przedstawiasz moją sylwetkę, jest prawdą! – Co się tyczy Twych sugestii odnośnie mej osoby, w kwestii miejsc koncertów i uczestnictwa w festiwalach, lubię je! – zwłaszcza Warszawską Jesień, na której grałam z radością dwa razy. Natomiast kwestia zagrania koncertu w Holi na kresach wschodnich, była dla mnie dość oczywista. Gram wszędzie gdzie jest tylko jakaś atmosfera sprzyjająca organizacyjnie i merytorycznie co do miejsca i czasu – A ta cerkiew to przecież piękne sakralne miejsce, gdzie z powodzeniem można grać Bacha, czy Karla Nicsena, którego zagrałam wtedy, i wielu innych kompozytorów, także polskich, których bardzo uwielbiam, jak Karola Szymanowskiego. Od niego właśnie wzięły się moje zainteresowania muzyką polską. A Szymanowski stąd, że mnie interesuje muzyka późno – romantyczna np. Brickner, a w tym właśnie okresie twórczym nie było tak wiele utworów pisanych na skrzypce i Ta muzyka Szymanowskiego wpadła mi, w tym momencie, jako jedyna możliwość, co bardzo mi się spodobało i teraz kocham tę muzykę, i mam w swoim repertuarze wszystkie utwory tego znakomitego kompozytora polskiego, i z wielką radością Go wszędzie gram. Wracając już do Holi, miejsca gdzie przyjechałam wprawdzie na wypoczynek na siedlisko mojej znajomej duńskiej przyjaciółki, która była współorganizatorem tego koncertu – muzykologa z wykształcenia, żeby połączyć to co „przyjemne z pożytecznym” – jak to się u Was nazywa, gdzie także poznaliśmy się i rozmawialiśmy o sztuce – Jest to zaiste piękny dziki zakątek taki najbliższy natury, która jest stworzona dla muzyki – albo muzyka dla takiej natury. Cerkiew XVIII wieczna bardzo mi się spodobała, chociaż nie jestem tego wyznania ani katolickiego – a to w muzyce świeckiej na prawdę nie jest ważne, ale atmosfera była oryginalna – tym bardziej, że jak na takie miejsce i czas było na prawdę dużo ludzi – Znaczyć to może jedynie tylko, że ludzie pragną skrzypiec i łakną muzyki w każdym zakątku ziemi…

    – 4 –

    Z. K. Bardzo mnie interesuje to, że zajmujesz się szerzej muzyką polskich kompozytorów i ich grasz, zwłaszcza Karolem Szymanowskim i Jego dużo grasz, a nawet interesujesz się Jego osobowością. To od niego bierze swoje inspiracje wielu współczesnych kompozytorów polskich i nie tylko. Może rozwiń dalej to zainteresowanie i powiedz coś jeszcze? – Wiem, że z dużym powodzeniem wykonywałaś muzykę tego kompozytora na Koncertach w Krakowie uzyskując wspaniałe recenzje. No a to interesuje mnie z punktu widzenia samej Polski jej muzyki jako całości klasyki granej gdziekolwiek.

    CH. M. P. – Wybacz! – zanim powiem o graniu Szymanowskiego w Krakowie, dodam o moim uczestnictwie w roku 2002 i 2004 w Koncertach Festiwalu Warszawska Jesień, który to festiwal skupia różne współczesne wykonania i jest bardzo znany i ceniony w świecie, jako współczesne znane centrum muzyczne… Tutaj np. w 2004 roku zagrałam trzy koncerty, które jak odczułam, bardzo się spodobały – A zagrałam utwór pt. „No no”, który grałam ponad godzinę, a co ważne, gra się go w całkowitej ciemności…Czy w takim akcie performance? – być może tak? – Ale, żeby opisać to dokładniej opowiem – jak wizualnie wyglądało to z zewnątrz – Otóż wcześniej w ciemnej sali, na scenie, ustawiono wiele pulpitów, takich ledwo podświetlonych, takich jakby nie doświetlonych, i ja chodziłam jak taka zjawa senna ze skrzypcami, w jasnej takiej sukience, oświetlona punktowo, grając od pulpitu – do pulpitu, było ich wiele, i nie było dla widza wiadomo ( który tu jednocześnie był słuchaczem), gdzie jest lub będzie następny pulpit, jako przystanek dla gry, bo na pulpitach były oczywiście nuty, ale reżyser ustawił był wcześniej jeszcze kilka dodatkowych pulpitów tzw. „fałszywych”, bez nut ,żeby w tych miejscach improwizować muzykę – i tutaj musiałam też to zrobić…Tym nie mniej, wyglądało to na taki spektakl godzinny poszukiwania się, i szukania tego właściwego podmiotu wyrazu muzycznego(?), jakby szukającego własnego wydźwięku, w różnych aranżacjach dźwięku? – Resztę pozostawiam do interpretacji publiczności, której się to ogromnie wtedy spodobało. A było to pierwsze wykonanie tego utworu w Polsce i w takiej innej, surrealistycznej scenerii i aranżacji. Co musiało mieć oryginalny wydźwięk…

    Z. K. Słyszałem o tym – i dodam, że odbywało się to w warszawskiej fabryce Wood Coneser , a rzeczywiście zrobiło to przedstawienie przeogromne wrażenie także jako całość, czyli koncert i taki pewien efekt wizualno – artystyczny, z czego byłaś zadowolona? – Ale całość przecież odbyła się w bardzo surowej sali fabrycznej, gdzie było bardzo dużo ludzi. Później nastąpiła ta ciemność i cisza, czyli działanie jednogodzinne na zmysł wzroku i słuchu jednocześnie! – Wyobrazić można to sobie w czasie : i Ty na scenie, niby Anioł, niby dusza grająca na tle muzyki elektronicznej jako podkładzie – Przypomina mi się w tym momencie taki spektakl z poezją Becetta, gdy byłem kilkanaście lat wstecz na
    – 5 –

    festiwalu „Wrostja” u nas we Wrocławiu, gdzie aktorka per for mence, także w zupełnej ciemności, mówiła tę poezję, a właściwie to usta jej tylko mówiły w bardzo specyficzny sposób w głosowych dźwiękach… Była wtedy, jak się można było domyślić, wycięta dziura w ciemnym płótnie, troszkę większa dla mówiących ust, i na te usta nałożona, a wokół ciemność na sali w Teatrze Laboratorium u Grotowskiego – usta tylko widoczne były, oświetlone takim szperaczem świetlnym, i migotający w ustach język – i to trwało także ok/ 50 minut – co wywarło ogromne wrażenie wizualno – słuchowe, zwłaszcza ,że poezja Becketta musi być właśnie mówiona bardzo specyficznie… Zatem Takie wykonania niosą z sobą mocne przeżycia metafizyczne i zostają w pamięci – Wróćmy do Twej gry! – Brałaś kilka razy udział także w festiwalu pod nazwą „Musica Polonika Nowa”, który odbywa się we Wrocławiu – ostatni w 2005 roku, gdzie w podobnych elektronicznych podkładach trzeba było grać na skrzypcach. No…i teraz już wracamy do Krakowa, gdzie zgrałaś z Orkiestrą Kameralną „Amadeus” co zasugerowałem jako wspomnienie, przytaczając Cię we wstępie – Kraków to szczególna atmosfera artystyczna, dla Ciebie także? – Domyślam się, że powiesz więcej tutaj o Karolu Szymanowskim, bo stoi on blisko górali. Tak?

    CH. M. P. Grałam tutaj w Krakowie rzeczywiście z „Amadeusem” znaną w Polsce i na świecie orkiestrą. Ale grałam z nimi także w Poznaniu a i w Dani. Tak! – z koncertu mego o którym opowiedziałam, jestem zadowolona, gdyz dla muzyki trzeba stworzyć także odpowiednią oprawę – Zresztą Kraków jest wspaniałą oprawą dla muzyki Szymanowskiego gdzie by ja nie grać…Do Krakowa przyjeżdżałam kilka razy, i tu przede wszystkim trzeba było wykonać jakby z takiego niepisanego obowiązku utwory Karola Szymanowskiego, bo ta wyrobiona publiczność na to zawsze czeka, a wręcz prosi – W Łodzi grałam też koncert Karola Szymanowskiego! – Dużo rzeczywiście gram tego kompozytora, jak to już zostało wcześniej powiedziane. Co do osobowości tego kompozytora – oczarowuje mnie przede wszystkim, że dokonuje swego rodzaju miksowania, mówiąc językiem współczesnym i młodzieżowym, miesza różne style, dając z kolei dowód na to, że on zna muzykę świata i innych różnie wybitnych cennych kompozytorów. Ale on tworzy dla stylistyki polskiej! – Robi to zresztą bardzo umiejętnie, jak to ja czuję, i w taki bardzo osobisty sposób, co staje się cennym absolutnym dźwiękiem niespotykanym nigdzie. Ma Karol Szymanowski bardzo specyficzny sposób pisania kompozycji, są to zapewne rzeczy, które Go bardzo dotykają z otoczenia, lub te które przeżył od radości po wszelkie dramaty osobiście i jako człek epoki. Są to takie sympatyczne mieszanki, ale to nie jest muzyka jakaś idealna uniwersalna jak Mocarta – jest to muzyka szalenie wprost
    – 6 –

    przemawiająca do człowieka – stąd taka osobistość(?) – Jest tu obecność wielka Jego spraw osobistych… Tak to prawda, że od tego kompozytora poszło zainteresowanie resztą polskiej muzyki, a jaka powstała już po Nim – i stało się wiele klasyką współczesną. Jest faktem, że ze względu na Szymanowskiego grałam wielu innych polskich kompozytorów, jak np. Lutosławskiego, czy młodszego twórcy bardzo oryginalnego ucznia profesora Henryka Mikołaja Góreckiego, a mianowicie Rafała Augustyna, którego osobiście uważam za jednego z najwybitniejszych młodych współczesnych kompozytorów. Grałam Karola Szymanowskiego w tych w/w miastach, ale zdradzę jako tajemnicę i ciekawostkę, że 200 7 roku jest zaplanowany już mój koncert w Lublinie z Orkiestrą Filharmonii Lubelskiej z wykonaniem I – go koncertu Karola Szymanowskiego, gdzie wystąpię oczywiście jako solistka.

    Z. K. – Wiem, że kilkanaście lat studiowałaś i uczestniczyłaś w doskonaleniu gry na kursach muzycznych, występując jednocześnie na wielu znanych festiwalach z wybitnymi współuczestnikami i na wielkiej ilości koncertów, to jest dalsze ćwiczenie i zgłębianie czynników wiedzy. Obecnie także studiujesz prywatnie w Helsinkach u znanego i wybitnego skrzypka, który nazywa się Pohjola Paavo. Bardzo dużo, ogromnie dużo ćwiczysz! – kilka długich godzin dziennie, a jest to nieubłagany obowiązek, który właśnie czyni mistrza. Ale Christino podejrzewam, że ten Twój kwartet, przez Ciebie założony, w którym grają co rusz nowi, różni muzycy debiutujący, i tacy już którzy są po debiutach muzycznym – to jest jakby osobne ćwiczenie i baza do współbrzmienia w zespole z innymi, taka dodatkowa wiedza do kontynuacji gry solo na Twe skrzypce + inne instrumenty – Daje to zapewne wiele innych takich różnych możliwości na własne osobiste interpretacje i innym młodym zdolnym?…

    CH. M. P. – Owszem! – Festiwale i inne występy na scenach świata dają wtedy poczucie pewności, ale nie należy w to aż tak wierzyć, a tylko starać się, ze wszech miar, uzupełniać to co się czuje wewnętrznie, i to że jakby od siebie należy non-stop poprawić lub wzbogacić treść wyrazu. A rytuał ćwiczeń jest obowiązkiem i powinnością już do końca życia, który wiedzie do perfekcji i do tego co chce się osiągnąć w najwyższym stopniu. Uważam także, że dokąd to tylko jest możliwe, trzeba studiować ile tylko jeszcze się udaje, żeby posiąść wiedzę do wszechstronności muzyki i danego jej instrumentu…Co się tyczy zespołu – Powstał z mojej inicjatywy , ale bardzo ciekawym profilem tego składu jest to, że wchodzą do nas młodzi kompozytorzy i muzycy, którzy mogą się tutaj realizować po przez właśnie kompozycje i tutaj je realizować na żywo i kontynuować, to ważne – jest to taką nauką „na własnych błędach” – i w ten oni sami decydują jednocześnie o samym profilu tego zespołu. Powiem, że zespół „Zorza Polarna” dokonał już 67 prawykonań pisanych specjalnie dla nich.

    – 7 –

    Z. K. Czyli Dania i Polska! – Wciąż mnie interesuje Twoje zainteresowanie kompozytorami Polski, i tutaj upatruje klucza do naszego artystycznego spotkania. Najcenniejszą wiadomością, co już powiedziałaś jest to, że grasz Karola Szymanowskiego, którego dla siebie odkryłaś sama, w takiej drodze dedukcji i dotyku…Powiedz jakich jeszcze Polaków cenisz i grasz, i jakich znasz a także jakich chcesz zagrać? – po prostu jak poszukujesz czegoś. co jakby spełni Twe oczekiwania przy dalszym wykonaniu tego na scenie?

    CH. M. P. Oprócz wymienionego tutaj wielokrotnie Karola Szymanowskiego lubię grać Witolda Lutosławskiego, Wieniawskiego, Danutę Bacewicz, Rafała Augustyna, którego grałam już ponad 10 utworów, a pośród nich „Stela”, tego kompozytora zagrałam także w Kopenhadze z okazji wejścia Polski do Unii Europejskiej – A wykonałam wtedy oczywiście Karola Szymanowskiego, Lutosławskiego i Augustyna, który był obecny na tym koncercie, a który również brata się, i inspiruje się kompozycjami Szymanowskim. W kwietniu 2006 były dwa koncerty w Kopenhadze , nawet jeden transmitowany przez duńskie Radio, między innymi grałam tam także Bacha utwór „Szkore” i Carla Nilsena, były tam też dwa inne prawykonania : Macieja Jabłońskiego z Krakowa i Ewy Podgórskiej z Wrocławia. Wracając jeszcze do kompozytorów Polaków – grałam kompozycje Stanisława Karpowicza i Marcina Bornowskiego oraz znanej młodszej kompozytorki Hanny Kulenty – jej utwór pt. „Ciche byty ze skrzypcami” – Ale czuję, że dalej świerzbi cię Zbyszku język, żeby spytać o Pendereckiego? – wiem! – Grałam, ale nie zbyt bardzo go lubię grać…

    Z. K . Po takiej porcji wiedzy o sobie, o zainteresowaniach i pracy na kompozycjami ulubionych swoich kompozytorów, interesuje nas Twoje życie prywatne. Bo ono jest jakby takim lustrem, w którym przyglądają się te Twoje kwestie, muzyczne sentymenty, i przeplatają się z sobą wzajemnie ich byty…
    – Powiedz więcej o sobie. Jesteś młodą kobietą, wolną, lubiącą Sztukę i podróże muzyczne. Może o innych jeszcze zainteresowaniach i potrzebach ku spełnieniu całkowitemu jako artystki bardzo oryginalnej i niezależnej. Jakie czynności trzeba wykonywać, żeby być w formie osobistej i muzycznej? – Mój przyjaciel Jurek Kapłański wybitny artysta malarz codziennie ćwiczy tzw. hantle, to ciężarek 2 kg. do prawej ręki, która później maluje duże obrazy olejne. Ponoć sam wielki Rembrandt też ćwiczył ciężarkami mięśnie reki, żeby się dobrze utrzymać przy swoich obrazach, a Leonardo da Vinci ćwiczył ciężary, żeby móc ciągnąć np. linię ciągłą non-stop pod sklepieniem Kaplicy Sekstyńskiej, gdy malował swój Sąd Ostateczny. Coś jest na rzeczy, że wybitni artyści robią coś jeszcze dla kurażu i formy uprawiania swej profesji, żeby utrzymać kondycję nie tylko fizyczną ale i psychiczną swego ciała fizycznego i umysłu, artysta, który
    – 8 –

    jest takim pasem transmisyjnym w sztukach różnych profesji musi dbać sam o obowiązek w stosunku do odbiorcy, wszak Jego talent jest także własnością społeczną – A Ty? – na pewno nie dźwigasz ciężarków swoją małą delikatną prawą rączką – ale jak ona pięknie i wytrwale gra cały koncert? – Czy tylko determinacja osobista w stosunku do siebie wystarcza i wiedza? – że się ma talent? – I ,żeby tutaj rozładować sytuację, wspomnę wczorajszy dzień – Widziałem jak głaskałaś psy, tutaj na siedlisku moich przyjaciół – widziałem, że robiłaś to bardzo szczerze – zatem lubisz psy – i masz nawet chyba takiego pięknego maleńkiego psa? – Tu przy okazji wizyty, skierowałaś swa uwagę koncentrując się nad tymi trzema psami, żądnymi ludzkiej ciepłej ręki, a było to w przeddzień koncertu w Holi – w pewnym momencie – jazgot!… jeden z psów chapnął Cię za prawą rękę! – wszyscy jako towarzystwo zebrane przy stole zadrżeliśmy mocno w konsternacji – padło wielokrotne pytanie z ust nas wszystkich, „czy Cię mocno ugryzł siwy?!”– I po chwili odprężenie, bo to było tylko draśnięcie…Wysnułem tutaj na poczekaniu, dygresję do sytuacji, a ku pociesze wszystkich w te słowa – „O mały włos, a koncert w cerkwi by się nie odbył!” – Wszystko skwitowano śmiechem przy lampce wina. A koncert został uratowany! – Kondycja Twej prawej zwłaszcza ręki jest bardzo ważna?

    CH. M. P. Tak! o kondycja współmierna do danej profesji, na pewno jest tu ważna! – co już wyraziłam w odniesieniu do wielu ćwiczeń merytorycznych na bieżąco. W życiu prywatnym jestem samotna, nie mam męża (tu się uśmiecha) – Moje zainteresowania poza graniem, jak słusznie zauważyłeś, to jest mój pies – nazywa się „Stasia” – bo to Stanisławie Szymanowskiej, żonie Karola Szymanowskiego, a to dlatego, ponieważ kupując szczeniaka myślałam, żeby go nazwać Karol, a później dowiedziałam się, że to suczka – stąd „Stasia”, obecnie jest to mała piękna suczka – mała, żeby ją brać jako maskotkę w podróże do samolotu, no i po drugie! – jak to widać było, co zresztą opowiedziałeś w tym epizodzie, jest tu moja słabość do osobowości Karola Szymanowskiego. Poza tym, jest to moja słabość i co innych psów i zwierząt nie koniecznie domowych. Jak widzisz jest tu taka jakaś koniugacja co do Szymanowskiego, jako mego wiodącego kompozytora, o którym już tyle powiedziałam i zagrałam juz tyle Jego koncertów jako kompozycji bardzo osobistych…To dość i wystarczająco wymowne, a jednocześnie bardzo osobiste co do mej osoby.
    Poza tymi zainteresowaniami, bardzo lubię czytać książki i bardzo interesuje się sztuką, chodzę po Galeriach i wystawach malarskich i nie tylko. Natomiast dodam, że dużym zainteresowaniem obdarzam swój komputer, i lubię jeść egzotyczne potrawy, a między innymi Su-szi. Grałam już w ponad 50-ciu krajach w niektórych wielokrotnie, a w Wietnamie chyba najdłuższe turne.

    – 9 –

    Z. K. Jeżeli spytałbym Cię takim polskim przysłowiem „Muzyka łagodzi obyczaje? ” – Co odpowiedziałabyś? – jako muzyk i osoba prywatna.

    CH. M. P. Rozumiem to pytanie i wiem o co chodzi, ale powiem, że nie każda muzyka łagodzi obyczaje. Jeżeli zacząć coś mówić o muzyce Techno – powiem, że na pewno w żadnym razie tu nie będzie to pasowało – To brzmienie jest za proste w dwa takty i nic nie łagodzi…Muzyka czyni ludzi wesołymi i smutnymi – Zadanie muzyki – owszem , może być większe, i na pewno tak jest – ale nie tego typu muzyka – to płytkie. Muzyka ma poruszyć uczucia głębsze i wywołać nasze reakcje – Muzyka to sztuka dotyku zmysłu metafizycznego i nie tylko wtedy gdy jest w tzw. sacrum… Muzyka to język ,który każdy rozumie i chyba jeden na świecie, którym można się pomiędzy sobą błyskawicznie i dogłębnie porozumieć. A walor tego jest taki, że nie trzeba się tego języka uczyć, a mimo to daje to człowiekowi wgląd w rzeczy, które są zawsze takimi niedostępnymi profitami- a osiągalne tylko wtedy, gdy pragniemy tym językiem porozumiewać się szczerze i dogłębnie. To jest cenne i daje dużo do zastanowienia. W sztuce muzyki, która tutaj niesie bardzo wiele, i daje wielkie walory estetyczne, na pewno jest ważne sacrum – i taka muzyka co z łatwością dostrzegamy, wtedy staje się bardziej przemawiająca do nas, inna pozostała tzw. świecka muzyka w równym stopniu uduchowia nas przywołuje nam bliskie wzruszenia i nastraja respektem do bytu ludzkiego, kontempluje nas… Osobiście powiem, że muzyka ta z sacrum, daje mi więcej doznań i uniesień jeżeli samo uczestnictwo w mszy świętej. Prawdziwą świętością dla mnie jest wszystko to co uzyskuję z przeżycia muzyki z walorami estetycznymi dźwięku, lub podobnymi wynikającymi z konkretnej tematyki. Muzyka jest zawsze głębsza, niż tak zwane głębokie mówienie… Tu nie chodzi, żeby powiedzieć coś bardzo mądrego czy dotkliwego ale to co jest ponad nami, i łączy nas pośrednio z miejscem nadprzyrodzonym itp. Jeżeli muzyka „ma łączyć obyczaje” ludzi jak to mówisz – to na pewno w tych względach duchowych, czyli obyczaje duchowości, bo to jest poza sferą materialną, a nawet estetyk zewnętrznych, czyli rzeczy. Tu idzie o pewien ciąg i sens ekspresji duchowej i tego ducha światło…Jest to warstwa głęboka i nie do przetłumaczenia w żaden inny sposób, bo zawsze brzmi w określonym miejscu czasie i chwili, gdzie stajemy się otwarci na brzmienie metafizyczne, stawiając się na koncert, takie nieoczekiwane misterium z natury bliskie boskości i uniesieniu, które rozwibrowuje nasze ziemskie sprawy wynosząc na wyżyny…

    Z. K . Powiedz jak to jest! – żeby komponować, i później grać, coś takiego, albo tylko grać, czyli odtwarzać akt twórczy kompozytora, trzeba być jakby z natury namaszczonym od zewnątrz, już w łonie matki z tradycji przekazu genów? – w których jest zapisana ta wiadomość i posłannictwo, bo się ujawnia to bardzo wcześnie jak u Ciebie, gdzie już od 5-ciu lat zaczynałaś grać, a mając dziewięć
    – 10 –

    lat zagrałaś koncert w Radio publicznym – Talent daje się od razu wyróżniać – uważam, że w Twoim przypadku to coś więcej…Możesz się do tego odnieść trochę głębiej, taj jak to Ty sama czujesz?

    CH. M. P. Ja nie wiem jak to jest – ale jest tak, że można grać wspaniałą muzykę i być prymitywnym człowiekiem, bo tak czasem jest – co czasem oglądam na własne oczy. Natomiast są czasem muzykami ludzie o bardzo płytkiej osobowości, ale w momencie kiedy grają mogą przekazać wartości wysoce estetyczne jakich sami nie mają – wtedy są tylko takimi „pasmami transmisyjnymi” działającymi w danym miejscu i czasie. Kiedy byłam jeszcze bardzo młoda uważałam, że można muzyką zmienić świat! – a nawet zbawić jego oblicze przez brzmienie muzyki i odmienić wartość… Dziś jest to pytaniem Sztuki do ludzi, którzy identyfikują się z nią w jakiś estetyczny sposób w czasie jakim tworzą…Po pierwsze, to że ja mogę po przez swą grę dać komuś jakie przeżycie – jest dla mnie tym czymś co czyni i mnie szczęśliwą – Ja to widzę i czuję pod czas koncertu. Jestem dumna, że ktoś to może w swym sercu zabrać z sobą do domu lub do reszty swego życia…Dbam zawsze o swój warsztat, o czym juz tutaj mówiłam, lubię ćwiczyć i wciąż uczyć się, zgłębiając tajniki tego działania, żeby właśnie dokonywać odkryć tych ludzkich stanów uczuciowych… I najbardziej dumna jestem z tych kompozycji, które zostały napisane tylko dla mnie, gdyż tam są ładunki ze mnie całej takiej jaka jestem, są cząsteczki mej tajemnicy i te najbardziej osobiste rzeczy, które pojawiają się podczas grania, gdzie w efekt takiej chwili pojawiają się ciekawe dźwięki, a które z kolei oddają do publiczności wszystkie moje możliwości nabyte, i te poznawcze wydobyte od wewnątrz…Powiem też tak : – Jest bardzo wiele dzieł napisanych i zagranych i odtworzonych i zarejestrowanych na zdobyczach techniki. I to jest ważne i nie jest aż tak tutaj ważne – I nie chce być tu w żadnym przypadku cyniczna, ale jeszcze raz będę tutaj dumna, że te kompozycje pisane dla mnie powstały, tak jak i dla innych na jakichś podobnych zasadach duchowo – osobistych- bo jak się komuś daje prezent to trzeba poznać jego stan osobowy i duchowość i możliwości… A tu dzieła te dla mnie samej pisane, jako jedyne zostały już utrwalone na koncertach i są już zarejestrowane na dyskach i będą grane. Kiedy umrę to pozostanie jako zew mej duszy na zawsze… (tutaj się mocno śmieje)

    Z. K. Zatem niech tak pozostanie, ale obawiam się, że to jeszcze długo będziemy na to czekać, ponieważ jesteś jeszcze młodą i mającą jeszcze długą drogę twórczą, przed sobą, jako artystka skrzypaczka. Być może sama jeszcze coś w przyszłości zaczniesz komponować? – i świat usłyszy o Tobie jak o naszej polskiej Danucie Bacewicz. Oby! – Tym nie mniej, serdecznie dziękuję Ci za rozmowę i tę piękną grę w cerkwi w Holi, a po tym pięknym występie, za tą

    – 11 –

    dodatkową możliwość poznania Cię od wewnątrz, jako osoby i muzyka
    wolnego, ambitnego i na wskroś pracowitego, koncertującego po świecie na wielu kontynentach, ale i we wsi Hola k/Lublina. Dziękuję za otwarcie się w tym spotkaniu, i „rozmowę artystyczną” niosącą z sobą wiele wiedzy i nadziei…

    CH. M. P. – To ja serdecznie Ci dziękuję, że zechciałeś mnie poprosić o to duchowe i metafizyczne otwarcie się – prawie takie samo, jak ja proszę o to moje skrzypce przed każdym ważnym koncertem, będąc w każdym zakątku ziemi.

    z wybitną i znana skrzypaczką duńską
    (w Holi w dniu 30.07.2006 r.)
    rozmawiał Zbigniew Kresowaty

  • ODSŁONA GODNOŚCI W OBRAZIE

    Rozmowa z niezwykłym i wybitnym artystą malarzem Jerzym Kapłańskim z Brzezin

    Zbigniew Kresowaty – Jesteś uczniem wybitnego artysty profesora Kukli ,którego już poznałeś w Liceum Plastycznym we Wrocławiu, gdzie zdałeś maturę .Natomiast w latach 1966- 1975 studiowałeś w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych we Wrocławiu uzyskując Dyplom w pracowni profesora Zbigniew Karpińskiego .Urodziłeś się w 1949 roku we Wrocławiu w rodzinie z tradycjami , w tym i plastycznymi(?)…Drogi Jerzy w rozmowie tej pragnąłbym, żebyś nie koniecznie definiował swoje malarstwo i jego zasadność, czy wręcz jego zawartość humanistyczną – ale radbym dokonać za Twoim przyzwoleniem i słowem dalszej odsłony tego niezwykłego malarstwa , które jak na dzisiejsze czasy jest wręcz bardzo niezwykłe a jednocześnie odważne, zadziwiające i zdumiewające ,jak orzekają swym głosem krytycy, zważając na to ,że już w Liceum Plastycznym ,a później na studiach nie dałeś się w żaden sposób pochłonąć wszelkim awangardowym trądom i imaginacjom , trwając do dziś przy swoim upodobaniu i podziwie tzw. „starym mistrzom „.O tym właśnie najbardziej dziś chciałbym rozmawiać…Zaryzykowałbym tutaj powiedzenie, że uratowałeś nie tylko część dekalogu malarskiego, ale i to co dla sztuki najcenniejsze, czyli godność… A mianowicie wierność własnym przekonaniom co do formy ku tzw. „sacrum”, a jest to umocowane w ugruntowane w malarstwie : włoskim , flamandzkim i holenderskim, choćby u takich mistrzów jak u samego Caravagia, Tycjana, Veronesa czy Rubensa ,innych… Pragnąłbym Jurku ,żebyś zdradził jako doświadczony i znany artysta, co zaprowadziło Cię do tych źródeł, kiedy to było? ,że stanąłeś im na przeciw ku nowej odsłonie ? – Dlaczego i skąd te fascynacje pewnego takim uniwersum na dziś odkrywanych tematów ,w których jest tak wiele odniesień do pewnych świętości, odkrywanych w człowieku jakby na nowo… Może na tę moją wstępną dygresję do Twego artystycznego Ego przytoczę takie oto słowa ; Można powiedzieć ,że cała sztuka europejska wyrosła z chrześcijaństwa, gdyż u źródeł leży cała jej pierwotna zasada kulturowa , naturalnie ukształtowana w czasie ku przeznaczeniu kreacji bytu oraz jego nowe przemiany w przestrzeni różnych czasu i jego faz, gdzie to właśnie wpierw do świątyń na przełomie VI -VII wieku ( zaraz po I Soborze nie watykańskim)wprowadzono bardzo prostą ikonność i postać krzyża ,a później postać człowieka na krzyżu jako ukrzyżowania życia i odkupienia . Kościół stopniowo pozwalał na ukazanie szersze oblicza boskiego i obrazowanie Pisma Świętego i Jego znaczenia w całego oblicza boskości , która przecież trwa od wieków na podobieństwo w cielesności naszej na Ziemi. Przypomnijmy wpierw o tym ,że sam Jezus Chrystus – Odkupiciel przedstawiany był jako Baranek Boży , a Trójca Święta w zapisie znaków…Najogólniej rzecz biorąc ,wprowadzono stopniowo obrazy zastępując symbole, wpierw ikoną i później wiekami różnymi alegoriami. Właśnie I- szy Sobór Watykański w roku 1869-1870 ,chociaż zawieszony, ugruntował to i wprost pozwolił na dalsze reformy, choćby na przedstawianie świętych nawet w alegoriach nagich ,co przez wieki wcześniej, przypomnieć powtórnie trzeba ,zawierało się jedynie w ikonopisaniu i prostej rzeźbie. To właśnie przeobrażało się wiekami ,a rozkwitło najbardziej w okresie XVII –XVIII wieku . I kiedy świątynie zapełniły się obrazami, artyści częściowo opuścili miejsca sacrum ,żeby wyjść na zewnątrz do ludzi zamożnych na salony ,co znalazło swoje apogeum w Rokoko (styl w plastyce) ,a w okresie Ludwika XV-go ,czyli późnym barokiem, zamieszkało na dworach i w innych wspólnotach ,o ile tak można powiedzieć, których było stać na zamawianie takich i innych form obrazów pochodzących nie tylko z tych rozwiniętych i ugruntowanych „szkołach mistrzów”….To właśnie gdzieś w tym czasie kościół oczywiście ,wcale nie dzięki sztuce, czy jakiejś walce , a trosce o chrześcijaństwo, „oddał” niechcąco jakby część swej władzy świeckim ,co jakby poszerzyło zainteresowanie tą najwcześniejszą nawet szeroko pojętą

    – 2 –

    sztuką sakralności i mityczności , która zawiera wiele filozofii ,i zaczęło się nieustannie ,bo do XIX wieku ,a później dalej rozwijać głównie na gruncie świeckim…Wybacz to długie choć
    skrótowe wprowadzenie. Zapytam Cię jakby powtórnie- Jak to się stało ,że Twoja intuicja poprowadziła Cię ku nowym kontestacjom? – Jest to tak jakbyś się chciał na nowo przeżyć czas ,kojarząc ze swoimi przeżyciami osobistymi i wszelkimi innymi ważnymi problemami?. Tajemnicą poliszynela jest ,że Twoje obrazy , nawet te z sacrum, malowane były w takim odniesieniu do niektórych kondycji osobistych ,że najcenniejsze z nich powstały ,gdy pewnie towarzyszyło Ci jakieś przeżycie nawet to dramatyczne ,połączone z otoczeniem ,czasem z jakimiś społecznymi ruchami. Widoczny jest na Twych obrazach : dramatyzm, ból i radość, walka ze smokami ,itp. Duży obraz z ostatniego okresu pt .”Pieta” powstał podczas powstania wojny w Iraku ,gdzie zawarłeś za pomocą tej starej formy, ukazującej ból Matki Bożej ,swój stosunek do obecności świata, który od tego momentu stał się inny. Powstało wiele takich wielkich obrazów dzieł jak : „Święty Jerzy” -Twój Patron walczący z smokiem totalitaryzmu, kiedy to pokazałeś siebie borykającego się z wieloma trudnościami losu .Można mnożyć i doszukiwać się w Twoich obrazach ,w takich starych formach, wielu odzwierciedleń czasu współczesnego, wielu postaw i dygresji .Jak choćby np. namalowany Święty Sebastian, spadający w odchłań kosmiczną ,przywiązany kablem do pnia ,przebity prętem zamiast strzałą z łuku ,co ukazuje Twój stosunek do przemocy ,czy wręcz do tzw. „kultury śmierci” naszych czasów…A więc stykamy się tutaj z pewną filozofią Twojego malarstwa , z wieloma sugestiami i wątkami nie tak koniecznie uniwersalnymi, jakby to było coś na styku – stare na nowiu sprawy człowieka…Może ustosunkujesz się do tak przeze mnie stawianej kwestii i zechcesz wyprowadzić mnie z takiego przesłania ,lub pozwolisz szukać w zasadności Twego malarstwa klucza ,malarstwa które pokazuje nie tylko znakomity warsztat dorównujący tym starym już uznanym mistrzom ,ale i kwestię wiedzy o nich , która tu jakby stoi w zapleczu Twego podejścia i wyczekuje do użycia wraz z warsztatem ,malarstwa które tak wspaniale a nawet cudnie świeci w tak niespokojnych czasach, w których coraz mniej miejsca dla sztuki.

    Jerzy Kapłański – Dobrze , no to czyń swoją powinność! -Moje fascynacje wiodą ,a raczej schodzą do Renesansu, czyli od okresu tych jakby największych mistrzów .Natomiast jak już pytasz tak jakby prowokująco – powiem tak! : – Jeżeli się czuje ,że trzeba mianowicie zrobić coś ważnego w malarstwie , to bez wątpienia należy osiąść w realiach w jakich żyjemy… Ja znalazłem się obecnie na wsi ,pod dużym miastem, i tutaj jakby na wyciągnięcie ręki ,trzeba mi szukać jakiegoś stosunku do kwestii przede wszystkim własnych najbliższych obserwacji aż po te autonomiczne już wypowiedzi ,i przede wszystkim szukać wpierw w sobie samym. Natomiast ,żeby znaleźć tę siłę należałoby się zwrócić nie tylko do sumienia ,ale do wiedzy w kwestii podejmowanych tematów czy tytułów konkretnych obrazów np. ze scen Biblijnych czy mitologicznych ,czy innych śródziemnomorskich …Ja „robiłem” w malarstwie już od najwcześniejszych lat ,doznając tego wczesnego olśnienia ,później fascynacji. A już w szkole średniej plastycznej pojawiła mi się dziewicza wizja mego malarstwa .Pomyślałem wówczas sobie ,że ja muszę malować te kwestie na nowo ,w innej obecnej pojęciowości również w tej metafizyczno –wewnętrznej, z zachowaniem własnej prawdy o danym temacie…Jeżeli idzie o samo „ukrzyżowanie” – to jest temat , który zawsze interesował wielu malarzy i jest dziś takim wielkim frapującym pociągającym podmiotem ,jawiącym się w efekcie dzisiaj ciągiem multipli dla każdego z osobna odbiorcy i malarza …Nie zaczynałem od Cimabnego ,od czego wielu zaczynało nadużywając później tematu krzyża .U Niego występuje taka forma ikony, lecz ja nawiązałem do krzyża ,który malował Rembrandt czy Rubens ,już nie tylko dlatego, żeby znaleźć się w tamtym czasie ,ale żeby pokazać samo znaczenie ukrzyżowania szerzej.
    – 3 –

    Szukałem dużo i w szkicach Michała Anioła ,gdzie mamy znakomite warstwy estetyczne , nawet całe ich bujne muskulatury – Mnie szło o to ,żeby mi pozowali zwyczajni ludzie :
    wieśniacy , kloszardzi ,w przeżyciu ,które mają wypisane zewnętrznie na sobie ,jakby wydobyte z wewnątrz -Szło mi o to ,żeby formą tamtego przejść przez furtkę warsztatu wprost do teraz z zachowaniem podmiotu w temacie ,który pokazuje nie tylko gest i mimikę, mięsień ,ale żeby to były tamte sceny w czasie w nowiu ,i żeby po przez to objaśniała się nam nasza współczesność…Czyli wprost ,jak sugerujesz ,jest to nowe spojrzenie przez to moje otoczenie ,na tą samą boskość, na ten sam krzyż , który przetrwał i jest w nas samych… Jest tutaj na pewno temat krzyża tylko jako przykład, który nigdy nie zostanie wyczerpany , a zostanie wręcz pogłębiany i otwierany zawsze na nowo .Jeżeli idzie o pewną wiedzę ,o co zresztą pytasz – Jest oczywiście coś w samym posłannictwie ,w obdarzeniu artystów naturą i takim „trzecim okiem” zmysłem ,co zwiemy talentem, który kształtował się u mnie na pewno obserwacją w przeszłości .Ja często bywałem u rodziny na wsi , uczestniczyłem w celebrach kościelnych, ludowych ,w całym przeżywaniu i szerokim dzianiu się tej kultury. Patrzyłem na moich wiejskich różnych przodków, na ich życie ,często siermiężne ,na kwestie ich prostych stosunków ludzko -rodzinnych i muszę tutaj powiedzieć, że najważniejszy był moment przełamania się – tak wewnętrznie ,żeby ośmielić się wejść w taką właśnie tematykę na nowo i z jakimś całkiem autonomicznym własnym pomysłem. Pomyślałem ,że jeżeli użyję całego zaplecza i wiedzy warsztatowej bardzo szczerze i otwarcie to na pewno musi się to „coś” spełnić .Ja powiem ,że byłem jak wielu innych ,strasznie zagubiony choć wiedziałem czego chcę ,ale wiązało to naturalnie z oporem wewnętrznym ,takim dziwnym stanem świadomości, że napotka to na opór. Już na drugim roku studiów znów pojawił się ten , może nie problem ale akcent. A wspomnę, że istniała już wtedy tzw. awangarda -ale i postmodernizm , multiple czyli np. takie powtarzane fotki pędzlem do znudzenia, jak u Endy Worchola , no i podnosił się konceptualizm, trwał wpierw heapening – I teraz powstaje pytanie – o miejsce i gdzie pomieszczę się z sobą, z tą swoją wymyśloną taką inną realistyczną wizja i wiernością? … Natomiast wpierw miałem inne marzenia, bo już w Liceum Plastycznym ,nachodziły mnie fascynacje Van Goghiem i innymi malarzami jak Cezann’e okresu z tzw. „Paryskich Bud”, kolorystów, nawet tych polskich…Te fascynacje pojawiały się już nawet przed maturą – Ale jednocześnie miałem swego jakby rodzimego profesora- takiego „ojca” doradcę i przyjaciela w jednej osobie , nazywał się Jan Dynowski , który przychodził do Klubu e- M .P i K. we Wrocławiu , mówili na niego „Mistrz Jan”, i w latach 1968 my spotykaliśmy się dość bardzo często. To od Niego dowiedziałem się o malarstwie wielu innych cennych rzeczy, i to on jakby wszczepił we mnie taką pewność ,i to żebym szukał siebie – nie u tych XIX wiecznych malarzy ,tylko powinienem zejść jeszcze głębiej ku źródłu , nawet wprost do Leonarda da Vinci, lub wprost do Michała Anioła ,bo tam jest wiedza tak jak i u Rafaela .Dla mnie tym nowym objawieniem stał się jednak Leonardo da Vinci – No i załapałem Go takim nowym oddechem ,pojmując do siebie tę pozostawioną już estetykę na nowo i dając się porwać jej z całą namiętnością…Jak pamiętam ,udało mi się w jakiejś Bibliotece dostać potężny ogromny, także formatowo, album w niemieckim wydaniu ,jako prochibit , z rysunkami mistrza Vinczi dotyczącymi anatomii człowieka i także konia .Były tam szkice do Jego znanego i słynnego pomnika –Pamiętam ten słynny kłus z grzywami końskimi, co nie zostało nigdy za Jego czasów zrealizowane ,był to pomnik Trivulzia . Na drugim roku studiów już poszedłem w taki większy rozmach ,jeżeli idzie o to wstępne namalowanie dużo-formatowego obrazu, gdzie na ogromnej ścianie mogłem w całkowicie naturalnej wielkości mogłem pomieścić ludzi i konie i spróbować się tak naprawdę…Dzięki akceptacji profesora doszło do tego, i dużo z tego pojąłem ,i wiele nauczyłem się i dlatego pamiętam to doświadczenie do dziś najbardziej.

    – 4 –

    Z . K . Czyli stanąłeś przed ścianą przed wielkim formatem -sam na sam z jakąś wiedzą i postanowieniem ,no i z tą wiedzą „mistrza Jana” Dynowskiego i odwagą! – Z pewną wizją w przestrzeni, która miała zakorespondować w przyszłość i pokazać Twą siłę oraz zaplecze , w tym i tę fizyczną dobrą kondycję .Taki pierwszy prawdziwy dotyk i konfrontacja jest bardzo pouczająca i na pewno cenna…Zatem ,może powiedz o tym fizycznym doświadczeniu więcej?

    J. K . Tak! – Ale ,żeby przejść do tej kwestii jaką sugerujesz ,czyli tej całej siły stojącej w zapleczu, muszę wrócić na chwilę do profesora Dynowskiego ,o którym wspominałem już uprzednio. A mianowicie on uzmysłowił mi wpierw to ,że prawdziwą siłą malarstwa nie są ładne ,czy najlepsze pędzelki , sztaluga, lub inne rzeczy z szeroko pojętego warsztatu ,ale siłą tą jest samo ciało artysty. Czyli po prostu ,wspinając się na ścianę , trzeba być fizycznie sprawnym , umiejącym dobrze poruszać się na tych dużych formatach , nie tylko umieć po drabinie chodzić ,ale należy mieć wyćwiczone mięśni tak samo jak i umysł .I choć to nie jest sport – te sprawy odgrywają tu bardzo ważną rolę i kumulują się w efekcie przestrzeni całego obrazu. Jest to często droga do uzyskania efektu i tego „COŚ”, o czym zapominamy – A wprost nie przywiązujemy czasem wagi do takich racji ,o czym nie wiedzą widzowie dzieła.
    Odbiorcy szczególnie nie interesują się, z jakim wysiłkiem powstaje zwłaszcza takie ogromne dzieło. Często zapominają też o tym, żeby powstał taki obraz trzeba zbudować scenę, ustawić zgodnie z własnym zamysłem całą scenę, w tym i ustawić światło i inne elementy w scenie przestrzeni… Zwracam na to uwagę ,bo to jest na pewno ciekawy element warsztatu ,z którym się wchodzi w przestrzeń tematyczną szeroko pojętego dzieła. Pewne takie sportowe wybiegi i ćwiczenia , które kiedyś były naturalną sprawą ,odgrywają tu przy moich obiektach wielką rolę, a wykonywałem ich wiele. Natomiast sam Michał Anioł jak wiemy był muskularnym człowiekiem a leżąc na podeście pod kopułą tej wielkiej Kaplicy Sykstyńskiej , malując tak ogromne postaci z dużymi proporcjami, musiał ciągnąć np. linię długości 11 metrów bez odrywania ręki od faktury powierzchni .Wydaje się , patrząc dziś na te freski ,że jest to linia , która jakby idzie od takiego przysłowiowego niechcenia, ale właśnie jest tam użyta siła ,której dziś my artyści nie używamy i być może nie posiadamy …

    Z. K . Wszedłeś do malarstwa również z tą wiedzą. Na pewno za tym stoi jakiś trening już, nie tylko warsztatu malarskiego ku danej formie – ale samych fizycznych mięśni, o czym napomykałeś tu wcześniej. Nazywasz to treningiem malarza. A więc, sprawa twórczego kontaktu z obrazem wymaga wyrzeczenia i poświęcenia fizycznego to znaczy takiego radosnego cierpienia zdanego na efekt…U Rubensa stwierdzono , co zresztą potwierdzasz, że on miał potężne uderzenie pędzla. Powiedz może coś o tym , gdyż Ty masz większą wiedzę
    o nim, zanim przejdziemy do dalszej odkrywczości i zaplecza Twego malarstwa .To może dobrze ,że wpierw mówimy o tym zapleczu ,o szerokiej warsztatowości ,bo przynajmniej mamy widok i spojrzenie na perspektywę całej przestrzeni co u Ciebie gra ogromna rolę , czyli tło bardziej to merytoryczne ,co zresztą pokazuje i obrazuje determinację każdego przedsięwzięcia i kwestie przygotowania się jak do wyprawy w góry. Tak?

    J. K . Tak! – Ja oczywiście w chwilach ,gdy nie maluję ćwiczę prawą rękę głównie hantlami. Ale wracając do dalszej części pytania – powiem raz jeszcze ,że ongiś malowano genialnie bo zdeterminowane było to do ogromnej wytrzymałości , takiego smagania po przez uderzenia kolorem w blejtram farbą ,która niekiedy miała przebijać grunty. U Rubensa właśnie
    – 5 –

    w ten sposób ,taki jakby pseudo techniczny ,powstały naturalne cienie, i tutaj u w a g a ! – od niego zaczyna się coś takiego ,że właściwie dziś nie ma już takiej mordęgi dla malarza przy uzyskiwaniu tzw. szarości optycznej .Jeszcze przed epoką Rubensowską np. weźmy malarze hiszpańscy lub choćby holenderscy i włoscy zaczynali obraz np. na brązowym tle ,na takiej ciemnej imprymaturze zarysy bielą ,i ta biel różnej gradacji miała tworzyć tę optyczną szarość. A tutaj ,w takim pewnym ruchu i odkryciu ,uzyskujemy efekt naturalny. Tego nie uczą dziś w szkołach i nie pokazują tych archaicznych technik , które miały niewątpliwy wpływ na całość doskonałość obrazu a w dalszym czasie w ogóle na malarstwo współczesne… A więc trzeba tu wchodzić w całe przedsięwzięcie całym ciałem i duchem ,znaczy całym sobą . Trzeba też dociekać, i odtwarzać pewną świadomość ,żeby uzyskiwać pożądane efekty ,nie tylko te strukturalne ale wprost tematyczne …Przykre jest tylko to ,że nie mogłem ,i nie miałem też później tak wielu okazji ,choć trochę takich dzieł było ,o czym powiem także później, żeby namalować tak ogromnych formatów więcej i upowszechniać takie właśnie techniki… Namalowałem np. Duże „Zdjęcie z Krzyża” z wieloma osobami o wymiarze 320 X 550 ,były inne takie realizacje. Ale sęk w tym ,że dziś nie ma już takich zamówień jak kiedyś. Tutaj we Wrocławiu jest kilka takich dużych moich realizacji ,choćby w Kościele „Na Pisku” na Ostrowiu Tumskim, również w innych kościołach nie tylko wrocławskich , ale tam są już mniejsze formaty jak np. „Droga Krzyżowa” w dzielnicy Kozanów we Wrocławiu w kościele pod wezwaniem św. Jadwigi .Natomiast trzeba jeszcze powiedzieć ,że malarstwo zwane już wprost sakralnym ,to dzisiejsze – zwłaszcza jego formatowość zmniejszyła się, zgodnie z zapotrzebowaniem miejsca czasu i chwili…Wiele dużych formatów mam tu u chłopa na wsi
    w stodole ,jak nieukończona „Wieczerza w Emaus”, i tu u siebie w pracowni te ukończone. Jak widzisz one czekają cierpliwie na wzięcie, na takie bezpośrednie jakby uczestnictwo w misterium przeznaczone dla otoczenia tzw. świątynnego i nie tylko. Wiele takich dużych obiektów realizowałem w dużej szopie. Robiłem to pracując ze statystami jak reżyser ,żeby trafnie oddać scenę do życia .Te duże blejtramy (po 5 metrów bok) wciąż czeka na zlecenie ,o które dziś bardzo trudno, i raczej dziś to twórca dopasowuje się do zapotrzebowania sam, oczekując często w koncepcji z tą swoją fizyczną siłą a raczej bardziej z tą wewnętrzną siłą w cichej pokorze swego skromnego życia.

    Z . K. Powiedz może jeszcze o swoich profesorach, zanim przejdziemy do Twoich spraw senso stricte rodzinnych ważnych, bo miały one wpływ na kształt wyobraźni i wrażliwości, od samego pochodzenia ,czyli przeszłości , która jak domniemam wyryła w Tobie pewne ślady i piętno ,jak się okazuje namacalnie i skutecznie i nadała stosunek do obecności .Masz już ogromny dorobek , nie tylko w wystawach ale w Muzeach , Galeriach i osób prywatnych w kraju i poza granicami – także za oceanami… O Kapłańskim się mówi ,co daje przecież nowe wezwania i oczekiwania… Zanim znów przejdziemy do TERAZ ,do tej obecnej współczesnej najzwyklejszej autorskiej prozaiczności życia i otoczenia ,z którym stykasz się wprost tutaj we wsi Brzezina pod Wrocławiem na co dzień , bardzo proszę ,scharakteryzuj chociaż trochę osobowości tych swoich szkolnych najcenniejszych mistrzów, u których terminowałeś…

    J . K . Jeżeli chodzi o profesora Kuklę – On nauczył mnie najprostszych spraw w sensie praktykowania i podejścia do malarstwa sztalugowego. A było to już w Liceum Plastycznym, gdzie zaczęło się z nim od podstawy czyli od gruntowania płótna. Pamiętam m. innymi jak

    – 6 –

    był przywiózł tzw. grunt aż z Leningradu ,które to miasto jako Sant Petersburg ma do dziś piękne tradycje sztuki malarstwa ,był to mianowicie taki grunt pół- tłusty jaki stosował sam
    Rembrant ,o tym profesor wpierw nam mówił i pokazywał jako ciekawostkę i jak go należy stosować…Mówił jak powstaje ten grunt i jakie ma związki z płótnem na przyszłość… Przepis samej masy powstaje z naturalnych domieszek i związków. Trzeba wspomnieć ,że kiedyś tworzono tak mocne grunty ,że nie można ich było zarysować nawet rylcem! – Te i inne receptury owiane były pewną tajemnicą , zabieg dobrego zagruntowania płótna zdany był na tzw. długowieczność obrazu, czyli dbano o to ,żeby obraz jak najdłużej zachował się w sobie i żeby egzystował wiecznie!…Stosowano różne mączki ,w tym i marmurowe… Niekiedy ci mistrzowie sami doskonalili owe grunty ,ukrywając ich recepturę przed sobą, stosując inne odautorskie domieszki…U Dernera są właśnie takie mocne grunty ,choć malował na małych formatach. Natomiast jeżeli idzie o profesora Zbigniewa Karpińskiego – pamiętam ze studiów, jak robiliśmy taką korektę – Ja malowałem martwą naturę ,taką z czerepem końskim z jakimiś blachami na tle białej ściany w szarej pracowni ,o czym już wspominałem tutaj wcześniej . Profesor podchodząc uzmysłowił mi, że przy tej bieli ciemna plama jest podkreślona jeszcze jaśniejszą poświatą ,co jest trudno dostrzegalne przy takim pierwszym patrzeniu , a co zresztą znalazłem już później u samego Velazgueza . Czyli były to też studia ze światłem i jego umocowaniem w dużym obiekcie malowanym…Była to cenna dygresja do patrzenia w obiekt i obserwacji chwili tworzenia…

    Z . K . Mówisz o dalszej sile artysty czym może być też spostrzegawczość – Mówisz o sile fizycznej malowania ,ale jednocześnie uświadamiasz o odnalezionych w międzyczasie innych elementach ku całemu warsztatowi – tutaj zachodzi pojęciowość i mowa cieni, a jak cieni to i blasku ,co daje dużo do myślenia. Wchodzimy na grunt dodatkowego dotyku i w efekcie wydobycia z mroku jak ze studni tego co prowadzi cały obraz .W sumie te elementy takiego pośredniego postrzegania składają się na całkowitą wiedzę tamtych mistrzów. Chyba tak i rodzą się nowi mistrzowie! – Jest u Ciebie nie tylko mowa o formie – ale i osadzeniu w takiej świętości przynależnej istoty bytu. Profesor Henryk Skolimowski ekofilozof w swych pracach mówi ,że człowiek jest takim sanktuarium…Kto to czuje – żyje w symbiozie z naturą , która prowadzi do harmonii z każdym otoczeniem…Marianna Bocian – poetka i pisarka ,zresztą Twój i mój przyjaciel i naturalistka głosiła, że „nie należy występować przeciwko Duchowi Świętemu” – a ten cały proces twórczy i odbiorcy traktowania dzieła na dziś ,ogranicza się do tresury inteligentnej ,co zachodzi już jakby poza szkołą ,czyli idzie tutaj o własne JA – a w efekcie jednak o pewną powagę ,a raczej racjonalny stosunek , co jest obecne u Ciebie i wprost samo promieniuje na zewnątrz . Ktoś powiedział ,że sztuki nie należy traktować tak poważnie. Tym nie mniej z obserwacji wynika więcej, bo tajemnica malarstwa jest także ugruntowana, jako warstwa duchowa wydzielona umiejętnie z abstrakcyjnej przestrzeni już w dzieciństwie jeżeli idzie o talenty – Naprawdę nie chcę się wymądrzać dalej ,i dlatego pragnę zaryzykować sugestię i radbym usłyszeć od Ciebie jako cennego artysty- jak czujesz – czy jest możliwy com – back do godności w Sztuce? – Zbyt dużo nagromadziło się wiórów obok i gęsto- krwistej piany, namąciło się zbyt wiele i wiele ze sztuką majstrowano i potraktowano ją więcej złem, co wynika z braku szacunku do siebie i wiedzy u innych współczesnych twórców. Pytam o to wielu autorytetów wprost o sacrum i jego atrybuty i miejsce ,które dziś jest schowane – czy nie należy bardziej baczyć w Sztuce ,chociażby po przez strefę samej moralności, chociaż jej atrybuty się zmieniły a co bardzo spłyciło obraz – Co sądzisz o tym?

    J . K . Z samym realizmem , tak jak i z moralnością ,chyba jest tak jak z falą morską – ona przypływa ,uderza ,i oddala się na nowe uderzenie – czasem zbyt lekkie ,ukryte muśnięcie
    – 7 –

    mniej lub bardziej dotkliwe(?) .To słowa profesora Spychalskiego , którego też wspomnę z mojego Liceum Plastycznego. Fala wraca za każdym razem trochę inna , jakby odmieniona
    inaczej dotykająca – Ale przecież nie zapominajmy ,że jest rodem z tego samego morza! .Jak wspomniałem w pierwotnych fascynacjach ,pięknie „męczyłem się” między Van Goghiem i Cezanem ,wówczas traktując te całe marzenie namiętnym kolorem , śmiało grubo stawianą linią pędzla po danej fakturze. Niech to będzie też pewną metaforą …Te i inne fascynacje niesłychanie ubarwiają do dziś mój osobisty romantyzm , moją pojęciowość i odświeżają warsztat – Jestem tak naprawdę romantykiem! – Powiem ,że zbyt dużo czasu straciłem nie robiąc w tamtym czasie tego co powinienem. Zbyt wiele czasu poszło na poszukiwania, robiłem to co być może teraz daje mi być w szerszym pejzażu ,także tym wewnętrznym (?). Jak tutaj widzisz te obrazy idą dalej za mną, w pejzażu są nawiązania z Van Gogha w szczególności do szeroko pojmowanego cykli z krajobrazu -I powiem ,że czasem one dobrze mi służą przy zbywaniu obrazów dla tzw. szerszego kręgu zainteresowanych, którzy szukają czegoś innego.
    – Zatem zaprzeczę trochę sobie i powiem ,że nic nie poszło chyba na marne!

    Z . K . No !- jakoś nie udaje nam się opuścić Twego warsztatu , chyba dlatego że siedzimy w Twej dużej oświetlonej naturalnie pracowni w Brzezinach pachnącej olejna farbą – Ale spróbujmy zatem pójść na zewnątrz … Warsztat tu znakomity – scena ogromna, obok jak patrzę są przepiękne duże „natury martwe” :z ziemniakami ,z chlebami , z tymi spiżarnianymi i kamiennymi garnkami ,w takiej sielskiej atmosferze smak dobra króluje i nad podziw praca rąk ludzkich – Wejdźmy proszę w tę choć na chwilę w tę siermiężną scenerię, gdzie pachną nie tylko werniksy ,ale nader przebija zapach samych obiektów – ziemniaków ,arbuzów, koszów jabłek , zeschłych słoneczników i dyń pośród cebuli ,tudzież kwiaty inne takie mniej niespotykane rośliny – Przebija się to wszystko własnym zapachem ,Twoją wolną jakby gdzieś z zaśpiewu wiejskiego dziecięcą duszą , to sens trwania w naturze i w jej zegarze
    biologicznym w czym wzrastałeś. Uważam, że to także jest sacrum w uprawie sumienia warsztatowego, pamięć i wiara w człowieka posłanego do pozyskania plonu ,a jednocześnie ku pokorze ,która jest piękną cechą moralności – To wszystko jest objawione i poświęcone czasowi zbioru nagrody, to wynik pracy nie tylko siły rąk ,ale i umysłu – Czyli spełnia się tu także definicja sacrum jako szersza prawda – Chce się wprost modlić do tak żywego obrazu pobudzającego wszelkie zmysły ,chcę wypowiedzieć modlitwę wprost :”Tego chleba naszego chrupiącego i powszedniego daj nam Panie”- chciałoby się ugryźć i zakąsić ogórkiem a w sieni popić mlekiem zsiadłym ,lub miodem… Przepraszam Jerzy za moją kolejną słabość i poetycką metaforykę .Ale uważam ,że świętość Twego malarstwa należy odczytywać nie tylko w kategoriach moralnych ,ale i po przez biologię i naturalną wizję zawartości jego otoczenia .Rozważając jednak samo zagadnienie definicji dzieła sztuki malarskiej – filozof rozróżnia w nim jego fizyczny fundament – malowidło, samo dzieło, obraz, obiekt na który przecież składają się pełne funkcje takie semantyczne : warstwy kompozycji, warstwa przedmiotów , warstwa wyglądu ku całości samego dzieła, w temacie sobie zadanym lub tworzonym w trakcie malowania – żyje!…To u Ciebie jest i jest niesłychanie zdefiniowane na uczłowieczenie, a jednocześnie kojarzące Ciebie samego ,jako rozpoznawane medium ,w środowisku. Wracasz i „uparcie wypowiadasz swoja prawdę”- pięknie dotykasz po drodze, schodząc do głębokiego źródła mijając tamten czas , dotykasz jego pięknego bezwładu, jego luminarzy –i choć oni martwi- to żywi stoją na Twej drodze… Wybacz, ale doszukuję się tu szerszej definicji…Jak widzisz kropkuję wypowiedzi , końce zdań .Artysta wraca zawsze jak po śladach ,po wiedzę ,po nową siłę… Twoje malarstwo odświeża i oczyszcza przestrzeń plastyczno – artystyczną dla wielu , którzy próbują wstępować do Sztuki. Jest to malarstwo
    – 8 –

    katharsis dla nich! Jesteś dzięki tym wszystkim rzeczom bardzo oryginalnym artystą. Jeszcze nie wspomnieliśmy o cyklach portretowych ,i kiedy tak dobrze patrzę na nie- brak mi wiedzy!
    dla jakichś uwag omawiania ich – są nazbyt okazałe w swej warstwie duchowej ,żeby cokolwiek jeszcze wtrącać! – Przywołanie duszy danego obiektu malowanego ,na pewno frapuje i meczy wielu malarzy i daje osobne doznania – Można sparafrazować portret – jeśli ktoś chce być zapamiętany – to pamięta także o bycie śmierci , która ma wciąż ma otwarte oczy na pamięć – Wybacz! – Może zechciej i Ty coś wspomnieć o portretowaniu… Jak powstają portrety , może coś jeszcze o wierności postaci ? – Proszę!.

    J . K . Zbyszku prowokujesz bardzo! – Jeśli chodzi o człowieka ,wciąż poszukuję w ludziach, chodzę do nich , czasem choćby po to ,żeby pozyskać statystów do pozowania .I jak to się mówi „macam” po ich życiu i egzystencjach . Rozmawiam i maluję tak jak czuję ,zgodnie z zadanym sobie tematem. Napotykam pokrzywdzonych ludzi przez los , często oderwanych od rzeczywistości ,ale też zależnych bardzo od niej. Miałem już kloszardów i charakterystyczne wewnętrznie ciekawe osoby z piętnem zewnętrznie widocznym, które mają na sobie wypisaną swoją kryzę przeszłości a w efekcie swoją przyszłość. Niektórzy są jakby takimi trędowatymi osobami ,mającymi na sobie widoczne zagubienie ,prostotę ,czas ,ale nade i przede wszystkim odcisk miejsc, ból ukryty za maską krzywej twarzy… Biorę ludzi z łzą w oku, trochę takich widocznych w swej siermiędze i maszkalarskości, czasem nie dbających o wartości wprost estetyczne , bo nie jest dla nich to ważne- To ludzie z goła dobrzy i cenni….Są to żywe dowody , „naoczni świadkowie” – tacy współcześni apostołowie, czasem obdarci z szat , szarzy, posiniaczeni i przypruszeni kurzem, ostem na brodzie, i tacy inni zapomniani jakby uczestnicy zaoczni wszelkich przeobrażeń społecznych, czasem bytujący na kresach naszej rzeczywistości. To nikt inny jak nosiciele mojego czasu ! – Często wystawieni poza margines tego szybkiego ponaglającego nas czasu. Są też ludzie nadzwyczaj ciężko pracujący ,jak mój chłop ze wsi pozujący pół –nago do obrazu pt. „Święty Heronim” ,czy do „Króla Lira”- chłop spracowany w polu , pokorny doświadczony prostą naturą i ubogością… Myślę, że moim
    zadaniem jest pokazać tych właśnie spóźnionych i zagubionych bo to oni uzmysławiają nam , gdzie my jesteśmy w danej chwili i w jakim miejscu…Ta chwila do odtworzenia jest często ciężka , zniekształcona w różny sposób u każdego z nich inaczej ,co nie jest bez znaczenia na ich duchowość a mój obraz – To są ciekawi często otwarci , dotykalni a przy tym cenni ze swą ułomnością, serdeczni. Właśnie tutaj, pośród nich mieszka sacrum , jest to takie ich oblicze i byt sacrum, i jest wiara – nie ma fałszu ale jest trwanie sobie wiernym. Nigdy natomiast nie malowałem dla socrealizmu obrazów, żadnych leninów , traktorów w polu i ludzi senso z totalitaryzmu z chorągwiami i sztandarami na Starach…Nie oddawałem się nigdy na służbę lśniącego fałszywie socjalizmu. Tak naprawdę przebiegało to obok i nie stykałem się z takim czymś – jest mi to obce. Przeciwnikiem dla mnie był nie komunizm, ale raczej konceptualizm, postmodernizm i pop modernizm a i per- formence . Powiem tu ,ze taki mój per – formence wymyślałem na użytek własny, jak już wspominałem w innej kwestii ,ustawiając sceny ze
    statystami i przedmiotami do namalowania wielkiego płótna ostatnio w stodole chłopa . A kiedyś gdy realizowałem inny wielki format kilka lat wstecz ,ustawiłem całą grupę ludzi do mojego „Ukrzyżowania” ,przyjechał profesor Podsiadły z Akademii i patrząc ,na tą całą maskaradę ustawień, jak na wielką inscenizację teatralną, ( śmieje się głośno) ,a były to rusztowania tzw. „warszawskie” , gdzie pośród nich stanął krzyż i belki, no i ta biała płachta on orzekł :- „To dla mnie jest już gotowe dzieło!” – Właśnie to było moje zadziałanie w stylu per formence!- Wszystko stanęło w stodole tu w Brzezinach u zaprzyjaźnionego chłopa w stodole! Zresztą mam na zdjęciach to wszystko , i zaraz Ci pokażę. No i przede wszystkim czekała mnie ogromna praca w skali 1:1. Jest to temat , który jakby sam w sobie prowadzi
    – 9 –

    podmiot – i myślałem co też z tego wyniknie?! – No i jak to zrobić?, żeby było jak najlepiej oddane w stosunku do czasu…Jest to tak ,jak przy układaniu kolejnych inscenizacji w teatrze.
    Czasem taka euforia wewnętrzna łapie za serce, następuje wielkie otwarcie się na ten cały proces – Używam ,że tak powiem, różnych ludzi i przedmiotów do scen ,jak : koło od sieczkarni ,itp rzeczy…Warto wspomnieć ,że Caravagio , który był trochę obrazoburcą , na przykład do postaci Najświętszej Marii- do tytułu : „Zaśnięcie” użył prostytutki , którą wyjął gdzieś z Tybru i przedstawił z jej sylwetki postaciowość sceny -po prostu zbudowaną na tym co zastał i co wyszło jakby samo wprost z Jego otoczenia…To są takie bardzo ciekawe i wręcz zaskakujące nawet samego artystę odważne momenty ,których nie zapomina się w drodze.

    Z . K . Tak! – nikt inny jak artyści upatrują w swoim otoczeniu objawień pewnego uniwersum na czym budują współczesną twórczość – Tadeusz Różewicz wychodząc na spacer do Parku ujrzał na ławce kloszarda ,śpiącego i ubranego w obdarte łachmany a na rękach miał takie fioletowe wełniane rękawiczki , które miały poobdzierane palce, spotkał był nagle jakiegoś kloszarda nieogolonego , zarośniętego – taki siwy długowłosy starzec „w drodze” gotowy do wypowiadania swej prawdy o życiu ,jakby taki „świadek naoczny”, czyli Spas Jaroje Oko- Taki gotowy apostoł Chrystusa , który po ukrzyżowaniu Mesjasza poszedł w świat oznajmiać prawdę i chodzi do dziś…Powstał jak wiemy z takiego iluzorycznego spotkania wiersz ogłoszony w Miesięczniku „Odra” i nosił tytuł bardzo metaforyczny wprost do postaci Świętego Piotra – Czyli poeta obserwator spotkał „Kogoś” nieznajomego na drodze ,ale jednocześnie KOGOŚ bardzo znanego…Powstało zadziwienie- taka iluminacja, lub wprost przeżycie na Jawie(?) zrodzone z autopsji we współczesnym otoczeniu…Artysta jest tutaj „pasem transmisyjnym” w przekazie chwili ,która pojawia się obserwacją i budzi zmysły twórcze ,jakby na prawdę innego czasu-wprost na TERAZ , na JUŻ .Twoje malarstwo nie poniża ,nie jest oszczercze – godnie dźwiga człowieczy los ,jest zapisem napięć i kondycji również współczesnego człowieka .Jednak jak pomyśleć Ty sam jesteś tutaj takim jakby „ostatnim Mohikaninem ,jednocześnie osobą taką wydziedziczoną ze współczesności… Natomiast wiem ,że cenisz innych ,choćby Franciszka Starowieyskiego ,choć on szuka bardziej w przestrzeni po omacku, po przez formowanie metafizyki idącej na zewnątrz wielkimi formatami …Artysta używa równie dotykalnych modeli ,tych sztucznych i żywych… Powiedział mi kiedyś Starowieyski ,gdy gościłem u niego w domu ,że nawet bardzo stara kobieta, jest piękna!. -Ile trzeba odwagi i determinacji ,żeby równie pięknie patrzeć, a to jest bliskie Tobie. Kiedyś sam w wierszu pt. „Wenecjada” powiedziałem ,że „wszystko co umiera bardzo powoli- jest piękne!…” – Można tu parafrazować ,chociażby do konkretnych trądów sztuki ,że one już umierają bardzo powoli, dlatego są piękne. A więc znów dalej można ryzykować powiedzenie ,że ci wszyscy Twoi mistrzowie ,do których nawiązujesz umierają -ale chyba tak bardzo bardzo powoli a po przez to są tacy piękni…A Twoja postawa wprost przy nich bardziej jeszcze pięknieje .Mamy zatem tutaj być może klucz do Twego prawdziwie spełniającego się malarstwa. Pamiętam jak malowałeś mój portret ,wcale nie tak wielki,
    a pozowałem Ci w czerwonym podkoszulku ,z gęsim piórem w prawej ręce ,w takim lekkim półobrocie ze złożonym rekami na piersi. Już w samym wstępie, gdy ukazywałem się na płótnie nazwałeś obraz „to będzie Owidiusz” . To zresztą bardzo mi odpowiada ,bo zajmuję się poezją ,w tym i mitami śródziemnomorskimi- wręcz czasem z nich czerpię ,w których jest tak wiele filozofii do życia –Ale Ty bliżej nic o tym przecież nie wiedziałeś!…Skojarzenie wyszło od razu ,jakby spod Twej reki. Powstało pytanie o to coś -a może nawet o reinkarnację ( tu śmieje się) i jakby powróciło stare w nowej formie. Zatem wierność swoim ideałom, wciąż wierność i wierność? – U Ciebie, przy kontakcie z obrazami , co wspomniałem -czuje się zapach otoczenia , czuje się ciepło barw ,mimo dramatyzmu jaki je czasem niesie…

    – 10 –

    J . K . Jak już wspomniałeś o Starowieyskim – to nawet dobrze , ponieważ u niego także zachodzi taki prawidłowy stosunek wierności przedmiotu do dzieła przechodzi w metafizykę. To znaczy tu też idzie o ten wysiłek fizyczny i obcowanie z modelem żywym i martwym, to wyławianie światła , budzenie sceny i cieni ,budowanie ruchu tego podskórnego całej sceny, która bywa wynoszona zdziwieniem oka w kosmos, który to kosmos dla odbiorcy może być trudny…Jest u niego taka nie widoczna wprost ogromna i niepojęta wydobywająca się wprost wewnętrznie kontynuacja tego „starego” malarstwa ; konie, umięśnienie z Michała Anioła, jest sarmatyzm, rogatość, kopytność ,czaszka , itp. rzeczy przynależne człowiekowi tamtych czasów a jako lekkie profanum (?). Ja osobiście podziwiam go wprost za duży format i pomieszczanie tak ogromnej wydobytej z siebie przestrzeni na dużym formacie – Jest to wielka praca mięśni i pokaz siły, jej linii , o czym jak dodałeś nie wszyscy wiedzą, chociaż widzą sam akt tworzenia naocznego i czuja pot artysty… Wspinanie się z konkretną linią ku przestrzeni , taka emigracja wśród proporcji po wielkim obrazie, stąd „Teatr Rysowania „- U mnie „Teatr Malowania”- Dodam do tego jeżeli idzie o warunki ku spełnieniu dzieła , że te warunki trzeba również umieć sobie samemu stworzyć ,żeby móc dobrze się poruszać po obrazie światłem koloru i perspektywą , która bywa osobną wiedzą trzeba często ją nachylić, lub dalej ją sobie otworzyć, czasem przenieść i dopasować jej proporcje… I zadziałać tak
    żeby wyjść prawidłowo i racjonalnie bez cienia fałszu i bez „spotwarzenia” ,jakby to określiła Marianna Bocian, odwiedzająca za życia swego moją pracownię, gdzie wiele rzeczy o sobie z jej ust usłyszałem. I choć sztuka sama w sobie jest irracjonalna ,musi jednak być oparta na racji przekazu z nadprzyrodzonej tajemnicy ,co stworzy godność sceny, i bywać będzie takim sumieniem artysty , opartym na sile wewnętrznej ,która dynamizuje scenę i pokazuje również tutaj mnie jako autora .Dam przykład jeszcze jeden odnośnie pracowitości i pojęciu wierność. Powracam z uporem maniaka to całej techniki „twórstwa” – to też żywe słowo Marianny – Ja u chłopa w tej stodole, malując wspominaną tu kilka razy na przykład dużą „Wieczerzę w Emaus”, zatrudniłem dwóch murarzy , którzy mieli postawić mur z prawdziwych cegieł – i postawili taki mur ,na tle którego zachodzi wpierw żywa scena, jako akt w tle tej wizji. Nad Chrystusem miało wisieć wielkie koło ,od sieczkarni, jako aureola(?) – A w murze maleńkie okienko Judasza i kilka innych elementów , jak: chleb na stole kuchennym, Grall , ryba… No- niestety!- gdy nastąpiła przerwa w realizacji ,która trwa do dziś ,ja musiałem rozebrać ten prawdziwy mur, bo przybiegła sąsiadka – żona chłopa z prośbą, żebym zabrał ten mur ,gdyż zawali się pod jego ciężarem strop nad piwnicą pod tą stodołą .To przecież było kilka ton!- Żywa masa! – A ja muru zrobionego ze styropianu nie będę malował- To samo się tyczy aureoli z koła od sieczkarni -Te elementy musiały prawdziwie naocznie zaistnieć !- Do ukończenia zamówienia jednak nie doszło z braku środków, które początkowo wyłożyłem ja sam ku zachęcie ludzi zainteresowanych – Takie są dzieje niektórych wielkich moich utożsamień z rzeczywistością. Dopowiem znów ,że w kwestię samej realizacji tych poszczególnych tematów , jak podałem wcześniej, wchodzą wątki biograficzne i różne moje kondycje osobiste z osobistych przeżyć, i kwestie mego osobistego życia. I znów powrót – duży obraz pt .”Król Lir” w/g Sheakspeare’a – mężczyzna z kołem drewnianym od wozu prawie półnagi turlający się po mej pracowni wydatnie użebrowany taki żylasty mężczyzna – bez korony, to odzwierciedlenie moich przeżyć czasem i jakichś słabości…Czasem są to takie wewnętrzne jakieś autoportrety z okoliczności wprost dramatycznych dla mnie ,i to wszystko pojawia się jakby taka dygresja . Jest tutaj używanie koła – jest koło symbolem kręgu spraw, których się trzymam , koła powracają i toczą się ,a ja się tego koła trzymam i muszę

    – 11 –

    wytrzymać jego ruch(?). Albo inna dygresja w tytule obrazu: „Żona Hioba” ,gdzie moja żona Lidka pozowała mi nago ,siedząc na schodach w pracowni, a Hiob, wspomniany tu obiekt
    mężczyzna ,malowany późniejszym czasem ,spada na podłogę również z takim drewnianym kołem na białe płótno rozwinięte na ceglanej posadzce , to wszystko powstało jak pamiętam, gdyśmy podnosili z ruin to nasze siedlisko ,było tyle różnych spraw , a ona Lidka prowadziła cały ten remont i wszystkie urzędnicze trudne sprawy- Dlatego należnie siedzi tu na obrazie wyżej!( śmieje się ) – No! -ale skoro ten obraz miał iść do kościoła na Piaskach na Ostrów Tumski we Wrocławiu , ja w nocy ubrałem manekina w ciemną suknię i zamalowałem nagość żony Hioba postępując racjonalnie zresztą, czego domaga się sacrum miejsce. Obraz ten ,już nie tylko jako duży format, spełnił się w dwu odsłonach – tej pierwotnej bo naszej osobistej co jest sfotografowane – ale i w tej następnej drugiej odsłonie . Dziś wisi w świątyni na Piasku we Wrocławiu jako wyróżniający się element świątyni ,gdzie postaci zachowałem w całkiem wielkości naturalnej. Wybacz ,ale przywołam tutaj jeszcze raz obraz pt „Pieta”, gdzie Matka Boża trzymająca ciało syna na kolanach, to taka iracka matka kobieta a Chrystus jest synem żołnierzem rannym śmiertelnie oddanym jej z powrotem – Matka dwoma rękami zakrywa Jego broczącą ranę na boku ,w miejscu serca, matka boleje nad ledwo ciepłym ciałem tutaj martwym wątłym- To powstało ,jak wspomniałem na początku rozmowy ,podczas ostatniego ataku na Irak .Jest to jednocześnie obraz wierny tej naszej współczesnej prawdziwej Piecie tyle ,że tutaj ukazana jest nasz blady bezwład.

    Z . K. Wrócę znów wybacz! -Te dygresje do życia społecznego , z bytu człowieka w stosunku do całego świata naszego, które już się działy w kulturze i pamięci innego bytu bo minionego świata ,a w którym wciąż od wieków uczestniczy dramat i to na coraz większą skalę ,to ta namacalność -trafna w Twoich wielu obrazach? – To jest bardzo ważną rzeczą i istotą tego malarstwa .Jak mówisz, trzeba na prawdę dojrzeć do takich momentów i przeżyć je osobno w kontekście dziejów człowieka , tutaj spisanych akurat w Nowym Testamencie… Mieszkasz z tym obrazem i z innymi swoimi wielkimi płótnami gotowymi obiektami , które czekają jakby przeznaczone i przynależne jakimś konkretnym miejscom – Trochę to jest dramatyczne dla artysty ?- Czasem tak dramatyczne jak sceny ,których dotyka i wydobywa na światło…

    J. K. Tak ! – Zaglądając do Sheakspear’a konkretnie do Lira ,pada tam takie zdanie jako przesłanie : „Gdy koło leci do góry – łap je natychmiast! – a gdy to samo koło leci w dół- puścić go jeszcze szybciej!”- To była dygresja filozoficzna wypowiedziana przez Króla Lira, dygresja do naszej ludzkiej kreatywnej strony życia, a jednocześnie rada Sheakspeare’a na takie do podstaw jako uniwersum bytu. Kiedyś malowałem w Sztokholmie cykl takich wariacji jak je nazywam, postaci nagich lecących w przestrzeni i trzymających i łapiących się wspomnianego tutaj elementu koła – taka „Karuzela ludzi” – A było to moje osobiste już zawarcie stosunku do pogoni za pieniądzem, za biznesem , za emigracją człowieka w poszukiwaniu dóbr materialnych – W tej bezlitosnej przestrzeni trwa non-stop wyrywanie sobie tego koła ,chwytanie go i puszczanie w jakąś stronę , to pytanie nawet o to- w którą stronę ono się kreci? –Ale na to już sam widz, jako obserwator, musi sobie odpowiedzieć. Być może to było „błędne koło”? , które do tej sceny zapożyczyłem od Jacka Malczewskiego, gdyż on namalował taki krąg z ludzi ,a ja natomiast zrobiłem koło ,bardzo namacalne wprost widoczne gołym okiem ,jako element całego dramatu ścigania się świata współczesnego…I ostatnia dygresja do innego obrazu pt. „Święty Heronim” brzmi : -Zazwyczaj człowiek korzy się przed pewną nadprzyrodzoną siłą – być może bóstwem jak mój namalowany „Święty „-

    -12-

    półnagi klęczący na ceglanej posadzce spracowany ,(dlatego i pokorny) mężczyzna z chlebem w dłoniach , być może z takim otoczakiem kamieniem (?), bo idzie tu o naturę . A o ile ktoś
    pomyśli ,że postać klęczy z chlebem to zrozumie coś o kwestii skromności i pokory w konsumowaniu samego bytu (?)- Nie będę siebie tutaj tłumaczył, bo tego się nie robi .Ale to wszystko budzić w postaci ,w tym i tej naszej, pewien zachwyt i po mimo wyzbycia się dóbr materii człowiek odczuwa tutaj radość obcowania z miejscem i siłą wyższą i rozumie wtedy dotyk rąk i stóp w stosunku do ziemi tak mistycznie… Ale to zaledwie dopiero przestrzeń, którą budzimy w sobie .Każdy obraz predysponuje do różnych pytań- kim w istocie , albo czym jest człowiek ?- Jest także tu mowa o pokorze do siebie wyzbytego wszystkiego.

    Z . K . Zatem dopatrywać się można u Ciebie takich kwestii filozoficznych o człowieku ,jak kontynuacje w poszukiwanie godności .Nie jesteś w żadnym razie kopistą. Byłoby to takie płytkie i złudne myślenie , gdyż udowodniliśmy ,że na dzieło patrzy się po przez pryzmat współczesności artysty i jego przyswojoną doświadczeniem wiedzę. Wybacz znów wrócę!
    – Zrobiłeś także cały cykl portretów ,o których napomykałem ,zakończonych finałem wystawy w Ratuszu wrocławskim pt. „Wrocławianie”. Są to portrety wielu znanych osobowości różnych dziedzin i postaci naszego miasta i regionu…Wydano piękny pojemny katalog – album. Wystawa odbiła się szerokim echem w różnych środowiskach. Ale także namalowałeś cykl „autoportrety”- malowałeś na sobie, też ich pokaźny zbiór z różnego okresu ,co zresztą wielu artystów malarzy robi .To nastroje osobiste i dygresje do wieku z różnych okresów, sugestie i multiple klimatów a jednocześnie studia na sobą samym .Zatem proszę daj się namówić na jeszcze jeden autoportret ,taki rodzinny jako wspomnienie dzieciństwa – Niech to będzie taki portret dobrze zagruntowany i może nie z dziejów ,ale ważnych spraw ,z których wyszedłeś sam wstępując na drogę profesjonalnego malarstwa, a tym samym do Sztuki z dużej litery. Malowałeś członków rodziny własnej, pokazując ich oblicza i ich dusze : babcię żony Lidzi- Bronię , swoją mamę , innych pochodzących w prostej linii z rodziny. Wspomnijmy te zaśpiewy ,o czym ja już napominałem wcześniej ,prowokując Cię do pewnych dygresji młodzieńczych , które nigdy nie wygasły – To na pewno ważne!- to taka jakby kronika i charakter tamtych miejsc, ciekawość i wzrastanie w konkretnemu otoczeniu, niezapomniane zmysły obserwacji…Może żeby zainspirować Cię i jakoś zachęcić ,powiem co jest znane :- Ojciec Twój był kowalem we wsi Równe, w II wojnie pomagał partyzantom ,za co żandarmi spalili mu dom rodzinny, zginęła jego (pierwsza) cała rodzina. Później jako już wdowiec sam przyjechał tutaj na Dolny Śląsk i pojął za żonę Genowefę z Kochanowskich , która również miała jak mi widomo jakieś zdolności plastyczne – Czy to prawda? – Gdzieś już kiedyś wspominałeś już o tym ,że talent masz po mamie. Tak ? – Życie swoje poświęciłeś malarstwu, z niego żyjesz , a żona Lidzia- Przyjaciel i Muza i czasem model ,z wykształcenia jako filolog bywa czasem też w innej roli czasem jest Twoim marszandem, lub agentem oraz wciąż podnosi to piękne siedlisko do góry, jest tu uroczo. Mieszkacie w parku otoczeni stara fosą , wiele tu naturalnych fascynacji, choćby to że macie 12 kotów , które Lidka przygarnia…Jak wspomniałem – siedlisko Wasze to przejęte ruiny przypałacowe (?) -Ten obiekt pochodzi z XII wieku ,który uratowaliście nabywając na własność ruinę ,wyremontowaliście razem własnym sumptem, mając dziś tak wspaniałą radość i satysfakcję .Dodam ,że dziś jest to miejsce magiczne, bo nie tylko przyciąga przyjaciół ,ale służy jako medium dla sztuki ,takie pozytywne klimakterium dla gości, których Wam nie brakuje .Mimo różnych niedoborów socjalno – egzystencjonalnych, jakie ma wielu innych znanych artystów polskich , czujecie się tutaj pysznie i wszech-wolnie. – To dodatkowa pasja tym bardziej ,że wzniesiona własnymi rękami i czynnie pielęgnowana, gdzie czuje się przede wszystkim ducha… Jakiś duch czuwa , czuję to sam jak tu bywam –
    – 13 –

    Powiem inaczej bo prowokująco: – czuwa tu Duch Święty ,a Jego osoba przenika obrazy, które malujesz jak wiem, być może dlatego z wielką pasją i oddaniem .

    J . K . No Tak! – Z dziadkiem Hipolitem z Kochanowskich byłem bardzo zżyty. A gdy jeździłem do ich domu na wieś ,do babci Stanisławy, najmniej co kilka miesięcy, czasem na dłużej, często też na wakacje , zawsze jeździliśmy z dziadkiem rowerami w plener, w pola … A było to pod Warszawą za Płońskiem – Miejscowość Ogonowo nad rzeką Wkrą. Moimi rodzicami chrzestnymi byli oni właśnie – babcia Stanisława i Hipolit Kochanowscy- moi dziadkowie. Bardzo mnie kochali i darzyli szczególnie… Pamiętam między innymi fakt, będąc w V klasie szkoły podstawowej, jak zlecono mi namalowanie obrazu Najświętszej Marii Panny do Parafii na Odpust . Zatem widziano już wtedy moje talenty(?) – Byłem dumny z tego, bo odrzucono obrazy kilku innych doświadczonych artystów .Tam na wsi był taki szczególny rytuał domowy , i chyba widać dziś na moich obrazach z naturą ,czy wręcz w tych pejzażach niektórych – To już pozostało we mnie!- Poza tym była taka atmosfera sielanki, szczególnie te niedzielne wyjścia na nabożeństwa ,w tym i na nieszpory, albo wyprawy w pole po zbiory. Dużo przebywałem z dziadkiem , tu –tam – ówdzie ,obserwowałem naturę: ludzi, zwierzaki i tam ciągnęło mnie zawsze .Ten uroczy kontakt trwał dość długo aż do ich śmierci . No a tutaj ,cóż – iście przybyliśmy z Lidką 20 lat temu w 1986 roku sami z sobą przejmując taką ruinę do podniesienia… Przybyliśmy z Wrocławia ok. 30 km. stad ,gdzie mieliśmy małe mieszkanko ,co zupełnie nie nadawało się na egzystencję twórczą. Artysta bez pracowni nie istnieje! -Przy urządzaniu tego siedliska, jak go nazywasz ,jako i pracowni ,było moc pracy ,ale jakoś toczyliśmy ten kamień Syzyfa przed siebie w górę zwłaszcza moja Lidka
    – Ja malowałem ,żeby żyć i podołać – ona także pracowała w Szkole. Tu też były te dramaty i wzloty ,o których wspomniałem wcześniej, które brałem do siebie ku moim imaginacjom malarskim . Zasymilowaliśmy się z tą wsią , która dziś wygląda całkiem inaczej… Owszem -czuję Ducha i jakąś opatrzność nad nami ,nad sobą jako artystą , czuję pogodę naturalności i siłę tą rubensowską , o której mówiłem. Zamierzam tutaj dużo jeszcze namalować…

    Z . K . Zbliżamy się ku końcowi tej artystycznej rozmowy – Czy czujesz się spełniony ?
    – Może przy tej okazji dodatkowe pytanie o Twój stosunek do malarstwa dzisiejszego ,o radę dla artystów , którzy idą do Sztuki jako to świeże „Pokolenie , które wstępuje” ? – Jaki jest Twój osobisty stosunek do otoczenia dzisiejszego świata i do sytuacji samej Kultury…Może jakieś prognozy na przyszłość własną , proszę przybliż może nowe realizacje ,a i refleksje?

    J . K . Zaskoczę cię !- Nie czuję się spełniony …Sytuacja ,w jakiej znaleźliśmy się jako środowisko SPAP, nie napawa dumą i jest wprost przykra ,a czasem bardzo dotkliwa. Gdyż nawet najbardziej znani i pokupni nie mają czasem środków , już nie tylko na życie, a co dopiero na same egzystencje twórcze, na taki wsad do własnej sztuki :farby, pędzle ,werniks blejtramy, czasem nie ma za co zakupić materiały, a o promocji nie wspomnę, gdyż to już rarytas mieć marszanda czy agenta, kogoś kto zajmie się tobą jako twórcą .A tu Rząd chce podwyższyć próg podatkowy na dzieła biednym i tak poniżonych już artystów wszelkich dziedzin. Co do moich osobistych czysto malarskich realizacji – Oczywiście, ja już na pewno namalowałem tysiące obrazów : portretów, pejzaży , natur – ale zupełnie komfortowo byłoby, żeby wiele tych tutaj zgromadzonych, jak widzisz ,płócien zalegających moją pracownię, poszło do ludzi i do Muzeów czy wprost do kościołów ,itp .miejsc .Owszem trzeba coś mieć na porządne wystawy i to jest marzenie osobne! –A poza tym ,jak wspomniałem ,wszedłem kiedyś w te dużo formatowe obrazy i kiedy zaczęło mi trochę sprzyjać – to zaraz stanęło, gdyż nie było sponsora czy oczekiwanego odbiorcy, żeby coś dołożył i dał to skończyć. Zrobiłem
    – 14 –

    dużo wielkich takich realizacji , ale to jest wciąż mało! .Wciąż jeszcze wymagam od siebie i myślę, że jeszcze wiele namaluję .Chcę przede wszystkim skończyć tę wielką „Ostatnią
    Wieczerzę”, o której już wspomniałem, jako przykładzie. Są do niej szkice projekty i co najważniejsze wiem jak mam to zrobić!- Ale nie stać mnie jako artysty na samo-finansowanie takich rzeczy ,jak to było z przytaczanym tu innym wielkim obiektem „Ukrzyżowanie”, gdzie poświęciłem całą dużą część wystawy z Dani ,a koszta uzyskane poszły w tę czteromiesięczną realizację… To się chyba nie powtórzy już nigdy! – Nie wiem! – Co do malarzy ,tych wstępujących – powiem krótko – Nie idźcie na skróty, nie idźcie tylko w koncepcje – ale w konkretne realizacje . Nie bójcie się pracy i wiedzy o Sztuce!- Trzeba wciąż ćwiczyć się fizycznie i umysłowo ,a warsztat sam przyjdzie ,żeby zawrzeć swój stosunek do obecnego świata… Dużo rysować wchodzić w światło ,w siebie, w własną duchowość i odkrywać ją co rusz na nowo. Marzyć i jak najwięcej doświadczać się, choćby malować na starych murach ,na chropowatych powierzchniach , szukać tła dla światła, etc. Ja odbyłem wiele wystaw i wciąż to jest z mało .Stać mnie na marzenia jeszcze ,żeby obrazy głównie te duże z sacrum,żeby kiedyś wzięły udział w takim misterium mszalnym, na przykład podczas celebracji świątynnych, jak było to kiedyś z Cravagiem – pamiętamy to – obraz zawisł nad samym ołtarzem w centrum .Gdzie pod czas misterium ,co jest także na obrazie ,na tle Ciała Chrystusa ksiądz podnosi hostię opłatka ,a ten opłatek w efekcie jako Ciało Chrystusa podawany jest później obecnym wiernym ,jako współczesnym, uczestnikom, i jest częścią całego Misterium Paschalnego, a jednocześnie harmonizuje się z tłem i z tematem obrazu co spełnia obraz do końca ,i jakby go tym samym uświęca –To jest niesamowite !- co właśnie zrobiono z dziełem Caravagia . To odżyło i żyje dalej! – Naturalnie! – Jego epoka to był inny czas .Czy jest taka prawdziwa odsłona sacrum w moim malarstwie? – Nie wiem! –Tak mówię – bo czuję duży respekt do takich właśnie realizacji i odpowiedzialność .Jest kilku innych malarzy ,którzy jeszcze „robią” w sacrum np. Tadeusz Boruta z Krakowa , którego cenię. Nie ma nic takiego jak wizja – Owszem do wizji można się zbliżyć ,ale wydobyta nie w całości, bo to jest niemożliwe -nigdy nie istnieje. Jest tylko wyobraźnia , którą trzeba non – stop ćwiczyć. A to co dzisiaj niektórzy młodzi wyczyniają z krzyżem idąc na skróty jest wprost bluźnierstwem ,jest obrzydliwe i świadczy o braku wiedzy ,i warsztatu ,w tym i tej humanistycznej. Nawet Salvador Dali- surrealista ,nie występował przeciwko Duchowi Świętemu – On też namalował „Ukrzyżowanie” i jednocześnie zejście do odchłani – piękny Chrystus w blikach z iluminacjami krzyża w metafizycznej odsłonie, ale nigdy przykro nie spotwarzony! – Nie robił tego nawet Picasso uznany za rewolucjonistę malarstwa .Weźmy choćby taką formację plastyczną jak „Tercet Nadęty”, Nalewajko , Szpyt , i Żagaalski ,którzy wystawili w Brukseli ,kilka lat wstecz gdy polska była przyjmowana do Unii, namalowali oni obrazy wprost prowokujące ,po nich nic już nie pozostało- tylko piana…Przedstawili oni na przykład dam obraz ,który przytoczyłeś sam tutaj – znam to, gdzie na obrazie zachodzi scena „biczowania” – Chrystus jest tu biczowany jednocześnie przez więźnia obozu nazistowskiego w pasiaku – i jednocześnie hitlerowca , były tam inne obrazy jak ,choćby ukrzyżowanie nagiej kobiety, albo pieta … Wystawianie na krzyżu genitalii przez Nieznalską niczemu nie służy… Jest to ,mówiąc delikatnie przysłowiowe mieszanie łajna z powidłami! – Taka profanacja to problem nie tylko sztuki. Uważam ,że do Sztuki pisanej z dużej litery nie idzie się po szok i na skróty – nie tędy droga!- Nie wolno na siłę i za wszelką jej cenę szukać cynicznie poklasku, nie można być wprost hipokrytą, świadczy to wszem i wobec tylko o płaskim myśleniu i jak mówiłem o brakach w wiedzy w tym – powtórzę i w samym warsztacie twórczym.

    – 15 –

    Z. K . Dziękując za rozmowę przytoczę sekwencje z wiersza wybitnej poetki Marianny Bocian -Twojej i mojej nie żyjącej już od kilku lat przyjaciółki- poetki i eseistki oraz znawcy
    malarstwa, która pisała o Twoich obrazach także … Jest to wiersz ,który znajduje się na pierwszej stronie katalogu do Wystawy Twego malarstwa olejnego pt. „Ciągła Odsłona”, katalogu wydanego przez Muzeum Achidiecezjalne we Wrocławiu w roku 2004 :

    oto znów nadciąga powoli pora przedwieczorna
    pełna majestatycznej ciszy jaka zawierają
    dojrzewające w słoneczności zboża
    /…/

    J . K. – I ja Dziękuje! – zwłaszcza za wiersz Marianny Bocian , który niech pozostanie puentą tego naszego spotkania z moim malarstwem i jego zapleczem…

    – z artystą malarzem Jerzym Kapłańskim

    rozmawiał
    Zbigniew Kresowaty

  • ŚMIERĆ I WIECZNOŚĆ W MUZYCE WARTOŚCIĄ BYTU

    rozmowa z muzykologiem, byłym wykładowcą z Uniwersytetu w Kopenhadze oraz teoretykiem teologii, badaczem dzieł muzycznych oraz publicystka i poetką dr Evą Marią Jensen z Danii

    Zbigniew Kresowaty: Wyjechałaś z Polski do Danii stosunkowo dawno, tam się osiedliłaś, podjęłaś pracę zawodową po ukończeniu studiów muzycznych w Polsce – Studiowała s później także w Danii, ponieważ niechciano uznać Ci studiów polskich. Twe studia ogólnie trwały 15 lat. czy był to dramat czy też nie-opowiedz i przytocz ciekawe aspekty tych nieporozumień… ale ja myślę, że to bardziej chodziło o były ustrój i naszych okupantów, którzy panoszyli się w Polsce przez 50 lat…Wykładałaś po studiach. Natomiast pracę doktorską obroniłaś na wydziale teologii Uniwersytetu w Kopenhadze. Była to praca z pogranicza teologii, muzykologii i filozofii oraz estetyki o bardzo oryginalnym temacie pt. ”Śmierć i wieczność w muzyce” – To bardzo ciekawe jeżeli spojrzeć w dzieła muzyczne wielu znanych kompozytorów, którzy być może nieświadomie, lub świadomie podejmowali się swych twórczych imaginacji…Skąd wziął sie pomysł co do zajęcia się tą problematyką, zainteresowanie się czymś co nie jest popularne jednakże jest taką odsłoną metafizyczną w zakresie muzyki i jej wartości, nie tylko estetycznej? – Można zagadnienia śmierci i wieczności poszukiwać także w innych dziedzinach dzieł Sztuki…Jeżeli spojrzeć na te tematy, o których mówisz w swej pracy doktorskiej, wkrada się tutaj wiele rzeczy z pojęciowości socjologii i psychologii, czyli z tego co jest ukrytym wątkiem życia estetycznego ludzi, ich kultury, danego okresu…Twoja dysertacja pracy doktorskiej przebiega w kontekście muzyki w latach 1890-1920 – Dlaczego akurat ten okres? – czy były jakieś szczególne ku temu powody? – Wspomnij proszę o pewnych przyczynkach jakie zaważyły nad podjęciem decyzji odnośnie tej problematyki w muzyce, żeby się zająć tak głęboko tą tematyką jaką jest śmierć lub wieczność w muzyce…Obecnie jesteś czynnym organistą i grasz w kościele.
    Eva Maria Jensen : Tak – istotnie, jestem muzykiem i muzykologiem, muzyka była w moim życiu zawsze obecna, towarzyszyła mi w każdej chwili, w chwilach radości i w chwilach tragicznych, w chwilach żałoby – i do muzyki zawsze zwracałam się w czasie, kiedy było mi źle i samotnie…Prawie namacalnie w muzyce można znaleźć ukojenie, wiarę w życie wieczne, jak w żadnej innej sztuce. Pamiętam jak wiele słuchałam w tych różnych chwilach ”Pieśni o ziemi” Mahlera (zwłaszcza jego pieśni ostatniej), było tak po śmierci mojego ojca, którego bardzo kochałam, bo wtedy cały świat zwalił mi się pod nogami. Muzyka mnie podniosła i dała wiarę do trwania…Później zajmowałam się naukowo i pedagogicznie, muzyką Mahlera, i Jego dziełami zwłaszcza tymi, które centrowały się wokół śmierci i życia wiecznego, wykładając na Uniwersytecie w Kopenhadze. Ta obsesja śmierci pojawiła się u mnie także w poezji, którą pisałam, a także w nowelach… Problemu śmierci poszukiwałam w książkach i biografiach sławnych ludzi. I najdziwniejsze jest to, jakby się wydawało, że fascynowały mnie wszelkie obrazy śmierci w tym i plastyczne – np.taki niemiecki malarz Otto Dix, który malował pobojowiska I wojny światowej, albo pokazywał wisielców – mogłam na to patrzeć bardzo długo – To paradoksalne wręcz kuriozalne co mnie samo zaskakiwało chwilami. Dlatego pomyślałam o pracy doktorskiej na temat śmierci w muzyce – dyscyplinie sztuki, którą pokochałam przed laty. A przygotowanie do takiej tematyki trwało ponad 20 lat. Powiem tutaj teraz, że bałam się tego zagadnienia ruszyć, wiedząc, że kiedy to rozwinę, muszę sama jako osoba znaleźć się, prędzej czy później, na jakiejś granicy metafizycznej życia i śmierci…Może przytoczę kilka moich spostrzeżeń dotyczących tych tematów i powiem tak:
    Śmierć, i to co następuje po niej, zajmowały od prawieków centralną pozycję w światopoglądzie człowieka. Odpowiedź na pytanie : jaka jest istota śmierci, co nastepuje po niej – były też centralnymi pytaniami we wszystkich religiach świata. Powstaje pytanie – Czy jest też tak obecnie? Jeżeli spojrzeć na to z drugiej strony można powiedzieć, że wygląda na to, iż jesteśmy w dużym stopniu wyobcowani w stosunku do tych tematow, mówi się nawet, że czasy dzisiejsze są zaprzeczaniem śmierci. Czy również dziś zaprzecza się pojeciu wieczności? – O tym nawet teolodzy nie śmią dzisiaj mówić… Gdzie kryją się źrodla tego zaprzeczania, a trzeba do nich sięgać dość gleboko! – Trzeba sięgać do czasów, gdy sekularyzacja zaczęła obejmować coraz to szersze obszary życia społecznego, sekularyzacja, która nakazała jednostce interpretować świat bez tej siatki bezpieczeństwa, jaką są poglądy religijne. Ale pytanie o istotę śmierci, i o to, co stanie się z nami po śmierci, nie przestało przecież nurtować nawet pojedynczych ludzi. Powstaje pytanie – skąd człowiek ze świadomością tej własnej śmiertelności, którą potwierdza każde uderzenie serca, może zaczerpnąć nadzieję na dalszy byt? – Czy nie istnieje gdzieś jakaś oaza w tym zmaterializowanym, zsekularyzowanym świecie ku temu, żeby życie toczyło się dalej… Ale o czym nie można mówić, o tym należy milczeć – powiedzial kiedyś jeden z ze znanych filozofów. Ja natomiast, na użytek tego zagadnienia, prywatnie zmieniłabym to powiedzenie : ”o czym nie można mówić, o tym trzeba śpiewać”…Dlatego napisałam tą rozprawę ”o śmierci i wiecznosci w muzyce”, ponieważ chciałam udowodnić, że pomimo iż pewne tematy znikneły z codziennego dyskursu, to nie zniknely one z ludzkiej świadomości. Wszysko cokolwiek czynimy wypływa z osobistych przeżyć i jakchiś preferencji. Przede wszystkim wypływa to z naszych własnych doświadczeń… W tej mojej rozprawie, przedstawiłam kilka analiz pewnych dzieł muzycznych, których tematem była śmierć i to, co następuje po niej. Ze względów czysto praktycznych ograniczyłam się do dzieł z okresu 1890-1920, który to okres obfitowal w tego typu tematy, zarówno w muzyce, jak i w innych dziedzinach sztuki. Powiem też, że ograniczyłam się rownież co do niektórych gatunków muzyki… Nie zajmowałam się tutaj dziełami liturgicznymi, lub para-liturgicznymi, dziełami rytualnymi. A wiec nie Msze, Requiem, Stabat Mater czy pasje. Te dziela już bowiem a priori nastawione są na odzwierciedlanie problematyki eschatologicznej. Rownież dzieła sceniczne pozostaly poza obszarem moich badań. Ja zajełam się natomiast dziełami koncertowymi, niezależnie od tego, gdzie taki koncert miałby się odbywać : czy to w sali koncertowej, w kościele, w wolnej przestrzeni, w specjalnie zbudowanej w tym celu świątyni – Jak się okazało były tutaj różne możliwości. Powstał tu taki rozległy portret, w tym temacie, danej epoki od 1890-1920 – epoki o szczegolnum charakterze, o podwójnym obliczu: z jednej strony ma ona zródła daleko w przeszłości, w calym XIX wieku, z drugiej strony to własnie w tej epoce mają miejsce swego rodzaju eksperymenty, które charakteryzyją poźniejszy rozwój muzyki w XX wieku. Eschatologiczne dzieła zdawały się budować w dużym stopniu na takich tendencjach konserwatywnych. Dziedzictwo romantyzmu, a zwłaszcza estetyka filozofów niemieckich okresu romantyzmu, podniesienie muzyki do najwyższego poziomu poznania (a wiec czegoś więcej niż przeżycie estetyczne), teraz, przy końcu XIX wieku, obrodziły szczodrze w dziełach kompozytorów urodzonych w latach 1860-1900-tnych. Natomiast wszyskto to, co romantyzm zaprezentował, rozwinęło się teraz w sposob jakby gigantyczny, wszyskie tendencje uwypukliły się, a kompozytorzy uznawali się wręcz za proroków, wszystko stało się jakby wyolbrzymione i bardzo wyraźne… A tym co zaskoczyło mnie najbardziej, jest to, że wszystkie metafizyczne wątki były rownież obecne w dziełach bardzo nowoczesnych, eksperymentalnych, i być może to właśnie, te eschatologiczne tematy, ”zmusily” kompozytorow do eksperymentowania n.p. z pojęciem czasu muzycznego. Pracowałam nad tą tematyką jak nad wielkim dywanem szytym techniką ”patchwork”. A kawalki, z których szyłam mój dywan byly bardzo rożne : jeden dotyczył np. definicji epoki, jej ograniczenia czasowego, inny natomiast przedstawiał koncepcje architektoniczne sal koncertowych, inny pokazywał zmiany, jakim uległa percepcja muzyczna, np. normy, jak zachowywać się powinien idealny słuchacz. Inny kawałek przynosił bardzo zaskakujące (z dzisiejszego punktu widzenia) wypowiedzi samych kompozytorow, a tuż obok mogłam umieścić jeszcze inny kawałek, gdzie ci sami kompozytorzy wypowiadali się w zupełnie inny sposób (np. po upływie 30-40 lat). Analizowałam także teksty, użyte przez kompozytorów w dziełach wokalno-instrumentalnych, jak i programy, przeznaczone do rozdawania podczas koncertow, by przybliżyć słuchaczowi właściwą percepcję dzieła… Zajmowałam się nawet dziełami malarskimi, które w tym czasie były szczególnie popularne wśród kompozytorów, dziełami muzycznymi, które wywarły na nich największe wrażenie. Zajmowałm się rownież tak zwanym ”klimatem duchowym” epoki, gdzie zaobserwować można było szczególne pomieszanie pojeć : obok tradycyjnego chrześcijaństwa popularne byly rownież religie Wschodu : buddyzm, hinduizm, popularne rownież były ruchy, które dzisiaj nazwalibyśmy ”new-age”, a które wtedy zwały się teozofią i – trochę pożniej – antropozofia. Był to bardzo swoisty koktajl duchowy, gdzie stare i nowe prawdy mieszaly się czasami – z naszego punktu widzenia – wręcz niestrawną calość… Im więcej części kładłam obok siebie, tym bardziej skomplikowany we wzory stawał się obraz całości mego dywanu… Nie wszystkie wzory miałam czas prześledzić, zajęłam się jednak np. tym, co interesowało mnie najbardziej:
    1. Sposób w jaki muzyka i religia (w tym też te nowe spirytualne ruchy) oddziaływały na siebie nawzajem. Ta ścieżka wiodła daleko w tył, aż do początku XIX wieku. A pierwszym objawem było pojawienie się cech liturgicznych w dzielach tzw. ”świeckich”. Faza końcowa była czystą mistyką muzyczną, którą np. prezentuje Aleksander Skrjabin. Tu znajdujemy dzieła, które były tak ambitne w swej gigantomanii, że nie zostaly nigdy ukończone. Te od ponad 100 lat – od Kuntzena Skabelsens Alleluja do Mysterium Skrjabina, analizowałam skupiając się tylko na 4 konkretnych przypadkach takich jak:
    – Faza 1: nabożenstwo w Sali koncertowej analizowane na przykładzie Symfonii Reformacyjnej Mendelssohnsa
    – Faza 2: tak zwana ”kunstreligion”, analizowana na przykladzie dzieł Wagnera, głównie opery Parsifal
    – Faza 3: Metafizyczne dzieła symfoniczne, otoczone prawie taką religijną aurą, analizowane na przykładzie 8. Symfonii Mahlera
    – Faza 4: utopijna, z dziełami przeznaczonymi do wykonania poza salą koncertową, a których prezentacja powinna była wpłynąć na wielkie zmiany we wszechświecie, apokaliptyczne zmiany , reprezentowana przez nigdy nie napisane nigdy dzieło Skrjabina Mysterium
    Innym tematem był wpływ nowych kierunków duchowości w muzyce i jej konkretne oddziaływanie na sztuki plastyczne w latach 1911-1914 – o czym powiem później…Centralną pozycję zajmuje tutaj analiza nigdy nie ukonczonego oratorium Schönberga Die Jakobsleiter (Drabina Jakubowa), do własnego tekstu. Dodam, że dopiero w drugiej cześci tych badań zajęłam się szczegołowo problematyką śmierci i wieczności w muzyce. Analizuję tu np. ”muzyczne rekwizyty śmierci i wieczności”, ”krajobrazy śmierci”, wizje nieba i piekła w muzyce, i tym jak ”brzmi wieczność” w muzyce. Analizuję tutaj 4 dzieła: Richarda Straussa (1864-1949) Tod und Verklärung, (napisane w 1890), Gustava Mahlera (1860-1911) 2. Symfonie (ukonczona w 1894), Edwarda Elgara (1857-1934) The Dream of Gerontius (z roku 1900) i Arnolda Schönberga (1874-1951) nieukonczone oratorium Die Jakobsleiter (kompozytor pozostawił ją w szkicach w latach 1916-20). W sposób w jaki ”śmierc i wieczność” przedstawiane są w muzyce, czyni te muzyczne wizje zupełnie swoistymi w porównaniu z innymi dziedzinami sztuki. Znaczenie może tu mieć fakt, że muzyka jest sztuką rozwijajaca się w czasie, i że to właśnie manipulacje z czasem muzycznym są najbardziej ewidentnym przykładem przedstawiania wieczności w muzyce.
    Z. K. Dziękuję jednocześnie za tak wspaniały i dorzeczny wykład o śmierci w muzyce i wieczności. Teraz już nie mamy się czego bać w fenomenie śmierci- bo śmierć jest fenomenem, który podnosi wartość życia… Jak widać można z tymi śmierciami egzystować, nawet obcować swobodnie już za życia! (tu uśmiechamy się do siebie)- Śmierć owszem! – dałaś tutaj przykłady na jej obraz w muzyce, i nawet w plastyce. I to jest piękne dla sztuki. Natomiast może odniesiesz się jakby patrząc na to z drugiej strony przeciwnej, a jeżeli duchowość, czyli do sprawy materializmu, tak bardzo rozpowszechnionego w krajach rozwiniętych , czyli tych nacji zachodnich, które swoją wolność piastuję już od dawna, powiedz jak wobec tego traktowano kogoś, kto pisał pracę naukową, powiedzmy muzykologiczną, ale o profilu teologicznym? – To może być ogromnie interesujące!
    E. M. J. – Powiem tak – materializm, czyli powszechne zainteresowanie do posiadania rzeczy estetycznych wykonanych, gdzie w grę wchodzą wielkie środki jakimi są pieniądze lub podobne inne wielkie środki płatnicze, jest na pewno rzeczywiście bardzo rozpowszechniony, jest tu porównywalny, bo tak jak dawniej, kiedy było narzucone tabu na tematy seksualne i po czasie upadło i stało się to również środkiem dla życia w wolności, tak dzisiaj – w krajach takich jak Dania np. istnieje inne tabu nie mówienia o wierze w Boga. Zaczynać mówić tam na taki temat, to prawie faux pas – ludzie w tym momencie zaczynają się dyskretnie odsuwać od takiego ”nieprzyzwoitego” rozmówcy, zmieniają zaraz temat. Do kościoła nie chodzi się ( z wyjątkiem dnia Wigilii Bożego Narodzenia) i każdy, kto tutaj podkreśla słowami że ”może nawet wierzy w jakąś siłę wyższą, w przeznaczenie”, musi wiedzieć,
    W głębi serca, czy sumienia, że nie jest na pewno wierzącym. Ale dziś jednak jest wiadomo, że ludzie potrzebują przeżyć religijnych wprowadzających w pewną mistykę, bo tak naprawdę zawsze tego potrzebowali. Jednakże w tym dzisiejszym świecie muszą znaleźć na swej drodze tzw. ”kanały pośrednie”- I powiem tutaj, że jednym z takich kanałów może być uczestniczenie np. w Wielkich koncertach oratoryjnych, które odbywają się w kościołach i cerkwiach. W Kopenhadze przed każdym Bożym Narodzeniem gra się ”Mesjasza” Handla, co najmniej 5 do 6 koncertów w różnych kościołach – a wtedy uczestniczy w nich masa ludzi i żeby kupić jakikolwiek bilet na te
    Koncerty graniczy to ze sztuką… I to jest znamienne a jednocześnie bardzo wymowne. To samo dzieje się gdy w tych miejscach grane są ”Pasje” Bacha, dzieła typu ; Stabat Mather, Reguiem, inne. Wszystkie te dzieła przekazują nam wiele z mistyki i powodują, że szalenie się wtedy wzruszamy w swoich skrytych uczuciach… Natomiast sami słuchacze, jakby publicznie, nie muszą się przyznawać do tych uczuć, ale wystarczy im, że uczestniczą na pewno w przeżywaniu czegoś wyjątkowego. A więc, przeżywają oni przecież całą uczuciową mistykę religijną! – zapośredniczoną za pomocą wielkich dzieł oratoryjnych. I to jest ważne! – Ale trzeba tutaj powiedzieć, że nie jest to sprawa nowa. Już w końcu XVIII wieku, kiedy sekularyzacja bardzo poważnie wtargnęła do społeczeństw zachodnich – ludzie tam zaczęli poszukiwać metafizycznych wartości w dziełach, w tym i muzycznych. Nie i koniecznie religijnych z samego założenia… Zaczęto wtedy tutaj mówić o publiczności, czyli o jakimś audytorium, jako o specjalnego rodzaju ”kongregacji” – To się rozwijało do tego stopnia, że zaczęto stawiać wręcz wymagania co do tego, gdzie dzieła symfoniczne się będzie wykonywać ku ich właściwemu wykonaniu, a tym samym ku właściwego ich odbioru… Należy powiedzieć, że to w latach 1890 – 1900 najbardziej rozwinięto budowy specjalnych obiektów przeznaczonych tylko do odbioru muzyki w tym wypadku symfonicznej. Filharmonie jak je nazwano, w architekturze swej miały przypominać najczęściej starożytne świątynie greckie lub starożytne rzymskie świątynie bóstw z kolumnami, tympanonem ku takiej wzniosłości. Stawiano je często na uboczu w zacisznych miejscach jak Parki albo jakieś wzgórza. Zresztą warto zauważyć, że w podobny sposób buduje się dzisiaj ”Świątynie muzyczne” dla muzyki rokowej. O ile ”filharmonie” najczęściej wzorowano na typach bazylik, o tyle w tym przypadku wybiera się tutaj formę kolistą, coś na wzór krytego stadionu, dla dużego audytorium…
    Z. K. Zatem wróćmy do dzieł muzycznych, choćby do tych, o których tutaj wiele powiedziano, nawet w dysertacji Twej pracy. Jak odróżnić dzieła muzyczne, jak charakteryzują się ich kwestie i dynamika co do tematu śmierci i wieczności? – Prawdę mówiąc, każde dzieło jest prawdziwe wtedy gdy powstaje z przeżycia, które spowodowało uczucie jakiekolwiek, i jest ono jakby skierowane w pewna mistyczność, w przestrzeń takiej wielkiej tajemnicy, w taki kosmos niepojętny – a jednak trwajacy na wskroś tak, że jest mocno dotykalny, gdzie porusza nasze wszystkie inne zmysły czucia nawet te bardzo wirtualnie. Zatem celowo tutaj i prowokacyjnie zaryzykuję powiedzenie, że to wszystko jest także o śmierci, jako drodze do wieczności- Jak to właściwie odróżnić?
    E. M. J . : Trzeba tutaj najpierw powiedzieć, że często są to dzieła bardzo wielkie, które przetrwały długo w czasie i są takimi jakby uniwersalnymi utworami, granymi w miejscach, o których tutaj już wspomniałam. Są to dzieła wielkie, także z powodu trwania w czasie oraz w długim czasie ich wykonania, jak również są to te, które zawierają wielką rozbudowaną obsadę. Przykład : VIII Symfonię Mahlera nazwano ”Symfonią Tysiąca”, ale wykonanie jej wymaga nawet, więcej niż tysiąca uczestników, muzyków i śpiewaków oraz innych instrumentalistów, jest to : wielka orkiestra, kilka dużych chórów, soliści… Sam Mahler mówił o tej symfonii, że jest to jego ”Msza”. Być może dlatego, że ma ona łaciński hymn średniowieczny, ”Veni Creator”, jako podłoże tekstowe w 1-szej części, i scenę końcową z ”Fausta” Goethego w swej drugiej części. Natomiast dodam jeszcze ,że jego II Symfonia zwie się symfonią Rezurekcyjną (Aufersteh’n) ze względu na użyty tekst w finale, będący kompilacją dawnego hymnu kościelnego Klopstocka z fin-de-sieciową przeróbką samego Mahlera. Zdanie główne finału brzmi tak : nalezy ”umrzeć aby zyć”- Mahler tutaj buduje ogromny klimat i nastrój muzyczny, co robi na słuchaczach ogromne niezapomniane wrażenie…Jest to rodzaj gigantrycznego ”katharsis”, które na pewno można porównać z przeżyciem religijnym. Co do dzieł innych kompozytorów dzieje się tak samo, nawet w odniesieniu do tych niektórych współczesnych.

    Z. K. – Bardzo to interesujące! – Często wymieniasz tutaj swego idola Mahlera, wspominasz w kontekście tej wybitnej muzyki ”śmierci i wieczność” w twórczości… Czy są – a na pewno są, inni kompozytorzy, którzy przekazują słuchaczowi tego typu treści? – Ale też ważnym jest, co w tym samym kontekście można powiedzieć o naszych wybitnych kompozytorach światowej sławy? – Co sądzisz, jako znany w Dani muzykolog i publicysta, o muzyce Henryka Mikołaja Góreckiego i jednocześnie Jego rówieśnika wiekowego Krzysztofa Pendereckiego – o kompozytorach, którzy zaczynali od Awangardy i eksperymentu… W jakim stopniu ich muzyka zawiera kwestie poruszone w dysertacji Twej pracy doktorskiej, spoglądając na nich z dzisiejszego punktu widzenia, jako z okresu współczesności? – Czy są to dzieła jakoś bardziej interesujące i bardziej, że tak powiem, inteligentniejsze jak kompozytorów XVIII wieku, czy XIX wiecznych? – Zaryzykowałbym pogląd, że tamte dzieła były jakby w swej metafizyce na pewno bardziej religijne, podczas gdy te są być może bardziej socjologicznie zaangażowane, bo często pisane na zamówienia i na konkretne okazje. Chociaż Henryk Mikołaj Górecki, jak mi oznajmił w ”rozmowie artystycznej” już dawno nie pisze na zamówienia, a tylko to co nim samym powoduje, jako twórca niezależnym… Powiedz trochę o tych dwu osobowościach, jak i o samym fenomenie tych twórczości, które trwają w tak rozedrganym świecie.
    E. M. J. – Co się tyczy pierwszej części pytania, a mianowicie co do innych kompozytorów i ich treści kompozycyjnych – Jest ich wielu, i co jest tutaj znamienne, że wywodzą się z okresu 1890-1920. I tak można wymienić: Ryszarda Straussa (jego poemat symfoniczny ”Tod und Verklarung” czyli ”Śmierć i Zmartwychwstanie”), gdzie muzyka zarówno ”opisuje”, lub oddaje cały stan człowieka umierajacego, jak i ten stan, do którego ów umierający przenosi się po śmierci. Można wymienić jeszcze, jako przykład dalszy, Edwarda Elgara ( angielski kompozytor), który w tym samym czasie pisze dzieło ”The dream of Gerontius” (co znaczy ”Sen Geriontiusa, czyli starego człowieka), do tekstu kardynała Newmana. Ogromne wrażenie na mnie zrobiło dzieło ”Die Jakobsleiter” ( ”Drabina Jakubowa”) Schönberga, które w całości ”dzieje” się w zaświatach : Archanioł Gabriel przyjmuje tutaj dusze umarłych, i wysłuchawszy ich życiowych historii, każe im wracać na Ziemię, na jeszcze jedno życie. Tutaj jest taka moja dygresja – Otóz tylko jedna dusza, która powraca po wielokroć na Ziemię mająca tyle reinkarnacji, na pewno się już oczyściła do reszty! – Tylko ona ma prawo przeistoczyć się w coś innego – i to przeistoczenie można namacalnie doświadczyć przede wszystkim w muzyce, która w ułamku sekundy zmienia charakter i staje się ”niebiańska”…Natomiast zanim powiem o naszych kompozytorach, o ktrórych zapytujesz, wymienie tutaj Karłowicza, który pisze doprawdy wspaniałą muzykę o metafizycznych aspektach w ”Odwiecznych pieśniach”, składajace się z ”Pieśni o Wiekuistej Tęsknocie”, ”Piesni o Miłości i śmierci” oraz pieśni o ”Wszechbycie”- Ale do tej kolekcji śmiało można dodać jeszcze Skrjabina, który osiąga rozmiary gigantomani, bo jak wiadomo, zapewne miał on taki ciągły zamiar napisać tak zwane wielkie ”Misterium”- dzieło, które byłoby bardziej rytuałem niż muzyką, które miałoby być wykonane w specjalnie do tego celu zbudowanej świątyni usytuowanej gdzieś w Indiach, a którego wykonanie mogłoby doprowadzić do wielkich metafizycznych konsekwencji, kosmicznych zmian. Rodzaj muzycznej Apokalipsy, jak w swych dziełach plastycznych zrobił to Lebenstein czy w obrazach olejnych pokazał prof. Andrzej Strumiłło.
    Może teraz przejedę do drugiej części Twojego pytania, koncentrujące sięn a polskich kompozytorach współczesnych, takich jak Penderecki i Górecki. Tu muszę powiedzieċ, że Pendereckiego znałam kiedys osobiście, bo był moim nauczycielem w latach 1965-66, kiedy to studiowałam teorię muzyki w Państwowej Wyźszej Szkole Muzycznej w Krakowie. Był on już wtedy znanym kompozytorem i bardzo bałam się lekcji z nim (kompozycja i instrumentacja). Nie powiem, aby traktował mnie ”z pobłażaniem”, raczej dośċ ostro, podkreślając wciąż, że nie mam pojęcia, jak się pisze na smyczki. Rzeczywiście nie miałam, byłam przecież pianistką…No, ale jakoś przetrwałam ten rok, w następnym roku Penderecki miał wolne (chyba gdzieś podróżował) i dostałam innego nauczyciela, kobietę, p. Moszumańską-Nazar, i bardzo dobrze nam się razem pracowało. Jej się nie bałam. Jeszcze kiedy byłam w Polsce poznałam wybitne eksperymentalne utwory Pendereckiego, takie jak Tren pamięci Hiroszimy, który wsyzstkimi nami wsztrząsnął, znałam też jego Psalmy Dawidowe na chór (w tym czasie nie pisało się utworów o tematyce religijnej), a prawdziwą rewelacją była przecież Pasja wg. Św. Łukasza. Ten gatunek muzyczny nie był bowiem właściwie uprawiany od baroku, i do tego w komunistycznej Polsce – to dzieło zachwyciło wszystkich, jak on tam potrafił traktowaċ chóry! – Ile fascynujących efektów instrumentacyjnych. Było to dzieło, które jakby zatoczyło łuk ponad historią – wznowiło zapomniany, zdawało by się gatunek, a zrobiło to w tak nowoczesny sposób. Na dodatek miał kompozytor tą śmiałośċ, że napisał ogromne dzieło religijne, na dodatek na zamówienie Niemców (katedry w Münster), wtedy Niemcy to byli wciąż ci ”Niemcy okupacyjni”, to było jeszcze przed apelem polskich biskupów o wzajemne odpuszczanie sobie win. No więc była to rewelacja, ogromnie podziwialiśmy Pendereckiego za odwagę. Kiedy przyjechałam do Danii i zaczęłam studiowaċ muzykologię napisałm pierwszą swą pracę właśnie o tych eksperymentalnych utworach Pendereckiego, między innymi Anaklasis i Fluorescences. Wielokrotnie potem wracałam do tego utworu (tak jak i do Pasji) w moich zajęciach pedagogicznych. Jestem pewna, że znajomośċ w Danii muzyki Pendereckiego jest w związku z tym niemała – uczyłam tu bowiem na Uniwersytecie ponad 30 lat, i nie było rocznika adeptów historii muzyki, którzy nie zestkęliby się z muzyką Pendereckiego. A oni pracują teraz w Radiu, w gimnazjach, jako dziennikarze, więc niosą tą wiedzę dalej.
    Niestety, muszę przyznaċ, że adoptowanie się w nowym kraju – proces bardzo wyczerpujący psychicznie – oddaliło mnie od problematyki polskiej. Będąc uciekinierem politycznym, nie miałam bowiem możliwości utrzymywania kontaktów z krajem – nie jeździłam do Polski (bo nie mogłam), nie korespondowałam zludźmi (bo się bali pisaċ), po polsku mogłam tylko czytaċ to, co było wydawane na Zachodzie. Przez jakiś czas usiłowałam nadal pisac po polsku (wiersze, projekty powieści), ale w końcu i tego zaniechałam. Pamiętam ten dzień, keidy zdecydowałam sięn a pisanie wyłącznie po duńsku. Było to jak jakaś inicjacja, jakby nagle wielki ciężar spadł z moich bark.
    Tak więc nie śledziłam losu polskiej muzyki, i jak to znowu bywa obudziła mię ciekawośċ, co się dzieje w kraju (a stało się to po zmianie systemu, kiedy znowu mogłam jeździć do Polski, i kiedy dawni znajomi przypomnieli sobie o mnie). Ale było to jakby ”życie po życiu” – nie przeżyłam razem z ludźmi tych bardzo ważnych lat, nie bałam się podczas „stanu wojennego”, nie musiałam stawaċ po tej, czy innej stronie barykady”. Kiedy na nowo nawiązałam kontakty z Polską, zorientowałam się, że jest to zupełnie inny kraj, niż ten, z którego wyjechałam. Co mnie najbardziej zaskoczyło – to wielkia ekspansja kościoła i bardzo ostentacyjna religijnośċ większości ludzi. Pamiętaj, że byłam już naznaczona duńską ”dyskrecją religijną”, nie mogłam tak sobie spokojnie patrzeċ na demonstracyjne tłumy pielgrzymujące… Już tego nie rozumiałam, nie czułam. Dlatego nie czułam też tej potrzeby, która, być może, tylu kompozytorom polskim kazała pisać utwory religijne… Nie jestem w stanie ocenić, jaką rolę społeczną one spełniły. Nie wiem, co dla Polaków znaczyło Requiem Polskie Pendereckiego, dla mnie było to cofnięcie się wstecz kompozytora, który przestał być nowoczesny, a stał się eklektyczny. To tak, jakby ktoś go zaczarował przed 30 laty jako wielkiego reformatora, a zbudził się ona sam jako epigon. On pewnie tego tak nie odczuwa…Ale to są te chwile, w których czuję, że mam duńską duszę, która tylko gdzieś tam pamięta jej polską poprzedniczkę, tą, która „umarła” na emigracji. Ale muszę przyznaċ, że muzyka Pendereckiego nie jest mi obojętna – kilkakrotnie wykładałam na przykład o jego dziele Siedem bram Jerozolimy. Tak jak i wielokrotnie miałam wykłady na temat 3. Symfonii Góreckiego – zarówno dla Polaków (emigrantów) jak i dla Duńczyków. Dzieło to, jest tzw. ”młynem na moją wodę”, bo nie jest to Requiem, ani Pasja ani Te Deum, a właśnie symfonia. – Symfonia pełna treści metafizycznych, tych wielkich. To dzieło nie pozostawia nikogo obojętnym. Jest właśnie w sacrum, bo w ”dyskretny” sposób, nie jest liturgiczne, ale właśnie niesie ze sobą liturgię estetyczna tam wszędzie, gdzie go grają.
    Ostatnio wystawiono w Kopenhadze balet, pięknie wystawiony, bardzo nowoczesny, właśnie do muzyki 3. Symfonii Góreckiego. W drugim akcie przechodzi ona bez przerwy w Stabat Mater Szymanowskiego. To był dopiero utwór ,który mógł zaświadzać o tzw. ”kościele powszechnym” – ponad konfesje, uniwersalnym… I wszyscy, którzy to widzieli i słyszeli wyszli z teatru jako juz inni ludzie – bo jest to muzyka, która potrafi zmienić człowieka, potrafi – poprzez przeżycie tej ”żałoby”, o której mówi tekst użyty w symfonii, dać mu wiarę w opatrzność boską (niezależnie od tego, w jakiej świątyni tego Boga by się czciło)…
    Z. K. – Wybacz! – ale wciąż mnie interesuje technika przekazu myśli muzycznej, ten typ zmysłowości artystycznej, semantyka, lub pochodzenie… I nawet duchowość samego autora, pewnie i to wchodzi tutaj w rachubę, jego osobowość jako medium, na pewno odgrywa tutaj niebanalna rolę , bo przecież do napisania lub namalowania Apokalipsy trzeba wiedzy, nie tylko znajomości delalogu, ale przede wszystkim wiedzy Dwu Testamentów, czyli Biblii. A potem dopiero można to kompilować, zestawiać komponować.. .Powinienem tutaj pytać o te kwestię samych kompozytorów, ale jesteś muzykologiem – A więc, jak konkretnie ”przekazuje” się taki typ myśli i treści ”śmierć i wieczność” muzycznie, cały aranż odgrywa tu wielką rolę?
    E. M. J. : Muzyka, jak wiadomo, nie jest językiem semantycznym, jest ona – czy też boże być – językiem symbolicznym – chodzi tylko o to, aby ci, którzy mają odczytać przesłanie tej muzyki, potrafili w jakiś najlepszy sposób zrozumieć to, co zostało w tej muzyce, w jej treści, zakodowane i żeby łuchacze doznali wzruszenia… W okresie późnoromantycznym – bo tak ten symboliczny okres zwykło się nazywać w muzykologii – istnieje coś w rodzaju umownego języka tych zakodowanych treści, języka zrozumiałego dla publiczności – ale być może już nie całkiem jasnego dla odbiorcy tego dzisiejszego. W mojej pracy doktorskiej właśnie zajęłam się także rozszyfrowaniem tych kodów – Tych pozamuzycznych znaczeń ukrytych w specjcalnych zwrotach melodycznych, w harmonizacji, w instrumentacji, w użytym tempie czy fakturze… Różnego rodzaju zwroty ”treściowo walentne” wędrują w tym czasie od kompozytora do kompozytora – Czasami pochodzą one z oper (zwłaszcza z dzieł Wagnera) i ”niosą’ na sobie semantykę tekstu, nawet wtedy, gdy występują one bez tekstu, w muzyce symfonicznej. Poza tym pojawiają się pewne struktury, o wymowie ”jasnej” dla każdego, np.: marsze pogrzebowe w symfoniach, cytaty z sekwencji Dies Irae, która, jak wiadomo, jest częścią Reguiem, czyli mszy dla zmarłych – melodia, te poczatkowe kilka nut – tej sekwencji prawie zawsze oznaczają śmierć, gdy zacytowane są w muzyce symfonicznej. Albo także może być to użycie szczególnych instrumentów, np. tam-tam (wielki gong o bardzo niskim dźwięku) i te dżwieki stają się tym symbolem śmierci, gdziekolwiek i kiedykolwiek się pojawia. Są też dźwięki szczególne, np.: dzwonki krowie u Mahlera, które symbolizują ”samotność jednostki wobec wszechbytu”, albo imitacja śpiewu ptaków (jako symbol samotności w chwili śmierci).
    Niektóre tonacje zyskują piętno symboliczne (np. c-moll staje się symbolem nieubłagalności losu od czasu, kiedy to sam Beethowen użył jej w swej V Symfonii).
    Z. K . – Jakbym Cię zapytał jeszcze o inne treści w muzyce? – np. o filozofię, która w takich czy innych sztukach bierze jednak górę w miarę rozwijania się wiekami wyobraźni kompozytorów, twórców – Jakbyś schrakteryzowała to w kontekcie całej kultury? – Bo ja domniemam, jest tu przede wszystkim duży dług, jaki muzyka, i sztuka, tych czasów ma w stosunku do filozofii romantycznej, zwłaszcza w muzyce, jak się można domyślać w stosunku do romantyków niemieckich – Co jest też tutaj bardzo znamienne, bo stamtąd pochodzi wielu wybitnych kompozytorów, zwłaszca z okresu, w którym prowadziłaś swoje dociekliwe badania … I wydaje mi się, że chodzi tu w dużym stopniu o wpływ filozofii Schopenhauera, w której to filozofii muzykę traktuje się jako rodzaj poznania, bardziej adekwatnego,( co też tyczy się literatury,) niż to, które można wyrazić w języku dyskursywnym, jak i filozofii Nietzschego, o którym w ”rozmowie artystycznej” mówił bardzo ciekawie profesor Tadeusz Sławek z Uniwersytetu Śląskiego w treści mojej książki pt. ”MIEDZY LOGOS A MYTHOS”- On przepięknie tam powiedział o teorii słowa, i nie tylko o jego filozofii jako treści… Nietzsche jako myśliciel mający ogromny wpływ między innymi na kompozytorów epoki fin-de-sieclu miał ogromny posłuch w wielu dziedzinach sztuki…Co o tym sądzisz?
    E. M. J. Na pewno w epoce fin-de-sieclu wszystko to, co stworzył romantyzm rozwinęło sie niezwykle bujnie. Trzeba powiedzieć to jasno, że dzieła tego okresu uznaje się za ”wsteczne”, to znaczy ich kontynuujące tendencje z epoki poprzedniej, i był okres, od lat powojennych, do około końca lat 70-tych, kiedy tych kompozytorów wogóle się nie grywało. Pamiętam nawet, jak podczas moich studiów w Polsce, kiedy mieliśmy tak zwaną ”literaturę muzyczną” nasz profesor puścił jedną z pieśni Mahlera, jako przykład ”złego smaku” w muzyce. Teraz jest inaczej – takie dzieła ”metafizyczne” mają swój wielki renesans, mimo tych rozbieganych czasów, bo jakoś ”wygrzebuje” się coraz to nowych, a zapomnianych romantyków, zwanych neo-romantykami, nagrywa się, pisze o nich różne prace… W Danii w taki sposób odkryto na nowo Rueda Langgaarda, którego operę pod tytułem ”Antychryst” wykonano po raz pierwszy w 60 lat po jej napisaniu. To jest ważne! – Natomiast, kiedy analizowałam dzieła metafizyczne z poczatku XX wieku, to okazało się, że wiele z tych dzieł było bardzo nowatorskimi, może właśnie dlatego, że zajmowały się w swej tego typu treści bardzo oryginalną, a wtedy nową problematyką… I tak się np. rzecz miała ze wspomnianym już tu wcześniej utworem Schönberga, pt. ”Drabina Jakubowa” – Chcąc oddać właściwie klimat ”pozaziemski”, kompozytor zmuszony był eksperymentować, i okazało się, że to własnie w tym dziele użył on skali 12-tonowej, dodekafonicznej, którą ”odkrył” był sam dopiero jakieś 15 lat później, wyciagając ”Drabinę Jakubową” w latach 40-tych, ku własnemu zaskoczeniu oniemiał! – Dodam tutaj jeszcze, że bardzo ciekawym wątkiem, nazwę go ubocznym, w moich badaniach było odkrycie wielkiego wpływu, jaki na kulturę tego okresu miała teozofia, która była wtedy bardzo popularna, a od której potem wielu jej entuziastów odwróciło się. Dlatego też bardzo często – zapytywani o to w późniejszym czasie – ludzie, którzy entuzjazmowali się teozofią, bo już przed I wojna światową, zaprzeczali temu faktowi. I to jest też bardzo znamienne dla całej muzyki.
    Z. K. : Wybacz, ale chciałbym to wszystko troche podtrzymać, bo jest to nader ciekawe, i zapytać – jak się ta cała sprawa w tej teozofii przedstawia w stosunku do innych sztuk, które tak samo bujnie rozwineły się w okresie romantyzmu i poszły dalej, są różne kontrowersyjne opinie na te tematy – chodzi mi np. o sztuki plastyczne? – Można tu wspomnieć fakt, że wielu artystów różnych profesji spotykało sie z sobą, przyjaźniło i wymieniało różne poglądy, a było to nie bez wpływu na powstajace dzieła w różnych innych dziedzinach twórczych…Jest tajemnicą poliszynela, co warto tutaj powtórnie przywołać, (co zresztą badałś w swej pracy ), jako przykład, że np. Kandinski w pewnym okresie odszedł od malarstwa figuratywnego i zwrócił sie ku abstrakcji przyjaźniąc się z Schönbergiem – Tak było również z innymi, że to wszystko się jakoś z sobą przenikało…Może wspomnij o tym, gdyż jak już wspomniałaś wczesniej badałaś i ten problem – i wybacz, właśnie teraz przyszedł na to czas…
    E. M. J. – Wydaje mi się, że tutaj sprawa ta jest dużo lepiej zanalizowana, niż w przypadku muzyki. Istnieje bowiem bardzo dużo prac na temat wpływu np. okultyzmu na kształtowanie sie sztuki abstrakcyjnej, było też bardzo wiele wystaw poświęconych temu zagadnieniu. Sprawa duchowości w sztuce, to sprawa bardzo aktualna dzisiaj, i analizując dawnych mistrzów możemy wiele się tutaj nauczyć. Jak wspomniałam, zajmowałam się problematyką przyjaźni Kandińskiego z Schönbergiem w latach przed I wojna światową. Obaj artysci zafascynowani byli w tym czasie teozofią, i można orzec i zaryzykować tezę, że to właściwie ich interesy ”duchowe” doprowadziły do przełamania dawnych kanonów w sztuce. Masz rację – były to okresy, a w tym przypadku stan przyjaźni, w którym Kandinski odszedł od malarstwa figuratywnego i zwrócił się rzeczywiście ku abstrakcji, i kiedy Schonberg zblizył sie do atonalnosci i dodekafonii, zerwał jednoczesnie z harmoniką funkcyjną, która panowała w muzyce od czasów baroku – co jest paradoksalne! – ale było to nieuniknione, i nie bez wpływu na dzisiejsze dzieła, nie tylko muzyczne…
    Z. K. Zatem próbowano w różny sposób rozbijać to typowe sacrum w muzyce jakby ”we współ – w zespół” w innych dziedzinach sztuki, szukając na swój sposób wolnościowy nowych wyrazów wypowiedzi, co praktycznie wzmocniło, lub poszerzyło sferę profanum – Jak uważasz, czy sa tu jakieś przyczyny socjologiczne, może okresy zawirowań społecznych, wojen? – bo też należy zauważyć, że ostatnie stulecie, które już jest historią było bardzo krwawe w ruchy wolnościowe, itp. rzeczy z krwią…A jednocześnie był to okres wielkich eksperymentów technicznych i wynalazków. Praktycznie w tym ostatnim stuleciu powstało naajwięcej wynalazków, przeprowadzono rewolucję w sztukach plastycznych ; Dali, Piccaso – to samo ekspansywnie poszło w muzyce w Literaturze polskiej – Różewicz, inni – Ale powiedz co dzisiaj jest ważne w kulturze ?- Jak przysposabiać ludzi do pobierania sztuk wszelkich, skoro tak się oni śpieszą – sztuka ich zatrzymuje, a oni tego gestu wcale niechcą! – Jak tworzyć? – co robić, żeby zechcieli do tych, ongiś budowanych filharmoni na styl starozytnogrecki i rzymski, przychodzić – Przecież do tego trzeba też wiedzy!- A oni, ci nowi ludzie tego nie mają – Tylko wiedzę obrazkową, cybernetyczną i laserową – A tutaj świat, dwu kultur wyznaniowych, bije się o sposoby wyznawania wiary o religię i wartości senso stricte duchowe, których i tak, jeden czy drugi świat, nie zna dobrze, po przez to nawołuje się do walki fizycznej… Nie tak dawno jak wczoraj oglądałem oprogram TV na Discovery jak młodzi muzułmańscy terroryści uczą księgi Islamu, nie znając jej nawet w 20%, a jednak nawołują, oni niedouczeni, do walki zbrojnej i nienawiści ku kulturom chrześcijańskim, które już i tak bardzo są doświadczone, co zapisane jest w dziełach, dużo wczesniej!…Dodam,że Islam powstał w XI wieku, po chrześcijaństwie. – Co robić tutaj ze Sztuką? – Jak postepować z tymi zagrożeniami, o których wspomniałem?- Czy jest tutaj jakieś zadanie dla muzyki ? – Jak to jest? – Kiedyś Tadeusz Kantor powiedział mi, proszony o ”rozmowę artystyczna”, że ”tylko sztuka uratuje świat i tylko ona – i nie doczekaliśmy obaj do tego spotkania, żeby to rozwinął…Czas nieubłagany dziś na wiele więcej pozwala a jeżeli kiedyś- Tak? – Co sądzisz o tak stawianym tutaj kontekście zagrożeń dla świata, który potrzebuje sztuki z racji natury człowieka homo – sapiens, który nabył wyobraźnię w drodze ewolucji, żeby ją rozwijać wraz ze swoimi zainteresowaniami duchowymi?
    E. M. J. O tym, że tylko sztuka może zbawiċ świat mówiono już wielokrotnie, w bardzo wielu epokach. Jednak niestety, wszelkie zmiany dokopnywały się zawsze za pomocą przebytej przemocy. Ale wiemy też – co wydaje się prawie takie niesłychane – jak ludzie, poszczególne jednostki – potrafili przeżyć właśnie takie rzeczy za pomocą sztuki. Jak w więzieniach uczyli się wierszy, jak w obozach komponowali muzykę. Potrzeba sztuki, siła jaka może dać sztuka – to potrzeba ogólnoludzka. A każda ingerencja w swobodę wypowiedzi artystycznej, ingerencja z zewnątrz, to znak, że powinniśmy się mieć na baczności. Wszelkie działania władz totalitarnych rozpoznać można, nawet w zaczątku ich działań, po tym, że starają się narzucić wpierw sztuce jakiś własny konformizm… Bo w gruncie rzecy tacy mocodawcy społeczni boją się sztuki. Tak jak boją się i religii. Nawet te matoły typu Stalin czy Hitler odczuwali intuicyjnie, że jednostki intelektualne mogą im ”ucieċ” zarówno w szukę, jak i w religię. ”Die Gedanken sind frei!” – śpiewa bohater jednej z pieśni Mahlera, jeniec, więzień, ktoś oczekujący na stracenie. ”Mamo, nie płacz, nie. Niebios Przeczysta Królowo. Ty zawsze wspieraj mnie. Zdrowaś Mario”. Te słowa, wyryte w tynku celi śmierci w zakopiańskiej siedzibie Gestapo, zostały użyte przez Góreckiego w jego 3. Symfonii (w jej drugiej części). Słowa młodej dziewczyny, słowa, którymi być może żegnała się ona z tym światem, słowa zwrócone do matki rodzonej, i Matki Niebiańskiej – przerobił Górecki w wielką sztukę, oddając w ten sposób cześċ tej jednej młodej góralce, ale również wszystkim umęczonym, torturowanym i brutalnie zabitym ludziom całego świata. Tak oto przez sztukę sublimuje się to, co jest indywidualne do tego, co ogólne, jest siłą wielką, i tu wielka należy się kompozytorowi chwała… Wierzę też w to, że samo granie takiej właśnie muzyki, przepełnionej taką treścią, ma znaczenie wtórne w ogólnym rozrachunku.. Wierzyli w to twórcy minionego stulecia, wierzył Charles Ives, amerykański kompozytor, którego nikt za jego życia nie znał, a który dzisiaj uważany jest za prekursora nowej muzyki. Napisał kiedyś dzieło, nazwane Universal Symphony, nie dokończone zresztą, gigantycznych wprost rozmiarów. Miało ono byċ grane na wzgórzach i dolinach, w stosunkowo ”pustym” krajobrazie, bez słuchaczy, ”dla Kosmosu”. Wierzył bowiem, że taka muzyka może wpłynąc na losy ludzkości, nawet, jeźeli nikt jej nie słucha. W to samo wierzył i Skrjabin, oraz inni ”mistycy muzyczni”. Muzyka – nie tylko jako same katharsis – ale jako zdarzenie kosmiczne, jako ”harmonia sfer” – to jest wielka siła pojęciowa….Jako muzyk wierzę w istnienie muzycznego raju, gdzie zawsze będę mogła rozkoszowaċ się tą czy inną muzyką, którą sobie upodobałam za zycia doczesnego. A jest takich rajów pewnie więcej – bo jest na pewno raj dla malarzy, gdzie panują te kolory i te proporcje, które dla nich miały znaczenie, i musi być też raj dla poetów, gdzie aniołowie recytują najpiękniejsze i najgłębsze słowa w mocy twórczo-sprawczej… I gdzie się je rozumie, nawet, jak są cytowane w nieznanych dla nas językach. Bo dusza posługuje się językiem uniwersalnym, tak samo jak muzyka…
    Z. K. Dziękuję za taką a nie inną puentę Twych wypowiedzi w sferze muzyki i jej stanu poznawczego, która niesie nam wielkie uniesienia z aniołami nadzieję na dalszy byt. Dziękuję za wiadomości o zasadzie działania i rozumienia muzyki, z którą wszyscy prawdopodobnie się już rodzimy, o czym mówi Twoje ciekawe życie, na wskroś przepełnione pewnymi wątkami w niej samej psychologicznie umocowanymi…

  • O RADOŚCI I RYTMIE, MOJE ŻYCIE MALINOWE

    Rozmowa z wybitnym twórcą kompozytorem muzyki polskiej, wykładowcą kompozycji oraz profesorem Henrykiem Mikołajem Góreckim

    Zbigniew Kresowaty: Z wielkim szacunkiem przystępuję do rozmowy z Panem, ponieważ jako wybitny kompozytor zgodził się Pan pomówić o swoich kompozycjach jak również przytoczyć niektóre ważne aspekty i kwestie ze swojego bardzo ciekawego życia i odnieść się w treści do własnej egzystencji twórczej… Jest Pan dziś bardzo cenionym twórcą kompozytorem z ogromnym dorobkiem na skalę światową – do dziś powstało z goła ponad 70 utworów skomponowanych w różnych okolicznościach, czasem tworzonych w innych rozmaitych warunkach kompozycyjnych, utworów które weszły już do historii Klasyki Muzyki Polski… Jest Pan urodzony w 1933 roku w Czernicy k/Rybnika. Natomiast regularną naukę muzyki rozpoczął Pan w 1952 roku w Średniej Szkole Muzycznej w Rybniku. Następnie od roku 1955 zaczął studiować Pan kompozycję i partyturę w klasie znanego kompozytora Bolesława Szabelskiego w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej w Katowicach, uzyskując Dyplom z wyróżnieniem w 1960 roku. Wiadomo powszechnie jest, że już w Szkole Średniej Muzycznej komponował Pan muzykę. Czyli należy się domyślać, że ten mariaż z muzyką zaczął się nawet wcześniej a na poważnie rozpoczął się na studiach. W czasie studiów skomponował Pan kilkanaście może więcej utworów muzycznych…A po ukończeniu ich już bardzo wiele, bo wspomnę : w 1958 roku odbył się monofoniczny koncert młodego kompozytora Henryka Mikołaja Góreckiego, jako pierwszy tego rodzaju koncert w historii Śląskiej Uczelni Muzycznej. Przypomnijmy, że wykonano wówczas pięć Pańskich utworów, a wśród nich pierwszą wersję :”Pieśni o radości i rytmie” op. 7 oraz ciekawy Koncert na 5 instrumentów i kwartet smyczkowy op.11. Stąd Panie Profesorze pozwoliłem sobie tej naszej „rozmowie artystycznej” nadać też taki sugestywny tytuł, gdyż wiemy, że to co pierwsze jest najpiękniejsze, oprócz tego zawsze nas wspaniale charakteryzuje. jako tych skąd przychodzimy, co pozostaje zawsze na długo… A co do „Malinowych pieśni” – domniemać chyba należy, że to być może taka piękna wręcz dygresja do tego co powstawało po 80 roku, kiedy to zaczął się dla Pana inny nowy okres komponowania na Podhalu, po ciężkich przeżyciach, o czym nie omieszkamy, mam nadzieję Panie Profesorze za pana pozwoleniem tutaj wspomnieć…Może już teraz tak formalnie powrócę mimo wszystko do chronologii biograficznej Pańskiej osobowości, jeżeli Pan pozwoli…

    Henryk Mikołaj Górecki: – Tak, tak -Niech pan kontynuuje…

    – 2 –

    Z. K. – Oficjalnie zadebiutował Pan jeszcze w tym samym roku tzn. 1958 na II Międzynarodowym Festiwalu Muzyki Współczesnej „Warszawska Jesień”, gdzie wykonano : „Epitafium’op.12. No i dzięki temu wykonaniu zyskał Pan opinię, wśród krytyki muzycznej, jednego z najbardziej awangardowych dobrze zapowiadających się kompozytorów w Polsce. Przypomnijmy jeszcze raz, że Dyplom otrzymał Pan jako jedyny z wyróżnieniem. Można się było tylko domyślać i wierzyć, że późniejsze Pańskie losy muzyczne potoczą się rozwojowo w dobrym kierunku. Wspomnę, że już tego samego roku, czyli w 1960 r. Pańskie „Monologhi” op.16 zdobyły I Nagrodę Konkursu Młodych Kompozytorów ZKP, a podczas IV Festiwalu „Warszawska Jesień” ogromne zainteresowanie wzbudziło „Scontri” op. 17 wykonane w Państwowej Operze Narodowej w Warszawie. Natomiast w latach 1961 przebywał Pan już w Paryżu, kolebce Sztuk, gdzie „I Symfonia -1959” op.14 zdobyła I Nagrodę na II Międzynarodowym Biennale Muzyki Młodych. Od 1965 pracował Pan już w PWSM w Katowicach jako wykładowca, ucząc czytania partytur i kompozycji, a na stanowisku docenta w tejże placówce od roku 1972. O Pańskiej wybitnej twórczości wiele napisano. Wspomnimy też o Pańskich uczniach, dziś znanych kompozytorach. Ja natomiast pragnę w dalszej części oprzeć się najbardziej o Pańską „III Symfonię pieśni żałosnych”, która warto dodać stała się przebojem na całym świecie, krótko mówiąc „zawojowała” prawie wszystkie rynki muzyczne poza granicami kraju… Wracając jeszcze ,choć skrótowo, do Pańskiej sylwetki twórczej, trzeba przypomnieć także ,że pośród wielu zdobytych Nagród w różnych Konkursach i na Festiwalach muzycznych w Polsce i za granicą. W 1973 roku zdobył Pan I Nagrodę edycji Paryskiej Trybuny Kompozytorów UNESCO – Przytaczam tylko niektóre nagrody, a było później było jeszcze wiele innych nagród i uhonorowań nie tylko polskich…Wiadomo ,że piastował Pan funkcję rektora w Katowicach, co zostało tutaj juz wcześniej wspomniane… Jednakże dodam, co jest ważne, że w latach 1979 odszedł Pan z funkcji rektora i opuścił progi uczelni. Była to dla Pana na pewno bardzo trudna decyzja, ale i wielka determinacja ku własnej niezależności. Co takiego Panie Profesorze spowodowało, że zaniechał Pan działalności dydaktycznych ? – Mówiono, a jednocześnie też doszukiwano się w przyczynach nawet tego, że pozbawił się Pan tej funkcji ze względu na ówczesne szykany ze strony reżimu partyjnego. No!- Ale sztuka jest niezależna i jest albo dobra albo zła, i wszelkie stany polityczne nie mają tutaj nic do znaczenia – Pan od wtedy komponował więcej tyle ,że już w innej rzeczywistości i w innych warunkach, o czym mam
    nadzieję wspomnimy…Trzeba też wiedzieć, że w roku 1994 Uniwersytet Warszawski przyznał Panu tytuł doktora honoris causa, był Pan już wtedy bardzo uznanym twórcą…Na pewno też nie popełnię tu żadnego błędu jak dopowiem, że odejście Pana, z funkcji Uczelni w Katowicach, wiązało się jednocześnie z próbą poświęcenia się tylko i wyłącznie muzyce…Powstał
    – 3 –

    później utwór pt. „Lerche” na klarnet i inne instrumenty towarzyszące, o ile mi wiadomo chyba za granicą? – Czy może Pan jakoś ustosunkować się do tak pojemnego wstępu? – Czy rzeczywiście zaistniały wtedy jakieś konkretne – takie czy inne przyczyny? – Jakie? – Na pewno zaczął się wtedy całkiem nowy okres dla Pana twórczości i dalszej egzystencji kompozytorskiej?

    H. M. G. : Tak! – Co do moich początków – Istotnie tak było! – komponowałem wcześnie, bo już w Średniej Szkole Muzycznej miałem już wtedy pomysły, z czego zachowało mi się trochę partytur… Natomiast jeżeli chodzi o moje samo odejście z PWSM w Katowicach w roku 1979, trzeba wiedzieć, co ważne! – że to ja sam podjąłem tę decyzję, i sam odszedłem z rektorowania i wykładania dobrowolnie! – Nikt mnie nie pozbawiał tej funkcji, natomiast zaistniały różne inne sprawy, które w jakiś sposób może przyczyniły się do tej mojej decyzji – może i nie? – Powiedziałem, wtedy, że odchodzę i koniec. Stało się to co się stało – zrezygnowałem… Po prostu, ja przestałem się już wtedy pedagogiką czynnie zajmować, tylko zająłem się własną kompozycją, a pewnie dlatego także, że uświadomiłem sobie pewne rzeczy jakie się dzieją wokół rodzimej uczelni i uznałem, że to najlepszy czas, i trzeba zająć się na poważnie własną twórczością i osobą. Ale przyznam, że wystąpiły wtedy różne jeszcze inne okoliczności, które także wpłynęły na tę moją decyzję odejścia z funkcji, a dalsza ich geneza co się jeszcze może tego tyczyć jest taka, że w 1978 roku wiosną ówczesny kardynał Karol Wojtyła, zanim jeszcze został wybrany na Papieża w tym samym roku, zwrócił się do mnie, czy ja bym mógł napisać coś na przypadające uroczystości 900 – lecia śmierci Św. Stanisława, które będą obchodzone w Krakowie. Zamówienie wówczas przyjąłem, tylko nie zabrałem się tak zaraz do roboty z kilku takich czy innych powodów…Proszę pana, jak ja to mówię zawsze w takich momentach ; nie lubię takich pozytywnych postaci czy bohaterów! – No bo jak pozytywny – no to co o nim pisać?! ( tutaj profesor mocno śmieje się… ) – Dodam też, że takie same podobne zlecenie i zdarzenie
    miało miejsce dużo wcześniej ,bo jak dobrze pamiętam w roku 1972 , miałem zmierzyć się z inną ważną historyczną postacią, a chodzi mianowicie o Mikołaja Kopernika, o czym przy tej okazji muszę wspomnieć także – Rany Boskie! – co pisać o takich postaciach? – o Koperniku? – kiedy już wszystko o nich przecież napisano… Propozycja napisania muzyki padła od reżysera filmu Krzysztofa Zanussiego. Ale niestety! – później obaj zrezygnowaliśmy ze współpracy, bo to trwało za długo… Sprawy zamówienia nie zawsze mogą być zrealizowane…A on zwrócił mi uwagę kiedyś na profesora Hellera, i tak żeśmy w tym miejscu sobie „pogadali”- ja orzekłem w rozmowie, w dobrym tego słowa znaczeniu, że wcale to takie pozytywne odkrycie ten nasz Mikołaj Kopernik nie był, bo przecież zawalił wszystko! – To odkrycie zburzyło jakby całą budowlę, i na nowo w świecie ustanowiło całe myślenie, gdyż cała konstrukcja umieszczenia
    – 4 –

    człowieka we wszechświecie stała się już inna… A więc o tym na pewno tutaj należałoby wtedy pisać…Myśmy jako Polacy mieli wtedy przekonanie, że jesteśmy w centrum zainteresowania – ba! – że wszystko się wokół nas kręci jak u naszego Kopernika – A teraz? – to kim my, tak na prawdę, jesteśmy? – Natomiast wracając, ja po wielu spotkaniach z Zanussim, i kilku przemyśleniach zdecydowałem – Nie! – nie będę pisał… No!- i teraz znów powrócę do, tego mego podjęcia się skomponowania, utworu o Świętym Stanisławie na 900 lecie obchodów śmierci w 10070 roku Biskupa, który został ścięty przez Króla Polski Bolesława Śmiałego Na Skałce – To też historyczna, i jak wiemy na pewno, pozytywna, postać o której wszystko już napisano…Przyszedł 16 październik 1978 roku, kiedy to właśnie metropolitę krakowskiego, zamawiającego tę kompozycję u mnie, jeszcze nie tak dawno kardynała Karola Wojtyłę, wybrano na Stolicę Piotrową…Powiedziałem sobie, że biskupowi jeszcze można było odmówić, ale już teraz Papieżowi nie wypada – a przyznam, że wcześniej trochę wahałem się z różnych powodów – Nie!– nie mogę już teraz, powiedziałem tu sobie, bo Ojcu Świętemu się nie odmawia… Wziąłem się do pracy i zacząłem biegać, grzebać, szperać, szukać po bibliotekach i w różnych innych materiałach odnośnie tej postaci. Powiem panu – jest takie piękne zdanie a pochodzące od innego Stanisława czyli Wyspiańskiego, który pisząc kiedyś o tym samym świętym uświadamia nam, że zarówno św. Stanisław jak i Bolesław Śmiały to były dwie wielkie piękne osobowości i szkoda, że stało się to co się stało, a w metaforze On powiedział, że : „ani ten nie był taki święty, ani ten drugi taki okrutny”…Po prostu – Ot!- trafił swój na swego! – I rzeczywiście ja szukając stwierdziłem, że bardzo dużo jest na temat św. Stanisława materiału, ale w takim kontekście porównawczym mało. A powiem, że szukałem wszędzie o tych obu postaciach, i chcąc coś napisać – musiałem przecież, a trzeba było, co jest ważne w każdej kompozycji, skonfrontować się z całą literaturą na temat… Natomiast gdy Kuria ogłosiła skład Komitetu Obchodów 900- lecia śmierci św. Stanisława, do którego i mnie powołano z racji, że podjąłem się napisać ten „kawałek”, mówiąc tutaj językiem muzycznym, zaczęły się za jakiś czas pierwsze szykany, jakieś podchody, i te „pieski partyjne” zaczęły węszyć, latać koło mnie, nachodzić, i podpytywać…Przyszedł kiedyś taki jeden do mnie do Rektoratu, i zaczął rozpytywać, sugerować, coś narzucać, odganiać od zamiaru komponowania w te słowa : „no chyba Pan nic nie pisze na to 900 lecie św. Stanisława?…”, itd., .Odpowiedziałem :”będę pisać i na 1000 lecie, jak tylko dożyję…” – Potem nastąpiły te całe dalsze bzdury, doszło do różnych takich przepychanek, byłem nawet wykreślony…I wtedy sam sobie mocno już jasno powiedziałem : koniec! – A było to w czasie, gdy Wyższa Szkoła Muzyczna w Katowicach w 1979 roku świętowała swoje 40 lecie założenia, jako najstarsza uczelnia na Śląsku. W efekcie tej decyzji, już pierwszego maja tego roku, pożegnałem się z PWSM na zawsze… I zaraz niedługo poddałem się, jak się
    – 5 –

    okazało, groźnej operacji, gdzie uratowano mi życie, bo wisiało ono na włosku, dlatego zaraz po powrocie, gdy poczułem się lepiej skomponowałem utwór : „Beatus Vir”- 1979, na baryton solo i chór mieszany z orkiestrę na zamówienie kardynała Wojtyły złożone wcześniej, co w efekcie zostało mu także oficjalnie dedykowane z okazji wyboru na Papieża. Co się tyczy „Lerche”, równie powstał w tym samym roku, jako taki niepisany dowód wdzięczności za uratowane mi życie, które jak już wspomniałem ocalono, i że jestem jakby na takim nowiu, z perspektywą i świadomością o możliwości dalszego komponowania…A wiele powstało od tamtego czasu kompozycji, po tym przełomie, naprawdę bardzo wiele, za co jestem wdzięczny Bogu, rodzinie i przyjaciołom…

    Z. K. – I przyjechał Pan tutaj na Podhale w 1979 roku, żeby osiedlić się 5 km. do Zakopanego? – Przybył Pan do górali na Podhale, a później do tej pięknej uroczej wsi, bo „ta piękna wieś leży jako jedyna w Polsce, a być może na tym świecie, najwyżej Boga” – powtarzam za tym, jak Pan to oświadczył, gdzieś w jakiejś publicznej wypowiedzi, zainteresowanym – Tak? – Być może prowokuję Panie Profesorze, ale jakieś ziarenko prawdy tu chyba jest, nie ujawniam bez Pana pozwolenia nazwy tej pięknej wioski! Ale co do tego miejsca właściwego tak wielkiemu artyście dodam metaforycznie, że tyczy się to chyba głównie Pańskiej muzyki, która lepiej będzie tu sobie odbierana i wynoszona ku górom wprost do Boga i bezpośrednio brzmieć ku niebiosom… Poza tym, z góry widok lepszy dla samego komponowania (?)…Mieszka Pan już tutaj ponad 25 lat? – chociaż, jak Pan dodaje, kilka lat zamieszkiwał gdzieś stąd niedaleko. Jest Pan
    zżyty z góralami, z wieloma osobowościami tego regionu i miejsca od lat. Rozmawia Pan po góralsku? – Jak to było z tym prawdziwym szukaniem swego miejsca na ziemi?

    H. M. G. – Tutaj rzeczywiście przyjechałem w roku 79-tym. To prawda, że jest to wioska, którą bardzo kocham i najwyżej położona w Polsce! – A to, że ja już w 58 roku marzyłem i zdecydowałem się tutaj na Podhalu zamieszkać, jest taką moją ukrywana wtedy od lat zrealizowaną tęsknotą(?) – Wiem dziś o tym, że powinienem już dużo wcześniej tutaj właśnie osiąść z moimi kompozycjami i pomysłami zamieszkać…Owszem – wpierw mieszkałem gdzieindziej, ale tutaj blisko. Różne sprawy, o których już wspomniałem związane z uczelnią i inne osobiste i zdrowotne, nawet być może głównie te spowodowały, że nie mogłem z mego Rybnika dotrzeć tu wcześniej…A Podhale -Tatry to przecież blisko Śląska, który dalej bardzo kocham… To byłby taki komentarz na temat roku 1979 – go, gdy byłem już taki daleki od Akademii, i śródmiejskiego środowiska.

    Z. K. Zaczynał Pan tworzyć i komponować tak jakby w jednym okresie z panem Krzysztofem Pendereckim ? – Był to czas awangardy polskiej, która
    – 6 –

    okazywała swego rodzaju bunt przeciw panującemu systemowi, w przebijaniu się przez mur obozu komunistycznego, chcąc wejść w jakiś sposób chociaż do kultury środkowo-europejskiej, a działo się to w wielu dziedzinach sztuki… Trzeba zauważyć, że wtedy obaj Panowie najbardziej w latach 62-70 i dalej, już wchodzący do historii muzyki, eksperymentowali i poszukiwali na swoich odrębnych inspiracjach i działali niezależnie ku nowym wypowiedziom muzycznym, uczestnicząc czynnie w wielu Konkursach i Festiwalach… Co się tyczy samej muzyki, która powstawała tutaj odrębnie i niezależnie, dawało się zauważyć czasem jakby podobne elementy w kwestii użycia całkiem nowych instrumentacji jako już muzyki nowoczesnej poważnej.. Każdy dotykał czegoś oryginalnego, własnego i starał się być niepowtarzalny…Było w tym wszystkim trochę różnych opinii krytycznych pozytywnych lub mniej ważnych – Zaryzykuję tutaj, taki kontekst już leżący w perspektywie czasu, że Penderecki w tym eksperymencie jakby pozostał dłużej, co ma swoje odzwierciedlenie dzisiaj i dalej chyba trwa (?), a Pan przeszedł, swoją drogą, do muzyki bardziej kontemplacyjnej, nawet bardziej osobistej, ponieważ mniej pisał Pan już na zamówienia, a te kontemplacje uwidocznione są chyba najbardziej w samej III Symfonii, która – kto wie? – czy nie jest taką klamrą spinającą szerzej Pańskie, nazwę to, „twórstwo”. Pańską „III Symfonię pieśni żałosnych” grano także za oceanem w każdym sklepie muzycznym, jak wspomniałem, na równi z różnymi przebojami rozrywkowymi – Co Pan na to Panie Profesorze ? – Być może Pan zechce pokusić się o charakterystykę tych dwu odrębnych twórczości? – Co Pan sądzi, już tak patrząc z perspektywy czasu, o muzyce i dorobku kompozytora Krzysztofa Pendereckiego, o ile wolno spytać?

    H. M. G. Z Krzysztofem Pendereckim znamy się i zdradzę, że jesteśmy nawet ten sam rocznik! – On w Krakowie – ja na Śląsku. I powiem paradoksalnie, że niby blisko do siebie Śląsk – Kraków, ale jest to bardzo daleko proszę pana, bardzo daleko… Ja teraz dopiero, po tych wielu latach tworzenia tak naturalnie z dystansu widzę tutaj pewne rzeczy po przez całą historię rozwoju kulturalnego i w szkolnictwie wyższym na Śląsku…I patrzę jak to się układało w perspektywie historii i przed II wojną, a to tylko ok./80 kilometrów do Krakowa, ważne jest tutaj nawet i to, że wcześniej był to inny zabór, dużo tutaj wnieśli Austriacy – Galicja, dlatego twierdzę, że to jeszcze o wiele bardziej daleko…Jeżeli idzie natomiast o Krzysztofa, jest wiadomo, że my obaj tworzymy w innych obciach całkiem niezależnie – On sobie – ja sobie. Tak najogólniej można to określić… On ma swoje zainteresowania i dokonania – ja mam swoje na pewno inne, te nasze metafizyki i pojemności wbrew pozorom, są odrębne zupełnie…I to jest na pewno jasne! – Co jeszcze do „III Symfonii pieśni żałosnych” – jest to utwór komponowany w połowie lat 70-tych ! – Tutaj pan wspomina o popularności tych pieśni żałosnych za oceanem, a ja wręcz uważam, że to chyba taki wirus,
    – 7 –

    który na jakiś czas opanował rynek muzyczny, i podchodzę do tego z dystansem i dużą rezerwą…Myśmy obaj sobie krzywdy nigdy nie zrobili i w drogę nie wchodzili, i tak jest teraz…Czy On mnie lubi? – i czy ja jego lubię – to na prawdę nie jest takie ważne! – On robi swoje – ja robię swoje. Ja mam takie widzenie świata – on natomiast ma takie, lub inne widzenie. Może to się komuś tu nie podobać, lub podobać…Ktoś powie, że z dzisiejszego punktu widzenia On ma lepsze spojrzenie niż ja. Ale znajdzie się zaraz inny co powie odwrotnie…Sztuka ma swoje prawa! – Pamiętam, kiedyś Premier Buzek powiedział mi na jakimś spotkaniu ; „Pan to nie dba o swój marketing” – pomyślałem sobie wtedy – ale po cholerę mi to dodatkowe zajęcie! – Ja nikogo nie będę zmuszał, żeby słuchał mojej muzyki, i nie będę zabiegał o słuszność moją…Mnie też nikt nie zmusza, żeby czytać Herberta czy Różewicza albo Miłosza. Bo może pan sobie myśli, albo czeka, że powiem za mało – albo powiem coś za dużo – Nie! -Ja Krzysztofa szanuję i cenię, i niech każdy z nas dalej robi swoje – to czas nas oceni …

    Z. K . Zaiste Panie Henryku, jest Pan bardzo skromnym, a po przez to bardzo, proszę wybaczyć, że pozwalam sobie na ocenę, szlachetnym – A jest to godne na pewno Pańskiej wielkości, obojętnie co Pan za chwilę powie – Zatem proszę pozwolić pobyć jeszcze z III Symfonią, choćby po to, żeby częściowo chociaż trochę tej kompozycji przybliżyć treść i wagę, naszym czytelnikom, jako jeden z
    tych najbardziej chyba znanych na świecie Pańskich utworów… Jest to utwór przepiękny złożony z trzech części, rozrastający się w swej metaforze, za słowem śpiewanym w sopranie i dodać należy, że skonstruowany z ogromnym i głęboko idącym przemyśleniem, tyczący się dziejów na dużej przestrzeni wręcz historycznej, o pojęciowości najbliższej sacrum, ale utwór przebiegający w swej kreacji w stosunku do aktu macierzyństwa, gloryfikujący Marię Matką Bożą do której w dziejach naszych ciężkich uciekaliśmy się zawsze jako Naród, i jako osoby bardzo prywatnie… Użyty został tu jak wspomniałem tekst, który ongiś pod czas okupacji wydrapany został na ścianie celi więziennej, przez więzioną tam młodą dziewczynę w budynku Gestapo w Zakopanem, która mając pełną świadomość, że za chwilę zginie powtarzała go wydrapując takie oto słowa :
    ” Mamo nie płacz, nie… Niebios Tyś Jasna Królowo. Ty zawsze bronisz mnie. Zdrowaś Maryjo…” – Jest to jak się czuje połączenie kultu maryjnego ze stanem macierzyńskim docześnie, takie oddanie się pod opiekę wyższej sile, jaką jest Pocieszycielka Matka Boska, ale i nadzieja… Może zechce Pan odnieść się do tej kwestii i wspomnieć jaka właściwie myśl przewodnia wtedy wiele lat wstecz świeciła Pańskiemu zamysłowi, jako całości tej III Symfonii, bo jest to bardzo rozłożone w czasie antropologicznie, przecież w I części jest użyty tekst z czasu średniowiecza pt. „Lament świętokrzyski”, czyli równie element bólu, albo i rozpaczy ustatecznionej pod krzyżem, taka gloria cierpienia (?), i wszechobecny dramat, w nierozerwalnym związku co do syna, który to kontekst jest bardzo
    – 8 –

    piękne i szlachetne przebiegający tutaj, jeżeli idzie o zbawienie, także w takim kokonie nadziei ku pozostaniu u Boga, co zapewne w ostatku daje radość ,że będzie to nagrodzone…Proszę wybaczyć, że powiem od siebie ,że jest to takie katharsis cierpienia, gdyż w III części jest również użyty lament matki nad zaginionym synem w powstaniu śląskim(?). Czyli najogólniej w/g mnie jako laika i odbiorcy, któremu szalenie się podoba III Symfonia, jest to taka PIETA,
    a nazwałbym zupełnie prywatnie ten utwór tryptykiem z Pietą. Czy może Pan pokusić się o scharakteryzowanie pojęciowości i zawartości merytorycznej tego utworu, już z perspektywy czasu? – Jakie przesłanie skłania tutaj kompozytora, do stworzenia tak głębokiego i szeroko pojętego w swoim znaczeniu dzieła, już jakby w takich nowych współczesnych, a co za tym idzie innych i nowych warunkach?- Co wtedy wpłynęło na skomponowanie tego dzieła? – Bo też chcę pokazać Panu w katalogu wybitnego malarza Jurka Kapłańskiego, zresztą mego przyjaciela, i widzi pan tutaj „Pietę”, którą on namalował, jakby w tej starej formie, a wykonanej „starą szkolą” w szkole : rubensowskiej, niderlandzkiej, flamandzkiej? – Pieta ta została, jak już wspomniałem, namalowana pod wpływem wejścia wojsk amerykańskich do Iraku, gdzie matka iracka ubrana w czerń trzyma na kolanach martwe nagie ciało żołnierza, którego zwrócono jej w trakcie działań wojennych… Co Pan sądzi o takich działaniach artystycznych? –
    Jest Pan kompozytorem patrzącym jakby dalekowzrocznie, dziejowo, wręcz przestrzennie ? – Jest Pan kompozytorem, który przywraca człowiekowi : naturę godności, czucie, obowiązek chwili i wszystko co mieści się w samym słowie sanktuarium. Bo człowiek jest takim małym sanktuarium, tylko już dawno zapomniał o tym.

    H. M. G. Co się tyczy słów, o których pan mówi i osoby dziewczyny za przyczyną której padają owe słowa w „III Symfonii pieśni żałosnych” – Tę młodą osobę, co jest pewne, autentycznie zaaresztowano, jak się później dowiedziałem w Gorcach. A skoryguję pana, bo słowa które użyłem brzmią w swej końcówce m. innymi tak : „…Niebios Przeczysta Tyś Królowo” – Tak!- to ona wyryła te słowa na ścianie w celi, w której ją uwięziono…To było na tej trzeciej ścianie, w trzeciej celi. Ja, rzecz jasna bardzo mocno się interesowałem genezą i historią tej osoby i całego zdarzenia, zanim napisałem ten utwór. No i powiem, że całkiem przypadkiem to znalazłem, ponieważ zbieram różne takie wydawnictwa, różne książki i znalazłem. Odwiedziłem to miejsce…Dziś wiem, że ta cela została zniszczona, bo ktoś w ramach prywatyzacji kupił ten budynek, zamalował …Ale jest jeszcze fotografia z tej celi – Proszę sobie wyobrazić tę dramatyczną scenę – ona nam się tak samo wyrywa we wnętrzu jak ten napis, w tamtym podłym czasie na ścianie, trzeba tylko dobrze w to wejść – ale to jest niesamowite! – Jest do tego moja, taka metafizyczna, wypowiedź…Kiedyś, dwa, trzy razy czasem, w tygodniu, przejeżdżałem przez Wadowice, i jakieś kilka lat
    – 9 –

    temu – może pięć? – spotkałem tam doktora Wincentego Galicę – och, to już dziś jest staruszek – 92 lata lekarz, który opiekuje się duchowo tym budynkiem, i po rozmowie on właśnie dostarczył mi życiorys tej właśnie młodej Wandy Heleny Błażuziakówny a dodam, że przez 50 lat przez Wadowice z żoną, z rodziną, jeździliśmy a ja nie wiedziałem, że Ona tam właśnie mieszkała i żyła…Pytano mnie, detektywi dziennikarze podpytywali, czy mogą szukać Jej rodziny? – Ja powiedziałem: szukajcie! – Myślałem, że urwał się trop na tej celi, że jej nie ma, zginęła? – i kamień w wodę…A ona sobie żyła, pracowała w jakimś biurze, i nawet była szykanowana za komuny – Ale była jak wiem, przyzwoitą osobą, i zmarła zupełnie nie tak dawno. Natomiast córka Jej żyje w Szczawnicy – jak się nie mylę? – Przyznam się, że nie spotkałem się z nią jeszcze. Wiem o Wandzie Helenie Błażuziakównie wszystko, udało mi się dostać, na ksero jej niektóre dokumenty: legitymacje, listy, jakieś papiery, życiorys, itp. rzeczy…Powiem, że ciekawe jest to, że ten fragment, ani to psalm – ani nic podobnego – jest takim wyrywkiem z „Pieśni Orląt Lwowskich” Jurka Biczana. Dodam tutaj, że jak już III Symfonia poszła echem po Polsce, to różni ludzie, w tym i lwowiacy, i inni przysyłali mi różne teksty, i melodie, gdzie ten fragment brzmiący „Mamo nie płacz…itd.” jest umieszczony. Kontynuując wątek osobowy tej młodej dziewki jest ważne to, że była w przedwojennym harcerstwie. I tak, żeśmy się wcześniej
    zastanawiali, czy myśmy się gdzieś razem już nie spotkali ? – Albo ona cicho siedziała, albo nic nie wiedziała o mnie, lub nie chciała…No i powiem panu, że wybieramy się z żoną do tej Jej córki…W każdym bądź razie to historia super! – Taka przepiękna historia! – bo ona została zwolniona, a siedziała miesiąc tu w Pałacu zakopiańskim… Co się tyczy III części Symfonii – jest to Śląsk!- Całość utworu to forma trzech pieśni żałosnych : lament świętokrzyski – czyli matka do syna, dalej jest córka do matki, i znowu w trzeciej części opolska pieśń ludowa z czasów Powstań Śląskich, jest to boleść matki opłakującej syna. Ogólnie rzecz biorąc, w największym skrócie, przebiega to tak ; matka z synem, córka z matką, matka z synem – Forma uważam piękna trzyczęściowa! – No, i gdy już pojawiła się taka właśnie jak określiłem, trzeba było usiąść i pisać i dość dużo dumać…No i z tym, że jeszcze miałem trochę ułatwione zadanie, że ta III część Symfonii, to jest taka przepiękna pieśń ludowa „Kaj ze mi sie podzioł mój synecek…” pochodząca z opolskiego. A więc tutaj w tej jednej pieśni już była melodia i tekst, a teraz tylko musiałem jeszcze pomyśleć nad tym co zrobić z tym dalej, potoczyło się to tak jakoś samo, jeżeli idzie właśnie o trzecią część zamykająca całość…I to jest historia tylko tej jednej Symfonii! – Zatem widzi Pan, czego tak na prawdę potrzeba, i ile trzeba poszukiwań i rzeczy z autopsji , z historii, popartych wiedzą, żeby powstał taki czy inny prawdziwy utwór…Ja uważam, że zawsze tak powinno być – musi zaistnieć takie oparcie na osobnym właściwym sobie fundamencie…I wcale nie wymądrzając się, rzeczą jasną jest potrzeba : szukać, wartościować i mocno myśleć… To jest tylko jedno z moich

    – 10 –

    dzieci, a przecież wszystkie kompozycje są moje i żadnego się nie wyprę, a żyją one już swoim życiem , a ja wszystkie je kocham tak samo…

    Z. K . Jak Pan dziś, z perspektywy czasu, patrzy na to dzieło, na czas który w latach 70-tych je wykreował? – No bo historia, np. tej dziewczyny, kończy się jednak happy – endem, a więc nie jest to zdramatyzowane aż tak do końca… A może jakoś inaczej dziś spojrzałby Pan, chociażby na tę Symfonię? – No i pragnę, żeby Pan ustosunkował się co samego „tworzenia”, tego co idzie z autopsji z wiedzy także w innych profesjach, chodzi mi o : malarstwo, rzeźbę ,a wracając przypomnę, pokazywałem album artysty, który posługuje się „starą szkołą” i formą – szło tu o Pietę. Artysta jednocześnie odnosi się do czasu nowego i własnego jako życia jego egzystencji, a tym samym jako do samego siebie. Przypomnę – „Pieta” Jego powstała w czasie wejścia wojsk do Iraku artysta przeżył to po nowemu…Co Pan na takie identyfikacje ? – Nawiasem mówiąc dodam, że nastała dziś moda np. w literaturze na jakieś dziwne tworzenie. Dziś, jak dostrzegają krytycy, pisze się o tym, że nie można już niczego napisać, i właśnie dlatego pisze się, o tej sprawie niemożności : pisze się scenariusz na sztukę, pisze się wiersz, prozę…Moda na tworzenie czegoś, czego już nie da się tworzyć dalej – Taki postmodernistyczny konceptualizm? –
    Czy może się Pan, jako autorytet twórczy dzisiejszych czasów, odnieść i do tej kwestii?

    H.M. G – To co Pan uzmysławia i pokazuje jest na pewno piękne, być może mało tutaj jest o samym artyście, bo to tylko jeden album a żywych obrazów nie widziałem, ale przyznam się, że jakby więcej niewątpliwie widzę w malarstwie Jerzego Dudy- Gracza, mego dobrego znajomego – Ale to inny kontekst, bo bardziej poznałem Jego sztukę… Jego „Droga Krzyżowa” bardzo mi odpowiada, te różne znajome twarze na płótnach i Jego sylwetka jakby najbardziej biernie uczestnicząca i obecna w całym tym misterium tworzenia i dziania się… Jest tu dużo maszkalarstwa, jak w życiu, i prześmiewania się z naszych obyczajów i czasów, bywa że artysta ten nawet pokazuje w innych swoich obrazach tych obyczajnych, nasze rubaszne i często groteskowe wnętrza…A jak pan widzi, zaczęło się go doceniać teraz po Jego odejściu, i jest tak jak to zawsze bywało w historii z artystami ważnymi… Spójrzmy też na innych współczesnych, choćby na to jak jest rozświetlona dziś metamorfoza Hasiora, który tutaj w Zakopanem działał, a po Jego śmierci to wszystko się rozświetliło jeszcze bardziej, niż te Jego chwilowe, ognie…Hasior, który stał się za życia jakby takim „wyrzutkiem”, po czasie katharsis jest dalej obecny, wszedł także do klasyki, jest oryginalny… Bo wcześniej w/g pierwszej krytyki mówiono, że to taki śmietnik i zbieractwo, ale tutaj sam czas zrobił więcej. Jak w każdej sztuce trzeba mieć to tzw. „Oko”,
    – 11 –

    żeby zestawić poszczególne elementy w całość, która zostanie na zawsze. – No! – i na pewno trzeba mieć tę zdolność wybierania z abstrakcji…Przywołuje pan tutaj żyjąca postać Szajny – a to jeszcze co innego – on żyje, i Jego oryginalność też i choćby z tego powodu nie będę tutaj rozciągał swej wypowiedzi, bo cała pojemność moich wypowiedzi jest ograniczona na tyle ile można. Ale wracając do sztuki Hasiora, doprawdy słynne są dziś te Jego wielkie sztandary i wielkie imponujące wręcz chorągwie, a wszystko co powstało w plastyce po nim to już jakby NIC. Natomiast dodać warto, że jedną rzeczą co po Dudzie – Graczu pozostało jest to, że był takim nadwornym, nieoszczędnym niesamowicie eleganckim wyśmiewcą, i jak każdy twórca widział to nasze bytowanie inaczej, także w tych pochodnych formach, które są uniwersalne, czyli niezbywalne – Poza tym Oni wszyscy, mający coś do powiedzenia, w owym czasie mogli zawsze przecież powyjeżdżać do Paryża, na te podwórka wielkiej sztuki, a patrz pan – zostali! – I tu należy się głęboko zastanowić – coś w tym jest!… Jest jakiś fenomen, który trzyma twórcę w swoim miejscu i nakazuje wiernie trwać. No, a co do siebie, jak już pan tutaj pyta : „jakbym ja dziś się odniósł do tych swoich pomysłów…” – Wie pan, na siebie dziś patrzę normalnie, ale może gdybym pisał dzisiaj te wszystkie rzeczy – to być może, czego nie jestem pewien, coś bym poprawił, coś dodał? –Tego nie wiem! – Ale chyba nie!- Nie! – na pewno nie.
    Wczoraj właśnie pół dnia mówiłem i przegadałem o samym podejściu do dzieła, bo ciągle się u nas wyśmiewa to co jest naturalne, ale nie tylko u nas w Polsce, a nawet opluwa się, jak się coś mówi w kwestii normy, dodaje się, że : to właśnie COŚ, takie ponad zewnętrzność ma wpływ na prawdziwą sztukę, na jej obecny prawdziwy kształt…Mówię sobie i zastanawiam się nad tym, że to chyba jakaś bzdura! – bo to co my niby tworzymy ma być takim gotowym niepodważalnym absolutem?!- Czasem mówi się i dewaguje, jakby takim modernistycznym pojęciem, że powinna to być, albo w tym jest : inteligencja dźwięku, lub inteligencja koloru jeżeli już mowa o malarstwie, inteligencja kształtu w rzeźbie, etc…A ja twierdzę, że to wszystko co robią artyści różnych innych profesji, to jest zaledwie jakiś komentarz, w cudzysłowie, do tego co danego artystę otacza i w czym on tkwi cały, jako osobne meritum – on, żywa i będąca „w potrzebie” serca istota…Przecież ja, jako kompozytor, w tej konkretnej rzeczywistości jestem obecny, na swoim miejscu, na kawałku podłogi, ziemi, i mieszkam w śród takich, a nie innych ludzi – Mam taką, a nie inną historię za sobą, i przed sobą tajemnicę, w tym czasie jestem obecny, który to czas w sposób naturalny wyeliminuje wszystko co powierzchowne, małostkowe i płaskie…Weźmy np. Czesław Miłosz, jest to „TO” właśnie! – Przecież Jego „Orfeusz i Eurydyka” to jeden z największych poematów, najbliższy akurat mnie. Jest to jeden z Jego największych poematów, jaki ukazał się w XX wieku! – Pierwszy raz, gdy to zobaczyłem – przeczytałem z pięć razy!. – Czytam szczególnie Miłosza, i wiem,

    – 12 –

    że te Jego niesamowite historie w Jego dziełach nie są zmyślone. Najważniejsze, że w tej twórczości nie znajdzie pan żadnego głupiego, nawet jednego, słowa, ani jakiegoś innego sztucznego zwrotu… Niby prosta forma budowy, ale jak drożna i tak wnikliwa! – To jeden wielki reportaż literacki z życia, napisany wspaniale w swoim czasie – Wielkie to jest! – Pełne wartości i nieocenione…
    Owszem pan mówi, że Miłosz był instytucją tam w Berkley – Tak! zgadzam się, bo wydawał i tłumaczył poezję polską i własną, tym samym stając się znanym dla świata, chociaż o wiele bardziej był tam chwalony Herbert, którego on wpierw tłumaczył w paryskiej „Kulturze”, potem jednak do niego za dokonania wszelkie przyszła Nagroda Nobla… Tak! – poznałem go wraz z żoną Karol, kiedyś lecieliśmy razem z Nowego Jorku w jednym samolocie, kilka lat wstecz. Patrzę wtedy – niektórzy podróżni coś jedzą, inni chrapią, a On cały sam z sobą, cały czas coś czyta i notuje – I podszedłem do Niego, rozpoznał mnie, i trochę porozmawialiśmy sobie, wtedy poznałem Jego żonę Karol. Napisałem do nich po powrocie list o „Piesku przydrożnym”, i potem dostaje list i poemat „Orfeusz i Eurydyka” z piękną i uroczą dedykacją…To wtedy bardzo wstrząsnęło mną – tak piękna poezja! –Ale w międzyczasie poznaliśmy panią, która wydała piękny album fotograficzny o Miłoszu. Pani Edyta Pap zgłosiła się przysyłając swój dobrze zrobiony album, pewnie Miłosz ją skierował (?)do nas. Wspaniała osóbka! – taka bezczelna, młoda , przedsiębiorcza, wiem że ten album przypadł do gustu Miłoszom. On bardzo ostatnio chorował, i po klinikach chodził, nawet do kliniki Andrzeja Szczeklika mego przyjaciela…Oj !- i miał, mnie odwiedzić – ale wiadomo choroba, nie zdążył rozchorował się bardzo- obiecał mi… A potem ta strasznie smutna historia, co do przepychanek odnośnie pogrzebu Noblisty, i bitwa o należny mu pochówek, szło oczywiście nie tylko o Jego stosunek do sfery kościoła czy o jego niezłomną postawę, a może bardziej o ” Traktat teologiczny”?- Okazało się, że postępowanie naszych luminarzy było tu godne pożałowania, żeśmy się znowu popisali jako Polacy przed światem. Ach! – to strasznie przykre było, nie waham się tutaj nazwać to po imieniu – ohydne, ile to szkody wyrządziło, a ile przy tym nie potrzebnego bełkotu wokół, takie jakieś to powody cyniczne… A przecież, w tym momencie właśnie, dygresyjnie można zapytać, kiedy i jak powstawała najlepsza polska literatura?- A no w różnych najtrudniejszych czasach, ocenianych dziś jako najlepsze twórczo – Nie tylko na obczyźnie, ale wtedy kiedy Polską targały różne inne zmory i zawieruchy społeczne …Miłosz jest właśnie tym dalszym ciągiem… Wspomina pan swoją nie dawną podróż na Suwałki do profesora Andrzeja Strumiłły, i mówi pan za Jego głosem, że też profesor tam żałuje za swoim Miłoszem, mimo wielu pobytów noblisty tam w Maćkowej Rudej, blisko Litwy u niego, że choć dużo przesiedzieli i przejeździli na koniach u Strumiłły wszyscy razem, a był tam wielokrotnie ze swoją Karol, też i tam pozostał niedosyt po nim…No i ja też żałuję, że i nam czasu też zabrakło, a czekałem na Niego tu w Zakopanem – Bo
    – 13 –

    iście! – potem to już jakby jest po wszystkim, gdy Ktoś Taki odejdzie to bardzo głęboka wokół pustka, i trudno ją zapełnić, choć mamy wszystkie Jego rzeczy spisane czarno na białym…

    Z.K. To wszystko piękne i czyste co Pan mówi o Czesławie Miłoszu – Pan ma także soje współczesne autorytety – ale i zapewne te z przeszłości dalekiej za nami? -No właśnie Panie Henryku, jeszcze raz proszę powróćmy do III Symfonii, tam sięgnął Pan tak głęboko do średniowiecza, podobnie jak w Kantacie o św. Wojciechu pt.” Salve sidus Polonorum” op. 72 w roku 2000 na obchodach tysiąclecia Gniezna, podejmując i tutaj podmiotowość taką nigdy niekwestionowaną dla naszych czasów współczesnych. Czasów, gdzie obecnie trwa konflikt dwu kultur, czyli wschodu i zachodu, gdzie ruchy globalizacyjne zacierają wszelkie inne ślady tożsamości, a sztuka ta dobra wręcz zatrzymuje rozbieganych ludzi za pieniądzem. Ten dzisiejszy wymiar pojęciowy sacrum jest na pewno już inny, bo jakby tylko sprowadza się do jako takiej godności, do podania dłoni czy spojrzenia w oczy być może do najprostszej pomocy(?), do jakiejś małej prawdy, której też nie ma, bo „wyjechała bardzo wczesnym rankiem w koturnach za ocean…” jak to pisze Ernest Bryll w swoim wierszu. Te rzeczy już mają inny wymiar, jakiś mało racjonalny i jest, nie tylko w tym jednym słowie, w jego pojemności, dziś już tak wiele zepsute i „namajstrowane” od nie przestrzegania nawet tych podstawowych norm etycznych – do poniżania i cynizmu, a co dopiero pytanie o dekalog, który jest konstytucją człowieczych dziejów zapisanych w obu Testamentach…Przepraszam za ten mój dygresyjny ton i taką metaforykę w stosunku słowa sacrum – a profanum…Natomiast wiem, że Pan dotyka w bardzo pozytywnym tego słowa w pięknym znaczeniu muzyki, bo idzie tu nie tylko o samą jej treść, ale o całą tradycję, w poszczególnych osobach, a nawet doznaniach etycznych społeczno – dziejowych – Są to takie stygmaty, blizny, rysy…Pan nanosząc własne wizje, metaforyzuje dla nas czas i stawia pod nasz rząd dusz : słuch i wiedzę…Byłem, kiedyś u Wojciecha Siemiona w Jego dworku w Petrykozach i patrzę, na Jego ładnym kominku stoi wielkie popiersie Napoleona z marmuru, jako taka postać centralna, która aż prosi o zainteresowanie i uwagę. Pytam się pana Wojciecha, co to tutaj robi ? – Jak oznajmił mi : ” toż to ty nie pamiętasz? – a było tak, że w każdej rodzinie ktoś służył u Napoleosia i szedł za nim walczyć z zaborcą – stąd Zbyszku kochany ta rzeźba historią ci się kłania i tu dumnie stoi…” – Nie chcę naprawdę tutaj niczego mieszać, ale co Pan sądzi na taką imaginację? – Do takiego spojrzenia, na pewno potrzeba trochę więcej wiedzy, czy lekcji z historii, a może jakiejś szkoły intuicji?

    H. M . G . –Najpierw powiem tak – średniowiecze, do którego nawiązuję w „III Symfonii pieśni żałosnych”, czy to co jest w Kantacie o św. Wojciechu op.72
    – 14 –

    napisanej w 2000 roku dla Gniezna – to jest przecież nasze cierpienie dziejowe! – To nasza pamięć wyryta, że potrzeba ją przywoływać, mówić o autorytetach i ludziach, którzy ponosili jakąś ofiarę w wyznaczaniu nam potomnym właściwej drogi w dziejach, ale to przecież też nie jest nic takiego wydumanego! – Trzeba tylko do tych rzeczy pozytywnych postaw i postaci, i wracać kiedy powstaje jakiś impuls czy nowa myśl, etc… Natomiast co do Napoleona – nie! – Nie dotknąłbym tej postaci, bo ja mam wręcz odwrotne o nim mniemanie…Przepraszam, no to ja powiem tak ,że w takim pojęciu należy i trzeba wybaczyć pewne rzeczy tym co szli za Hitlerem, czy Stalinem? – Wiemy komu służy imperializm, i co sieje zawsze za sobą… Trzeba by tutaj podać rękę tym co działali niby w imię tamtego niepojętego ich dobra… A tego w dziejach Polski było naprawdę dużo. Jest Napoleon takim samym totalnym imperatorem i mordercą jak Hitler, Stalin i inni – i cóż tu dodawać… To jest oczywistość opisana dość dobrze w historii, czego nie trzeba było nawet odkłamywać. Rób sobie Francję Napoleonie, ale po co ci do tego krew Hiszpanii?- czy Rosji, a pomiędzy innymi Niemcy, i krew Polski? – A to ,że myśmy przy okazji pani hrabiny Walewskiej, proszącej imperatora przez swoje łoże i oddającej mu swoje ciało, chcieli pobić Rosję, przypominając sobie o Polsce, było i jest tylko czczym jakimś nabożnym złudzeniem i żałosnym wybiegiem, bo nic żeśmy nie skorzystali, ani nie obronili – ani nawet przysłowiowej figi! – Ot! – był naród trochę późno łapiący się przysłowiowej „tonącej brzytwy?”, były czasy, o których trzeba mówić także artystom…

    Z. K. – W Pańskich kompozycjach muzycznych ; pieśniach, mazurkach, kantatach, symfoniach i innych kompozycjach pisanych nawet do tekstów poetów klasyków takich jak Cyprian Kamil Norwid, i w wielu innych kompozycjach na pojedyncze głosy i chóry, czy orkiestrę a nawet na klawesyn, kompozycji, których jest naprawdę na dzień dzisiejszy bardzo wiele, i trudno je tutaj wszystkie w kolejności powstawania wymieniać i przytaczać ich tytuły, z kolei nie jest tak trudno dostrzec, że zawierają w swej podmiotowości frazy i impresje oraz konteksty : o godności i wiele kwestii w pojęciu i rozumieniu jej jest tutaj niepowtarzalnych, choćby o przywracaniu konstrukcji racji sztuki dla natury wiary człowieka, trwa w tych utworach taka wielka dygresja do wartości kulturowo – społecznych dziejów Małych Ojczyzn. Jak wspomniałem wiele zrobiło tu Pańskie doświadczenie i zdobyta wiedza, ale i szacunek dla siebie i
    historycznie ugruntowanych honorowych praw… Przygotowuje się Pan zawsze, do samego tworzenia, poszukując czegoś ważnego i wiedzy na temat danego podmiotu w danej kompozycji, tego co ukryte, lub zagadnienia tego o czym nie było jeszcze wprost oznajmiane i ogłaszane w muzyce i dlatego być może nie doszło chociażby do napisania muzyki do filmu dla Krzysztofa Zanussiego, bo wiadomo musi to być Pańska linia wartości?.. Jest tak chyba, że natura duszy
    – 15 –

    mówi co innego, i jest zawsze wierną wnętrzu twórcy jako człowieka. Ja tutaj zwracam powtórną uwagę na to, myśląc o Panu jako twórcy, kompozytora bardzo odpowiedzialnego i oprócz tego doświadczonego swoim życiem…A było ono różnie płynące pod prąd , jak u „Pana Cogito” Herberta, ciężkie a może nawet bardziej prawdziwsze jakby się mogło zdawać, Pan już wspomniał sam wcześniej o tym… Przeżył Pan jako człowiek i artysta: wojnę, tę całą wrzawę komunistyczną, „stan wojenny”, rektorowanie, wykłady, rozterki z chorobą i wzloty rodzinne, choćby z samych narodzin przyszłego i własnego pokolenia oraz tylu wspaniałych uznanych powszechnie dzieł, a z tego też się czerpie?

    H. M. G. No i właśnie! – Może to dobry przykład z tym filmem? – Z Krzysiem Zanussim siedzieliśmy dość czasu, rozmawiając z sobą i nic z tego nie wyszło – On swoje – i ja swoje, i w efekcie rozeszliśmy się…On miał taką wizję, która się nie mogła sprawdzić – i nie sprawdziła się! – Wymyślił sobie, jako reżyser, że akurat taką muzykę, a nie inną trzeba stworzyć, a to już psuje pewien mój kontekst inspiracyjny i prawo dla dalszej współpracy. Do filmów ja akurat też mało pisałem i nie widziałem siebie w jakichś takich zamówieniach…Ja zawsze robiłem to co chciałem robić, zawsze ! – I wcale nie będę banalny, jeżeli powiem, że to mi w pewnym sensie uratowało życie, o którym pan tak metaforycznie powiedział, może dlatego uratowało, bo liznąłem, jak to się mówi – to co było wpierw czyli innego zawodu, a później to co jest spontanicznie swoje i niezależne…Wojna była taka jaka była, tragiczna i mnie też doświadczyła dotkliwie. To też inne wszystko, to moje tworzenie przyszło, jakby z opóźnieniem, bo robiłem co
    innego – A mimo to ciągnęło w/g przysłowia „wilka do lasu”…A jak już się dorwałem, mimo tych trudnych czasów, co było tu już wymieniane, to robiłem to z pasją i pełnym zaangażowaniem. Ciężko to było tylko tym ludziom, którzy być może nie wiedzieli co z sobą robić, albo próbowali na siłę jakichś karier…
    Wartościowali, kombinowali z takim podskórnym cynizmem ; a może by tu pójść – a może by tam, a może by wstąpić… lub do ubecji? – U mnie wszystko odbywało się w tym, jak to nazywam, „parszywym „czasie jakoś naturalnie: studiowałem, ożeniłem się, dzieci się porodziły, tworzyłem muzykę, etc. A wszystko to co najważniejsze powstało z serca, w tym niespokojnym czasie kiedy była, jak pan to mówi, ta cholerna „wrzawa”. I nie chodziłem na stadiony, nie pisałem haseł typu „precz z …”, bo wiedziałem, że to jest gówno warte! – i tylko mogło pociągnąć za sobą ofiary – Każdemu mówię : „rób swoje” – Jesteś księdzem? – to rób pasterstwo, prowadź dusze do Boga!…Jak patrzę, nagle wszyscy byli gdzieś kiedyś w opozycji, nastał czas wybielania sumień… A byli przecież gdzieindziej! – Ten był w ORMO – kompozytor! – kompozytor panie Zbyszku w ORMO – Sic! – Ten dostał talon na auto, tamten bilet, inny forsę na mieszkanie czy dom. Mnie to nie brało, bo mam swoją godność, także w swoim
    – 16 –

    tworzeniu i zawsze wiedziałem co z sobą robić. Ale natomiast myślę sobie, że to właśnie ci ludzie byli w jakiejś nieporadności w biedzie, choćby dlatego, że brakło im przekonania do tej swojej powinności i rzetelnej dobrej roboty…Piszę muzykę i koniec. Co za właściwe uważałem zrobić – to zrobiłem. I tak sobie tu myślę proszę pana, że całe szczęście jest chyba tylko w tym, że wtedy różnica pomiędzy nami a Krajem Rad była taka, że za czyny takie lub inne a dziś już uznawane za wartościowe, jakie powszechnie u nas społecznie się działy, to właśnie tam płacono kulką i oczywistym jest, że wyniszczono wartościowych ludzi, zabrano ducha, już nie tylko Sztuce i Kulturze ale i najcenniejszą wartość jaką jest godność narodu…

    Z . K. Wspomnijmy proszę jeszcze lata 80-te, chodzi mi Panie Henryku o utwór „Totus Tuus” czyli „Cały Twój”, napisany na chór acapella na I Pielgrzymkę Papieża do Polski i może wspomni Pan spotkanie z Ojcem Świętym Janem Pawłem II-? – W jakich okolicznościach do napisania tego utworu doszło, i jak to właściwie było? – jak to w efekcie odebrano? – Przecież trzeba było się wczuć w misję pontyfikatu Ojca Świętego, w samo metafizyczne powierzenie się Jego naszej Najświętszej Marii Pannie Matce Bożej i wejść sobą całym w postać Ojca Świętego?…Jak dziś, z perspektywy czasu, Pan to czuje, i teraz już po odejściu Jego? – jest to doświadczenie na pewno spełnione?

    H. M. G . Wtedy przyjaźniłem się z panią Marią Bogusławską, która napisała wraz inną poetką taki wierszyk i zwróciły się do mnie jak pamiętam, czy by to
    nie mogło gdzieś być wykonane, choćby pod czas wizyty Papieża w Polsce, którą ogłoszono zaraz po zniesieniu „stanu wojennego” – Zrobiłem to i wpierw wykonano to na mszy w Katedrze św. Jana w Warszawie. A był to przecież taki naprawdę parszywy czas, wszystko świeże jakby po zawierusze wojennej, po mordzie na Popiełuszce ta wizyta Ojca Świętego, pełno wszędzie jeszcze „esbecji” i napięcia…Utwór ten też zaśpiewno na ówczesnym Placu Defilad – dziś Plac Piłsudskiego, właśnie na mszy świętej z Ojcem Świętym i jeszcze na lotnisku, gdy Papież odlatywał już do Watykanu. Pamiętam ja wróciłem świeżo po ciężkiej operacji do domu o kulach we wrześniu 1982, a w następnym roku ten przylot i spotkanie w Katowicach na lotnisku Muchowiec, w potwornej takiej zawierusze : burza, deszcz… i ja o kulach idę do Ojca Świętego. Jeżeli idzie o moje kontakty z Papieżem – były one rzadkie, ale niezwykle owocne, mam piękną osobistą korespondencję, i na pewno były ciekawe przeżycia z wszelkich spotkań z Nim. Trzeba by to jakoś nawet spisać, otoczyć kiedyś jakimiś osobistymi komentarzami, wypowiedziami…W wielu sprawach z Ojcem Świętym kojarzyli mnie nasi przyjaciele państwo Majewscy z Krakowa, a przyjaciele Ojca Świętego, i wiele innych wiadomości szło jakby bezpośrednio przez nich, no i pamiętam bardzo te piękne spotkania : w 1983 roku na
    – 17 –

    Uniwersytecie, na Skałce, i te listy z 2003 roku wspaniałe! – I już później pobyt na ostatniej audiencji u Niego w 2004 roku. Ja już szykowałem się na następną groźną operację. A tu Ojciec Święty jak się o tym dowiedział odprawił u siebie mszę świętą w tej intencji, w lutym. A był przecież już sam mocno chory. I jak tu siedzę teraz z panem, taka ogromna refleksja mnie ogarnia i jakiś taki dziwny żal, niepojęcie takie, jak patrzę w głębię tego wspomnienia to wręcz pokazują mi się już takie inne wspomnienia, nazwijmy je wizjami z przyszłości …I jak patrzę na to co dzieje się ,choćby za tym ogromnym oknem, (patrzymy z I-go piętra przez dużą przeszkloną ścianę w ciekawym lokalu „Sabała” w Zakopanem na Kropiówkach) na to bielmo,( niech pan spojrzy – mówi pan profesor do mnie) to przecież bierze i mnie straszne przerażenie…Jest to taki nowy zupełnie tłum: snujący się gdzieś za mgłą i tak jakby bez celu, i bezmyślnie jedzący idący przed siebie całą szerokością, i coś kupujący, choćby te straganiarskie wytwory, idący bez celu, i żeby tylko być w tym Zakopanem – A jest to takie jakieś wielkie i takie ogromne, NIC! – Jest to „coś” takie sunące na opak, bez większej i głębszej świadomości…Niech pan jeszcze raz spojrzy na twarze tych młodych ludzi – Tam pod ich skórą jest tyle pustki i próżności, a jeszcze więcej jest tego w ich starszych kolegach jako wychowawców, którzy powinni ich poprowadzić gdzieindziej wyżej w ambitniejsze miejsca – Sic! – Cholera! – ja to po Tatrach chodziłem w ich wieku, mocno wytężałem mięśnie i wzrok, a tu nic! – tylko jadą aż z Gdańska, żeby sobie kupić jakąś bzdurę tu w Zakopcu, a w góry się nie chce im tą letnią porą pójść… Powiem panu coś na dodatek jeszcze, o tym jak to się dzieje czasem z tą sztuka zwaną ludową… Kiedyś podarowano mi na gwiazdkę taki tryptyk z Aniołem, przywieziony wprost z samego Meksyku –
    Piękny taki anioł nad szopką Bożonarodzeniową – temat jakby uniwersalny, otwiera się to na boki, ładne to takie nawet, i zacząłem się tym już nawet trochę cieszyć, wszystko niby dobrze – bo ja to otwieram i zamykam, ale kiedyś patrzę – a na odwrocie tej pamiątki pisze : Made in China. Wie pan, że wprawiło mnie to całego, bez reszty, w osłupienie! – Jak to jest ?! – I zaraz taka myśl – co to można zrobić z własną rodzimą sztuką ludową, która ma swoje wzory mimikę, że można to zadanie rękodzielnicze wytwarzania pamiątkarstwa ludowego ot tak powierzyć komuś całkiem obcemu, kto nie ma przecież z tym nic, nawet w najmniejszym stopniu, wspólnego , bo w Chinach nie ma wcale chrześcijaństwa! – maja nawet inny kalendarz, itp.! – maja tylko szczątkowe jakieś rzeczy co do naszej wiary, to bardzo inna kultura…Ot!- jakie to pomieszanie pojęć…Wszystko dziś się już miksuje, aż zgrozą wieje co to będzie, wszędzie wkracza masowość, produkcja wchodzi do sztuki, nawet w tej a może przede wszystkim w tej czy innej skali…Myślę sobie, że to już koniec z naturą – To samo jest i tutaj.

    Z. K. Wiadomo właśnie skądinąd, nie tylko z tej wypowiedzi ,że ma Pan ogromny szacunek nie tylko do Sztuki ale i do instrumentu muzycznego,
    – 18 –

    zwłaszcza do skrzypiec. Zdarzyło się kiedyś, że przybył Pan na wystawę do lutników w Zakopanem jako incognito, a tam rozpoznano Pana, nawet wtedy poproszono o otwarcie tej pięknej niespotykanej wystawy. Ale ogólnie wszyscy byli zaskoczeni, że Pan przyszedł jakby poza zaproszeniem… Może Pan jakoś skomentować te a może i inne swoje sentymenty, choć to tylko zdarzenie ?

    H. M. G. No tak! – kocham ludzi, którzy coś robią, znam Franka od Marduły, syna jego Staśka, byłem w kontakcie z ludowymi muzykami na Podhalu, z którymi spotykając się czasem tu i ówdzie, podgrywałem…Sentyment do lutnictwa – Hmmm, no wie pan lubiłem to zawsze i uwielbiam architekturę instrumentu i głosu skrzypiec, tak jak architekturę całego tutejszego otoczenia, toż to aż krew się burzy, i nie tylko człowiek płacze ale i instrument, kamienie płaczą, jak ja to nazywam, jak widzę kiedy dewastują się te krajobrazy, i to takim ekspresem następuje to powszechne niszczenie… Gdzież to tak byłoby jeszcze 50 lat wstecz! – jest to nie do pomyślenia. Pamiętam te moje jazgoty w tych i innych, w takich sprawach społecznych, na różnych spotkaniach, gdzie szło o region, czy to były kongresy, czy inne nawet chrześcijańskie sympozja, gdzie różnie występowano i czasem nie przyzwoicie dla naszej rodzimej ludowości… Brałem w obronę najbardziej te podstawowe rzeczy np. ,żeby w góralskiej chacie był współczesny dobytek i potrzeby zgodne z duchem czasu, rozumiejąc jakby tą postępującą cywilizację, ale żeby to na siłę amerykanizować? – przez jakichś przemysłowców i biznesmenów z głupoty i ubierać w banały? – to wręcz niedopuszczalne zatracenie… a gdzie tu muzyka? – gdzie nasz twórca Karol Szymanowski? i inne cenne twórcze postacie, które trzymają całe Podhale?

    Z. K. Właśnie w tym miejscu chciałem prosić Pana o dygresje do Karola Szymanowskiego. Co Pan sądzi o tej muzyce, o jej pojemności ?- Pan jako kompozytor, który zajął Jego miejsce…Wiadomo, że kocha Pan tę muzykę i wiem ,że uwielbia tak samo Fryderyka Chopina.

    H. M. G. Karola Szymanowskiego jakoś zawsze traktowałem szczególnie, i jako protoplastę, już od wczesnych lat w szkole średniej, a później na studiach w 55 roku grałem, no i wtedy byłem pierwszy raz tutaj w Zakopanem, także z tego powodu. Co do tej znakomitej postaci, udało mi się jeszcze trochę Jego rodziny poznać, spotkać się… Strasznie mnie ciągnie do Tymoszówki tej dawnej ich posiadłości Szymanowskich, żeby zobaczyć, i być może, chociaż garść ziemi spod tamtego stawu wziąć, gdzie oni mieszkali. Tak! – Chopin i Szymanowski – ja to wiem, gdzieś od początku jakby na nich stałem, góry Beskid widziałem już wówczas ze Śląska, a ciągnęło mnie tutaj jak cholera! – Mówię czasem tak groteskowo, że Karol Szymanowski dołożył oliwy do ognia, że mnie tak zajęło.
    – 19 –

    Z. K. No to może jeszcze słowo o samej harmonii w muzyce, wspomnę jeszcze Panie Henryku, jak to odbyło się wykonanie Koncertu „III Symfonii pieśni żałosnych” z baletem, a później w drugiej połowie tego samego koncertu „Stabat Mather” (czyli „Pieta”)Karola Szymanowskiego w Kopenhadze w 2006 roku, o ile pamiętam na wiosnę, a później w Warszawie. Pan nie mógł uczestniczyć w tym wydarzeniu. Co Pan powie na balet w takim utworze? – No i mistrz Karol Szymanowski grany razem z Panem na jednym koncercie – to frajda!…

    H. M. G. Nie wiem – ja wielkim zwolennikiem nie jestem, żeby tańczyć do muzyki „niebaletowej”. Jakoś różne miałem przygody, czasem kretyńskie z baletami – wszystko to ładne – nowe czasy! – rozumiem – ale tańczyć do III części Symfonii pieśni żałosnych?! – Gdzieś to widziałem, chyba na jakichś fotografiach – babka rozebrana, cycusie gołe, biega…To ja pytam się tych organizatorów, reżysera – co to jest?! – Jakoś nikt nie rozumie tutaj czegoś,
    a pytam! – o kim tam te słowa mówią?- i o czym!? – Trochę to takie głupie dla mnie, bo ktoś pomyśli, że to moje jakieś takie dziwne pomysły… Właściwie ta tancerka do „niczego” też by zatańczyła, poskakała…Bo jeżeli ja biorę jakąś muzykę, gdzie jest jakiś tekst – to moja powinnością jest honorować powagę jego, i to co on w swej treści zawiera. A nie pokazywać jakieś tam bezeceństwa z tańcem, kiedy idzie tu o coś innego. III Symfonia jest o tym – i o tym, jest zharmonizowaną całością a nie, żeby tam pokazywać coś wbrew, robić z nią, majstrować, kiedy idzie tekst o czymś poważniejszym. Moje wszelkie przygody baletowe i filmowe są nie do zaakceptowania…

    Z. K. Panie Profesorze! – już zbliżając się ku końcowi jeszcze wspomnijmy uczniów Pana, a są to między innymi : Eugeniusz Knapik, Andrzej Krzanowski, Rafał Augustyn, który obecnie już staje się znanym i ważnym kompozytorem, a którego miałem okazję już niejednokrotnie słuchać…Otóż, nawet nie tak dawno przebywając na Kresach we wsi Hola k/ Chełma i Lublina w przepięknej tutaj przygranicznej wioseczce, gdzie znajduje się Skansen i jest XVIII- wieczna piękna cerkiew, wchodząca jakby w jego skład, w której odbył się uroczy koncert wybitnej i znanej skrzypaczki duńskiej, światowej sławy Christine Pryn, biorącej udział w różnych festiwalach między innymi i w „Warszawskiej Jesieni”. Ona wykonała w tej pięknej cerkwi, między innymi, utwór żałobny Rafała Augustyna na skrzypce pt „Stela”, grała też o dziwo! Bacha na skrzypce, i utwory innych znanych kompozytorów. Owa skrzypaczka kiedyś usłyszała Rafała Augustyna i bardzo się jej spodobał jako kompozytor, i od tej chwili jest nim zafascynowana, wykonuje go gdzie tylko może. Twierdzi, że to wspaniały kompozytor. Christine, którą miałem możność poznać bliżej uwielbia także Pańską muzykę, i z zapałem gra Karola Szymanowskiego oraz Wieniawskiego,

    – 20 –

    i innych polskich kompozytorów. Co Pan, jako jego profesor, może powiedzieć o Augustynie, czy wróży mu Pan jakąś dobrą przyszłość? – No i czy mógłby się Pan odnieść co do miejsca tego wspomnianego przeze mnie koncertu, jako przykład idący ku harmonii – Czy to dobrze jak takie utwory są wykonywanie właśnie w cerkwi ? – to naprawdę rzadkość – Co Pan o tym pomyśle, jako twórca, sądzi?

    H . M . G. Nie słyszałem tego utworu Augustyna. Ale jeżeli jest to dobre miejsce? – Owszem! – należy wykonywać takie utwory tym bardziej, że jest to miejsce najbardziej właściwe sacrum. I choć w cerkwiach przecież nie gra się na instrumentach a przeważa powinność śpiewania chóralnego bez instrumentacji, jeżeli pozwolono na taki koncert, jestem pełen podziwu, i gratuluję takiej odwagi organizatorom…Jestem za! – Uważam, że jeżeli jest dobre miejsce to żadna muzyka go nie zepsuje, nawet zła. I gdy jest dobra muzyka nie zepsuje żadnego innego miejsca. Jedno co dobre przyszło z Ameryki jest to, że można koncertować, a oni to pokazali pierwsi, w różnych miejscach sacralnych, innych spokojnych ,w miejscach wyciszonych do kontemplacji jak : kościółki, dworki, zameczki, pałacyki i cerkwie, należy to robić…Tak sobie myślę przy tej właśnie okazji, że wszyscy korzeniami jesteśmy z jednego pnia, z tego JEDYNEGO miejsca i koniec! – Idąc dalej tą myślą powiem, czy by nie można było naszym teologom i luminarzom kościoła, ojcom, i innym od wszystkich innych świętych przypomnieć, że przecież kiedyś byliśmy wszyscy razem. Ojciec Święty wołał o porozumienie, zaszczepił ekumenizm i prosił o wspólne odprawiane nabożeństw i wspólne jednoczesne modlenie się przy jednym ołtarzu w swoich sacralnych miejscach kultu…To się zaczęło za Jego życia, ale jakoś tak ucichło… Uświadomić na pewno trzeba wszechobecnym dostojnikom Kurii, żeby szybko powrócić do siebie, jako jedności… Piękne jest, że muzyka i to taka łagodzi w jakiś sposób nasze obyczaje, nasze wspólne bytowanie u tych samych przecież świętych… Całością i Jednością jest jeden krzyż. No i trzeba się tutaj, choćby na chwilkę, zastanowić nad tymi dwoma słowami, bo są naprawdę jedyne : „Ojcze Nasz…” -Tam wszystko jest! – nawet ten żargon hip – hoppowy. Wie Pan, ja jeszcze się dziwię wszystkiemu co napotkam, i tak sobie myślę skoro coś mnie jeszcze zadziwia, to pewnie jeszcze coś skomponuję, pewnie coś jeszcze stworzę, i cieszę się gdzieś w środku, gdy to mnie bierze, aż po daleką pamięć, i dobrze ,że potrafię spamiętać pierwszy wiersz mej córki, gdzie ona powiedziała, jako trzyletnie dziecko, tak : ” zrobił oczy na dziwienie…” – taki malutek!- mój pierworodny, skąd to wzięła? – Pamiętać będę to na zawsze! – A więc, robię oczy na dziwienie proszę pana…

    Z. K. Panie Profesorze, i już jakby na sam koniec tego sympatycznego naszego spotkania, spytam – co Pan sądzi o samej muzyce szerzej jako fenomenie ? Gdyż
    – 21 –

    powiedział Pan kiedyś, że „w muzyce już wszystko zostało ogłoszone, napisane i zagrane, a więc nie ma potrzeby jej zaśmiecać…” – Czy nie sądzi Pan, że takie dzieła jak Pańskie, czy też inne będą powracać, a na ich inspiracjach coś może jeszcze wielkiego powstać? – Czy to powiedzenie Pańskie jest prawdziwe? -Tak?

    H. M. G. Jest to prawda! – Ja zawsze stawiam sobie takie pytanie ; po co pisać? i przede wszystkim dla kogo pisać? – To jest bardzo ważne! Czasem, a dziś jakoś szczególnie nie ma motywacji, chociaż przed chwilą wyraziłem moje zadziwienia, ale smutno jest pomyśleć o tym czymś – Tatry coraz mniejsze i są przytłumione, zajechane a w dodatku płaczą…Niech każdy sobie sam wejdzie na nie i to wszystko zobaczy, zajrzy do architektury tych dobytków, do własnych dusz…zanim się chociaż trochę zdobędzie na zastanowienie…Ja to robię – A gdy tylko coś mi świta wracam do siebie i zaraz śmieję się, że piszę muzykę na marginesie mojego stolarstwa.

    Z. K. To bardzo skromne i szczere, dlatego piękne jest to powiedzenie Panie Profesorze!- No i, że „na marginesie”, choć tak szeroko i wspaniale, bo dla tak dużego audytorium i z powodzeniem, a jednak bardzo skromnie, jako dygresja ku powrotom? – bo jak rozumiem jest to do tego co kiedyś bardzo dawno Pana zajmowało z równym poświęceniem, jak się domyślam chyba idzie o zawód św. Józefa – Czy tak?

    H. M. G. Pamiętam tę ziemię sprzed 50 lat, i teraz przychodzi ta metafora- straszne! – To znaczy najsmutniejsze jest to, że wszystkim dosłownie rządzi pieniądz – To jest jedyna wartość jedyny bożek, jedyna wiara, i jak pan tu podpowiada „jedyna religia” wyznawana naszym czasom… Mówi się i coś dostrzega, że są jeszcze ludzie dobrzy i cenni, wie pan dlaczego, bo ich jest naprawdę jak na lekarstwo. Zawsze mówię, że łyżka dziekciu zepsuje ci całą beczkę miodu i wtedy co? – gorycz! – Nie należy przesadzać z niczym, z wypowiedziami a zwłaszcza w sztuce. Na szczęście jestem wysoko w górach a zatem daleko od goryczy. Słucham czasem Jędrka Bachledy – mówi on : „słuchaj Stryjuniu, takie casy są, takie tez my dostali, i takich trza uzywać…” – Ja mówię do niego, no tak casy! – ale Kochany Jędrusiu – casy to są ludzie… A tak już bez tego całego biadulenia można powiedzieć : w ludziach pozatracało się wiele wartości, odeszło – A pan tu mówi i pyta o sacrum. Sacrum to jest dopiero rozmowa!- i miejsca by nam tu nie starczyło, a dziś tylko tyle co powiedzieliśmy razem- Sacrum to jest ogrom, o którym trzeba mówić jak najprościej i jak najskromniej. – Taki listek z drzewa też może być sacrum, czy kupica siana na łące, to jest wprost coś wspaniałego, gdy zbliżasz się do tego czegoś w zasięgu reki i oka, gdy dotykasz i to wszystko rozumiesz , czujesz:
    – 22 –

    głos, zapach po swojemu… Weźmy dzidziuś malutki, taki tygodniowy urodzony, masz to w dłoniach – przecież to cudo natury! – Patrzysz na to aż morda sama się śmieje – takie paluszki, uśmiech, ten łepek, ten nosek, to chrząkanie, to ciumkanie – przecież to cud! – życie…Przecież to jest najlepsza muzyka. I pytam – czy nie jest to sacrum? – Nie muszę patrzeć na jakiegoś świętego, kiedy tutaj mam jego tego najczystszego świętego, wprost jakby cud z tamtego świata od Boga ja mam przed sobą…

    Z. K. Pięknie Pan mówi o sacrum – prosto, szczerze i dotkliwie, zwłaszcza w muzyce, chciałbym choć jeszcze na kilka minut zostać w tej kwestii, i choć w kilku słowach pogłębić jego atrybuty tyle, bo niekiedy trudno spotkać kogoś , kto zechciałby o tym porozmawiać…I cieszę się Profesorze, że czyni Pan to z taka namiętnością …Otóż kiedyś, gdy zabiegałem o rozmowę z Tadeuszem Kantorem, i w pewnym momencie ten wielki artysta wypowiedział do mnie takie słowa : „to Sztuka uratuje świat..” – Dodam jeszcze tylko od siebie słowo takie prowokujące wysnucie ku dalszej myśli, że to z natury tworzenia wziął się podziw, z którego artysta bierze natchnienie, ale i została z czasem homo sapiens odkryta wyobraźnia a z niej postawiona intuicja wyczucia, taka wieża jakby lewitujące ścieżki w górę ku nadprzyrodzonej boskości…Co Pan na taką kwestię może powiedzieć?

    H. M . G. Proszę pana Ojciec Święty Jan Paweł II-gi powiedział w homilii w Brukseli w latach 90-tych do artystów i twórców takie oto słowa ; „Świat dziś bardzo potrzebuje piękna, żeby nie pogrążyć się w rozpaczy…” – To jest dobrze powiedziane na zawsze, i ja i pan możemy w to wierzyć, bo pewnym jest, że na pewno nie uratuje go żadem polityk, ani jego jakikolwiek czyn. A na pewno może go uratować poeta ten co włada logosem, wszystko od słowa się wzięło, a słowo było u Boga…”– coś w tym jest !- Ja osobiście od lat tym się bardzo interesuję …W muzyce jest tak, że słowo nie może przeszkadzać dźwiękowi, a dźwięk nie może przeszkadzać słowu. Zatem proszę sobie przeczytać, a mówię to powtórnie, poemat Czesława Miłosza pt. „Orfeusz i Eurydyka”- tam na pewno jest wszystko. To jest genialny poemat słowny, a w głębi jest muzyka, gdy czyta się to, jest to ogromne przeżycie i wielka radość…Co do Kantora – on ma zupełną rację!- Kantor to dla mnie wielka osoba, wszystko mi się u niego podoba, ta cała Jego filozofia trwania, i to jest wielkie przerastające nas, z tym pozornie różnie przyjmowanym sacrum dla pamięci byłej i tej przyszłej…

    Z. K. I tym akcentem puentującym tę sympatyczną „rozmowę artystyczną” już zakończymy… Najserdeczniej dziękuję Panu, że mogliśmy się spotkać tutaj w Zakopanem, i szczerze rozmawiać o Pańskich dokonaniach jak i o Pańskim

    – 23 –

    życiu takim malinowym i całej egzystencji twórczej oraz o miejscu i rytmie sztuki i stosunku człowieka do melodii natury bytu tworzenia…

    – z profesorem i wybitnym kompozytorem rozmawiał
    w Zakopanem w dniu 08.08.2006 r. Zbigniew Kresowaty

  • WOKÓŁ KAMIENNEGO KRĘGU, OD WCZORAJ DO DZIŚ

    rozmowa z wybitnym artystą malarzem i rzeźbiarzem, poetą, scenografem, fotografikiem, podróżnikiem i przyrodnikiem, profesorem Andrzejem Strumiłło

    Zbigniew Kresowaty : Z ogromnym szacunkiem przystępuję do tej naszej rozmowy i bardzo dziękuję, że zechciał Pan mnie, tutaj u siebie w Maćkowej Rudej na Suwałkach, przyjąć poświęcając czas, a przystępuję do tej artystycznej rozmowy z Panem z pietyzmem, jak i z innymi wybitnymi artystami, którzy wiele lat kształtowali i dalej tworzą życie kulturalne i opiniotwórcze co do szeroko pojętej sztuki w kraju, z osobowościami mającymi ogromny wpływ na dzieje i egzystencję Sztuki Polskiej…I chociaż przestał Pan wykładać na ASP w Krakowie (1977 – 1980) i jakby zatrzymał swoje podróże i zaprzestał wielu wypraw do różnych zakątków świata i krajów Orientu, Azji, Nepalu, Syberii, Mongolii, Chin, Indochin, Tybetu, Japonii, Tajlandii, innych – jest Pan wciąż czynny jako twórca wszechstronny niezwykły, działający w centrum natury i jej duchowości, jako: artysta malarz, artysta grafik, projektant, ilustrator książek, rzeźbiarz, fotografik, przyrodnik i hodowca arabskich koni, który posiada swoją ugruntowaną już filozofię na egzystencję twórczą, na swój byt i twórczość nie tylko artystyczną… Przypomnijmy, że studiował Pan na PWSSP w Łodzi u profesora Władysława Strzemińskiego, a później malarstwo sztalugowe na ASP w Krakowie, gdzie został Pan, w konsekwencji asystentem i profesorem. Uczestniczył Pan w bardzo wielu wystawach, autorskich i wspólnych zbiorowych, nie wspominając ich dużej ilości w wielu polskich galeriach, ale międzynarodowych jak : w Sao Paulo 1969, Wenecja 1972, Stany Zjednoczone, Japonia, inne… Otrzymał Pan za swoją działalność szereg nagród państwowych i artystycznych…W latach 1982 – 84 był Pan kierownikiem Graphic Presentation Unit Sekretariatu Generalnego ONZ w Nowym Jorku. Zgromadził Pan kolekcje sztuki i przedmiotów kultury materialnej dalekiego i Środkowego Wschodu dla Muzeum Etnograficznego w Krakowie oraz warszawskiego Muzeum Azji i Pacyfiku…Wydał Pan wiele swoich książek, jako poplon, z wypraw do wymienionych tutaj krajów, i nie tylko tych. Zostały wydane także dwa duże tomy poezji podszytej filozofią i metafizyką wysoce uduchowioną w wędrowaniu, w naturze… Do wstępu książki poetycko – artystycznej pt. „JAK”, która zawiera dużą ikonografię z Pańskich podróży – z szeroko pojętą metafizyką filozoficzno – duchową, w taki sposób : „Nie sięgając poza horyzont egzystencji biegniemy coraz szybciej. Stronice tej książki to rytm mego oddechu. Ona sama, wydana, zaczyna żyć życiem własnym, naniesie na tak już gęstą i mało przejrzystą mapę ikonosfery nowe punkty. Czuję ciężar odpowiedzialności…” – Jak wspomniałem odbył Pan dużą ilość wypraw, które nie były turystyczne, a bardziej naukowo – poznawcze… Napisał Pan wiele relacji z tych z podróży, ale i wydał katalogi artystyczne, dziś pisze Pan „Dzienniki, a wszystko przeważnie z fotografią artystyczną, rysunkiem, oraz wykresami rzeczy, pisze Pan także prozę wspomnieniową z perspektywy czasu przeszłego, jak również książki tzw. okazyjne, i inne… Wydał Pan katalogi z podróży, ale i albumy o koniach, które hoduje od lat chroniąc z pietyzmem ich rodowodu. Jest Pan dziś postrzegany swego rodzaju czynną instytucją form natury artystyczno – społeczno – przyrodniczych, jak i pełni funkcje organizatora różnych działań artystyczno – kreacyjnych w Polsce, bliskich natury i sztuki, która jest jej integralną częścią. Jest Pan duszą i komisarzem plenerów i spotkań środowiskowych wokół człowieka i jego przyrody, jak i opcji dotyczących „Małych Ojczyzn”…Zatem podmiotowość obecności w tych i innych społeczno – kulturalnych działaniach jest tutaj zasadnicza…Nie sposób jest wprost objąć te wszelkie czynności, które trwają wokół sztuki i kultury. Jest Pan obecny także w wielu książkach, nie tylko jako podmiot i medium, ale jako inicjator twórca, ilustrator oraz osoba posługująca się logosem… Iście trudno jest jakoś zamknąć, w tak krótkim opisie, tę szeroką twórczość i przedsiębraną działalność, bo dużo tutaj trzeba jeszcze wymieniać… Poza tym, jeżeli idzie o tę Pańską stronę duchową, mówi Pan w różnych przewodnikach do różnych działań społeczno – kulturalnych, że nie jest wyznawcą lamaizmu, buddyzmu, ale też nie jest Pan wyznawcą prawosławia, bo pisząc „posłowia” np. do katalogów swoich prac, a tutaj obrazów, np. tych wystawionych, podczas Festiwalu Muzyki Cerkiewnej – w Białymstoku w 2004 roku, których tematem była buddyjska madala – mistyczna, tajemnicza konstrukcja, obrazująca kosmiczny porządek świata, w wymiarze duchowym i fizycznym, komentuje Pan muzykę chóralną, mówiąc, że : „dostrzega urodę tej sztuki, tkwiące w niej piękno i bogactwo duchowe…” – Ale też konsekwentnie dodaje Pan, że „ceni i dostrzega monumentalizm, potęgę i piękno tej muzyki”, co jest ogromnie dziś ważne! – gdyż nie tylko ujawnia się jeszcze jeden Pana stosunek do ambitnej muzyki, ale to znaki ekumeniczne… Ja to celowo, i na użytek naszego spotkania, tutaj przytaczam, żeby trochę szerzej przybliżyć czytelnikowi Pańską szeroką wiedzę i osobowość, funkcję samokreacji, a jednocześnie pokazać, jako człowieka artystę bardzo skromnego i oddanego sprawie wszechartyzmu – w pojęciowości sfery sacrum, w kulturze działań społecznych – zarówno regionu, jak i świata… Co dziś jest „w zasięgu ręki”, i wizji tzw. „Trzeciego Oka” Pańskich działań? – Jak się Pan czuje, jako ważna instytucja, „na pograniczu” kilku kultur, w swoim kręgu i tuż obok Litwy? – bo znając Pańki niepokój twórczy, wiem – na pewno, że obecnie Pan ma, jakieś przedsięwzięcia już podjęte…

    Andrzej Strumiłło : Jestem współautorem w książki pt. „Polacy o sobie”. Nie tak dawno „zrobiłem” tekst do książki, pt. „Polacy o swoich sąsiadach” – Piszemy, o tym jak widzimy swoich współmieszkańców : Białorusinów, Niemców, Słowaków, Czechów , Węgrów… Ja oczywiście nie mogę pisać o wszystkich, ale powiedziałem sobie, że napiszę o Litwinach i Białorusinach, i o sobie! – O tym co jest jakby bliżej w „zasięgu ręki i oka”, jak pan to nazywa. Znam ten temat – no, i trzeba pisać o różnych granicach : wewnętrznych, politycznych, kulturowych czy innych. Tuż przed śmiercią Czesław Miłosz i Tomas Venclowa z U.S.A. i ja zredagowaliśmy list intencjonalny, postulujący wydanie Księgi Wielkiego Księstwa Litewskiego. Był to ważny rozdział historii narodów ruskich, litewskich, i narodu polskiego…bardzo istotny, bo to była jak wiemy próba współżycia, właśnie w takiej formie jakiej dziś Europa potrzebuje i poszukuje…I to wydaje mi się wciąż aktualne – Od odejścia Czesława Miłosza to się wałkuje…Pisałem tu i tam, pisałem do Organizacji i Ośrodka „Pogranicze”. Obiecali mi pomoc… Oni są dobrze notowani u Sorosa i Forda. Między nami mówiąc, książka pt. „Sąsiedzi” napisana przez Tomasza Grossa, a przez nich w dobrej formie wydana – spełniła pewną rolę, jeżeli idzie o problem antysemityzmu, o stosunek samych Polaków do prawdy historycznej i do problemów II wojny światowej. Szczęśliwie zrobiliśmy już pierwszą konferencję polsko – białorusko – litewską, bo trzeba dodać, jak ta książka ma być wydana, w tych językach oraz w języku angielskim, gdyż to pójdzie w świat. Powiem, że zastanawiamy się nad udziałem w niej autorów ukraińskich, bo problem Ukrainy, również gdzieś tam się w tym historycznym wątku się mieści. – Dodać trzeba, że już niedługo zrobimy następne spotkanie w Szetejnach na Litwie, a kolejne planujemy w Nowogródku. Chcemy zebrać od każdego z autorów zaproszonych kilkanaście esejów, gdzie każdy wybitny autor : litewski, polski czy białoruski mógłby powiedzieć : co dziś na ten temat myśli– Jak właśnie dziś widzi tą problematykę, i
    jak to z perspektywy czasu ocenia? – Mam nadzieję, że taka książka w swoim czasie dojrzeje. Nie ustanę w wysiłkach. Zacząłem też wydawać swoje „Dzienniki” – żeby nie zapeszyć nie zdradzę wydawnictwa. Wydawca chce je pomieścić w jednym dużym tomie w formacie. Maszynopis wynosi ponad 1000 stron. Wydane będzie to w tym roku. Może na moje urodziny w październiku, a może w listopadzie na Andrzeja? (tu się mocno profesor uśmiecha)

    Z. K. Jest to działanie osobowe, ale i społeczne, zwłaszcza te ostatnie rzeczy, o których Pan mówi, to wszystko o poszukiwaniu źródła i ciągu rzeki własnej tożsamości? – Zresztą dużo w tym zapewne faktów i rzeczy, o tym co Pański współmieszkaniec znad Wilii i przyjaciel Czesław Miłosz zawarł w swoich esejach i „Traktacie teologicznym”, a przynajmniej podobnie, bo to dziś jest tak bardzo ważne, a powiedziałbym, po nowemu, tak „strasznie” ważne! – Może Pan Profesor coś jeszcze zechce dodać w tej kwestii poszukiwania tożsamości?

    A. S. Na pewno tak!- Wie pan ja grzeszę – jakimś egocentryzmem, czy egoizmem. Każde ze słów, z przedrostkiem „ego” da się tu dopasować. Ale ja mam na usprawiedliwienie to, że z tej miłości własnej korzysta społeczność, że to funkcjonuje poza mną, albo zostanie po mnie…np. w cyklu „Katalog” – czy w cyklu pt. „City”, który pojawia się w nasyconej symboliką serii „Psalmów”, i „Apokalipsy”.

    Z. K. Mam nadzieję, że nadarzy się okazja rozwinięcia tego później i powie Pan o tych cyklach w dalszej części tego spotkania…No, a teraz już będąc w tym właściwym miejscu co do zagadnienia tożsamości, kontynuujmy na zastanych rzeczach…A mianowicie idzie mi o ten „kamienny krąg”, który z takich dużych kamieni otoczaków jest tu uzewnętrzniony przed Pańskim domem. Pan go tutaj znalazł? – A może odszukał? – Mówił Pan przed laty w katalogu do wystawy pt. „City” tak: „- Mój wiejski dom wzniosłem w miejscu od paleolitu zamieszkały,
    a na półce bibliotecznej w nim postawiłem Ars Moriendi i Tybetańską Księgę Umarłych”- W tym kontekście obywatela tego regionu jak i „obywatela świata” – kłania się Pan z powagą przed przydrożnym krzyżem podlaskiej ziemi, jak i szuka cienia góry Meru i zagłębia się w grobowce chińskich cesarzy, i poznaje Pan wciąż na nowo tajemnice mistyki Tybetu…Co Pan na taką kwestię?

    A. S. Dom mój zbudowałem tutaj ze świadomością tego co pan wymienił, w „drodze do mego Wilna”, tutaj nad rzeką Hańczą. I „krag kamienny”, przed domem zrobiłem w pełni świadom tego, że tutaj 8 tysięcy lat wstecz, były koczowiska łowców reniferów. Po odejściu lodowca pojawił się tutaj krajobraz tundrowy i łowcy reniferów. Znalazłem, w moim ogrodzie, trochę narzędzi kamiennych, z przed 8 do 10-ciu tysięcy lat wstecz. Na piaszczystej wydmie nadrzecznej znalazłem ślady obozowisk Jadźwingów z X, XI-XIII wieku dopóki Krzyżacy i ich nie rozpędzili, przesiedlając resztki na półwysep sambijski . Znalazłem tu między innymi : resztki ceramiki, palenisk – A ponieważ, na Suwalszczyźnie w miejscowości Szwajcaria, na północ od Suwałk, są takie kręgi kamienne, i grobowce Jaćwieskich przywódców plemiennych, postanowiłem ułożyć tu taki sam krąg, pod tym najgrubszym drzewem modrzewiem na Suwalszczyźnie.

    Z. K. – W książce „NEPAL” bardzo mnie zainteresowała taka filozoficzna fraza co do czarnej kartki jako strony zamalowanej na czarno i kwestia białej strony pozostawionej jako otwarte działanie. Może zechce Pan odnieść się do zawartości zagadnienia, które jest bardzo metafizyczne, co do naszego innego wszelkiego działania…Jest to bardzo ciekawe!- W książce tej, którą uważam za taką wysoce metaforyczno – filozoficzną, jest bardzo wiele takich ciekawych spraw, tyczących się naszego wielowarstwowego życia, zarówno zewnętrznie, jak i wewnętrznego bytu…I wydaje mi się, że to właśnie w podróżach – nie wiem, czy właśnie w nich – ukazują się i ujawniają nam takie, czy inne, lustra w których jest widok na świat, jakby z tej innej strony metafizycznej, że to wtedy nabieramy do siebie ogromnego dystansu i co do egzystencji materii i sensu trwania wszechrzeczy… Jak to jest tak naprawdę Panie Profesorze?

    A. S. Jest pan artystą, a więc najkrócej powiem tak: – Jest pustka –
    ciemna i pustka jasna. Pustka ciemna dla malarza przestaje być pustką, bo zawiera każdy znak graficzny i malarski w sobie. Natomiast biel oczekuje, i gotowa przyjąć wszystko…Tak to trzeba rozumieć.

    Z. K . I jeszcze mówi Pan w tej książce, że ; „człowieka zawsze interesował mechanizm świata…Jednakże uświadomienie fenomenu śmierci było tym co ostatecznie stworzyło człowieka pełnego…” – Czy w tym powiedzeniu jest
    jakieś miejsce dla Boga dla jakiejś naszej duchowości? – To trochę takie totalne(?) – Te przeciwieństwa : życie i śmierć lub odwrotnie… Twórczość
    Pańska, która wyrasta z takich relacji jak: natura i kultura, pierwotność i cywilizacja, przeszłość i współczesność – ale co ważne – ta pierwsza i ostatnia jest zawsze życie i śmierć. Czytając tak ciekawe kwestie człowiek musi się spytać siebie samego ; gdzie obecnie jestem? – w jakim miejscu trwam i pewnie to się nie da zmieścić w jakiejś jednej odpowiedzi… Jak do tego się zabrać? – Można wiele zrozumieć, zaglądając w ten Wielki katalog przeciwieństw w obrębie, których się Pan porusza, a o czym już wcześniej wspominałem przytaczając cykl „Katalog” – „City”, stawiając go na przeciw cyklom malarskim „Psalmy” i „Apokalipsa”- efektem tego pojawia się tutaj osobliwy dokument, nastawiony na wierność artysty, choć fragmentaryczne jest tu odzwierciedlenie naszej rzeczywistości ; „City – W.T.C. – Detale”.

    A .S. Rozważanie problemu śmierci – oczywiście, zbudowało koncepcję, drogi i kierunku, koncepcję sędziego, koncepcję Tabu i cały szereg rzeczy…Człowiek, tak naprawdę, narodził się w momencie, kiedy zaczął się zastanawiać nad tym co dalej, albo nad tym, skąd żeśmy przyszli…Ważną kwestia jest pierwszy pochówek. Badania sądzą, że podobno kobieta neandertalska chowała swoje
    zmarłe dziecko nosząc je przy sobie dopóty – dopóki tylko mogła! – Pytanie dlaczego? – czy może dlatego, żeby to dziecko nie zostało skonsumowane przez współplemieńców, albo też żeby nie było zjedzone przez padlinożerców, albo w nadziei ,że dziecko się obudzi, że ono jednak nie odeszło na zawsze… Ale zwierzę też pewnie nie odchodziłoby – od swojej padłej sztuki…Zatem bywa tak, że ta więź, nazwijmy ją emocjonalna, jest trwalsza a niżeli śmierć fizyczna. Na pewno pierwszy pochówek, oddanie szacunku wobec ciała – jest aktem człowieczeństwa. I tutaj znów musiałbym powrócić do kręgów kamiennych.
    – Ale wracając do pana pytania i do tych kręgów – dużo podróżowałem do Azji,
    byłem w zachodniej Mongolii na pograniczu pustyni Gobi, w Ałtaju Kobdo, nad Charausunur gdzieindziej – tam takie kręgi, co pewien czas, spotyka się na opustoszałych stepowych połaciach…

    Z. K. A możemy na chwilę przenieść się na kontynent indyjski? – Mówią różni orientalni znawcy duchowi, lub też inni wtajemniczeni w religię Buddyzmu i Lamaizmu, wyznawcy i badacze prastarych teorii co do dziejów człowieka zapisanych w każdej religii inaczej, ale skądinąd niektórzy wyznający także Chrystusa, że właśnie tam w Indiach w prapoczątkach był Raj – a może w Afryce? – I dodaje się, że Chrystus uszedł do Indii i tam dopełnił swego żywota – Co Pan na to, czy są jakieś znaki tam skłaniające się ku takiej teorii?…A są to kraje ze swoimi odrębnymi filozofiami, gdzie wędrował i nauczał także Kartezjusz.

    A. S. Podobno środek Europy jest w Suchowoli – Tak! – ale, czy to na prawdę jest środek Europy – czy Europa ma środek? – To samo z tym Rajem – Nie można go określić i nazwać…Raj jest w nas. My tak jak ten żołnierz napoleoński nosimy z sobą buławę marszałkowską w plecaku. Jestem zwolennikiem Pascala, który powiedział w uproszczeniu : środek świata jest wszędzie a granice nigdzie… Niech pan sobie wyobrazi taką konstrukcję – ona daje dużo możliwości dla naszej wyobraźni w odróżnieniu od normatywnych filozofii, które starają się : zmierzyć, ustalić, wyznaczyć, odnaleźć środek , określić granice i zważyć to co było…

    Z. K. Cała odkrywczość jest ciągiem w czasie przestrzeni i wciąż leży w gestii człowieka od homo – sapiens. Od czasu kiedy człowiek odziedziczał coraz bardziej wyobraźnię, a później zdobył dzięki niej intuicję czucia zmysłowego – szuka swego prapoczątku i jakby cofa się poznawczo ku całemu sensowi poznawczemu w egzystencji świata, który jest bardzo materialny, ale idzie w tej
    materii o to, żeby odkryć tajemnicę zjawisk boskości – Jednakże śmierć w świetle tego czucia ukryta powiada na równowagę całkiem co innego, nastręcza kłopotów myślowych o boskości i zaburza porządek logiki myśli…

    A. S. – Mówimy homo – sapiens, mówimy homo – ludens. Mówimy duch, mówimy ciało. Nasz umysł zapewne nie jest wszystkim. Świętujemy gry, szaleństwa i karnawały. Słuchamy snów i intuicji. Przypadek uznajemy za przeznaczenie. Szukamy jego usprawiedliwienia mnożąc teorie bytu… (tutaj profesor zajada smacznie czereśnie)

    Z. K. – A wyobraźnia, musiała być jednak pierwsza? – Proszę wybaczyć, że sprowokuję i Pana – powtórzę na użytek tej rozmowy słowa, że „wyobraźnia jest ważniejsza niż wiedza”- to mówi umysł bardzo ścisły od teorii względności!

    A. S. – Wyobraźnia jest potrzebna! – jest ciągłą potrzebą. Nawet ścisły umysł Einsteina wyznaje, że wyobraźnia zawsze o krok wyprzedza nabytą wiedzę Napisałem kiedyś w lokalnej prasie tak półżartem półserio, że jesteśmy „dziećmi chaosu” – Wszyscy się strasznie oburzyli – Jak to?! – my jesteśmy dziećmi chaosu?! – Mogłem powiedzieć „dziećmi przypadku” – skoro przypadek nie jest przeznaczeniem, a jest tylko przypadkiem. Wszystkim bez przerwy mówię, że betula alba (brzoza biała) emituje w ciągu sezonu ileś tam milionów nasion, ale z tego wszystkiego wyrastają tylko dwie ,trzy, nowe brzozy. (profesor wolno i swobodnie kontynuuje jedzenie czereśni, co jest bardzo sympatyczne) Czyli ten cały potencjał genetyczny w tym momencie się marnuje – pytam kto w tym momencie zagwarantuje panu, że akurat – zawsze będą to te, które w całej masie nasion są najlepsze – reprezentują najwłaściwszy, zespół cech zdolnych do przeżycia w danym miejscu… Tak samo jest z człowiekiem, który emituje miliony potencjalnych nasion dla istot, które mogłyby żyć, przypadek sprawia, że dwie czy trzy istoty po nim żyją, może byłoby ich o kilka więcej, gdyby oddał swoje nasienie w inne łona.

    Z. K. Dziś, chyba najbardziej, mówi się oprócz genów o tak zwanej atomizacji, czyli pewnym kodzie zawartym w genetyce co do różnorodnego życia i jego form w naturze… Kiedyś znajomy mój profesor Teller dał mi taki prywatny wykład, odnoście właśnie, atomizacji rzeczy, i ciał odradzających się dla podtrzymania życia w naturze naszego nie tylko materialnego świata. Otóż on snuje teorię, odnośnie swych badań w Ameryce na uniwersytecie co do zjawisk odradzania się poszczególnych idealnych kształtów w naturze i dochodzi do wniosku na przykładzie kształtu płatka śniegu, do pewnych kwestii…Chodzi tu m. innymi o to, że każdy spadający a powstały na skutek określonych warunków z kropli wody w przestrzeni, spadając wolno z określoną siłą przyciągania na ziemię w momencie uderzenia o jakąś krawędź traci np. jedno ze swoich ramion, bardzo ciekawym jest, że obserwując ten płatek dalej zauważamy w krótkim czasie natychmiastowe odbudowanie się tego ramienia w identycznym kształcie jak pozostałe. Biorąc pod uwagę fakt, że każdy płatek z pośród miliardów innych ma swój inny kształt i wygląd, zachodzi podczas odradzania się tego ramienia zjawisko wysyłania wiadomości ze środka czyli z centrum o odbudowie ku całości… Ciekawe to zjawisko powtarza się u innych żywych mniej żywych istotach czy istnieniach, ale związanych z naturą. Natura jest silna i broni się, dla każdego swoim czasem, za wszelką cenę swoją hojnością? – Jak Pan może to filozoficznie skontestować Panie Profesorze?

    A. S. Natura jest : rozrzutna hojna i bezwzględna, natura ma ogromną rezerwę. Cóż! – ja mogę tu więcej powiedzieć o jej tajemnicach. Opowiem natomiast pewien kawał – w lamajskiej teozofii istnieje zespół ksiąg Tan Dżur i Kan Dzur. Tych ksiąg jest około trzystu – mówi się tam tak : ” ten oto człowiek przeczytał 100 razy Tan – Dżur i Kan – Dżur i milczy – to mądry człowiek!”- Wiedza zawsze rodzi wątpliwości, odpowiedzieć na takie wszystkie pytania jest bardzo trudno, bo można się pomylić. Zatem warto milczeć. Natomiast warto sobie zdać sprawę z tego jaką jesteśmy drobinką i jak płytko, mimo naszej wiedzy, sięgamy i nie wiele wiemy o tym wszystkim, co było zrobione, i jak została wyzwolona ta gigantyczna energia, która stworzyła te wielkie cywilizacje… Zalecam poczytać Scheakspeare’a, a żeby zobaczyć jaką mizerną jest nasza kondycja pośpieszna i gwałtowna tonąca w nadmiarze szumów informacyjnych i w rozproszeniu…

    Z. K. Pytam, niektórych autorytetów, moich rozmówców o taki fakt – Bo to jest już fakt namacalny naszego XXI wieku – mianowicie, czy jest prawdą, że sztuka zatrzymuje człowieka w jego pogoni za materią? – No i zaraz dodaję, chociażby tak : – Tadeusz Kantor Powiedział, że ta sama „sztuka uratuje świat i tylko sztuka jest w stanie uratować świat od zagłady, w którą pośpiesznie ów świat podąża”- można tylko dodać, że wyzwolono tzw. techniczną „zawleczkę” nadwyrężając i tak juz naruszony trzon natury- ona musi się znów wyzwolić spod jarzma człowieka, zaślepionego sobą, potrzebą posiadania tego co zapełni jego próżnię. Ów człowiek działa w swej próżni i jest bardzo samotny, a więc ucieka w jakieś nieznane bardziej tajemne (?) rozkoszne przestrzenie?…

    A. S. Kantor był skłonny mówić w różnych momentach wszystko, Jemu przysługiwało takie prawo, z racji Jego oryginalnej i nie banalnej sztuki,
    o czym on dobrze wiedział…Ja Kantora dobrze znałem. On był takim efektownym francuzem! – a francuska teoria sztuki jest, pełna takich
    bardzo aluzyjnych i niekonkretnych spostrzeżeń i metafor… Ale skoro już jesteśmy we Francji to powiem, że dzięki Francji, a może nie tyle Francuzom co kosmopolitom zgromadzonym w kabarecie Volteare’a w Zurichu, powstała koncepcja „dadaizmu”, potem zrodzona z niej koncepcja nadrealizmu- Później „obowiązywał” w sztuce tzw. „słownik surrealizmu”- to jest ostatnie wielkie dzieło tego wieku, które we Francji zostało wyprodukowane… Bo filozofia egzystencjalizmu Sartra, to już jest coś całkiem innego „słownik nadrealistów” – to cała grupa poetów takich jak ; Eiuard, Aragon, Apolinair’e, Jakobs… To wszystko są ludzie, którzy właśnie wtedy, w tym wspomnianym okresie, stworzyli Coś!- co jest tym ostatnim obrazem Francji – A potem koniec z tym centrum…

    Z. K. – A jeszcze potem wszystko przeniosło się do Ameryki? ( tu śmieję się, ciekaw co też powie na to profesor)

    A.S. – Do Ameryki?! – Nie tak szybko! – w Ameryce była tylko jedna oryginalna Szkoła Pacyfiku Jacksona Pollocka, ale dopiero jak Hitler wypędził Bau- hauserów z Europy pojechał do Ameryki Albers, i pojechali inni. Ameryka, jako centrum sztuki, to dopiero lata czterdzieste, czyli połowa ubiegłego wieku, kiedy zaczęło się coś tam w sztuce dziać… I trzeba jasno powiedzieć, że płótna Albersa były pierwszymi obrazzami abstrakcyjnymi w Ameryce. To jest ważne! – Do tego czasu w Ameryce była górą ich sztuka rodzima, trochę ekspresji i trochę ilustratorstwa – Dopiero potem Pollcok, Kooning, Rothko, Albers – poszli do przodu, później przyszła tam druga fala po londyńskim pop – art – cie . Pop – art
    wpierw narodził się w Wielkiej Brytanii, a dopiero później Ameryka poszła za tym uderzeniem. I dopiero wtedy tam się urodziła sztuka Lichtensteina, czy sztuka Rosengista, Warhola, sztuka Ameryki, zrodzona z reklamy. I jest to sztuka ludowa – Zaczęto produkować po 500 sztuk różnych odbitek, które ledwo zdążył artysta podpisać a już przystępowano do następnej serii. Amerykanie kupowali w hurtowych ilościach sztukę z Europy – to szło i szło, także w cenę – i to oni stworzyli rynek sztuki.

    Z. K. Zatem, Panie Profesorze stąd z Maćkowej Rudej, w tej wędrówce, znad Czarnej Hańczy dochodzimy do miejsca, gdzie technika bierze górę nad sztuką, która to technika ma już swoją własną egzystencję? – Może zechce Pan Profesor odnieść się do tego cybernetycznego bumu komórkowego, elektro – techniki, i wszelkich innych nowinek, które ekspresowo zalewają świat, właśnie z tamtej strony, zza oceanu z Japonii…Zaczynamy się pytać własnej wyobraźni – czy to w jakimś momencie, nie zakłóci, nie zagłuszy wszelkich działań w obrębie sztuki i bytu duchowego naszej epoki? – bytu ,który jest już i tak bardzo poskromiony…Na pewno zastanawiał się Pan nad tym właśnie stąd, z tego miejsca, z takiego dystansu…

    A. S. – Zastanawiałem się, nad tym wszystkim co muszę robić – Muszę korzystać z tego „dobrodziejstwa”. Aby realizować pewne projekty – muszę pracować na komputerze – Jeżeli projektuję graficznie książkę to muszę transponować tekst i grafikę – Jest to nowe narzędzie pracy, którego nie zastąpi nic, i jak każde inne narzędzie wymusza pewien język – na pewno tak! – no i pewną poetykę – na pewno tak, choć dla mnie obcą. Jak widzę co robi Horowitz ze swoją fotografią, czy co robi się dzięki cyfrowej technice z filmami w Ameryce, której efektami zachwyca się mój wnuczek – To się dla mnie nie daje oglądać w spokoju – natomiast sama ingerencja tych, czy innych, nowinek techniki – np. aparatu cyfrowego jest naturalna…Aby zastosować zupełnie nowe narzędzie dla uzyskania pożądanego efektu, należy nad nim panować…

    Z. K. Na pewno jest Pan artystą pogranicza żywiołów, ukrytych w naturze i w duszy człowieka. Jest Pan artystą, który patrzy na człowieka w jego powiązaniu z przyrodą, traktując zachodzące na tej płaszczyźnie różne relacje jako wyraz odwiecznego współistnienia, inspiracji i odpowiedzialności – Powiada Pan w niejednych ze swoich wypowiedzi tak : ” Przyroda uformowała człowieka, jesteśmy jej dziećmi. Nawet nasza wyobraźnia i system wartości estetycznych
    zależą od przyrody…” – Zatem wracajmy szybko do otoczenia, które mamy tutaj w zasięgu wzroku tu u Pana. Pamiętam w jakimś programie dla TV Polonia,
    kilka lat wstecz, mówił Pan bardzo pięknie o kamieniu, o jego wnętrzu, czasie i całej metafizycznej sferze stosunku człowieka i jego życia do kwestii natury…
    Kamień, o ile pamiętam, dla Pana, jest wielką pojemnością – może on być wnętrzem, takim jak ogromna sala… Doprawdy, bardzo dużo można powiedzieć o kamieniu o jego czasie, a jednocześnie naszym człowieczym miejscu… Może zechce Pan wrócić do tej wypowiedzi i przytoczyć dla nas jakąś ciekawą inną
    podobną sugestię, i ustosunkować się do tej kwestii, którą jakby prowokacyjnie tutaj na powrót przytaczam?

    A. S. Nikt nas, ludzi myślących, nie może zmusić do tego, żebyśmy rzeczy oglądali tylko z jednej strony. My możemy spojrzeć na kamień w różny sposób : – jak na swego brata, jak na swego wroga, możemy patrzeć na kamień jak na rzecz martwą , jak na rzecz żywą, jak na świadectwo historii, czy czasu, trwalsze a niżeli nasza historia- ta licząca się od dnia naszych urodzin – Kamień trwa! – i śmię powiedzieć, że jest znacznie mądrzejszy od nas, bo niewiele mówi – My natomiast, żyjemy krótko – a mówimy dużo. Kamień żyje bardzo długo i też mówi, ale mówi zwięźle, krótko i w sposób powiedziałbym monumentalny. On też zawiera informacje, które możemy odczytać znając szyfr, czy będąc odpowiednio wrażliwi…Azjata post – buddyjski chciałby widzieć kod i cały porządek rzeczy nie tylko w istotach żywych, ale w każdej drobinie materii, bo ona jest odbiciem porządku naczelnego…W różwym stopniu ważne jest to co dzieje się w nas, i to co się dzieje w kamieniu. To jest ładunek energii Stwórcy. Jest to cząstka Boga – cząstka „Ra” jak to się nazywa w buddyźmie – Stąd problem w jakim stopniu dusza nasza jest zmonopolizowana. Powstaje pytanie – czy tylko człowiek może mieć prawo do posiadania duszy? –
    Egoistyczne zarozumialstwo człowieka podporządkowuje sobie ten aspekt. Mówi się, że wszystko co ludzkie jest stworzone na obraz i podobieństwo Boga. Ale musimy pamiętać o tym, że zacna Biblia nie jest
    jedynym zapisem na świecie, który mówi o potrzebie istnienia nadrzędnego Sprawcy świata, który mówi o istnieniu takiego – czy innego etycznego porządku… Dlatego też, mając taką świadomość, ja nie jestem zwolennikiem wyznawania religii „X”- czy „Y”, za jedyną sprawiedliwą czy słuszną. Trzeba, i warto, o tym zawsze pamiętać.

    Z. K. Czy wyznawanie takiego poglądu tzn. równania rzeczy martwych z żywymi, nie staje na pograniczu jakiegoś pogaństwa? – bo jednak w pewnym momencie człowiek homo – sapiens zaczął odróżniać, i to bardzo wyraźnie te
    rzeczy klasyfikować…zwłaszcza, gdy mocniej już się uduchowił, powiedzmy w czasach „Starego Testamentu”, czy rozwoju sztuki Renesansu, albo Secesji…

    A. S. – Nie – nie! – Bliższy jestem koncepcji teozoficznej. Takie rozumienie świata porządkuje, i tłumaczy nam bardzo wiele innych rzeczy, kiedyś tutaj u mnie nawet dyskutowaliśmy o substancji miłości, która daje nam taką zmysłową przyjemność w momencie szczytu, w momencie osiągnięcia punktu kulminacji – Ta wielka przyjemność, rozproszona w miliardach aktów na całym świecie, w całej naturze przyrody – bo przecież i ta jętka, i komar, i żuczek, i piesek, i my wszyscy, poczynając nowe życie, rodząc w taki czy inny sposób, doznajemy
    wielkiej chwili – wielkiej przyjemności… i ta ogromna koncentracja rozkoszy, to właśnie był ten Wielki Wybuch ze strony Demiurga. Ta rozkosz, się rozproszyła i trwa non – stop we wszystkich komórkach żywych, i długo będzie jeszcze trwać dopóki nie wyczerpie się energia rozkoszy Boga, który w tym wielkim akcie, erekcyjnym stworzył wszechświat…

    Z. K. Podziwiam, i rozumiem, określenie naszego polskiego kosmonauty, a jednocześnie, jako spostrzeżenie, bądź co bądź człowieka, któremu były system komunistyczny nie zezwalał na myślenie o Bogu, zwłaszcza tam w wysoko w przestworzach, a jednak – się nie oparł !– Powiedział kiedyś między innymi, że dopiero jak się zejdzie stopami na Ziemię z tego wehikułu, wymyślonego przez umysł człowieka, kiedy się stanie tutaj nisko, po obejrzeniu tych przestworzy w innych światłach – Tam, gdzie bliżej do Boga, dopiero wtedy docenia się tę moc i siłę Stwórcy przestrzeni, a w tym Wielkość i Jego przeogromną moc sprawczą Nie można tam pozbawić się myśli o Stwórcy – Te kwestie przytaczam czasem,
    kiedy idzie o kwestie Boga i natchnienie Ducha…Czyli, dopiero jak się TAM wzniesie na swych skrzydłach, które wciąż są niedoskonałe, zbudowane w wyobraźni umysłu, to się jest urzeczonym tą całą Potęgą, i nie sposób nie wierzyć w początek Niego. Tu na Ziemi człowiek nie jest w stanie tego dotknąć, choć, jak mówi poeta, wszystko bo cały wszechświat jest pod stopami…Aż strach pomyśleć, że kosmonauta patrzy w oczy Boga – jako umysł ścisły i techniczny – a co na przykład namalowałby artysta plastyk, gdyby to zobaczył,
    i po powrocie stamtąd na ziemię opowiedział na obrazie?

    A. S. Namalowałem swego czasu 18 obrazów na temat Biblii, które za chwile panu pokażę – jest taki Psalm, który pyta co nam pozostanie, jeżeli my znajdziemy się w katastrofie : skrzydła nam odpadną jak mitycznym bohaterom greckim – pozostanie nam tylko modlitwa i ufność w opatrzność oraz ratunek boski… Skrzydła, biologiczne elektroniczne, i mechaniczne – wszystkie skrzydła, jakie człowiek sobie przyczepił odpadają, stoimy całkiem nadzy, spadamy na dno czarnej dziury. Modlitwa, oto co nam jeszcze pozostaje… Są to moje obrazy do „Psalmów”, które tłumaczył też Miłosza. Namalowałem obrazy do „Apokalipsy” Miłosza. Zaraz pokażę panu te obrazy w reprodukcjach,
    ( oglądam przepiękne prace profesora na kredowym papierze formatu A-3, dwadzieścia stron – które profesor tutaj jednocześnie komentuje).To jest, jak pan widzi, Alfa i Omega, bo Bóg Ojciec jest nieprzedstawialny – A tu są te : pierwsze kościoły- Efez, Smyrna…Tu Leodycea, jest też „Nowe Jeruzalem”, i „rzeka światła i złota”. A tu są „Bramy z pereł ” z Archaniołami, i „dwanaście szlachetnych kamieni”, tworzących fundament – a tu jest to drzewo, które rośnie po obu stronach rzeki, to są wszystkie greckie imoina Chrystusa – Chrystus Bazyleus…A to jest część dyptyku „Sąd ostateczny”- A tu jest „Szarańcza apokaliptyczna”, która zasłoniła słońce. Szarańcza jest skrzyżowaniem skorpiona i kobiety… A to jest „Tron Władcy Babilonu” budowany był na językach – na kłamstwie, pochlebstwie, i krzywoprzysięstwie.( oglądam przepiękne, duże kolorowe, kredowe reprodukcje obrazów „Apokalipsy” profesora) – To wszystko były obrazy olejne dość duże , a teraz są wystawiane, w salach Zamku w Malborku w dobrym towarzystwie bo obok grafik Albrechta Durera. Mam obecnie bardzo dużo innej różnorodnej pracy nad książkami, buduję galerię autorską tu na terenie mej posesji, gdzie będzie można oglądać różne moje obrazy i grafiki, które spakowane czekają na
    swe miejsce, ciągle jeszcze maluję obrazy, i zaraz pokażę panu jeszcze moją pracownię. Pracuję nad scenografią do opery „Orfeusz i Eurydyka” w/g Ch. W. Glucka dla Opery Wileńskiej. Będzie ona wystawiona w Wilnie na ogromnej scenie. Nie tak dawno zrobiłem dla Białegostoku „Wiśniowy Sad” Czechowa.

    Z. K. Pozostaję wciąż pod wrażeniem tych obrazów z Apokalipsy, którą oglądałem przy Pańskim komentarzu – To ogromna wiedza, a jednocześnie układanka twórcza z dziejów człowieczeństwa, żeby powstały takie obrazy jako pewne skróty i metafory do całej Apokalipsy potrzeba wielkiej wnikliwości.
    Ale abstrahując już od tych pięknych widm, pozwoli Pan, że zmienię kierunek zainteresowań w inną stronę, bo jakby w kierunku antropologicznym Pańskiego pochodzenia i życia Panie Profesorze. Otóż kilka razy było tu już, z racji pochodzenia Pańskiego, przywoływane Wilno do którego stąd panu nie tak daleko, ale to nie tylko sentyment dla Pana, ale kontakty artystyczne oraz odwiedziny, biorąc pod uwagę, że Pan urodzony na Antokolu w Wilnie, co też było już tutaj przywoływane…Ale pragnę, żeby Pan przybliżył te kontakty i swoje spotkania, choćby Pańskiego przyjaciela i bywalca w tutejszym uroczysku i siedlisku, gdzie Pan mieszka i tworzy, a mianowicie Czesława Miłosza – może jakieś ciekawostki? – No, i może zechce Pan także wspomnieć o innych przyjaźniach artystycznych…

    A .S. Pływał tutaj ze mną po Hańczy, bywał tu często sam, a czasem z synem i bardzo mu się tutaj podobało, mówił wprost ; „gdybym był co najmniej kilkanaście lat młodszy- to bym tutaj na pewno kupił ziemię i bytowałbym tak samo. Poznałem go np. z Krzysiem Czyżewskim, z „Pogranicza” – Miłosz siedział – tutaj- o tutaj (profesor pokazuje na krzesło, na którym ja siedzę za stołem i oglądam rzeczy), a Krzysio klęczał przed, wręczając mu swoją pracę magisterską pt.”Poezja Miłosza” – Miłosz się ogromnie wtedy wzruszył, wyciągnął kartkę papieru, i przy tym stole napisał tak : „Daruję Waści Krasnogrudę”, na którą teraz nasi luminarze kultury nie chcą dawać pieniędzy – to ci, albo podobni do nich, nie chcieli pochować Miłosza na Skałce, oni uważają, że Miłosz to jest litwomanem i wątpliwym poetą, agnostykiem, może i komunistą – a także przyjacielem Gedroyca – a sam Giedroyć był antyklerykałem, siedział w Paryżu i pisał, do nowo powstałych rządów sugerując im prawidłowy stosunek do naszych wschodnich sąsiadów, i Rosji… i takie tam różne rzeczy, o których nam wszystkim wiadomo…Co się tyczy samego „Traktatu teologicznego” – Miłosza są tam różne treści, które nie podobają się zainteresowanym, Miłosza – podobnie jak wypowiedzi do do
    polskich i litewskich… No, i jak pan już pyta, co do innych moich kontaktów, znałem Herberta, którego, jakoś tutaj przy Miłoszu, należy z szacunkiem wspomnieć – Mówiło się ongiś o jakimś konflikcie pomiędzy Miłoszem a Herbertem – to komercja! – Miłosz miał taką lekką rękę w życiu, bo był wpierw dyplomatą, bo pochodził z rodziny lepiej ustawionej historycznie z koneksjami wuja Oskara Miłosza, który był litewskim ambasadorem… A Herbert, kiedy go tu w latach pięćdziesiątych spotykałem, był skromnym, normalnym człowiekiem, o którym się wiedziało, że pisze wiersze – ale nie wydaje, w tamtych czasach pozycja Miłosza a Herberta była całkiem inna, co zresztą tak pozostało…Spotykałem się ze Zbigniewem Herbertem, w czasach kiedy on był jeszcze bardzo młodym człowiekiem, a było to w Olsztynie na Zamku u Skurpskiego. Trudno mi oceniać dziś jednego – czy drugiego poetę – ale powiem, że wyżej cenię dojrzałość i spokój Czesława Miłosza. Herbert jest bardzo dobrym poetą, ale Miłosz jest jeszcze oprócz tego filozofem w tym co pisał i robił, jest jakby pełniejszym człowiekiem, jest instytucją kulturalną oraz ciągłym ambasadorem Polski. Obaj są warci dobrego miejsca w Literaturze Polskiej. Ale w żadnym razie nie należy przesadzać i gloryfikować np. wyłącznie Herberta. Z Miłoszem prócz tego wiążą mnie jeszcze inne rzeczy. Jego brat Andrzej Miłosz był dokumentalistą Czesława i Jego echem i Andrzej był żonaty z Grażyną Strumiłło, również z Mińskich stron. A moja rodzina pochodzi spod Mińska, gdzie od setek lat siedziała na tej ziemi. Mama moja pochodzi z Auksztoty dziadek mój miał zaścianek Sudaty, który sąsiadował z Zułowem Piłsudskich – Piłsudscy byli sąsiadami mego dziadka. Mama moja była chrzczona w Cejkinach na Litwie, a ja urodzony w Wilnie. W Maćkowej Rudzie żyję od 1985 roku. Setki ludzi tutaj przyjeżdża – znanych, mniej znanych, inni z zza granicy, nawet z Japonii – Dom jest otwarty…

    Z. K. Jednym słowem, biorąc wiele aspektów w Pańskiej twórczości i innej wszelakiej działalności, można powiedzieć, że jest Pan szczęśliwy? – Na pewno powinien Pan być spełniony, jako twórca i osoba prywatna, osobowość, która odnalazła swoje miejsce, tożsamość… Ale ma się tę świadomość, że jest Pan w tym poszukiwaniu artystycznym wciąż obecny…Zrobił Pan i stworzył wiele ambitnych i pięknych rzeczy, zwiedził Pan świat na ponad 40 różnych wyprawach długodystansowych i był w wielu ciekawych miejscach, czego dowodem jest wspaniała i imponująca dokumentacja katalogów oraz zbiory prawdziwych dzieł sztuki, z różnych rejonów świata…Dotykał Pan murów tylu starych wspaniałych i okazałych świątyń, miast i wsi ,stiup, pabed. itp. miejsc… Dziś jest Pan u siebie, tak blisko kochanego Wilna. Tutaj nad Czarna Hańczą, także jako hodowca przepięknych koni arabskich z długoletnim rodowodem. A matkę rodowodu o nazwie „Mlecha” namalował w 1845 Juliusz Kossak i ten obraz Pan ma u siebie. Konie wielokrotnie brały udział w wyścigach oraz
    championatach i zdobywały nagrody – Obiecał Pan pokazać stadninę koni, własną pracownię i obrazy oraz ten obraz Kossaka. Jak Pan może odnieść się do tak stawianej rzeczy co do definicji szczęścia, albo samospełnienia?

    A .S. – Po latach doświadczeń zdaję sobie sprawę, w pełni z tego, że wciąż uczestniczę wciąż w takim dramatycznym spektaklu, rozsuwając, kurtynę ciemności, która ma ukazać prawdę pełną, a odsłania wciąż następną kurtynę…To szczęście, o które pan mnie podpytuje, może mieć różne oblicze, czasem nawet dramatyczne… Po pierwsze – mam bardzo chorą żonę, która uległa kiedyś bardzo poważnemu wypadkowi, na torach kolejowych, i jest dzisiaj bardzo nieszczęśliwą kobietą potrzebującą opieki… Co do mnie powiem jeszcze tak – uwierać zaczyna świadomość własnej marności. Bardzo dokucza człowiekowi wrażliwemu taka słabość własna – ile można było zrobić, a ile jeszcze należy… Wystarczy wziąć jakąkolwiek książkę lub album i zobaczyć
    ile zostało zrobione, ile gigantycznej energii w to poszło, ile zrobili inni. Cieszę się, że hoduję konie arabskie, to moja inna wielka miłość – mam obecnie piękne źrebaki – rosną u boku swych matek. (za nim pójdziemy do stajni pan profesor pokazuje swoje niektóre książki, albumy, między innymi album opracowany dla Janowa Podlaskiego o koniach arabskich – Profesor pokazuje także coś innego, bo wielosłowną piękną ręczną dedykację mówiąc) – A tutaj proszę przeczytać, to od Miłosza. ( czytam, na specjalnie wykonanym niebieskim etui, z publikacją wydruku „odnalezionego” wiersza w archiwum Iwaszkiewicza, jest u dołu dedykacja ręcznym pismem – i podpisano :…z przyjaźnią Czesław Miłosz…Pan Andrzej dalej kontynuuje…) – Ten wiersz był kiedyś dedykowany żonie Iwaszkiewicza, a dotychczas nigdzie nie był publikowany… Mam wiele książek Czesława oraz od innych moich przyjaciół współczesnych, jak : Tomas Venclova, Tadeusz Różewicz…

    Z. K. Wie Pan Profesorze, jak patrzę wokół, w te różnorodne Pańskie działania oraz te, czy inne publikacje, a dodam, że wcześniej już obcowałem z Pana książkami, malarstwem, zanim tutaj do Pana przyjechałem, odświeżyłem swoją różną wiedzę o Panu – i jak tak patrzę – absolutnie wszędzie, czego się Pan podejmuje, i wszędzie tam, gdzie już wiele rzeczy powstało – to jest w tym szerokim działaniu : wiedza, filozofia i ogromna „Potęga smaku” – i jakbym mógł przywołać dalej tutaj Herberta, to tylko dlatego, bo zaraz wydaje mi się, że
    gdzieś czyha tutaj : „Barbarzyńca w ogrodzie” – Wiem, że wyhodował Pan swój ogród sztuki i przepiękny park – dziś już dorastających i pokaźnych dzieł, jak i różnorodnych drzewek… Kiedyś wiele lat poprzywoził je Pan z podróży i innych wypraw – To też jest kolejna ogromna wiedza! – Jak trzeba nad tym wszystkim panować? – żeby nie pomieszać, pewnych pojęć, i tych filozoficznych, i żeby się przypadkiem nie powtórzyć – ani nie pomylić… Zna Pan tyle wtajemniczonych
    teozoficznych – to jest w książce „NEPAL” i w albumach, a poezja wydana w dwu dużych zbiorach pt. „JAK” i „MOJE” jest tak głęboko, że tak powiem ,mocno zfilozofowana i zmetaforyzowana, jest jednocześnie pisana na autopsji swojego pielgrzymowania do bogatych kultur świata, o różnorodnym obyczaju, co zresztą pokazują także inne pańskie książki, że zwykły człowiek robi się taki malutki…I co najważniejsze! – jest w tym Pańskim wszech – działaniu wielka
    świeżość i energia, a jednocześnie tak sensorycznie rozkładający się zmysł…Co Pan powie na takie skrótowe i metafizyczne, ujęcie pana osobowości?

    A. S. Długo już żyję!( tu profesor śmieje się przekornie) W Nepalu byłem 4 razy, odbyłem 11 podróży do Indii. W Chinach byłem 4 razy, i przejechałem je
    całe w czasie „Rewolucji kulturalnej”. Byłem czterokrotnie w Mongolii, z Chabarowska przywiozłem niedźwiadka „Mińkę”. Byłem a Japonii, Tajlandii w
    wojennym Wietnamie, Turcji, Syrii na Kaukazie, w wielu krajach Europy… Niestety nie byłem tylko w Australii. Australia jest oczywiście kontynentem nowym, nie posiadającym historii… Powiem, że ja nawet do Afryki nie chciałem jechać… Moje wszystkie wyjazdy, z wystawami, i wszelkie podróże były podjęte świadomie. Do Wenecji pojechałem ze swoją wystawą, i dużo po Włoszech wędrowałem – to piękny kraj. Przeszedłem pieszo całą Sycylię. Wszystko udokumentowane jest w wielu różnych katalogach, skryptach i książkach… Szkice, literackie i graficzne oraz fotografie stanowią dokumentacje podróży. Osobny zbiór sztuki i przedmiotów kultury materialnej dalekiego i Środkowego Wschodu trafiło do Muzeum Azji i Pacyfiku w Warszawie oraz do Muzeum Etnograficznego w Krakowie. ( tu profesor komentuje dalej i podpisuje jednocześnie mi najnowszy katalog pt. „Indie”, z różnych swoich podróży po Indiach).
    Z. K. Czas na mnie, już musimy kończyć to przeurocze i sympatyczne nasze spotkanie, przy okazji którego wiele rzeczy dowiedziałem się, a i mam nadzieję że i czytelnicy…Jest tu, jak mi się wydaje, bardzo bogaty w treść materiał, nader bardzo pojemny Panie Profesorze. Myślę, że jeszcze Pan pokaże Czarna Hańczę i konie oraz pracownię z najnowszymi obrazami, a także obejście tego uroczego i pięknego Siedliska, gdzie – czuję to, emanuje ogromna pozytywna energia, gdzie leży dużo kamieni tzw. ,otoczaków różnych, dużych ogromnych, i tych mniejszych, nawet mur wokół domu z nich jest zrobiony… A na ganku domu, wykonanego z drewna, pokrytego gontem, czuję zapach skórzanych, leżących tu, siodeł końskich czekających zapewne na przejażdżki gościnne…A może jeszcze zechce Pan powiedzieć, tak od siebie, o tej konnej miłości, chociaż dwa słowa, o koniach, o ich mądrości, sile, i dostojności?

    A. S. Tak! – Hańczę, konie każdy kto mnie odwiedza ogląda…koń – zwierzę mądre, ale przede wszystkim czułe. my nie musimy wszystkiego mierzyć naszym ludzkim rozumem i naszą ludzką psychiką…koń jest bardzo mądry na swój sposób. Zrobiłem książkę o koniach arabskich – nazywa się „Al Jawad”
    co znaczy po arabsku „szlachetny” – Jest to historia Stadniny Janów Podlaski i sytuacja konia arabskiego w Polsce. To jest tytuł „poetycki’, natomiast podtytuł brzmi ; „Konie Janowa”. Koncepcja i opracowanie jest moim wkładem. To już poszło w świat…Jest tu wiele rzeczy o koniach; historia rasy, wiedza o tym zwierzęciu, o jego hodowli i nie tylko. (oglądamy tę kolorową, pięknie wydaną, książkę z reprodukcjami wewnątrz) – Powiedziała nie dawno goszczaca u mnie Iza Cywińska, była pani Minister Kultury, że spokrewnieni jesteśmy po przez konie – W pewnym sensie tak!- (szczerze tu śmieje się profesor) – Cywińska jest w gruncie rzeczy z rodu Dzieduszyckich – a Dzieduszyccy do majątku Jarczowiec na Ukrainie w roku 1845 sprowadzili trzy klacze z Arabii : „Mlechę”, „Saharę”, „Gazelę”, a te trzy klacze, co jest tutaj ważne, sportretował wówczas młody artysta malarz Juliusz Kossak!- mając lat 20, jeszcze przed studiami w Paryżu u Verneta… A ja jestem dumny, że u mnie stoją w stajni konie będące potomkami „Mlechy” – pra – pra – pra -wnuczki „Mlechy”. Stałem się też bardzo szczęśliwym posiadaczem, obrazu Juliusza Kossaka, który przedstawia ową pra – pra – pra – babcię „Mlechę”. Jestem dziś posiadaczem jej kolejnych potomków, których linia jest ściśle przestrzegana i pieczołowicie chroniona, aż do dzisiaj. Jest ten obraz u mnie, i jeżeli pan tylko chce, pokażę… (szybko odpowiadam-tak! – Przechodzimy do pokoiku obok, gdzie na ścianie frontowej wisi ten kolorowy, oprawiony, obraz – rozmawiając – ja fotografuję ten obraz, na co pozwolił profesor wcześniej ) – A tu mam osobny album moich koni – Są to różne fotografie pani Zofii Raczkowskiej na koniach.

    Z. K. – Ten przydomowy park sadzony jest rękami Profesora? – trochę młodnik, z różnorodnych rodzajów drzew jawi się nadzwyczaj zdrowo i okazale, jak widzę jest tutaj bardzo wiele gatunków nieznanych drzew i krzewów w Polsce.
    A w rozgałęzieniach koron niektórych drzew widzę, są umieszczone otoczaki…

    A. S . – Tak, wiele przywiozłem i sadziłem sam… (Tuż obok za domem widzę stadninę koni…wchodzimy do stajni – widzę obok dwu klaczy arabskich po jednym źrebięciu – Są piękne i bardzo żywe… Profesor przez furtę, wtula głowę do boksów, a klacze chrapami chwytają Jego policzki i
    muskają jego głowę, chwytają swego profesora delikatnie chrapami za włosy. Wchodzi do innych boksów i głaszcze konie i tuli się do nich – Bystre arabskie klacze wydają przyjazne dźwięki aksamitnymi chrapami… A na podwórku stoi duża rzeźba, jeszcze nie ukończona – jest to rzeźba z granitu kobiety autorstwa syna profesora, który jest artystą plastykiem, jak oznajmia profesor, po ASP w Krakowie. Profesor poszedł do domu po klucz do pracowni a ja udałem się nad rzekę, która płynie tuż za murem wykonanym z otoczaków… Czarna Hańcza jest dość szeroką rzeką i jak się okazuje w tym miejscu niegłęboką…Na brzegu, przy domu, w jednym z miejsc, jakby przy takim rozlewisku widzę ślady wielu kopyt końskich…Podchodzę i myję ręce, twarz wielokrotnie… Patrzę na północny wschód. Czarną Hańczą można przepłynąć wprost do Niemna…Słońce dość nisko nad lasem, daje rozumieć, że należy już, i trzeba odjeżdżać, jeszcze tylko wejdę do pracowni plastycznej profesora, żeby spojrzeć także na obrazy, i odjechać z metaforami tych płócien do domu…Profesor pokazuje pomieszczenie pracowni, obrazy, projekty pod urokiem których wychodzę z pracowni kierując się z panem Andrzejem do bramy siedliska. (Idziemy spacerkiem przez całe obejście, przez podwórze) – O widzi pan tutaj tą nieukończona budowę – to będzie moja galeria autorska,( widzę rozbudowę pomieszczenia, stojącego na fundamencie, w ciągu dwu budynków, jako klamra, i jakby do połowy już wyciągnięty mur, albo jest to coś po adaptacji ? ) – Muszę to zrobić, bo wielu, chce zobaczyć moje prace plastyczne…Mam tego dużo – a powinno to być dostępne dla ludzi, którzy coraz liczniej tutaj przyjeżdżają – Chcę to ukończyć, ale to koszta…( Przed bramą siedliska żegnam się, po kilkugodzinnym spotkaniu serdecznie, jak z Arcyartystą i Dobrym Pasterzem Sztuki, Osobowością nadzwyczajną – jest ciepło – rżą konie…)

    Z. K. – Dziękuję Panie Profesorze najserdeczniej! – za tę artystyczną rozmowę, która była nie tylko pokazaniem Pańskiej prywatnej osoby, ale okazała się dla mnie wielką przygodą uzmysłowiającą mi szeroko pojętą wiedzę, było to urocze spotkanie i piękny wykład…( Profesor na pożegnanie ściska mi dłoń – a gdy już siedzę w aucie, i ruszam przed siebie, On kiwa ręką, i długo stoi przed bramą…)

    – z profesorem Andrzejem Strumiłło
    w Maćkowej Rudzie na Suwałkach
    rozmawiał Zbigniew Kresowaty
    (25.07. 2006 roku)

  • NIESTRUDZONY JĘZYK MUZYKI I SŁUCH KU UDUCHOWIENIU

    rozmowa z wybitnym mecenatem światowych koncertów im. Jana Pawła II-go Prezesem Towarzystwa Muzycznego im. S. Moniuszki z Bostonu, śpiewakiem operowym i ambasadorem Sztuki Polskiej i twórcą oratoriów muzycznych…

    Zbigniew Kresowaty: Jest Pan urodzony w miejscowości Dowgidańce parafii kolesińskiej (obecnie rejon solecznicki) pod Wilnem i wychowany na Kresach wileńskich w rodzinie chrześcijańskiej o peregrynacjach muzycznych, i w tradycjach patriotycznych… W latach pięćdziesiątych (1959) przybył Pan, na Dolny Śląsk, do miasta Brzeg – Miasta , które posiada swe stare tradycje śląskie, które w pradawnych czasach leżało na szlaku kulturowo – handlowym… W roku 1970 opuścił Pan Brzeg, z zamiarem wyjazdu, nie tylko „za chlebem” za ocean, ale w poszukiwaniu miejsca ku prawdziwej wolności, żeby się realizować tam duchowo i działać w kulturze polskiej. Natomiast wracając do Pana przeszłości należy wspomnieć, że pod Wilnem otrzymał Pan staranne wychowanie, w tym i muzyczne wykształcenie tzw. przednie, później już wyższe muzyczne studiując wokalistykę czyli śpiew,(jako bas )jak również już tutaj w Polsce po przyjeździe z Wilna, należy jeszcze dodać, że Pańscy dwaj bracia również zostali dobrymi operowymi śpiewakami zawodowymi tutaj w Polsce…A dziś jest Pan nie tylko artystą śpiewakiem, basem operowym, ale najsłynniejszym propagatorem muzyki polskiej w świecie. Jest Pan niestrudzonym organizatorem i fundatorem menedżerem, jak i kierownikiem artystyczno – merytorycznym, tych koncertów, które w większości poświęcone zostały Pontyfikatowi Jana Pawła Ii-go naszego papieża. Obecnie zamieszkuje Pan w Bostonie USA, i jest wieloletnim prezesem Towarzystwa Muzycznego im. Stanisława Moniuszki, które Pan założył w 1978 roku, tam za oceanem, prowadzi Pan je do dziś z tak pięknym skutkiem,”robiąc” koncerty muzyczne, w różnych częściach świata, o czym wspomni Pan zapewne później…Może zechce Pan jakoś nakreślić, w skrócie tamten czas, jak zaczęło się dzieciństwo, okres wileńskiego dorastania, choćby kilka słów o tych i innych pierwotnych zainteresowaniach muzycznych, tradycji rodzinnej oraz czas kiedy to trzeba było opuścić kochaną Małą Ojczyznę i Wilno, żeby udać się całkiem gdzieindziej. No i proszę wspomnieć także jak doszło do wyjazdu za ocean, żeby oddać się później pasji i tej niesamowitej roli ambasadora muzyki polskiej w świecie. Proszę powiedzieć jak doszło do założenia i stworzenia mecenatu Pańskiego nad tym znanym już w świecie Towarzystwem Muzycznym im. Stanisława Moniuszki w Bostonie – Jak było naprawdę? – Może z dystansu poda Pan jakieś szczegóły, bo w nich jest zawsze najwięcej wiedzy…Do Polski wrócił Pan dopiero po 35 latach nieobecności, ale z pięknym pokaźnym dorobkiem i dokonaniami muzycznymi, po bardzo wielu odbytych i zorganizowanych przez siebie, koncertach na świecie, żeby odebrać z rąk władz miasta Brzeg w dniu 11 listopada 2005 roku zaszczyt i tytuł Honorowego Obywatelstwa miasta, które wręczył Panu burmistrz Brzegu Wojciech Huczyńki wraz z Przewodniczącym Rady Miasta Janem Gilem – Odbył się wtedy piękny koncert z tej okazji w ratuszu brzeskim z zaproszonymi gośćmi, który Pan, poprowadził i nawet jako bas, zaśpiewał jako solista w otoczeniu chórów i innych muzyków kameralnych Filharmonii bytomskiej. Przy tej zacnej okazji był wyświetlony film z dziejów miasta Brzeg, gdzie była duża wzmianka o Pańskim koncercie, który się odbył kilkanaście lat wstecz (1998 r.) w Brzegu. Ja oczywiście byłem także gościem, i uczestniczyłem, w tych uroczystościach, gdzie współobecny kardynał i były Metropolita wrocławski Henryk Gulbinowicz założył Panu na palec serdeczny Pierścień Tysiąclecia, który jest wręczany, bardzo rzadko, wybitnym osobowościom Polski i takim „obywatelom świata”, za działalność propagatorską w promowaniu kultury z sacrum, a w Pana przypadku także Pontyfikatu Jana Pawła II w postaci muzyki… Odebrał Pan, zarówno ten Honor, jak i Pierścień, ze łzami w oczach, jako swój powrót oficjalny z ogromnymi wieloletnimi dokonaniami w świecie, gdzie latami pracował Pan jako ambasador kultury polskiej na rzecz bardzo wzniosłych dokonań w rozsławianiu Osoby Wielkiego Polaka Jana Pawła II-go i całego Jego Pontyfikatu w postaci światowych koncertów, o czym będziemy tutaj rozmawiać w dalszej części…

    Jan Milun: Dziękuję za przedstawienie mej sylwetki, wiadomo że o sobie zawsze jest najtrudniej mówić, dlatego dopowiem, w dużym skrócie, to co może być tutaj ważne w tej rozmowie – Pozwoli pan, że zacznę od Wilna, kiedy to urodziłem się w przedostatnim roku II Rzeczpospolitej, której nie pamiętam, a dzieje mej rodziny, ze strony matki, zwłaszcza te kulturowe, o których ja wiem, zaczynają się od przełomu lat 1900 – 1910 i od tego okresu, jakby zaczyna się historia najbliższa mej rodziny, kiedy to cała moja rodzina, była uzdolniona kulturowo – muzycznie. Proszę sobie wyobrazić czasy, owe tamte czasy, kiedy to kobiety grały obok mężczyzn w zespołach muzycznych – było to czymś niezwykłym i wyjątkowym – ale tak było, jak mi mama zawsze opowiadała a i sam to widywałem…Ta rodzina, od strony mamy, była duża, i wszyscy byli zaangażowani w działaniach śpiewaczych, udzielając się gdzie należy. I wziąć trzeba pod uwagę rzecz, że kościół w owym czasie spełniał bardzo ważną funkcję społeczną i kształtował wszelaką inną kulturę, a działania na polu muzyki szczególnie, we wspólnocie wileńskiej…Zatem i ja wtedy edukację początkową pobierałem w wielkim stopniu z kościoła. Poza tym mama moja bardzo chciała żebym został księdzem. ( tu uśmiecha się ) – Ojciec mój był sołtysem, człowiekiem poważnym i naonczas światłym, później wójtem…Jak Pan wie, Polska w tym czasie była pod zaborami, większość intelektualistów wyjechało z Polski do Francji, do Włoch, i za ocean, natomiast moim takim wielkim duchowym przywódcą od najwcześniejszych lat, kiedy sam zacząłem podśpiewywać i grać, był Stanisław Moniuszko, urodzony pod Mińskiem, ale osiedlony w Wilnie, i w tym mieście kiedyś mieszkający… Kontynuując rzecz, o tym patriotycznym kompozytorze polskim, warto tutaj dodać, że Moniuszko, mimo różnych niedogodności, nigdy nie wyjeżdżał na stałe, i nawet wtedy gdy studiował w Berlinie, i w innych krajach – jednak zawsze powracał, żeby coś komponować dla potrzeb prostych ludzi. Natomiast, co się dalej tyczy mojego dzieciństwa – jest to okres wojny, niespokojnych czasów, działania i grasowania trzech rodzajów różnej partyzantki, codzienny strach o życie braci i rodziców, którzy narażając nasze życie pomagali partyzantce polskiej. Robili to w imię Polski, która jak mówiono i czekano, miała wrócić…Ale przede wszystkim to czas prześladowania kultury narodowej, a w tym wiary, która w naszej rodzinie była niezłomna, i tym byliśmy bogaci, choć mieliśmy ziemię, która nas i innych utrzymywała przy życiu…Zatem po tych moich doświadczeniach, ale z myślą powrotów, wyjechałem w świat, gdy zrozumiałem wiele z bytu rodzinnego, przybywając do Brzegu…To co ja zacząłem robić, a najbardziej skutecznie tam w Bostonie w USA, to pierwsze co było – ogromne pragnienie, żeby otworzyć i odtwarzać przeszłość tego najwybitniejszego polskiego twórcy muzycznego i pokazać w Jego twórczości Polskę i Jej Kulturę, nie tylko muzyczną, ale Jego patriotyzm i ludowość. To było moim najprzedniejszym celem, który mi zawsze przyświecał od chwili wyjazdu z Wilna do Polski i za ocean. Poczynię dygresję kiedy tu na Dolny Śląsk przyjechaliśmy i zobaczyliśmy to panoszenie się radzieckich ludzi wszędzie i w mundurach, zaczęło być nam znów ciężko i było ciężko, z wiadomych przyczyn, choćby dlatego, że świadomość o przedłużeniu się zaboru Polski była wszechobecna, jak się okazało o kolejne ponad 50 lat, ja wtedy przejrzałem na oczy i znów wiedziałem, że tutaj nic ambitnego nie dadzą mi zrobić, a groźba wywozu na Sybir była wciąż otwarta, i dlatego udałem się za ocean, żeby tam w jakimś sensie zrealizować to moje marzenie i sen o mojej Polsce…I wracając znów do mego dzieciństwa, gdzie właśnie ukształtowała się taka, a nie inna osobowość muzyczna – powiem, że zawsze, już jako uczniowie, braliśmy z bratem Frankiem udział we wszystkich niemal festiwalach i różnych koncertach, jakie w ejszyszkim Domu Kultury się odbywały, natomiast potem już braliśmy i najmłodszego brata Mietka, i wtedy było nas już trzech braci, a więc był to już taki mały chór braci, których Bóg obdarzył głosami. Pamiętam jak kiedyś śpiewaliśmy : ” Jęczy ,wyje Dniepr szeroki…” – Było to w tamtym czasie jedyne tłumaczenie na język polski, rosyjskich ( a w tym wypadku – ukraińskiej ) piosenki…Ale i tak ludzie, pamiętam, czasem się wzruszali… Śpiewaliśmy a’capella – brakowało na takich festiwalach często podkładu muzycznego, a i o instrumenty było ciężko, ale była ta poprawna harmonia głosów, dostawaliśmy brawa i nagrody…Później po ukończeniu Gimnazjum musiałem odpracować dwa lata w kołchozie. Otrzymałem tam funkcję wiceprzewodniczącego kołchozu (Śliżewskiego z Ejszyszek ), ale i pewnie dlatego, że nie każdy w tamtych latach potrafił czytać, pisać i rachować na liczydle. Studiując w Wilnie wokalistykę i dyrygenturę, włączyłem się do zespołu „Wilia’, gdzie poznałem profesora Konradasa Kaveckasa, który przyjął mnie do Filharmonii Państwowej (byłem jedynym Polakiem, który tam śpiewał)
    W czasie studiów pracowałem jako nauczyciel w Korwiu u pana Ludwika Młyńskiego. Jednocześnie pełniłem funkcję szefa i dyrektora Domu Kultury w Mejszagole. Śpiewałem też w chórze w Ostrej Bramie. I tutaj opowieść zatacza krąg , bo w roku 1959 wyjechaliśmy bydlęcym wagonem przez Grodno do Polski jako repatrianci… Mój ojciec bowiem wobec nastałej tam „nowej” władzy komunistycznej miał wiele grzechów, wcześniej wiele lat ukrywał się, za czynne stawianie oporu komunistom w różnej postaci, (na opowieść czego brakłoby tutaj czasu) – A później, gdy to 10 lat pełnił funkcje wójta, po objęciu władzy stalinowskiej, ukrywał się juz dłużej, i nie chciał narażać dalej swej rodziny na ewentualne represje i zsyłkę na Sybir. Dodam, że po przyjeździe do Polski, także studiowałem na Akademii Muzycznej w Krakowie i na Uniwersytecie Warszawskim – języki słowiańskie, później wyjechałem, żeby także studiować na Harwardzie.

    Z. K. Tak! – Dziękuję za szkic o sobie i rodzinie, bo na pewno będzie to miało wpływ na dalszą część naszej „rozmowy artystycznej”, gdzie wątki te będą się non – stop przeplatać…Stanisław Moniuszko – wymieniony tutaj jako wzór tych ostoi narodowych, już wtedy był, w tych trudnych czasach, grany i śpiewany w różnojęzykowej postaci i formie głosowej…To piękne usłyszeć od Pana, co trwa do dziś, zatem może co do tej, zaiste ciekawej, postaci nakreśli Pan swoje dalsze wyobrażenie tej osobowości, jako wzorca i patrioty? – może jakieś ciekawostki co do niego? – szkoda, że w pewnym sensie dziś zapomnianego już trochę a ciekawego skądinąd kompozytora polskiego, ale dobrze, że przypominanego przez Pana na wszelkich koncertach pontyfikatowych jakie Pan organizuje… Obecnie trwają Pana przygotowania, i zbieranie sił i środków, żeby odbyć koncerty poświęcone tej wspaniałej twórczości, nawet w Grodnie?

    J. M. – Moniuszko tworzył w Wilnie i w Jego Pieśniach, i innych kompozycjach, jest tęsknota i ból za utraconą Ojczyzną, jest wiele wątków nakierowanych ku narodowości i tradycji…I jak wspomniałem, że to co ja w tej chwili od wielu lat robię, włączając i Jego muzykę w koncerty, i szerzej chcę zrobić, to odtworzyć moc tej muzyki i przypomnieć Jego wielki patriotyzm, odtworzyć przeszłość, odtworzyć Moniuszkę po raz pierwszy na Białorusi, bo Moniuszko znany jest wciąż tam na obecnej Białorusi, urodzony tam, jak wiemy pod Mińskiem. Białorusini traktują Go jako pieśniarza, który pisał pieśni zarówno do słów Mickiewicza jak i do słów rosyjskich poetów. Natomiast był świetnym instrumentalistą i organistą…Wiemy dużo o tym : Jego muzyka organowa, muzyka symfoniczna, operowa – jest tu szeroki bardzo wachlarz tej twórczości, gdyż był bardzo płodnym kompozytorem jak na owe ciężkie czasy. I przede wszystkim w utworach wielu oddaje hołd dla Matki Bożej, która ” Ostrej broni Bramy…”, a jednocześnie wzmiankuje tymi słowami o naszym poemacie narodowym, czyli „Panu Tadeuszu” Adama Mickiewicza, pisząc piękne cztery Litanie Ostrobramskie, po dwadzieścia i kilka minut każda (przy wykonaniu). Trzeba tutaj wiedzieć, że III Litanię Ostrobramską Stanisław Moniuszko zadedykował Rossiniemu, kompozytorowi włoskiemu, któremu się bardzo ona spodobała i Rossini napisał do Niego list : „Panie Stanisławie, Pana litanię polubiłem, słucham, gram i cenię i chciałbym coś podobnego napisać…” – Uczynię tutaj jeszcze małą dygresję do muzyki Moniuszki, a mianowicie – że my trzej bracia śpiewaliśmy już w duecie tego kompozytora, Jego inne utwory na ówczesnej Litwie. Później za rączkę na scenę wprowadziłem jako trzeciego mego małego brata Mietka, i od tego momentu „zasłynęliśmy” , a było to w latach 1952 – 53 r.( tu się mocno śmieje), jako Trio Braci Milunów Basów… Z takim wielkim wzruszeniem to dziś wspominam…Dlatego Stanisław Moniuszko pozostał na zawsze w moim i ich sercach, i z Moniuszką ze łzami w oczach wyjeżdżaliśmy z Wilna i z duchem polskim jako patrioci, w poczuciu dumy i niezłomności wyjeżdżaliśmy z domu w „krowiakach”, żeby przekroczyć nową granicę z Polską, którą ustanowił przecież Stalin…Trzeba wiedzieć, że wtedy już na dobre, stalinowcy rządzili na Litwie, kiedy krzyże ze świątyń były już przez nich zwalone na ziemię, a wnętrza cerkwi i kościołów przekształcone zostały na różnego typu magazyny. Poza tym Trzy Krzyże, od praczasów górujące nad Wilnem, były już wysadzone w powietrze, a NKWD szukało swych nowych ofiar wszędzie i powszechnie, żeby dopełnić swoje lagry i obozy na Syberii, gdzie głównie w klatach 49 – 55 już bardzo dopełniono je, i wciąż zaludniano zsyłkami… I tu widzi pan miarę i dramat tego musowego opuszczenia Wilna…

    Z. K. Spytam zatem prowokacyjnie – Dlaczego w ubiegłym roku pojechał Pan z wielkim koncertem do Kaliningradu, w dodatku impreza sławiącą Pontyfikat Jana Pawła II-go, gdzie zagrano koncert na ponad 600 osób, jako wykonawców, w tym solistów, nie tylko z Ameryki, przy obecności wielu zacnych osób i gości z delegacji państwowych z krajów pogranicza, i ze świata, gdzie grano również, jak domniemam, przede wszystkim Stanisława Moniuszkę?

    J. M. – Ponieważ Kaliningrad obchodził 750- lecie istnienia, a ja czując się w pewnym sensie powiązany z Kaliningradem, bo w 1953 roku jako mały chłopiec pojechałem tam do pracy, żeby pomóc swoim rodzicom i moim braciom. Tam pracowałem na kolei. Wiedząc o tej zacnej rocznicy miasta, przechodzącego z rąk do rąk, bo jako Kaliningradu – Królewca, czy po niemiecku Kenynksbergu, chciałem właśnie po koncercie, który robiłem w Gdańsku w 2003 roku na 25 lecie Pontyfikatu Jana Pawła II-go, gdzie również zaprosiłem rosyjską delegację rządową, żeby jako władze sąsiedniego państwa zobaczyły i uczestniczyły w tym zacnym akcie integracji, który miałby duchowo połączyć nasze serca na tym szerokim pograniczu kulturowym, które kształtowało się latami, koncercie z misja ku jakiemuś zrozumieniu historii i za dość uczynieniu w „znaku pokoju” pomiędzy ludźmi żyjącymi z własną pamięcią… A postacią wiodącą w tym niecodziennym spotkaniu odegrała tu przecież Osoba Ojca Świętego, Jego zapisy zawarte w tym Pontyfikacie nabrały znaczenia…

    Z. K. – Czyli znów jesteśmy w miejscu Pana powrotu, po przez te wspaniałe treściwe koncerty…To na pewno nie jest taka droga powrotu sentymentalnego, choć trochę tak, bo z zapleczem spełnionych marzeń, które się w wielkim stopniu dopełniają duchowo… Wypowiedział kiedyś Ojciec Święty słowa Elizy Orzeszkowej poetki z Grodna : „… Dzisiaj jesteście małym płomykiem, ale dzięki łasce Bożej możecie się stać płonącą pochodnią…”- Proszę odnieść się do tych słów, które są dla Pana bardzo znamienne…Proszę przedstawić inne, już te odbyte, koncerty, nazwę je w dalszej części, „pontyfikacyjne” – A jakie inne są w przygotowaniu już teraz w chwili obecnej?

    J. M . Ponieważ dostałem od Boga też talent organizacyjny i dyplomatyczny, a więc to co robię, przy moich powrotach do Polski do Wilna, lub to co chcę zrobić na Białorusi, lub w innych miejscach, na innych kontynentach, jest spełnianiem siebie przy zasadniczym znaczeniu patriotyzmu osobistego i tak szeroko rozumianego że bez interesowanego zaangażowania sił własnych dla chwały mojej Małej Ojczyzny i miejsca, które mnie zrodziło jako artystę… Robię to tutaj w Europie, i w świecie jako swoisty dyplomata, dla odzyskanej wolności mojej rodzinnej Ziemi Polski… I żeby nie brzmiało to zbyt patetycznie, proszę mi pozwolić na dygresję, zanim powiem o mych koncertach i ich dużym znaczeniu oraz ich celowi szerzej – Uważam poza tym, że my jako Polacy mamy w sobie zapisane takie ogromne poczucie odpowiedzialności i godności, tym bardziej, że wzorców nam nie brakowało – i takim człowiekiem był w ostatnim czasie Karol Wojtyła. Jeżeli Żydów wszyscy nazywamy „narodem wybranym” – to w tym miejscu, wcale nie jako antysemita – broń Boże! – ja powiedziałbym, że Polska jest także narodem „inaczej wybranym”, choćby dlatego, że była i jest przedmurzem chrześcijańskim w świecie, co jest ciągle utrwalane, mimo takich różnych politycznych zawirowań…Cofnijmy się w czasie! – i weźmy np. Dzin-ghi-Shana, który przez wiele lat rządził Rosją i innymi narodami – on przecież nigdy się nie dostał do Polski – to samo było podczas naszych zaborów, i tych ostatnich przez komunistów z ruskich, hitlerowców i znów przez stalinowców po II wojnie – Musimy wiedzieć, i oznajmiać „wszem i wobec”, zwłaszcza młodzieży, że to właśnie chrześcijaństwo umacniało nas w wierze i nadziei, i że dzięki niemu wychodziliśmy „ręką obronną „z każdej zawieruchy dziejowej i nie wolno nam oddać swej bogatej kultury, bo zawsze niej odzyskiwaliśmy wolność – mówi o tym historia. A w osobie swych wojowników jak Pułaski czy Kościuszko (pochodzący z Białorusi obecnej) to Polacy wyjeżdżali bronić wolności i praw innych nacji, też za sprawą wiary, co było wypisane zawsze na sztandarach…Wiara w każdym okresie zawieruchy pomagała nam dotrwać, mimo tych pobojowisk, jakie przetaczały się przez Polskę, w jedną i w drugą stronę w rozlewie bratnich krwi… A dziś, są „dni chwały”, i trzeba to umacniać, i utrwalić kulturowo, tam gdzie tylko można!…Poza tym w Polsce, jak wiemy, żyje tyle grup etnicznych, i wszyscy w jakiś sposób żyją w zgodzie – Jest to
    znamienne, że szanujemy się wbrew pozorom, innych uczucia tolerujemy, to dzięki wierze, i w miarę wiary w swoją niezłomność – To trzeba dziś wiedzieć! Polska jest narodem wybranym przez historię i przez Boga, bo chrześcijaństwo, za każdym razem, miało tutaj swój dramat, i nie waham się takiego określenia, o naszym wybraństwie, tutaj użyć…Wracając do mych działań muzycznych, które trwają już od lat, zrobię tutaj znów dygresję – na I-szą i kolejną V-tą rocznicę Pontyfikatu Jana Pawła II-go zorganizowaną w postaci mego koncertu w Bostonie, i innymi rocznicami wiodącymi do Gali jaka miała później miejsce w Nowym Jorku z kolei w dziesiątą rocznicę zasiadania naszego Papieża na Stolicy Apostolskiej, na ten koncert, który odbył się na Manhattanie w katedrze Św. Patryka przybyła delegacja Polskiego Kongresu Polonii z Chicago, wielu senatorów amerykańskich, przedstawiciele dwóch amerykańskich partii : demokratycznej i republikańskiej, inne delegacje z całej Ameryki – Wtedy tam właśnie i wcześniej, przeogromną radością i dumą napawało mnie to, że przede wszystkim w czasie tego, i innych koncertów, brzmiała tu Muzyka Polska. Tu, w Ameryce, po raz pierwszy wykonaliśmy ważną I – szą Litanię Ostrobramską Stanisława Moniuszki, i co trzeba wiedzieć, że nie wykonywana ona była od czasów śmierci autora. A Bytomska Opera dała szereg przedstawień „Halki” Moniuszki w innych miejscach, a w Katedrze wystąpiły chóry polonijne z inną muzyka polską oraz połączony chór całej wschodniej części Stanów Zjednoczonych – (ogółem ponad 600 śpiewaków). Wówczas po raz pierwszy, w katedrze św. Partyka, zabrzmiał fortepian z muzyką świecką, na co musiałem uzyskać zgodę miejscowego kardynała również tu obecnego! – Piętnastą rocznicę pontyfikatu zaplanowałem w Wilnie – i to był mój powrót wpierw do Wilna. Połączyłem te okazję z 175 rocznicą urodzin Stanisława Moniuszki, i tak 7-go maja 1994 roku odbył się koncert w Katedrze wileńskiej, w czasie którego brzmiały utwory dawnych i nowoczesnych klasyków, partytury w wykonaniu znanych obecnie na Litwie miejscowych muzyków. Gośćmi koncertu byli: dostojni przedstawiciele różnych krajów, zwłaszcza naszego całego pogranicza kulturowego oraz z Europy i zza oceanu. I choć tam, w Wilnie, początkowo spotkało się to z pewnymi kłopotami organizacyjnymi – tym bardziej było wielkim sukcesem ku spotkaniu tylu kultur i w takiej ekumenii tych innych wyznań. Poza tym, po Koncercie, o którym mówię, Litewska Orkiestra Symfoniczna wykonała II , III, i IV Litanie Ostrobramskie Moniuszki. Nawet dostałem zaproszenia na nie. Natomiast XX rocznicę Pontyfikatu uczciliśmy w Polsce, międzynarodowym koncertem w dolnośląskim Brzegu (1998), także mieście moim. Później 16 października odbył się wspomniany już Koncert w 750 lecie w Kaliningradzie czyli w Królewcu, który już pokrótce wcześniej scharakteryzowałem, i tak zamyka się dotychczasowy krąg wykonanych już koncertów poświęconych Pontyfikatowi Jana Pawła II-go. W roku 2007 w maju odbędzie się koncert wielki w Grodnie w bazylice, gdzie widnieje cudowny obraz matki Boskiej Kongregackiej. Tam mam zamiar zaprosić władze Białorusi nie bacząc z jakiej opcji się wywodzą, bo muzyka ma łączyć i łagodzić, a ja nie będę się bawił tutaj w szeroko rozumianą politykę, będą Polacy i goście zza granicy, z krajów wolnościowych z całej Europy i Stanów Zjednoczonych. No i właśnie wracamy tutaj do słów Elizy Orzeszkowej, które pan przytaczał…
    W Grodnie stoi jej popiersie (blisko tej bazyliki ) z cudownym obrazem matki Boskiej Kondregackiej… Byłem już tam i nawet chodziłem śladami wybitnej poetki. A będzie to koncert, gdzie po raz pierwszy na Białorusi będzie grana muzyka sakralna Moniuszki – Jak już wspomniałem Moniuszko jest synem Białorusi i taka muzykę pisał. Żył na pograniczu polsko – białoruskim, gdzie granice w dziejach różnie przebiegały. Dlatego On, jako kompozytor, tam rodzony, kochał również muzykę prawosławną, jednocześnie był organistą w kościele katolickim, napisał dla Matki Bożej Wileńskiej czyli Ostrobramskiej te wymienione cztery litanie. Z tym, że w Grodnie będzie wykonana tylko jedna
    I- sza Litania Ostrobramska. Ja chcę im dać szansę na odnowę, pozostałych Litanii Ostrobramskich, jak i prawo do innych utworów. Dwa tygodnie później odbędzie się koncert w Wilnie pod Ostra Bramą, jako II część do całości po Grodnie – Pierwsza część tzw. „grodzieńska” wykonana w Grodnie, a druga „dzięgieleńska” w Wilnie, gdzie będą otwarte kraty do obrazu Matki Boskiej, gdzie będzie nastrój z zaproszonymi gośćmi…Mam nadzieje, że to w jakiś sposób wywrze odpowiednie wrażenie na władzach i połączy, choć w jakimś dostatecznym stopniu duchowo ludzi kilku narodów. To się musi udać!- wierzę mocno w to.

    Z. K. Nie obawia się Pan ze strony reżimu Łukaszenki, jego „stupajków” komunistycznych, jakichś barier, że mimo jakiejś pozornie danej zgody cofną w ostatnim momencie swoją decyzję? – i że będą wpływać na Pańskie działania jako na wroga, zwłaszcza przybywającego nie z Polski ale jako tego gorszego zagrażającego szerzej wroga z Ameryki? – Jest Pan swego pewien?

    J. M. Zawsze o moich koncertach powiadamiam polskie Ministerstwo Kultury, Prezydentów Państw, Premierów, Senaty i Sejm oraz inne ambasady… Polacy, których tu już powiadomiłem chcieli w to zaangażować równolegle ministrów kultury – Polski i Białorusi i chcieli, żeby to wydarzenie muzyczne działo się jakby od góry, z ich namaszczeniem, i jakby z ich wszystkich „poręki” – Ja kategorycznie tutaj odmówiłem, ponieważ to wcale nie może mieć charakteru politycznego ! – To samo Rosjanie przecież chcieli zrobić w Kaliningradzie z koncertem, o którym już tu relacjonowałem… Wtedy, im Rosjanom, tam w Kaliningradzie powiedziałem wprost : – Kaliningrad nie jest Waszym miastem! – On istnieje już 750 lat! – a tutaj Was, ani Waszych dziadów nigdy nie było!
    – Jako ciekawostkę powiem, na co są dowody w źródłach niemieckich, że tam zginął święty Wojciech na tzw. „Prymore” (gdzieś koło brzegu morza?) – tam ponoć stoi duży krzyż, i to pamiętne od wieków miejsce jest odpowiednio oznaczone. No…i wracając jeszcze raz do Białorusi – sprawa wygląda tutaj tak, że gdybym ja ten koncert robił pod takim czy innym skrzydłem Polski – no to, ta sprawa mogłaby dość nie korzystnie dla mnie wyglądać – ale, gdy ja to robię jako przybysz zza oceanu, na pewno inaczej to wygląda już dla władz obecnych białoruskich. Owszem, liczę się z obostrzeniami, bo przecież teraz tam biją, Polaków i swoich, za wszelkie sprawy wolnościowe. Ale tutaj, kiedy ja robię jako ze strony Ameryki prywatnie – oni nie mogą uzurpować sobie żadnego prawa do tego. Będą na pewno tutaj trudności przeogromne! – tak jak w Kaliningradzie – przecież w sumie jak ja także odmówiłem tam Rosjanom – też, wystąpiły zaraz ogromne obostrzenia, byłem aż trzy razy u nich, i musiałem używać tzw. „zaplecza”, i wsparcia swych różnych wpływów wszędzie, bo : w Kongresie Ameryki, w Ambasadach i Rzymskiej, w Nuncjaturze Apostolskiej tak, że ja jadąc do Rosji w sprawie tego specjalnego jakby przedsięwzięcia muzycznego, noszącym właśnie jak na ironię imię pontyfikatu naszego Papieża, pokazałem swoją wielkość i zupełnie frywolnie, choć stronię od polityki, na którą oni kierowali moje starania, ja odwróciłem kartę, wskazując, żeby oni zaprosili amerykańską sekretarz d/s bezpieczeństwa narodowego Ameryki w osobie Condolis’y Raice na ten koncert (wtedy miała te funkcje), a zyskali by na tym więcej niż myślą, bo upiekliby dwie pieczenie na jednym ogniu – nawiasem mówiąc jest ona świetną pianistką, itd. – Kaliningrad powiedział, że muszą wszystko uzgadniać z Moskwą, ale ja zaraz odparłem: no to gdzie jest ta Wasza niezależność?! – co to Moskwę obchodzi? – Z politykami szło tam bardzo ciężko – przesuwano terminy, decyzje, itp. rzeczy… Ale ja się wtedy odwołałem do gazety pt. „Kaliningradzka Prawda”, która jest rzecz jasna dziedziczką „Prawdy” rosyjskiej. Pamiętam redaktor naczelny chwycił się za głowę w tym momencie, gdy pokazałem mu materiały i powiedziałem dokładnie co chcę tutaj zrobić, i on później potrafił to jakoś skonsumować i przepchnąć oraz w efekcie przekonać wielu ludzi ku wydrukowaniu tego artykułu – Pamiętam była to środa – a w piątek ukazał się w tej gazecie wielki i obszerny artykuł dotyczący tego koncertu. Ja natomiast, sam osobiście, kupiłem 50 sztuk tego wydania, powycinałem ten artykuł i każdy z osobna powysyłałem wszystkim „ważnym” osobom tam w Kaliningradzie : Admirałowi Floty, burmistrzowi, radnym, i wielu, wielu, innym decydentom, którzy mają tam coś do powiedzenia – I w sumie nie mogli się już nie zgodzić, bo istniała obawa, że może nagłośnione zostanie to w mediach USA, itp., i że może się z tego zrobić jakaś sprawa polityczna(?) – Zatem „poszły konie po betonie” i koncert się odbył, i co jest ważne w refleksji tego przedsięwzięcia – że po raz pierwszy tam w Rosji uhonorowano jednak Papieża, i w taki sposób, był On tam obecny…A gdy po koncercie tym, w Kaliningradzie, kiedy wszystkim wręczano kwiaty i dyplomy itp. inne pamiątki – przedstawicielka władz rosyjskich w podziękowaniu swej mowy, pośród innych zabierających głos, powiedziała, że „myśmy myśleli, że pan Jan Milun przyjechał w trochę innej misji, delikatnie mówiąc tej bardziej jakby politycznej, a tu się okazało, że odbył się tak wzruszający i piękny koncert” – Przepraszam, że opowiadam tutaj, jakby celowo, o tej „kuchni”, celem załatwiania spraw organizacyjnych, do czego sam przykładam rękę, ale takie są realia „misji specjalnych” i ich uroki całego zaplecza… To samo, a nawet bardziej skomplikowane, będzie na Białorusi u Łukaszenki. Wiem! – Tutaj celowo to zestawiam i daje do myślenia – ile sił trzeba poświęcić i znów zmagać się z kurtynami i barierami, wkładać znów własne ogromne środki, czas, i energię, żeby jakoś to wyprowadzić ku efektowi koncertu… Ale po prostu chcę, po swojemu po duchowemu, tak z „potrzeby serca” tam zrobić to samo, i też mocno wierzę, że się uda, żeby dać tam ogromną nadzieję, choćby sypnąć tego zboża złota twórczości przede wszystkim Moniuszki, który pisał przecież, jak to już wielokrotnie wspomniałem, na pograniczach kilku kultur – bo dla : Polaków, Białorusinów, Litwinów i Rosjan a nawet dla Ukraińców, i ta muzyka miała i ma dalej nas s sobą łączyć…

    Z. K. Pan pięknie walczy i kopii nie kruszy! – A walczy Pan, o godność nie tylko o sacrum, którego ona jest częścią, ale o godność zapomnianych wartości narodowych, w muzyce, gdzie są zapisane walory walki nardu i Jego dramat w ciężkich chwilach, których nam w przeszłości nie brakowało tak jak i zewu krwi Pozwoli Pan, że zadedykuję Panu, w tym momencie, jeszcze inne słowa tej samej naszej polskiej poetki z XIX wieku, o której tu była już mowa, słowa Elizy Orzeszkowej, która spoczywa w Grodnie, gdzie Pan się wybiera z tą następną trudną, i chyba najtrudniejszą, misją swego koncertu – Nich zatem Święty Duch wiedzie Pana, i Duch Jana Pawła II, który jest u Pana boku prawego na pewno obecny, nich prowadzą śmiało, bo te słowa brzmią proroczo, i nich zwieńczają tę misję ; ” Uczyniliśmy z domu tego dzieło, mające wagę i piękność społeczną, uczyniliśmy z niego ognisko, które szeroko poza swe ściany rozlewa kręgi ciepła i światła…” – I tak niech to brzmi dalej Panie Janie, bo bardzo wiele już tu się dokonało… A wiele światła, dla „rzędu naszych dusz”, jeszcze się jasno wyświetli…Widzę w tej chwili wzruszenie w Pańskich oczach…Ma Pan wiele zaszczytów i uhonorowań : na piśmie, w listach gratulacyjnych, podziękowań, w dyplomach, i innych duchowych honorariach jak wręczenie „Honorowego Obywatelstwa” (przez władze miasta Brzeg, do którego Pańska rodzina i Pan przybyliście )- Są także podziękowania od : wybitnych osób z Polonii, Kongresu Ameryki i Senatu i Ministerstwa Kultury Polski (z roku 1996) tytułu : Zasłużony dla Kultury Polskiej oraz co ważne! – Wielkie najwyższe Wyróżnienie : amerykański Medal Jerzego Waszyngtona. Są listy, i pozwolę sobie tutaj zacytować słowa z jednego, o następującej treści: „Drogi Przyjacielu! – Jestem szczególnie dumny, że ta podwójna rocznica skupia talenty dwóch artystycznych klejnotów stanu Massachusetts: Towarzystwo Muzyczne im. St. Moniuszki z Bostonu, czyli Jana Miluna oraz
    kompozytora światowej sławy Krzysztofa Zarbę z jego Symfonią da Camera, której prawykonanie odbędzie się podczas tego koncertu. Ich niezwykłe zdolności pozwalają mi uczestniczyć w nadzwyczajnej misji, której owoce będą jeszcze długo trwały. Wiem, że ich sztuka ucieszy Was i, będzie godnym uhonorowaniem, zarówno Waszego miasta Kaliningradu, jak i Papieża Jana Pawła II-go…” – To słowa od senatora Roberta Kennedyego wygłoszone przed koncertem w Kaliningradzie. Może Pan jakoś skomentować to wszystko?

    J. M. – Wie pan dobrze panie Zbyszku, że zawsze najtrudniej jest mówić o samym sobie – Myślę, że to wszystko, co pan tutaj przytoczył, jakby dokreśla, lub roztacza taką elipsę co do moich działań. Tak istotnie! – takie słowa zostały wypowiedziane po koncercie w Kaliningradzie, ponieważ czuło się tam, że ten koncert spełnił swoje zadanie i połączył wiele sił i narodów, co w początkowej fazie jego zorganizowania budziło opór… Natomiast później, kiedy dowiedziano się, że nie zamierzamy tutaj robić żadnej polityki zgodzono się na niego – a my gościliśmy narody pogranicza: Rusinów, Białorusinów, Litwinów i Ukraińców oraz z wielu wyznań i wielu gości z Polonii, którzy także, jako ludzie tych wymienionych nacji, kiedyś musieli opuścić swoje kraje i wyjechać, lub pozostać na dobre i na złe – doprawdy motywy były różne, ale jakie, to tylko nam wszystkim rozproszonym, jest to dobrze dziś wiadome… byli Senatorowie i delegacje, z Rosji w tym z Polski – Oni wszyscy zaszczycili ten koncert pod nazwą „Ameryka – w podarunku muzycznym dla Kaliningradu”, również koncertu poświęconego Pontyfikatowi Papieża, który swe serce powierzył jedynej Matce Bożej Marii Dziewicy wyznając ongiś „Totus Tuus”( czyli cały Twój) i jakby się ziściło to tam właśnie, to pokorne przybycie różnych dzieci do tej swej Jedynej Matki wszystkich : którzy pozostali, którzy wyjechali, i którzy odeszli w chwale nieba…A dodam, że przygotowania do tego przedsięwzięcia rozpocząłem jeszcze za życia Papieża. W ramach tego wydarzenia czyniłem starania, rozmawiałem z władzami miasta Kaliningrad, żeby Ojciec Święty, chociaż na kilka godzin mógł tam zawitać, spotkać się z jego mieszkańcami. Nie było to, jak wiadomo, łatwe ani nie były to przyjemne rozmowy, ale czyniłem to z obowiązku moralnego… Ale co ważne! – że w ramach tego koncertu był tzw. segment muzyczny, poświęcony Papieżowi, gdzie wykonano trzy utwory do słów Jego strof poetyckich. A propos, w takim samym koncercie, jednym z największych w Europie, jaki wcześniej odbył się w Gdańsku,(2 lata przed Kaliningradem 2003) została na tę okazję i tam napisana kantata, na podstawie wierszy Ojca Świętego o Ojczyźnie, co jest bardzo ważne, i ważny może być tu fakt, że tę kantatę napisał był znany kompozytor francuski z Nowego Jorku – a ja byłem jego takim „doradcą do spraw polskich” w czasie tego zacnego procesu twórczego… Co do tego koncertu w Kaliningradzie, dostałem odmowę wizyty Papieża, bo byłoby to dla Rosji rzecz jasna przecież nie wygodne! – Powiem, że straciliśmy wszyscy – oni cynicy – i my, tę szansę już bezpowrotnie…I nic więcej tutaj nie mogę dodawać, jedynie mieć wielką radość, że koncert ten przybrał tak wielką rangę, zatem i znaczenie jego było wymowne i chyba dobrze spełnione, bo mam nadzieję, że drzwi zostały, uchylone dla następcy Jana Pawła II-go do Rosji. Oby!…

    Z. K . : Jest Pan rzeczywiście bardzo skromny a jednocześnie konkretny – nie wspomina Pan jednak o wielkim wydarzeniu artystycznym jakim był koncert, zorganizowany przez Pana w Bostonie w 1982 roku – w rocznicę wprowadzenia do Polski stanu wojennego, gdzie dochód z tego koncertu przeznaczono na pomoc rodakom w Polsce. Natomiast w 2001 roku w tymże Bostonie uczciliście innym wielkim koncertem 100 rocznicę urodzin Prymasa Tysiąclecia, Stefana Wyszyńskiego, było jeszcze kilka innych. No… i tak jak i tutaj co do szczegółów przywoływanego non-stop Kanlinigradu, Pan nie mówi o zapleczu! – dlatego muszę powiedzieć sam o tych szczegółach, że dość szeroko rozpisywała się o tym wydarzeniu (w 2005 roku) prasa polska i zagraniczna – Został wydany wtedy specjalny program, zresztą wspaniale zredagowany, bo na foliowanym kredowym papierze, formatu A-4 , gdzie właśnie retrospektywnie znalazły się: fotografie z poprzednich takich koncertów, wykaz gości zaproszonych z całego świata, delegacje, itp. znakomitości życia społecznego. Była także inna oprawa w postaci plakatów i informacji w radio i TV… Wiedzieć trzeba, że Kaliningrad to miasto rozsławione imieniem Imanuela Kanta – jest tam Jego grób i pomnik. Zatem pomost tutaj jest ogromny, bo dochodzą Niemcy, na którym stanęły różne religie od wschodu do Zachodu. Wspomnieć też należy jeszcze, że przepięknym znakiem, takim łącznikiem czasu, było wykonanie Koncertu Warszawskiego, co ważne! – przez filharmoników rosyjskich!- poświęconego Powstańcom walczącej Warszawy w 1944 roku. A przecież, wiadomo, że do upadku tego historycznego Powstania przyczynili się ongiś radzieccy ludzie… (Oczekując na samo wykrwawienie się powstańców, i wiedząc, że Londyn nam nie pomoże.) I to jest warte szczególnej uwagi…watek następny – ogromne wrażenie na uczestnikach koncertu kaliningradzkiego wywarła światowa prapremiera „Symfonii de Camera” R. Zarby, skomponował ten utwór, gdy syn jego zginął w samolocie, który porwali terroryści islamscy, po uderzeniu w wieże World Trade Center w dniu 11 września 2001 roku. Ten hołd jakby oznajmia współczesnemu człowiekowi, i nam wszechobecnym w każdym z zakątku świata, o innych tragediach tam gdzie jest używana przemoc, a zwłaszcza w odmiennych kulturach. Od siebie jako publicysty, dodam obowiązkowo, że był to na pewno także koncert o szerszym znaczeniu, który wskazał na wartość życia, na jego miejsce w bycie tego świata, kiedy szerzy się tzw. „kultura śmierci” zwłaszcza wśród młodych ludzi… W świecie, gdzie na pewno terroryzm nie jest walką o Boga, bo ludzie, którzy czynią spustoszenie w imię Boga, i wykraczają wobec Ducha Świętego, będą potępieni na wieczność, nawet w zaświatach…To mówią ewangelie Wszystkich Świętych. To przecież nikt inny jak papież przyczynił się do duchowego przebudzenia świata, bo nawet ateiści, i inaczej wierzący, też uważają Go za swojego przywódcę i niebywałego Pasterza jakiego jeszcze nie miała Ziemia po Chrystusie. Powinni o tym wszyscy, mądrzy, i ci chcący posiąść jakakolwiek wiedzę i władzę, wiedzieć. A tutaj wprost dziwi, że Pan Panie Janie potrafi jednak w tylu ludziach, w tylu wykonawcach, innych autorytetach, uruchomić tak ogromne siły witalne, i to w różnych miejscach świata, bo przecież nie tylko pieniędzy potrzeba do tego celu ale i innych środków, w tym i tych duchowych. To niekończąca się, jak wiem, misja… Nie ma czego żałować, i na pewno tego nie czyni Pańska mama, tam w niebiosach, że jednak nie został Pan księdzem – proszę mi wybaczyć w tym miejscu te słowa, bo to co Pan robi, co tu dużo mówić – to jest o wiele, wiele, więcej! (tutaj pan Jan się uśmiecha szczerze i serdecznie…)

    J. M . – Powiem tak – Wielu różnych ludzi, którzy pojechali za ocean do Ameryki, żeby coś sensownego zrobić, na pewno działało, każdy na swe czasy, równie szczerze i z dużym poświęceniem – Trzeba powiedzieć, nawet z mego doświadczenia i z różnych moich obserwacji tam w Polonii, że prędzej czy później każde pozowanie zostanie zdemaskowane, lub nagrodzone, gdy tylko nadejdzie właściwy czas. Przykłady? – Wspomniałem Pułaskiego, czy chociażby Tadeusza Kościuszkę, którzy walczyli już wtedy o wolność murzynów, czyli o zniesienie niewolnictwa, i kiedy prezydent wówczas rezydujący w Stanach Zjednoczonych daje Kościuszce, za swe zasługi wojenne, 6 tysięcy akrów ziemi – On jako generał Tadeusz Kościuszko nie przyjmuje tej ziemi w Waszyngtonie, i powiada ; „Panie Prezydencie ja oddaję tę ziemię za wolność Murzynów…” – Przecież jest to akt najwyższej rangi i wagi pozbawiony najmniejszego cienia cynizmu, jest to akt serca idący ku temu, żeby uznać tę sprawę za bardzo ważną i cenną z punktu widzenia Polaka a zatem i Polski – bo pada to z ust autorytetu spełnionego odruchem serca!- Nota bene dodam tutaj, jako ciekawostkę fakt, a jednocześnie nie zdradzę chyba tajemnicy poliszynela, że o tym zdarzeniu „darowania” w Ameryce Kościuszce wówczas ziemi, jeszcze nikt głośno nie powiedział, bo ma to swój oczywisty i znaczący wymiar. Ale jest to tam w dokumentach historycznych zapisane. Sprawy rasizmu w Ameryce i świecie nie są w pełni jeszcze zakończone!… Ale Kościuszko wyraźnie to tam – wtedy już, powiedział, i powstaje tu pytanie – czy kto inny od tamtego czasu coś piękniejszego powiedział? – na pewno tylko Jan Paweł II, kiedy powierzył siebie całego Totus Tuus Jednej Matce Bożej w tym wszystkim co robi, oddając i za nas duszę i serce i w sprawie pokoju świata – Trzeba orzec jasno, że takie znamiona występują tam, gdzie w grę wchodzi objawienie Świętego Ducha – Wiem o tym dobrze… Pamiętam, kiedy to wyprowadziliśmy piękną ikonę Matki Boskiej Częstochowskiej z kościoła św. Stanisława przy 163 Chesmut St. w Chelsea na Manhattanie,(później w XXV rocznicę)przy szerokim współudziale Gości i całej Polonii, w X rocznicę pontyfikatu Ojca Świętego, i przewieźliśmy na papieskim oplu, (którego sprowadziliśmy z Rzymu na tę okazję,) i kiedy wprowadziliśmy to wyobrażenie Matki do katedry św. Patryka, gdzie za chwilę odbył się koncert, o którym tu była już mowa, to w uczestników tego aktu wstąpił ten sam Święty Duch, zwłaszcza gdy zaczął się sam koncert – pojawiły się łzy radości, łzy szczęścia i pokoju…tak jakby był tu obecny sam Papież, ale na pewno był tu tylko duch Jego…A później nastąpiło wykonanie muzyczne Litanii Ostrobramskiej naszego Moniuszki…To jest trudne do opisania! – ale pozostaje w nas na zawsze, choć na co dzień nie wyrażamy tego jawnie… A we mnie szczególnie mocno zabiło wtedy serce, jako osoby organizującej i biorącej w tym akcie czynny udział…Są to akty, które jakby same powstają, tak samo jak i czyny, które je tworzą – To są odruchy samoczynne i nie mające nic wspólnego z jakimkolwiek fałszem, czy polityką lub inną działalnością, na której można zbić kapitał socjalny i inny – Wszystkie moje koncerty tak traktuję „z potrzeby głosu serca”, i dlatego chyba każdy z nich ma spełniony swój duchowy cel, wbrew początkowych dużych trudności, ten cel który musi być spełniony do końca. Wtedy też wchodzi w tę misję niewątpliwie duchowy wymiar, który jakby decyduje przy wszelkich innych negocjacjach co do powodzenia owej misji, którą naonczas biorę z całym dobytkiem ku sobie. Myślę dziś, że na pewno trzeba w sobie wytworzyć ten klimat i go wypracowywać latami, żeby wyjść całym sobą coraz bardziej otwartym do swoich zainteresowanych. I znów przykłady : – Kiedy jechałem z „misjami” koncertów np. na Litwę – brałem z sobą zawsze litewskich kompozytorów – Jest taki kompozytor Gajdialis, to słynny dziś tam kompozytor, mieszkający od lat w Ameryce, albo inny jak Kaczynskas, i ja robiąc wtedy koncert na Litwie przywiozłem tam ich różne kompozycje, żeby przekonać władze i TV litewską, że chcę wykonać właśnie między innymi tych kompozytorów, czasem są to inni nieznani – to tak jakby mi jakiś anioł szeptał co i jak robić… Używam czasem różnych słownych sposobów do tzw. perswazji, będąc obecny i żywy tam na miejscu, co daje oczekiwany efekt, i wtedy nikt nie może mi jakby odmówić moich dalszych tajemnic… Wybaczy pan Zbigniewie – nie będę tu zdradzał moich tajemnic duchowych, ale wiedzieć trzeba, że na pewno pokazuję wszędzie i przede wszystkim to co i gdzie dotychczas zrobiło moje Towarzystwo Muzyczne im. S. Moniuszki z Bostonu – To jest, rzecz jasna, najważniejsze!

    Z. K. Panie Janie, aż ciśnie się na język pytanie o Ojca Świętego. Nie sposób tworzyć takie koncerty, mówię „tworzyć”, gdyż jest to dar twórczy, wiążący się z wyobraźnią i pomysłami, nie sposób nadawać im taką rangę jako pasji, i z takim poświęceniem osobowym i użyciem własnych środków, wręcz misją, z takim pomysłem i zaangażowaniem serca – nie znając osobiście Papieża! – A do tego trzeba na pewno znać Jego twórczość poetycką, treści encyklik, żeby tworzyć takie pontyfikalne koncerty w świecie, mające swój cel w ogromnej mierze pojednania narodów i ekumenizmu…Może zdradzi Pana swoje pierwsze
    kontakty, a później dalsze spotkania z Ojcem Świętym – Kiedy Pan pierwszy raz spotkał Karola Wojtyłę? – a później jako Jana Pawła II-go Papieża?

    J. M. Było to w roku 1976. Kardynał Karol Wojtyła miał swój odczyt na Uniwersytecie Harward z filozofii z zakresu fenomenologii, który to odczyt wówczas spotkał się z ogromnym zainteresowaniem słuchaczy. mocno się interesowałem już wtedy filozofią teologiczną i byłem obecny na tym odczycie, kiedy wystąpił jako wykładowca, oczywiście po angielsku. Karol Wojtyła mówił wtedy jasno, konkretnie, czysto i rzeczowo i jako kardynał jednocześnie bez jakiegokolwiek zarozumialstwa, czy wręcz wymądrzania się, i bez zbytniej powagi profesorskiej, co bardzo rzeczowo dobiegało do uszu i serc słuchaczy, a na sali była cisza pośród samych zainteresowanych. Trzeba dodać, że o Polsce już wtedy szeptano głośno, o ruchu wolnościowym, i związkach Wojtyły z twórcami solidarności…mówiono o tym, że zajmował się twórczością poetycką
    a w tym i społeczną działalnością w wspólnotach… Po skończeniu wykładu słuchacze chcieli z nim jeszcze pozostać i długo w holu z nim rozmawiali w grupce i osobno. Wiadomo było, że zostali urzeczeni i głęboko poruszeni nie tylko aspektami tego wykładu, ale i retoryką, a także osobowością samego prelegenta. I mówiąc tu zupełnie prywatnie, mogę znów powiedzieć, że już wówczas On jako ten człowiek z „dalekiego” kraju, poruszał ludzi wszędzie napotykanych – odczułem wtedy, że Amerykanie już wówczas „wytypowali” Karola Wojtyłę na tron papieski. Po tym spotkaniu wywarł On wtedy na obecnych bardzo wielkie wrażenie, nie tylko jako znawca filozofii, teologii, ale również jako osoba duchowna… Także i nabożeństwa odprawiane przez Niego tu w USA zgromadziły tłumy, poruszyły serca i sumienia…Ja również głęboko przeżyłem taką Mszę świętą odprawianą przez Niego w Bostonie. W tym czasie w Polsce rodziła się już „Solidarność” jako ruch z wiarą…I słuchając wtedy tego wykładu, jak i wtedy będąc obecny duszą i sercem na Jego mszy, nie będąc wcale pewien, że kiedykolwiek będę jeszcze stąpać po polskiej ziemi, jako emigrant z wyboru – A tu, oczekiwany dostojny Gość z Polski, stwarza dla mnie, dla nas, w świątyni, swoim kazaniem taką atmosferę i tak wzniosłą, że każdy z obecnych na nabożeństwie Polaków miał łzy w oczach i mógłby, natychmiast w tej samej chwili, pieszo wracać do Ojczyzny…Nastąpił wreszcie moment, kiedy to po mszy świętej spotkaliśmy się z arcybiskupem Karolem, i nie potrafiłem ze wzruszenia sensownie przemówić, chociaż bardzo chciałem, zacinałem się parokrotnie z powodu tremy. Ale okazało się, że mój Rodak rozumie mój stan, bo poklepał mnie po ramieniu, mówiąc: „Proszę Pana, nic na ziemi nie jest wieczne, także ten ustrój w Polsce. Jego dni są policzone i jeszcze będzie Pan wracał do siebie na pewno nie raz…” – Potem rozmawialiśmy już spokojnie, przez jakieś dwadzieścia minut. Od tego momentu otrzymałem wielkie duchowe wsparcie, i jakby potężną dawkę magnetyzmu do serca i przypływu energii. Naprawdę proszę mi wierzyć, poczułem, że wtedy rozmawiam z wyjątkowym człowiekiem…Jakże wielka była radość kiedy w dwa lata później dowiedziałem się wraz z innymi w Bostonie, że 1978 roku arcybiskup Karol Wojtyła został wybrany papieżem, tym bardziej przeżyta była wewnętrznie, gdyż nie tak dawno tutaj siedzieliśmy razem i rozmawialiśmy nie tylko o Polsce… Natomiast już do następnego spotkania doszło w 1979 roku, kiedy Jan Paweł II przyjechał do Ameryki z pielgrzymką. Przyciągnął wielką, potężną uwagę milionów ludzi, w tym młodzieży. Wszystkie grupy i wspólnoty oraz inne wyznania, skandowali wszyscy i wszyscy składali Mu taki swoisty hołd : katolicy, prawosławni, protestanci, a nawet ateiści. Amerykanie zaakceptowali Go jednoznacznie – jako otwartego i światłego na dialog człowieka i głowę Kościoła wszystkich wyznań. Poza tym żaden papież nie był dotychczas jeszcze w Ameryce! – to było też znamienne! – Z Ojcem Świętym spotkałem się w Rzymie cztery razy w różnych okazjach. Dowiedział się o moich koncertach już wcześniej, i wypytywał o nie, gratulował oraz życzył mi wiele siły…

    Z. K. Panie Janie! – bardzo mnie interesują same organizacje koncertów, bo są to miejsca różne, różne kraje, nawet te, nazwę je słoneczno- latynoskie(?) – nie wiem, czy to dobre określenie, ale chodzi o kraje karaibskie, Haiti, Salvador, gdzie mieszkają czarni ludzie i wyznawcy wiary, tak jakby daleko od centrum religijnego od Rzymu, a gdzie z kolei jest wciąż niespokojnie i jakby do samego papieża jest wtedy jeszcze dalej. A jednak! – a być może właśnie dlatego(?) garną się tam do takich spotkań ludzie wszelcy – zaangażowani i nie zaangażowani, inni…A jednocześnie rośnie poczucie sacrum, w takich momentach, i opór tej abstrakcyjnej władzy jest mniejszy. Wiadomo, że jednak wbrew trudnościom zorganizował Pan i tam swoje koncerty – Jak do tego merytorycznie dochodziło? – Jak Pan w takich momentach zadziałał swoimi mocami sprawczymi, żeby odnieść i tam pożądany skutek?

    J. M. Powiem, że kiedy zawitałem do Haiti, dowiedziałem się, że tam mieszka jeszcze 380 rodzin, które pierwotnie tam się osiedliły – coś wiedziałem! – że w okresie marszów Napoleona oni tam pozostali, bo kiedy podbijał Afrykę, a miał przecież w swych szeregach walecznych Polaków, których był posłał wtedy na walkę z Murzynami jako tych najbardziej zdolnych – ale oni odmówili walki i przyłączyli się do murzyńskich oddziałów oraz pomogli nawet przy stworzeniu konstytucji w 1805 roku, pozostając w Afryce na stałe. Jestem dumny, że tam odkryłem na nowo właśnie tych Polaków, których rodowód trwa od 1802 roku, a są zapomniani! – A więc chciałem przypomnieć nie tylko narodowi polskiemu, ale i światu, że tam też Polacy mieszkają, których zresztą odwiedził Ojciec Święty, a zapomina o nich Polska. Papież był tam u nich w jednej ze swych pielgrzymek do Afryki. Miejsce to znajduje się 57 kilometrów na północ od Cora Prince – to afrykański Capitol, natomiast miejscowość ta, gdzie oni etnicznie zamieszkują, nazywa się Cazale. Byłem tam wśród tych Polaków, i muszę powiedzieć, że wzruszenie było ogromne – bo ja płakałem, i oni płakali, i tak na prawdę nie wiedzieliśmy dlaczego tyle uczuć, ale czuliśmy ogromną więź duchową…Oni byli zaskoczeni i zdumieni, a jednocześnie urzeczeni, że ktoś taki z Ameryki z jakąś misją do nich, na krańcu świata zapomnianych, przyjechał z jakimś ważnym posłaniem(?), a właściwie nie wiedzieli dlaczego się zjawiłem? Inni na ten czas by tam zaraz świętowali itp. rzeczy robili, ja przyjechałem do pracy. I potraktowali mnie jako łącznika pomiędzy pra-pra-pra-dziadami, a Polską, o której coś wiedzą, a jednocześnie widzieli we takiego wysłannika katolickiego… A w efekcie brali mnie za takiego czynnika duchowego, i ja właściwie takim się poczułem tam, będącym fizycznie obecnym wśród nich spragnionych polskości i dobrego słowa. Tam w Haiti jakby wzmocniłem więzy ich z Polską, przypomniałem i dałem nadzieję i opowiedziałem wszystko o naszym papieżu. Dla nich muzyka była czymś magicznym i znamiennym, kiedy opowiedziałem o tych moich koncertach – Ja przywiozłem dla nich, w pewnym sensie to błogosławieństwo z polskiej Jasnej Góry. Proszę pomyśleć, i sobie wyobrazić co myśleli(?)- ktoś zza granicy, gdzieś skądś? – z daleka jakby w imieniu wszystkich Polaków? – przybywa, a tu w ciągu piętnastu minut dosłownie ta cała miejscowość Cazal, wszyscy mieszkańcy, zbiegli się do mnie, chcąc się przywitać i na żywo czegoś dowiedzieć, w tym i o mej duchowej misji. Natomiast koncert odbył się później…Wie pan, powiem tutaj w odniesieniu do wszystkich koncertów – a zwłaszcza do tych, które organizowałem w tzw. „trudnych” miejscach – czym więcej trudności to działanie i przygotowanie człowiekowi dostarcza – tym bardziej się to opłaca ku radości i chwale wszystkich wciągniętych w to po drodze ludzi. Przepraszam, że jako przykład znów tu wspomnę, koncert w Gdańsku – przyleciało tutaj wielu wykonawców, wielu artystów i tych indywidualnych, wprost na własny koszt! – To też dużo mówi – prawda? – Ja powiadam, o takich koncertach i ich formie, znaczeniu, czyli tematyce, cały świat : Biały Dom, Senat amerykański, Kongres Polonii, Ministerstwa Kultury państw, i inne władze społeczno – kulturalne poszczególnych państw oraz ich ambasady – I proszę, nich to nie zabrzmi tu trochę patetycznie, ale tak to trzeba dziś robić – że jest taki a nie inny nośnik pokojowy i wymiar etniczno pojednawczy – a zarazem poznawczy, jeżeli idzie o muzykę polską, dlatego musi o nim wiedzieć sam Prezydent, który będzie lub nie – ale otrzymuje specjalne zaproszenie, jak i wszelkie organizacje, w tym i kościelne, i one muszą odpowiedzieć mojemu Towarzystwu Muzycznemu w Bostonie na takie zaproszenia. Zatem ta rodzina moich pobratyńców duchowych i pokojowych, osób zwłaszcza tych wielkich, musi się powiększać tak, żeby jednocześnie skutecznie mogli oni to rozpowszechniać, ale i bronić tych praw i wspierać mnie – czuję się przez to nie osamotniony, a wprost nie jestem w tym działaniu zapominany…

    Z. K. Miejmy nadzieję, że to nowe nadchodzące stulecie będzie się zmieniać na bardziej kulturalne społecznie i szczęśliwe w przeciwieństwie do tego ostatniego stulecia, bardzo krwawego zresztą, bo opiewającego w przeróżne zawirowania i ruchy, już nie tylko w Europie ale w świecie. Trzeba powiedzieć, że chociaż to stulecie „ostatnie” było ogromnym czasem przelewu krwi dla wielu ludzi, to z drugiej strony, było ono bardzo obfite w wynalazki, ale to głownie dlatego, że to wojna wymusiła nowe technologie i działania wszelkie ekspansji techniki – To oczywiście zostawmy, bo zbrakło by nam tutaj czasu! – Ale trzeba nadmienić, że nie bardziej jak właśnie teraz, w tym początku nowego Millenium, jest nam potrzebne uduchowienie i odnowa natury, sanktuarium człowieka, który właśnie w ferworze tej wynalazczości i pędu gospodarczego, a mówię tu najbardziej o Europie środkowej, zapomniał o swej stronie duchowej a wprost wstydzi się ją okazać, przez co wręcz nadwyrężył trzon natury ludzkiej. Jan Paweł II – gi, jeszcze za życia, promował nie tylko ekumenizm, który miał łączyć spójnie poszczególne kultury wyznań i narody, (o czym się już zapomina) ale wyraźnie wskazał o potrzebie wielkiej nadziei na Trzecie Millenium do odbudowy moralnej i duchowej, która – a był pewien, powinna nastąpić w następnym czasie…Powinna wtedy nastąpić, jak oznajmiał ten Prorok naszych czasów, odnowa kulturowa i zwrot ku sacrum w wszelkim działaniu człowieka. Powstaje tutaj wielkie pytanie, gdyż jak wiemy powstał kilka lat wstecz konflikt dwu kultur wyznaniowych Wschodu i Zachodu – Jest to ogromne zagrożenie, a z drugiej strony mobilizacja racjonalności i wartości człowieka rozumnego, który oświecony w tym wszystkim powinien zapanować nad tym zagrożeniem. Należy się zintegrować wewnętrznie i podjąć wszelkie działania, o zachowanie wartości, które już dokonały się podczas pontyfikatu Jana Pawła II-go. I trzeba powiedzieć, że sztuka jaką dziś tworzy człowiek rozumny, czyli homo-sapiens, przejawia się wielkim niepokojem o wartość najwyższą jaka jest życie na świecie. Ale ma ona tu wiele do spełnienia…Może odniesie się Pan do tych kwestii i wspomnianych tutaj przeze mnie kwestii wartości, jako naprawdę niezbędnych, dla dalszego życia, nie tylko na pograniczach kulturowych polski, ale w stosunku do sfery świata, do jego odbudowy duchowo – moralnej? – Pan bardzo dużo czyni w tej kwestii, tym bardziej doświadczenie tutaj mówi więcej, ale jak trzeba ? – a tutaj najbardziej, z kulturą zwłaszcza, z jej okazywaniem uważać, żeby nie naruszać wartości uczuć innych kultur? – To sfera bardzo cienkiej nici… Pamiętamy jak pokazano w karykaturze wizerunek Mahometa z bombą na głowie, i pamiętamy ile z nieracjonalnego myślenia, w działaniu powszechnym ze sztuką, może wyrządzić zła zwykłą karykaturą, jak wtedy momentalnie rośnie niepokój, gdzie także inni pseudo artyści używają krzyża, bez zastanowienia profanują wizerunki, jako barbarzyńcy ongiś, i teraz – mając taką nieświadomą potrzebę, żeby sprofanować i sprowokować inne uczucia, lub zagrać na godności- oni używając wolności, do której właśnie trzeba podchodzić bardzo odpowiedzialnie- oni zawieszają np. na tym krzyżu genitalia, lub coś w tym rodzaju kombinując…Oznajmiają tym samym, czego nie wiedzą sami, że są wprost niedouczeni, lub depczący nieświadomie sferę uczuć bliźniego, czyli są barbarzyńcami bo jakby nieświadomie niweczą to co zrobili już inni, stawiając własne wyobrażenia… Zatem „jedni drzewka sadzą – inni idą ich śladem i je łamią”… Przykład? – to było swego czasu, gdyśmy jako Polska wchodzili do „NATO” w Brukseli, a pokazano tam w onym czasie wystawę, co zawsze moim rozmówcom daję, jako za jeden z przykładów, która oburzyła nie tylko uczucia katolików – i doprawdy, nie warto tutaj wymieniać nazwisk, tak jak nie warto bronić tej pseudo – sztuki tłumacząc, że to działanie irracjonalne i metafizyczne artysty i konceptualizm, ale pokazuje to działanie często skrajną głupotę, co podpisane jest pod demokracją wolności osobistej, ale skoro osobistej – to dlaczego wypowiadane jest aż publicznie?! – a no po to, żeby zbić tutaj kapitał głośności własno – osobistej? – A to jest przykład cynizmu, i to w najwyższym wydaniu, który zaczyna rządzić światem. Przyzna Pan, że coś tu nie tak! -zatem, co robić? – i jak to robić Panie Janie? – Pytam Pana, jako człowieka „obywatela świata”, globbetrottera i osobę, dziś z ogromnym autorytetem moralnym, reprezentującym kulturę z sacrum, a jednocześnie będącym w swym działaniu niezależnym dyplomatą i filantropem… Jak Pan może odnieść się do tak nakreślonych wizji i tych kwestii?

    J. M. Wie pan – ja na to patrzę z punktu widzenia człowieka czynu. Nich pan spojrzy – nowy papież Benedykt XVI, kiedy tylko objął swój apostolski tron wpierw przyjechał do Polski, jako kontynuator, a jednocześnie jako niezależna osoba, i do Oświęcimia! – osoba światła, która chce pokazać światu jedną z wielu zasadniczych spraw i prawd co pokazał czas, a mianowicie to, że od Polski trzeba się uczyć wielu rzeczy. To nie dla papieża należy się uczuć, co jest tutaj jasne, ale dla pokoleń, które trzymać powinna wiara i duchowa więź. I nie dlatego, że jestem rodowitym polakiem, doświadczonym – powiem, że to jest zasadnicza sprawa i fenomen Polski, która tutaj może odegrać, i już zaczęła odgrywać, taka rolę odnowiciela z racji naszego wielkiego Polaka, który już bardzo wiele zrobił w integracji narodów, ale wydaje się być coś na rzeczy, że Polska ma tu jeszcze wiele do zrobienia, wbrew pozorom, jednak jako naród głęboko doświadczony i uduchowiony w wierze trwania, która to wiara, jak już wspomniałem wcześniej, pozwalała nam zawsze przetrwać okropności, choćby tego ostatniego wieku, o którym pan sam tutaj, jako krwawym okresie dziejów, wspominał… Czyli wielka nadzieja w tym względzie, odnowy kulturowej, leży także na Polsce zwłaszcza, że jest tu w jakiś sposób włączona do państw Europy tej rozwiniętej, jako kontynentu wielu różnych narodów i nacji oraz wyznań… Uważam, że jest to ogromne i odpowiedzialne zadanie dla nas jako Polaków, kraju który obecnie pełni funkcje takiej strefy buforowej na Wschodzie – tym bardziej musimy sprostać i wiele, tych spraw i rzeczy, „ocalić”…Choć na pewno trzeba do tego cierpliwości, i na pewno odczekać trzeba z pokorą, na przemiany demokratyczne w Rosji, której trudno się pozbyć roli mocarstwa – Tam trzeba odegrać dużą rolę co do sfery moralnej i szeroko – pojętej ekologii – bo patrząc z tego punktu wiedzenia, może jeszcze dojść do tragedii np. co do zasobów na dnach mórz wokół Rosji, gdzie spoczywa bardzo wiele złomu nuklearnego – Tutaj Europa musi pomóc, ale jest tutaj wielka rola mądrej rzeczowej polityki państw zaangażowanych i zainteresowanych, które dokonały u siebie wiele napraw w tych sferach. A jednak, jak się okazuje, niemiecki kanclerz Schreder za swej kadencji, pozwolił wejść w pakt z Rosją celem budowy ogromnego rurociągu, co ze strony Rosji ma aspekt czysto polityczny, którego budowa może poruszyć dnem mórz, a co może wyraźnie zagrozić życiu ludzi całej Europy. Gdzie okazuje się, że wysoki polityk wykorzystał swoje stanowisko i jako cynik wszedł, delikatnie mówiąc, w „konszakty” z Putinem – innym pseudo – graczem wysokim politykiem, w zamian za stanowisko przy budowie tego intratnego przedsięwzięcia, które uwłacza jawnie Polsce – A więc jednak! – ten polityk z wyżyn, wszedł w kontakt z innym cynicznym graczem, grającym pokrwawionymi rękami w kości, na gruzach Czeczenii…Okazuje się, że biznes nie idzie nigdy w parze z szeroko pojmowaną kulturą duchowo – osobistą, a tylko ma znamiona partykularyzmu – Jest to coś, co daje szeroko nam zawsze, do zastanowienia – Tutaj jest wielka rola dla Polski, do odegrania pokojowego, tej i innych kwestii…Jest tutaj ogromne pole społeczne dla Kultury, i właśnie tej, z dużej litery – Jest tutaj ogromne pole dla sfery wspólnot różnych wyznań co do ekumenii – Jest to przeogromnie ważne. Myślę, że jakimś przykładem dla zintegrowania się narodów, w pewnym sensie historycznym, może być Ameryka w „walce” o demokrację, gdzie w zniesieniu niewolnictwa walczyli wybitni Polacy, a która pokazuje, że od ponad 200 lat nie ma tam wojen, i pokazuje, że tutaj ten zlepek wielu narodów żyje w zupełnej symbiozie…A jeżeli już mówić o człowieku, jako jednostce w jego bycie, trzeba patrzeć na niego zawsze przez siebie. I już zupełnie, żeby nie wpaść w patetyczność i zarazem w zarozumiałość, jeszcze raz przypomnę słowa Papieża ; „żeby cokolwiek muc powiedzieć na danego człowieka, wpierw trzeba go zrozumieć, jako brata…”
    – Człowiek dzisiejszy, mimo wszystko, poszukuje kontaktu i szuka czynnie też zrozumienia, jako zagubiona istota, na rozstajach tak wielu dróg, gdzie brakuje mu drogowskazów i kierunkowskazów – autorytetów, o czym niemal wszyscy dziś mówią… Trzeba dziś wracać do siebie wprost. Wszystkie ewangelie testamentowe Biblii mówią, że : człowiekowi będzie odpuszczony każdy grzech, bo nim został w jakiś sposób zarażony – natomiast, nie będzie nigdy mu odpuszczony jakikolwiek występek przeciw Świętemu Duchowi, taki jak zbrodnia – bo to jest zabijanie Boga! – który mieszka w nas na wieki. Mówią o tym Ewangelie w/g św. Marka, św. Jana, św. Łukasza i mówił o tym św. Piotr, a Szaweł nawrócił się zostając św. Pawłem. Rola Świętego Ducha jest ogromną, bo pokazuje działanie co najmniej trzech sił jednocześnie, ukazując równość wobec siebie co tworzy oblicze spójności i nierozerwalności Boga. To jest przecież nauka i wiedza, o której trzeba właśnie dziś mówić i tak czynić…

    Z. K. Filozofia wiary – jest bardzo pojemna i ogromna w miarę rozciągającego się przed nią- i za nią, czasu, w którym żyje ów człowiek. Natomiast religia wiary jest także zapisem dziejów, które nam coś wartościowego oznajmiają i nas ciągle tworzą – na dziś jest to ogromna wiedza…Filozofia jest nauką nabrzeżną, a tym nabrzeżem jest duchowość. Rolą naszą jest dowartościowywanie naszej wyobraźni w kontekście poza ziemskim. Jest to nam dane z racji prawiekowej
    ewolucji, która wykształciła się za sprawą intuicji, czyli po przez czucie rodzaju zmysłowego, i jakby samoczynnie rozwinęła się, po przez ciekawość poznawczą odkrywania tajemnicy od człowieka epoki „kamienia” łupanego i trwa w tym rozwoju nieustannie do dziś, ubogacając erę homo – sapiens, rozwijając jednocześnie jego umysł dany z natury poczęcia… To ogromna jeszcze droga, mozolnej pracy, szukania nadprzyrodzonego prapoczątku, a tym samym potwierdzenia boskości w sobie, i wydobywania jej na zewnątrz czynami racjonalnymi, choć ta boskość to wielka irracjonalność i taka abstrakcja, jak sztuka i coraz bardziej, w miarę odkrywania tajemnic, zagęszczająca się…
    – Ja bardzo dziękuję Panu za tak szeroką charakterystykę, wszelkich trwających nieustannie, osobistych działań oraz wiele wiadomości, jako sprawcy naprawdę cennym, tam na kontynencie amerykański, a tym bardziej ważnym tutaj w Polsce, jako skutecznym ambasadorze Kultury Polski, gdzie Muza, którą Pan upowszechnia nosi w sobie dużą sferę uczuć i godności, szeroko pojmowanego i po nowemu rozumianego sacrum. Dziękuję bardzo serdecznie za obecność w sferze nadziei naszego życia, jaką daje muzyka klasyczna, za dar bardzo rzadki upowszechniania pokoju po przez nuty i dźwięki pobudzające zmysł słuchu i czasu …Odpowiedział ,kiedyś zapytany, ( przez dziennikarkę Radia, zmarły już niestety) znany aktor Andrzej Wojaczek, ( brat poety), dlaczego to wszystko robi? – : mówiąc, grając, czytając poezje, w tym i moje na różnych spotkaniach „poetyckich”- on oddał to takim sobie oschłym, (jak to określił) języku tak : że bardzo ceni i podziwia ludzi, którzy za pomocą kruchych narzędzi sztuki, chcą zbawiać nasz świat. Pozwoli Pan – że niech to będzie taką puentą z naszego spotkania „artystycznego”, bo jak dotychczas to spełnia się Panu…

    J. M. – I ja, bardzo dziękuję, za możliwość szerszej wypowiedzi o całej filozofii i czynnym moim udziale w działaniach muzycznych oraz za możliwość wzięcia udziału w tej sympatycznej „rozmowie artystycznej”, która jest bardzo ważna dla moich poczynań, o które pan zapytywał… Serdecznie dziękuję!

    z Janem Milunem z Bostonu w U.S.A
    (w maju 2006 roku)

    rozmawiał Zbigniew Kresowaty

  • ARCHITEKTURA JEST POEZJĄ PRZESTRZENI

    Rozmowa z profesorem Marianem Makarskim ; architektem , wykładowcą na Politechnice w Lublinie , artysta malarzem, krytykiem sztuki , poetą i pisarzem…

    Zbigniew Kresowaty : „postać tyle barwna co oryginalna. Z wykształcenia architekt, z zamiłowania i przekonania pisarz, krytyk Sztuki i naukowiec (autor rozprawy doktorskiej, poświęconej rozwojowi przestrzennemu Kazimierza Dolnego ) wykładowca Politechniki Lubelskiej i profesor Wyższej Szkoły Społeczno – Przyrodniczej w Lublinie ,a do tego jakby na przekór młodzieńczym marzeniem o pisarstwie – artysta malarz. Przede wszystkim twórca specyficznych obrazów plastycznych i natur kwiatowych, artysta – twórca jedyny i po prostu niepowtarzalny : Marian Makarski” – Oczywiście przytoczyłem na początku tutaj słowa krytyczne o Pańskiej osobowości profesora Lechosława Lameńskiego – kierownika Katedry Sztuki Współczesnej KUL w Lublinie. Taką kwintesencję o Panu zawarto jako wstęp do katalogu retrospektywnego wydanego w 1999 roku pt .”Zatrzymane w kadrze” z podtytułem – „samotność malarstwa Mariana Makarskiego” – To przepięknie i bardzo solidnie wydany katalog Pana prac malarskich (Format A – 4, twarda oprawa, s.62, kolor-kreda…) Pomyślałem sobie Panie Profesorze ,że niech te słowa będą dobrą pożywką do naszej „artystycznej rozmowy” ku szukaniu klucza do Pańskiej osobowości bardzo oryginalnej zresztą , powiedziałbym pięknie plastycznej i z wielkim doświadczeniem nie tylko twórczym ale i doświadczeniem przede wszystkim życiowym…Jest pan artystą znanym, cenionym nie tylko w środowisku lubelskim ale w całej Polsce i poza granicami – Uzbierało się bardzo wiele już na Pana koncie, a są to :wystawy , projekty architektoniczne, książki, prace naukowe…Jest pan dziś swego rodzaju instytucją artystyczno -twórczą i pedagogiczną i już jakby dopełnioną, a jednocześnie działającą w środowisku lubelskim…Urodził się Pan w 1928 roku w Kolosach na ziemi kieleckiej obok Wiśnicy nad Nidą .W 1935 roku rodzina Pana przeprowadziła się do Proszowic w krakowskim ,a po powodzi która nawiedziła ten region w 1937 roku ,ojciec nie czekając wyjeżdża do Lublina, przejmując zarząd nad majątkiem w Dzbeninie…Czyli i Pan wtedy jako młody człowiek ,również ocalony z Potopu ,powiem metaforycznie- przez Noego, przeszedł bardzo wiele –Są to jakby najczulsze rewiry Pańskiej wrażliwości , i rejony wciąż poznawcze : krajobrazowo ,estetyczne ku kształtowaniu się pojęciowości artystycznej co nie jest bez znaczenia i bez wpływu na całą Pańską twórczość ,o której wspomniałem przytaczając profesora Lameńskiego z Lublina – To jest oczywiście jasne. Ale zacznijmy od samego Kazimierza Dolnego , od samego rynku , gdzie właśnie jak się domyślić można zaczęło wiele: zauroczenie rejonem malarsko i twórczo , gdzie wpisał się Pan w klimaty i nastroje ,którym towarzyszyła mocna wiara i wielka nadzieja a wyobraźnia ukształtowała swoje ujście ,co zresztą być może promieniowało już od dzieciństwa, a są to : zaśpiewy krajobrazami, semantyka snu, ale i są też pewne rozterki, co opisał Pan jak wiem w książce „Dom Mojego Ojca” o czym będziemy mówić w dalszej części. Miło i serdecznie wspomina Pan tę stronę Wisły region południowo-wschodni i tak naprawdę nie rozjechały się miejsca dzieciństwa , jedynie powiększyły obszar dla wypowiedzi…I tu wracając do Kazimierza Dolnego do jego klimatów – domyślam sie ,że z ogromnym sentymentem wprost darzy Pan to miejsce ,gdyż tutaj zaczęły się : przyjaźnie z wieloma wybitnymi malarzami i twórcami co promieniowało wieloma aktami twórczymi. Przyjaźnił się Pan z wtedy już z wybitnymi jak :Jerzy Nowosielskim zwąc go wprost :”Jurek”, z innymi ,o których powiemy później. I co ważne chcę tutaj powiedzieć ,że nie bez kozery w pracę doktorską włożył Pan swoje serce i tak przepełnione ofiarował także rozprawie poświęconej rozwojowi przestrzennemu Kazimierza Dolnego. -Panie Profesorze – może zechce się Pan pokusić ku tej mojej dygresji i nakreślić początki swego tworzenia , gdyż było tego wiele ,w tym duchowego zaangażowania, czyli: kontakty i zauroczenie ,którego ledwo musnąłem. A było przecież ono wiodące ku dalszym ewolucjom i aspiracjom twórczym: spotkania z miejscami i ludźmi oraz towarzyszące temu refleksy. Może przebiegało to bardziej relatywnie do abstrakcji, z których też przecież trzeba umieć korzystać, ale i są w Pana malarstwie : tęsknoty wydobyte z potrzeby serca , zobaczone w marzeniach dziecinnych ciągle świeże, gdzieś przemycone w podświadomości po zmysłach poetyckich -Są takie akty nastroju: nostalgii, tęsknoty, poetyckiego snu i swego rodzaju uroku samotności .Wreszcie są całe „Miasta” ponumerowane i określone przymiotnikami oraz „martwe natury” jedne i drugie ogrodzone specjalną malarsko wyodrębnioną ramą jakby lustra , okna z ikonami (?)- To jest „zobaczone” na wskroś wydobywane w kolejnych fazach (życia) ,na światło dzienne „non-stop”. Są te obiekty światłem odbitym , które bardzo oryginalnie tworzy labirynt ,z którego tylko Pan zna wyjście jako medium i klucznik. Celowo pytam, jakby od razu o malarstwo, gdyż jest w nim głównie to całe odbicie Pańskiej osobowości i jakby najważniejsza taka wizytówka mówiąca metaforycznie o Pańskich metamorfozach. Może dokonać zechce Pan na wstępie takiej odsłony śladów od początkom i ku ich semantykom de ja vou , jakby w inne rejony artystyczno – twórcze a myślę tu również o pisarstwie – Jak to jest po tylu trudnych przeprowadzkach , przejściach estetycznych a jednocześnie dramatów wzrasta iloraz twórczej wrażliwości…Czego tak naprawdę trzeba ,żeby zdobywać się na takie właśnie demonstracje twórcze jak u Pana niezwykle energetyczne – Były przecież i wojny co nie jest bez wpływu na późniejsze działania ku odrębnej wypowiedzi… Zaryzykuję ,żeby sprowokować(?) Pana – powiem: Twórczość Pana jest takim dziennikiem pisanym z podświadomości…

    Marian Makarski – Na pewno te pytania i nakreślenie w nich mej sylwetki prowokują do spojrzenia w głąb własnego życia ,sennych powrotów ku dzieciństwu i wszystkiemu co od niego się zaczęło. Bo wie pan sztuka , twórczość jest naszym życiem i jego zapisem , jest nami… To podkrakowskie Proszowice , które pan wymienia, to miasto nad Szreniawą stało się dla mnie miejscem odniesień ,do których wciąż wracam, potęguję w sobie, smakuję te dobre „powidoki” dziecięcą nostalgię , nadaję temu nowe wartości pełne przeobrażeń i to jest najważniejsze. Tak dzieje się z twórczością , inspirowaną przede wszystkim własnym życiem, które u mnie miało dość specyficzne uwarunkowania i losy. Trzeba powiedzieć wprost ,że każda pisana dużą literą Sztuka jest na autopsji a moja wręcz zaborcza, i nic nie jest tutaj za darmo, a za cenę talentu płaci się całym bytem, o ile twórczość traktujemy serio. Sztuka jest w każdym z nas i dla nas domaga się objawiania, dla kogoż więcej?- Zatem wracając do pana pytań, a głównie do tego – „jak to się zaczęło?!” – Wie pan to długa droga ,od takiego zwykłego dzieciństwa, do pierwszych prób twórczych, to coś co się czuje i myśli już oczami dziecka, czyli jest się w takim marzeniu…Najpierw może nieco biografii, a więc wyjazd z Proszowic do Lublina, lata szkolne biedne i lepsze, okupacja hitlerowska pełna grozy i trwogi ,a później „wyzwolenie” , które przyszło do mnie także w podlubelskim Dzbeninie ,i jakby zaczęło się wszystko na nowo -na czymś wolnym ,w wolnym kraju jakby prowizorycznie wolnym , któremu towarzyszył entuzjazm- ja to widziałem !- A później trzeba było robić swoje : nauka w Liceum i pierwsze zaskoczenie: Gazeta „Młoda Rzeczpospolita” ogłasza Konkurs Literacki na powieść, opowiadanie…Co mnie podkusiło- tego do dziś nie wiem, że wysłałem na ten konkurs krótkie opowiadanie, i o dziwo! – otrzymałem nagrodę!- Moje nazwisko ukazało się w gazecie w gronie laureatów…Ale wtedy spadła na mnie jakaś groza, lęk (?)obawa – tak odebrałem ten akt wyróżnienia. Nosiłem tę gazetę z sobą , lecz jakbym się wstydził tego wyróżnienia eksponować, i nie pokazałem tego nawet w szkole. Czułem ,że jest to COŚ w rodzaju uśmiechu losu ,lecz także jakaś tu odezwała się we mnie odpowiedzialność ale i dziwne wezwanie(?)… Pragnąłem ,i byłem w takiej potrzebie odnalezienia się w świecie – Ale jak? i gdzie?- Nie wiedziałem do końca czy sztuka i jej twórczość jest właśnie takim miejscem? – Ale o tym dowiedziałem się znacznie później, jakby dojrzewając do takiej refleksji po czasie. Wpierw zdany na zwykłe zrządzenie losu ,bo tutaj o wszystkim decydował przypadek, kontakty… Kiedy znalazłem się w Krakowie na studiach architektury – z jednej strony był to początek socrealizmu ,lecz tu w Krakowie panował jeszcze nieustannie i tradycyjnie duch młodopolski, i wszędzie można było te tradycje odnajdywać wręcz w różnych miejscach kultury ,np. w „Jamie Michalika” na Floriańskiej ,poza tym nie było jeszcze Nowej Huty wielkiej przemysłowej aglomeracji krakowskiej… Ale wróćmy jeszcze na chwilę do podkrakowskich Proszowic- Dziwne! -bo nie chciałem tam wracać, bojąc się ,że zniknie mi klimat, tamten obraz, przechowywany w pamięci, jakbym przeczuwał ,że coś stracę i powinienem tylko dotykać tych pamiątek i czerpać jakby z zatrzymanego pozytywu pod powiekami, wiedząc już dużo o swoim malarstwie -Ono było, czekało tak jak literatura. Ale wpierw pomyślałem o architekturze, która była celem i pragnieniem młodego człowieka idącemu jakby w odbudowę powojennych zgliszcz … I tak też się stało ,że owszem malarstwo -czy literatura ,choć w pewnym czasie zaczęło dominować , to jednak architektura upomniała się o swoje miejsce i ma we mnie swój oddzielny rozdział. Od architektury wszystko się zaczęło!- Należy dodać ,że jeżeli malarstwo czy literatura mają jakąś zbieżność zmysłową , to architektura różni się na pewno diametralnie w tym względzie i wymaga wyobraźni konkretu przestrzennego , takiego jakby fundamentalnego myślenia. Dlatego u mnie uprawa tych dodatkowych dyscyplin twórczych wymagała czasu ,i dzielił je czas na pewno dobrze i jak się okazało nawet skutecznie…

    Z.K. – Jak sięgnąć w głąb Pańskiej Sylwetki – od początku lat sześćdziesiątych toczy się Pańska ODYSEJA – A może zaryzykuję tu temat z Pańskiego cyklu obrazów ;Don Kichot’e? – Gdzie w tym wędrowaniu twórczym, nie odzyskane są jeszcze wszystkie „miasta z przestrzeni”… Odnajdywane są : place ,w tym i „Czerwony” w Kazimierzu i inne, a właściwie są to miejsca takie „białe plamy” zamalowywane po czasie stopniowo twórczo ekspresyjnie odzyskiwanym .To jest chyba tym co Pan mówił – o „zatrzymaniu pod powiekami” .Jednak na takim dotyku buduje Pan własny świat, ożywia Pan jego moce witalne ,żeby trochę przebarwić i nie brudzić koloru tego z dzieciństwa, choć były i grozy :czernie i brązy…Może tutaj wielką rolę odgrywa właśnie Kazimierz Dolny ,gdyż tam kulminuje ekspresja Pańska .
    Są też na pewno zamalowywane wycinki innych miejsc ,których klimaty witalne przeplatają się nawet z życiem naukowym(?) – To inne błyski, bliki, ślady… Tworzy się na pewno tutaj pewna chronologia myślowa- takie ciągłe: rejestrowanie , spis ,prawie katalogowy(?)- Chcę powiedzieć ,że na pewno ten zmysł poetycki, który Pan posiada w nadmiarze, a wibracje przestrzeni mają swoje odzwierciedlenie w zawodzie podstawowym czyli architekta -Czy może Pan jakoś ustosunkować się do takiej sugestii : budowanie w przestrzeni…Przecież zaprojektował Pan wiele wspaniałych obiektów ,w tym pięknych dobytków kościelnych, innych cennych, choćby tych z profesorem Zinem, który był promotorem Pańskiej pracy doktorskiej. I jak przyglądać się Pańskim cyklom malarskim są one takimi multiplami z tymi pięknymi rekwizytami postarzałymi z przeszłości ,ale tutaj naocznie merytorycznie pięknie podniesionym jakby do chwały i wzniesionymi ku górze i niebu wydostającymi się z ziemi pomnikami(?) bryłami poetyckimi ,z otwartymi oknami w których to oknach od czasu -do czasu czeka ikona kobiety, lub jakiś duch ,być może los(?), czekają krzesła na małych placykach, jakieś duchy sylwetek ludzkich rozwibrowane teatralnie ,sceny teatralne czasem nawinie się skrzypek, albo kataryniarz ,a innym czasem są to place :opuszczone ,samotne jakby pożegnane na nowo i znów na nowo odnalezione…Widzę „Trzy krzesła”- to czekający na mnie dialog -A jedno ,to na pewno monolog z sobą – Może Pan się ustosunkować do tak poetycko nakreślonych metaforami sugestii przeze mnie jako odbiorcy przychodzącego z daleka?- Jest Pan poetą obrazów z marzenia sennego z dalekiego a jednocześnie bliskiego Panu czasu jedynego czasu…

    M.M. : Na pewno już odpowiedziałem na część pytań, dodam jeszcze ,że obraz jako obiekt jest na pewno zapisem , jak pan powiada – głównie stanów emocjonalnych ,ich rekwizytów dzieciństwa – napięć… Sama twórczość to złożony proces przedsiębiorący nasze uczucia z głębi metafizycznej i wolnej. Ja juz próbowałem łączyć malarstwo z własnym tekstem literackim, w przekonaniu ,że mają wspólny mianownik, rodowód(?) . Organizowałem wystawy pt. „Obraz i Słowo” – I zastanawiało mnie ,czym jest czekanie? – Napisałem ,że zabrać nam czekanie to tak jakby pozbawić nas nadzieji , to tak jakby zabrać nam wszystko ,jakąś pamięć, którą odziedziczamy na później. Kobieta w oknie, puste krzesła na obrazach, jeździec brnący ku sacrum- to przecież symbole do zastanawiania nad chwilą czekania – metafora(?)…Don Kichot to wprost enigmatyczność naszych marzeń, tęsknot i pragnień… Malarstwo może zawierać pewne literackie podteksty i odwrotnie, ta czy inna ,literatura może bywać , a i bywa!- malarską przestrzenią dla słowa.Tuwim wyszperał taki prosty wiersz nieznanego autora :

    Przez okno spojrzy się czasem
    W szlak dróg żelaznych daleki
    I czoło się dłonią podeprze
    I łzami zajdą powieki.

    Przecież to jest symbol czekania i samotności, niespełnionych nadzieji , jest to refleksja nad czasem osobnym i dla każdego inaczej trwającym… Ale to o czym tu mówimy do mnie przyszło znacznie później. I myślę wtedy ,gdy każdy z nas coraz częściej ogląda się za swoim dzieciństwem…Poza tym ja żyłem w czasie , w którym się działo wiele, było szczęście i dramat była wrzawa i pokój… Pamiętam okres dominującego w malarstwie koloryzmu okres narzuconego socrealizmu, a potem powrót do całej „awangardy”, czerpanie z tego dorobku sztuki i przyswajanie sobie tych osiągnięć, teorii, nowinek, tej zachodniej sztuki jako wiedzy – Był Jazz i inne imaginacje, jako prawo i protest tajny…Działo się- i nadziało się z różnym skutkiem.

    Z.K. – Tak iście było! -Ale może tylko nawiasem dodam ,że właśnie ta „Awangarda” była protestem przeciw socrealizmowi i cenzurze, przeciw zamodryzmowi lat 68-tych. To i tamto było przemycaniem pewnych rzeczy z tego ukrytego krzyku na zewnątrz(?) przeciw tępej gomułkowszczyźnie , przeciw kacykom i stupajkom , którzy deptali wszędzie… Sztuka zawsze była buntem i reakcją, protestem inteligencji i jej wiedzy… A Polska Sztuka , ta z dużej litery jakby mało uczestniczyła w kulturze światowej i środkowoeuropejskiej ,gdyż naprawdę -co tu mówić! – „Polonia” nie była wcale reprezentatywna w sprawie Sztuki jako całej Sztuki Polski w świecie! – A to ,że się nadziało wiele- to skutki, bo nawlokło się do Nas postmodernizmu i konceptualizmu , który się nie przyjmuje latami choć ciekawił – śmię twierdzić ,że to na naszym gruncie naszej (nad-romantycznej) tradycji jest osobną sprawą ,bo przerodziło się to mizerstwo w potworki i straszy Główne Galerie Miast i odstrasza widza , nawołując jedynie na snobów!- Dużo jeszcze by o tym ,ale zostawmy to na inny czas Panie Profesorze -Nie wiem tylko czy Pan się choć trochę z tym zgadza?- Czy czasem się Pan nie obrazi na takie stawianie kwestii – Ale pogłębiając świadomość jaka mi towarzyszy w stosunku do Pańskiego malarstwa ,a czego nie można ukryć, tak jak i mojego entuzjazmu – dostrzegam więcej ,i proszę o wybaczenie za tę prowokację ,że Pański przyjaciel artysta „Jurek” Nowosielski – profesor ,ale i taki niepisany profesor wraz ze swoim malarstwem na pewno miał wpływ na Pańską :estetykę , może i formę (?), chociaż myślę, że nie wprost. Nowosielski ,uważam :”męczył długo kąt prosty”, wytaczał linie i wektory uliczne ,bo przecież malował cykle zaułki miast także, zanim przyszły ku niemu „akty kobiece”, z których prawdopodobnie wyłoniły się ikony – i całe proikonostasy… Proszę, broń Boże! tutaj nie pomyśleć ,że to jakiś zarzut ale są i u Pana też czasem ostre kolory ,zniwelowane linie skrzywione brył domów ,ale są i kolory dla ikon dla przestrzeni metafizycznych bardzo odważne, choćby czerń ,które w nas samych drzemią chcąc się wyrwać ku furiatywności… Są u Pana piękne :mocne ugry, czerwienie pomieszane z żółciami .Często wydobywa Pan swoje miasta z szarego tła z błękitu -aż po kolory mistyczne , zmieszane po gór horyzontalność nałożoną metaforycznie , jak np. na płótnie „Złudzenie świata” z 1980 roku. Domy pną się w tutaj w niebo –a to niebo ślad pozostawiony trwale pod powieką dziecka. Są też obrazy „Ziemia I” -z 1985 roku, „Ziemia II” – (także z tego roku,) takie z czernią , wprost z Jawy z zawirowaniem…Gdzieś TAM stoi namalowany znak „zakazu ruchu „wszelkich innych pojazdów…Weźmy „Miasto z oknem”- z 1986 roku, to również o ziemi ,tyle że nakłada Pan prawem nowego spojrzenia warstwy krajobrazu na siebie i tutaj trzeba przebyć to spojrzenie patrząc jakby z drugiej strony tego obrazu. Przytaczam to w taki sposób, gdyż chce drążyć tematy w cyklach , być może sprowokować ,które są niczym innym jak poezją .Pan jest poetą plastycznym! Te zamierzone wyoblenia które idą dołem i w nagle zrywem w jakby na przekór architekturze są : poezją samą w sobie -Widzę tu nawet Chagalla , który na pewno miał również wpływ na Pańskie malarstwo -dużo u Pana lewitacji i ruchu , choć to skrzętnie schowane ,a przede wszystkim przestrzeń jako ciąg zdarzeń odtwarzający się na nowo , dadaistycznym ruchem (?) z przekorą ku pasji…

    M.M. Wydaje mi się ,że wpływy innych twórców nie są zakazane ,są wiedzą i historią sztuki a sama historia malarstwa , jak i w literaturze czy innych profesjach twórczych musi mieć swoje miejsce ,czasem mimo woli .Weźmy G .Brague i Picasso w pewnym okresie malarstwa w jednej pracowni z sobą bytowali i często sami nie odróżniali swoich obiektów, nie tylko na obrazie ale i samych obrazów! I na pewno w moim malarstwie można dostrzec jakieś wpływy to jest zawsze zdrowe … Nie obce jest mi malarstwo Jerzego Nowosielskiego czy Chagalla, którego Pan przytacza i lubi , ale interesuje mnie głównie świat , który tworzą ci artyści, i ich wyobrażenia nadając im nowy byt, życie. Sposób komponowania obrazu Jerzy Nowosielski tłumaczył mi tak: że w obrazie tak jak w ikonie , może być kilka obrazów ,to temat główny i uboczny.Ale ten problem i ocenę mojej twórczości zostawiam zawsze krytyce , odbiorcom…

    Z.K. – Zatem Panie Profesorze powracajmy jeszcze do świata inspiracji ,właśnie tych wiodących u Pana a mianowicie środowiska krakowskiego. Wspomniał Pan „Jamę Michalikową”- To juz lata powojenne od roku 1945 do 1955 i arcyciekawe spotkania artystyczne nie tylko plastyczne ale i literackie w które wpisywał się Pan. A bywali tutaj : Jalu Kurek, Konstanty Ildefons Gałczyński z „Zielona Gęsią” czy choćby Władysław Broniewski, byli inni -Wiem ,że fascynował Pana „Teatr Rapsodyczny” Mieczysława Kotlarczyka – To też kawał historii inspiracyjnej i artystycznego działania Pana w innych profesjach właśnie tej wspomnianej wcześniej „Awangardy. Może Pan coś wspomnieć ,lub przytoczyć relacje z tamtego cennego dla Pana okresu – aktorstwo, jego zaplecze?

    M. M. – W Krakowie , jak już wspominałem, studiowałem na Wydziale Architektury, obok na ul. Warszawskiej mieścił się w tamtym czasie Teatr Rapsodyczny Mieczysława Kotlarczyka- Byłem tam stałym widzem, poznałem samego dyrektora teatru, który zaproponował mi udział w przedstawieniach.- ” Pan ma taką aktorską twarz” – powiedział, a ja oniemiałem ze strachu, gdyż zaświtała mi świadomość powagi tej chwili ,że grają tu znakomici aktorzy ,a wymienię choćby ; Michałowską, Augusta Kowalczyka, Mieczysława Voita (młody wówczas) , czy sam Kotlarczyk – A w repertuarze : Majakowski – Kirsanow , Beniowski – Słowackiego, Lord Jim – Conrada itd .Wtedy głównie grano klasykę…Do tego trzeba mieć świadomość o miejscach – Teatr im. Słowackiego, Teatr Stary, ze swoim repertuarem, no i Teatr Młodego Widza, gdzie mój brat cioteczny Henryk Liburski był czołowym aktorem –Zatem było to dla mnie cenne wezwanie! Zadomowiłem się w tych teatrach, a co ważniejsze , zacząłem pisać i to od razu jakby przebudzony nagle pod wpływem: Majakowskiego, Tuwima, a także poczynałem próby dramatu szczególnie pod wpływem Jerzego Szaniawskiego i jego „Dwóch Teatrów”- W głowie mojej powstał chaos a jednocześnie zauroczenie Wielka Sztuką. Byłem też częstym gościem w Muzeach krakowskich w tym głównie na ekspozycjach malarstwa polskiego, gdzie fascynowali mnie przede wszystkim; Wojtkiewicz, Wyspiański, Podkowiński (Szał), Chełmoński ( słynna trojka),a w dodatku polski koloryzm z Cybisem , Eibischem, itd. Byłem jednak zagubiony tym wszystkim jakby mnie to wprost przesłoniło świat . Szukałem samotności, siebie w sztuce. Tutaj w Krakowie ,co należy również powiedzieć , to jest moja obecność na wieczorach wystawach i spotkaniach autorskich, znanych wtedy poetów i pisarzy. Pamiętam słoneczne niedzielne majowe południe –dziedziniec Collegium Maius Wszechnicy Jagiellońskiej i On, poeta Konstanty I. Gałczyński – jeszcze widzę jak stoi na podium w środku dziedzińca z czarną rozwichrzoną czupryną recytując :”Zaczarowana dorożkę” i akcentując każdą sylabą :
    (…)
    i przemawia mistrz Onoszko
    Póki dorożka dorożką
    koń koniem, dyszel dyszlem,
    Póki woda płynie w Wiśle
    Będzie zawsze choćby jedna
    Choćby nie wiem jaka biedna
    Zaczarowana dorożka,
    Zaczarowany dorożkarz,
    Zaczarowany koń

    – Takie przeżycia u młodego wówczas człowieka pozostawiają ślad , ten tembr głosu znakomitego sztukmistrza…Co się tyczy innych spotkań – również dobrze zapamiętane na scenie Teatru Młodego Widza na karmelickiej w Krakowie: Władysław Broniewski, zwalisty ,duży mężczyzna wchodzi na scenę deklamując swoją poezję – bo tak się wówczas prezentowało akty twórcze w poezji-Broniewski oczywiście : marszowo- miarowo zamaszyście, czasem z dreszczem…
    (..)
    Nie wiem ,co to poezja,
    Nie wiem , po co i na co?
    -lecz wiem, że czasem ludzie,
    czytają wiersze i płaczą…
    A potem sami piszą (…)i.t.d.

    Trzeba przy tej okazji dodać ,że wtedy w latach 50-tych teatry były wypełnione po brzegi, i ta spontaniczność ciszy bo nie zakłócana szeleszczeniem papierków po cukierkach. Były to misteria sztuki .Jeżeli idzie o Gałczyńskiego był on dobrym przyjacielem Kotlarczyka a „Zaczarowana dorożka ” to dedykacja dla niego od mistrza. – Nigdy nie zapomni mi się Kraków – Te czy inne chwile, wypełnione dziejbą artystyczną ,no i te akty w których sam uczestniczyłem czynnie, które jakby same się działy.

    Z.K. Jak spojrzeć w to Pańskie przedsiębranie sztuki w życie i nasączanie się nią ,jej wielowymiarowością i rozpromienionym działaniem , jest to nie bez wpływu na twórczość, którą chcę nazwać wzajemnie się inspirującą ,ale u Pana jakby układającą się w takie chronologiczne ciągi. I zauważyć też należy ,że jest w Panu piękna harmonia tych aktów , sens twórczy , takie jakby odbicie z tamtych ekspresji…Wszystko to „brane garściami” czasem z tremą i z szacunkiem aż ,jak Pan mówi: ze strachem uczestniczenie np. w aktorstwie na scenie – to wszystko razem stawało się pewnie takim monolitem , bo przecież już coś wtedy malował Pan ,kreślił i rysował … Zaryzykuję tutaj taką dygresję :mimo ,że malarstwo zawsze idzie osobno ,a literatura sobie , inne próby identyfikowania się z całą sztuką, co już Pan stwierdził ,to jest jakiś mianownik ten architektoniczny dobry fundament : studiowanie w Centrum Sztuki Krakowie dziś to na pewno trzyma się przestrzeni okazale i imponująco! Wszystko tu współgra i uchodzi w jedną taką niepisaną tajemnicę , To wszystko jest Jednym osobnym teatrem z wieloaktową sceną przy wciąż otwartej kurtynie odtwarzające multiple…

    M. M. – Na pewno jest tak, że samo dochodzenie do Sztuki (tej pisanej z dużej litery), żeby uzyskało jakąś ,nazwijmy to przekształconą formę, która ma ,żyć własnym bytem to czas pracy i kreacja na tym co się wzięło od życia… Samo tworzenie to nic innego jak rodzaj transcendencji. Najlepiej chyba dojrzewa się w samotności, takie kontemplowanie stanów osobistego dzieciństwa ,w którym zachodziły takie a nie inne okoliczności bytowo -życiowe, dźwiganie nie tylko stanów szczęścia ale i dramatów. Natomiast co się tyczy pewnych faz , jest to czas na przełomy dla dzieła …Do Lublina wróciłem po okresie krakowskim z moim dyplomem architekta z wiedzą, przygotowany do pracy merytorycznej architekta , dużo się wtedy działo ale to jakby osobny równie cenny rozdział – Pan pyta raczej o twórczość, o jej ciągi, fazy –Tutaj w Lublinie nie mniej barwne było środowisko, Bohema i dużo jeszcze z tego pozostało na dziś !- Z Lublina , rzecz jasna blisko miałem na Kazimierz Dolny , ale o tym już wcześniej wspominaliśmy choć tylko małą część!. Pozwoli pan ,że wspomnę jeszcze taki okres „odwilży” politycznej – był to ten słynny „październik” a w owym czasie już przynależałem do Koła Młodych Przy ZLP – My jako młodzi bardziej ,a i starsi także, uwierzyliśmy w przemiany społeczne w ich głoszone hasła , organizowaliśmy się w środowisku artystycznym, często spontanicznie robiliśmy : „wieczory poetyckie” -To ożywienie było wszędzie ,głównie w gospodarce ,ale zawsze pod kontrolą. Pisałem wówczas felietony o sztuce do gazet pt .”Spacery z sobą” . Należałem także do Klubu Krytyki przy Stow. Dziennikarzy Polskich w Warszawie ,co pozwoliło mi właśnie zaprzyjaźnić się z grupą malarzy bytujących i zorganizowanych w Kazimierzu Dolnym – Był to mocny ośrodek twórczy -przyjeżdżali ludzie artyści zza granicy .Moją przyjaźń z J. Razgour’em z innymi, pamiętam wciąż świeżo…Takim znaczącym dla mnie wydarzeniem ,jak te które już wspomniałem wcześniej z czasu Krakowa ,był mój udział w Plenerze malarskim w pięknym Zwierzyńcu k/ Zamościa. Uczestnikami byli znani już wtedy: Jerzy Nowosielski, Jacek Sienicki, ,Jerzy Panek- artysta grafik z Krakowa ,inni. Mieszkałem wówczas z Nowosielskim- Od razu , od samego rana ten Wielki dla mnie wówczas artysta zajął się moim malarstwem, poszły pouczenia i dygresje: czym jest ikona -a czym obraz, jakie błędy popełnili malarze KP-iści w Paryżu, itd. Po jakimś czasie udało mi się wyciągnąć artystę na małą wódeczność, tego oddechu na sztukę było jeszcze więcej…Przyszły później inne Plenery w Juracie ,gdzieindziej i tam zawsze uczestniczyła cała plejada znakomitych artystów polskich ,również a nawet przede wszystkim tych kazimierskich , moich przyjaciół m. innymi: Zygmunt Czyż ,Jarosław Olejnicki, Rysio Lis-docent na Wydz. malarstwa, Tadzio Ciesiulewicz z Sopotu, Julek Kłeczek -profesor, Jasio Łazorek,, Andrzej Kołodziejek, Jacek Sienicki –profesor wówczas na ASP w Warszawie ,który oznajmiał mi, że :ciągle maluje ten sam obraz. Pojąłem wtedy ,że spotkania i wielość tematyczna oraz dyskusje ,czasem spory i wzajemne bytowanie z sobą są nie bez znaczenia. To takie warsztaty twórcze z osobowościami z tymi ,którzy coś znaczą -a zatem wiele wiedzą…I jak dziś wspominam Ich –żaden z nich już nie żyje! -Wszyscy malują u Boga – Ja tylko jeden tylko pozostałem na świecie…

    Z.K. – Panie Profesorze zanim zapytam o książkę Pańskiego autorstwa pt. „Dom Mojego Ojca” jako najważniejszą pozycję w Pana literackich imaginacjach, bo przecież pisze Pan także i poezję, pozostańmy jeszcze na chwilę przy malarstwie z pytaniem , czy nie jest tak ,że po przez malarstwo ,które jest dobrym przewodnikiem w całej tej rozmowie i odsyłaczem do Pańskiej osobowości jednak łatwiej przechodzi się w literaturę?- Dodam, że chyba jest to jednak malarstwo modernistyczne ale jak wspomniałem spoetyzowane widziadłami dziecka , jest wyróżnione w Pana świecie nie tylko kolorami ale metafizyką tematyczną, choć jest to malarstwo najlepszą odsłoną duchową i spojrzeniem w siebie – dlatego dostrzegam tu : romantykę choćby w samej architekturze budowanych przestrzeni , są uniesienia i zadry. Architektura jak wspomniałem musi jednak stać na twardym podłożu ale i wznosić się ma harmonią ku słońcu. To malarstwo ma swoją architekturę ocalenia…i Pan ocalał .Powiem tak!- O Marianie Makarskim mówi się w środowiskach ,nawet we Wrocławiu napotkałem Pana byłą studentkę architekta , która jak na ironię zajmuje się wystrojem wnętrz. Architekci są dobrymi artystami! – Natomiast tutaj Pańska duchowość jest posłannictwem ku dobremu przenikaniu się wzajemnym z podmiotem człowieka choć mało go widać w obrazach a tylko jego uczucia z losu wzięte, powiedziałbym wprost ,tak od Boga –i jest takim sacrum(?) Jest tu czekanie w oknie z aureolą marzeń, jest zapatrzenie w siebie. Jest Pan także pisarzem. Ma Pan dar chwytania istoty wartości picturalnych uzupełnia Pan to tajemnicą co czyni Pańską twórczość bardzo ciekawymi i oryginalnym zapisami i zatrzymuje widza dając mu czas na własne odrębne interpretacje…To bardzo ciekawe i cenne! – Tam gdzie wielka tajemnica- tam i wielkie pytania. Artysta musi mieć tzw. dar „Trzeciego Oka” i nie powinien występować tym zmysłem przeciwko Duchowi Świętemu .Może odniesie się Pan do kwestii duchowości artysty , która zresztą trzyma każdą dobrą sztukę – No i jak wspomniałem to dobre musi mieć duży iloraz romantyzmu twórczego, myślę tu i o pisarstwie, gdzie także są te same cechy zmysłowe : radość-ból , niepokój- wzniosłość, płacz-śmiech …?

    M .M. – Dziękuję za życzliwą ocenę mojej twórczości, i jak już powiedziałem , twórczość jest bardzo ważna gdy zatrzymuje, porusza, zachwyca, a różne są jej inspiracje, przykłady można mnożyć .Tadeusz Brzozowski mówi: „malując , kładę kolor koło koloru. Wszystkie inne kwestie treści mych obrazów są tylko kwestią przypadku…”- Otóż tak się składa ,że znałem tego wybitnego malarza, w czasie moich studiów był asystentem w Katedrze rysunku , nazwałbym go „brat łata”, ze wszystkimi studentami był na „ty” i stać go było na taki dystans w wypowiedzi artystycznej – Natomiast Eugeniusz Eibisch , którego wcześniej wspominałem ,głosił ,że „interesują go tylko te obrazy, w których artysta stwarza ,lub stara się stworzyć własny świat” -Wydaje mi się ,że u podstaw mojego malarstwa czy twórczości literackiej właśnie to dominuje o czym mówi Eibisch -„stworzyć własny świat”- Cóż można więcej : zagubić, znużyć nawet całego siebie w twórczości, oddać bez reszty wszystkie swoje marzenia, tęsknoty ,złudzenia…

    Z.K. – Tadeusz Różewicz powiedziałby: „odbierać sobie twórczość… „, czyli trzeba sobie wszystko odbierać :wiersz , jego kompozycję i obraz jako skutek ,żeby się nie spóźniać…

    M. M. – Josef Conrad pisze: „bo trzeba iść za swoim marzeniem i tak bez końca iść…”- W twórczości prawdziwej ,zaciera się granica między rzeczywistością a złudzeniem. Jako twórcy chcemy uwierzyć w świat wyobraźni, który tworzymy i w nim żyć za wszelka cenę.

    Z.K. – Ernest Bryl w mojej z Nim rozmowie powiedział:” świat trzeba umieć zaklinać , tak żeby się inni zachwycali , jeżeli się to potrafi , wtedy jest dobra oryginalna Poezja…Zarówno w jednym i drugim jest metaforyczna prawda!

    M. M. – I jedno i drugie ,co zresztą Pan tu przytoczył, jest wielką prawdą ,o ile prawda jest jeszcze na tym świecie! – chyba tylko w Sztuce .Pamiętam, jak na mojej wystawie malarstwa w Zielonej Górze przed laty podszedł do mnie mężczyzna mówiąc, że za to co mu daje ta wystawa , za przeżycia ,których wtedy doznał: bardzo mi dziękuje i chce się zrewanżować! – A więc, zaciągnął mnie ,prawie o północy, do pustego kościoła wspiął się na chór ,i na organach dał mi koncert. Siedziałem zasłuchany w tę muzykę , i wydawało mi się , że te wszystkie fugi Bachowskie płynące z ogromnych piszczałek kościelnych organów rozwalą mury kościoła, że powędrują w przestworza i zaniosą mnie w nieba nieskończoność… To właśnie wtedy pojąłem siłę sztuki i uwierzyłem w sens tworzenia i bycia jej koryfeuszem lub choćby skromnym artystą.

    Z.K. Zatem przejdźmy do Pana książki ,o której wspomniałem bez czego nie może być tej rozmowy , a mianowicie: „Dom Mojego Ojca”- tytułu wydanego w roku 2000 w lubelskim Wydawnictwie NORBERTINUM przy KUL . Patrzę i znajduje tutaj dedykację na wstępie podtytułowej stronie ; „Rodzicom poświęcam”a tuż wyżej jest cytat : „Jak łatwo obezdomnieć I zostać bez gwiazd nad głową” – Bardzo metaforyczne to z Tuwima!- To tak jakby odebrać sobie wszystko bez reszty oddać się światu na służbę(?)- Przeczytałem ją ze smakiem. Jest to książka pisana czystym Herbertowym językiem ,przejrzystym na wskroś malowniczym z zaśpiewem szczęścia i snu … I pragnę Pana poinformować, że omówiłem ją niezależnie pozytywną recenzją literacką podając do czasopism – Ale żeby nie zapeszać nie powiem do jakich, a tajemnicą poliszynela jest ,że do szacownych i cenionych! –Powiem ,że było tutaj naprawdę co omawiać tym bardziej ,że znam Pańskie malarstwo i działania literackie, nawet te architektoniczne ,co mi powiększyło przestrzeń odniesienia się do Pańskiej całej osoby.

    M. M. – Dziękuję !-a nawet jestem wzruszony, będę czekał na druk. Jak już to powiem ,że książka uzyskała pewien rozgłos , pojawiły się, zaraz po wydaniu w prasie opinie, a co może być ciekawe -dopatrzono się w bohaterze głównym ,w jego postaci , którą jest dzieciak chłopiec Szymek , opowieści o mnie, co jest półprawdą, ale o tym być może opowie i pan jako recenzent (?) . Dodam, że książkę wyróżniono Nagrodą Literacką im. Bolesława Prusa nagrodą fundowaną przez Stowarzyszenie Pisarzy Polskich. Natomiast samo wydawnictwo zaproponowało ją do Nagrody „NIKE”- Ale skończyło się na tej skromnej mojej satysfakcji i przyjęciu mnie jeszcze do jednego związku czyli ZLP i spełniło się moje marzenie młodości o przy-należnościach do trzech związków twórczych, a więc do : SARP, Z P A P i ZLP.

    Z.K. – Pozwoli Pan ,że jakoś krótko zreferuję to co zawarłem w swoim szkicu o Pańskiej książce „Dom Mojego Ojca”?

    M .M. Bardzo proszę panie Zbyszku!

    Z.K. – Mówię „szkicu” ,ponieważ jest to kilka standardowych stron krytycznych choć można było dużo więcej napisać o tej pięknej powieści i jej wydaniu. Zatem nie będę przytaczał tu pewnych kwestii ,o których już tutaj siłą rzeczy w tej rozmowie powiedzieliśmy, ale powiem tak : Jest to wspaniała opowieść o pamięci tej antropologicznej i tej z przyszłości. Uważam,że przyszłość też ma pamięć i jest naszym ciągiem ku odebraniu sobie spełnienia ,a przecież my non- stop marzymy!- Uważam ,że to biograficzna powieść o chłopcu , o życiu który dotyka świata bardzo wrażliwie i uczy się gamy czuć, o osobie, która kocha swoje miejsce –dom i okolice. Jest tu o aktach szczęścia o autorytecie rodzicielskim . Bohater posiada poczucie bezpieczeństwa kocha nawet chyba ojca bardziej ,gdyż z powodu Jego nieobecności odczuwa braki bezpiecznego egzystowania i poznaje co to czym jest: nostalgia i samotność oraz stan oswajania się z dorosłością. Pokazuje Pan jak trzeba przeżyć własne marzenia i jak kroczyć w niewiadomym ,żeby odnaleźć ich część i spełnić się w ich dopowiedzeniu na żywo…Ten zaśpiew krajobrazowy pozwala młodemu człowiekowi lewitować i wybierać z abstrakcyjnej przestrzeni to co jest jego metafizyce wewnętrznej potrzebne. To książka o drodze , która jest wyboista a dom czasem jest potopem ,gdzie Noe daje miejsce u siebie i ocala nie tylko cały dobytek ale i duchowość człowieka, w którym tworzą się wartości uczuć ,ale i zachodzi pewna chronologiczność w przemianach w ich przewartościowywaniu ,żeby dalsze życie już spędzić w harmonii z własnym sumieniem. Ta książka ocala nie tylko uczucia ale pokazuje racjonalność ,bez której nie jesteśmy w stanie wyprowadzić własnej świadomości i pytań ; Kim i Gdzie jesteśmy? – i o tym ,gdzie powinno być nasze JA a zatem i jego miejsce…Dużo by tutaj jeszcze omawiać , uzasadniać co należy do krytyki a śmię mówić ,przede wszystkim do czytelnika. Radbym jakieś słowo samokrytyczne usłyszeć o tej powieści i o tym jak ona powstawała w dystansie do Pana. Może wspomni Pan o tym jak szukał klucza ,żeby ten świat tak właśnie ożywić? –A który jest sumieniem przyszłego artysty, który nie wie o tym kim zostanie , ale musi się wyrazić… Mówi się , że artysta jest dzieckiem – Ja dodałbym tutaj ,że dzieckiem które nic nie rozumie ale właśnie dlatego rozumie najwięcej! – Jak na ironię.

    M. M. – A jednak wprowadza mnie Pan w zakłopotanie…Iście jest to jak powiedziałem , autobiograficzne. Pisarz czy poeta jak i malarz tworzy na przeżyciu. Wpierw musi ono nastąpić i nic nowego nie powiem tutaj albowiem tylko z przeżycia powstają ponoć dobre i cenne rzeczy…Na pewno jest tak i tutaj, że cała moja sztuka czy twórczość jest czymś bardzo osobistym, jest po prostu mną samym ,przede wszystkim jest tym co chcę ludziom inaczej powiedzieć. Artysta to egocentryk, nie filantrop!…Ale na pewno chciałbym tu przekazać: swoje widzenie świata, opowiedzieć swoje niepokoje i lęki. I mam to naiwne przekonanie , do którego dziś nie wypada się chyba przyznawać . Chciałbym mianowicie, by to co właśnie tak daję wzruszało ludzi napotkanych przez moją twórczość, żeby mogło pomóc, odmienić kogoś, czyjś los, dać chwilę wytchnienia w zagonieniu. Wiem !,że to jest niemodne myślenie, że być może romantyczne, ale tak właśnie to czuję…Czym artysta różni się od ludzi ?-Ano tym właśnie , że jego wrażliwość została w dzieciństwie zraniona, w książce jest też o wojnie ,o jej złu i cieniach na dziś o tej całej wrzawie perelowskiej też!. Wrażliwość dziecka zraniona musi się wypowiedzieć. Jest tak z małżami : zranione rodzą perły, które nas zadziwiają czasem oszałamiają…Ojciec mojej powieści w miasteczku nad Szreniawą na ugorze chciał hodować róże. Ale komu dziś potrzebne są róże? – Dziwili się ludzie. A no właśnie: przypisując sztuce wielką wartość. Zawsze mówię ,że to natura podpowiada i mówi o wszystkim swoją biologicznością. Wiem też ,że ludziom dziś potrzeba czegoś innego. I dlatego nie śpieszę się, ale i nie spóźniam.

    Z.K. Zatem zostawmy siebie w tak pięknej i oryginalnej konkluzji i refleksji, tym bardziej że zbliżamy się ku końcowi tej treściwej przecież rozmowy ,w której podkreśla Pan wagę dzieciństwa i jego skutku. Może jeszcze takie małe pytanie podsumowujące wieńczące to spotkanie . Pan jako wybitny artysta malarz , profesor , twórca „spełniony”, jak już wspomniałem wcześniej – właśnie jak dziś odniósłby się do malarstwa ,które gdzieś tam powstaje , tego dzisiejszego , tego zachwalanego i promowanego w pustych i zimnych galeriach ,o którym się później pisze :superlatywne recenzje bez pokrycia często i równie irracjonalne…Owszem Sztuka się rozwija i nas rozwija i prowadzi ku sobie. Ale uważam, ta najnowsza twórczość prze i rozwija się w cofaniu i bywa : płaska postmodernistyczna bez perspektywy ,a jej nowy konceptualizm , który stał się kierunkiem okrzyczanym za wskroś czasem spłaszcza to nowum do banału i bylejakości, co zresztą tworzy wrażenie bylejakości zamiast prawdziwej ekspresji . -To wprost przykre przechodzić obok galerii ,choćby u nas BWA -„Awangarda”, i patrzeć na porozrzucane drzazgi lub jakieś panienki w biustonoszach manekiny z tektury w sukienkach (?)jak na pokazie mód. Obraz nie umie zająć i wyrazić przechodnia, a scena nie umiejąca go zatrzymać jest niczym -Jest przegadaniem, fermentem torującym być może drogę innym artystom?- Nasze rozwibrowane czasy potrzebują czegoś szczególnego a są wprost wyjałowione z takiej : wolnej romantycznej przestrzeni ,z marzeń . Obiekty Sztuki linieją z duchowości a ich postaciowość często nie ma ani zarysu humanizmu. A przecież przede wszystkim sztuka powinna nam uzmysławiać, że to wartość racjonalna rządzi i tworzy choć sama jest irracjonalna. Kod sztuki został zafałszowany a my zostaliśmy wyćwiczeni w inteligencji zdobywania materii konsumpcyjnej, tym czasem o sacrum nie może być tu mowy ,jedynie o profanum w najwyższym wydaniu szoku. Dziś w tzw. „kulturze śmierci” człowiek wyćwiczył się już wspaniale! Nawet wulgarnie prowokacyjnie w takim występowaniu przeciw sferze ducha , i wstydzi się mówić o duszy. Cała wulgarność i niechlujstwo zalewa nie tylko sztukę ale i poniewiera ludzkie uczucia, które przecież mamy nadane z natury i od początku epoki od kamienia łupanego , dźwigaliśmy je prawiekami po przez lata jako : homo- wiator , homo -faber , aż do homo -sapiens. Może jako doświadczony artysta, który stykał się i styka z innymi twórcami ,odniesie się Pan do tak stawianej kwestii? –Zawsze narzekało się na sztukę tak jak i na młodzież? -Uczestniczył Pan jednak czynnie w tworzeniu się Nowej Sztuki ale zawsze trzeba było jakieś warunki spełniać- Dziś się głosi fanaberie o cenzurze… Ale wolność musi zasługiwać na więcej musi być odpowiedzialnością poparta i pracą nad kwestiami moralnymi- A przecież szwajcarskie zegarki tylko dlatego mają renomę od- wieczną ,i tylko dlatego są cenione ,że przysłowiowy „diabeł tkwi w szczegółach” całego organizmu i dyscyplinie wykonania popartej czasem – to trzeba na nowo odkryć!

    M .M. Tak- Dochodzę i ja do smutnego wniosku ,że czas wielkiego malarstwa , wielkiej literatury dobiega końca, lub następnej kulminacji. Pozostały nam już tylko Muzea , dla tych resztek wybrańców . Wszystko zaczęło się jakoś tak niewinnie od „abstrakcji” od całego modernizmu walczącego o nowoczesność sztuki, a skończyło się na odejściu od malarstwa , rzeźby itd. od porzucenia warsztatu. Dziś być może „modne” są heppeningi , pop-arty , konceptualizm …Ja nie twierdzę ,że to bez sensu , tylko stwarza to odmienne doznania i wymaga swego odbiorcy a takich nie ma! -To wszystko wymaga innego myślenia i pragnień a także innej filozofii. Wydaje mi się ,że w przyszłości nastąpi powrót do czystego malarstwa, rzeźby i że powróci pokolenie miłośników, być może i romantyków sztuki .Zawsze jest tak jak coś upada musi dotknąć dna ,żeby się odbić. Na razie ta mnogość tendencji artystycznych skrajnych upodobań i teorii, dominuje. Obserwujemy jednocześnie odejście od wiekowej tradycji nie tylko malarstwa bo to musiało nastąpić. Przypominam sobie ,że już w tych czasach ,o których wspomniałem, krakowskich , a więc na przełomie lat 50/60- analizując „proces tworzenia”, powstawania dzieł, zauważyłem etap, który nazwałem „zamiarem tworzenia” jest to sztuka czysta, i odosobniona , nie wymagająca spełnienia, a więc realizacji dzieła, wtedy można być artystą w sobie i dla siebie bez merytorycznego czy materialnego dzieła sztuki. Te moje rozmyślania jakże bliskie stały się późniejszym teoriom wymienianego tu konceptualizmu – a więc przewadze idąc nad realizacją, liczy się tu bardziej ów koncept a nie jakby materialny obiekt. Być może te rozważania , jak już wspomniałem ,są z pogranicza filozofii intelektualnych ,ale musiało do tego dojść. Przecież potencjalna wartość dzieła nie istnieje- Ta wartość jest wartością percepcji, nadana przez odbiorcę dzieła, a więc widza, tak jak nie ma teatru bez publiczności. Można to parafrazować. Są artyści , którzy lubią i potrafią mówić o sztuce- Ale są i tacy , którzy wypowiadają się wyłącznie swoją twórczością. Do których ja należę (?)- Sam nie wiem .

    Z.K. – Pozwoli Pan Profesorze ,że znów jakby postmodernistycznie przytoczę Różewicza który odniósłby się tak co do jakiejkolwiek prawdy : „Być może tak – być może nie” -Mistrz poeta , który zrewolucjonizował Literaturę Polską . A jednak objaśnił Pan wytłumaczalnie to nowe zjawisko w sztuce ale estetyka jej jest taka jaka jest!- Dziękuję ogromnie Panie Marianie za tak interesującą i edukacyjną „rozmowę artystyczną” o wartości Sztuki o Jej „twórstwie” na przykładzie własnej osobowości co jest cenne i poznawcze – jest taką Pańską niezależnością twórczo bardzo oryginalną – Dziękuję najserdeczniej za spotkanie.

    M. M. – I ja dziękuję!

  • ZNAJĄCY TAJEMNICE DŹWIĘKU, ZNA TAJEMNICE WSZECHŚWIATA

    rozmowa z kompozytorem i pianistą Wojciechem Konikiewiczem

    Zbigniew Kresowaty: Ktoś powiedział, że znający tajemnice dźwięku zna tajemnice Wszechświata. Można za tym powiedzieć, że myśl tak wypowiedziana, rozumiana jako pewna teza filozoficzna, uzmysławia sugestywnie, że pewne elementy w muzyce mogą łączyć ludzi z ich kosmiczną energią -czy tak? Żeby było jeszcze ciekawiej, mogę tu przytoczyć wypowiedź Leszka Golca, z tekstu krytycznego pt. „Piąta aktywność – trzecie ucho” ,w którym mówi ów teoretyk, że: „Starożytna szkoła muzyki głosiła, iż muzyka jest pomostem do świadomości i ustala tzw. „święty komin” specyficznych harmonii, interwałów , proporcji używanych do powiązania wszystkich dźwięków) a w czasie słuchania muzyki wibracje komórek i rytmu ciała synchronizują się i powiązują z rytmami planet oraz z esencją minerałów, roślin ,wody itd…”.Czy Pan, jako wybitny kompozytor ,muzyk może się do tego jakoś odnieść? Zaczynam dość metafizycznie , ale też pragnąłbym, żebyśmy mieli na uwadze naturę, która ze swojego świata niesie nam dźwięki, a my je przetwarzamy ,przepuszczając niejako przez własne ciało i aparat myślowy-jak to się właściwie dzieje?

    Wojciech Konikiewicz :
    Gdyby chcieć udzielić wyczerpującej odpowiedzi na Pańskie pytanie, trzeba by właściwie napisać duży esej filozoficzny…Powiem tak: oczywiście ,wszystko co zostało przez Pana wyżej powiedziane, jest w jakimś sensie prawdziwe i poparte albo badaniami nauki, albo przekazami związanymi z tą, czy inną, duchową tradycją. Pragnę tu podkreślić że nie widzę w tym dualizmie żadnej sprzeczności, mamy tu raczej do czynienia ze wzajemnie uzupełniającym się oświetleniem problemu z dwóch różnych punktów.
    Niewątpliwie istnieje głęboki związek muzyki z Naturą. To właściwie z Niej wszelkie dźwięki wychodzą/pochodzą. W takim kontekście należy zawsze widzieć relację człowieka z medium, jakim jest muzyka – dziedzina kultury, który towarzyszy nam od samego początku… Przytoczył pan tekst Hadzat Inajat Khana, który mówi dalej, że:” znający tajemnice dźwięku zna tajemnice Wszechświata”. Otóż w wielu przekazach różnych, duchowych tradycji ,w tym w świętych księgach wszystkich wielkich religii, niemal zawsze opis początku Świata, czy Wszechświata -powstawanie czegokolwiek w przestrzeni ,w tym Wielki Wybuch, od którego się zaczęło życie i światło- jest w ten, czy inny sposób powiązany z dźwiękiem. ”Na początku było Słowo ” – słowo, jak Pan jako poeta doskonale wie, to nic innego, nic więcej, jak dźwięk, który dopiero później bywa zapisywany. W eposach hinduskich mówi się, że dźwięk był tak naprawdę początkiem wszystkiego, że jest znakiem rodzenia itd… Zatem muzyka od zarania dziejów organicznie wiąże się z sacrum, wyrasta z potrzeby rytuału opisującego tajemnicę bytu, potrzeby katharsis…
    Zrazu towarzyszyła człowiekowi wyłącznie jako element obrzędu czy działania typu ekstatycznego(choćby nurt dionizyjski etc.).To jest jej prapoczątek i źródło, i ten archetyp mocno w niej tkwi. Według filozofii greckiej (i nie tylko niej), która jest podstawą całej naszej cywilizacji, muzyka ma zapewnić człowiekowi naturalny , harmonijny związek z Kosmosem ,niejako pośrednicząc pomiędzy Ziemią a Niebem.
    O tym dziś często się zapomina. Tworzona jest i powielana-w znacznej mierze dzięki technologii komputerowej- cała masa dźwięków, które nas zalewają, atakują, wprowadzają w przeróżne stany emocjonalno-psychiczne, ale także oddziałują w sposób czysto fizyczny, wręcz fizjologiczny, ponieważ ludzkie ciało jest po prostu zespołem elementów o różnych częstotliwościach rezonansowych .Dźwięki wpływają na współczesnego człowieka często bez udziału jego woli-wyboru- po prostu taka, pełna akustycznego smogu, chaosu i magmy, jest współczesna nam fonosfera. Osobnym, niepokojącym zjawiskiem jest używanie dźwięków, także muzycznych, do manipulacji człowiekiem dla celów komercyjnych(tzw.reklama podprogowa), propagandowych a także militarnych, nad czym zresztą prace trwają już od lat 30-tych XX wieku.

    Z.K. A więc, mamy wstęp do naszej rozmowy-punkt wyjścia do dalszych rozważań.Czy np. kompozytor jest kimś, kto ma tylko jakby ułożyć te roziskrzone, gdzieś wibrujące dźwięki w tzw. „piękno”? Pańska „Muzyka Nowej Przestrzeni” już w samej nazwie zdaje się nawiązywać do antycznych koncepcji „muzyki sfer niebieskich „.Jak ją interpretować? Osobiście odebrałem ją jako muzykę kosmosu i wirtualności(?!) Jak należy się poruszać w tej przestrzeni?

    Projekt koncertowy i płyta pod wspomnianym tytułem, to jedna z form, w których się artystycznie wypowiadam -tych form, generalnie rzecz biorąc, jest bardzo wiele. Zainicjowałem go na początku lat dziewięćdziesiątych. Jest to muzyka elektroniczna, realizowana na syntezatorach, która w sposób ,mam nadzieję, kreatywny wykorzystuje całą, obecnie dostępną technologię. Jest to muzyka swego czasu, ale w swoisty sposób zakorzeniona we wspomnianej, antycznej tradycji. Chodzi tu o pewne, podstawowe elementy, m.in. wibracje, o jakości pochodzące wprost z pojęcia Harmonii, które, moim zdaniem ,w muzyce mogą stanowić tzw. pierwiastek formotwórczy. Powiedzmy tu przy okazji wprost, że w moim odczuciu zdecydowanie nie jest prawdziwa często upowszechniana, prostacka antynomia:
    po jednej stronie- piękno, natura, muzyka tworzona wyłącznie na akustycznych instrumentach, a po drugiej- antyestetyka, antynatura, słowem; technologia, jako źródło wszelkiego zła.
    Instrumentarium elektroniczne jest wynalazkiem ,który pochodzi ,jak zawsze, z wyobraźni człowieka, a więc ostatecznie z Natury, do której przecież homo sapiens należy i którą współtworzy.

    „Muzyka sfer niebieskich”? Na pewno jej duch, pewien rodzaj echa, na swój sposób manifestuje się w moich projektach… Muzyka Nowej Przestrzeni, to przecież także działanie koncertowe. Szczególnie chętnie gram ją na powietrzu, w otwartej przestrzeni. Może to być dziedziniec zamku, czy ratusza, park, stok góry, czy brzeg morza…Ten wątek kosmiczny, nie przywoływany przeze mnie werbalnie, jako zbyt często nadużywany, w naturalny sposób wynika z tego, co nazywamy „genius loci”. Człowiek- zarówno wykonawca, jak i słuchacz- w takiej sytuacji umie użyć swej wyobraźni, intuicji… W końcu, gdzieś tam głęboko w naszych genach przechowujemy pierwsze, dojmujące przeżycie istoty ludzkiej, spoglądającej w niebo, odczuwającej, jak ono wibruje…
    Z.K. Ma Pan w dorobku wiele projektów, w tym płyt zrealizowanych i wydanych w Polsce, czy za granicą. To imponujący dorobek: autonomiczny, różnorodny, ale zarazem na swój sposób określony, tworzący pewien nurt. Jaka była Pańska droga do sztuki?

    W.K.W jakimś sensie jest tak, jak Pan mówi, chociaż z drugiej strony wszystko nieustannie się zmienia, jest procesem, nieraz trudnym do przewidzenia. Realizuję swoje projekty w Polsce i w różnych krajach: m.in. w Anglii, Japonii, Francji, co w dzisiejszym świecie, w którym zanikają granice-te fizyczne, geograficzne-przychodzi coraz łatwiej. W sensie idei, ducha, niejako z natury rzeczy były one zresztą zawsze mało efektywne, ponieważ sztuka sama z siebie, prędzej czy później, przepływała swobodnie, omijając wszelkie bariery. Można dziś mówić o zupełnej wolności twórczej, wolności, która potencjalnie daje bardzo wiele, ale zarazem ,jako taka, niczego nie gwarantuje.
    Ja raczej nie przejawiałem skłonności do tego, by zasklepiać się w jakimś jednym kierunku, stać na odkrytym przez siebie terytorium i je uprawiać. Od początku jako zasadę naczelną przyjąłem otwartość na różne światy- nie tylko muzyczne: także na inne dyscypliny sztuki, nauki, czy filozofię. Sztuka jest w jakimś sensie drogą do prawdy, a od pewnego etapu rozwoju twórcy, jej bezpośrednią ekspresją. Zależało mi i wciąż zależy na tym by, metaforycznie rzecz ujmując, na tym trakcie mieć zawsze oczy szeroko otwarte…
    Jeśli chodzi o moją do muzyki drogę, o co był pan łaskaw spytać, to w dużym skrócie: była skomplikowana i niezbyt nietypowa.Uczyłem się gry na fortepianie od 1o roku życia w Gorlicach, potem w Lipnie (nb. tam, w wieku ok.14 lat zacząłem pierwsze próby związane z improwizacją, jazzem i kompozycją) wreszcie w Toruniu, gdzie trafiłem do klasy fortepianu prof. B.Muchenberg tamtejszej Średniej Szkoły Muzycznej. Moje nieortodoksyjne i dość szerokie zainteresowania – od muzyki współczesnej XX wieku(m.in.II szkoła wiedeńska, Bartok, Strawiński, Orff, Varese,Stockhausen),przez eksperymentalną muzykę elektroniczną, jazz, do rocka w jego najbardziej rozwiniętych formach(SBB,Niemen,Hendrix, Led Zeppelin, Pink Floyd itd.)nie bardzo mieściły się w ramach uprawianego tam, konserwatywnego modelu edukacji, co stwierdziwszy, bez większego bólu wyjechałem po maturze w V Liceum Ogólnokształcącym (gdzie nb. założyłem swój pierwszy zespół jazzowy) studiować elektroakustykę na Wydziale Elektroniki Politechniki Wrocławskiej. Tą decyzją wprawiłem w zdumienie moją polonistkę, widząca u mnie zdolności humanistyczne. Było ono tym większe, że zdarzyło mi się napisać …najlepszą pracę maturalną z języka polskiego.Ten wybór kierunku, po trosze zdeterminowany przez wolę rodziców uzyskania tzw. konkretnego zawodu, w znacznej części wynikał również z moich zainteresowań fizyką i technologią dźwięku. Był to dla mnie bardzo istotny obszar penetracji; chciałem zorientować się po pierwsze: w olbrzymich możliwościach wynikających z zastosowania elektroniki w muzyce, po drugie: w całej relacji pomiędzy światem dźwięku, a człowiekiem. Miałem szczęście odebrać wszechstronne, obejmujące wszystkie aspekty współczesnej akustyki wykształcenie, oczywiście oparte na bardzo wymagającym kursie matematyki wyższej.. Równolegle kontynuowałem indywidualne studia w dziedzinie fortepianu i kompozycji -tutaj takim moim guru i autorytetem był św. pamięci prof.Bukowski, który był na tyle uprzejmy i wyrozumiały, że zechciał poświęcił mi część swego, jakże cennego czasu-w sumie kilka lat. Choć nieregularne, spotkania z Nim były dla mnie po prostu nieocenione. Zawdzięczam mu m.in. solidne podstawy w dziedzinie harmonii i formy. Do moich prób kompozycji odnosił się w dość niezwykły, ale życzliwy sposób. Niejako „namagnesował” mnie i zachęcił do pozostania w świecie muzyki. Była to wybitna, niestety szykanowana przez władze i stopniowo odsuwana od dydaktyki, postać wrocławskiego środowiska –i nie tylko jego, co z perspektywy czasu coraz wyraźniej widać.
    Równocześnie bardzo aktywnie zajmowałem się uprawianiem jazzu. A było to na przełomie lat 70 i 80 – świetny czas dla tego gatunku we Wrocławiu, że wspomnę Jazz Nad Odrą, całe to barwne środowisko, które królowało w Pałacyku, a potem w klubie Rura, gdzie chyba najaktywniej działałem(potem także w uniwersyteckim Indeksie, w którym dwukrotnie przeprowadziłem wg. swojej koncepcji, festiwal nowej fali jazzu i rocka – New Jazz Index, prezentujący elitę polskiej awangardy).
    To były światy, które mnie bardzo mocno zasilały –nie tylko poprzez praktykowanie muzyki-także ogólnie: intelektualnie i twórczo. Były to źródła wręcz niewyczerpane. Z perspektywy czasu widzę też, że było w tej wielowątkowości mojej edukacji i poszukiwań jakieś echo greckiej, jeszcze pitagorejskiej tradycji…

    Z.K. Chadzał Pan także na wykłady z dziedziny filozofii na Uniwersytecie Wrocławskim, które budowały pewną pojęciowość. Zaglądał Pan do Teatru Laboratorium, który tu miał swoje środowisko i zaplecze. Jak Pan to teraz wspomina? Życie kulturalne Wrocławia było bardzo bogate…
    W.K. Tak chadzałem dość nieregularnie, na interesujące mnie wykłady z filozofii, także na Politechnice. Oczywiście było nie do pomyślenia, żeby ominąć tak kultowe zjawiska,jak Laboratorium, czy Pantomimę Tomaszewskiego …Chłonąłem te wszystkie wibracje całym sobą. To na pewno było ważnym czynnikiem w „odkrywaniu” mojej sztuki, komponowaniu, układaniu jej po swojemu.
    Po takim przygotowaniu, w naturalny sposób wziąłem udział ze swoją grupą w pierwszych dwóch edycjach Festiwalu Teatrów Ulicznych w Jeleniej Górze, gdzie działy się fantastyczne rzeczy – Odin Theater, Teatr 8 Dnia i inne znakomite zespoły.
    W 1983 roku, po skończeniu studiów i dyplomie z psychoakustyki, dość przypadkowo przeniosłem się do Warszawy, przejmując mieszkanie ciotki, która wyjechała z kraju. Stanąłem wobec zasadniczego wyboru: mainstream, czy kreacja?
    Wybrałem to drugie- włączyłem się w radykalny, poszukujący i kreatywny nurt jazzu, reprezentowany przez legendarną Sesję Acoustic Action ze znakomitym trębaczem Andrzejem Przybielskim, czy kultową orkiestrę Free Cooperation. Odbyło się to w dość humorystycznych okolicznościach: tuż po przyjeździe do stolicy wszedłem do Hybryd, a Andrzej, ujrzawszy mnie rzekł krótko:”Będziesz grał z nami w Sesji!” Praca z tym kręgiem artystów była (i wciąż jest) wielką przygodą i wyzwaniem kompozytorskim. Wrzało tam jak w ulu: wciąż coś nagrywaliśmy, m.in. dla Klubu Muzyki Nowej Remont uruchomionego przez Andrzeja Mitana, radia(w tym dla Studia Eksperymentalnego), do filmu (nb. w 86 r. zacząłem swoją z nim przygodę) , koncertowaliśmy… Kontekst społeczny-stan wojenny, powolny rozkład komunizmu- nie był dla nas wielką przeszkodą: nasza muzyka poprzez swój poziom abstrakcji i energii powodowała, że żyliśmy niejako w świecie równoległym-nie do ruszenia przez system. Hybrydy były też wylęgarnią i ośrodkiem alternatywy rocka i reggae. Włączyłem się w tę muzykę, wspierając brzmieniem swych klawiatur czołówkę – m.in. Kulturę ,Izrael, Tilt, Deutera ,Armię . Grałem z nimi koncerty, trasy, festiwale /Jarocin, Róbrege, etc./, nagrałem kilkanaście płyt, z których parę weszło do historii polskiego rocka. W ogóle w latach 80-tych miałem dobry kontakt z wszystkimi najważniejszymi muzykami tego kręgu- współpracowałem m.in. z Ciechowskim (znaliśmy się jeszcze z Torunia)czy Janerką(Wrocław,klub Indeks). Zaczęły się jazzowe działania międzynarodowe, chociaż przy olbrzymich utrudnieniach paszportowych ze strony z Pagartu – m.in. duża trasa w Wielkiej Brytanii z Pinski Zoo, płyta…
    W latach 90-tych,po burzliwych przemianach w kraju, niezależnie od jazzu, który cały czas uprawiałem , wróciłem do muzyki współczesnej, szczególnie kameralnej, m.in. pisząc na zamówienia różnych festiwali. Wykrystalizowała się też wtedy idea Niezależnego Instytutu Harmonii i Dźwięku, której realizacji poświęcam obecnie dużo energii. Wówczas też praktycznie zakończyłem współpracę ze światem rocka – idee zeszły na plan dalszy, zaczęły się czasy komercji, a ta nie interesowała mnie w ogóle. Zawsze były mi najbliższe :jazz, muzyka współczesna, sakralna, etniczna i elektroniczna. Natomiast zdecydowanie nie chciałem zajmować się popem, nie znajdując tam miejsca do jakiejkolwiek sensownej wypowiedzi.
    Z.K. O ile wiem Witold Lutosławski też poświęcał panu czas, i odegrał w Pana drodze wielką rolę-czy tak?

    W. K. O tak ,zdecydowanie – było to w latach 92/93. Te spotkania, bardzo inspirujące, pozostawiły w mojej twórczości i w ogóle pojmowaniu muzyki, bardzo ważny ślad. Osobowość Lutosławskiego, rozmowy z nim wywarły na mnie duży wpływ. Były też i wciąż mają miejsce kontakty – wymiana doświadczeń, czy poglądów z innymi kompozytorami. Proces doskonalenia się w muzyce jest w jakiś sposób permanentny i pewnie będzie trwał aż do końca życia(uśmiech)

    Z.K. Na chwilę chcę powrócić do sprawy SŁOWA ,gdyż w Pańskiej karierze, na drodze kompozycji, pojawiała się poezja. Znaczy to, że pisał pan muzykę do utworów znanych poetów, które recytowali znani i wybitni aktorzy, jak np. Jerzy Zelnik teksty Marianny Bocian na podkładzie muzyki przez pana skomponowanej w spektaklu pt. ” Słowo jest odsłoną „. Były spektakle poetycko-muzyczne w różnych miejscach, nawet w kościołach. Sam byłem tego świadkiem, na Zamku Piastów Śląskich w Brzegu na „Najeździe Poetów na Zamek” kilka lat temu wstecz-tam zresztą poznaliśmy się. Wydarzyło się wtedy coś, co określiłbym jako odtworzenie sacrum -wielopoziomowa interpretacja słowa…Byłem pod urokiem tej muzyki, tego działania. Może coś o tej części Pana twórczości?

    W.K. Jeśli chodzi o ten konkretny spektakl, „Słowo jest odsłoną”- taki rodzaj wypowiedzi konstruuję ,wchodząc w tkankę znaczeniową i sonorystyczną Słowa – jest to wiązanie dźwięków w jeden kształt.
    Dla mnie poezja to rzecz elementarna- poświęcałem jej, i poświęcam wiele uwagi…Jak wspominałem, ogólne zainteresowania humanistyczne są fundamentem całej mojej twórczości. Żałuję ogromnie, że pisanie takich form jak w.w. dzieje się stosunkowo rzadko. Jest to wciąż ocean niewyczerpanych możliwości- wiązanie Słowa z muzyką i wynikające z tego inspiracje…
    Fala antykultury, jaka przetacza się przez Polskę spycha takie formy wypowiedzi na margines. Skalę zalewu mediów przez bełkot można było zresztą ostatnio obserwować w tak smutnych okolicznościach, jak śmierć Niemena. Wymusiła ona na nadawcach prezentację utworów Czesława opartych na wielkiej poezji Norwida, Herberta, Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Leśmiana, Iwaszkiewicza …Kontrast był porażający. Na wszechobecnej mierzwie nagle wyrosły kwiaty – ukazał się cały rozmiar grozy!
    Wracając do poezji Marianny Bocian- była dla mnie wyraźnym drogowskazem i niesłychaną inspiracją, ułatwiającą skomponowanie muzyki. Kontemplacja tekstu prowadziła bardzo szybko do skojarzeń, rytmów – była w nim, oczywista dla mnie przestrzeń duchowa. Znajomość, a z czasem przyjaźń z Poetką, była dla mnie niezwykle cenna. Mam nadzieję, że Jej twórczość chociaż po śmierci, zostanie doceniona i upowszechniona.
    Wspomnę, że w sposób równie metaboliczny ,wręcz automatyczny działa na mnie poezja Herberta. Nie ma w niej nic zbędnego. Jest, niczym antyczna rzeźba: czysta,doskonała w formie, nośna, natychmiast uruchamiająca wyobraźnię.
    Nie dzieje się tak w każdym przypadku. W moich poszukiwaniach trafiam czasem na poezję nie otwierającą tej najwartościowszej przestrzeni – bywa, że płaską, wyszkieletowaną z duchowości, metafizyki, nie mającą w sobie nic.

    Z.K. Harmonia, harmonia, harmonia… Tak samo jak muzyce, istnieje w/g mnie również w tekście literackim pojęcie dysonansu, konsonansu, istnieje pojęcie rytmu ,wibracji poprzez samo słowo, pojęcie formy i metafizyki – to wszystko stwarza dzieło literackie. Bez harmonii nie byłoby dzieła ważnego? Co pan o takiej zależności może powiedzieć?

    W.K. Bez tych, w.w. elementów dzieło nie istnieje, ale to znowu problem na osobny esej, szereg kwestii do rozważenia…Np. czy harmonia pojmowana jako sposób układania elementów (dźwięków, słów, kolorów) czy jako sposób współbrzmienia twórcy ze światem, Kosmosem? Czy jedna, uniwersalna, czy: ilu twórców, tyle harmonii? Co jest kategorią dobrego, pięknego współbrzmienia, a co nie? Czy da się to zmierzyć, obliczyć? Współcześni Chopinowi niemieccy profesorowie twierdzili, że nie znał on zasad harmonii. Dziś nikt nie pamięta ich nazwisk, a muzyka naszego wielkiego kompozytora jest ponadczasowa… Autor opasłego, dwutomowego podręcznika harmonii, straszącego dotąd w polskim szkolnictwie muzycznym, opisał mnóstwo reguł i zasad, mających zapewnić „prawidłowe” rozwiązania. Sam jako kompozytor pozostawił po sobie dzieła nudne, miałkie, bezwartościowe. Czego więc trzeba ,żeby ukazała się nam jakaś nowa, cenna estetyka? Lutosławski po konserwatorium odrzucił wszystko i przez ponad 20 lat pracował nad swoim sposobem organizacji muzyki. Pokazał mi olbrzymi regał, wypełniony tysiącami zeszytów nutowych, w których z benedyktyńską cierpliwością badał dwunastodźwięki, zapisywał współbrzmienia, kategoryzował je. Byłem głęboko poruszony, wręcz wstrząśnięty tą postawą, ogromem pracy…Będę pamiętać ten widok do końca życia. Tak, sztuka to zakon, a nie pole do popisu dla księgowych.
    Z.K. Każde pytanie, jak Pan wspomniał, daje Panu wielką radość. Często dodaje Pan ,że można by na wszystko odpowiadać bardzo szeroko i pisać esej. Otóż radość i jest po mej stronie, gdyż ja chcąc dociekać głęboko, staram się pobudzić Pana do wejścia nieraz na tereny dziewicze, mam nadzieję z korzyścią dla naszej rozmowy.
    Zadam choć jeszcze jedno takie kłopotliwe, ”proste” pytanie: Czy skrajne metody dedekafonii, muzyka eksperymentalna etc. nie odchodzą szybko w przeszłość na rzecz powrotu do harmonii? Czy zauważa się dzisiaj w muzyce tę wartość największą, a więc harmonii potrzebę?

    W.K. To teza bardzo ryzykowna, wartościująca.Przestrzegałbym przed taką,prostacką dychotomią: muzyka dawniejsza-harmonijna ,”ładna” muzyka dzisiejsza – nieharmonijna , zgrzytliwa i ewokująca agresywne brzmienia. To nieporozumienie! W ten sposób wchodzi się na obszar „jelonka na rykowisku”. Potwierdza się tym samym, że kicz jest czymś bezpiecznie „pięknym” i umieszcza dzisiejszą sztukę w izolatce. Lądujemy tu na placu bez wyjścia, bez szansy powrotu. W ten właśnie sposób działają u nas media publiczne –prezentując niemal wyłącznie kicz i promując nędzę umysłową, używają kultury wyższej jako alibi, listka figowego- wstydliwie, o 2 w nocy…
    Oczywiste jest, że potrzeba harmonii wręcz konstytuuje wewnętrznie kompozytora, zawsze jednak będzie ona czymś w rodzaju kamienia filozoficznego, którego każdy musi szukać na własną rękę– trzymając się z dala od obiegowych sądów, czy „ogólnowojskowej” estetyki.

    Z.K. W poezji i literaturze mówi się o grafomanii. Jest to oczywiście zasadne wtedy, gdy poeta ,czy pisarz ,pisze dla wszystkich – to znaczy, że dla nikogo! Twórczość dla wszystkich to grafomania. Czy podobnie jest z muzyką?

    W.K. Tak –i to wszystkich odmian – pop, współczesną, a nawet jazzem. I tu i tam niektórzy uprawiają produkcję na wielką skalę, nic nie wnosząc do ludzkiego intelektu. Bylejakość, powierzchowność, przerabianie czegoś, co już dawno było, przybierają różne nazwy, etykiety – a to postmodernizm ,o którym jak najsłuszniej prof. Skolimowski pisze, że oznacza skrajny relatywizm i nihilizm, a to New Age, a to muzyka filmowa, relaksacyjna etc…Działają też koniunktury – polityczne (jest cała grupa „dworskich” twórców, sadowiących się w lożach, żądająca dla siebie bez skrupułów gigantycznych środków z funduszy, czy wręcz rezerw państwowych) i doraźne (np. wykorzystujące tragedię 11 września 2001, czy nawet poezję Papieża -ostatnio Tryptyk Rzymski). Zdarzają się przypadki podpisywania się pod czyimiś dziełami, tworzonymi anonimowo za pieniądze składającego autograf. Wszystko to dla zysku, czy wątpliwej sławy. Niezależna krytyka, a ostatnio również publiczność, weryfikują takie dzieła. Ostatecznym, nieubłaganym sędzią jest, jak zawsze, czas…
    Paradoksalnie, zamieszanie ma również miejsce w warstwie semantycznej- ta atmosfera napuszenia, nazywanie każdego wytworu muzyka, plastyka, literata dziełem sztuki… Oczywiście nie każdy przejaw twórczości można nazwać dziełem sztuki- to nonsens! Jest wiele aktów, czy artefaktów, które są przejawami aktywności twórczych człowieka – lecz nie mają nic wspólnego z tym pojęciem. Dzieło sztuki to określenie, które dla mnie ,niejako z definicji, zarezerwowane jest dla rzeczy wyjątkowych. Podobnie rzecz się ma z relacją między pojęciami: artysta i twórca.
    Jest wiele ,nazwijmy je tu wprost , prowokacji, które mają u podstaw podłoże polityczne, socjotechniczne, lub medialne. Zaliczaliśmy wyjmowanie sobie przez artystkę lalki z pochwy, tragikomiczną aferę z instalacją przedstawiającą Papieża przygniecionego przez głaz, cięcie szablą zdjęć, umieszczanie przedmiotów kultu religijnego w moczu, czy zestawianie ich z genitaliami…Owszem, media to „przerobią”, nagłośnią, ale nie w kontekście sztuki. To tylko ferment i „ubijanie piany” różnorakiego koloru. Tutaj znakomicie spotykają się: ignorancja od dawna pozbawionego edukacji artystycznej społeczeństwa ,cynizm polityków, i manipulacje wszelkiego rodzaju „dynamicznych” promotorów, czy wręcz samych twórców. Jest to spektakularne, celowe nadużycie , które wprost prowadzi do pomieszania języków i nakręca spiralę niechęci zwykłych ludzi do sztuki im współczesnej…
    Na szczęście jest też drugi biegun, gdzie ma miejsce ryzyko twórcze, gdzie powstaje sztuka wychodząca z czystych intencji -wystarczy przyjrzeć się uważnie postaciom takim jak Has, Herbert, Lutosławski, Stażewski, Strzemiński, Grotowski, Komeda, Niemen…Ten szereg ma i zawsze będzie miał kontynuację.
    To oczywiście temat na szerszą rozmowę.

    Z.K. Czyli doszło także, i to jakiś czas temu, do deprecjacji pojęcia Sztuki. Zbyt często rozdaje się etykietki z tym napisem?

    W.K. Tak! To oczywiste.

    Z.K. Wróćmy zatem jeszcze do muzyki. Czy muzyka nie wyobcowała się z tzw. Jedni Człowieka? – tej ” bio-psycho-duchowej” ? Czy nie zanikł właśnie zwyczaj chodzenia do miejsc, z których można czerpać? Kompozytorzy muzyki nie chodzą do przyrody, do naturalnych miejsc, żeby posłuchać prawdziwego brzmienia i opierając się na tym tworzyć. W naturalnej przestrzeni jest esencja twórcza… Kiedyś muzycy chadzali w plenery. Inni szli do prawdziwej rzeźni, żeby posłuchać głosu ubijanego zwierzęcia. Dziś wszystko wydaje się powstawać wyłącznie w wyobraźni ,która bez odbioru naturalnego jałowieje. Co Pan o tym sądzi?

    W.K. Takie uogólnienie może być krzywdzące! Podał Pan też dość szokujący przykład…Trzeba jednak zaraz spytać: Kto?! Zaręczam Panu, i Czytelnikom że świat cały składa się też z dostatecznej, i wcale niemałej grupy ludzi, którzy są świadomymi, wrażliwymi i wybitnymi artystami, ale poddając się orwellowskiemu dyktatowi mają Państwo znikomą szansę, żeby dotrzeć do ich bogatego mikrokosmosu.
    Trzeba tu mówić o masowości, która upodla człowieka i pochłania indywidualności. O komercji, konsumpcji i globalizacji życia. W sferze świadomości trwa ogromny regres …Człowiek zaczyna być totalnie sterowany przez mas-media. Miliony zasiadają nabożnie przed ekranami, żeby zachwycać się nieistniejącymi sytuacjami, jakimiś wymyślonymi i zmyślonymi serialami, które zachwaszczają umysły na niespotykaną skalę. To jest dopiero prawdziwa rzeźnia – rzeźnia umysłów!
    Pozostając przy ryzykownej, narzuconej przez Pana terminologii: zwierzętom na fermach podawano ciała innych osobników tego samego gatunku, zmuszając je do kanibalizmu. Były na to wszelkie możliwe „podkładki”: badania naukowe, statystyki itd. W końcu czego się nie robi dla zysku? Skończyło się znaną powszechnie chorobą wściekłych krów i rzezią na masową skalę. Gdy byłem w Anglii w 2002 roku, przechodziła przez ten kraj fala samobójstw farmerów, nieomal z dnia na dzień pozbawionych środków do życia…
    A teraz ostra analogia: na tę mass-medialną, toksyczną paszę dla mózgów, ten duchowy kanibalizm, też są wszelkie „papiery”: ankiety, badania widzów, słuchaczy. Dla czyjegoś zysku cały, potężny aparat pracuje na chorobę wściekłych ludzi ,wmawiając im jeszcze, że to dla ich dobra!
    Czytałem nie tak dawno, jak jakaś koszmarna osoba, nie wiadomo dlaczego od lat rządząca potężnym programem publicznej telewizji mówiła, że prywatnie lubi jazz, ale te badania…,więc ona musi służyć widzowi, zatem –statystycznie- zero tej muzyki, zero kultury wyższej!
    To obłęd, w którym nie liczy się nic – ani nauczanie Papieża, ani głosy intelektualistów, uczonych, ludzi kultury, za to z pełną konsekwencją realizowane jest ironiczne hasło Lecha Janerki z lat 80-tych: ”Bawmy się wesoło, łączmy się w głupocie”

    Z.K. Czy zatem, drążąc zarysowany wyżej temat, świat muzyków, ich imaginacja obejmuje dźwięki naturalne? Jest Pan tego pewien?
    W.K. Zapewniam Pana, że w tej chwili, nawet w świecie używanych do kompozycji nowych technologii, paradoksalnie- często właśnie dzięki nim (np. sampling), jest możliwa i przez wielu praktykowana, głęboka inspiracja Naturą. Już dawno S.Lam uchwycił istotę rzeczy na poziomie elementarnym, określając ją pięknie i dobitnie w tytule swej książki: „Twórczość przejawem instynktu życia”. Relacja między życiem, a Naturą jest wszak oczywista… To także temat do szerszej rozmowy ,na którą tutaj brak miejsca.

    Z.K. Co nadaje dziś jakiś ton całej marszrucie kompozytorów, całemu światu muzycznemu?

    W.K. Podejrzewam wręcz prowokację w tym pytaniu! Przekornie odpowiem, że być może tylko w muzyce pop odpowiedź jest prosta: pieniądze… Trudno mówić o jakiejś jednej obowiązującej szkole, o jakichś normach twórczych- to byłby zupełny absurd ! Kiedyś Mekką dla muzyki współczesnej był Darmstadt, dla jazzu Nowy Jork . Dziś jest inaczej – np. w jazzie fenomenem ostatniej dekady są Japończycy, Norwegowie, niektórzy mówią, że Polacy… Wszystko płynie naturalnie, rozwija się, pojawiają się różne fale. Jak zawsze są ludzie, których można określić jako wielkie osobowości, Mistrzów. Oni wypracowują swoje estetyki i ku nim podąża klasa uczniów, studentów, który kształcą swój intelekt na tym, zastanym już gruncie, zresztą często potem go negując. Jest w czym wybierać – w tak wielkiej populacji naszego globu istnieje niesłychane bogactwo stylistyk i postaw kompozytorskich. Każdy na swój sposób szuka indywidualności-zatem i wybór jest trudniejszy. Nigdy przedtem tylu ludzi nie żyło na kuli ziemskiej. Często o tym zapominamy ,a ma to swoje, czysto liczbowe konsekwencje – wzrasta różnorodność ,ale i chaos…Z tego właśnie względu zmienia się , czy tego chcemy, czy nie, modus operandi.

    Z.K. Czy mamy już do czynienia ze społeczeństwem bez właściwości?
    Mówi się o braku norm, czy ich zaniku, o pomieszaniu wszystkiego, co ważne z tym, co byle jakie. Zapytać chcę tutaj także o Pańskie odczucia oraz sugestie dotyczące tego, co obecnie niesie nam ta cywilizacja? Czy nastąpią jakieś powroty: wartości, autorytetów oraz norm, prawidłowego rozumienia związku natury z człowiekiem?

    W. K. Tak – rzeczywiście mamy do czynienia ze społeczeństwem tracącym właściwości, nawet normy etyczne. Przy utrzymaniu obecnych tendencji może się okazać, że za chwilę nie będzie nic wiedziało o historii, o sztuce…Już właściwie nie wie: jaka jest różnica między Paderewskim, a Penedereckim, kto to był Grotowski, czy Szajna .A ci, którzy przyszli po nich – następcy? Nie słyszy ich głosu przysłowiowy pies z kulawą nogą. Polscy artyści odnoszą sukcesy w świecie: np. znakomita kompozytorka Hanna Kulenty zdobyła Medal Mozartowski UNESCO za swój koncert na trąbkę i orkiestrę – na ceremonii wręczenia zero polskich mediów! Wybitna flecistka Jadwiga Kotnowska prowadzi kursy mistrzowskie w Royal College of Music, otrzymuje entuzjastyczne recenzje z koncertów na całym świecie – tu też cisza! Obie panie w normalnym kraju już dawno wydałyby dziesiątki płyt – tu ani jednej! Z drugiej strony ,w publicznej TV wydaje się krocie jakieś żenujące, igrzyska ku czci Iglesiasa juniora, czy niejakiego Garou, wręczając mu nie wiadomo za co honorową(?!)statuetkę, robi się wielkie wydarzenie ze smętnego show piosenkarki Susan Vega z zaledwie jednym, przerażonym basistą w pałacu prezydenckim… W publicznym radio, zdominowanym przez mentalnie skorumpowanych prezenterów, trudno usłyszeć polskie utwory. To przejawy żałosnego prowincjonalizmu, brak szacunku dla własnej kultury. Kraj, który wydał tylu noblistów w dziedzinie literatury, wizjonerów teatru, plastyków ,muzyków, kompozytorów jest nadal bogaty w talenty i osobowości twórcze, ale rządzący nim nie potrafią tego skarbu zagospodarować, nie mają świadomości rozmiarów kryzysu strukturalno-organizacyjno-promocyjnego zagrażającego w.w. środowiskom. W tym kontekście łatwo się domyśleć, jaki jest los najmłodszych twórców. Z ich frustracji biorą się coraz częstsze, ostre ataki na starszych, prowadzące do zupełnie niepotrzebnej wojny pokoleń. Tu przydała by się raczej wspólna walka o nową, cywilizowaną formułę mediów publicznych i polityki kulturalnej, o zmianę niewydolnego, biurokratycznego, jeszcze z PRL-u rodem systemu, wydającego miliardy na urzędników, zamiast na sztukę.
    Powrót wartości, autorytetów? Na pewno nie będzie możliwe powtórne wejście do tej samej rzeki… W opisanych wyżej, globalnych realiach działają prawa wielkich liczb. Hierarchie wartości estetycznych, moralność, normy etyczne są w znacznej mierze kształtowane przez media i showbusiness. Na świecie przez wiele lat wypracowywano metodologię działania, dzięki której dzisiaj miliony dobrowolnie dają się okradać przez audio-tele, de facto biorąc udział w składce na fortuny oszustów, miliony przejmują się każdym zakrętem życiowym aktorów, czy piosenkarzy, słuchają ich banalnych wywiadów , notując, przeżywając każde puste słowo. Z drugiej strony zgoła niewiele uczyniono, żeby wielkie umysły naszej epoki – wybitni uczeni, filozofowie , duchowni, artyści mogli dotrzeć do ludzi ze swym głosem w sprawach naprawdę istotnych, budujących człowieczeństwo.
    Zdawałoby się, że jest dosyć alternatywnych dróg – wspomniane nauczanie papieskie, dorobek okresu „Solidarnosci”, wreszcie formuły wypracowane przez wielkich filozofów, że upadek systemu komunistycznego jest wielką szansą stworzenia jakiejś trzeciej drogi. Porzucenie jej na rzecz wprost i bezkrytycznie zaimportowanego modelu konsumpcyjnego uważam za pomyłkę, której rozmiar jest już wyraźnie widoczny, szczególnie w dziedzinie kultury.
    Oczywiście obecny stan rzeczy nie oznacza braku nadziei: możliwa jest zmiana i są środowiska, które w tym kierunku pracują. Poza wszystkim działa i będzie działał, od wieków sprawdzony mechanizm: wielkie osobowości, jak zawsze przyciągają chętnych do zgłębiania ich dorobku, każda z nich prędzej, czy później tworzy swój ośrodek, który zaczyna promieniować na zewnątrz. Ten nurt, choć nie masowy, jest nie do przecenienia –to są te przysłowiowe krople, które drążą skałę.

    Z.K. Wróćmy do Pana. Co ostatnio w Pańskiej twórczości ważnego się zdarzyło? Nad czym Pan teraz pracuje?

    Miniony rok spędziłem dość pracowicie. Wiosną 2003 wyszła w Anglii nagrana z dwoma tamtejszymi, czołowymi muzykami płyta pt. ”Zone K”,która zebrała tam dużo pozytywnych recenzji –od The Guardian do prasy muzycznej. Zagrałem też na najnowszej płycie brytyjskiej grupy etno-rockowej Asian Dub Foundation.
    W maju wziąłem udział w dużym, międzynarodowym, polsko-szwedzko-fińskim projekcie multimedialnym pt. „Porozmawiaj ze mną o sztuce” i w jego ramach skomponowałem na zamówienie CSW Zamek Ujazdowski, muzykę do 5 filmów – 5 definicji pojęcia sztuki.
    Także w maju obchodziliśmy z Andrzejem Przybielskim ”antyjubileusz” dwudziestolecia naszej, artystycznej kooperacji, z której to okazji odbył się specjalny koncert i performance w klubie Remont.
    W lipcu po powrocie z Holandii wspólnie z Przybielskim wystąpiłem na zamojskim, międzynarodowym festiwalu sztuki intuitywnej „Fortalicje” ,a w sierpniu z solowym koncertem muzyki elektronicznej na festiwalu ZEF w Piszu. We wrześniu odbył się duży ,połączony z działaniami multimedialnymi koncert mojej Orkiestry TransTechnoLogicznej w klubie Skarpa.7 grudnia na Akademii Muzycznej miał miejsce premierowy występ i zarazem nagranie płyty mojej nowej, międzynarodowej formacji – Europejskiego Tria Jazzowego, a 13 tegoż miesiąca poprowadziłem w S.Kongresowej koncert w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego, gdzie m.in. wystąpiłem z własnym projektem pn. „Na murach” łącząc progresywny jazz z reprezentującymi falę intelektualną polskiego hip hopu raperami, DJ-ami i performerem Pawłem Dudzińskim.
    Bieżące plany? Będzie kontynuacja wszystkich w.w. formacji – Europejskiego Tria Jazzowego, Orkiestry TTL, itd., koncerty w Polsce i na świecie. Od jakiegoś czasu myślę o większej formie z udziałem orkiestry symfonicznej, chóru, multimediów, instrumentarium elektronicznego i baletu, syntezującej moje doświadczenia z różnych obszarów. Powróci też wątek współpracy z japońskimi jazzmanami. Będzie muzyka do filmu, baletu, najprawdopodobniej też do dużego spektaklu norwidowskiego.
    Wyjdą nowe płyty CD i DVD we współpracy z kilkoma wydawcami z Francji, Anglii i Polski. W październiku 2004 wezmę udział w niezwykle interesującej konferencji „Values, Spirituality and Future: Towards a New Reinessance” gromadzącej uczonych, filozofów i artystów z całego świata, gdzie wygłoszę swój referat pt.”Harmonia mundi i Nowy Renesans”. Także w bieżącym roku zamierzam uruchomić wspomniany wyżej Niezależny Instytut Harmonii i Dźwięku, czemu trzeba będzie poświęcić dużo energii i czasu.

    Z.K.Jak widać,jest pan bardzo pracowitym kompozytorem ,muzykiem, twórcą, realizatorem, ale także filozofem – osobą głęboko odczuwającą i analizującą problemy współczesnej kultury. Życzę wielu udanych kompozycji… Myślę , że wyczerpaliśmy zasadnicze wątki tej rozmowy. Teraz wiem, i czytelnicy zapewne też, że jest Pan tym który zna tajemnice dźwięku, a zatem wszelkie tajemnice Wszechświata, w co zresztą nie wątpię. Dziękuję za tę rozmowę.

    rozmawiał Zbigniew Kresowaty

  • O gwiazdach i innych nieziemskich skarbach

    rozmowa z astronomem i kierownikiem Planetarium we Fromborku, członkiem The Meteoritical Society i kolekcjonerem meteorytów Andrzejem S. Pilskim

    Zbigniew Kresowaty:
    – Jest Pan z zawodu astronomem, pełniącym funkcję kierownika Planetarium we Fromborku, mieście gdzie przechadzał się Mikołaj Kopernik… Jest Pan kolekcjonerem i badaczem skał pochodzących spoza Ziemi, czyli krótko mówiąc, meteorytów… Pańska książka pt. „Nieziemskie skarby” ukazała się w Warszawie 1999 roku i służy ona także jako bardzo dobry „Przewodnik poszukiwacza meteorytów”, co mówi podtytuł, i jest dedykowana Robertowi A. Haagowi, który zaraził Pana meteorytową pasją, i pewnie kłopotów nie było z tym, gdyż jako astronom spoglądający we wszechświat, przez „Trzecie oko”, niejednokrotnie chciał Pan dotknąć jakiejkolwiek planety, czy chociażby małego meteorytu, to drugie niebawem się ziściło… Dziś posiada Pan pokaźną już kolekcję odłamków z kosmosu czyli meteorytów, a może i całych jakichś okazów – czy tak? – i dlaczego, aż tak mocno, pasjonują one Pana jako kawałki planet, asteroidów, lub innych części z układu słonecznego. Skąd tak naprawdę taka pasja? – która wymaga niebywałej wiedzy o „spadkach” z nieba. Pan zajmował się głównie meteorytami spadającymi na polskie ziemie. Jeżeli nazywa Pan te znaleziska „skarbami” to można się tylko domyślać, że są to skarby naprawdę bezcenne… Co z wiedzy podstawowej należy wiedzieć, szukając meteorytów, lub je napotykając, jak je od siebie odróżniać i od zwykłych kamieni?

    Andrzej S. Pilski:
    Skąd pasja? – Nie wiem. Pewnie się z nią urodziłem. Nie chodzi o meteoryty. Pasjonuje mnie poznawanie otaczającego świata. A że akurat skoncentrowałem się na meteorytach? Coś trzeba było wybrać. Z natury nie lubię tłoku, rywalizacji. Meteorytami zajmował się w Polsce tylko Jerzy Pokrzywnicki. Po jego śmierci była to ziemia niczyja, do wzięcia. No to wziąłem.
    Najpierw musiałem odkryć meteoryty dla siebie. Na studiach o nich nie uczono. Pokutowała wówczas teoria, że planetoidy między Marsem a Jowiszem, to resztki planety, która kiedyś tam krążyła i z jakiegoś powodu została rozbita na kawałki. Nawet w pracy magisterskiej zajmowałem się pewnymi konsekwencjami rozbicia tej planety. Meteoryty uważano wtedy za fragmenty tej planety, które spadły na Ziemię. Astronomowie przeważnie się nimi nie zajmowali, bo meteoryty, to kawałki skał, a od skał są geolodzy. Mój mistrz, doc. Maciej Bielicki, mawiał jednak, że astronom musi się znać na wszystkim. Miał świętą rację, bo ignorowanie meteorytów przez astronomów okazało się błędem. To geolodzy, badając meteoryty, odkryli, że nie było rozbitej planety, że planetoidy krążą między Marsem a Jowiszem od początku, i że w meteorytach zachowały się pierwotne minerały, z których powstała Ziemia i sąsiednie planety. W rezultacie historii Układu Słonecznego astronomowie musieli uczyć się od geologów. I nagle okazało się, że to moje zainteresowanie meteorytami prowadzi mnie do zupełnie nowego obrazu Układu Słonecznego. Poczułem się jakbym wygrał los na loterii.
    Robert A. Haag nie tyle zaraził mnie meteorytową pasją, ile pokazał mi, że jest ona w moim zasięgu. Gdy pomagałem żonie, która też jest astronomem, przygotowywać wystawę o meteorach i meteorytach, zwróciliśmy się do polskich muzeów o wypożyczenie okazów meteorytów i spotkaliśmy się z odmową. Meteoryty były rzekomo zbyt cenne, by je wypożyczyć do naszego muzeum we Fromborku. I wtedy wpadłem na pomysł, by napisać do kilku amerykańskich dealerów z prośbą o ich materiały reklamowe. Bob Haag przysłał w odpowiedzi nie tylko bogato ilustrowany katalog, ale i fragment meteorytu Canyon Diablo. Był to podwójny szok: nie tylko miałem w ręku prawdziwy meteoryt, ale ukazał mi się inny świat ludzi zafascynowanych meteorytami, otwartych, życzliwych. Stopniowo zyskiwałem akceptację w tym świecie, co w końcu zaowocowało wybraniem mnie do zarządu International Meteorite Collectors Association.
    Frombork kojarzy się głównie z Kopernikiem i mało kto wie, że jest on także na światowej liście kraterów meteorytowych. Na skraju Fromborka jest spore zagłębienie, na które zwrócił uwagę tutejszy miłośnik astronomii Władysław Michalunio. Dr Honorata Korpikiewicz wykazała, że zawartość pyłu meteorytowego w okolicy krateru jest wyraźnie wyższa od średniej i na tej podstawie wciągnięto krater do spisu. Uprzytomniłem sobie, że skoro jest krater, to na polach powinny leżeć meteoryty. Zacząłem się uczyć, jak mogą one wyglądać, jak je odróżnić od ziemskich kamieni. Zacząłem wędrować po polach i oglądać kamienie. Meteorytów tu nie znalazłem, ale napisałem książkę.

    Z . K.: – Czy dziś o astronomii trzeba się ciągle uczyć? – Wszystko już odkryte… Może w tę kwestię wchodzą wpierw jakieś zainteresowania z lat dziecinno – młodzieńczych, kiedy to wtedy, a nawet na pewno, kształtuje się wyobraźnia człowieka, a później idą szkoły i dalsze wtajemniczenia z wiedzy nabytej z półek? – Może zechce Pan to jakoś ująć na podstawie własnego, życia i doświadczenia? – Interesować mnie będzie, w tej naszej rozmowie także, Pańska pasja, która też jest jakąś własną drogą metafizyczno – duchową w kierunku ponad kosmicznym – A zatem drogą idącą bliżej Boga. Interesować mnie będzie w dalszej części, co także Pan myśli – i twierdzi, o tej szerokiej i wielkiej sile nadprzyrodzonej, jako astronoma. Jak patrzeć na ten portret, ale to zostawmy na później… Dlatego proszę mi wybaczyć, że będę zadawał Panu, pośród mych innych pytań piętrowych, złożonych, trochę na wzór warstw sfery i atmosfery ziemskiej, i nie tylko, pytania trochę takie z odpowiedziami, bo czasem będą to wprost metaforyczne sugestie z pogranicza artystycznego i fantastyki, być może prowokujące do rozmowy szerszej w tle filozoficzno – metafizycznym, gdyż dzięki Panu wybrać się możemy śmiało w podróż pozaziemską, jakby pod okno Boga…

    A. S. P. –
    – O, nie. Jeśli wierzymy w Boga, to uwierzmy w to, co nam przekazał poprzez Biblię: „Królestwo moje nie jest z tego świata”. Wyruszając w kosmos nie zbliżymy się do Boga. Jego musimy szukać wśród nas: „Gdzie dwóch lub trzech zgromadzi się w imię moje, tam ja jestem pośród nich.” – Astronomia uczy, że niebo nie istnieje, że to co nazywamy niebem, to tylko światło rozproszone na cząstkach powietrza. Astronauci widzą to na własne oczy: kosmos jest czarny, a niebieskie niebo, to tylko cienka warstewka otaczająca naszą planetę.
    Dlaczego więc modlimy się „Ojcze nasz, któryś jest w niebie… ”? To tylko niedoskonałość naszego języka. Jedną nazwą określamy dwie różne rzeczy.
    Astronomia uczy pokory. Nie jesteśmy w centrum świata i nie jesteśmy jego panami. Każdy z nas jest tylko czasowo pasażerem statku kosmicznego o nazwie „Ziemia”, krążącego wokół Słońca stanowiącego źródło energii, pędzącego ze Słońcem wokół środka Galaktyki i razem z Galaktyką lecącego w głębiny kosmosu. Jednocześnie dowiadujemy się jednak, że cały ten świat pracował na nasze istnienie. Składamy się z pierwiastków chemicznych, które powstały dawno temu w gwiazdach, których już nie ma. Z tej materii powstało Słońce i planety i, po burzliwym początkowym okresie, w końcu na trzeciej od Słońca planecie powstało życie. Astronomii wciąż trzeba się uczyć. Wiedza, którą zdobyłem na studiach, jest już tylko historią astronomii. Tego, co wiem teraz o Układzie Słonecznym, musiałem nauczyć się już po studiach. Meteoryty bardzo mi w tym pomogły. Meteoryty uczą także, że nie można zamykać się w wybranej wąskiej specjalizacji. Szybki rozwój wiedzy o Układzie Słonecznym stał się możliwy, gdy zaczęli ze sobą ściśle współpracować geolodzy, astrofizycy, kosmochemicy, mechanicy nieba, a ostatnio astrobiolodzy ; gdy rozwinęły się badania przy pomocy sond kosmicznych. Istotną rolę w organizowaniu tej współpracy odegrało Towarzystwo Meteorytyczne, czyli Meteoritical Society, założone w roku 1933 przez biologa i astronoma, których wtedy wielu uważało za dziwaków. Dziś jest to wiodące towarzystwo naukowe, a wydawane przezeń czasopismo Meteoritics and Planetary Science ma bardzo wysoką pozycję wśród czasopism naukowych.

    Z . K.: Zaczął Pan jak się okazuje z dużej wysokości – dziękuję za zawarcie Pańskiego stosunku co do Naszego Stwórcy i znajomość praw Biblii i dziejów ludzkich… i zarazem zacytowanie św. Augustyna, który właśnie mówi: „Ziemia jest twoim okrętem a nie siedzibą” – Zacznijmy, w dalszej części, od tego co daje Bóg a raczej częstuje nas odłamkami z niebios- przejdźmy zatem do meteorytów – Mamy dwa ich rodzaje meteorytów, które spadają na Ziemię, w wyniku zderzeń w atmosferze z przelatujących komet, asteroid, lub innych oderwanych od poszczególnych planet wielkich kawałków materii, bo bywają i takie, które mają objętość, lub rozpiętość 33×13 kilometrów, jak planetoida nazwana Eros, która przeleciała, jak pamiętam 22 mln. km. od Ziemi, wiele lat wstecz – a którą w międzyczasie zdążono przebadać w locie – Tam w kosmosie trwa Wielki Ruch – taka ciągła erupcja? –Jak powszechnie wiadomo mamy dwa rodzaje meteorytów: kamienne i żelazne, a te ostatnie są cięższe od kamiennych i można je rozróżnić, od zwykłych kamieni tym, że przyciągają zwykły kawałek magnesu jakim czasem bawią się dzieci. Te najbardziej spektakularne spadki meteorytów na ziemie polskie, od tych najdawniejszych po ostatnie, sprzed kilku lat, opisał Pan w swej książce, o której wspomniałem w pierwszej części wstępu. Może Pan i o tym wspomni?

    A. S. P. –
    Meteoryty żelazne od kamiennych potrafi odróżnić każdy, ale taki podział ułatwia tylko życie kolekcjonerom, natomiast niewiele mówi o pochodzeniu meteorytów. Miał on sens, gdy sądzono, że meteoryty są kawałkami jednej rozbitej planety. Wtedy meteoryty kamienne pochodziłyby z płaszcza i skorupy otaczających żelazne jądro, z którego pochodziłyby meteoryty żelazne. Okazało się, że jest to prawdą tylko w odniesieniu do niewielkiej grupy meteorytów. Dlatego dużo ciekawszy jest podział meteorytów na chondryty i achondryty. Te pierwsze zlepione są z kamiennych kuleczek – chondr, między którymi zawsze są ziarna metalu i siarczku żelaza. Łatwo je rozpoznać, bo takich kamieni na Ziemi nie ma. Jeśli je spotkamy, to musiały spaść z nieba. Przyciągają magnes, bo mają okruchy żelaza, ale są meteorytami kamiennymi. Najbardziej znany deszcz takich kamyków spadł na wioski koło Pułtuska 30 stycznia 1868 roku. Ostatni taki kamień spadł w Polsce 25 sierpnia 1994 roku na pole we wsi Baszkówka niedaleko Warszawy.
    Achondryty nie mają chondr i są bardziej podobne do ziemskich kamieni. Dlatego trudno je rozpoznać, chyba że zawierają metaliczne żelazo z niklem. Najłatwiej rozpoznać meteoryty całkowicie żelazne, albo żelazno-kamienne, chociaż w tym przypadku kłopoty sprawiają rozmaite odpady po ludzkiej działalności: żużle, szlaki, złom, wyrzucane w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach.
    Meteoryty spadają wszędzie i warto się rozglądać idąc na spacer. Pomocny jest nieduży magnesik na nitce, co może niektórym kojarzyć się z wahadełkiem różdżkarza. Dlatego na nitce, że wtedy widzimy reakcję nawet na słabe przyciąganie. Niestety magnes przyciągają nie tylko ziarenka metalu w meteorytach, ale i ziarenka magnetytu w ziemskich bazaltach. Trzeba więc odciąć kawałek podejrzanego kamienia, by zobaczyć jego strukturę.
    Znalezienie meteorytu to jak wygranie na loterii, ale najpierw trzeba kupić los, czyli zdobyć wiedzę, by nie przeoczyć uśmiechu losu. Niedawno znaleziono spory meteoryt w Szkocji. Leżał pod płotem, najwidoczniej wyrzucony z ogrodu, jako przeszkadzający kamień. Ktoś więc wcześniej przegapił swój szczęśliwy los.
    W kosmosie istotnie trwa ciągły ruch: wokół Słońca krążą planety duże i małe. Te małe stłoczone są przeważnie w pasie między orbitami Marsa i Jowisza i w tym tłoku dochodzi do zderzeń. Kawałki rozbitych planetek wylatują z pasa i przecinają drogi dużych planet zderzając się w końcu z nimi. Dlatego powierzchnie wielu planet i księżyców poznaczone są kraterami. Na szczęście dla nas okres intensywnych zderzeń dawno już minął i prawdopodobieństwo, że spadnie na nas duży kawał małej planety, jest niezwykle małe, ale niestety większe od zera. Przekonaliśmy się o tym dobitnie obserwując w roku 1994 zderzenie komety z Jowiszem.

    Z. K. – A więc Pułtusk dlatego jest tak znany juz od 1868 roku?! – czasem nawet żartuje się pytając kogoś nieznanego: „skąd pan pochodzisz, panie!? – A delikwent odpowiada: „z Pułtuska” – i się śmieje, bo spadł jakby z nieba , nagle, nieoczekiwanie, etc… Zatem, pozostańmy wśród tych „nieziemskich skarbów” spadających wciąż, jak Pan to nazywa z „jasnego nieba” – Ale chciałbym Pana także pytać, jak to już oznajmiłem, we wstępie do tego naszego nieziemskiego spotkania, o inne rzeczy z kosmosu naszej galaktyki… A takie, czy inne, wiadomości musi Pan mieć jako astronom – a mianowicie – Istnieje tzw. supermasywna „( piszę to celowo w takiej zbitce słownej) czarna dziura”- którą tak nazwali naukowcy, a którą badano, i snuto na jej temat, zresztą na wiele sposobów, że jest tak wszechmocnie czynna i agresywna, która non-stop pożera naszą „drogę mleczną” – Co to oznacza dla naszej galaktyki, można się domyślać – Jakie jest miejsce, gdzie jest miejsce naszego czasu – i jakiego czasu? – Czy co innego tu jeszcze wchodzi w rachubę a jeżeli nasz czas – On kiedyś minie? – Ludzkość ziemską czeka, już wiemy, apokaliptyczna przyszłość… Ale to przecież nie los! – Znajdujemy się między dwoma epokami kosmicznymi: narodzin i śmierci gwiazd – Może Pan to jakoś scharakteryzować w stosunku do naszej myśli, do wyobraźni, która het sięga, a mówimy, że sięga do Boga? – Czy sięgając w tak apokaliptyczny kosmos można, jakoś filozoficznie, odnieść się tutaj do tego wszystkiego, żeby otrzymać jakąś nadzieję na byt i rozwój naszej materii fizycznej i duchowej – Gdzie i czym jest ta nasza myśl w tym momencie?! – Czym jest ta „czarna dziura”- dlaczego czarna?! – Przepraszam za taki natłok podpytań tego typu, ale one bardzo blisko siebie stają w rzędzie… Czerń się kojarzy raczej źle, to wielki zapisany doszczętnie mrok – I jak się wyraża o czarnej kartce papieru wybitny artysta podróżnik i badacz, ale i poeta-artysta grafik, profesor Andrzej Strumiłło – czerń jest wypełniona wszystkimi znakami – biel oczekuje na takie znaki…

    A. S. P.:
    Każdy z nas istnieje między narodzinami a śmiercią. Ponieważ jestem już bliżej śmierci niż narodzin, jakoś trudno mi martwić się, że za jakieś cztery miliardy lat ludzkość może przestać istnieć, bo zmieni się nasze Słońce. I tak mamy zapewnienie od Boga, że koniec świata nastąpi ; nie znamy tylko dnia ani godziny. Biblijny opis końca świata pasuje raczej do zderzenia z małą planetą, co może nastąpić dużo wcześniej niż za cztery miliardy lat. Najmniej przeraża mnie „czarna dziura”, bo w tym przypadku nie taki diabeł straszny, jak go malują. Czarna dziura, raczej czarny dół, to obrazowe przedstawienie grawitacji nie do pokonania. Nawet światło nie może się stamtąd wydostać i dlatego dziura jest czarna. W dół, czy do dziury, można wpaść, ale wystarczy się nie zbliżać, to się nie wpadnie. Jeśli zbliżymy się jednak tam, gdzie ściany dołu są zbyt strome, to wpadnięcie stanie się nieuchronne. Jesteśmy tak daleko od środka Galaktyki, że czarna dziura nic nam nie zrobi. Poza tym na grawitację jest sposób. Przecież Słońce nieustannie przyciąga naszą Ziemię, co prawda nie tak mocno, jak czarna dziura, ale wystarczająco silnie, by Ziemia spadła na Słońce. Dlaczego więc nie spadamy? – Bo latamy. Nasza planeta krąży wokół Słońca tak szybko, że ani nie spada, ani nie odlatuje. Gdyby coś nas przyhamowało, to byśmy na pewno spadli.

    Z. K. O przewidywaniu przyszłości można powiedzieć bardzo wiele, jak to robią artyści i filozofowie, astrolodzy i teologowie, ale okazuje się, że jest to w ostatecznym rachunku naprawdę jest to bardzo mało, bo tylko nadzieja, gdyż wszystko idzie ku apokalipsie – tak czy inaczej! – Ale jest tylko wiedza… Nic nie da się zatrzymać w kosmosie, przesterować, zmienić… Tym niemniej, bardzo proszę Pana o odpowiedzi z nadzieją, i w kontekście myśli i intuicji Stwórcy wszechświata bardzo rozproszonego, także w naszej wyobraźni – Przyszłość? – Czy wolno nam, czy warto o nią pytać? – walczyć umysłowo o to ,żeby nie była jedną wielką apokalipsą? – Jest kosmos i jego układ, powiązany z wielką, jak Pan to określił, grawitacją… Słońce, jako nasza największa gwiazda spełniła już swoje ogromne zadanie, i jeszcze ma wiele do zrobienia. Ale jak już wiadomo, bodaj za pięć miliardów lat, słońce wejdzie w konwulsje, będzie ogromnieć i sięgać będzie kolejno planet swego układu, będzie je zajmować i wciągać – nastąpi swego rodzaju efekt domina w galaktyce – I co jeszcze tu mówią naukowcy: – być może, że budowa skorupy ziemskiej, wokół innej zastępczej gwiazdy, może pozwolić – ( może! – a nie musi ) przeżyć jakimś organizmom ziemskim (na pewno wysoce zmutowanym) ,w chwili śmierci słońca już za kilka miliardów lat – Powstanie wówczas tzw. „biały karzeł” z korzeniami miliardów impulsów elektrycznych, właśnie wtedy, gdy słońce zbliży się swą wielkością, co nie znaczy z większą temperaturą, bo wiedzmy o tym, że będzie już wysoce wypalone dogorywać, zbliży się średnicą i objętością,
    jak wspomniałem, do swych pierwszych planet, czyli: Merkurego, Venus, Ziemi, itd… Ja nie chciałbym powtarzać, za powiedzeniem geniuszy naukowych i odkrywców tego świata: „wiem, że nic nie wiem” – i myślę, że Pan też tego nie zrobi, ale interesujące jest to z punktu widzenia natury, dla nas którzyśmy teraz przecież jako homo – homini, w swej drodze ewolucji, po homo – wiator i homo – faber, stając się stopniowo świadomi bytu, otrzymali od tej ekspansywnej natury, coraz większą wiedzę… Co powinno sugerować, że jest i tutaj w naszym kosmosie wiele do uratowania – Trzeba tylko o to jakoś zadbać, a co teraz z tym problemem robić? – kiedy naukowcy biją na alarmy, a np. Amerykanie nie chcą likwidować żadnej produkcji szkodliwej, np. lodówek wydzielających freon do atmosfery Ziemi, i że trwa np. systematyczna wycinka płuc Ziemi nad naturą Amazonii – Tych przykładów można tu mnożyć… Czy nie jest tak, że to właśnie równolegle trzeba by używać jakiej duchowej wiedzy, żeby to równocześnie i równolegle jakoś poprowadzić ku efektowi tej wielkiej nadziei? – Jak wpływać na to, żeby uniknąć apokalipsy? – Tworzyć jakieś Centrum Ekologiczne? – Jakiś ONZ Ekologii Świata? – Przepraszam, że być może banalnie, lub prowokacyjnie pytam, i aż tak daleko idę z myślą, na takie mega – pytanie, a raczej sugestię do dalszych rozważań – Bo też uważam, że meteoryt w ręce to nie tylko jakaś cząsteczka, ale coś co mówi nam szerzej o sobie, o ruchu wokół nas… Może Panu patrzącemu w kosmos jest łatwiej na takie pytania odpowiedzieć, czy jest jeszcze jakiś czas na takie wielkie zastanowienie się, i przedsięwzięcie? – czy lepiej jakoś „robić swoje” i pozostawić wszystko losowi, a najlepiej Bogu i milczeć?

    A. S. P. –
    Jestem astronomem, co oznacza, że nauczyłem się czegoś o budowie całego wszechświata, a w szczególności Układu Słonecznego, w czym się specjalizuję. Nawet w mojej specjalności jestem daleki od przeceniania swojej wiedzy, a w innych dziedzinach jestem po prostu laikiem. Nie czuję się więc upoważniony do roztrząsania problemów filozoficznych. Widzę tylko, że wszystko we wszechświecie zaczyna istnieć, istnieje i przestaje istnieć; rodzi się, żyje i umiera. Nie widzę więc powodu, dla którego ludzkość miałaby istnieć wiecznie. Bóg obiecał wprawdzie życie wieczne tym, którzy w Niego uwierzą, ale przecież nie na tym świecie. Myślę, że troszcząc się o ekologię możemy zrobić tylko tyle, ile mogą zrobić lekarze troszcząc się o nasze zdrowie: mogą przedłużyć nasze życie, uczynić je lepszym, ale przecież nie uchronią nas od śmierci. Pozostając przy tym porównaniu pamiętajmy, że lekarze są tylko ludźmi, ich wiedza jest ograniczona, mogą się mylić jak każdy człowiek i bywa, że w najlepszej wierze szkodzą pacjentowi zamiast pomóc. W przypadku ekologii działa wielu znachorów, którzy myślą, że najlepsze intencje mogą zastąpić niedostatek wiedzy i w rezultacie niejednokrotnie ich działania przynoszą więcej szkody niż pożytku.
    Myślę, że próbując przewidywać przyszłość warto przypomnieć sobie nasze przewidywania, gdy Jan Pietrzak zaczynał śpiewać „za trzydzieści parę lat”. Kto wtedy wyobrażał sobie, jaką rolę za trzydzieści parę lat będą odgrywały komputery, internet i telefonia komórkowa? Generalnie przyszłość jest słabo przewidywalna i większość przewidywań jest w gruncie rzeczy pobożnymi życzeniami. Pewne rzeczy możemy przewidywać łatwiej i lepiej, jak na przykład zaćmienia Słońca za sto czy dwieście lat, a inne gorzej, jak na przykład pogodę we Fromborku za tydzień. Czy ktoś przewidywał, że we Fromborku wystąpi trzęsienie ziemi? A jednak się zdarzyło. Może więc warto powtarzać „wiem, że nic nie wiem”?
    Jeśli chodzi o astronomię, to realnym zagrożeniem jest zderzenie z kawałkiem małej planety, co wcześniej czy później pewnie nastąpi. Ludzie już o tym myślą. Stworzono programy obserwacji, których celem jest wyszukiwanie obiektów mogących stanowić zagrożenie dla Ziemi. Stąd wiemy, że w roku 2029 mała planeta przeleci tak blisko Ziemi, że będzie ją widać gołym okiem, i jest jedna szansa na 6500, że w roku 2036 uderzy w naszą planetę, co w praktyce oznacza, że jest to mało prawdopodobne, ale nie można tego wykluczyć. Naukowcy szukają już sposobów zmiany orbity obiektu zagrażającego Ziemi. Gdy obiekt będzie blisko Ziemi, pozostanie nam tylko modlitwa, ale jeśli wyśledzimy obiekt dostatecznie wcześnie, to wystarczy niewielka zmiana trajektorii, na przykład przez spowodowanie na nim silnego wybuchu, by minął on Ziemię w bezpiecznej odległości. Dzięki meteorytom wiemy, jak są zbudowane takie obiekty, co pomoże w doborze odpowiednich metod przeciwdziałania.
    Astronomowie zauważyli także, że zanim Słońce dożyje swej starości i rozdymając się zacznie zagrażać naszej Ziemi, może nas czekać inna niespodzianka. Cała nasza Galaktyka, ten ogromny dysk, który oglądamy od wewnątrz jako pas Drogi Mlecznej na niebie, zmierza w kierunku innej galaktyki, nazywanej czasem Mgławicą Andromedy. Obecnie dzielą nas od niej dwa miliony lat świetlnych, ale wygląda na to, że za kilka miliardów lat obie galaktyki się zderzą i powstanie wielka galaktyka eliptyczna. Nie musi to oznaczać zagłady naszego Układu Słonecznego, ale nie jesteśmy obecnie w stanie przewidzieć, co będzie się wtedy działo ze Słońcem i planetami. Nie mogę więc oprzeć się wrażeniu, że rozmyślając, co się stanie z ludzkością po zgaśnięciu Słońca przypominamy owego indyka z przysłowia, co to myślał o niedzieli, a w sobotę łeb ucięli.

    Z. K. Zmienić trajektorię tzw. małej planety, żeby zmienić jej lot po to ,żeby z kolei nie uderzyła w Ziemię w 2036 roku, też nie jest pewne, gdyż można ją jeszcze bardziej nakierować na Ziemie- po prostu nie świadomie(?)

    A. S. P.
    – Obawiam się, że nie docenia Pan wiedzy i pomysłowości specjalistów, którzy właśnie z podobnymi sytuacjami mają do czynienia na co dzień planując loty sond kosmicznych. Aby oszczędzić paliwo i nie narażać cennych przyrządów na zbyt duże przeciążenia dobiera się trasę lotu w taki sposób, by sonda mogła być przyspieszana poprzez pole grawitacyjne Ziemi, Księżyca lub jednej z innych planet. Wymaga to precyzyjnego zbliżenia sondy do planety i włączenia silników korygujących w odpowiednim momencie, na określony czas i w dokładnie wybranym kierunku. Udane loty sond do Jowisza, Saturna i dalszych planet świadczą, że manewrowanie sondami kosmicznymi jest opanowane do perfekcji. Jeszcze większym majstersztykiem było posadzenie sondy na Erosie. Oczywiście zawsze jest możliwe popełnienie błędu, ale myślę, że jeśli tylko zagrażający Ziemi obiekt zostanie wykryty dostatecznie wcześnie, to specjaliści sobie z nim poradzą.

    Z. K. – Zatem myślę, i Pan też się chyba z tym zgodzi, że warto szukać meteorytów, wszak wiedza leży pod nogami i juz zając się tzw. małą planetą, bo w kosmosie to jest doprawdy chwila do naszego roku 2036-go. Ale na razie jesteśmy na tej „drabinie Jakubowej”, na jakiejś wysokości, i nawet „Pismo Święte” mówi o upadku Jakuba i śnie Jego w zapisie proroczym – Coś w tym jednak jest! – Czy jest Panu wiadomo coś więcej o komecie z 1976 roku, o czym już wcześniej wspominałem, która wraz ze swoim ogonem z pyłu i pary, w całej okazałości, przeleciała nad Ziemią i bardzo się bano, że uderzy w nasza planetę. Były takie przypadki, co zadecydowało o erze dinozaurów, później na Syberii, i jeszcze gdzieindziej… Czy ona, ta kometa, pozostawiła po sobie jakieś ślady, pozostałości w kosmosie, w postaci zrzutu meteorytów? – Wtedy nawet modlono się powszechnie o nadzieję, nie wierząc naukowcom ich obliczeniom, że przeleci obok… jak na tamten owy czas naukowcy nie mieli aż takiej dokładnej wiedzy, żeby być bardzo pewnymi – jakiś nawias niebezpieczeństwa, mimo pewności, jak Pan sam powiedział, zawsze istnieje… Dlatego tak to wyglądało.

    A. S. P .
    Kometę z 1976 roku widziałem na własne oczy i wciąż pamiętam, jak wspaniale wyglądała w marcowy poranek zawiesiwszy swój ogromny warkocz nad fromborską katedrą. Była jednak daleko od Ziemi i nie stwarzała żadnego zagrożenia. Warkocz komety w ogóle nie jest groźny, o czym przekonano się w 1910 roku, gdy Ziemia przeleciała przez warkocz komety Halleya. Groźne jest tylko jądro komety, czyli mała planeta zbudowana głównie z lodu. Stanowi ona podobne zagrożenie, jak małe planety z kamienia i żelaza, i w podobny sposób podejmowane jest przeciwdziałanie.
    Gdy jądro komety zbliża się do Słońca, lód zaczyna parować i od jądra odrywają się drobinki lodu, węgla, kamiennych minerałów. Te drobne pyłki pozostają na drodze komety i jeśli Ziemia przetnie tę drogę, wpadną w atmosferę dając zjawisko spadających gwiazd. Są jednak tak małe, że wyparują w całości w atmosferze i nie spadną na powierzchnię. Teoretycznie powinny być też większe bryłki, ale dotychczas nie znaleziono żadnego meteorytu, który na pewno pochodzi z komety. Wydaje się więc, że materia pozostawiona przez komety nie jest dla nas groźna.

    Z. K. Jest taka sugestia, a może bardziej teza poparta, nawet w jakimś wielkim stopniu naukowo, dotycząca „Nowego Testamentu” a mianowicie jego początku co do Gwiazdy Betlejemskiej sprzed dwóch tysięcy lat wstecz. A mianowicie obliczono, że wtedy tą gwiazdą była Kometa Haleja, przelatująca na Egiptem w czasie Narodzin Bożego Dzieciątka nad stajenką stojącą w obrębie szczerego piaszczystego pola. Uznano to, zwłaszcza świat duchowy, nawet królowie, za ową gwiazdę zwana betlejemską, co miało wielkie znaczenie duchowe dla świata i przeobrażenie wewnętrzne narodów… Natomiast są badacze astrolodzy i senso – stricte teolodzy , którzy twierdzą, że nic nie dzieje się z przypadku, co potwierdza się w wszelkich zdarzeniach i obliczeniach matematycznych … Co Pan o tym sądzi? – Nie ma przypadku – w kosmosie jest już wszystko dawno uruchomione, ten wielki rachunek, a machina matematyczno – kosmiczna poszła
    w ruch, wiele można obliczyć, przewidzieć, bo wszak sama matematyka ziemska poszła do przodu, przeżywając swoje rewolucje, a ostatnią z samym Einsteinem, który twierdzi jako ścisły umysł, że wyobraźnia jest ważniejsza jak wiedza. Zatem powiem Panu szczerze, choćby w takim kontekście własnym filozoficznym, że wszystko na siebie trafia jakby obliczone – a my nazywamy to przypadkiem – wiele rzeczy o tym mówi, choćby sam kosmos matematyczny? – I powiem Panu całkiem prywatnie, że na podstawie komety „Haleja” przelatującej, wtedy dwa tysiące lat wstecz, nad Egiptem, gdybym miał wybierać pomiędzy prawdą a Chrystusem – wybrałbym Chrystusa, bo się pod tą kometą urodził, a wcześniej w łonie Matki Boskiej uszedł właśnie do Egiptu w to miejsce – Proszę się nie śmiać, ale ciekawa może być to teza na cały stan i układ działania zewnętrznej siły matematyczno – metafizycznej – Mam do tego prawo jako artysta… Tak?! – Oczywiście do tej sugestii nie musi Pan się wcale ustosunkowywać, ale ciekawym poznać pogląd astronoma na tak stawianą kwestię, może jednak (?) – ma Pan tu swoją filozofię na taką matematykę?…

    A. S. P.
    Dokładne obliczenia pokazały, że moment przelotu komety Halleya różni się od momentu narodzin Chrystusa o 12 lat. Jeśli przyjmiemy, że Gwiazda Betlejemska nie była zjawiskiem nadprzyrodzonym, to najprawdopodobniej był nią Jowisz w koniunkcji z Saturnem. Moment tej koniunkcji dobrze się zgadza z momentem narodzin Chrystusa. Ponadto Ewangelia nie mówi o królach, lecz o „mędrcach ze wschodu”… Mędrcy zapewne znali astrologię i wiedzieli, że koniunkcja Jowisza z Saturnem zapowiada narodziny władcy. Natomiast pojawienie się komety zawsze było znakiem złowróżbnym, i tym bardziej nie wydaje się prawdopodobne, by miała ona zwiastować dobrą nowinę.
    Matematyka jest ścisła tylko wtedy, gdy zajmuje się problemami czysto matematycznymi. Zastosowana do zjawisk fizycznych może dawać wyniki tylko z pewną dokładnością zależną na przykład od dokładności danych początkowych, albo od stopnia znajomości czynników wpływających na przebieg analizowanego zjawiska. I w tej dokładności lub niedokładności jest miejsce dla przypadku. Wróćmy do przykładu Erosa. Gdyby krążył wokół słońca sam, jego ruch byłby całkowicie przewidywalny. Krąży jednak między planetami i planetkami. Zbliżenie się do jakiejkolwiek planety lub planetki zmienia jego orbitę. Jesteśmy w stanie obliczyć tę zmianę, ale jeśli chcemy przewidzieć ruch Erosa na wiele lat naprzód, to trzeba wziąć pod uwagę wszystkie możliwe spotkania z innymi ciałami krążącymi wokół Słońca, a więc znać orbity tych ciał. Te orbity znamy jednak tylko z pewną dokładnością, bo każde z tych ciał też spotyka się z innymi ciałami i lekko zmienia swoją orbitę. W rezultacie nawet najpotężniejsze komputery nie dadzą rady dokładnie wyliczyć, jak blisko Ziemi przeleci Eros, i czy w nią trafi. Pozwalają jedynie ocenić prawdopodobieństwo zderzenia.

    Z. K. Czyli dalej Einstein? – skoro rachunek prawdopodobieństwa? – ( tu się pan Andrzej śmieje) – Dobrze! – zatem, Panie Andrzeju pozostańmy na ziemi. Ale chciałbym pytać dalej o „dary niebios”- o to kosmiczne pochodzenie ze „spadków” meteorytów. Jak się okazuje, są równie bardzo drogie te dary, co też odpowiada ich wysokiej cenie na rynku kolekcjonerskim – Dużo pisze o tym: prasa, mówią programy TV Discovery… Znam artystę jubilera, oryginalnego i znakomitego w swym warsztacie i rodzaju twórczym, mającego również wiedzę o tych darach z „jasnego nieba”: Sławka Dereckiego, który bardzo artystycznie motywuje to co robi, bo oprawia te meteoryty w najszlachetniejszy metal – a mianowicie w złoto, i jako jedyny chyba na świecie, oprawia tak właśnie meteoryty, co podnosi ich wartość estetyczną, metafizyczną, i daje nam wiele do myślenia ku naszej szerszej świadomości, nie tylko przy zakupie ale i przy samym oglądaniu, gdzieś błądzi ta świadomość ; oto kawałeczek kosmosu a może to okruch z progu Boga?… Derecki mówi, że te „skarby”, to znaczy meteoryty, są warte takich honorów, a nawet jeszcze większych bo są tylko dla wybranych – ale nie z tego powodu, że dla bogatych, ale po prostu właśnie tak oprawione – jako części pierścionków, obrączek, czy wisiorów, albo bransolet… Co Pan o tym sądzi? – Czy meteoryt podlega tzw. gradacji karatowej? – Wydaje się, że nie trzeba aż tak daleko jechać, n p. do Mongolii, żeby znaleźć taki meteoryt, kwestia tylko jaki on jest, i z jakiej asteroidy, czy planety on pochodzi? – A można je znajdować wszędzie, nawet w Polsce, jak już Pan to opowiedział. ( I można go wykrywać zwykłym wykrywaczem metali, jaki używa się do szukania niewybuchów)

    A .S. P .
    Meteoryty są istotnie darem niebios, czyli otrzymujemy je za darmo, tak samo jak ziemię, wodę czy powietrze. Ludzie mają jednak naturalną skłonność do zawłaszczania tych darów i oferowania innym za pieniądze. Rynkowa wartość meteorytów jest w gruncie rzeczy tylko miarą chciwości sprzedających i pożądliwości kupujących. Dlatego trudno mi zrozumieć ludzi, których tak emocjonuje cena meteorytu. Czy to znaczy, że jak dostaną meteoryt za darmo, to będzie dla nich bezwartościowy?
    Nazywam meteoryty skarbami nie dlatego, że ich wartość wyraża się czasem setkami tysięcy dolarów, ale ze względu na ukryte w nich sekrety przeszłości Układu Słonecznego. Aby wydobyć z nich te tajemnice, trzeba mieć wiedzę i odpowiednie przyrządy. Dlatego meteoryt musi trafić do naukowców. Zwykle nie potrzebują oni do badań całego meteorytu i mogą podzielić się nim ze znalazcą z pożytkiem dla obu stron: naukowcy mają materiał do badań, a znalazca wie, jaka jest wartość kolekcjonerska jego okazu, bo zależy ona od wyników badań. Najwyżej cenione są meteoryty z Marsa i z Księżyca.
    Meteoryty istotnie są dla wybranych, to znaczy dla tych, którzy są w stanie cenić je same w sobie, niezależnie od wielkości ceny na etykietce, czy innej kunsztownej oprawy. Aby naprawdę cenić meteoryty, trzeba mieć wiedzę… Trzeba znać budowę i historię Układu Słonecznego, by poczuć dreszcz emocji biorąc do ręki niepozorny kamyk, który powstał prawie 4,6 miliarda lat temu i zawiera ziarenka minerałów starszych od Słońca i jego planet. Bez tej wiedzy zobaczymy tylko ciemnoszary kamyk, który nie zrobi na nas większego wrażenia. Sławek Derecki dlatego potrafi tworzyć wyjątkowe dzieła, że rozumie, czym są meteoryty. Bez wiedzy o nich też byłby pewnie dobrym artystą jubilerem, ale jego wyroby nie miałyby tej aury niezwykłości.
    Każdy meteoryt ma swoją kosmiczną historię i swoją ziemską historię. Z tej pierwszej dowiadujemy się, skąd pochodzi, ile ma lat i jak wyglądała jego droga na Ziemię. Ziemska historia meteorytu jest zwykle ciekawsza, bo uczestniczą w niej ludzie. Meteoryt spadł na czyjąś ziemię, czasem na dom albo samochód, ktoś go znalazł, ktoś zbadał, ktoś sprzedał albo kupił… Historie meteorytów mówią nam, że meteoryty spadają wszędzie. Można je znaleźć wychodząc na spacer, ale potrzebna jest niezbędna wiedza i odrobina szczęścia. W Polsce mamy pecha, że nasze ziemie są zasypane najróżniejszymi ziemskimi kamieniami przywleczonymi ze Skandynawii przez lodowce i trudno rozpoznać wśród tych kamieni meteoryt, chyba że spadł niedawno i skorupa na jego powierzchni jeszcze nie zardzewiała i nie odpadła. Łatwiej znajdować meteoryty na pustyniach, gdzie jest piasek, lub jeden rodzaj kamieni, i na tym tle kamienie z nieba widać z daleka.

    Z. K.: Czy może Pan coś opowiedzieć o deszczu kamieni z planetki 6 Hebe pod Pułtuskiem? – Wywołało to ogromne zamieszanie u zwykłych ludzi a później w świecie naukowym. A była to niezwykle jasna ognista kula, która pojawiła się trzydziestego stycznia 1868 roku nad środkową Europą, a samo zjawisko trwało kilka sekund co nie było żadnym UFO. Czy miało to związek z meteorytami? – Bo warto tu dodać tez coś „Z Planetki 4 Westa do Białegostoku”, o czy Pan pisze w książce „Nieziemskie skarby”. Skąd takie nazwy?- Pisze Pan o „meteorytach, które nie dają się złapać” – czy może Pan coś i o tym?

    A . S . P.
    Bryła kamienna lub żelazna wpada w ziemską atmosferę z ogromną prędkością, co najmniej 11 km/s, a zwykle więcej. Sama liczba wydaje się nieduża, więc może lepiej wyrazić ją w kilometrach na godzinę, co daje inna bardziej astronomiczną wielkość co najmniej 40 tysięcy kilometrów na godzinę. Przy takiej prędkości opór powietrza jest tak ogromny, że bryła rozgrzewa się, paruje i pobudza do świecenia powietrze na swej drodze, co daje efekt ognistej kuli. Tysiące mieszkańców południowo – zachodniej Polski oglądało taką ognistą kulę na niebie, w środku dnia, 6 maja 2000 roku. Meteoryty, podobne do tych spod Pułtuska, spadły niestety zaraz za granicą, koło Ostravy. Opór powietrza powoduje nie tylko świecenie, ale i pękanie bryły i w efekcie zamiast jednego dużego meteorytu spada zwykle deszcz małych kamyków. Tak było właśnie koło Pułtuska. Ognista kula, zwana bolidem, pojawiła się wieczorem, na ciemnym niebie wywołując znacznie większe wrażenie. Słychać było grzmoty i trzaski, a gdy kula zgasła, z nieba posypały się kamienie, które następnego dnia bez trudu znajdowano na przyprószonych śniegiem polach. Skąd wiemy, że te kamyki przybyły z planetki 6 Hebe? – Pewności nie mamy, ale astronomowie porównali widmo promieniowania podczerwonego odbitego od powierzchni planetki Hebe i od meteorytów takich jak te spod Pułtuska. Zauważyli dobrą zgodność, a ponadto zauważyli, że planetka Hebe krąży w takim miejscu, że odłupane od niej kawałki skał łatwo mogą trafić w pobliże Ziemi. Takie meteoryty często spadały na naszą planetę, nierzadko powodując ogromne deszcze kamieni, jak Jilin i Juancheng w Chinach, Gao-Guenie w Burkina Faso, w Afryce, czy całkiem niedawno Zag w Maroku. Jeszcze lepszą zgodność widma promieniowania uzyskano w przypadku małej planety 4 Westa i meteorytów zwanych eukrytami, howardytami i diogenitami, zaliczanych do achondrytów. Planetka Westa, chociaż mała (średnica 25 razy mniejsza od ziemskiej), tak samo jak nasza planeta składa się z żelaznego jądra i kamiennego płaszcza i skorupy. To właśnie kamienie odłupane od tej skorupy spadły koło Białegostoku, a także koło Stannern w Czechach, w Juvinas we Francji i w wielu innych miejscach.

    Z. K. Zbliżamy się do końca spotkania w kosmosie, tak jakby od „zderzenia planetek do zderzenia z ziemią”, o terminie „Planetka” jest też w Pańskiej książce – może przy okazji coś o tym terminie Pan powie? – Ale w żaden sposób, w moich pytaniach, a raczej sugestywnych kwestiach, nie kierowałem się tu niczym innym jak tylko moją wiedzą tzw. laika… Natomiast co do Pańskiej duszy, nazwę ją, astronomicznej, czyli o tym nieustannym źródle rozczarowań, wyborów i pasji, próbowałem wcześniej szukać klucza do kwestii samego
    terminu szczęścia… Może coś jeszcze więcej Pan doda, o tym co pominąłem, o człowieku, który żyje pod „deszczem meteorytów”, jak Pan – Musi być, mimo wszystko, w pasjonacie takim jak Pan duchowość wielka, i jakiś stosunek do tej Wielkiej tajemnicy…

    A . S . P.
    Planetka to po prostu mała planeta. Tak nazwano w krajach europejskich obiekty krążące wokół Słońca między orbitami Marsa i Jowisza, które zaczęto odkrywać na początku XIX wieku. Nazywano je też planetoidami czyli „podobnymi do planet”. Tylko Anglicy uparli się nazywać je asteroidami, co oznacza „podobne do gwiazd”. Jest to oczywisty nonsens, szczególnie gdy możemy oglądać planetki z bliska dzięki sondom kosmicznym. Jednak wraz z dominacją języka angielskiego ta nonsensowna nazwa rozpowszechniła się także u nas. Profesor Konrad Rudnicki, astronom i miłośnik języka polskiego, przekonywał mnie, że skoro w naszym języku występują zdrobnienia, to nie musimy mówić „mała planeta” jak na Zachodzie lecz możemy mówić „planetka”. Staram się lansować jego pomysł.
    Nie mam duszy astronomicznej tylko zwyczajną, ludzką. Myślę, że z taką samą pasją mógłbym zajmować się czymś innym. Szukając meteorytów nie wyrzucam ziemskich kamieni. Też bywają piękne. Zachwycają mnie agaty, skrzemieniałe drewno, ale i granitowe otoczaki na nadmorskiej plaży. Zajmuję się popularyzacją astronomii, bo to lubię i z tego żyję, ale nie sądzę, by to czyniło ze mnie kogoś wyjątkowego.
    Myślę, że szczęście, to sprawa indywidualna i nie ma jednej recepty na szczęście dla wszystkich. Dla mnie szczęśliwe chwile to widok rozgwieżdżonego nieba i świadomość, że spoglądam w kosmos, a inni na ten widok ziewają i zasypiają. Uwielbiam chodzić na wycieczki boso i wyczuwać przyrodę także stopami, a inni na ten widok pukają się palcem w czoło i gdyby ich ktoś zmusił do zdjęcia butów, to byłoby to dla nich torturą. Może więc kluczem do szczęścia jest po prostu wolność; możliwość dokonywania wyboru zgodnie z własnymi potrzebami?

    Z. K. – Co może Pan jeszcze, budując na swoim doświadczeniu, i z dużego dystansu, powiedzieć o swej duszy, badacza i człowieka, który wierzy w coś szczególnego – Czy widział Pan przez swoje teleskopy w Fromborku UFO? – Jaki jest stosunek Pana do tego fenomenu? – Czy wierzy Pan w UFO? – i przepraszam za jeszcze jedno, takie bardzo osobiste, pytanie, którego przy tak dużej Pańskiej wiedzy nie należy się chyba obawiać w dzisiejszych czasach – Czy jako astronom, z dużym doświadczeniem, wierzy Pan w Boga? – A może przede wszystkim w Boga? – Prawdopodobnie, kiedy się człowiek wybiera w tę podróż, kiedy patrzy się w tę otchłań, w gwiazdy, musi się uderzyć w piersi, jak to uczynił po powrocie z kosmosu nasz kosmonauta, kiedy stanął na ziemi po powrocie z orbity, i nabrać innego stosunku do kwestii boskości – I w duchu to chyba każdy robi, kto ma jakiś związek z kosmosem?- Jak jest u Pana?

    A. S. P.:
    Nie wierzę w nic szczególnego. Tam gdzie mogę, staram się weryfikować uzyskiwane informacje, a gdy jest to niemożliwe z powodu braku odpowiednich przyrządów czy dostatecznej wiedzy, wierzę moim kolegom astronomom i geologom, że wykonali swą pracę rzetelnie i uzyskali wyniki godne zaufania. Jest to normalna praktyka wśród naukowców. Podkreślam raz jeszcze: nie czuję, by samo zajmowanie się kosmosem i kamieniami spadającymi z nieba nadawało życiu szczególny sens. Znam parę osób, które handlują meteorytami, jak każdym innym towarem i znam inne osoby, zajmujące się z pozoru przyziemnymi sprawami, których stosunek do wykonywanej pracy i do ludzi sprawia, że obcowanie z nimi staje się przyjemnością.
    Rzeczywiście meteoryty przyczyniły się do tego, że zbliżyłem się do Boga, ale tylko dlatego, że dzięki nim poznałem ludzi, którzy wskazali mi drogę. Bóg działa tu, na Ziemi i nie musimy Go szukać w kosmosie. Powinniśmy skupić się na przestrzeganiu Jego przykazań, z których najważniejszym jest miłowanie bliźniego, a wtedy trafimy do Niego. Podróżujemy w kosmosie, czy nam się to podoba, czy nie. Tylko od nas zależy, czy zechcemy na to zwracać uwagę i cieszyć się tym, czy też będziemy to ignorować. W każdej podróży mamy wybór: albo zajmujemy się tym, co się dzieje we wnętrzu pojazdu i nie zwracamy uwagi na otoczenie, albo podziwiamy krajobraz starając się nie zauważać pojazdu, który ogranicza nam widoczność. Ja zwykle wybieram podziwianie krajobrazu. W pogodne noce otwiera nam się widok na kosmos. Astronauci wcale nie widzieli więcej lecz mniej, bo widok ograniczał im iluminator statku. Tylko ci, którzy polecieli na Księżyc, mogli zobaczyć Ziemię z daleka i Księżyc z bliska, ale gwiazdy widziane z Księżyca wyglądały dla nich tak samo, jak dla nas.
    Pytanie o UFO jest właściwie pytaniem „czy wierzę ludziom?” Wierzę, ale nie bezkrytycznie. Znając historię meteorytyki nie mogę stwierdzić, że UFO nie ma, bo wtedy stanę się podobny do osiemnastowiecznych uczonych, którzy uważali, że doniesienia o kamieniach spadających z nieba, to tylko ludowe bajdy. Niezidentyfikowane Obiekty Latające niewątpliwie istnieją i naukowcy muszą po prostu zbierać informacje i starać się zidentyfikować te obiekty, a nie udawać, że ich nie ma. Zdarza się, że świadkowie zjawiska mają bujną fantazję, albo zamiast opowiedzieć po prostu, co widzieli, opowiadają już swoją interpretację. Te same problemy dotyczą spadków meteorytów, które nie mają zwyczaju informować naukowców, gdzie i kiedy spadną i najczęściej świadkami ich lądowania są osoby zupełnie do tego nieprzygotowane. Rozmawiając ze świadkami niezwykłych zjawisk staram się pamiętać, że to ja mogę się czegoś od nich dowiedzieć.

    Z. K. – Panie Andrzeju! – najserdeczniej, i bardzo, dziękuję za to ciekawe spotkanie jak go nazwałem – spotkaniem w przestworzach… szkoda mi tylko, że nie udało mi się Pana namówić na więcej filozoficzno – metafizycznych i takich innych wypowiedzi z Psyche – Ale wiadomo, choć każdy z nas ma prawo na swoje własne filozofie, co zresztą każdy z nasz czyni, Pan jako naukowiec musi się trzymać wiedzy i zasad i ja to rozumiem bardzo.

    A. S. P.
    Nie muszę! Chcę! Jestem naukowcem z przekonania i zamiłowania, nie z obowiązku. Wszyscy patrzymy na świat i tworzymy sobie jego obraz; mamy własne teorie i wyobrażenia. Kopernik już w młodzieńczych latach wyobraził sobie, jak wygląda Układ Słoneczny, a potem przez całe życie szukał potwierdzenia, że jego wyobrażenie jest zgodne z prawdą. Myślę, że tak właśnie należy postępować: sprawdzać, czy moje wyobrażenia pasują do rzeczywistości, a jeśli nie, to szukać nowych wyobrażeń i znowu sprawdzać. Nie oznacza to, że mam rezygnować z wyobrażeń, czy wierzeń, które nie dają się obecnie sprawdzić. Nie powinienem tylko mylić tych sprawdzalnych z niesprawdzalnymi.

    Z. K. – Dziękuję za bardzo cenne, naukowe, wiadomości, i za opowieść, o bliskim stosunku człowieka do jego przestrzeni, także tej merytorycznej, jak i stosunku jego bytu, i miejscu, w kosmosie oraz duchowości takiego człowieka, jak Pan. Dziękuję!

    A. S. P. I ja dziękuję serdecznie.

    z astronomem Andrzejem S. Pilskim
    w dniu 11.10.2006 roku
    rozmawiał Zbigniew Kresowaty

  • SPOJRZENIE Z „REJSU ŻAGLOWCEM NIETZSCHE”

    z filologiem i teoretykiem słowa prof. Tadeuszem Sławkiem, wykładowcą z Uniwersytetu Śląskiego na Katedrze Literatury Porównawczej w Katowicach rozmawia Z. Kresowaty

    Zbigniew Kresowaty: W posłowiu do wydanej płyty, która została zrealizowana przez Pana i Bogdana Mizerskiego, czyli „esej na głos i kontrabas”, czytamy słowa: cyt. „misja Zaratustry polega na tym, aby uwolnić człowieka od ciężaru cudzych idei, a tym samym nauczyć go wolności lotu w przejrzystym powietrzu (…) Nietzsche jest piewcą wyswobodzonego horyzontu…” – Spróbujmy to jakoś wziąć w klamrę – Czy rzeczywiście, jak Pan dalej cytuje „i samotny żaglowiec: torujący sobie drogę wedle gwiazd, widnokręgu i ruch fali jest figurą nowoczesnej myśli, przed którą stoi otwarte morze, (bowiem) nigdy nie było jeszcze tak otwartego morza” – To z „Wiedzy radosnej” (af. 343) – Dlaczego żaglowiec Nietzsche? – Czy jest to wołanie na morzu wolności, czyli otwartym, do przybrzeżnej filozofii, czy chodzi o takie wolne spojrzenie w szczegół? – A może idzie o myśl świeżą lub inną jej weryfikację, tego, co już poza nami. Kontynuując dalej dygresję powiem pytaniem: czy nie idzie czasem o takie wciałowzięcie (celowo piszę to razem) przeróżnych doświadczeń człowieka, głównie jego twórczej myśli i zapanowanie sobą całym nad sobą dzisiejszym? – A może jest to raczej spojrzenie z mroków? – Czy może pan przybliżyć ten pomysł „rejsu”, tę podróż w bezkres, w wyobraźnię, nowego horyzontu? – Dlaczego ludzie młodzi często, nie znając dobrze misji Zaratustry, czczą Go, osłaniając przeróżnymi subkulturowymi imaginacjami?
    Tadeusz Sławek: Żaglowiec „Nietzsche” wypłynął w pierwszy rejs z portu nie śródziemnomorskiego; nie z Genui, ani Portofino, ale z Inverness, Peterhead lub innego załomu szkockiego wybrzeża, gdzie słońce świeci rzadko i kapryśnie, a chmury zakrywają niebo. Pierwotnie, tekst zupełnie inny niż ten, który znajduje się na płycie nagranej przez nas w 2002 roku odnosił się do morskiej wyobraźni świetnego szkockiego konkretysty, poety, rzeźbiarza, typografa i architekta ogrodów Iana Hamiltona Finlaya. Gdy znakomity polski konkretysta Stanisław Dróżdż organizował wystawę prac Finlaya w Katowicach zamówił u nas mówiony esej kontrabasowy, który był hołdem złożonym jednocześnie szkockiemu artyście rozmiłowanemu w kształtach nautycznych i Nietzschemu. Po latach, na użytek festiwalu Ars Cameralis powstał w 2002 roku zupełnie inny tekst i inna muzyka, chociaż tytuł pozostał i do niego odnosi się Pańskie pytanie, a właściwie cała seria pytań. Spróbuję odpowiedzieć na nie zmieniając ich kolejność i rozpoczynając od Pańskiej sugestii, iż być może nasz „rejs” jest „spojrzeniem z mroków”.
    Jestem wdzięczny, że zwrócił Pan uwagę na ten element może nie „mroku”, lecz szarości, który jest dla Żaglowca bardzo ważny. Kilkakrotnie wzmiankujemy tam jutrzenkę jako porę, w której rodzi się, powstaje nasz wizerunek świata. Szare niebo, które nie daje się sklasyfikować jeszcze ani jako „dzień”, ani już jako „noc” jest czasem wyłaniania się przedmiotów z tła nicości; to wówczas ich zarysy zaczynają majaczyć na horyzoncie naszego spojrzenia. Morgenröthe jest nieokreśloną sferą, która wykracza poza wszelkie klasyfikacje snu i jawy, przerzuca między nimi most, nie biorąc strony ani jednego ani drugiego brzegu. Hegel także wyznaczał szarą godzinę jako porę, w której wylatuje sowa Minerwy. Kilka lat temu w napisanej wraz z Tadeuszem Rachwałem książce Sfera szarości staraliśmy się wykazać szczegółowo na czym polega magia szarzejącego przed świtem nieba, osobliwego momentu, w którym wszelkie pewniki zostają zawieszone, pory rezygnującej z precyzji wiedzy na rzecz „cudu konturu”, lecz ujętego techniką, by rzec po malarsku, sfumato: wyłaniania się przedmiotu z głębi, której moje oko nie potrafi zidentyfikować, przed którą język zaniemówi. Oto coś powstaje, nie „jest”, lecz narasta, zyskuje na ostrości zarysu zanim oświetlone słonecznym blaskiem przybierze ciało dobrze znanego przedmiotu.
    Wyobrażam sobie, że z podobnym problemem zmagał się Nietzsche usiłując odsłonić podstawowe kontury kształtu naszej kultury, wydobyć je spoza warstw retoryki i resentymentu. Słowo staje tu często na pograniczu bełkotu, jeszcze jeden ruch myśli i artykulacja roztopi się w magmie dźwięków jakby „zwierzęcych”, a przynajmniej nie-ludzkich. Paul Celan mówi, iż świat jest „do wyjąkania”; do wyjąkania, a nie do wyśpiewania w precyzyjnej artykulacji operowej koloratury. Opera włoskiego bel canta kłamie. W tym sensie nasz „rejs” jest poruszaniem się kursem prowadzącym nie tyle w bezkres, co umożliwiającym dostrzeżenie brzegu, lecz wybrzeże owo jest ledwie dostrzegalnym zarysem lądu, nie więcej jak kreską na niebieskim papierze oceanu. Jedyny bezkres jaki jest nam dostępny, to ten, który sąsiaduje z krainą mojej codzienności, której nigdy nie stracę z oczu, lecz od której mogę oddalić się na tyle, by nie mieć już pewności, że do niej łatwo powrócę. Dlatego filozofia jest nauką przybrzeżną. Stąd jej trudność – bowiem stosunkowo łatwo powiedzieć „od dzisiaj jest tylko ocean”; znacznie trudniej jest, jak mówi Nietzsche w Wiedzy radosnej „wymazywać ląd”, czyli mieć świadomość, że on istnieje, lecz jednocześnie wiedzieć, że aby zachować lojalność wobec myśli nie możemy do niego powrócić, a przynajmniej nie bezkarnie i nie bez nieludzkiego trudu. To właśnie to, co robi Nietzsche: „wymazuje” dobrze znane wizerunki pojęć i na ich miejsce pozostawia szarą godzinę, w której czasami majaczą niewyraźnie kształty takich pojęć jak choćby Übermensch, czy „Wieczny powrót”. Autor Zaratustry czyni więc dwa ważne gesty: wymazuje ustabilizowane znaczenia i otwiera możliwość tworzenia nowych. Podobny gest w sztuce popełnia Robert Rauschenberg, kiedy dosłownie wymazuje rysunek de Kooninga, dając do zrozumienia, iż powołaniem człowieka jest odwaga stanięcia twarzą w twarz ze światem tracącym dobrze znane „ciało”, światem rozpuszczających się przedmiotów (w tym względzie Dali jest pouczającym przykładem), czego konsekwencją jest nadejście szarej godziny, Morgenröthe, w której przedmiot pojawi się na nowo, jakby po raz pierwszy, nie jako (już) roz-poznany, lecz zawsze poznawany. Przedmiot taki wypełnia nam swoim konturem całe pole widzenia, jest jedynym kształtem absorbującym naszą uwagę i troskę. W tym sensie jest to, jak Pan mówi, spojrzenie w szczegół, zresztą sam Nietzsche pisał o „sztuce niuansowania”. „Niuans” oznacza tutaj nie tylko rzecz drobną, lecz przede wszystkim to, podkreśla to, iż umieszczamy ów przedmiot w centrum naszej troskliwej uwagi.
    Natomiast „ciałowzięcie” wymagałoby dłuższego rozważania, czego z racji oczywistych nie możemy się tutaj podjąć. Powiedzmy tylko, że Pański ciekawy termin oznaczałby najpierw konieczność zrzucenia całej garderoby kostiumów, którą der europäische Mischmensch (Poza dobrem i złem, af.223) uważa za ciało, będąc w istocie ciała pozbawionym (ihm keines recht auf dem Leib passt, czytamy dalej w tym samym aforyźmie). Historia Zachodu jest historią zapominania ciała choćby dlatego, że jest „historią” właśnie, tzn. następstwem masek i iluzji podawanych za prawdę. Należy zatem najpierw wywalczyć sobie prawo do ciała, co wymaga innego spojrzenia na historię kultury jako pewnego sposobu myślenia. Nie bez racji jeszcze przed Freudem Nietzsche twierdzi, iż chciałby swoją filozofią postawić człowieka z głowy na nogi, tzn. uzmysłowić nam znaczenie tego, co nieświadome, instynktowe, a więc cielesne, a co tak bardzo chcemy pominąć milczeniem w naszym wyobrażeniu kultury jako należącej wyłącznie do sfery wysublimowanego ducha. Już William Blake w Zaślubinach Nieba i Piekła diagnozował, iż jednym z trzech podstawowych błędów kultury Zachodu jest radykalna dychotomia duszy i ciała wraz z towarzyszącą jej aksjologią przypisująca wszystko, co dobre duszy, ciało zaś obdarzającą podejrzliwością. „Ciałowzięcie” musi zatem być poprzedzone pracą mozolnego przemyślenia podstaw kultury; nie jest to banalny kult cielesności, lecz próba zbudowania cielesności kultu, pokazania jak to, co duchowe zakorzenia się głęboko w ciele i procesach fizjologicznych. Nie na próżno w Ecce homo i w listach wiele linii poświęconych jest diecie, czy sztuce chodzenia. Myśleć to zmagać się z fizycznością ciała; może także dlatego „rejs” jako figura eseju o Fryderyku Nietzschem. Peter Gast w mowie nad grobem swego mistrza i przyjaciela zespolił w jedno motyw ciała i morskiej podróży wpisanej w krąg greckiego mitu: Und nun, da Dein Leib, nach dem ungeheuren Odyssee Deines Geistes, zur heimeterde zurückkehrt…
    Z.K.: Na tej płycie przywołuje Pan, prócz tekstów Nietzschego, linię z Ulisesa James’a Joycea oraz teksty wierszy Jana Hamiltona Finleya we własnym tłumaczeniu. Dlaczego akurat teksty tych a nie innych autorów? – Bo są tu także przekłady Staffa z „Antychrystusa”, „Wiedza radosna” – to z Nietzschego i „Jutrzenka” w przekładzie Wyrzykowskiego. Zespół tych tekstów jest na pewno spójny w swej estetyce metafizycznej dla „Żaglowca”, który również pokonuje metafizycznie otwartą przestrzeń. Czy w tym wszystkim idzie także o radosne podziwianie tego, co na słońcu, czyli kosmos bez granic? – A może jego zapełnienie? – Mogę się tylko domyślać, że idzie o nową filozofię patrzenia w siebie, bo ów dystans jest w nas samych. Idzie mi o spójność o ile ona jest! Jest to na pewno podróż z misją. Czy można tu mówić o radości? – A może to jest podróż do rzeczy zastanych, zmiana estetyki bólu na radość?
    T. S.: O Finlayu już mówiliśmy. Dawno temu, pod koniec lat 60. Ujął mnie swoimi eksperymentami wizualnymi w poezji nawiązującymi zresztą jeszcze do tradycji antycznych i barokowych. Szybko jednak doszedłem do tego, że w istocie szkocki artysta przemówił do mnie wielkim szacunkiem, jaki żywi do świata. Jego teksty/obrazy/rzeźby, bo trudno tutaj o ścisłe rozgraniczenie tych form wypowiedzi są wynikiem nie tylko czujnego, ale przede wszystkim czułego spojrzenia na przedmiot. Gdy patrzymy na wizualne teksty poety tak często przedstawiające statki i kutry rybackie uderza nas nie tylko niezwykła pieczołowitość obserwacji niekiedy zbliżająca wizerunek do technicznego diagramu i opisu, ale przede wszystkim to, iż owe teksty-obrazy wydobywają przedmiot z jego sprzętowości. Nie tylko zresztą sam fizyczny przedmiot, lecz także i jego nazwę, która przestaje spełniać funkcję li tylko identyfikatora, a zaczyna promieniować brzmieniem swoich głosek i wyglądem liter. Można się skrzywić i powiedzieć, że wiersz ułożony z nazw kutrów zakotwiczonych danego dnia w porcie jest kolejnym przykładem „sztuki przedmiotów znalezionych”; ale ta estetyczna klasyfikacja nie dostrzega tego, co najistotniejsze – dramatu ludzkiego czasu polegającego na tym, iż minuty naszego życia wypełniane są nieustannie przez strumień zjawisk, przedmiotów, wydarzeń, których nasze spojrzenie nie tylko nie jest w stanie utrwalić, ale które najczęściej przepływają przez nas niemal tak, jakbyśmy byli niematerialni, nie natrafiając na żadną przeszkodę. Gdy pieczołowicie odnotowujemy to, co zachodzi w danej chwili uruchamiamy procedurę datowania, a data to nic innego, jak nacięcie na zwartej i gładkiej smudze czasu. Data jest zranieniem czasu, jak pisze Derrida w swej medytacji nad Celanem.
    „Ciałowzięcie”, o którym mówił Pan poprzednio jest właśnie rozpoznaniem tego, że nie jestem eteryczny, lecz że stawiam opór przedmiotom, które we mnie uderzają, kołyszą mną niczym fale statkiem żaglowym, czasem wręcz ranią i wywołują cierpienie nazwane tutaj tyleż metaforycznie, co dosłownie morską chorobą. Można by powiedzieć, iż Finlay i Nietzsche, a także Blake uczą nas sztuki największego oporu; umiejętność to trudna, bowiem idąca zdecydowanie wbrew zasadom przyświecającym wynalazkom techniki, gdzie sekret produkcji polega właśnie na tym, aby przedmiot stawiał nam opór jak najmniejszy, był „opływowy”, to znaczy nie opierając się nadmiernie sprzyjał konsumpcji: był dostępny (także cenowo) i ekonomiczny (mniej kosztowny w eksploatacji). Tymczasem wspomniani mędrcy uczą czegoś innego: sztuki oporu, z której dopiero narodzi się – jak mówił Nietzsche – duch lekkości. Paradoksalna to nauka, bowiem owa lekkość rodzi się właśnie z brania na siebie ciała, z „nabierania” ciała, przybierania na ciele, a nie z pominięcia cielesności. Praktykowany dzisiaj „kult ciała”, diety, siłowni i budowania mięśni jest zaprzeczeniem tego, o co chodzi Nietzschemu. Kulturysta rzeźbi sylwetkę z powodów pewnej ideologii – uważa to za piękne i pożądane, a sprawność fizyczna jest dla niego „drogą” życia. Lecz postępując tak w istocie odrzuca ciało każąc mu działać pod dyktando pewnych – co by nie powiedzieć – „duchowych”, a może raczej ideologicznych ustaleń. Filozoficznie rzecz biorąc, można by twierdzić, iż nie jest „ciałem” wszystko to, co zostaje nam narzucone i podane do wierzenia. Tymczasem Nietzsche skonstatowawszy „nie ma drogi” wymaga od nas odpowiedzialności i samodzielności. Wziąć na siebie ciało, ciałowzięcie to doznawanie wielkiej odpowiedzialności wynikającej z podjęcia działania na własne ryzyko i własny koszt. Nie bez powodu Zaratustra rozpoczyna się od pieśni „O trzech przemianach” opiewającej konieczność zrzucenia z siebie balastu cudzych przekonań i ideologii. Przemienić się, to nabrać ciała, uczynić coś z ciałem, tak, by nie było ono „moje” (czy nie o tym mówi centralne zdanie chrześcijaństwa „Oto ciało moje”, przy czym owo „moje” kontrowane jest natychmiast aktem najwyższej ofiary „mojość” ową podważającym), zakwestionować swoje „posiadanie” ciała, pozwolić mu istnieć na jego, starszych od moich prawach. Ciało jest bowiem tym, co łączy człowieka ze stawaniem się, dlatego jest instrumentem dobra. We wspomnianej już mowie pogrzebowej Peter Gast w tej pozaksiążkowej cielesności właśnie upatrywał znaczenia Nietzschego: Wir aber, die wir das unendliche Glück hatten, Dir im täglichsten Leben nahe sein zu dürfen, wir wissen nur zu gut, dass mit Buch und Schrift sich nicht wiedergeben lässt, was den Zauber gerade Deines Wesens ausmachte.
    Kiedy więc pyta Pan o „radosne podziwianie tego, co na słońcu” i o „nową filozofię patrzenia w siebie” zrobiłbym jeszcze krok dalej i odpowiedział, iż chodzi o nową filozofię patrzenia. Kwestia tego, co właściwie oznacza sformułowanie „widzę to a to” zajmuje mnie od dawna. Spójność, którą Pan poruszył jest między innymi kwestią spojrzenia: czy istnieje związek między mną a światem, czy też historia mojego bycia jest jednostronna – to ja patrzę i to ja działam, gdy rzeczywistość jest biernym przedmiotem mojej pracy. Paul Klee mówi w dziennikach, iż malarstwo rozpoczyna się od chwili, kiedy ten typ relacji zostaje przełamany. Zazwyczaj idąc do lasu spoglądam na drzewa; gdy nagle doznaję tego, że drzewa spoglądają na mnie jakby odwzajemniając moje spojrzenie jestem na progu malarstwa i filozofii, które zresztą są siostrami. Ich miłosierna praca polega na umożliwianiu mi budowania związków między pozornie bardzo odległymi i niepowiązanymi z sobą rzeczami. Sądzę, że romantyczna teoria korespondencji znana z pism Swedenborga i Blake’a ma takie właśnie znaczenie: myśleć, to coraz szerzej związywać się ze światem. I znów to zadanie staje na drodze dzisiejszych upodobań, które dyktują nam spojrzenie typu „rzut oka” wymuszone przez nadmiar dóbr, wir reklamy domagającej się od nas coraz to nowych zakupów. W coraz większym stopniu „być” to nie „widzieć”, lecz „pożerać okiem” wyłącznie to, co przed nami, to, co akurat najmodniejsze i co wymaga od nas pod groźbą anatemy dziwności radykalnego odcięcia się od wszystkiego, co było poprzednio. Wirtualny świat gier komputerowych jest szkołą owego „niewidzenia”, bowiem w nim przedmioty jedynie udają siebie, są namiastką siebie, pozbawione treści i substancji w błyskawicznym tempie pojawiają się i giną, nie zatrzymują naszego spojrzenia, są przezroczyste i opływowe. W tym świecie bez ciała, rzeczywistości bez „ciałowzięcia” nie ma radości i nie ma cierpienia, jest jedynie punktowe pojawianie się i znikanie dające nam co najwyżej poczucie mrocznej satysfakcji, że oto unicestwiliśmy kolejnego przeciwnika.
    Z.K.: „Filozofia jest nauką przybrzeżną” – słyszę to z „żaglowca” – Czy jest to pojmowanie otoczenia ziemi już zagospodarowanej i odkrywanie na nowo…? Dlaczego wzieliście Panowie obaj na pokład „Nietzschego” dodatkowego „podróżnika”- malarza Andrzeja Szewczyka, nazwijmy go filozofem plastycznej przestrzeni? – Czy byliście spójni Panowie na „scenie tak Małej”? – Co było najważniejsze w tym przedsięwzięciu? Jakie funkcje merytorycznie pełnił każdy z Panów na pokładzie? – Na płycie słyszę głos syren, wiatru, szumu, fal. Czy jest to trochę taka podróż „odyseja”?…
    T.S.: Filozofia jest „przybrzeżna” z kilku powodów. Brzeg jest szczególnym miejscem zarówno morza, jak i ziemi; właściwie jest on „między” tymi dwoma wielkimi obszarami przestrzeni nie należąc w istocie do żadnej z nich. Znajdując się na brzegu powoli odkładam na bok śródlądowe obyczaje i myśli pogrążając się w innym żywiole mieszającym zabawę i niebezpieczeństwo. Spójrzmy na ludzi na plaży, zdejmujących stroje, obnażających ciało, kopiących jamy i budujących zamki z piasku; ale wystarczy uczynić jeszcze kilka kroków i może zagarnąć nas fala, której nie będziemy w stanie stawić czoła. Na brzegu człowiek staje się „dziki”, bowiem oddala od siebie pewne strzegące go przed dzikością mechanizmy typowe dla życia w głębi lądu; potocznie mówi się, iż są plaże „strzeżone”, gdy na prawdę brzeg (a zatem i plaża) są zawsze „dzikie”. Brzeg respektuje więc zarówno ląd, jak i morze, ale nie utożsamia się z żadnym z tych miejsc. Jest dla nich przybyszem, obcym i z tego właśnie poczucia obcości i zadziwienia powstaje myślenie. Człowiek jest tutaj w głębokim sensie człowiekiem bezradnym; pisze bowiem Arystoteles „A kto jest bezradny i dziwi się, poznaje swoją niewiedzę”. Jean-Luc Nancy objaśni nam, iż zdziwienie to „nie jest prostą niewiedzą, który to brak należy usunąć, ani paradoksem nadającym się do rozwiązania (…); zdziwienie jawi się jako dyspozycja do mądrości (sophia). Jest więc w całej rozciągłości filo-zoficzne. (…) Wiedza taka, nie porządkowana przez nic co pochodziłoby spoza niej samej jest cenna już dzięki temu, że się pojawia (…) i to pojawienie się jest prawdziwym celem wiedzy”.
    Z kolei, gdy płyniemy statkiem i przyglądamy się brzegowi z wody ledwie dostrzegając zarysy ziemi i delikatne, zamglone kontury budowli (np. wież kościołów), przeżywamy coś, co nazwałbym wielką obietnicą: wmyślamy się w świat ludzi tam mieszkających, zgadujemy ich zajęcia i troski, zbliżamy się do ich rzeczywistości (choć w istocie jest to zawsze tylko moje o niej wyobrażenie) i wydaje nam się, iż znalazłszy się wśród nich odnajdziemy swoje własne miejsce. Ale to złudzenie pryska po wylądowaniu. Zwróćmy uwagę, iż mówimy „po wy-lądowaniu”, a zatem po wejściu głębiej w ląd; wówczas to, co było niezwykłe blaknie i szarzeje. Nabrzeże pozwala jeszcze zachować nadzieję; jeszcze rozglądamy się uważnie, nasz krok wciąż niepewny po kołysaniu fali, spojrzenie wahające się w nieznanym świecie. Lecz wkrótce to mija i już jesteśmy „swojakami”, podbijamy tę rzeczywistość, bierzemy z niej to, co najlepsze i wyjeżdżamy objuczeni złotem wrażeń jak konkwistadorzy. Na brzegu jeszcze „nic się nie dzieje”, nic nas nie zabawia, nie zapełnia czasu, nie ma tam żadnych wydarzeń; dopiero dalej zaczną się ulice, a na nich kina, kawiarnie, księgarnie, sklepowe galerie. Brzeg jest pusty i z tej pustki powstaje filozofia.
    Ale filozofia jest „przybrzeżna” także dlatego, iż jeśli jest uczciwym myśleniem, a nie odpracowywaniem godzin umysłowego wysiłku, uczy nas pokory i odziera z mitu wielkiej przygody. Mówiąc metaforycznie, myślenie nie rodzi się z zamiaru przepłynięcia oceanu, ale z praktyki żeglowania po płytkich i obfitujących w niebezpieczeństwa wodach przybrzeżnych. To nie przemierzający oceany Kolumb jest wzorem filozofa, ale rzeczywiście chyba Odyseusz, którego wodna wędrówka, chociaż zawiła i kręta prowadziła w gruncie rzeczy wodami przybrzeżnymi pomiędzy wyspami śródziemnomorza. Filozofia jest taką właśnie żeglugą przybrzeżną. Filozof, jak sądzę, nie stawia sobie za zadanie odkrywania niezwykłych, egzotycznych lądów; przeciwnie – spogląda na to, co znajome z pewnej odległości i sporządza mapę wód pozornie bezpiecznych i domowych, ukazując jak zwodnicze to były kartografie.
    A skoro o kartografii mowa, to Andrzej Szewczyk był naszym kartografem naczelnym. Wyrafinowany czytelnik, spoglądał na świat jak na żywioł, którego mapę trzeba sporządzić. Odwracał się plecami do lądu, z jego ludnymi miastami, gwarem artystycznych i krytycznych mód i sporządzał mapy tego, co napływało od strony morza. Jego rysunki, „plamy”, chmury „ołowiu” wypływające z drewna gruszy, czy dębu zanurzonego w soli, destylacie morza, wszystko to kształty należące do świata przybrzeżnego, czyli odmienne od tych, które dobrze znamy z pejzaży głębi lądu. Pamiętajmy także, iż gdy Thoreau pisze o przyjaźni i szuka dla niej idealnego miejsca, znajduje go na brzegu: przyjaciel to ten, kto odwrócony plecami do lądu i jego zdawkowych przyzwyczajeń i relacji wypatruje tego, co napływa, co nadchodzi, a co pozostanie na zawsze w jakimś oddaleniu, czego nigdy nie oswoimy, bowiem nawet gdy opuści już łódź, tak długo, jak długo będzie na brzegu, jak długo nie odejdzie w głąb lądu przyjaciel pozostanie bytem na własnych, a nie na moich prawach. Przyjaźnię się od lat z Bogdanem Mizerskim, wspólnie przyjaźniliśmy się z Andrzejem i Żaglowiec ‘Nietzsche’ ze swoją przybrzeżną/nabrzeżną filozofia jest esejem o przyjaźni.
    Z.K.: Kapitanem, jak się okazuje, na „Nietzschem: jest Bóg Wielki i Ogromny – słychać to z jego pokładu. Jest to: częściową odpowiedzią na cel… „To różnica jest materią życia…” – Pytanie o Boga o sacrum jest zawsze proste i najtrudniejsze. Niewątpliwie przy obieraniu każdej wolności musi powstać pytanie o początek ze wsteczności, żeby można było pojmować: gdzie jesteśmy, jaki jest stan naszej duchowości, etc… Jak się uwalniać od cudzych idei o samej wolności? – Czy może Pan, filozoficznie oczywiście, scharakteryzować taki widok na „nabrzeże”? – A później przejdziemy do innych kwestii w głąb…
    T.S.: Oczywiście, że Bóg jest kapitanem, ale – i tu zaczyna się wielki problem – jak opisać relację między Nim a korabiem, który prowadzi. Chciałoby się wierzyć, że kapitan jest tym, przed którym morze nie ma tajemnic, i który w tym sensie jest panem sytuacji. Dramat wiary, bo wiara jest dla mnie ogromnym dramatem, polega jednak na tym, iż ufamy kapitanowi podejrzewając, iż jego wielkość i heroizm nie są mu nadane jako niezmienne i wieczne cechy, lecz mogą powstawać w specyficznych sytuacjach. Dzielność i pewność decyzji Conradowskich kapitanów (np.MacWhirra z Tajfunu) rodzą się z wyzwania nie „dzięki”, ale jakby „wbrew” dyspozycjom zawartym w jego umyśle i wyglądzie. Jak ważne było to spostrzeżenie dla Conrada niech świadczy początek opowiadania; pierwsze zdania mówią o tym, iż kapitan stanie się legendą morskiej dzielności jakby przeciwko sobie i opinii innych: „Kapitan MacWhirr z parowca „Nan-Shan miał oblicze, które w świecie zjawisk fizycznych stanowiło dokładny odpowiednik jego umysłu: nie odznaczało się ani stanowczością, ani głupotą; nie posiadało żadnych cech wybitnych; było po prostu zwyczajne, beznamiętne i niewzruszone. Jego wygląd mógł czasami sugerować co najwyżej nieśmiałość, kiedy przesiadywał w różnych biurach na lądzie…” (przeł.H.Carroll-Najder). Pytania są więc co najmniej trzy: czy kapitan jest wszechwładny i pewną ręką steruje do celu, a jeśli nie, to czy w przypadku takiej a takiej sytuacji w moim życiu okaże się dzielnością, i jakimi kryteriami mam ową dzielność wymierzyć, jak wyznaczyć pożądany bieg wydarzeń. Przypuszczam, bo przecież tylko o przypuszczeniach może tu być mowa, iż gdy Nietzsche wygłasza pamiętne zdanie „Bóg umarł!” chce oznajmić kres pewnego, czysto ludzkiego pojmowania Boga jako istoty co prawda doskonale wielkiej i potężnej, ale w gruncie rzeczy służącej człowiekowi, a więc „ludzkiej” (z całym bogactwem znaczeń tego przymiotnika). Bóg tymczasem ma zostać uwolniony od naszych idei wolności, sprawiedliwości itd. Ponieważ Nietzsche lubił metafory akwatyczne i szkutnicze powiedzielibyśmy, iż swym sławnym sądem poddaje w wątpliwość nie tyle istnienie kapitana, lecz kapitana-herosa, niezłomnego bohatera. Taki Bóg nie towarzyszy człowiekowi, nie jest członkiem załogi, lecz został obarczony zadaniem prowadzenia statku jakby po części za nas, sprawując rolę automatycznego pilota. W słynnej pieśni „Locomotive Breath” z albumu Aqualung Ian Anderson i Jethro Tull śpiewają, iż świat jest pędzącą lokomotywą, której nie sposób zatrzymać, bowiem Bóg zabrał, lub nawet wręcz ukradł uchwyt hamulca. To wizerunek ponietzscheańskiego Boga, który dzieli losy człowieka, nie jest natomiast ich patronem ani orędownikiem, nie jest nas w stanie ani uratować ani zbawić, a mimo to nie przestaje być bogiem. Uratować Boga przed ludzkim pojmowaniem Boga było powołaniem Nietzschego. Ten-który-Jest nie przedstawia się jako olśniewająca jasność wytyczająca drogę, lecz jako otoczone ciemnością bezdroże. Opuściliśmy świat ikony znalazłszy się w świecie Caravaggia.
    Z.K.: Czy muzyka na „łodzi” jest pewną spójności, czy jej towarzystwo ma wprowadzić pewną podzielność myślenia, a może taką łączącą nas pełnię bezgranicznych imaginacji myślowych, których nie da się wypowiedzieć wprost razem…
    T.S.: Cioran pisze, iż muzyka jest najbardziej filozoficzną ze sztuk Zachodu, gdyż jako jedyna zachowała dyspozycję do zajmowania się tym, co niewyrażalne. Lao-tsy, czy Platon dorównują sobie, gdy muzyka Mozarta, czy Bacha (Cioran doda jeszcze Monteverdiego) nie ma swojego odpowiednika w innej kulturze. „Bez muzyki”, czytamy, „Zachód wytworzyłby jedynie byle jaki, przewidywalny styl cywilizacji. Gdy będzie przedstawiał bilans swoich dokonań, ona jedna zaświadczy, że nie roztrwonił na darmo swego potencjału, że naprawdę ma coś do stracenia” (przł.K.Jarosz). Muzyka jest więc tym, co nieprzewidywalne w naszym myśleniu, a co stanowi źródło refleksji filozoficznej. Przewidywalny styl cywilizacji, o którym mówi Cioran bierze się bowiem z zaniku dyspozycji do dziwienia się, w czym – jak już mówiliśmy – upatrywał inspirującego bodźca dla myślenia Arystoteles. To, co jest przewidywalne nie może nas dziwić, i kurs, który przybrała cywilizacja Zachodu dalekim łukiem stara się omijać to wszystko, co ma cokolwiek wspólnego z zaskoczeniem i zdziwieniem, te reakcje bowiem przyjęto uważać za brak profesjonalizmu i znajomości świata. Wszak potoczne pouczenie utrzymuje, iż człowiek światowy „niczemu nie powinien się dziwić.
    ”Co się dziwisz?”, jest odezwaniem się kończącym rozmowę i zamykającym usta. Jeśli zatem muzyka odnawia ducha dziwienia się, czyli prowadzi nas prosto do źródeł myślenia, zatem nie może ona służyć „podzielności myślenia”. Nietzsche nie bez racji pisał, że słowa znaczą nie tylko swoją semantyką, ale i akustyką. „Kto ochryple mówi, ten ochryple myśli” jest wyrazem jedności myśli i dźwięku. Muzyka słowa jest jego prawdą.
    Z.K.: Chciałbym Panu zadać takie pytanie, już jakby z brzegu ziemi, żeby pan wytłumaczył mi, bo być może błądzę, jak ma się do tej myśli Zaratustry o „uwalnianiu człowieka od ciężaru cudzych idei” ta cała nauka wolności lotu? – chodzi mi o ludzi młodych, którzy podejmują się wszelkich uwolnień. Zwłaszcza dziś, tworząc przeróżne subkultury, wręcz kontr-kultury, co jakby ma odrzucić cokolwiek „zwapnionego” przez czas, on już jest wsteczny. Umieją oni uzasadniać swoje prawo myślenia, swoje pop-modernistyczne „prawdy”, towarzyszącą przy tym wszystkim muzykę np. taki bełkot „rap”, którego czasem nienawidzą – Ale demonstrują w nim arogancję słowną orzekając, że należy się ich muzyki „bać”, a są przy tym wszystkim jeszcze niewykształceni, często nie douczeni, a pustka która jest w nich – jest jeszcze niezapełniona wartościami konstruktywizmu. Oczywiście jest to jakaś wolność wypowiedzi, tyle że bez pojęcia, bez wiedzy o prapoczątku odkąd tylko pojawiła się wyobraźnia. „Wyobraźnia jest ważniejsza niż wiedza” – mówi Einstein. Czy budowanie wyobraźni należy do młodych, którzy są tacy zbuntowani, trywialni, a nie inny, czyli bez doświadczenia? Przy tym wszystkim chcę zapytać, dlaczego w budowaniu tych nowych pojęciowości musi być tyle ekstremy, arogancji i nienawiści? – Bo nie ma to nic wspólnego z prawdziwą naturą człowieka. – A może właśnie ma? – i to bardzo dużo (?).
    T.S.: Dwie uwagi porządkujące na samym początku. Nie sądzę, aby istniało coś, co można by ponad historią i ponad rozbieżnościami myśli określić jako „prawdziwą naturę człowieka”. Przypuszczam, iż stroniąc od przekonania o takiej naturze działamy na rzecz człowieka, jakby ratując to, co jeszcze jest do uratowania. Gdy bowiem spojrzeć na historię, nawet tylko niedawną, niewiele dobrego o tej naturze dało by się powiedzieć. Dla mnie I wojna światowa wyznacza kres pewnego wyobrażenia o człowieku, a zatem w jakimś sensie kres człowieczeństwa. Milion poległych pod Verdun zadaje kłam opowieści o „dobrym z natury człowieku”, a koronuje to niemiecka decyzja bodaj z marca 1917 roku o totalnej wojnie przy użyciu łodzi podwodnych przeciwko wszelkim, także cywilnym, obiektom pływającym. Jonathan Swift, wielki irlandzki mędrzec miał rację, gdy machając ostrzegawczo piórem opędzał się od człowieka jako od dziwacznego i niezrozumiałego tworu natury. Lepiej zatem dla nas, gdy zrzekniemy się swojej „prawdziwej natury” (przekonuje nas o tym lektura choćby Podróży Guliwera) i zamiast tego przyjrzymy się swojemu postępowaniu w określonych sytuacjach i warunkach z nadzieją, że w innych okolicznościach nasze zachowanie będzie, chociaż wielce to niepewne, bardziej przyzwoite.
    Nie jestem także zwolennikiem poglądu jakoby człowiek posuwając się w latach nabierał mądrości. Z pewnością gromadzimy doświadczenia, ale to nie chroni nas od błędów przyszłych, lecz jedynie pozwala krytycznie ocenić błędy już popełnione. Dopóki człowiek żyje, dopóty otwiera się przed nim horyzont zdarzeń, w którym błąd odgrywa kolosalne znaczenie. Gromadzący się w nas czas jest ciężarem, czekający na nas przyszły błąd jest domeną lekkości; błąd nabiera wagi wtedy, gdy przechodzi do przeszłości, stając się przedmiotem ocen, może nawet kary. W momencie dokonywania błędu może on jawić się nam jako najczystsza prawda. Każdy wiek ma więc swoje prawdy i swoje błędy, bowiem każdy wiek pragnie nadziei.
    Wracając do Pańskiego, nieco „socjologicznego” pytania o, nazwijmy to elegancko, agresywność kulturową młodych ludzi: skomplikowaną już rzecz dodatkowo wikła fakt, że owi młodzi, o których Pan mówi, to pierwsze pokolenie, które od początku wyrosło w rzeczywiście niezawisłej Polsce. Okoliczność to niebagatelna choćby z tego powodu, że my, starsi, oczekiwaliśmy z nadzieją, zapewne naiwną, na ukształtowanie się „nowego” Polaka, który korzystając z wolności będzie wiódł dobrze spełnione, przyzwoite życie. Tymczasem z tonu Pańskiego pytania wnioskuję, że spogląda Pan na owo pierwsze wolne pokolenie tak, jak dr Frankenstein spoglądał w mroczny listopadowy wieczór na pokraczny twór swojej wyobraźni i pracy (podkreślam wyobraźnię, bowiem do niej odnosi się część Pańskiego pytania i wypadnie nam do niej jeszcze powrócić). Z podobnym przerażeniem można patrzeć na pojęcie „solidarności”, która z wielkiej filozofii ludzkiej godności stała się najpierw wygodnym atutem w rozgrywce politycznej, a potem kijem bejsbolowym, przy pomocy którego broni się przywilejów branżowych. Musimy jednak pamiętać, iż to my, przytomni czasom pierwszej Solidarności odczuwamy owo bolesne rozdarcie między pamięcią przeszłej wielkości, a degrengoladą teraźniejszości; dla osiemnastolatka „Solidarność” jest już tylko i wyłącznie nazwą ugrupowania politycznego (Solidarność bez etyki Solidarności nie jest Solidarnością wyrzeczenia, lecz solidarnym dzieleniem łupów). O tej oryginalnej Solidarności słyszy co najwyżej w domu, o ile rodzice nie są na tyle zabiegani, by prowadzić jeszcze jakieś sensowne rozmowy przy stole. Zmierzam do tego, że Pańskie gorzkie uwagi o młodym pokoleniu, w których czytam słuszną krytykę wulgarnego nietzscheanizmu należy poprzedzić rozważaniem na inny temat: czy można było spodziewać się czego innego, wobec hegemonii polityki ogłupiania i triumfującej nieprzyzwoitości panującej w życiu społecznym? Otóż straszliwy kicz telewizyjnej rozrywki i jeszcze gorszy kicz spektaklu zwanego życiem politycznym i publicznym (zbiegają się one często w jedno, gdyż – jak dowodzi skandaliczna sytuacja wewnątrz i wokół Krajowej Rady Radia i Telewizji oraz ustawy o mediach, władza nad środkami przekazu jest głównym polem bitwy polityków) zdaje się w jakiejś mierze wyjaśniać kicz dresiarski. Świat zdominowany przez telenowele i starachowickie afery jest światem bez konsekwencji. W pierwszym przypadku dlatego, iż mamy do czynienia z fikcją, w drugim dlatego, iż dowiadujemy się, że karygodne postępowanie spotyka się z nader wyrozumiałym traktowaniem przez wymiar sprawiedliwości albo w ogóle unika jego jurysdykcji. A skoro tak, czy blokers lub raper (pozostaję w kręgu określeń przez Pana przywołanych) nie ma prawa mniemać, iż owa swoboda działania bez konsekwencji dotyczy także i jego? Agresywność ludzka żywi się stanem świadomości i wyobraźni społecznej: jeśli tam panuje niezakłócone przeświadczenie, iż liczy się tylko mój interes oraz sztuka unikania ponoszenia konsekwencji za własne postępowanie (a tą sztukę nasi politycy wynieśli na niespotykane wyżyny), powstaje i w nas pokusa wypróbowania tego rodzaju postawy. Każdy polityk, który odmawia tymczasowego choćby odsunięcia się od wypełnianego urzędu w momencie znalezienia się w aurze niejasności i zatrważających podejrzeń psuje i zatruwa świat w większym stopniu niż czyniły to dawniej huty cynku. Uczy bowiem, iż istota bycia człowieka polega na nieponoszeniu konsekwencji, a zatem na fundamentalnej nieodpowiedzialności. Nim więc poddamy krytyce młode pokolenie za – jak Pan mówi – „podjęcie wszelkich uwolnień” zechcijmy wpierw zwrócić uwagę na to, iż na niespotykanie większą i bardziej szkodliwą skalę uczynili to już dawno niektórzy politycy. To ich działanie zubaża i dewastuje wyobraźnię społeczną, poprzez zawężenie jej skali do brutalnej gry ekonomicznych i politycznych interesów.
    Z.K.: Zatem, może sięgnijmy do „kultu rozumu” – to także z fundamentu przeszłości. – A zatem w ważnym sensie kultu człowieka jest to osadzone. Ten „kult rozumu” za czasów Georga Bernarda Shaw’a zwanego Dżi-Bi-eS był wciąż w wysokiej cenie. To dwóchsetletni poblask humanizmu oświeconego, że wymienię: Shaw, Wells, France, Rolland, a u nas Boy i Słonimski, Czarnowski, Kotarbiński – Chlubna tradycja!, choć nie dla każdego z dzisiejszych własna i czasem niezbyt interesująca – chodzi mi o najnowsze czasy przełomu millenium i nie dla każdego właśnie młodego człowieka ważne!. Shaw wcześniej laureat Nagrody Nobla w literaturze (zaraz po Reymoncie) w 1925 roku uwolniony od ciężaru cudzych myśli i idei był kpiarzem i autorem wielu opowiedzonek i powiedzonek, a nawet aforyzmów, podważał wszędzie wszelką perspektywę. Jak w perspektywie słowa pojmować wolność lotu w przejrzystym powietrzu, skoro tyle zapalonych zwidów i omamów (potwierdzonych czaswm „naukowo”) – Czy to do wszelkich przestrzeni, uwolniania ich, potrzeba trochę radości, zadziwienia, etc?
    T.S.: Nie jestem „zawodowym” filozofem i – ponosząc konsekwencje tego stanu rzeczy – nie mogę uzurpować sobie prawa do formowania ogólnych ocen. To, co powiem wynika więc jedynie z obserwacji zmieniających się zainteresowań czytelniczych kolejnych pokoleń studentów, a te dawno zostawiły na uboczu tradycje, o której Pan mówi. GBS i Wells zniknęli z list lektur anglistów i, co istotniejsze, nikt się o nich nie upomina. Przypuszczam, iż to, co zaszkodziło owym „racjonalistom”, to widoczne gołym okiem pomyłki, jakie popełnili w ocenie sytuacji świata i wizji jego przyszłości. Rozum nie daje więc gwarancji nieomylności, a przeciwnie – łatwo może zostać sługą mistyfikacji i tragicznych urojeń.
    Z.K.:A teraz już jakby z innej filozofii rozumu – Czy to dobra teza: Na końcu rozumu jest niewiara i niewiedza. – I druga teza i pytanie: czy filozofia zabiera ludziom wiarę? – Jak Pan może porównawczo odnieść się do tak postawionego kontekstu?
    T.S.: Postawił Pan pytanie, na które nie ma dobrej odpowiedzi, z tego powodu, iż nie bardzo wiadomo jak pojmować ów „koniec rozumu”. Czy ma to być „koniec” w znaczeniu kresu i zagłady, zdarzenia, po którym rozum nie jest możliwy, bowiem został spopielony wskutek działania jakiegoś niezwykłego ognia? Czy „koniec” jest tylko zakończeniem pewnej fazy, czymś, co wieńczy dzieło i zarazem rozpoczyna następne dzieła? A może „koniec” to po prostu „cel”, punkt, do którego zmierzamy i gdzie czeka nas upragniona nagroda lub odpoczynek? Każdy z tych „końców” ma swoje konsekwencje. Podobnie z „niewiedzą”. Czy mamy ją rozumieć jako brak wiedzy, ignorancję, czy też przeciwnie – natężenie i skupienie wiedzy zmieniającej jakość tego, co zwykle określamy jako wiedzę? Na Pańską indagację odpowiadam zatem tak: rozumowi potrzebna jest świadomość „końca”, gdyż bez niej grozi mu pokusa pewności siebie. Dla dobra samego siebie rozum uznaje, iż jest przeniknięty „końcem”, i to sprawia, że pozostaje „rozumny”. „Koniec” pojmuję tutaj jako to, co zapobiega szaleństwu rozumu (nie ma nic straszniejszego niż szalony rozum, rozum nierozumny rozumem, który postradał zmysły, czyli wierzy tylko samemu sobie), a przejawami owego końca są wszelkie interwencje w sferę rozumu dokonujące się z innych obszarów naszej wrażliwości. Rozum nie jest zamknięty w kręgu dociekań naukowych; formuły w jakie wyniki badań zostają ujęte są formułami językowi, a tu już czai się „koniec” pewnego wyobrażenia o „czystości” rozumu, bowiem język wnosi do precyzyjnego świata rozumu naukowego rozwichrzenie metafory. Nie poradził sobie z tym nawet Kartezjusz, który wyjątkowo metaforycznym językiem walczył z metaforami jako żywiołem dla filozofii niebezpiecznym. Koniec jest więc postacią granicy; im bardziej granica między „rozumem naukowym” a innymi rodzajami i impulsami myślenia staje się przenikalna, tym lepiej dla rozumu. Rację ma Derrida, gdy pisze w Szibbolecie: „…filozofia znajduje się a raczej odnajduje się w okolicach poetyki, tzn. literatury. Filozofia odnajduje się tu, ponieważ niewyraźność granicy filozoficzności jest być może tym, co w największym stopniu zmusza filozofię do myślenia. Filozofia odnajduje się tu i niekoniecznie musi się gubić, jak uważają ci, którzy myślą, że wiedzą, gdzie przebiega granica filozoficzności i trzymają się w niej kurczowo, naiwnie, choć nie niewinnie. Nie mają tego, co trzeba nazwać doświadczeniem filozoficznym, które polega na działaniu kwestionującym granice, na braku pewności co do granic pola filozofii, a przede wszystkim – nie mają tego, co trzeba nazwać doświadczeniem języka, zawsze tak samo poetyckiego lub literackiego, co i filozoficznego” (przeł. A.Dziadek). Na końcu wiedzy jest więc nie-wiedza potrzebna do skorygowania uzurpacji wiedzy.
    „Koniec” jest więc żywiołem filozofii, o ile pojmować go jako dyspozycję do przełamywania granic, uprawiania kontrabandy, podminowywania ustalonych reguł gry ekonomicznej i politycznej, w których to grach granica i jej procedury paszportowo-celne odgrywają pierwszorzędne znaczenie. Czy tak rozumiany koniec pozbawia nas wiary? Odpowiedź jest twierdząca tylko wówczas, gdy traktować wiarę jako przeświadczenie o niezakłóconej niczym trwałości instytucji i wyznaczających je granic. Marnieje nasza czujność, gdy usypiamy siebie myślą o tym, że świat został już całkowicie urządzony i uporządkowany. Zakłócenie takiej wiary uśpionej czujności jest nam koniecznie potrzebne, gdyż bez kwestionowania takich granic nie tylko nie zmieniałby się obraz rzeczywistości (koniec świata komunistycznego nie był rozumowo przewidywalny, wręcz przeciwnie – jak utrzymywało wielu, rozum nakazywał pogodzenie się z zastaną sytuacją i jej granicami), ale i zmarniałaby wiara głęboka, przez którą rozumiem pracę na rzecz podtrzymania nieustannej czujności wobec świata. W niedawno wydanej u nas Fenomenologii życia religijnego Heidegger interpretując Drugi list do Tesaloniczan pisze, iż stanowi on krytykę tych, dla których wiara jest „rozumowa”, i którzy „w oczekiwaniu rychłej paruzji już nie pracują i snują się bezczynnie (…). Zajmują się pytaniem, czy Pan zaraz przybędzie. Brak zatroskania o przypadłości życia prowadzi ich do bezczynności. Są światowo zatroskani w zaaferowanej mowie i bezczynności, stając się ciężarem dla innych…”. I dalej, w innym już miejscu przeciwstawiając mentalność misteryjną chrześcijaństwu dodaje: „Między mistrem a chrześcijaninem jest głębokie przeciwieństwo. Mistr zostaje za sprawą manipulacji wyrwany z układu życia; w stanie ekstazy ma Boga i wszechświat. Chrześcijanin nie zna takiego ‘entuzjazmu’, lecz mówi ‘Bądźmy czujni i trzeźwi’” (przeł.G.Sowiński). Wiara głęboka jest więc (nie)wiedzą: troszczy się o świat, nie zostaje „wyrwana z układu życia”, ale jednocześnie wie, że granice owego świata i granice we wnętrzu owego świata nie są stale utrwalone, a więc w jakiś sposób musi zostać z niego wyłączona.
    Z.K.: Pragnę zapytać o „Traktat teologiczny” Cz. Miłosza. Są w nim pewne ustanowienia (umocowania Noblisty) i pewna filozofia rozumowania, przemyślenia wprost wzięte z doświadczenia. Są pewne tezy i wnioski, stosunek do Boga i pogaństwa (?) – Ale też są różne interpretacje, a co za tym idzie i kontrowersje. Tym samym dzieło to, poemat, staje się bardziej ciekawsze(?) Wydaje się zrozumienie tego dzieła od rodzaju inteligencji i użycia wyobraźni także tej socjologiczno-filozoficznej. – Jaki jest Pański stosunek, w tym i ten emocjonalnym, dla tej osobowości?… Chcę przytoczyć, jeszcze zanim padnie odpowiedź, słowa Gombrowicza, uważanego za filozofa literatury, dotyczące tej postaci noblisty (zanim jeszcze nim został) – Otóż Gombrowicz zaznaczył w „Dzienniku” takie oto słowa: „Ja wobec Miłosza zalecam wszystkim ostrożność, bo Miłosz zaciera kontury…” – Na ile można, i na ile może sobie pozwolić wybitny poeta intelektualista i eseista, skoro jest już naszym sumiem? – Udaje się czasem dostrzec, nawet w wybitnych dziełach, dużo cynizmu. Oczywiście nie twierdzę, że tu w tym poemacie także! – Czy może Pan odnieść się do dzieła jako „wybitny filozof” – Celowo mówię: filozof, a myślę „wybitny teoretyk” – to bliskie.
    T.S.: Jeszcze raz podkreślam, że wypowiadam się nie jako filozof, którym nie jestem, lecz jedynie jako czytelnik-rzemieślnik litery. Jeśli istotnie Gombrowicz tak się wyraził o Miłoszu, to w moim odczuciu nie ma nic nagannego w tym, że się „zaciera kontury”. Jednym z ważkich impulsów myśli współczesnej była problematyka granicy, która przecież jest niczym innym, jak rozważaniem roli zarysu i konturu w naszym przeżywaniu świata. Sam język informuje nas o tym; wszak granice „wykreślamy”, „rysujemy”. Jeśli rozważamy granicę, rozważamy tym samym kontur. Rzecz w tym, iż przyzwyczailiśmy się do traktowania granic jako nieprzenikalnych, linii patrolowanych przez specjalne służby o nadzwyczajnych uprawnieniach, zaś tych, którzy granice przekraczają choćby z najmniejszym podejrzeniem nielegalności traktujemy z całą surowością jako niepożądanych obcych, imigrantów obciążonych ładunkiem wybuchowym mającym zniszczyć nasz świat. Wystarczy otworzyć oszalałą książkę Oriany Fallaci, aby zetknąć się z całą patologią myślenia utrwalającego kontury i jednoznacznie przypisującego wartości. Gdy wyliczywszy wszystkie możliwe podłości (w tym rodzenie dzieci) jakich dopuszczają się nielegalni imigranci we Włoszech Fallaci pisze: „Czy muszę ci przypominać, że Włochy są praktycznie wyspą na łasce muzułmańskich imigrantów, długim mostem rozciągniętym pośrodku Morza Śródziemnego, krajem, który ma prawie 8,5 tysiąca kilometrów wybrzeży niedających się kontrolować?” (przeł.K.Hejwowski), nie możemy nie odczytać tego jako pochwały rysowanej grubą, prostacką krechą granicy. „Zacieranie konturu” po takiej lekturze jest jak otwarcie okna i zaczerpnięcie łyka świeżego powietrza. Pozwolę sobie przypomnieć, że nieprzypadkowo w sztuce nowoczesnej znamienny jest wspomniany już przez nas gest Roberta Rauschenberga, który wymazawszy gumką rysunek Willema de Kooninga wystawił go w 1953 roku jako oryginalne dzieło artystyczne.
    Sumienie (bowiem posłużył się Pan tym słowem) nie polega na zakreślaniu wokół siebie magicznych kół, poza które – niezależnie od czasu i okoliczności – nikt i nic nie ma wstępu; przeciwnie – sumienie to spotkanie z tym, co inne i obce, a co z konieczności przychodzi spoza granic. Owo „inne” jest także historycznie uwarunkowane; gdyby nie pewien splot zmiennych warunków, być może nigdy nie zbliżyłoby się do moich granic. Zatem sumienie jest zawsze w jakimś czasie i miejscu, zawsze nosi jakąś datę, i dlatego męki sumienia stanowią takie cierpienie. Coś, co jest wieczne, co nie zna czasu nie może cierpieć, bowiem ból zawsze ma swój czas, co więcej – w cierpieniu sam czas staje się już cierpieniem. Czyż chorując nie pytamy ‘dlaczego ja?’, ale także ‘dlaczego teraz właśnie, ‘teraz’ gdy świat wyglądał tak obiecująco?’. Tak, jak każda data jest pojedyncza, bowiem zdarza się tylko raz (choć powróci w cyklu rocznym, nie będzie przecież dokładnie taka sama), tak i grzech, na który reaguje sumienie jest „pojedynczy”, zdarza się w określonej sytuacji, pod wpływem jakichś właściwych tej sytuacji czynników. Powracając do przywołanej już kwestii Heideggera: sumienie jest szczególnym ostrzem naszej czujności i trzeźwości wobec świata. Kto jest bez sumienia, ten śpi snem człowieka upojonego alkoholem, ciężkim, niezdrowym, pełnym majaków snem nietrzeźwego. Jeśli więc Miłosz w Traktacie teologicznym zaciera kontury i szczypie nasze sumienie to daj nam panie Boże więcej takich tekstów.
    Z.K.: I już zupełnie na sam koniec naszej rozmowy pragnę zapytać o kwestie katolicyzmu cytatem z „Dziennika” Gombrowicza, chodzi mi o Pański stosunek do tej kwestii, a mianowicie: „Jeżeli katolicyzm wyrządził w moim pojęciu wielkie szkody polskiemu rozwojowi, to ponieważ spłycił się w nas do wymiaru zbyt łatwej i zbyt pogodnej filozofii, będącej na usługach życia i jego bezpośrednich potrzeb. Z katolicyzmem głębokim, tragicznym nietrudno porozumieć się dzisiaj literaturze, albowiem zawiera on treść emocjonalną, która i w nas rośnie i „gdy spoglądamy na rozwydrzenie świata. Odwrót! Odwrót! Odwrót!” – Czy tu idzie o politykę? a dodam też, że słowną…
    T.S.: Rację ma Gombrowicz, gdy pisze, iż polski katolicyzm był jakby nadmiernie „polityczny”. Nie używa tego słowa, pozwalam sobie dopisać go pod wpływem lektury Platona. Gombrowicz mówi o polskim katolicyzmie jako o filozofii pogodzenia się z potrzebami świata; Platon w Państwie napisze, iż politycy nie lubią nauki, ta bowiem zajmuje się rzeczami „trudnymi”. Polityka uwielbia łatwość, na łatwość nastawiony był katolicyzm w Polsce. Oczywiście, rzecz nie w „łatwych” okolicznościach historycznych. Przeciwnie, te były przez znaczną część nowszej historii dramatyczne lub wręcz tragiczne. Może zresztą dlatego właśnie myślowo i duchowo wiara polska przyjęła kurs na „zbyt pogodną filozofię”. Pośród mroków historii, gdy gęsto od przeciwników i wrogów, niechże myśl przynajmniej spoczywa na niebieskich łąkach. Stąd pewnie i zachowawczość polskiego Kościoła: poddanie się eksperymentom i pokusom nowości jest tym, co osłabia spoistość, a tego przecież tylko oczekiwał przeciwnik-okupant. Rozumiem i szanuję korzenie owego konserwatyzmu prowadzące podziemnie do czasów rozbiorów, gdzie przetrwanie narodu bez państwa warunkowane było przywiązaniem do tego, co tradycyjnie niezmienne. Pragnąłbym jednak, by rzeczywistość erodujących granic oddziałała także na myślenie Kościoła; z uwagą śledzę próby podjęte niedawno przez Synod Diecezji Opolskiej. W efekcie wszystkich procesów oddziałujących na rzeczywistość przypuszczam, że czeka nas, ludzi wierzących wielka intelektualna praca (pisał o niej już Stanisław Brzozowski), której wynikiem będzie pojawienie się katolicyzmu „trudnego”, niepolitycznego, tzn. takiego, który unika gotowych odpowiedzi i dla którego akt wiary jest aktem tragicznego wyboru. Skokiem w ciemność. Jeśli świat jest, jak pisał Gombrowicz „rozwydrzony”, to pewnie w znacznej mierze takim pozostanie; ale katolicyzm będzie się starał rozwydrzenie owo moderować wskazując na dramatyczność losu człowieka opuszczonego na ziemi. „Rozwydrzenie” bowiem polega, jak mniemam, na tym, iż poddaję świat bezkompromisowemu działaniu mojej woli, czuję się bezkarny, gdyż albo broni mnie pewna zbiorowość (może ona mieć także charakter kościelny), albo czuję się tak silny, iż lekceważąc wszystko uznaję, iż wolny jestem od ponoszenia konsekwencji swoich kroków. Tak, czy inaczej „rozwydrzenie” to odrzucenie doznania opuszczenia. „Rozwydrzony” jest ten, kto w swoim postępowaniu nie dopuszcza do siebie samotności i opuszczenia, bowiem jest przekonany o tym, iż zawsze będzie w stanie je przekroczyć dzięki swojej arogancji lub dzięki sile i arogancji tych, którzy go popierają. W tym znaczeniu polityka uprawiana przez partie jest a-religijna: jej zasadą jest bowiem wspierać „swoich” tak, aby nie doznali, broń Boże, opuszczenia, to znaczy kłopotów, problemów, by nie ponosili konsekwencji. Sprzeciwiać się „rozwydrzeniu” to przeciwnie – opuszczenia doznawać, być z Chrystusem cierpiącym i wątpiącym, odsuwając na dalszy plan Boga triumfującego i przychodzącego w chwale. Przeżywać ukrzyżowanie nie wedle lekcji Perugina, lecz Grünewalda: nie błękit, lecz dojmująca ciemność, nie wyrazista harmonia, lecz konwulsyjna rozpacz, nie chwała, lecz opuszczenie i samotność.
    Z.K.: Jak pan uważa – czy stać nas będzie na to, żeby (powiedzieć) wewnętrznie zrozumieć – no i kiedy to stać się może? – żeśmy za daleko w głąb sobie już zabrnęli. Czy jest nadzieja (?), że gdy zechcemy wycofać się z siebie, ręka Boska poda duży palec? – Ta dusza, doświadczona powielokroć, poznała (jak żadna inna), sekret odwrotu… Bo tu trzeba też powiedzieć, że nauka, która zawsze coś „rozwala”, ongiś rozwaliła państwo rzymskie. A może być sprzymierzeńcem naszym o zburzenie wyniosłych gmachów w drodze do takiej zupełniej prostoty i nagości, do najzwyklejszej cnoty… Pytam o dzisiejszy czas. Jak wybitny naukowiec stawia sprawy tego świata i co przewiduje? – Oczywiście proszę wciąż o filozoficzne uzasadnienie np. konfliktu kultur, itp. rzeczy, tego współczesnego świata, coraz bardziej rozedrganego i chyba nieumiejącego patrzeć z brzegu kosmosu na siebie, z braku czasu? – Jak to jest?
    T.S.: Nie sądzę, by to nauka zburzyła imperium rzymskie, choć dobrze, że o owych imperium Pan wspomniał, gdyż wielu powiedziało by, iż dzisiejszy świat odnalazł swój Rzym w Ameryce. Ale tym bardziej potencjalnie destruktywny wpływ nauki wydaje się z jednej strony monotonnie oczywisty (przed nauką zawsze otwierały się regiony niedozwolonych pokus), z drugiej – wątpliwy: to w Stanach Zjednoczonych łoży się najwięcej pieniędzy na uprawianie badań naukowych, a więc „imperium” zdaje sobie świetnie sprawę z tego, co stanowi podstawę jego potęgi. Jeśli filozof przywołując Hölderlina mówi, iż żyjemy w czasie marnym, to przypuszczam, iż to nie ze strony nauki grożą nam główne niebezpieczeństwa. To, co nam grozi to zwycięstwo świata, w którym kategoria zamknięcia bierze górę nad wszelkimi odmianami otwartości. Terroryzm jest zwycięstwem zasady skrytości nad otwarciem. Nie tylko dlatego, iż organizacja terrorystyczna wymaga konspiracji, czyli działania usuniętego na margines społeczeństw „otwartych”. Przede wszystkim powodem jest to, iż czyn terrorystyczny jest „zamknięty” przed innymi ze względu na swój nieprzenikliwy, nieprzejrzysty charakter: jest zaplanowany i przygotowany, ale ma pojawić się w rzeczywistości jako „przypadkowy” w sensie bycia zdarzeniem „nie do przewidzenia”. Otwartość dzisiaj wszędzie wycofuje się przed taktykami zamknięcia: Izrael absurdalnie izoluje się murem od otaczających go Arabów, Europa tworzy nieprzenikliwy kordon wokół swoich granic. Oto retoryka uszczelniania granic, której paradoks polega na tym, iż dzisiaj, aby obronić resztkę otwartości często należy stosować procedury charakterystyczne dla polityki zamknięcia: ogranicza się swobodny ruch obywateli, kontroluje pocztę i rozmowy telefoniczne, jak widzieliśmy niedawno w Polsce – wprowadza się elementy prewencyjnej cenzury prasowej. Świat w coraz większym stopniu staje się oblężoną twierdzą. W jej wnętrzu kwitnie życie a zapasy żywności wypełniają liczne magazyny, tymczasem na zewnątrz jej murów rozciąga się królestwo niedostatku. Jeśli w centrum formacji oświeceniowej spoczywała idea miary obejmująca zarówno jednostkę (zasada harmonijnego rozwoju osobowości), jak i państwo (zasada sprawiedliwości), nasz świat cechuje dotkliwy kryzys miary. Rzeczywistość jest bez-mierna nie z powodu odległości geograficznych, te bowiem odgrywają coraz mniejszą rolę, lecz z powodu braku wspólnej miary pozwalającej na mierzenie rozmaitych porządków życia. Mówiąc jeszcze inaczej, słowa są instrumentem izolowania się i zamykania, a dzisiejszy świat cierpi na deficyt szibboletu, czyli słowa otwierającego drzwi. Szibbolet, jak mówi Derrida, „jest dany lub obiecany przeze mnie innej pojedynczości, temu oto człowiekowi, po to, aby mógł go ze mną dzielić, aby mógł wejść lub wyjść, aby mógł przejść przez drzwi, linię, granicę, próg”(przeł.A.Dziadek).
    Czym był atak na wieże WTC w Nowym Jorku? Niektórzy twierdzą, iż to wypowiedzenie przez Islam wojny cywilizacji Zachodu, która teraz winna bronić się zawzięcie przeciwko wszystkiemu, co przychodzi spoza jej kręgu; przesycona nienawiścią książka Oriany Fallaci posuwa to myślenie do granic absurdu. Inni mówią, iż to gest desperacji dokonany w imieniu tych, których świat wykluczył ze swojej uczty. Być może pewne racje kryją się w obydwóch tych postawach, jednak jeśli pomyśleć o tym, co stało się 11 września 2001 roku w Nowym Jorku w perspektywie politycznej i filozoficznej ukażą się dwie linie rozumowania. Politycznie rzecz biorąc, świat Zachodu mówi o konfrontacji kultur dlatego, że nie wypracował nigdy żadnej Realpolitik wobec krajów arabskich, gdy polityka taka zawsze istniała wobec Izraela. Być może część winy ponoszą tutaj sami Arabowie, wewnętrznie poróżnieni i odlegli od siebie, ale zastanawiająca jednostronność wysiłków polityki Zachodu nie budzi wątpliwości. Z filozoficznego punktu widzenia mieliśmy do czynienia z niebywałym i tragicznym wydarzeniem, które człowiek znosi z trudnością, o którym wzdraga się myśleć, bowiem wszelkie spopielenie, zamienienie czegoś pięknego i trwałego w stos popiołów rozwiewanych przez wiatr jest dla nas nie do pojęcia. Zupełnie jakby nie tylko nie mieściło się to nam w głowie, ale wręcz nie mogło zmieścić się w czasie; czy istnieje tak pojemna data, w której dało by się zamknąć tak tragiczne zdarzenie? 11 września 2001 roku jest precyzyjna datą, ale siła tych cyfr polega na tym, iż szyfrują one to, co dla naszego pojmowania stało się w jakimś innym czasie, w bocznej jego odnodze (jakby napisał Bruno Schulz). Piszemy 11/9, ale w istocie myślimy o czymś, co stało się w czasie niepojętym, w – pięknie mówi Celan – „luce w kalendarzu”.
    Galway Kinnell, amerykański poeta, autor elegii poświęconej pamięci ofiar WTC pisze, iż zapadające się w sobie i grzebiące w swych ruinach tysiące ludzi wieże ukazały, podobnie jak zagłada Żydów, Cyganów i innych nacji w trakcie II wojny światowej, śmierć jako zjawisko pozbawiające spokoju. Nic nie jest spokojne po tych wydarzeniach. Gdy śmierć, niezależnie od bólu i cierpienia żałobników, stanowi ostateczne uporządkowanie spraw życia, śmierć, która w upalny nowojorski poranek nawiedziła wieże WTC, podobnie jak zagłada ofiar holokaustu nie porządkuje niczego, nie powraca nas do życia po wykonaniu pracy opłakiwania. Dzieje się tak dlatego, że chcemy za śmiercią doszukiwać się rozumności, znajdować za jej kulisami być może opętańczą, ale jednak logikę. W ten sposób odejście z tego życia albo zostaje zbiurokratyzowane (obozy koncentracyjne były przykładem takiej właśnie straszliwej maszynerii nie tylko do zabijania, ale i katalogowania i klasyfikowania) albo usuwa się w ogóle ze sfery ładu, nie podlega niczemu i nikomu, a wtedy mówimy o nieszczęśliwych wypadkach, czy tragicznych zbiegach okoliczności. Tak rozumiemy katastrofę Titanica, tak jesteśmy ją w stanie pojąć i opłakać – jako dzieło przypadku, a więc coś, co nieprzewidywalne, co zdarza się jak uderzenie pioruna. Chrześcijanie modlą się o zachowanie od nagłej i niespodziewanej śmierci, po to aby móc się na nią przygotować i nie znajdować się w tej ważkiej godzinie w anarchicznym kręgu przypadku. 11 września pozostawił nas właśnie w tym piekielnym kręgu. Śmiertelne uderzenia nie były wynikiem sprawnie funkcjonującej nieludzkiej buchalterii śmierci (nie chodziło o to, aby pozbawić życia wybraną grupę ludzi, czy jedną lub kilka nacji), ale nie były także czystym przypadkiem (lot został zaplanowany i nawet w pewnym sensie „przećwiczony”). Świat żyje w cieniu nieprzewidywalnego: przewidujemy, iż atak nastąpi, lecz nie wiemy kiedy i gdzie. Przy czym teraz owo nieprzewidywalne nie ma już charakteru „naturalnego”, nie jest jak cyklon, trzęsienie ziemi, czy góra lodowa, lecz jak rozmyślne działanie, którego sposób przygotowania i motywy są konstruowane tak, aby nadać mu walor równocześnie celowości (atak ma czemuś służyć) i przypadku (nie następuje wedle przewidywalnej i powtarzalnej logiki). Pojawiła się w naszej rzeczywistości nowa kategoria wydarzeń, którą można by nazwać zdarzeniami celowo-przypadkowymi. W rezultacie od dwóch lat świat przewiduje nieprzewidywalne (tak przecież brzmią ostrzeżenia służb wywiadowczych mówiące o możliwości ataku, lecz nie precyzujące nigdy ani czasu, ani miejsca, ani wykonawców), usiłując przenieść to, co celowo-przypadkowe do kręgu porządku albo umieścić je w obszarze nieuporządkowanego przypadku.
    Z.K.: Jeszcze raz dziękuję za ten wykład i reportaż z rejsu „Nietzsche’m”.
    T.S.: I ja dziękuję za ciekawe pytania.

  • BABILON SIĘGA POLSKI A NAWET DALEJ

    rozmowa z HATIFEM JANABI, poetą, tłumaczem, teatrologiem, eseistą i pracownikiem naukowym Uniwersytetu Warszawskiego

    ZBIGNIEW KRESOWATY: Zaprosiłem Cię do rozmowy, w której będziemy chcieli ujawnić zależności wynikające z transformacji, a nawet przeszczepiania, polskiej literatury i jej wartości w całkiem odmienną kulturę, w tym przypadku, do świata arabskiego, orientalnego, lub jak kto woli, na Wschód, skąd przecież Ty pochodzisz i stamtąd, to znaczy z Iraku, wyjechałeś w poszukiwaniu swojego Babilonu, w poszukiwaniu miejsca na realizację, nazwijmy to tak, marzeń. Jak wiadomo, w takim przypadku najpierw trzeba stać się „obywatelem świata”, poszukiwaczem, wędrowcem, a i degustatorem, innych, obcych kultur. Jak w efekcie tego wszystkiego doszło do twojego zainteresowania literaturą polską – ? Mieszkasz w Polsce długo, bo ponad 22 lata, tu wykładasz język i literaturę arabską, tu odbyłeś studia doktoranckie, założyłeś rodzinę, znalazłeś swoje miejsce, posiadasz obywatelstwo polskie, jesteś uznanym poetą i tłumaczem. Możesz mówić, że Twój Babilon sięga aż do Polski. O tym, że jest w tym powiedzeniu coś na rzeczy, świadczy także fakt, iż niegdyś Julian Tuwim w arcypoemacie Kwiaty polskie określił Łódź, miasto swojej młodości, jako „bajeczny Bagdad”. Wspomnijmy także o „pamiętniku artysty” pisanym przez Cypriana Kamila Norwida „na Babilon”. Skąd wzięły się Twoje inspiracje naszą kulturą i sztuką, przez jaki pryzmat spojrzałeś niegdyś z Wieży Babel Świata, aby właśnie „w kraju nad Wisłą” osiąść z nadzieją pozostania – ? Jak na to wszystko patrzysz, gdyż jesteś znakomitym przykładem transformacji całego siebie w imię wyższej sprawy – ?
    HATIF JANABI: Jeżeli chodzi o mój pierwszy kontakt, już nie tylko z literaturą polską, a w ogóle z Polską, to sięga on początku lat 70-tych. Przebywałem wtedy jeszcze w rodzinnym, irackim domu, w miejscu urodzenia, i zdarzyło mi się na pierwsze skromne początki słyszeć, a później czytać, takich autorów i artystów jak Grotowski, Herbert, Różewicz, Wajda i innych. Miłosza jeszcze wówczas nie znałem, bo przecież nie był tak bardzo wtedy podziwiany, dopiero będąc w Polsce w roku 1980 dowiedziałem się, że był „mocno” zakazywany, i że mało kto, tak na dobrą sprawę, nawet z Polaków, wiedział coś o nim szerzej. Jedynie redakcje czasopism konwersowały o tym, a ja z nim miałem już pewne kontakty. Nawet moi arabscy koledzy po fachu nie wiedzieli o działalności polskich opozycjonistów przebywających wtedy za granicą. Ale wracając do zagadnienia, skąd ja tam w Iraku mogłem poznawać twórczość wyżej wspomianych autorów – ? Otóż wiemy bardzo dobrze o tym, że w 1942 roku Armia Polska dowodzona przez generała Władysława Andersa wkroczyła z terytorium byłego ZSRR do Iranu, Iraku, Palestyny, a stąd część z nich jechała dalej do „ziemi włoskiej”, i niewątpliwie pozostawiła na tych ziemiach jakieś ślady. Przecież w tej armii byli poeci, aktorzy, malarze i całe zaplecze kultury, o czym zresztą będę jeszcze mówił. Co się zaś tyczy póżniejszych kontaktów Polski z Irakiem, to przecież, jak wiemy, były one dość otwarte z reżimem irackim Ahmeda Hasana Al-Bakra i później Saddama Hussaina, gospodarczo, finansowo, itp. itd. No, przecież nie znano innych mechanizmów, uznawanych wtedy powszechnie politycznych kontaktów, ale one też działały, chociaż zwykłych Irakijczyków to bardzo mało obchodziło, a sympatia do Polski zawsze brała w nich górę. Ale jeżeli chodzi o intelektualistów irackich, to oni zdawali sobie sprawę ze wszystkiego, tym bardziej, że kontakt z tymi pozostałościami po armii Andersa utrzymywał się, chociażby przez to, że część Polaków z tej armii, głównie malarzy, pozostała w Iraku na stałe, z wiadomych przyczyn, i jakoś wpływała na prawidłowy obraz Polski, co było trudne do odgadnięcia przez wszystkich „obcych” sprawie Wschodniej Europy, która zmieniała przecież wówczas swoje oblicze. Polacy pozostając tam w Iraku, wywierali pewien wpływ na formowanie się współczesnego irackiego malarstwa… Rzeczą, o której warto wspomnieć w tym miejscu jest to, że podczas II wojny światowej Józef Czapski, wraz z innymi artystami polskimi służącymi w armii Andersa, brał aktywny udział w życiu kulturalnym Iraku…
    ZBIGNIEW KRESOWATY: To jest bardzo ciekawe i interesujące, a i bliskie spraw literackich….
    HATIF JANABI: Zresztą z literaturą było podobnie. Powstały później publikacje naukowe na temat tych specyficznych kontaktów iracko-polskich po II wojnie światowej. Pierwszą z nich, to była tutaj w Polsce napisana przez mojego kolegę, malarza i rzeźbiarza, który teraz przebywa w Danii, praca doktorska w Instytucie Historii Sztuki Uniwersytetu Warszawskiego. On w tej swojej pracy, poświęconej malarstwu irackiemu, wspomina dość wyraźnie o tych wpływach, a przede wszystkim o takich polsko-irackich kontaktach. Potem w latach 90-tych ja osobiście dowiedziałem się od św. pamięci Artura Międzyrzeckiego, że Józef Czapski de facto swój pierwszy tomik poezji zatytułowany „Chankin” napisał w Iraku. Taką tajemnicą się ze mną podzielił… Szedł wtedy z armią Andersa, był w Chankinie koło Bagdadu. To są tylko niektóre przykłady początków wzajemnego zainteresowania się naszych krajów, a w tym i tej mojej znajomości Polski. Czyli, po pierwsze, spowodowały tę znajomość jakieś sympatie pozostałe po pobycie armii Andersa, po jego ludziach, gdyż, jak wiadomo, w każdym wojsku są jacyś intelektualiści, poeci, dziennikarze, a zwłaszcza wtedy, gdy istnieje konieczność obrony własnego kraju… Natomiast, abstrahując od tego wszystkiego, co powiedziałem dotąd, kiedy przyjechałem do Polski w roku 1976, a potem, po pobycie w USA i wielu innych krajach, doszło do ścisłego kontaktu Polski i Polaków ze mną, jako arabistą, jako absolwentem Uniwersytetu Bagdadzkiego, zarazem jako poetą, który już wtedy publikował w arabskojęzycznych czasopismach, i o mnie się mówiło, jako o takim dobrze zapowiadającym się, obiecującym autorze. Wtedy po roku mego pobytu w Polsce otrzymałem legitymację Związku Literatów Irackich, służącą jako wezwanie do powrotu – tak to odebrałem. Czyli zostałem jakby samoistnie przyjęty do tego związku, z którego zresztą po trzech latach mnie wyrzucono, gdyż nie wracałem, nie byłem po stronie reżimu Saddama, gdyż wydano drukiem tu i ówdzie moje rzeczy zawierające nieocenzurowane zwroty, pełne sprzeciwu wobec jego władzy, która miała przy tych układach w Polsce komunistycznej swoje „wtyki” esbeckie, i tym samym znalazłem się w Polsce na statusie emigracyjnym.
    ZBIGNIEW KRESOWATY: Znalazłeś się wtedy na tak zwanej „czarnej liście”, jako wróg…
    HATIF JANABI: Tak, chyba, a nawet na pewno tak. Znalazłem się na takiej liście wraz z grupą opozycyjnych artystów i pisarzy irackich…
    ZBIGNIEW KRESOWATY: W efekcie tej opieki, jak wiem, podpalono Ci mieszkanie i miałeś tak zwanych „łapsów”, którzy deptali za Tobą… Ale to wszystko nastąpiło później…
    HATIF JANABI: O tak, ale o tym przy innej okazji. W tym poszukiwaniu mojego miejsca ważnym było otrzymać jakiś punkt zaczepienia, a w moim przypadku, jakieś stypendium. Od razu otrzymałem wtedy stypendium rządu polskiego, ale z zamiarem studiowania teatrologii, o czym zawsze marzyłem, ale najpierw było skierowanie na naukę języka polskiego, do Łodzi, na Studium Języka Polskiego dla Cudzoziemców, które – nomen omen – popularnie nazywają „łódzką Wieżą Babel”. Tam przeszedłem rok nauki języka, poznawania niuansów polszczyzny… W efekcie otrzymałem później skierowanie nie na teatrologię, lecz na polonistykę, którą ukończyłem na Uniwersytecie Warszawskim w 1979 roku, a dopiero potem rozpocząłem swoje studia teatrologiczne, otrzymując doktorat w roku 1983.
    ZBIGNIEW KRESOWATY: Ale wróćmy do Twoich kontaktów z literaturą…
    HATIF JANABI: No właśnie. Będąc wtedy w Warszawie, jakby już na stałe, z tym swoim dorobkiem literackim, zajmując się rozmaitymi dziedzinami sztuki europejskiej, w tym i polskim teatrem, literaturą, nie mogłem ograniczyć się tylko do pisania wierszy, ale chciałem czegoś więcej. Dla prasy arabskiej, z którą miałem kontakty, głównie poza Irakiem, zacząłem pisać o tak zwanym „ruchu kulturalnym” w Polsce. Masę tego publikowałem, nawet o dużej części dowiedziałem się dopiero później, że to się gdzieś ukazało. Była to taka wewnętrzna potrzeba ukazania siebie Babilonowi na jakimś piętrze jego Wieży…
    ZBIGNIEW KRESOWATY: Tak więc byłeś jakby takim „korespondentem” literackim i artystycznym dla współczesnych środowisk opiniotwórczo-artystycznych w świecie arabskim i nie tylko, gdyż odwiedziłeś wcześniej także inne strony świata…
    HATIF JANABI: Dosłownie. Więc, ja pisałem wtedy o wszystkim, co polskie – o filmie, teatrze, festiwalach, o całej polskiej literaturze, a co zresztą nie mogłoby się odbywać bez znajomości tych tematów, to jest jasne. Przeprowadziłem wtedy dużo wywiadów, między innymi z Tadeuszem Łomnickim, który opublikowałem w Maroku, pod koniec lat 70-tych. Ale kontynuując, co do moich zainteresowań literaturą, dziwne to było, że pierwsze wiersze, które ja tłumaczyłem z polskiego na arabski, to były teksty Vicente Aleixandre y Merlo, Hiszpana z „pokolenia 1927”, laureata Nagrody Nobla z 1977 roku. Wcześniej w Polsce Marek Baterowicz przetłumaczył z tej okazji jego rzeczy i pod koniec lat 70-tych ukazał się wybór jego wierszy w PIW-owskiej tak zwanej „czarnej serii”. Ostatnio wiersze Aleixandra przypomniano w antologii „Poeci nobliści: 1901 – 1993” wydanej przez warszawską oficynę „Anagram”. Ja nie wiem dlaczego przetłumaczyłem to wtedy na język arabski, tego nie wiem do dziś. Oczywiście, po tych wszelkiego rodzaju penetracjach przy okazji mego „korespondowania”, bardzo szybko sobie uzmysłowiłem, że literatura polska jest niezwykle bogata, szczególnie jeżeli chodzi o poezję. Pomyślałem, że szkoda, iż takie bogactwo nie jest w pełni należycie znane i rozumiane, nawet nie tylko w Europie, ale i w świecie. Arabowie przecież zawsze byli pozytywnymi pośrednikami pomiędzy Wschodem i Zachodem, dając z siebie coś i coś odbierając.
    ZBIGNIEW KRESOWATY: Ale jak myślisz, czy tego przyczyną było to, że literatura polska długo nie przesiąkała do innych kultur, do szerokiego świata przez mur „czerwonej zarazy”, który skutecznie eliminował ciekawe, aczkolwiek zagrażające komunizmowi, elementy porozumiewawcze, także z tamtej strony – ? Myślę, że ten przekaz poza ówczesny „obóz”, chociaż rwał się ku Europie i szerokiemu światu, musiał być w jakiś sposób odbierany i rozumiany z udziałem składnika tak zwanego „czuwania”, a to było chyba także i pewną trudnością w odbiorze tego przekazu. Kultura polska nie pozostaje nigdy wolna od wpływu burzliwych ruchów historii, dzięki czemu zresztą zawsze powstaje jakaś nowa jakość w sztuce. Były wtedy pewne bariery, uwarunkowania, a nawet schematy, co zresztą utrwalało się coraz bardziej….
    HATIF JANABI: Oczywiście, mogło. Ale moim zdaniem głównymi przyczynami takiej nieznajomości kultury polskiej w świecie są trzy rzeczy. Pierwsza z nich polega na tym, że język polski jest jednak językiem trudnym i raczej o ograniczonym zasięgu oddziaływania. Druga rzecz – Polska nigdy nie była krajem kolonialnym, chociaż można by tu mówić o pewnego rodzaju poddaństwie względem Polski, ale wręcz odwrotnie, Polska zawsze mocno ustanawiała się „kontra”, zwłaszcza politycznie. I trzecia rzecz to taka, którą podzieliłbym na dwie części, jedna polega na tym, pomimo tego, co powiedziałem przed chwilą, że sami Polacy są leniwi jeżeli chodzi o rozpowszechnianie swojej kultury poza granicami Polski….
    ZBIGNIEW KRESOWATY: Ale tutaj wchodziłby w grę aspekt tej ówczesnej bariery komunistycznej, która skrzywiła wszystko, nawet pojęcie tego mechanizmu polskiej samodzielności. Nie można było przenikać nawet we własne dusze. Były pewne rzeczy, które emanowały i jakby przenikały w świat, ale wszystko poprzez namaszczenie ręką „wielkiego niedźwiedzia”, poprzez typowane związki, oparte na biurokratycznej zasadzie socrealizmu i jednocześnie zabarwione tą cykutą partyjną, jej wydawnictwa, typy… Rzeczy, które zresztą nie są Ci nie znane, czy obce… Nie każdy, jak wiesz, dobry poeta chciał drukować w czasopismach dotowanych przez PZPR i tego typu podobne rzeczy uprawiać, gdyż, jak wiadomo, prawda musi być czysta i zawierać element duchowej wierności swoim przekonanion twórczym, wolności szeroko pojętej… Oczywiście, można było oszukać cenzurę, co niejednokrotnie sam robiłem, ale takie rzeczy były czasem podejrzane i niejednoznaczne, co zresztą ciągnie się do dziś. Istniała tak zwana Polonia, ale Polonia nigdy nie odzwierciedlała prawdziwej materii tej sprawy, była często bezradna, czasem sentymentalno-rewolucyjnie wznosiła pewne hasła, co nabierało zupełnie innego wyrazu i znaczenia w kraju. Nie odzwierciedlała tego krajowego kolorytu i tych wartości, które tu w środku, w kraju powstawały jakby na żywo….
    HATIF JANABI: Druga część tej trzeciej przyczyny tkwiła w słabej polskiej gospodarce, realia ekonomiczne zawsze rządzą kulturą na zewnątrz i wewnątrz, chociaż znane jest powiedzenie, że sztuka, która powstała w wyniku szczególnych przyczyn i konkretnych miejsc, jest dobra i szczera, to prędzej czy później wniesie się „ponad poziomy”, ale na to potrzeba czasu, a czas biegnie dziś coraz szybciej i pewne rzeczy są po prostu zapominane. Oczywiście, należy to tak rozumieć, ale z tą ekonomią to bez przesady. Po prostu, gdyby były z zewnątrz odpowiednie, sensowne dofinansowania „z góry”, z poszanowaniem prawa autorskiego, to, oczywiście, takie windowanie rodzimej kultury jest bez precedensu, z czym musimy się zgodzić. Ale ja, broń boże, nie stawiam tutaj żadnych zarzutów… To są jedynie takie naturalne spostrzeżenia artysty, w których może, ale nie musi, być wiele racji….
    ZBIGNIEW KRESOWATY: Chyba tak, ale….
    HATIF JANABI: Weźmy na przykład takie Niemcy. Jako kraj Niemcy wydają ogromne pieniądze na potrzeby „kulturalnych rzeczy”. Oczywiście, tam ukształtowały się, pomimo faszystowskich inklinacji, pewne tradycje dotacji, odpisy, darowizny, subwencje…. Gdybym był obecnie w Niemczech, gdybym chciał wydać książkę jakiegokolwiek autora niemieckiego po arabsku, nie miałbym żadnych kłopotów z odzyskaniem swoich nakładów finansowych, już nie mówiąc o honorariach, zaliczkach, zwrocie kosztów….
    ZBIGNIEW KRESOWATY: To jest jasne, ale zostawmy mechanizmy funkcjonowania….
    HATIF JANABI: Udało mi się przekonać niektórych wydawców arabskich, a jednego najbardziej, że warto wydać książki niektórych autorów polskich po arabsku, że warto wydać przynajmniej niektóre ważne pozycje z kanonu literatury polskiej, a przecież to kropla w morzu…. W dalszym ciągu będę twierdził, że niestety Polacy nie potrafią dbać o swoje interesy, mimo że warunki jakby się zmieniają. Są trudności merytoryczne, chyba nawet większe teraz niż wtedy…. Ja jako tłumacz muszę chodzić wokół wszystkiego, sam narażając się na różne nieprzyjemne, zniechęcające rzeczy… Przedtem, kiedyś w przeszłości, było takie tłumaczenie, że w „cieniu Rosji”, że „nic bez wiedzy góry”, itp, itd. Ale niestety Polacy robią bardzo mało na rzecz rozpowszechniania swojej kultury, mało, a nawet nieudolnie. To właśnie z kraju, z tego centrum polskości, powinno pochodzić to wszystko, co dla takiej kultury najważniejsze…. Oczywiście, można wciąż mówić o różnych rozmaitych działaniach Polaków za granicą, owszem, to jest i nawet często zupełnie nie znane tu w Polsce. Ale całe centrum polskości jest tutaj i to stąd powinny wychodzić ciekawe posunięcia, które zabezpieczają te interesy polskiej kultury poza granicami kraju. Tym bardziej, że są, czy zaszły, zmiany polityczne, a kultura powinna emanować i skutecznie wpływać na obraz Polski, poza jej obszarem, skoro są takie warunki… Kultura w konsekwencji to nie jest tylko kapitał duchowy, ale i prestiż, i biznes….
    ZBIGNIEW KRESOWATY: Ale zostawmy mechanizmy, mieliśmy mówić o adaptacji literatury, czy sztuki polskiej, w świat orientu i o Twoich twórczych transformacjach….
    HATIF JANABI: Tak, właśnie zrobiliśmy wstęp do tego tematu, bo żeby o czymkolwiek tego rodzaju mówić, trzeba wspomnieć o podstawach, w tym materialnych, jakiegokolwiek tworzenia. A więc, jaką taktykę twórczą ja sobie wybrałem – ? Otóż, z pewnością rozwiązania tradycyjne, gdyż są one skuteczne przy wszelkich początkowych działaniach twórczych. To zawsze jest tak, że należy mówić o wszystkim ogólnie, a dopiero póżniej o niektórych przedstawicielach przedmiotu. Ja musiałem oczywiście wziąć się za przekłady kilku „dobrych” nazwisk poezji polskiej, żeby za jakiś czas móc tłumaczyć inne, mniej znane osoby. Czyli najpierw był Herbert, Różewicz, Miłosz, Szymborska czy Grotowski….
    ZBIGNIEW KRESOWATY: Spytam prosto, czy nawiązałeś kontakty osobiste z tymi autorami – ? Gdyż jak mniemam, żeby przedstawić ich dorobek artystyczny w tak zwanej „pigułce” potrzeba jakby uzgodnień, adiustacji tekstów, itp. – ? Czy po prostu sam brałeś za wszystko odpowiedzialność – ?
    HATIF JANABI: To nie na takiej zasadzie. Moje kontakty są bardzo szerokie i w tym środowisku także. Mam szereg kontaktów artystycznych i to konkretnych… Moje kontakty z tymi autorami nie polegały na bezpośrednim uzgadnianiu rzeczy, ale wynikały bardziej z pewnych ogólnych wymogów, rzeczy, których musiałem dokonać bardziej sam, jakby dopasować rzecz do stanu jakim faktycznie dysponowałem. Ale odbywało się to wszystko, w rzeczy samej, fachowo, gdyż miałem i mam tę świadomość, że jestem pisarzem i „pewnym” znawcą literatury polskiej…. Przynajmniej dla świata arabskiego… Oczywiście, te kontakty ze środowiskiem literackim są, trwają i rozwijają się bardzo dobrze. Miałem szereg spotkań autorskich, a także i innych, także pozaliterackich, na Uniwersytecie Warszawskim, także kontaktów listownych, telefonicznych, co przybliżyło mnie, po pewnym czasie, do wybitnych poetów, literatów, krytyków, wydawców, ekspertów… Całość tych kontaktów była spontaniczna, nie wymyślona, nie wyszukiwana, nie na siłę… Unikam kontaktów podejrzanych, tak mówię, bezwartościowych… Stąd też wzięły się moje kontakty z Różewiczem, którego znam, dosłownie, od 1978 roku. Głównie korespondencyjnie od tego roku, bo on jest pierwszym polskim poetą, którego wiersze ja przełożyłem na język arabski. Tłumaczyłem także innych polskich poetów, którzy nie są znani w świecie tak jak on czy Miłosz. Tłumaczyłem wiersze Władysława Broniewskiego, Mirona Białoszewskiego, Zbigniewa Jerzyny, Roman Śliwonika, Edwarda Stachury, Rafała Wojaczka, Urszuli Kozioł, Julii Hartwig, Ewy Lipskiej, Anny Świrszczyńskiej… Już na początku lat 80-tych ja ich wiersze przekładałem… Ciekawe były moje sympatie do poezji Stanisława Grochowiaka, co sprawiało mi wielką frajdę…. Zestaw jego wspaniałych wierszy opublikowałem w 1982 roku w Syrii, w tamtejszej „Literaturze na Świecie”….
    ZBIGNIEW KRESOWATY: Czyli tłumaczyłeś poezję niemal całego pokolenia „Współczesności”….
    HATIF JANABI: Tak, i wielu innych, to ciągnie, niesamowicie wciąga… Żeby ta literatura funkcjonowała należycie w świecie arabskim, uważam, że lepiej by było dla samej literatury polskiej aby nastąpiły pewne skuteczne działania, często finansowe… Żeby powoli znikały te trudności, kiedyś zwane obiektywnymi… Żeby to mogło funkcjonować z pożytkiem dla wielu innych polskich twórców… Nie tylko dla znanych nazwisk, które przeniknęły także w ten świat arabski i innymi kanałami. Proszę sobie wyobrazić, że nie jest łatwo przekonać czytelnika arabskiego do obcej poezji, gdyż poezja arabska ma ogromną i różnorodną tradycję poetycką, która jest dumą Arabów….
    ZBIGNIEW KRESOWATY: No, ale do rzeczy, jak to było z Różewiczem – ? Myślę, że o wiele łatwiej, skoro kontakt osobisty istnieje – ? Wiem, że wyboru jego wierszy dokonałeś sam, nawet mu to przedstawiłeś…. Były z tym jakieś kłopoty natury, powiedzmy, „kosmetycznej”, a mianowicie, wiem, że długo nie mogłeś ustalić tytułu dla proponowanego zbioru Twoich tłumaczeń poezji Różewicza….
    HATIF JANABI: „Co się dzieje z gwiazdami – ?” od tytułu wiersza Różewicza. Ciekawy wiersz zresztą, jak i te rzeczy, które przyszło mi tam wybrać….
    ZBIGNIEW KRESOWATY: Przystał – ?
    HATIF JANABI: Co mógł zrobić – ? Zarówno on jak i ja jesteśmy bezradni w tej chwili. Książka została pięknie wydana, w kolorowej utwardzonej okładce. Ja ją dostałem w 1999 roku po dwóch miesiącach od chwili ukazania się tam, w Syrii, na rynku… A sam autor wierszy, z którym spotkałem się w Konstancinie na miłej, inicjowanej przez niego rozmowie, dostał ją jeszcze później… Ale to wszystko zafunkcjonowało jakby poza mną, biorąc oczywiście pod uwagę te wszystkie aspekty, o których wcześniej rozmawialiśmy…
    ZBIGNIEW KRESOWATY: Może pomówmy o tym poecie przez chwilę… Znasz go bliżej… Wiem, że kontakt osobisty jakby uzupełnia podmiot liryczny jego wierszy, o czym zresztą sam często Różewicz mówi. Było kiedyś takie wyświechtane powiedzenie o Tadeuszu Różewiczu – „nihilista”….
    HATIF JANABI: Czy nihilista, czy nie, to jest moim zdaniem bezsensowne określenie, zwłaszcza, że znaleźliśmy się teraz jako społeczeństwo w zupełnie innych realiach, nazwijmy to kosmoliterackich. Działania poetyckie poszły dalej w stosunku do swoich metafor. Następują nowe rzeczy, bardziej i mniej ciekawe, eksperymenty na literaturze, na słowie… Cała eksploatacja i kreacja poetycka przystaje do tej rzeczywistości, a Tadeusz Różewicz, jak jest w poezji, tak jest, i prawdę mówiąc to on zaczął i sprowokował tę artystyczną „rewolucję”. Określenie typowego nihilizmu w stosunku do niego dziś w żadnym przypadku nie pasuje… To już klasyka poezji i to w szerokim wydaniu, na najwyższym poziomie… Swego czasu Czesław Miłosz i po nim inni mówili, że Różewicz jest nihilistą, z kolei inni rozpętywali wrzawę, to było w zupełnie innym celu… Bardziej chodziło o to żeby go zwalić, nie wiem, nagiąć… To był okres ścierania się nie tylko w literaturze polskiej ideałów, opcji, pojęć i pochodzenia. Dziś nawet niektórych to śmieszy…. Ale to przecież krytyka nazywa, kalkuluje, mówi co jest, dlaczego i odwrotnie…
    ZBIGNIEW KRESOWATY: Tadeusz Różewicz mówi, że żyjemy w „epoce zła”… Różne były epoki: antyczna, średniowiecza, renesansu, baroku, romantyzmu, secesji, a teraz „epoka zła”… Różewicz jakby zamyka koło pojęć metaforycznych… Powiedz coś o tym….
    HATIF JANABI: Kiedyś na Targach Książki w Warszawie pochylił się nade mną mówiąc: „Jak myślisz, w jakim kierunku zmierza świat – ? W złym – ?”. Odpowiedziałem szybko, bez zastanowienia: „Tak – ! W złym – !” Zresztą gdzieś w swoim wierszu mówi „ciekawe czasy czekają poetów”… Jest to bardzo wymowne, jeżeli wziąć pod uwagę, że poetami są najnormalniejsi, najprostsi ludzie z ulicy….
    ZBIGNIEW KRESOWATY: Spotkałeś się niedawno z nim w Konstancinie, przy okazji wydania tej książki w Twoim tłumaczeniu… Może dokończ, o czym rozmawialiście, jak wiem nie miałeś jeszcze wydanego „dzieła” w rękach, czy było to raczej przyjacielskie spotkanie w cztery oczy – ?
    HATIF JANABI: Tak, tak, rozmawialiśmy przez dwie godziny, z takim pewnym wewnętrznym niepokojem, o kondycji człowieka końca XX wieku, o poezji, literaturze polskiej, o podróżach Różewicza po świecie… Nie mylić z troską o cały świat…. Jednakże nie będę ujawniał treści… Ale już od dawna, ja i on, nie siedzieliśmy i nie rozmawialiśmy razem… Lubię takie spotkania z nim. Różewicz takie rozmowy znosi, natomiast nie chce już rozmów publicznych, jakiś dyskursów literackich, tego grzebania w wielosłowiu, dlaczego, jak i po co…. Zresztą o tym samym, o tej sytuacji, wyraźnie i bez ogródek traktował jego ostatni tekst poetycki zatytułowany „Sława”, a który opublikowała wrocławska „Odra” w numerze czwartym z 1999 roku. Może warto przytoczyć tutaj znamienny fragment tego wiersza:

    podałem pani redaktor
    serdeczny palec
    ale chwyciła mnie za rękę
    i zadała mi mnóstwo pytań
    w tym trzy podchwytliwe

    ZBIGNIEW KRESOWATY: Wiem, bo swego czasu zabiegałem o rozmowę z nim dla pewnego czasopisma. Był kontakt, nawet obietnica, że później, kiedyś… Jednakże odpowiedział mi pisemnie, że co najmniej do roku 2001, nie powie nic i żeby się uspokoić, toczyć rozmowę z tym, co piszemy, i że przeprasza, i że „tak bardzo się rozgadał”. Przyjąłem to wyznanie z honorem, także jako wielkie literackie credo, żeby już stonować i w stosunku do sztuki nie szarpać się….
    HATIF JANABI: Ja myślę, że pomimo tego wrzasku, tych różnych wielopłaszczyznowych opinii na temat twórczości Tadeusza Różewicza, on jednak będzie trwale funkcjonował w historii literatury polskiej jako jeden z najwybitniejszych jej twórców. Z dwóch, a może trzech powodów według mnie…. Jest oryginalnym poetą polskim, jest przede wszystkim znakomitym dramaturgiem, a po trzecie, że napisał, jeśli nie kilkanaście to więcej, a przynajmniej kilka, wspaniałych esejów na temat poezji, jakby utwierdzając w ten sposób, że to, co ogłosił jako poeta jest wartościowe. O tych jego esejach każdy poeta, intelektualista będzie długo pamiętał, jeśli je przeczyta…. Różewicz będzie zawsze dobrze funkcjonował dzięki swojej poezji i dzięki swojej dramaturgii, którą śmiało trzeba nazwać „różewiczowską”, ze względu na jej unikalne cechy, przy zachowaniu walorów uniwersalności… Różewicz wie co robi, rozwijał swoje działania twórcze tak, jakby to wszystko było zarysowane przez jakąś siłę wyższą. Wśród tych chronologicznych działań, wszystko było jasne, a jednocześnie otwarte na tyle, że do tych „otwartych drzwi” on pozostawia miejsce tylko sobie, dlatego, że nikt inny nie jest w stanie przez nie przejść i wejść w ten tok drążenia, który zamyka się w koło. Dotknął w ten sposób, on jeden, istoty „sprawy twórczej”….
    ZBIGNIEW KRESOWATY: Znane są jego wcześniejsze kontakty z Leopoldem Staffem. Tadeusz Różewicz odwiedzał swego mistrza i niejako podświadomie brał lekcje literatury, kształtując swoją świadomość poetycką na pniu…. Świadom był, że dla podjęcia kontynuacji istnieje potrzeba transformowania, jakiejś ciągłości, a jednocześnie, że jest także potrzebna siła parcia w oryginalność… Przecież mówi się, że gdyby nie Staff to nie byłoby Różewicza, a i Julian Przyboś też coś w jego rozwoju znaczył, w tym połączeniu… Koligacje literackie zawsze jakby się wysnuwa i później to widać w dojrzałej poezji autora…. Różewicz nosi ziarna wiedzy po swoich poprzednikach…. Rozmawia z nimi, czasem krytykuje, ale nigdy nie neguje…
    HATIF JANABI: Bo tylko nihiliści negują wszystko….
    ZBIGNIEW KRESOWATY: Nikt nie może funkcjonować przez negację, co zresztą czynią teraz wszystkie „młode dusze”…. Co Ty o tym myślisz – ?
    HATIF JANABI: Tak, tak, mam pewne wątpliwości do tego, co zrobił w poezji Przyboś. Bo mnie się wydaje, że z tego, co napisał niewiele pozostanie. Owszem on był długo motorem pewnej aktywności poetyckiej w Polsce, ale tylko kiedy żył. Oryginalni twórcy dzielą się na tych, co prowokują i tych, co umieją uchwycić te inspiracje, przenosząc je dalej, czyli zaadoptować dla poezji na zawsze. Przykład inny, mamy Gombrowicza i Witkacego. Ja bardziej cenię Gomrowicza, ale wielkim prowokatorem i twórczym motorkiem był Witkacy. Znane są rozmaite poglądy na ten temat…
    ZBIGNIEW KRESOWATY: Gombrowicz podróżował, był takim „dobrowolnym” wygnańcem. Jego podróże spowodowały, że bardziej zafunkcjonował w literaturze światowej, gdyż i pole jego artystycznego manewru otwarte było na różnorodność życia znanego mu z autopsji… Natomiast Witkacy działał w sobie, w otoczeniu, które go samo twórczo inspirowało, a i on na nie wpływał… Poza tym, wszystko w jego twórczości emanowało jakby z metafizyki wewnętrznej… Gombrowicz, mając ogląd rożnorodności świata i jego obyczajów, jakby inspirował się formą, pewnymi normami narracji, jakie obowiązywały wtedy w literaturze światowej… Witkacy był typowym „eksperymentatorem na ciele własnym”, oddawał się pewnym prowokacjom umysłowym, które w pewnym sensie same się napędzały… Jednakże oryginalna twórczość obu tych pisarzy pozostaje blisko siebie… Pojawia się zatem problem tak zwanej „polskiej awangardy”… Co o tym myślisz – ?
    HATIF JANABI: Witkacy był bardziej wierny awangardzie, ale…. polskiej. W głębi duszy miał chyba jednak wątpliwości do tego wszystkiego. Są tacy, co idą na całość… Myślę, że właśnie na tym osadzona była „awangarda polska” z lat 20-tych, która jakby podpatrywała pewne rzeczy w sztuce europejskiej tamtych lat, adaptując, co niektóre dla siebie. Nie potrafiła jednak przebić się do świadomości kultury środkowo-europejskiej i dalej… Nic z tego chyba nie pozostało, przynajmniej w malarstwie… Już więcej w literaturze… Dowodem na to są podejmowane przekłady, tłumaczenia, co prawda często uwarunkowane różnymi barierami… Gombrowicz miał, także dzięki swoim kontaktom, bardzo wiele przekładów na różne języki, jest przez to pisarzem ciągle inspirującym, obecnym w literaturze wielu krajów…
    ZBIGNIEW KRESOWATY: Pozwolisz, że będę dalej drążył te zagadnienia dotyczące twórczości Różewicza, gdyż on dotyka w swojej artystycznej działalności pewnych rzeczy bardzo umiejętnie. Nie gra sobą, gra nami, czytelnikami, otoczeniem… Oczywiście, jako osobowość artystyczna jest przez to kimś odrębnym w świecie, który go otacza. Poprzez wypracowany przez siebie język i formę artystycznej, i nie tylko, wypowiedzi, zachowuje dystans do siebie, a nawet do swojej rodziny. Jest to bardzo ważne w sztuce, mieć coś swojego, odrębnego. I przez to, moim zdaniem, Różewicz mieści się w czołówce tej tak zwanej artystycznej „awangardy”, która umiała znaleźć jednak trwałe miejsce w świecie sztuki. Natomiast przykład Witkacego, innych tego typu osobowości, chyba były one pozbawione tego dystansu do siebie, używane wprost, pomimo ich genialnych intuicji nie znalazły dla siebie oryginalnego miejsca … Co o tym sądzisz – ?
    HATIF JANABI: Najciekawsze jest to w twórczości Różewicza, że on wciąż może wejść do swego dzieła i poprawić go, przystosowując podmiot do okoliczności danego miejsca i czasu, ale nawet gdyby tego nie uczynił i tak wszystko by zadziałało, lecz bardziej uniwersalnie… A Różewicz raczej „boi się” uniwersalizmu, co jakby daje mu prawo funkcjonowania non-stop, bez względu na wiek. Liczy się to o czym się mówi… To musi być coś ważnego, nawet gdy wypowiadane jest „przyziemnymi’ metaforami. Tak myślę…
    ZBIGNIEW KRESOWATY: Co sądzisz o tym, że Różewicz, pochodząc z okresu, nazwijmy to tak, stagnacji artystycznej w Polsce, nie zaprzestał wtedy w swojej sztuce ruchu i eksperymentu, używając elementów tamtego „szarego życia” do unaocznienia dramatu tego czasu, elementów, które umieścił w samym środku jego przyczyny – ? Działania literackie Różewicza poszły jakby w tym samym kierunku, co badania teatralne Grotowskiego, zatem uwagę jego skupia jednak od początku dramat, teatr…. Działania artystyczne osadzone na dociekaniu, na budzeniu wrażeń, na wszystkim, co jest potrzebne do zapamiętania konkretnego zdarzenia…. Droga rozwoju artystycznego tych twórców, co jest paradoksalne, biegnie jak gdyby analogicznie, w jednym miejscu, czasie i okolicznościach… Chociaż twórcy ci nie współpracowali nigdy ze sobą, to wiele jest takich ciekawych strategii i pojęć w ich sztuce zbieżnych… Powiedziałby Różewicz „może tak, może nie”….
    HATIF JANABI: Ten kto miał okazję zetknięcia się z filozofią Wschodu, od czego nie abstrahował przecież Grotowski, a więc taki ktoś, zdaje sobie doskonale sprawę ze znaczenia w niej figury koła. W obu tych twórczościach tworzy się koło. Jest to jedna z najdoskonalszych form, gdyż zamyka się uniwersalnie. Tu jakby nie ma początku ani końca. Ten początek i koniec jest, co i rusz, w innym miejscu, jeśli zważyć, że koło porusza się, a niewątpliwie mamy tutaj w tych dziełach do czynienia z ruchem. W twórczości Różewicza jest ta sama historia… U niego jest punktem wyjścia Jestestwo, jest – JA jestem jako czytelnik i słuchacz, jest – JA jako zewnętrzna część świata. Cykle obrotu koła, całej poetyki, są takie, że to JA autora mam dojrzeć i złapać, gdyż on non-stop powtarza się, tworząc przy tym całkiem nowe znaczenia. I w tym jest zawarta cała istota dramaturgii jego dzieła….
    ZBIGNIEW KRESOWATY: Mówiąc o takim „zamkniętym obrotowym kole” myślę, że Różewicz zawsze może „podłączyć” coś do swego dzieła, w sposób, jaki starałem się uzmysłowić wcześniej… Weźmy taki Proces Franza Kafki, przecież Różewicz „podłączył” tu „element obozowy” jako jeszcze jeden ciężar, który wprawia dzieło w całkiem inny ruch… Czy tak – ?
    HATIF JANABI: To nie dotyczy wszystkich jego utworów scenicznych, Różewicz nie zmienia w tym wszystkim bohatera… I tak Kartoteka, chociaż poprawiana, czyli rozrzucona, jest zawsze aktualna… Natomiast, jeśli Różewicz odrzucił w 1986 roku sugestie Jerzego Jarockiego reżysera Pułapki we wrocławskim Teatrze Współczesnym, chcąc przedstawienia swego dzieła w całości, to wracamy do tego o czym mówiłeś wcześniej, to wynika z tego, że chce szacunku do tego, co on napisał i jak się robi jakieś adaptacje, to są w nich konieczne wszystkie elementy jego dzieła, czego zresztą Różewicz skrupulatnie dopilnowuje na scenie…
    ZBIGNIEW KRESOWATY: I z czego są czasem awantury, jak i przy okazji Pułapki było, gdzie włączają się w ten proces twórczy nawet sami aktorzy, jak Marek Walczewski. Ale może dla równowagi przejdźmy do Jerzego Grotowskiego, który w swoją grę wciągał widza i na odwrót… Swego czasu wspominał o nim Różewicz: „Popatrzcie na tego artystę, wraz z jego dziełem zmienia się jego wygląd”. Twórca dzieła identyfikuje się z materią na tyle ile mu starcza witalności… Obraz artysty przeobraża dzieło, czy na odwrót – ?
    HATIF JANABI: Te analogie w działaniach artystycznych pomiędzy Grotowskim a Różewiczem są moim zdaniem dosyć odległe… Jerzy Grotowski starał się odchodzić z teatru ku doświadczeniom pozateatralnym, wpływając na widza całym sobą. Studia Grotowskiego, laboratoryjne studia nad teatrem, zwłaszcza w latach osiemdziesiątych, aż do jego śmierci w styczniu 1999, trwały nieustannie, tak jak przeobrażało się życie. Grotowski i Różewicz po pierwsze rozpoczęli swoją podróż w świecie sztuki osobno, ale w jednakowym wymiarze pojęć czasu historycznego, w poczuciu ogromu jego przemian, w poczuciu znikomych możliwości jego zbadania, takiego jaki jest całym sobą, jaki nam się objawił ze wszystkimi przypadłościami… Obaj postawili na dramat i wynikające z tego skutki… Zarówno Różewicz jak i Grotowski postanowili zerwać z tak zwaną tradycją i wejść w materię sztuki głębiej, penetrując ją do reszty… Różewicz już w latach 60-tych wezwał do zrezygnowania z obrazu, z metafory w poezji… Czyżby to nie było dążenie ku nagiej poezji – ? Grotowski poszedł w kierunku, nazwijmy to tak, „teatru ubogiego”, jakby rezygnując ze scenografii, stawiając na osobowość aktora, na grę głównie ciałem, bez jakiejkolwiek charakteryzacji, całym sobą, czyli przede wszystkim wywołując dźwięk…. Ale w tym wszystkim, to znaczy w tej świadomej rezygnacji z pewnych tradycyjnych środków wyrazu artystycznego, nie można powiedzieć kto był pierwszy, kto drugi, bo to nie jest ważne… Istotne jest to, że obaj zdobyli się na odwagę drążenia prawdy w sztuce, gdzie przecież istnieje zawsze potrzeba zagrania wszystkim….
    ZBIGNIEW KRESOWATY: Tak, w tej kwestii już powiedzieliśmy chyba dużo i może zostawmy te analogie… Ale wracając do tych Twoich przekładów dobrej polskiej literatury, warto jeszcze wspomnieć o Miłoszu… Mam pytanie, na ile Ty, jako tłumacz, poeta potrafisz się przestawić, przetransformować z poetyki Różewicza do poetyki Miłosza, i na odwrót – ? Zabierając się za tłumaczenia poezji Miłosza musisz się przecież przestawić na inny grunt, na inny kolor poezji… Dorobek jest inny, inna osobowość, etos. Przecież trzeba pokazać wszystko to, co najlepsze w tej poezji, co jest ciekawe… Chodzi mi o tę twórczą szczerość, która jest tutaj nieodzowna…. Zdajesz sobie chyba sprawę, że tworzysz oto jakby obraz tego autora tam, w tym przypadku, w świecie arabskim. Oczywiście wiemy, że Miłosz nazwał Różewicza nihilistą, ale i bez tego czy też z tym, nie można przeciwstawiać twórczości jednego drugiemu, ważne są tu relacje Twojej osobowości…
    HATIF JANABI: Pierwsze kilka wierszy Miłosza, niejako poznając tę poetykę, przetłumaczyłem na arabski w 1980 roku dla czasopisma palestyńskiego, zaraz po tym jak ogłoszono przyznanie Nobla Miłoszowego. Pisma, trochę o podłożu socjalistycznym, które było rozsyłane wśród członków pewnego klubu po całym świecie. Ale ja myślałem sobie, no dobrze, tu chodzi o to, żeby dotrzeć do zainteresowanych i naprawdę będą tutaj ważne wiersze poety. I niejako oszukałem przeciwnika, gdyż przecież pamiętam znalazły się tam wiersze „W mojej ojczyźnie”, „Tak mało”, „Zdanie”…. Od tamtego czasu zacząłem intresować się także Miłoszem, pisząc o nim, o jego poetyce, tłumacząc jego kolejne wiersze, dodatkowo publikując dużo w prasie arabskiej, tu i tam, ale okazji do przedstawienia go w pełni nie było… Dopiero w ostatnich latach mi się to udało, po wielu zabiegach u wydawcy. Pomimo tego uważam, że to ja Miłosza wprowadziłem do literatury arabskiej poprzez te publikacje. Były nawet tłumaczenia niektórych jego esejów, na przykład o wygnaniu, o zniewoleniu umysłu… Wydaje mi się, że Miłosz funkcjonuje w świadomości czytelniczej głównie dzięki, być może, dwóm rzeczom, a mianowicie dzięki Nagrodzie Nobla i dzięki wspaniałej eseistyce… Nie mówiąc o jego licznych przekładach, przede wszystkim na angielski, bo to mało obchodzi czytelników z innych kręgów kulturowych… Z pewnością dużo mam jeszcze do przetłumaczenia, taka Dolina Issy, jeszcze raz Zniewolony umysł, czy chociażby niedawno wydany Piesek przydrożny…. Miłosz także funkcjonuje w świadomości swoich odbiorców dzięki swojej aktywności, on szalenie jest aktywny…
    ZBIGNIEW KRESOWATY: On nie ma nawet czasu załatwić sobie aparatu słuchowego… Kiedy był u nas we Wrocławiu, na Uniwersytecie, w 1996 roku to była cała ceregiela z tym… Całość tego spotkania, jego wykładu, na bieżąco tłumaczył profesor Zawada, także nagłaśniał zadawane Miłoszowi na ucho pytania, wtedy padały odpowiedzi… No i całe kłopoty później, na przyjęciu elity Uniwersytetu Wrocławskiego… Ale tę dygresję podaję tutaj dla podkreślenia kolorytu wielkiego poety…
    HATIF JANABI: Czesław Miłosz jest samorządną instytucją. Ta instytucja zatrudniła innych. Między innymi na rzecz rozpowszechniania siebie… Już nie mówiąc o jego wykładach i działaniach uniwersyteckich w USA, oraz, że tak powiem, ambasadorowania na rzecz prawdziwej kultury polskiej za granicą. Zdając sobie wcześnie sprawę ze swej misji, tworząc część swojej poezji, a głównie tę najważniejszą, za granicą, być może nieświadomie wykreował się na pewnego rodzaju wieszcza. Tak więc należy patrzeć na niego z całkiem innego położenia, a już w każdym razie nie należy przeciwstawiać go Różewiczowi czy Herbertowi… Ja tłumacząc każdego z nich na arabski muszę o tym bezwzględnie pamiętać i brać całość ich osobowości pod uwagę. Jest to bardzo ważne. Ja nie wchodziłem w żadne zależności i nie pisałem nigdy o tamtym systemie, który był oczywisty… Ale przedstawiłem mój do niego stosunek jakby w poetykach poszczególnych, przekładanych przeze mnie autorów, przedstawiając publiczności arabskiej ich najwybitniejsze osiągnięcia. Były przecież momenty, że jeżeli Miłosz nie mówił czegoś wprost, to tylko dlatego, że chciał uratować swoją sztukę, która przecież ma swoją chronologię. Wśród moich „badań”, raczej spostrzeżeń, mogę powiedzieć wiele o takich rzeczach, ale i wiem, że Różewicz, będąc tu w kraju, podczas wielu tych politycznych wrzaw, pisał także szczerze i zachodziły wobec niego także, jakby te same, ewentualności, ale Różewicz rozwijał się jako artysta jakby naturalniej… Miłosz przebywając przez wiele lat za granicą, zdaje się od 1951 roku, „musiał” zachować inny stosunek do kraju, do słowa samego w sobie… A także do świata i wzbogacając się innymi doświadczeniami był taki a nie inny… Także patrzył na to wszystko, w tym na swoją twórczość, bardziej poprzez klasykę polskiej literatury. Przecież Miłosz drąży wciąż byłych klasyków na niwie tej na siebie przyjętej odpowiedzialności… Kto wie, czy nie są ci klasycy jego inspirantami. Z pewnością ja jako tłumacz o takich przypadkach powinienem wiedzieć. Zresztą wydaje mi się, że drugim ważnym etapem w rozwoju poezji Miłosza, zupełnie współczesnym, po tomiku Ocalenie (1945), stanowią Dalsze okolice (1991). Albowiem w tym właśnie tomiku Miłosz otwiera nową przestrzeń w swojej poezji. Miłosz, jako poeta, w ostatnich latach odchodził od wszelkich konwencji poetyckich, realizując to, co określił w eseju Ars poetica: „Zawsze tęskniłem do formy bardziej pojemnej, która nie byłaby znadto poezją ani prozą”. I obecnie Miłosz jest takim poetą przestrzeni i otwartej formy…
    ZBIGNIEW KRESOWATY: Dość dużo powiedzieliśmy tutaj jakby z perspektywy upływającego czasu… Dość dużo, a może i nie… Chodziło mi w tej rozmowie o tak zwane mechanizmy funkcjonowania tłumacza, zwłaszcza, gdy przekazuje on, jako „pas transmisyjny”, poetykę kraju, a w tym i autora, którego tłumaczy, w miejsce temu autorowi całkowicie abstrakcyjne kulturowo i obyczajowo. Chodziło mi o pokazanie, przynajmniej w części zasadniczej, funkcji tłumacza, to o czym powinien pamiętać, na ile powinien znać obiekt, podmiot swego zainteresowania, aby jego przekłady prawidłowo przenikały w te rejony świata, gdzie jest inna kultura, a zwłaszcza inna literatura i poezja. Jakie reguły tym rządzą, o ile są jakieś reguły, ile to kosztuje wysiłku twórczego i na co się to zdaje – ? Twoje kontakty osobiste z Miłoszem….
    HATIF JANABI: Ten wydany zbiór wierszy Miłosza zawiera około 60 wierszy, wziąłem przy jego opracowywaniu bardzo wiele pod uwagę, to jest trudne do opowiedzenia, ten mechanizm, o którym wspomniałeś… Jak niegdyś pisałem w eseju „Po tam-tej stronie granicy”, odkorzenieni jak ja płyną między brzegami. Rzecz w tym, że w mojej sytuacji rzeka nie jest zwykłą rzeką i zamiast brzegów są barykady, bariery przynależności do innego kręgu kulturowego, i są granice strzeżone przez synów Uranosa, czyli Gigantów. W tych granicach są umieszczone ludzkie doświadczenia, obyczaje i zwyczaje, i wspólne interesy, i pamięć antropologiczno-cywilizacyjno-kulturowa. I to oznacza pewne funkcjonowanie zbiorowej pamięci, która jest w istocie oparta na dwóch płaszczyznach: na wspólnych rzeczywistych przeżyciach i doświadczeniach oraz na ontologicznych i fikcyjnych wyobrażeniach siebie i świata. Pamięć pojedynczą i zbiorową tworzą określony byt, wspólne doświadczenia, drzewo genealogiczne i pewien mechanizm myślowo-obyczajowy, który ma na celu pielęgnowanie i ochronę kształtującej się tożsamości zarówno pojedynczej, jak i zbiorowej. I to wszystko działa na rzecz sformułowania pewnego rodzaju inności i odmienności…
    Wydaje mi się, że język pełni – głównie – dwie funkcje: metafizyczną i materialną. Najważniejszą z nich, bez wątpienia, jest pierwsza, gdyż ona z kolei pełni rolę sakralno – mityczną, podczas gdy zmaterializowany język i często używany, jest skażony wibracjami życia i mowy codziennej. Nie zawsze jednak język spełnia te obie funkcje. Kiedy wkracza ideologia, to po to, między innymi, aby je dopasowywać do siebie i swoich celów, i udawać, że wszystko gra. Ażeby to udowodnić, jest skłonna do popełniania najgorszych grzechów i czynów w ogóle. Język nam się kojarzy nie tylko z mową, myślą i konkretnymi semiotycznymi znakami, ale przede wszystkim z magiczną siłą, z konkretną spuścizną ontologiczno – społeczno – kulturową, które składają się z tego, co można pojąć i przeżyć, z tego co należy do fizycznosfery i psychosfery. Język zdaniem semiotyka Peirce’a „jest wszędzie i nigdzie”. Język sprowadza się do słów, a one, według niego, należą w większości do „symboli”…
    Mowa i wypowiedź, jakakolwiek, są powiązane z konkretnym bytem, z ludzkim doświadczeniem, a to z kolei uwarunkowane jest czasem, przestrzenią i relacją między mikro- i makrokosmosem. W zasadzie istnieją dwa czasy: czas fizyczny świata i czas chroniczny – czas wydarzeń, w dużej mierze. Przestrzeń natomiast bywa fizyczna i metafizyczna, fikcyjna raczej. Mircea Eliade wyodrębniał dwa rodzaje czasu, czas sakralny i czas świecki, twierdząc, że pomocą obrzędów, często religijnych, człowiek może bezpiecznie poruszać się między nimi. My na obczyźnie potrzebujemy takich obrzędów, codziennych rytuałów, żeby przechodzić, z jednego do drugiego języka, z psychosfery jednej kultury, rodzimej lub adoptowanej, do drugiej. Takie obrzędy potrzebują zrozumienia i tolerancji z obu stron… Być na obczyźnie oznacza, w pewnym sensie metaforycznym, funkcjonowanie między czasem sakralnym i czasem świeckim. Opanowanie języka według Noama Chomsky’ego świadczy, że człowiek posiadł zdolność rozumienia nieskończonej ilości nowych – w stosunku do zasobu swych doświadczeń – wyrażeń i normalne posługiwanie się językiem jest czynnością twórczą. Język wygnańca i w ogóle emigranta, zarówno ojczysty, jak i adoptowany, nie ma stałego kształtu, ponieważ podlega on nieustannym procesom transformacyjnym. Język w dalszym ciągu jest pierwszym systemem, który według Jouri Lotmana „może zmienić świat”. Język jest także jednym z najważniejszych narzędzi kultury. Język tworzy swoją kulturę… Miejsce zaś jest w dużej mierze przestrzenią o charakterze kulturowo-antropologicznym i metafizycznym. Byt ludzki jest takim przypadkowym spotkaniem pomiędzy przestrzenią a językiem. Od początków ludzkości istnieją dwa języki, język realny i drugi, nazwijmy go „alegorycznym” czy też „metafizycznym”. Na obczyźnie oba te języki funkcjonują razem i są jak najbardziej wyraźnie akcentowane na każdym szczeblu egzystencji, ponieważ wszystko ma swój język, sukces, porażka, dobro, zło i nowa rzeczywistość także ma swój język… Mamy w poezji Miłosza taki wiersz zaczynający się od słów „moja wierna mowo, służyłem tobie, co noc stawiałem przed tobą miseczki z kolorami…”, który jest dobrym przykładem na to, że język potrafi być domem i schronieniem dla osamotnionego człowieka.
    Ale wrócę do początku tej kwestii… Powstał ten zbiór moich przekładów poezji Miłosza jakby poza plecami autora tych wierszy. Moje kontakty z nim, trzy osobiste spotkania, między innymi na Targach Książki w Warszawie. Korespondencyjne były wcześniej, gdyż już w latach osiemdziesiątych wysyłałem mu swoje rzeczy, także jego przełożone przeze mnie na arabski wiersze… Oczywiście odpisał mi, a osobiście nazywał mnie Babilończykiem. O tych moich tłumaczeniach jego wierszy i esejów już wtedy wiedział. Zawsze zapomina mojego nazwiska. Swoją ostatnią książkę dedykował mi „Mojemu Tłumaczowi….”.
    Natomiast moje kontakty z Tadeuszem Rózewiczem są bardziej osobiste, nawet częstsze i bliższe, ale czasem także dwuznaczne, może z pewnego rodzaju przekąsem poetyckim, bo Różewicz znając mnie tak długo, podpisał mi kiedyś swoją książkę dedykacją „Największemu Polskiemu Wieśniakowi…”. Tak, ale ja to traktuję i odbieram jako pewnego rodzaju pochlebstwo i spoufalenie, bo chyba i tak jest… Ja mu kiedyś po latach to przypomniałem mówiąc: „Co to Przyjaciel był pijany podpisując mi takie sekwencje – ?” Mocno wtedy się uśmiał, ale zapewnił o dobrej dla mnie myśli i uczuciu… Wiem, Tadeuszu, że być może miałeś na myśli to, że ja jestem szczerym, dobrym człowiekiem… Uśmiał się wtedy, tak, tak….
    Jeżeli chodzi o te bliższe kontakty, to wydaje mi się, że one nie są aż tak ważne, aczkolwiek poznanie osobiste niesie pewnego rodzaju komfort poznawania całej osobowości i wysłuchania sugestii typu, co chciałby, żeby inni usłyszeli, zobaczyli, lub też nawiązuje do eksponowania czegoś szczególnego. Ale ja i tak postępuję w tym wszystkim niezależnie… Staram się opatrzeć zawsze mój przekład wstępem krytycznym i pomieścić zawsze esej autora, którego wiersze tłumaczę. A więc jest dla mnie ważny kontakt w formie aceptacji mego dzieła. I tak wygląda mój każdy przekład książkowy: wstęp + wybór wierszy danego autora + jego wybrany esej + lista jego publikacji książkowych i spis treści.
    Tak samo zrobiłem z poezją Wisławy Szymborskiej, dodając jej wykład sztokholmski, gdyż osobiście jej dotąd nie poznałem. Dodałem zresztą u Miłosza także jego noblowski wykład… Wszystkich wspomnianych w tym wywiadzie poetów, zresztą całą polską prasę literacką, non-stop czytam i jestem na bieżąco… Ciekawostką jest to, że nie zdając sobie sprawy, iż Szymborska może być noblistką, już ją publikowałem w prasie arabskiej… To były jej wiersze.
    Wracając jeszcze do kolejności moich przekładów, powtórzę, że najpierw tłumaczyłem na arabski Różewicza w 1978 roku, potem Miłosza w 1980, następnie wiersze Grochowiaka, Broniewskiego, a w tym samym czasie moje przekłady Herberta opublikowałem w syryjskiej „Literaturze na Świecie”, no a potem tłumaczyłem Szymborską, także po uzyskaniu przez nią Nagrody Nobla, wyszło to w formie książkowej w 1997 roku, zawierając 56 wierszy. W kolejności czeka już drugi wybór wierszy Szymborskiej, który na razie zakwestionowałem u wydawcy, ale wyda go, gdyż raczej dotrzymuje słowa… Okazało się, że miałem pewnego rodzaju trudności w przekazaniu metafizyki jej wierszy, gdyż funkcjonuje ona wśród czytelników jako „prosta, niedostępna twórczość”, co zresztą krytyka arabska podkreśliła od razu na wstępie, jeszcze nie znając całości moich przekładów, że taka koncepcja poezji istniała w literaturze arabskiej już na przełomie VIII – IX wieku, co jest bardzo ciekawą analogią… W sumie przełożyłem dotąd na arabski 86 wierszy Wisławy Szymborskiej…
    ZBIGNIEW KRESOWATY: To rzeczywiście bardzo, bardzo ciekawe. Poezji Szymborskiej nie można naśladować, można się nią doskonale inspirować… Jako poeta zdałeś sobie z tego zapewne sprawę, a co stwarza dla tłumacza dodatkowe trudności…
    HATIF JANABI: Nauczyłem się przy tłumaczeniu poezji Szymborskiej bardzo dużo, nawet więcej niż przy tłumaczeniu poezji Miłosza, a i Różewicza. Jest poetką specyficzną, tworzy poezję bardzo skondensowaną i wielowarstwową, trzeba naprawdę uważać… Szkoda, że nie mogłem więcej powiedzieć tu o Herbercie, gdzie takie zależności występują i funkcjonują podobnie. Ważny jest dla tłumacza sposób rozróżniania poezji. Na przykład Miłosz bazuje na anglosaskim tropie, Bieńkowski zaś na francuskim, ale to jest zagadnienie może na inną okazję…
    ZBIGNIEW KRESOWATY: Dziękuję Ci za tę rozmowę, za ciekawe spostrzeżenia o pracy tłumacza, a przede wszystkim poety… Twoje, powiedzmy, podskórne badania poezji polskiej, prowadzące do konkretnych przekładów na arabski są bardzo ciekawe, także z punktu widzenia naukowego, gdyż jesteś wykładowcą w Instytucie Orientalistyki Uniwersytetu Warszawskiego, znawcą historii teatru, jesteś filologiem, poetą, eseistą, wszystko to jest bardzo ważne w pracy translatorskiej…. Pozwolisz, że zakończę naszą rozmowę jakże aktualnie brzmiącym fragmentem wiersza Norwida „Do Bronisława Z.”:

    …drobną szlę Ci dań – t y l k o p o e z j ę !
    Tę, która bez złota ubogą jest – lecz złoto bez niej,
    Powiadam Ci, zaprawdę jest n ę d z ą – n ę d z…
    Zniknie i przepełznie obfitość rozmaita,
    Skarby i siły przewieją, ogóły całe zadrżą,
    Z rzeczy świata tego zostaną tylko dwie,
    Dwie tylko: p o e z j a i d o b r o ć… i więcej nic…
    Umiejętność nawet bez dwóch onych zblednie w papier,
    Tak niebłahą są dwójcą te siostry dwie!…

    HATIF JANABI: I ja dziękuję.

    Rozmawiał: Zbigniew Kresowaty
    Do druku opracował: Grzegorz Bazylak

    Od redakcji: HATIF JANABI (Hatif Al-Dżanabi), ur. 1952 r., autor kilkunastu książek poetyckich, przekładów, antologii oraz opracowań krytycznych, opublikował m.in. Księga Wschodu (przekł. Janusz Dunecki), Iskry, Warszawa 1983; Rozbite wiersze (przekł. Jan Leończuk), KAW, Białystok, 1987; Dzikie kontynenty (przekł. Jan Leończuk), Staromiejski Dom Kultury, Warszawa 1991; Pył gazeli (przekł. Hanna Jankowska i Małgorzata Szyburska), Dialog, Warszawa, 1992; Aniołowie miłosierdzia, Świat Literacki, Warszawa, 1995; Teatr arabski: żródła, historia, poszukiwania, Dialog, Warszawa, 1995; Questions and their retinue: selected poems of Hatif Janabi (translation and introduction by Khaled Mattawa), University of Arkansas Press, Fayetteville, 1996. Laureat wielu nagród, m.in. Nagrody Literackiej im. Klemensa Janickiego przyznawanej przez kwartalnik literacko-artystyczny Metafora (1997).

  • HARMONIA, KRÓL UBU I PRZECIW BECKETTOWI

    Rozmowa z wybitnym artystą Franciszkiem Starowieyskim

    Zbigniew Kresowaty – Bardzo dużo o Panu powiedziano, napisano . Kondensując to można powiedzieć : Fascynuje i gniewa, nie przynależy do żadnego z głównych kierunków lecz posiada wielką siłę witalną , posiada w sobie wielką wartość równowagi , bo zachwycają się nim ale i ma wrogów . A tak wydaje mi się osobiście / jako człowiekowi z Pańskiej profesji / , że jest Pan romantykiem ale i awangardystą , który oparł się na konkretnych działaniach bo myślę tu o tzw. „Teartach Rysowania „ i innych przedsięwzięciach . Zachwyca się Pan starożytnymi dziełami , ogólnie dziełami sztuki , otacza się Pan nimi . Ogólnie osadza się Pańskie widzenie świata od renesansu korygując się przez sarmatyzm baroku na miarę tej epoki użytej , gdzie główną rolę gra harmonia . Bo jest nawet w tych Pańskich fascynacjach harmonia jakby to główne / przesłanie / na którym się Pan opiera .

    Franciszek Starowieyski – jest tu wiele racji . Natomiast to co Pan zauważa , chodzi o harmonię , to jest tak – Appolineare był człowiekiem awangardy, programowej awangardy , i zdawać by się mogło tak bo później to sklasyfikowano , że w okresie , gdy wszyscy krzyczeli „świat zburzyć” on napisał : „harmonio jesteś mą słodyczą” – dodając „przyjdź , ucałuję cię w czoło itd., jesteś słodka jak płomienie , których promienie wziąłem z ciebie …”i gdzieś się tym rzeczom przynależał – ale nie do świata awangardy, lecz do tego drugiego bieguna , do tego ostatniego z tego pokolenia tych artystów, którzy zakańczali pewną epokę , /trudno powiedzieć tak jednoznacznie / powiedzmy okresu XIX wieku ? – ale zakończyli pewną epokę , jakby ustateczniając pewne prawdy. W tym czasie , który nastaje , powstaje masę nowego , ale ja osobiście uważam , że w tym momencie kończy się to co można nazwać „stare”- i poza histerycznymi wrzaskami o nowe , poza nouhausami , kobizjerami , Leninem , Hitlerem , Mussolinim , itd. , itd. , nie powstaje żadna wielka myśl !- Myśl , ani o naszej duszy , ani o tym co widzimy naocznie ! Harmonia , harmonie które stworzyli architekci fendisieklu są tak złożone , tak wymyślne , że dziś już nawet ich nie potrafimy skomentować , zresztą nie są to jedyne harmonie , które wówczas powstały bo w większości kompozycji historycznych , czy obrazów w tym wielkich , harmonie mają strukturę tak niezwykle skomplikowaną w całym obrazie i jest to tak przeładowane , że ludzie wykrzykiwali na to , że to tylko ilustracja . Ale był to pretekst do umieszczenia „ciemnej plamy” w ruchu na drugim planie i „czerwonej plamy” obrotowej na pierwszym planie . Z tym , że ta pierwsza plama obrotowa na tzw. ”pierwszym planie” zawierała jeszcze szczątki najrozmaitszych informacji , a inaczej mówiąc dziesiątki najrozmaitszych informacji , bo zawierała rzeczy światła , zawierała wiadomości historyczne – sprzączki , ostrogi , szable , rasy koni itd. , itd. , człowiek który przepada , który ginie w tej formie obrotowej , współczucie w nieszczęściu , czy radość ze zwycięstwa – to są dziesiątki rzeczy których tamta sztuka już nie potrafiła dotknąć , a tej abstrakcyjnej warstwy która jest zbyt złożona my czytać nie potrafimy. Dlatego współczesny człowiek na widok „Paler di gistige”w Brukseli czy „Bitwy pod Grunwaldem” , czy „de Omfalle” – czy tych rzeczy , które posiadają cały ładunek o którym wspomniałem , rzeczy nazwijmy , ich szczytowych osiągnięć , tego przebogactwa Fendisieklu , a więc ten człowiek stojąc naprzeciw temu się wzdryga ! – że to jest paskudne , dla niego jest paskudne ! Ta złożoność harmonii jest tak naprawdę dla niego niedostępna /?/ . Bo to są rzeczy tak nieprawdopodobnie złożone , nawet w porównaniu z układem barokowego kościoła ! – czy gotyckiej katedry, czy sklepienia sali balowej w pałacu barokowym . Dochodzi tu do tak niesłychanej komplikacji , że ten dzisiejszy człowiek to odrzuca /?/- po prostu nie jest w stanie przyjąć tej ilości bodźców , znaków itp. Tak więc ten „dzisiejszy” odbiorca ogranicza swoje , to bogactwo myślenia i odbiór , do zwykłego „bum bum” – ja to tak nazywam „bum bum”. Dzisiaj na obiad jadłem w barze piccę /na dole / będąc w Instytucie jak Pan wie i cały szereg ludzi pomiędzy 15 a 50 lat z takim niepisanym ukontentowaniem , w trakcie tego jedzenia , przysłuchiwało się jak jakiś „Pimpuś Bum – bum „ gra na bębnie pośpiewując , po tych uderzeniach , po angielsku jakieś dwa trzy słowa nic nie znaczące dla nich , powtarzające się po sobie w nieskończoność dwoma , trzema taktami … . Angielski jest to język , który podczas śpiewania nadaje się do Psalmów! Każda inna rzecz jest po prostu bardzo śmieszna – ale być może o tę śmieszność chodzi ? – A jak zdołano to zaakceptować jako język nazwijmy to obowiązkowy w muzyce ?, to ja pojęcia nie mam / tu śmieje się / . Pierwszoplanowe bębnienie , mocne w dodatku – jest to niesłychanie uproszczony bas continuo ! muzyki barokowej , o czym nikt z tych słuchających nie wie ! Tłumacząc to na język klasyczny – to jest tak : jak mi jakiś obraz ładny nie chce wejść w płaszczyznę i nie trzyma , nazywając to językiem plastycznym – co robię wówczas ? – ja czasami , a Waldek Świeży prawie zawsze- skrapia się go , wówczas on uzyskuje tą płaszczyzność , tą jednoczesność !? – jedność oglądania – może taki spokój pozorny , może taki trochę nerwowy ale zawsze.
    To samo jest z muzyką – to jest to bum – bum , bum – bum , bum – bum ten „bas continuo”, czyli ten bęben daje , że to się wszystko trzyma tego , co w obrazie się nazywa płaszczyzną .

    Z.K. – To zabawna rzecz jest , że wszedł Pan na teren muzyki , żeby nam to objaśnić. Prawdopodobnie ta muzyka się wzięła od tzw. „buntu młodzieży” . Bo w 1968 roku po „wiośnie buntów” w Berlinie w najbardziej romantycznym miejscu w całym Berlinie , który a propos stał się symbolem tzw. „zimnej wojny” gromadziło się tam bardzo dużo młodzieży i chciano coś wymyślić , zatem żeby ich rozgonić puszczano przez megafony najgłośniej jak tylko można muzykę taką trąbo-bębnową , żeby nie mogli spiskować , żeby się rozchodzili do domów … .

    F.S. – Tak , tak ! – Klinika Brika , Klinika Brika – tam gdzie wymieniano szpiegów – Tak , przed wojną był to „most westchnień” . A więc usiedli tam agenci CIA i agenci KGB i zastanawiali się co z tym faktem zrobić , żeby tak dużo tu się nie gromadziło młodzieży – popijając wódkę i whisky i to oni wymyślili tę głośną muzykę , żeby tamci nie spiskowali /?/ . No tak ! wie Pan jak się coś daje i coś się dzieje – to się wreszcie po czasie ludzie zwłaszcza młodzi , przyzwyczajają i wreszcie ten absurd staje się koniecznością w życiu tych ludzi – No i tak zaczęło się to „ Bum – bum – bum” – To jeszcze jeden przykład na to co wcześniej powiedziałem , choć w plastyce w inny sposób to się działo bo i inne cele były tego – bo się zaczęło z niepojęcia … . – W muzyce ta cała nowa fala , dostała nieprawdopodobny zestaw instrumentów muzycznych , czego dotychczas nikt nie posiadał o tej sile , o tej skali i tych niepisanych możliwościach . Zaczął się też Jazz bo pojawił się niesamowicie drażniący instrument saksofon , jakby z założenia o takim „złym” cudzysłowie smaku . A więc zaczął się jazz , który był jedną z przyczyn , o czym mało kto wie , wybuchu hitleryzmu w Niemczech a właściwie faszyzmu ! Ale to jest temat na inną rozmowę – mówię to, żeby dać do myślenia … .

    Z.K. – Swego czasu , z okresu krakowskiego Pańskiej twórczości , wymyślił Pan sobie takie plebejskie nazwisko „Byk” – czy tak przezywali Pana ? – Nawet , gdyby nie to – jednak coś w tym jest , że obiera się pseudonimy czy podnazwy lub przednazwy , żeby coś w sobie zaznaczyć ? – Z tego co wiem i nawet kontynuują inni krytycy to „Byk” nie dał sobie założyć przysłowiowego kółka do nosa i dać się prowadzić – Co prawdziwego jest w tym , bo jak wiemy czas tworzy legendy , jest bardzo pojemny i twórczy w samej istocie ? Jak to było u Pana ?

    F.S. – Tak ! – dla zabawy , jako młody człowiek wymyśliłem sobie plebejskie jak Pan to określił , nazwisko – zgodnie z czasami !- Ja sobie to wymyśliłem, żeby być zgodnym z czasem . To , że sobie założyć kółka do nosa nie dałem – to jest taka słowna aluzja , która nie ma nic wspólnego z moim działaniem w mojej osobowości przynależnej plastyce , czy sztuce w ogóle !Wymyśliłem sobie nazwiska Jan Byk dla zabawy i tak się podpisywałem na obrazach z tamtego okresu , nazwijmy go „krakowskim” . To tyle !

    Z.K. – Zaczął Pan swego czasu mówić , nawet w tej naszej poprzedniej rozmowie – być może , żeby mnie naprowadzić na trop o zajęciu się kolorami : zimnym i ciepłym w różnych konfiguracjach ,o prześwietleniu nimi , kiedy to ja wspomniałem o perspektywie. Natomiast więcej tu u Pana kopii starych mitów aż po dzisiejszy realizm, co czyni Pana specjalistą wysokiej klasy i tak naprawdę jest Pana trudno zdefiniować , a przecież każdemu artyście o to chodzi , żeby go nie wepchnęli w jakiś mit . Dominuje Pan jakby nad samym sobą , wręcz obiekt świata jest Panu niepotrzebny, nie angażuje się Pan nigdy socjologicznie w sztukę . Jest Pan przez to bardzo ciekawy i jest Pan sobą … .

    F.S – Proszę Pana – za dużo macali w społeczeństwie !- Po co mam się angażować w jakieś moralitety itp. rzeczy . Nie można żyć w stanie jakiś wiecznych aluzji ! – Przecież ci ślepcy na sztukę powinni być podzieleni na tych co patrzą i na tych co czytają . Tam zaczyna się tzw. spekulacja raz już opisanymi walorami ! To raz zaczął taki facet którego ja uważam za ojca nieszczęść a mianowicie chodzi o Spinozę … .

    Z.K. – Wyklęty później przez estagiszmet żydowski dlatego , że jakby odszedł od tych ortodoksyjnych koncepcji , czy myślenia /?/ zazwyczaj przedstawiany na obrazach w dość groteskowej pozie na twarzy , w kapeluszu , w pelerynie , jakby taki Nesferatu /?/ – co w pewnym okresie zastanowiło i jakby skłoniło Stryjkowskiego do takiego kompleksu , że i on został wyklęty. Kiedyś pisałem taki esej o Julianie Stryjkowslim gdzie on przyznaje się do tzw. „kompleksu Spinozy” , a więc coś w tym jest , co Pan też mówi , ale filozof był niesamowity.

    F.S. – Nie wiedziałem , że Spinoza był żydem – No właśnie – cały szereg takich ludzi było , którzy zgubili tą drugą mistyczną drogę ludzkości za sobą . Takim może i największym przykładem tego mistycznego myślenia był Kepler , który nie wiadomo z czego – z fikcji jakiejś ? , raptem dojrzał precyzyjny świat , raptem dojrzał on bardzo czystą matematykę ?- Newton to samo zrobił w bardzo obskurny sposób! – Już ten obskurantyzm kodyfikowania wiedzy , jeszcze cały XIX wiek walczył z tym trendem – to mistyczne z racjonalnym walczyło , co jest trudne do sformułowania dla mnie , bo ja nie mam języka , z mych racji plastycznych , którym mógłbym precyzyjnie i dokładnie nakreślić to dokładniej , bo i czasu za tyle nie mamy , ale po prostu sugeruję dyskursywnie .

    Z.K. – Mimo to Pański język jest zagadkowy , bo i często symboliczny , myślę w dużym stopniu dla intelektualnego odbiorcy , a jednocześnie w tej sferze z klarownością , która zawsze zmierza ku tej harmonii . Jest tu niesamowita ilość wiedzy ukrytej .

    F.S – Ale czy Pan wie jak Kepler doszedł do tych swoich obliczeń ? – to ten najbardziej niezwykły z przykładów w dziejach natury . Myśmy mieli też takiego człowieka , który może jeszcze większe rzeczy zrobić, ale w Polsce nie miał warunków , myślę tu o słynnym księdzu Kochańskim , który stawiał tezy , nie poparte żadnymi doświadczeniami , ale z wiedzy konstruował jakieś myśli , który mówił , że – tak powinno wyglądać – tak powinno być . Potem się jeszcze zjawia Gauze , którego fascynuje np. co to jest falistość krajobrazu . Jak zna Pan jego obliczenia z powierzchni , to znaczy – jak liczyć powierzchnię kraju na przykład i z tego wychodzą niesamowite rzeczy dla konstrukcji pojęcia . Proszę pomyśleć !

    Z.K. – Coś ciekawego tu się pojawiło ! – bo przecież mieliśmy mówić o harmonii i to jakby kontynuujemy , ale w kontekście plastycznym ! – Ale Pan , jakby sugeruje , że niektóre centra , że tak powiem , mieszczą się jednak w towarzyszących dziedzinach , nawet w tych naukowych , począwszy od humanizmu po przez nauki ścisłe i nawet kosmos itd. Twórca obserwuje , żyje w tym wszystkim i buduje swój tok myślenia , żeby oprzeć swoje przesłanie a zarazem powiedzieć coś świeżego , uniwersalnego i mimo wszystko ciągnie za sobą cały zasób wiedzy i odkrywa ją dla siebie samego , co jest jakby nieodzowne i w sztuce najbardziej po to żeby zaistnieć? Pan interesuje się prócz swej profesji innymi ciekawymi rzeczami .

    F.S. – Proszę Pana byłem w Lincu , gdzie jest dom Keplera . Wieczorem było przyjęcie , był to koniec lutego w tym roku – i już troszkę po drinku , zasiadając obok Pani Burmistrzowej miasta , która jest a propos wspaniałą osobą , kochającą sztukę i artystów – onieśmielony wcześniej , powiedziałem jej później , że jutro rano wyjeżdżam , nie zobaczyłem domu w którym mieszkał Kepler – ona mówi to jest parę kroków stąd , więc chodźmy ! No i jakoś postanowiłem uczcić tego Keplera , mojego idola , a więc pomyślałem co ja mogę zrobić /?/ . Rozebrałem się do naga i przed tym domem odtańczyłem taniec na część niego , na tym mrozie , na ulicy o pierwszej w nocy ! Odtańczyłem w takiej formie taniec , co Pani Burmistrzowa przyjęła zupełnie jako normalną formę. Tylko policjanci , którzy obok chcieli reagować , myśląc , że to jakiś szaleniec , chcieli mnie zatrzymać , ale ona musiała ich i mnie uspakajać – Ale ja wtedy nie wiem , czy mogłem inaczej reagować swoim entuzjazmem – to stało się z emocji i chwili z jakiejś niepisanej radości , pasji całkowitego identyfikowania się z mistrzem ?, którego nie ma , a jest tylko cała ta spuścizna ! Chciałem też pokazać , że mój entuzjazm dla niego od malarza – artysty ! Tyle ! Jest to też w moich działaniach artystycznych , trzeba tylko dobrze patrzeć .

    Z.K – Były a nawet są momenty , że Pan na swoich pracach pisał jakieś cyfry , robił Pan opisy , znaki , litery , zmieniał Pan datę roku powstawania dzieła np. 1699 roku itp. rzeczy. Dużo jakiś opisów matematycznych i pewnych nawet siatek obliczeniowych ? – Takie różne inne rzeczy .

    F.S – Najczęściej to są te cyfry na boku – to są różne moje długi i czasem dochody , czego nikt nie wie i nie zna / tu śmieje się / , jakieś zbieranie pieniędzy na jakiś przedmiot , który zdobędę , czy nie zdobędę ! I inne moje tajemnice …

    Z.K. – Robił Pan kiedyś scenografie i myślę tu o jednej takiej do „Króla Ubu” , której to sztuki , żałuję , nie oglądałem , ale czytałem recenzje różne , jest nawet sekwencja tego , w tym przepięknym albumie Pańskim wydanym niedawno , jest tu w albumie jakby cała droga Pańska przez sztukę , są tu rzeczy , zdjęcia z czasu wstecznego kiedy to Pan zaczynał . Ale ta scenografia bardzo monumentalna zresztą fascynuje ogromnie ! – Może trochę o tej przygodzie z teatrem nie swoim , gdzie wystąpił Pan w roli scenografa ? Co fascynowało , że włożył Pan tyle serca w to monumentalne dzieło plastyczne , które w dużej ogromnej części tworzyło klimat „Króla Ubu”

    F.S. – Ten horyzont – o ! tutaj – na tym zdjęciu /pokazuje w nowym albumie z 1999 r / , bo nic innego nie mamy , wygląda taki gładziutki i wylizany – a to miało osiem metrów wysokości a szesnaście metrów długości ! – Horyzont był częściowo uruchamiany , częściowo nie . Pojawiał się i znikał i wiele elementów , które malowałem i rysowałem osobno , gdzie kreska miała np. pięć milimetrów do ośmiu grubości , więc proszę sobie wyobrazić, jak trzeba było z drabin i podestów pracować w całości dzieła scenograficznego, /tu objaśnia dalej na zdjęciach albumowych / . W momencie , gdy ja robiłem udo to wiedziałem , że szerokość uda to jest ok. 1,5 kroku ludzkiego mojego , cyc równał się jednemu krokowi i chodziłem z „pistoletem” , pędzlem nie sposób było robić inaczej , czyli chodziłem i pryskałem i nic nie można było w stanie zobaczyć , tzn. żadnych jakichś proporcji tylko jakby na wyczucie i doświadczenie , potem wchodziłem na drugi balkon w teatrze i patrzyłem z perspektywy jak to wygląda! Te zdjęcia z realizacji wyglądają takie strasznie gładziutkie a w rzeczywistości to bardzo chropowaty obraz i jego stan. To było takie ostre w kolorach… . Tu stoję i proszę zobaczyć moją małą sylwetkę dla orientacji . Muszę stwierdzić , że był to chyba jednak największy format jaki w życiu realizowałem w Teatrze Wielkim Łodzi . Lubię duże formy , na pewno – a to było doświadczenie z 1994 roku . Ciekawe bardzo !

    Z.K – To są te doświadczenia z Pańskich wcześniejszych „Teatrów Rysowania”?

    F.S. – Tak ! – ale to głównie były rzeczy o wysokości 4 metrów , czasem niższe ? , i nie przeznaczone do tak dalekiego oglądania , czyli działa tu inna odległość , perspektywa /?/ Gdybym robił tą techniką z „Teatrów Rysowania” to nie byłoby nic widać . No i raz robiłem jeszcze w Teatrze w Salzburgu. Był to Festiwal . No powiem , że były to znów ciekawe moje doświadczenia i duży wysiłek – na pewno wielki nawet .

    Z.K. – Ale może pociągnijmy ten wątek teatralny , zwłaszcza Pańskie „Teatry Rysowania” przed publicznością . Było dużo tych przedstawień, nazwijmy je „na gorąco” gdzie powstaje , w czasie i miejscu , obraz .Czy one , te teatry, wiążą się w jakąś całość ? – czy jest to jakiś cykl o czym my nie wiemy ? Czy to powstaje pod wpływem chwili – np. przychodzi Pan do płótna i nie wie co przedstawi , co odkryje , Pan wychodzi z KOŁA , czyli wpierw rysuje , zaznacza w centrum to koło i tworzy cały marsz z niego , jakby z jego ruchu ? Jest na przykład taki teatr Pański „Wędrówki do św. Konia” , lub inne „przeciw Beckettowi” , inne ciekawe opowieści plastyczne.

    F.S. – Jeszcze raz powiem , że kreska którą wtedy operuję jest naprawdę gruba a więc mówi to za siebie , to jest węgiel wciskany w miękkie podłoże. Tutaj na zdjęciu / pokazuje w albumie / ta kreseczka , jest bardzo cienka jakby po ołówku , natomiast to zdjęcie nie pokazuje tego elementu szaleństwa , tego tu nie ma –co było widać tam ! Natomiast , całą interpretację pozostawiam widzowi – taj jak to się dzieje w każdym teatrze – tym bardziej , że podczas rysowania rozmawiam z publicznością czasem uwzględniam ich uwagi , czasem jest inny kontakt i częściowo nawet to pomaga /?/ Natomiast koło wprowadza ruch i często to jakby z niego wszystko wychodzi i u mnie też , chociaż o kole powiem jeszcze później . W tej rozmowie coś innego i inaczej.

    Z.K. – Może ja będę kontynuował dalej co może się tyczyć i Pańskich „Teatrów”. Sztuka Pańska wyrasta z rozsądku , oszałamia , olśniewa jest pełna pasji , furii, bliska michaelangelowskiej harmonii jest tu rozpasany żywioł . Ma Pan zawsze jakby na uwadze pewne rzeczy , takie podstawy , wtórnej udowodnionej przez innych prawdy , bo jest barok , mity , nawet legendy i dużo matematycznych zależności a także jest kondensacja tego co najważniejsze zdarzyło się w malarstwie , tu ryzykuję , a więc to wszystko trzyma się pewnych rzeczy , które z niczego nie wyrastają przecież . To wszystko tworzy szyfr Pański ?

    F.S. – Wie Pan przyznam , że nie bardzo lubię tą całą ikonografię o której Pankowski i jego naśladowcy cały czas mówią , bo ¾ tego co się przedstawia pochodzi albo z jednorazowego impulsu , albo po prostu szuka się rzeczy , które są z mody danego czasu , te które się samemu lubi i ceni , lubi rysować , kreślić , bywać z innymi . Malował Carawagio „Ofiarę Izaaka” , już nie pamiętam dokładnie , malował ją dlatego , że miał straszną ochotę namalować parę zwęglonych polan w ogniu , bo wpadł na pomysł jak można oświetlić światłem zewnętrznym palone polano – ale i równocześnie jak pokazać , żeby z tych płonących polan wychodziło to całe
    światło wewnętrzne , bo to było wtedy ważne dla niego najbardziej , ważniejsze niż tytuł dzieła ! Z tego idzie taka myśl , że wbrew pozorom zmalowywuje się to i owo postaciom … . – Nieprawda ! – To malarze sobie nie mogli dać rady w pokazaniu postaci bo to są najtrudniejsze miejsca – dwa uda , pośladki , szyja , twarz w skręcie itd. – to tworzy niesłychane przejścia brył i czasem nie wiadomo jak je prawidłowo rozdzielić i pokazać w całym tym świetle? , żeby wszystko prawidłowo się przenikało ? – Podejrzewam , że to malarze narzucili dostojnikom kościoła przyzwoitą treść obrazów , oplatając je pewnymi zacienionymi liniami a potem stało się to już jakąś normą , że widzimy całe nagości na ścianach świętych miejsc . Później był to wręcz obowiązek i nawet zamawiano u malarzy nagie boskie postaci do poszczególnych tytułów dzieł biblijnych , innych i bardzo nagie , co kłóci się z cnotą .

    Z.K. – Jeszcze raz wrócę do „ Teatru Rysowania” . Raczej z mych pasji poetyckich bardziej, niż plastycznej profesji . Zainteresowała mnie treść tytułu i pojemność jednego z nich a mianowicie w „Teatrze nr 21” wystąpił Pan przeciw Beckettowi – Dlaczego ? – Było tan zjadane „Jajo wieczności” .

    F.S. – To jest w ten sposób , że ja niesłychanie sobie cenię rzecz, że w wieku XX zostały dwie rzeczy niesłychanie ważne napisane . Jedna to było „Wzgórze Apolinarego” gdzie było właśnie to o harmonii co mówiłem najsampierw . To był ten „ostatni krzyk tego czasu” , który się kończył a jednocześnie zaczął ten „czas burzenia” . Ostatni krzyk tamtej epoki , bo jest tam naprawdę bardzo wiele !- A drugi to Beckett , który napisał coś , jakby było już po wszystkim – ten „wyludniacz” jego … niesamowity zresztą .

    Z.K. – U niego jest tak ! – jakby postaci nie istniały , choć są ukryte i ważniejsza jest sama metafizyka ruchu . Byłem kiedyś na takim Beckettowskim teatrze , gdzie całkowicie zaciemniona sala łącznie z widownią , oglądała jedynie wypowiedziane słowa przez oświetlone usta , które poruszały się w tej ciemności , oświetlone tylko wargi ruchome wypowiadały dykcyjnie słowa i trzeba było treść tekstu odbierać w własnej wyobraźni , patrząc jakby w miejsce ich wyjścia . Czy tak Pan to podobnie czasem interpretuje ? Oczywiście to nie jest poezja to raczej interpretacja bez udziału człowieka ? – Interpretacja metafizyki tekstem „wyludnionym” .

    F.S. – Nie , nie , nie ! – tu nie mówię o interpretacjach lecz o samym Beckettcie . Miałem okazję poznać Becketta osobiście jak jeszcze żył . Miałem nawet też robić swoją scenografię do jego sztuki , lecz jakoś do tego nie doszło z kilku powodów . Może zatem w ten taki pozytywny sposób wystąpiłem przeciw niemu a właściwie przeciw temu „wyludniaczowi”? Ten utwór „Wyludniacz” Becketta to było jakby po wszystkim , i ja zrobiłem dwa ”Teatry Rysowania” – jeden w Podwolu , drugi w Chicago . Zrobiłem je celowo na temat tego „Wyludniacza” tylko , że jakby obok , gdyż jakbym robił na temat , w tym momencie zaczęłaby się ilustracja-więc trzeba uważać w takich momentach . Mianowicie – nie można ilustrować snu na przykład , bo ilustrowanie snu będzie działało na obrazie tylko ilustracją a je muszę pokazać metafizykę snu i ja go muszę sam jakby na jawie wyśnić! I on musi powstawać razem z malowidłem . Czy razem z tekstem , który się bierze . A więc , zrobiłem dwa i raptem zauważyłem, że ja tego Becketta zaczynam nienawidzić ! – Że jest przeciw ludziom – ¾ tej sztuki , która jest z pogranicza takiego abstrakcyjnego śnienia i surrealizmu , najczęściej przez nieudolność , trochę przez złą wolę , trochę przez małe niskiej klasy myśli , jest przeciwko człowiekowi ! To zacząłem dostrzegać u tego autora , że to jest sprawa wysokiej klasy w żadnym wypadku to nie wynikało z braku moich możliwości, z braku umiejętności – Ale , że człowiek był poniżony ! – Nie był obdarty ze skóry w chwale , nie był bez nóg , oczów , rąk ale w chwale – on był obdarty z czegoś innego ! Bo w momencie , gdy się robi człowieka w chwale można go pozbawić wszystkiego , tak jak święci męczennicy obdarci ze skóry , topieni , soleni , siekani na kawałki itd. Są cały czas dalej świętymi , a nawet świętszymi ! – każdy członek jego ciała w tym czasie promieniuje jakąś boskością ! I muszę robić jakby podobny zabieg – Jednej rzeczy muszę się w tym momencie strzec , żeby uniknąć co jest groteskowe , bo to groteskowe jest niebezpieczne ! – Jest łatwo śmieszne i rzecz , gdy chcę dawać powagę przez niedostatek formy , raptem staje się śmieszna , raptem staje się błaha ./?/ To są rzeczy ,
    Których ja muszę pracując pilnować i zdawać sobie sprawę , gdy się mówi o prawdziwym szczerym przekazie , co powinno charakteryzować każdego twórcę ! Tyle wyreżyserowałem , czyli dwie rzeczy i trzecią , ale jakby nic z tej trzeciej nie wyszło .

    Z.K. – I jeszcze najważniejszy ten punkt w „Teatrze Rysowania” a mianowicie – dążę tu uparcie do koła z którego Pan wychodzi . Bo było „koło zgody” , było „koło z ognia” , jakby przeciwstawne koła sobie , a nałożone jedno na drugie wiadomo co może to oznaczać. Powstaje żywioł . „Koło było utkane z wszystkich rzeczy , w okole były przyczyny i skutki”… – pisze Borges w „Piśmie Boga” . Czy te zależności bytu wszystkiego , te wizje , to harmonia żywiołu? – czy żywioł może mieć jakąkolwiek harmonię? – Ale gdy wychodzi z koła ?

    F.S. – Wszystko już na ten temat powiedziałem przed publicznością – a teraz milczę ! Ale jeżeli chodzi o koło – jest ono czystym popisem mistrzostwa . Do zagadnienia koła można zawsze dodawać całą filozofię , ale jest to najczystszy popis mistrzostwa i w każdej dziedzinie sztuki obojętnie z jakiego tworzywa brać . To jest to , jakby na pierwszy rzut oka „COS” –Widz , który siedzi na centrum , pierwszy znak – „ ja mistrz zaraz się otworzę „… . Zawsze wszyscy dawali się nabierać na to koło – nie wiem – wszyscy Papieże , inni wielcy i mądrzy – bo jak na przykład przychodził mistrz Michał Anioł i rysował z wolnej ręki koło to na przykład Papieża zatykało – te wszystkie punkty biegnące obok siebie tworząc nieomylną linię w przestrzeni która zamyka się w jedno . Nie tylko on Papież zresztą – wszyscy inni możni tego świata dawali się na to koło „nabrać” , – mówię to w cudzysłowiu !

    Z.K. – Idzie nowy czas , okrągłe cyfry – zadaję to pytanie wszystkim wybitnym osobom , które mają ze sobą jakieś wartościowe doświadczenia , którzy coś dokonali i mogą w obliczu tego nowego czasu coś skonfrontować , coś uzmysłowić ? – Czy Pan pokusi się o taką sugestię ? Bardzo proszę , choć we tej rozmowie padło już wiele ciekawych spostrzeżeń . Ale może jest coś jeszcze ?

    F.S – Zawsze atmosfery jubileuszu , atmosfera czegoś ważnego , czegoś ważniejszego – to zawsze działa i nie można od tego odejść jak od czasu – on płynie, tworzy ? Bo ja wiem , co jeszcze może powstać ? – nie wiem ! stać przed niewiadomym wciąż – to co najlepsze ! i najciekawsze? Nie wiem – co jeszcze zrobię , różnie dziś pracuję i ciężko nawet , ostatnio i wolno przede wszystkim , być może to czas zastanowienia ? – Nie wiem doprawdy . W Poznaniu teraz wystawiłem cztery „Teatry Rysowania” – zmasowane takie , jeden na drugim . Wyszło to bardzo imponująco – a co jeszcze ? – nie wiem – ! Naprawdę – praca …

    Z.K. – A może coś w stronę polityki – w tym przesłaniu może ma Pan choć jedno zdanie – może takie „wybitne” jakieś od siebie wybitnego artysty, którego głos liczy się zawsze. Bo przecież prosi się Pana , jako eksperta, do przeróżnych stron nie tylko artystycznej , żeby mógł Pan odwrócić tę powszechność w kierunku sztuki – co Pan by najogólniej znalazł jeszcze ? Bardzo proszę , nasze pismo jest niezależne i sprawiedliwe , bo pomieszcza wielki niezależny zakres zagadnień i osobowości . Każdy z nas ma jakieś własne wyrobione zdanie na to co nas otacza . A Pan ?

    F.S – Jeżeli jest Sejm i w tym Sejmie siedzi 460-ciu „baranów bożych” gapi się na byle jak starannie powieszoną flagę Państwa , byle jak starannie powieszonego orła własnego Godła , na zielonej ścianie – to przecież ci ludzie siłą rzeczy muszą mięć małe własne kłótliwe myśli ! Myśli nie dyskusyjne , lecz kłótliwe ! Wielkie okresy miały wielką sztukę , a tutaj mały okres nie ma sztuki – Ja to mówię dygresyjnie – kto ma intuicję zawsze zrozumie . / tu odbiera telefon od żony, która informuje o powrocie do domu jutro z podróży / . A co znaczy „byle jak starannie”. No ! – to jest bardzo ważna rzecz i tu cały szereg ważnych myśli się w tym miejscu pojawia . Jak jest „byle jak starannie „ – to nawet przypadek zmiętej flagi , krzywego orła , któremu gdzieś jedno skrzydło uciekło w górę lewe , innym razem prawe , nie zmieni tej żadnej harmonii , właśnie tej harmonii o której mówiliśmy , czyli o tej harmonii która jest o niczym . I tak „byle jak starannie” jest to rzecz , która wręcz zagraża naszej cywilizacji , z czego ludzie żyjący w świecie napisanym i w świecie słowa nie będą w stanie zrozumieć nic! – tylko , że tamten ich świat jest bardzo łatwy . Nasz świat jest bardzo trudny , bo nie da się go skodyfikować – bo tu się nie da kodyfikować co jest jakąś prawdą i karać – będzie zaraz odpowiedź : „ O gustach się nie dyskutuje „ – ale temu trzeba by dodać : iter pares – jeżeli równy mi człowiek ma inny gust – znaczy , że jest inny gust ! – Jeżeli człowiek niżej ma inny gust – to nie jest gust nad którym można dyskutować ! – On może tylko przez przypadek się omylić – Ale tylko przez przypadek ! Innej możliwości nie ma ! Kiedy na przykład plastycy , czy artyści nie mają wpływu na obraz miasta , czy architekci z prawdziwego zdarzenia , a rządzi tym jakby sam przypadek , czy biurokratyczne układziki – to wydaje się być sprawą dość prostą – Jeżeli był mój pradziad Biliński , ten od którego jest ulica Marszałkowska , który zbudował piękny , pierwszy Roccocowy , pałac na świecie , ten który wyszukał sobie dobrego architekta młodego w Paryżu nazwiskiem Messonie , a który potem stworzył epokę sztuki – to przecież było wiadomo na pewno , że ten określony człowiek miał określony gust i , że pradziad z panem Messonie mógł dyskutować wciąż jak to ma wyglądać ! A tu przychodzi Pan , który reprezentuje kapitał „X” z Banku „Y” , zwroty finansowe „XY” , u siebie ma na ścianach parę kiczów i on teraz temu architektowi będzie mówił „mi się podoba…” – Czy Pan wie , że nie ma kodeksu karnego, który by mógł określić, że tu popełnia się przestępstwo ? Bo gdybym ja poszedł do chirurga , który kraje i mówił – nie ! Panie Profesorze – ja to tutaj bym ciął itp. itd. I zacząłbym ciąć , to by mnie zamknęli – to nie jako dyktatora , niefachowca, lecz jako nienormalnego człowieka ! – A tutaj dyktują gust ludzie , którzy są poniżej , nawet mojej wiedzy , w medycynie – Jakieś układy , bezguście i kiczu a jedynie gra pieniędzy !? I to jest przerażające ! Nikt , zupełnie nikt , nie zwraca uwagi na to – nie ma na to żadnego kodeksu prawnego . Ale jak to zrobić ? Przecież „ON” się będzie upierał , że on ma właśnie dobry gust , a gdy zachodzi się do niego , do domu , gdzie niby widać jego duszę – a tam wisi kicz z Rynku Starego Miasta , do tego egipska kanapa i parę temu podobnych paskudztw … . Dlatego on ma gust lepszy od architekta wnętrz bo on sobie sam będzie urządzał dopowiadając , „że nie będzie wyrzucał na głupstwa pieniędzy”… I póki to się dzieje w jego prywatnym domu to jest dobrze , chociaż też nie bardzo ma prawo , gdyż przyjmuje różnych ludzi . A to się udziela i to się decyduje w sprawach wielkich finansów i gdy ci przychodzą do jego domu załatwić sprawy i teraz w tym obrzydlistwie, w tym jego domu , znowu będą mieli swoje małe myśli i będą się jakoś podświadomie z nim utożsamiać – i tak to idzie , podaj dalej … . Czyli , że nawet urządzenie sobie takiego domu jest ważne , a gdy jest dysydentem powinien odpowiadać . A nie ma możliwości stworzenia prawa , czy kodeksu , nawet o koncepcji tu nie ma mowy . Jedyne prawo , jakie jest w sztuce , to są prawa autorskie . Czasem są to bez porównania ważniejsze rzeczy – W Anglii pod koniec XVII wieku , zegarmistrzostwo doszło do szczytów mistrzostwa , gdyż najpierw w połowie XVII wieku istniał przepis , że członkowie CLUBU MECE COMPANY mogli chodzić po domach i sprawdzać , czy jakieś zegary są dobre- A jak był jakiś niefachowo wykonany , mieli prawo go rozbić młotkiem. Było to uzurpatorskie , dyktatorskie , ale to było pewną dyscypliną , która trzymała dane
    fachy !
    I prowadziło to po czasie do jakiegoś poziomu. Znane są inne rzeczy tego typu i koncepcje , które określały jasno rzecz . A tutaj nikt sobie nie zdaje sprawy jak to w tej wielkiej skali makro ma wpływ na nasze ludzkie myślenie , na funkcjonowanie ludzkości , ma ta cała uroda otoczenia . To jest ważne ale jak dotąd niezauważalne i dużo by jeszcze o tym mówić dużo .

    Z.K – Bardzo dziękuję Panu za tak szeroko pojęciową rozmowę , uzmysłowienie pewnych „niezauważalnych” faktów i rzeczy .Gdy wszystko jest w biegu , pewnie sztuka ludzi zatrzymuje ? Dziękuję za tyle ciekawych rzeczy , która pewnie nie zostały jeszcze wyczerpane do końca , choć starałem się zachęcać Pana wszechstronnie , to jednak mamy jakiś określony czas dla tego spotkania , które moim zdaniem było bardzo ciekawe . Dziękuję za przyjęcie mnie we własnej pracowni , wśród tak szerokiej pięknej i twórczej scenerii . Życzę wielu ciekawych realizacji , na które będziemy czekać . Kto wie co jeszcze czeka artystów .

    F.S. – I ja dziękuję i pozdrawiam serdecznie czytelników i Redaktora Naczelnego . Również życzę wiele na ten 2000 rok .

    Z.K – Dziękuję serdecznie
    – rozmawiał Zbigniew Kresowaty

  • Ujrzeć na własne oczy „maszt odysa”

    Recenzja do tomu poezji Marii Miłek

    Do książki poetyckiej pt. „Maszt Odysa”, która nadeszła wczesną wiosną 2009 roku, autorstwa Marii Miłek, sięgam ponownie bardzo późną jesienią, właściwie po kilku miesiącach odłożenia jej, po przeczytaniu, na biurko. Odczytuję, jakby po danym dla mnie czasie, czytam te wiersze obecnie jakby w innej aurze ponownie – dlaczego? – Tłumaczę się nie bez kozery, gdyż wtedy uznałem od razu, że tomik ten wart jest więcej uwagi, a nawet szczególnego zastanowienia – Otóż jest już tak, że po zaznajomieniu się z interesującym dziełem sztuki: książką, obrazem, rzeźbą… za jakiś czas nieuchronnie powracamy, z takim swoistym niedosytem potrzeby – Bywa, że dzieje się tak po jakichś ciekawych i osobistych doświadczeniach: powroty z ciekawych podróży, z białych sal – inne wręcz bardzo osobiste wewnętrzne wędrówki, nie koniecznie po sferach sztuki, ale i tych super niezwykłych chwil, na które natknęliśmy się w międzyczasie. Ten tomik wierszy, zresztą bardzo pięknie wydany w wydawnictwie ORGANON z Zielonej Góry (twarda okładka, 120 stron, z kilkoma zakładkami – fotografiami i grafikami) jest obszernym zbiorem, a w zawartej treści – ciekawym wyborem wierszy Marii Miłek. Jest wręcz niekończącym się poematem. Dlatego proszę pozwolić mi jeszcze na kilka poetyckich dygresji, gdyż nasycony jeszcze teraz jestem metaforyką tych wierszy. A dzisiaj jest już późna jesień, pora pobudki poetyckiej: za oknem jeszcze wędrowanie aniołów i białych kruków… a tuż poza naszymi plecami ludzkimi…stąpa Tanatos ze zniczem, chociaż nie jesteśmy nigdy starymi, chociaż i ja, przyrzekam: jestem już Maurem…stoję przed swoim oknem – tudzież stąpa wzdłuż swej wieży strażniczej piękna druga Tanatos z kosą, jakby zeszła z obrazów Jacka Malczewskiego – zadłużyłem się w tych obrazach Malczewskich. Kocham, bo i kochałem te surrealistyczne zaśpiewy młodopolskie z mitykami, i jak patrzę więcej tutaj – szeleszczących myśli pod stopami Tobiasza z Aniołem… Dalej już tylko „piesek przydrożny”… podążamy, być może w stronę Hybnosa, zanim uśpi nam czas, i ujdzie białym rytmem metafor otwartymi po – wiekami w kolor niebieski…
    – Zatem otwarcie powiem powtórnie: czynię te dygresje celowo, ponieważ w zbiorze poezji Marii Miłek pt. „Maszt Odysa” czai się rzecz mitów i nieco więcej dygresji stricte o sacrum – profanum…
    – Użyłem na wstępie swoich dygresji, gdyż w książce tej pozostają do omówienia jeszcze inne filozoficzne konteksty. Interesuje także w tym wydaniu ciekawe zestawienie pewnych zapisów biblijnych oraz stawianie ich naprzeciw mitom, co czyni ów zbiór humanistyczną wędrówką ku obecnemu zbrukanemu światu i jego bardzo namacalnej i hałaśliwej zewnętrznie rzeczywistości. Ale tak to już jest, że owe prawidłowości zachodzą na siebie, a książki się czyta – odkłada i wszyscy to robimy. A później powraca się do ich irracjonalnych treści, żeby te wydania na swój sposób zaakceptować… Tak też uczyniła na pewno poetka, sięgając zapewne do swej wiedzy: klasyki starożytnej i biblijnej… Ale też jak domniemam nie zapomniała rzeczy z czasów studiów – także z klasyki współczesnej.

    Adrem! – Przede mną tom wierszy poetki, która zaczyna swoją opowieść o potrzebie oczekiwania, powściągliwości słowa przemycanego przez myśl. Poetka i osoba stojąca gdzieś na nieznanym dalekim brzegu, zatoki nieznanego morza, spogląda jakby „świeżym okiem” z ręką przyłożoną do skroni, do czoła i patrzy w dal – przyszłość(?) płynie do mnie czy przeszłość? – zasłaniając gęste promienie słońca tą dłonią załóżmy, że jest wczesny wieczór… Poetka, jakby na nowo, tworzy swoją opowieść opartą o Iliadę(?) – tudzież stąpając niecierpliwie przechodzi w wersyfikację Starego Testamentu. Zatem zacznijmy od wiatyka wiersza pt. „Genesis” – traktującego o stwarzaniu…na temat wartości słowa, i jego pojemności sprawczej, powstało szereg prac naukowych, i niezbadane są głębiny i otchłań oraz mroki z jakiego pęknięcia się było wyłoniło SŁOWO…
    – Odtwarzanie perspektywy światopoglądowej w teorii Słowa jest niewątpliwie potrzebne i musi być umiejętnie podejmowane, najlepiej w konkretnym miejscu dla czasu zastanego.
    Natomiast podejmowanie dalszej glosy na temat SŁOWA, i jego rozedrgania celem obserwacji zachowań, to dość trudne zadanie. Jeżeli na temat Słowa powstaje zapytanie: „co było pierwsze?” – to powstaje multum określeń i prób wyjaśnienia jedynej tajemnicy o wartości, a należy wtedy rozumieć, że różne wypowiedzi nałożone na siebie, w tym te antropologiczne, dają nam najlepszą kapitalną jakość dla konstrukcji jednej myśli, ale i pozwala na stworzenia formuły najbardziej adekwatnej samej istoty tworzenia. Inaczej bywa jak tworzymy własną odrębną wypowiedź na temat Słowa, znajdującego się u nas na podorędziu. Oczywiście moglibyśmy tworzyć, mówić, wartościować… co tak naprawdę było pierwszym echem po wybuchu energii, która wyzwoliła się śląc mega-energię w nowe przestrzenie. Ale można też na równowagę wspomnieć o innej formule duchowej po czasie, oznajmiającej choćby w Pontyfikacie JP – II, po doświadczeniach w Teatrze Rapsodycznym Lolka Wojtyły, czyli o tym, że Słowo konkretnie istnieje w przestrzeni jako wartość, czyli odrębna siła twórczo – sprawcza… Natomiast samej tajemnicy tworzenia słowem antropologicznie, (czyli przez człowieka) było wcześniej także powiedziane, lecz długo nie zapisane, jak w ikonach dla ludzi, którzy nie znali języka – może tylko migowy(?) – a także później w Starym Testamencie zostało to wymownie zapisane „ręcznie”. A później już w samej konsekwencji zostało to przypieczętowane nowszym czasom, czyli „Nowemu Testamentowi”- trwanie pisania ikon trwało dalej dla tych co nie umieli czytać pisma Świętego. Dziś poeci na swój jedyny – artystyczny i niezbywalny sposób pragną, i usiłują, rozwiązać tajemnicę życia bardzo kruchym słowem. Otóż poetka, w tym tomiku, wprowadza własną filozofię, rozczytując podstawy istnienia oraz dalszego stanu homo – sapiens, także jaką przebył on drogę i co osiągnął po przez sprawczość samej treści Słowa.
    Poetka w konsekwencji tworzy nowe, specyficzne, stany pojęciowe, dotyczące samej formy Słowa starając się przywrócić mu wartość sprawczą. Przyznać należy, że autorka bardzo ujmująco, i dobrze składniowo, pisze swoje poetyki, podejmując grę logosu stawiając pewne kwestie uniwersum życia – bytu pod ponowne katharsis. Czyni to za pomocą profanum. Zatem wczytując się w głąb metaforyki tego tomu poezji należy oczekiwać bardzo ciekawych odniesień i zestawień w kwestii odsłony słowa
    – Otóż mówi poetka w trzeciej części wiersza Genesis ( str.5) tak:
    (…)
    A człowiek stał się
    słowem
    przez które
    wszystko co złe
    trwa
    i mija co dobrym
    być miało

    Wpierw nastąpiło stworzenie: światłości, bo jest „dobrem” które odsłania – Tak! – jest to zapisane w II kor.4,6 w Pierwszej Księdze Mojżeszowej i brzmi tak: „… Oddzielił tedy Bóg światłość od ciemności”. – Natomiast w 6 wersie tej Pierwszej Księgi Mojżeszowej jest zapisane: „Potem rzekł Bóg: Niech powstanie sklepienie pośród wód i niech oddzieli wody od wód!”. Pierwszym Słowem, które otworzyło formułę światłości ku powstania Wielkiego uruchomienia energii, (która wydała głos – dźwięk) tzw. „zbiorowości”… było uwolnienie treści fizycznych: uwolniła się pramrówka pyłu z mroków – Dlatego do dziś powodowani jesteśmy do konieczności zadawania pytań ewolucyjnie. Konieczność powstaje wtedy gdy człowiek jest „zbiorowy ( mówi tak nawet Grotowski) i trzeba mu stawiać takie pytania by umiał odnaleźć przede wszystkim siebie samego, bo ważny jest przede wszystkim człowiek. To on wiedzie dzieło „twórstwa” ( jakby powiedziała Marianna Bocian) dlatego trwa wartość nadrealna zakodowana w człowieku. Dlatego człowiek naa jej podstawie tworzy…Tomik Marii Miłek jest kolejną odyseją(?), gdzie możemy irracjonalnie przeżyć i pójść na całość a nawet na coś więcej, a jeżeli kolejne wspomnienie – Możemy pójść we wspomnienie z przyszłości – bo wiele się zdarzy jeszcze w takiej przestrzeni. Spróbujmy zatem wstąpić głębiej w metaforykę tych wierszy. Oznajmia nam poetka, w filozoficzny sposób, o micie uniwersum mitów, o kabałach, które po micie pozostają otwarte – mówi wprost co potrafi przetrwać, w słowie pozostawionym w pamięci dla istoty samego człowieka… Przytoczmy pierwszy człon wiersza (str.15)
    pt. „Kubek Fidiasza”:

    Jak cud stworzenia zadziwiał świat
    i oślepł blaskiem
    ledwie go mieściła olimpijska świątynia
    z tronu powstawszy sklepienie by uniósł

    grzmiała posadzka chybotały kolumny

    gdy śmiechem gromkim przepędzał cezara
    zuchwalca co mienił się bogom być równy
    i jak zdobyczą chciał nim zawładnąć
    I trwał
         znieruchomiały
         zaklęty przez człowieka w kamień
         milczący zimnym złotem
         (…)

    Wiemy dobrze, i jest pewnym, że nie zachowała się np. żadna rzeźba Fidiasza, chyba tylko Partenon z połową filarów, co zresztą wykonali jego uczniowie, ani nawet jedna inna rzeźba jego nie – ale ocalał drobiazg – jego kubek, a na nim NAPIS ( kto wie czy Herbert także nie użył tej myśli o kubku, jako o nagrobku?) uczyniony jego ręką: Feidio emi – (należę do Fidiasza) – Przypomina nam i oznajmia poetka bardzo znamienną rzecz, że pozostaną po nas tylko maleńkie ślady a złożą się one na pewno na wiedzę ogromną, tym bardziej, bo okupione są ślady homo – sapiens okrucieństwem i przelewaniem krwi zz naczynia do naczynia… i dalej. Ale nawet krew znika, ale wygrawerowany czyn na ciągu naszego istnienia pozostanie w słowie – Otóż życie – nasz byt, jest tylko przypadkiem – dopowie to inny poeta, a przypadek idący w czasie odpowiedniego czynu – nie ginie. Poetka opisując czyn Fidiasza: wielki posąg, który był wykonał cezarowi, mówi – przytacza z mitu: – władca mienił się Bogiem, mówi poetka jakby na równowagę tego kruchego kubka, że posagu ogromnego w chwale wzniesionego już nie i nie może być – ale kubek starożytny podpisany ręką ludzką jest.
    Posąg przetopiono, a ogrom rzeźby i moc jej upada dalej, i nie ma już posagu despotyzmu! – SA tylko poszczególni jeszcze słaniający się w dymie despoci: spłonęło złoto w odchani ognia – już nie ma złota – jest prosty napis – podpis wypalony w tyglu czasu – wykonawcy zdarzeń. I jakby narrator widowiska, w drugiej części tego wiersza (str. 15), poetka kontynuuje swój poemat:
    (…)

    Słoneczny posąg boga
    wielkość człowieka głosił
    zwycięstwo chwili ponad czasu siłę
    chwilę zwycięstwa i wolność
    jakby istotą życia były
    i trwać mogły

    Zbyt wielki by przetrwał choćby wiek
    siły natury i chciwość kupców
    powalony
    wyrwany z korzeni kamienia
    jak kłoda leżał
    czekając na ociosanie z blasku
    pocięty sprzedany
    ten co w niebo sięgał
    myślą artysty płomienną
    (…)

    – Poetka chce przytoczyć także czyny despotyczne: Neronów, Kaligulów, władców burzycieli porządku świata, do współczesności – ich czyn jest zawsze okupiony krwią: hitlerków już nie ma – stalinów , a – Saddamów powieszono, Karadićów trzyma się w odosobnieniu, swąd po nich, i widma wyją w sercach, kiedy z kwadratowej głowy ti-vi, straszą innymi… Czy historia się powtarza? – nie! . Historia to biblioteka czasu, w której tylko słowo zmienia człowieka… spisuje, a ten zmienia czas. Poemat „Kubek Fidiasza” jest wspomnienie przyszłości. A takich wierszy jest kilka w tym tomiku. Czy podskórnie wiersze te mają symptomy poezji zaangażowanej(?) – być może tak, być może nie! – Ale proszę wybaczyć ( pani Mario ), że słyszę tutaj także słowa działające na intuicje człowieka, słyszę Herberta…raczej chodzi tu o rytm z Herberta – rytm wierszy i semantykę, która daje powody… Może przytoczę w to miejsce wiersz o nieskończoności – a to ból głowy każde twórcy i twórcy innych maści. Poetka dedykuje ten wiersz Milanowi Kunderze ( str.21) pt. „Apeiron”:

    (…)

    nie to przeraża co tracisz
    lecz co zyskujesz w zamian
    bolesne poznanie poraża

    Teraz widzisz wyraźnie
    oaza – światłem pragnienia jedynie
    tylko pustynia nie jest mirażem

    i nie ma pustki aż po kres nie ma
    w miejsce po
    wdziera się inna pełnia
    (…)
    płyniesz i na chwilę zapominasz
    że nic cięższego
    od pustki właśnie

    – A więc, czas – czy pojemność przestrzeni? – należałoby pytać, czujemy tu jedno i drugie. Apeiro(s) – z greckiego bezgraniczny…(Anaksymandra z Miletu – bezgraniczna, otwarta kobieta) – Kobieta? – jak nie zgojona rana: jakby nienasycona i nieskończona bo przyzwalająca – regularnie krwawiąca przestrzeń, innym razem niespełniona, krążąca, jak pramateria świata, będąca ruchem świata podstawowym tworzywem zataczającego różne koła, w/g której funkcjonuje wszechświat „wszystkich innych spraw”. Natomiast o samym posiadaniu a jednocześnie utracie można mnożyć funkcje, lecz poetka daje nam jasność najpełniejszą i pewną: o takim przerażeniu, wielkości pożądania i straty lub zysku, i poznawaniu istoty materii, która porusza się lub rośnie zawsze względnie – Trzeba powiedzieć, że ciemność przeraża, ale kto wie czy utrata ciemności nie przerażałaby bardziej, gdyż nie oświetlałoby nas jaśniej samo światło(?).
    – Nie bez kozery świadczy tez mitologia, że to właśnie w mrokach czeka na nas ciągle czyn i spełnienie i niewiadoma: zjawa – głowa Meduzy, a też nie każdy może sobie z tą ciemnością poradzić, nie każdy może ściąć jej głowę temu potworowi jak Perseusz. Pustki nie ma, i nie może być – z głowy Meduzy rodzi się Pegaz – biel, biegnąca brzegiem pełni morza…jak piana. Mówi poetka wprost, ze przerażać może dziś brak cnoty, i jej obrońców oraz twórców. – może i o tym poetka mówi: poznanie każde woła i jest swego rodzaju bólem, większym – mniejszym…lub bardzo irracjonalnym, po przez którą stykamy się dla istoty fizyczności(?), która jakby podskórnie żyje, i być może wiersz „Epiktetom” jest przedłużeniem tej filozofii? – pisze autorka (str.25) tak:

    Zbyt wiele lat
    by nie stać obróconym w przeszłość
    zbyt mało przecież

    aby nie drętwieć patrząc przed siebie
    przecież już
         przecież jeszcze

    wszystko na nic
    rady stoików i mnichów mądrość
    spokojna radość
         to wszystko nic
    choć takie prawdziwe
    (…)

    – Przywołuje autorka Epikteta filozofa z Herapolis, który uczył prohairezy , czyli odróżniania człowieka od zwierząt. Dziś mądrzejsi jesteśmy, choćby o wiedzę, że mamy ich za swoich krewnych, i dlatego nie należy ich zabijać, a nawet poniżać.. „Zbyt wiele lat by nie stać obróconym w przeszłość, zbyt mało przecież aby nie drętwieć patrząc przed siebie” – Jeżeli tutaj mowa o ewolucji fizycznej, to świat zwierząt nadal rządzi się innym czasem. Lecz jakby nie może trwać bez nas, choćby dlatego, że wymierające gatunki humanum – docta naprawiamy…Zatem trwamy w przestrzeni, która ściera się na naszej przestrzeni jak rzeka – dryfujemy w zbiorowości.
    W wierszu „Ananke” (str. 26) poetka przytacza symbole konieczności, czyli pewnego uporu i konsekwencji(?). Konieczność pycha nas do przodu, daje pragnienie i satysfakcję oraz nadaje rytm naszej obecności w drodze. Ananke odgrywała ważna rolę w teologicznych rozważaniach orfików. Poetka wybiera za wzór: Syzyfa, Odysa, Ariadnę, i Safonę, która stanęła na skale Leukadyjskiej . Ananke, będąc matką Mojr , ale też czynną kochanką Zeusa, wiedziała co to jest miłość przeznaczona. Myślę dlatego poetka przytacza także Safonę, mówi jak Ananke ( str. 26) tak:

    Doprawdy – dziwię się Syzyfowi
    nie wiem
    upór to czy złudzenie
    przecież
    żadna wina tak wielka
    by karą być miała wieczna nadzieja
    żadem głaz tak kamienny
    by nie skruszył wiary

    – Czyni autorka zbyt śmiałą ironię tego zasadniczego mitu do losu i przyczyny życia, które tutaj na ziemi jest pracą i nadzieją powiązaną najbardziej z wiarą – Przecież wiara i nadzieja to dwie bliźniacze kłócące się non – stop siostry! – Stawia nas poetka pod murem, żebyśmy wybrali. Dalej, w tym samym wierszu, (str.26) kontynuuje:

    Nie rozumiem Odysa
    zbyt daleko odpłynął
    jego kraina już nie taka
    utkanego czasu
    nie można wypruć z krosien losu
    ani zwinąć w kłębek

    Na cóż Ariadnie nić
    Nie ma tak długiej
    by wyprowadziła z labiryntu
    rzeczywistości
    (…)

    Żadna skała tak wysoka
    by nie widzieć
    odpływającego okrętu
    (…)
    Tylko ta jedna
    Leukadyjska
    na której stanęła nieszczęsna Safona
    jakby zbrodnią była miłość
    milczał obok wyniosły Apollo
    (…)
    „Wiem moje ręce nie dotkną nieba”
         Teraz już cisza…
    (…)

    – Otóż, znamiennym tutaj jest, że poetka swój tomik zaczęła od Biblijnego Genesis wprowadzając nas w zaułek naszych szarych komórek stwarzania zbiorowego. Wszystko zaczęło się od SŁOWA… Życie umieranie, określony byt – Tanatos, Hybnos – otwarte oczy dla wieczności, zataczając jakby matematycznie rajskie koło. Poczyniła poetka pewnego rodzaju krzywą, dokonując wielu porównań sacrum – profanum, podnosząc wątki istoty natury na wyższą jakość. Pewnie czyni takie zestawienia, żeby uświadomić czytelnikowi zwłaszcza inteligentnemu wiele rzeczy, o których zapomnieliśmy – a najbardziej o logice tworzenia. Ta wędrówka z LOGOSEM daje nam także do myślenia: o kardynalnej istocie rachunku prawdopodobieństwa – i jakby przeprowadza nas przez zestaw liczb i cyfr, gdzie tylko raz wpisujemy się własnym czynem w sens życia – Wiersze w pierwszym rozdziale, które jak się wydaje najbardziej przypadają mnie do gustu, są jak domniemam, filozoficzną rozprawą z Biblią a jednocześnie Mitologią. Zarówno Jedno jak i Drugie bywa okrutne oraz opiera się o siebie
    – Natomiast mimo wielu wynalazków, w tym w sferze duchowej, bierzemy coraz większy ciężar na siebie – Klęska i zwycięstwo to domena Pisma Świętego i Mitologii. Natomiast Miłek dostarcza nam w takim zestawieniu pewnego kłopotu myśliwego… Mówi o rzeczach kardynalnych – a jednocześnie wyłuskuje rzeczy, które nieuchronnie dziś uchodzą – zostają po drodze… Daje nam do rąk narzędzie logiki jako motykę, do upraw podstawy bytu cnót i przywrócenia natury odpowiedzialności.
    – Daje poetka ponownie upust cnoty intymności, zestawiając Miłość i Nadzieję sobie…
    A widzimy to w wierszu dedykowanemu ojcu, kiedy to Jego Tanatos opuszcza znicz ku dołowi gasząc płomień. Później poetka, na udeptanej ścieżce nadziei, w swoim własnym ogrodzie, odnajduje piękne odnogi i zaprasza, do wstąpienia, celem towarzyszenia dalszym cnotom – ma odwagę mówić szerzej o ich pięknie…
    – Tutaj może to być cykl wierszy szpitalnych, spisanych z autopsji… W takiej mistyce miłości – pojawia się zaborcza śmierć. Później już tylko transcendencja: myśl – uczucie, siła – prawda, iksjonowe koło błędów – labirynty… Zaprasza autorka nas na te ścieżki, żebyśmy na nowo, nie śpiesząc się, odpytali siebie na nowo(?) w każdej bocznej ścieżynie co do wartości tego konkretnego słowa. Zatem tomik ten jest określoną Studnią Pamięci, do której można zajrzeć, w przeciwieństwie do studni Pamięci z Przyszłości, do której nie każdy ma odwagę zajrzeć. Wiersze te to piękny i odważny dialog z zapisem historii człowieczeństwa i sobą osobiście… Tego typu poetyka, z zadaniem na uniwersum i filozofią logosu, musi prowadzić do dyskusji – i prowadzi. Autorka i narratorka zapytuje, zwłaszcza w tej wstępnej części, co było pierwsze siebie samej dając test na wiarę… Biblia – Mitologia(?).
    – Szukam w tym zbiorze wiersza tytułowego i nie znajduję. Ale znajduję jakby bliźniaczy w metaforyce Odysei wiersz pt. „Jeszcze jakieś jutro” (str.76), poetka mówi tak:

    Kiedy życiu zabraknie życia
    czas liczy się najtrudniej
    od świtu do zmierzchu
    boli najdłużej od zmroku do świtu
    (…)
    I kiedy mosty zwodzą
    bo nie ma innego brzegu
    a drogi wcale nie wracają
    skąd wyszły
         i próżne czekanie-
    (…)

    byle tylko
    nie pochylić się
    nad zatrutą studnią
    pamięci

    – Samotność, niepewna czasu, jest na pewno bardzo dramatyczną odyseją. Jest to odyseja czekania a nie poszukiwania – tym bardziej okrutna, gdyż poetka ma świadomość okrucieństwa i potęgi mitu, ma też odwagę przywoływać antropologicznie, czyli uczłowieczając pojęcie nadzieji, która zawsze może być orężem, ale daje znać, że bardziej w Piśmie Świętym – często także w Mitologii, która była pierwsza. Prawdy mitologiczne, zdaje się zauważyć, były pierwsze(?) – Dopiero później pojawiło się uniwersum zapisów biblijnych. Nadzieja, czyli tutaj wiara, wydać się może jutro oazą, albo jakaś powrotną chwilą z jabłkiem w ręku – A jednak to logos ( logika) i upór naprowadził Odysa na ślad do siebie, czyli do Itaki, gdzie czekała go arcynagroda. Wypatrywanie szczytów, masztów, które stoją po obu stronach naszego wędrowania jak przeznaczenie… tutaj w tomiku nie jest wymieniana Penelopa, ale Safona, na wysokiej skale Leukadyjskiej(?) – to ma swoiste znaczenie dla wartości wspomnianych wcześniej.
    – Otóż dłużej wolnymi żyć nie mogą ci, którzy mają największą, czyli bezgraniczną wolność. Odchodzą spełnieni jakby w jeszcze większą wolność z wiedzą dostatecznej nadziei od zatrutej studni. Za naszych katastroficznych czasów odeszli poeci: Stachura, Gielo, Milczewski, Ratoń, Babiński, inni „robiący” w słowie… Ale wracając, (również na str.75) przytoczyć chcę wiersz, poświęcony ojcu, w który, jakby wchodzi, lub nakłada się wiersz z innej strony i wypełnia ostatnim ziarnkiem światłość. Poetka dopowie tak:

    (…)
    Zegar kroplówki
    odmierza powoli zdławione sekundy
    motyl oddechu igłą przyszpilony do snu
    żłobionego bolesną bruzdą
    (…)
    dziś nie mogę utrzymać nawet powietrza
    drżącymi palcami
    rozgarniają płótno czasu
    na ostatnich metrach
    najciężej z dróg
    umilkły już stopy strudzone

    zamarzło światło na twarzy
    zdmuchnięte ostatnim westchnieniem
    oczom –
    już tylko światłość
         ( 8 listopada 1993 – 1 wrzesień 1994)

    – Myślę tyle ile czasu przeznacza się czasu nadziei ( żałoby) na katharsis dla miłości.
    Reasumując: wiersze Marii Miłek to pokaz wiedzy i umiejętności oraz wiadomości z filozofii. To jakby test filozoficzny o rozwiązywaniu tajemnicy i fenomenu życia za pomocą nagiego Logosu. Poetka nie bez kozery zaczęła swoją książkę od Genesis, bo stwarzanie to umieranie dla każdej chwili, która pozostaje w jakiejś treści całkowitej(?). To taki systematyczny rozbiór a jednocześnie pytanie na uniwersum oraz lustro irracjonalności, które posiada tylko człowiek. Zatem niech przytoczę, już na zakończenie, początek wiersza (str.74)
    pt. „Próg”;

    Jednak wciąż czekasz
    na ciszę pierwszego śniegu
    przejrzystą biel myśli
    złożonych w kołysce pamięci
    kołysanych skrzydłami anioła
    czekasz jak na błękit snu
    uśpionego płatkami pocałunku
    (…)

    Zbigniew Kresowaty

    Maria Miłek – Maszt Odysa, Wydawnictwo ORGANON – Zielona Góra, ISBN 978 – 83 – 87294 – 51 – 9 , s. 120, twarda okładka, 2008 r.

  • W wierszach musi być człowiek

    Omówienie tomiku Wacława Buryły

    Do rąk moich, rankiem, jakby na przebudzenie, wpadł tomik poezji księdza Wacława Buryły. Promocja tomiku odbyła się na Białorusi – To bardzo znamienne dla treści tutaj zawartych, które chcę z dystansu omówić. Tomik dwujęzyczny jest ładnie wydany: kiedy spojrzeć na dwie rozłożone okładki przed sobą, widzimy przepiękny kolorowy plafon lub fragment ornamentu z okna kościelnego z odnogami, co tworzy piękną kolorową gwiazdę… Natomiast wewnątrz tomiku, a jednocześnie jakby w zawartości tego plafonu wiersze liryczne, pisane w zaśpiewie dzisiejszego sacrum, czyli w nastroju godności, czasem zadumy i refleksji. Wiersze o humanistycznych treściach, pisane jakby dla konkretnej osoby lub grupy osobowej. Teksty księdza Wacława zostały przetłumaczone przez Krystynę Łjałko z Białorusi. Można się domyślać, a skądinąd jest mi wiadomo, że promocja odbyła się wśród Polaków zamieszkałych na Białorusi, także tych młodych mówiących już po Białorusińsku, o ile można tak powiedzieć – Z listu od Wacława Buryły dowiaduje się nieco
    o tym wydarzeniu – prezentacja tomiku była na wskroś bardzo gościnna i nader serdeczna. Polaków oblężenie przyprawiło autora – poetę o łzy wzruszenia – witał, błogosławił, czytał, wodził wzrokiem po całej przepełnionej Sali, i żegnał jeszcze bardziej wzruszony na ich „postaw się – zastaw się” – I nie bez kozery piszę o gościnności i pragnieniu Polaków na wschodnim pasie przygranicznym – Wiem dobrze jak to się odbywa, bo kilka lat wstecz doświadczyłem podobnej owacji na Litwie w podwileńskich Duksztach na „Maju Poetyckim – 2000 „. A kilka lat później odbyłem podróż do wsi Wasyliszki, gdzie znajduje się dom rodzinny Czesława Wydrzyckiego – Niemena. Tutaj Polacy wmurowali w pobliskim kościele tablicę pamiątkową ku Pamięci Czesława, o którego otarłem się kilkakrotnie, także telefonicznie, gdyż miał gościć w mojej książce „Między logos a mythos” – niedoczekał…
    O szczerej gościnności Polaków, na Białorusi i na całych Kresach wschodnich, można by mówić wciąż i dużo dużo więcej. Zatem można sobie tylko wyobrazić to spotkanie: ksiądz
    w sutannie na promocji swej książki tłumaczonej także gościnnie, wygłaszający homilię do Rodaków, darowujący swoją książkę, żeby przeniknęła do wnętrza serc współmieszkańców…
    Ale adrem! – Tomik uważnie przeczytałem – są tu wiersze takie, które dotykają mocno sfery godności, pisane w dystansie do spraw duchowych człowieka, człowieka jako całości podmiotu sacrum, w których autor mówi przede wszystkim senso – stricte o nie wymądrzaniu się, serdecznie podając słowo jak dłoń – Jest tu zrozumienie bólu i cierpienia nie tylko duchowego. Te wiersze napisane zostały jakby w tonacji księdza Twardowskiego. W tomiku poeta nie wątpi w intuicję swego odbiorcy, bo jest tutaj wiele refleksji, które zachodzą po przez dotyk słowem…
    – Otóż mówi poeta ( str. 20 ) w wierszu pt. „W wierszach nie ma miejsca” takie oto słowa:
    najmądrzejsze słowa
    i najbardziej wyszukane metafory
    wyrzuciłem z mojego wiersza

    w wierszach nie ma miejsca
    na wyrafinowaną mądrość

    w wierszach jest miejsce
    na chleb
    na wodę
    na powietrze

    Poeta oznajmia jedyną z najważniejszych rzeczy jaka jest ważną nie tylko dla samej poezji, ale dla współżycia, ze tak powiem, pomiędzy wierszami – czyli porozumiewania się między różnicami, które są przywarą ludzką. Nie wymądrzać się czymkolwiek powszechnie wszem
    i wobec, jakby pewnego rodzaju skromność zawarta w „ośmiu błogosławieństwach”. Otóż dobrze wiemy, że słowem można ugodzić, ale i podnieść z klęczek. Natomiast słowem zbyt wyrafinowanym takim bez pokrycia czynić dobro – to już na pewno zakrawa na hipokryzję. Poezja musi spełniać także swoją rolę – posłanniczą, „musi być” szczera – jeżeli tak to na pewno będzie oryginalna. Wiersze Wacława Buryły w tym tomiku są bardzo gościnne i zapraszające do rozmowy i przytulenia w logice poszanowania praw człowieka i ich piastowania na co dzień.. Otwierają te teksty drzwi pielgrzymowi nawet temu zbuntowanemu Eremicie na oścież. W tych wierszach jest się goszczonym tak, że kostur wędrowca zakwita,
    a to najlepsze czynne honory dla każdego prozaicznego człowieka – tylko wtedy można z sobą usiąść do kromki słowa jak chleba, i bodaj pomilczeć ze łzą w oku – Nic do dodania i nic do ujęcia – Nic się nie dzieje – dryfujemy razem obecni ale jakby niewierni, dalej z dotykiem w ręku. „Tak żeby się chciało” – to wiersz kolejny napisany „w dniu śmierci swego Taty” – ( str. 26), mówi poeta tak:

    tak by się chciało coś więcej powiedzieć
    tak by się chciało i mocniej pokochać
    tak by się chciało i mocniej przytulić
    pomilczeć głębiej czy choćby zapłakać

    a później już tylko schodów zamyślenie
    (…)

         Krośnice 20.01.2006.

    – Otóż proszę wybaczyć jeszcze jedną dygresję do takiej chwili: odejście – bycie lub bywanie i odchodzenie… Kiedyś przebywając dłuższy czas w Warszawie na kontrakcie w Canal +, chcąc przeprowadzić „rozmowę artystyczną” do mej w/ wspomnianej książki z Edwardem Dziewońskim zamieszkującym samotnie – usłyszałem takie oto słowa: mam przyjaciół, a są to Wojtek eM, Wiesław Gie, i inni tobie znani, których mógłbym wymieniać – ale najbardziej cenię przyjaźń i spotkania przyjaźni z Wiesławem eM, czyli z Wiesławem Michnikowskim – wpadamy do siebie nie umówieni na przemian – On przychodzi – siada o tutaj! – bez słowa – milczy pół godziny i wychodzi. Ja też do niego wpadam, żądny Jego obecności – siadam bez słowa i milczę godzinkę, po czym wychodzę… Jest to dla nas wystarczająca przyjaźń, tym bardziej prawdziwa…czy uwierzysz w to?” – ( w tym momencie śmieje się )” – Przyznam, ze to mi dało wiele do myślenia.
    – Ale idąc dalej tropem gościnności poetyckiej pokory, której nie brak w wierszach w tym tomiku, wczytując się w treść wierszy „Musi być ktoś” doznajemy także tęsknoty za kimś, a raczej czymś nieokreślonym – doznajemy, lecz nie czekamy i nie szukamy…rozumiemy rozłąki inną sferą, rozumiemy jako pewnego rodzaju święto. W wierszu pt. „ludzie chcą wiersze zabierać jak chleby” powie autor (str.30) tak:
    w wielkich zapasach ciszy potonęły wiersze
    pewnie odtają przy świetle księżyca
    by spłonąć nad ranem w niezmierzoność kartek
    leżących na stole w stanie gotowości
    gdy tylko przypływ poruszy zegarem
    tak delikatnie by nie budzić dzieci

    ludzie chcą wiersze zabierać jak chleby
    by nie ustać w drodze i dobiec do mety

    Oczywiście ludzie zwykli i niezwykli chcą słuchać głosu duszy mieszkającej w kącikach ich kości – drży wtedy małe zwierzątko serca łasego na mleczne słowo miłość, ludzie chcą być dobrze traktowani i odświętni, chcą jak „chleba naszego powszedniego…”przytulenia. Pragną godności i radości, czyli tego czym zostali obdarowani w samym poczęciu. Samotność, która jest ciągle z nami, nawet gdy otoczeni jesteśmy z rodziną, ta samotność doskwiera i jest taką niepisaną radosną tęsknotą, jest tajnym słowem pokory i czekania łaski. Wacław Buryła oddał do naszych rąk książkę o samotności, i o refleksji nad naszym posłannictwem, które nas chce wypełnić, musimy tylko je sobie odbierać i dzielić się. Posługą nad bytem, który nas otacza, a czasem nie możemy go wypełnić, reagować bo brak odwagi do walki za dobrem, które jako pierwsze podarowała nam natura. Dopiero kiedy objawia się zło – dobro wypełnia się po brzegi…W wierszu pt.” są drzazgi” (str. 32 ) poeta powie tak:

    pozwól mi znów zapłakać wierszem
    żywica słów niech spłynie w ciszy
    na rany serca które nie chcą
    zabliźniać się nawet po czasie

    są drzazgi których nikt nie wyjmie
    są słowa które ciągle świecą
    i drogi które w nas wciąż biegną
    chociaż już dawno wbiegły w przeszłość

         19.23.VI.2006. Krośnice
         22.IX. 2006. Milicz

    Pisze poeta swego rodzaju dziennik z przeżycia, z troski nad jutrem, z poczucia obowiązku jako kapłan. Głosi wpierw w sobie samym homilię za wszystko co spotyka go, do Najwyższego stanu duchowego, jakby wspomnienie z przyszłości, prosi o pokorę bo pewnych rzeczy nie da się naprawić fizycznie, a jedynie ukoić modlitwami wierszy. Są te wiersze takimi cywilnymi modlitwami składanymi na przyszłość, są wędrowaniem w ciszę coraz większą odkrywaną w czasie wielkiego szumu na krętej drodze… Mówi poeta jak narrator o ranach, które nie zabliźniają się – są bólem, są rodzącą namacalną otwartą rysą, świecą i mówią jakby w czasie niewidzialnym. Poeta goszcząc nas w swoich lirykach oznajmia nam rzeczy, do których nie przywiązujemy, w zabieganiu, wagi. Mówi o obecności posiadanej jako dar i o jej potyczkach…na które narażeni jesteśmy non – stop. Jesteśmy sami częścią czasu, a kiedy bywamy samotni – „Musi być ktoś” ktoś kto poda ciepła dłoń, gest twarzy – wtedy stajemy się nieco lepsi, bardziej wyczuleni na otoczenie, nie tylko z racji wieku.
    Tęsknota do „Kogoś” kto odszedł jest naszym codziennym utrapieniem, lub tęsknota za tym „Kimś”, kto być może nadjedzie, choćby w śnie. Może to być zmarły ojciec, może to być brat lub kobieta, która sama jest „wieczna raną” nie zagojoną, która rodzi kolejne życie, dając nadzieję mężczyźnie.
    – Jest w tej książce – dzienniku o płaczu szczęścia, o jedności i wartości słowa. I jest wreszcie potwierdzenie, że słowo istnieje w przestrzeni, o czym oznajmiał nam w czasie swego pontyfikatu Jan Paweł II , a zaczęło się to już w Jego Teatrze Rapsodycznym w czasie II wojny, daje o tym znaki w swoich poezjach i późniejszych encyklikach. Jest też wiele odniesień w tym tomiku do naszej przeciwności – kobiety. O tym co się dzieje kiedy odchodzi połowa nas samych. W wierszu dedykowanym Adamowi Ziemianinowi poecie z powodu odejścia żony Wacław Buryła mówi ( str.38) tak:

    kiedy umiera żona poety
    poeta staje się jak dziecko
    bezradny
    nie ma już nikogo
    kto by go prowadził
    za rękę
    a sam z głową w chmurach
    nie bardzo czuje ziemię pod stopami

         14.VII.2007 Miłków
         02.VIII.2007. Milicz

    – To kolejny wiersz z białego dziennika, jak widać wyżej pisany długo – bo poeta najkrótsze wiersze zawsze pisze najdłużej. Wchodzenie w sferę samotności jest tutaj namacalne i bardzo konkretne, a czasem dramatycznie bolesne. Ta książka i ten wiersz również przemawia do Polaków za pobliskimi granicami na pasie wschodnim, za tęsknota i udręką, gdzie oni sami jak i ich pobliscy z rodzin i otoczenia odeszli już tylko w tęsknotę, w niepowrót, w sen… Jednocześnie oznajmia nam wierszami poeta o ludziach pozostawionych samemu sobie w oczekiwaniu również na innych przybyszów, których przywitają pokłonem ciszy i zadumy.
    I było, ze powitali poetę księdza Wacława swoją nadzieją, uśmiechem i łzami, choćby na ziemi okupanta diabła, ale powitali godnie oczekiwaniem, rodem ze snu… A więc dla wszelkich samotnych spraw w których są ludzie, jak i tych naznaczonych „musi być ktoś”
    – Ten, KTÓRY niesie światło wychodzący z cienia z komunią ciszy. Tutaj poeta mówi
    ( str.42), a właściwie pyta, tak:

    postawiłem Ci tysiące pytań
    nie dałeś żadnej odpowiedzi

    czy zawsze musisz się kryć
    w skorupie milczenia

    Ty który jesteś Światłem
    czy mógłbyś wyjść
    z cienia

    Być może autor pyta ironicznie samego Chrystusa, którego nosi na piersi, a może Któregoś
    z nas – może Judasza dzisiejszego? – który pomieszkuje sobie w cieniu prawdy? – Poeta musi mieć wciąż czynną odwagę na zaproszenia i pytania bez żadnej odpowiedzi i to czyni.
    Wreszcie dopytuje w wierszu (str.50) tak:

    gdzie jest Weronika
    może po upływie tak wielu lat
    odeszła na zasłużoną emeryturę

    a może już dawno zamknęła za sobą
    bramę cmentarza

    więc kto w takim razie
    obetrze mi twarz

    Pytanie z odpowiedzią – wiersz o zapomnieniu jest równie znamienny w swojej treści. Jest głosem i prośbą o otarcie twarzy z łez, lub samymi łzami, którego nie doznają ci którzy poginęli w jamach mroku – ale i ci, którzy żyją w oczekiwaniu na prawdę i podanie ręki, gdzieś za żelaznym murem – za tamtych wołają o wspomożenie i kromkę obecności, o grosik pozdrowienia, chcąc go dla powszedniości rozmnożyć. Otóż oznajmia nam poeta, że tylko wędrowiec dusz, który ma przed sobą świadomość czynu może doczekać otarcia twarzy, tak jak Chrystus – ale jeszcze nie czas, jeszcze nie widać dzisiejszej Golgoty na horyzoncie zakrwawionym? – Jeszcze nie zakwitły gałązki na kosturze wędrowca… W wierszu „Powołanie” (str. 58) poeta – kapłan również w stanie powołania doznaje tutaj być może, takiego kolejnego odpustu i mówi:

    żadnych obietnic
    żadnych kuszących perspektyw

    jedynie pewność Ewangelii
    jedynie pewność krzyża

    pewność Miłości

    – I oczywiste, że można w nieskończoność podążać słowami tomiku. Ale w dalszej części jest wiele nawiązań do zapisów ewangelicznych, gdzie następują nowe weryfikacje przez kapłana słowa, weryfikacje nawet tych uniwersalnych znaczeń, tym bardziej ponieważ świat zmienia swoje oblicze, po przez umysł ścisły nowymi technologiami, które idą za wojnami. Świat potrzebuje czynów konkretnych ale niekrwawych! – Świat bliski pomieszaniu języków mądrości, świat pomieszania miłości, świat w którym dobrze usadowił się człowiek
    homo – homikus. Zatem poeta „jak liść na fali” ( str. 76) mówi:

    niebo jak brzeg Wielkiego Morza
    codziennie widzę Wielki Odpływ

    muszle godzin opadają bez szelestu
    za kotarę wciąż nieznanej nocy
    szalupy ratunkowe snów przypływają rzadko
    i zawsze odpływają przed świtem
    kiedy w ciasne ramy kolejnego dnia
    z impetem wdziera się Życie

    a ja jak liść na fali
    drżę gdy patrzę w niezgłębioną głębię

    ale wierzę że Ty
    w porę zdążysz mnie ocalić

    – Potop, a i oczekiwanie jest tutaj bardzo długie, bardzo precyzyjne w wnętrzu naszej wyobraźni, pcha się do serc naszych, przyspieszają serca nasze jak konie spłoszone. Codzienność nastrajająca wielką refleksją i dramatycznym impetem coraz bardziej niejasna(?) w jasności, a jeżeli nachodzi poetę dramat pesymizmu i nic więcej, to jest on jedynie liściem nadziei. Zatem tylko oczekiwanie na prawdziwe czynne działanie słowa – człowieka na ludzi z ilorazem dobra może tylko ocalić – nic więcej nie powali śmierci.
    – Reasumując : tomik wierszy „Musi być ktoś” przywołujący znaczenie godności i pokory jest zbiorem wierszy na czasie. Są to takie modlitwy współczesne, które należą się nam, ogarniają zapomnienie i samotność, która dogorywa w tych najmniejszych ojczyznach. Jest to książka kierowana do konkretnych ludzi. Poeta docenia tutaj kruchość słowa, które ocalić ma naszą jedyną wioskę – świat. To piękna dramatyczność i silna wiara w ocalenie bytu po przez mocna refleksję.

    Zbigniew Kresowaty

    Wacław Buryła, MUSI BYĆ KTOŚ, ISBN : 978 985-6825-26-5, Wydawnictwo białoruskie
    – „Prochrysto”, kolorowa okładka z witrażem, s. 100 , Wydanie (polsko – białoruskie), przekład na białoruski : Krystyna Ljalko. 2009.

  • Waga dobrej strofy

    O tomie poezji Jerzego Grupińskiego

    Tom poezji pt. „Dziesięć palców” Jerzego Grupińskiego to szczerze otwarta dłoń do podania. Podaję zatem swoją dłoń poecie tego wyjątkowego tomu poezji dlatego, że przeczytałem te wiersze z wielką radością „na jednym oddechu” . Wydaje się, że wiersze te jakby spinają całą dotychczasową twórczość Jerzego Grupińskiego, nasycone otwartością, mitykami pełnymi odniesień do mistyki, wiersze te ukazują także lirykę i romantyzm autora, nie wymądrzają się, nie ingerują destrukcyjnie w nasze wnętrze. Poeta, dziś bardzo doświadczony twórca z dobrymi kilkunastoma książkami poetyckimi zna mitologię i przechadza się po niej bardzo swobodnie, całym sobą a własną przestrzenią metafizyczną doznaje olśnienia wszechswiatem, jednocześnie z tak szerokim spektrum pojęciowym nawiązuje do tematyki nie tylko praw prawdy, lecz nie wprawia swych tekstów w patetyczne ogólnikowe struktury, kiedy wchodzi w sferę spraw homo sapiens… Poeta dziś w swej wypowiedzi twórczej, rozpoznawalny autor, w tym tomie daje nam pod rozwagę głównie sferę romantyczności, która brodzi od prapoczątku istnienia w korzeniach wartości najważniejszych dla przetrwania, przeciągając nić liryczną ku wzbogaceniu jej ciągów w tropach natury. W pierwszym rozdziale książki „Dziesięcioma palcami” przeciąga wpierw „przez igielne ucho” wiersze upojone duchowością krajobrazów zarejestrowanych w sobie – po przez nie powraca do byłych epok np. w wierszu „Rembrandt” mówi o cenie światła, dedykując wiersz wnukowi Adasiowi jakby dalsze życiowe credo ku rozwijaniu światła duchowego… Poeta nawiązuje nie tylko do obrazów mistrza, ale przede wszystkim do jego wnętrza wyjawionego na zewnątrz i cierpliwego oczekiwania w sobie, czyli do pokory.
    Zatem krótki cytat z wiersza „Rembrandt” (str.6):

    Światło – i tylko światło
    po tamtej stronie okna
    Nie rozgarnie
    pęczniejącego mroku
    Nigdy nie dotrze ośrodka

    Ale jest Księga
    Ciężka jeszcze i czarna
    Przyjdzie czas –
    Godzina wybije
    (…)
    Dalej poeta jakby mocuje się z Faustem, bo mówi wszystko jest nie do przezwyciężenia, ale wtedy gdy jest otwarta duchowość. Z mroków zawsze może się wyjawić wiele pokus, tajemnic, chociaż światło jak sztylet przeszywa to jednak nie do końca może być skończone, w dalszym ciągu istnieje sprawa Mefistofelesa w mrokach, gotowa do zawiłej gry – otwarta… Ten wiersz kojarzy się dobrze z wierszem sąsiednim pt. „Reguła” (str.7):

    Jedyne prawo
    pozwolić krzyczeć rybitwom
    i płynąc rzece
    Oddychać niespiesznie płytko
    z daleka patrząc nie sprawdzać
    nie kojarzyć na palcach nie liczyć
    (…)
    Nie przekrzykiwać krajobrazu
    Martwą literę
    pozostawić jej nieszczęściom
    (…)
    Czy rzeczywiście wszystko podlega prawu reguły? – od samego początku „stwórstwa” – Poeci pytają, chcą przenosić nas w inne życia „po życiu”(?). Jerzy Grupiński w swej twórczości dotychczasowej mówi nam o ciągłości i harmonii istnień – nawet o zespołowości wszelkiego tworzenia, ten łańcuch nie może być rozerwalny – To jeden z najsilniejszych łańcuchów od milionów lat, idący, po przez epokę kamienia łupanego, po przez homo – wiator, homo – faber… homo sapiens… Az do dzisiejszego homo – homikus powim tutaj paradoksalnie. Oto fragment wiersza (str.15) pt. „Wiersz z ręki”:
    (…)
    Nic
    że jeszcze palce jak Adamowe
    z lepkiej gliny i mułu
    ciężkie kości
    bo już rymują się
    promienne ścięgna
    Biegną linie bruzdy
    kwitną paznokcie i opuszki
    (…)

    – Poeta mówi także, że wszystko co umiera jest piękne, jakby przechodzi w ponownie w sferę ciągu rodzenia. „Wiersz z ręki” zsypuje czas z oczu, czasem zadziwia porowatością jej cięgami i przewartościowuje nasze przemijanie wchodząc czasem w sferę surrealistycznej metafizyki, która nas ubogaca w nowych rejonach bytu. Przemieszcza się poeta jakby antropologicznie „z szelestliwie rozpromienioną koroną”, czyli z liryki z rembrandtowskiego mrocznego światła, wyoblającego się ku wzniosłej formie ustatecznienia. Gra poeta taki… Koncert na „Dziesięć palców”… Natomiast liryka spod jego dziesięciu palców płynie w różnymi synonimami krajobrazem wewnętrznym. Wróćmy jeszcze na chwilę do wiersza
    (str. 12) pt. „Liryk”:

    (…)
    Mgła prześwietlała
    w bruzdach błękitu
    rozgorączkowane pejzaże
    początku i końca
    epoki jury i triasu
    (…)

    – Jakież to niesamowite i namacalne wędrowanie, budowanie wprost plastycznego obrazu obecnej epoki, na zasadzie prapoczątku, rozległej czasowo: chwała osiągnięcia pewnej bezczasowości w świetle rozumnego zmysłu: od jury – triasu, po mistykę „cielistego sensualnego ego, tej wyobraźni”. Jednocześnie uzmysławianie naoczne własnego pochodzenia z wyobraźni bardzo szeroko pojętej, bo później za chwilę w dalszej części tomiku powie tak: chrapliwa fanfaro / żurawia w zachwycie/ jakby pieśni był powód/ I krzyk do pary/ i ogon pawia? (…) w dalszych wierszach te ciągi erozyjne pójdą w tytuły wierszy : „Przez bramy świateł”, „Znów – Ikar Bruegla”, „Drugi nagrobek Thel Russel”, „17 VIII 2004” – Otóż ten pierwszy rozdział zamyka „Wiersz adwentowy”, a kończąc ten wiersz
    (str. 20) poeta mówi:

    (…)
    I wszystko tylko
    w dziesięciu palcach
    Jakby w Twych rękach
    chciał znów być świat
    i śmieszna moja figurka
    na śniegu

    Właściwie w tym miejscu można by zakończyć omówienie tego tomu poezji. Ale przejdźmy na chwilkę tylko do kolejnego rozdziału pt. ” Kronika wypadków”, czyli do powszedniości.
    I daje nam poeta do rozumienia, że bez korzeni, bez znajomości antropologii nie sposób podejmować dalszy byt człekowi uwikłanemu w coraz bardziej skomplikowaną teraźniejszość, gdzie mowa np.o Czeczenii, o lekcji z Juliusza i Adama, gdzie nawet: „impresjonistyczny temat/ pulsuje uchem Van Gogha/ Pośród żarówek/ pierścień Wielkiej Damy toczy się/ Rżnie sobie żyły na wideo Witkacy/ (…). Otóż nawiązuje też Jerzy Grupiński do „pamięci poetyckiej kolegi „po piórze” z Poznania Marka Obarskiego”, dedykując mu wiersz pt. „Ewangelia według Marka, ongiś sławiącego: dziką naturę i jej żywe stworzenia, byty naszych „młodszych braci”… Pisał wówczas Marek ( od którego także mam i ja listy) jako jeden z ostatnich na straży apostoł wnoszący bogate modlitwy o zachowanie bujności przyrody, o sanktuarium nasze, o pozostałość, namiastkę, raju ziemskiego. O zachowanie ropuchy, buchtowisko dzików… Tutaj pisze Jerzy Grupiński tak ( str. 41);
    (…)
    Będzie pełnia
    zacznie się noc jaskółcza
    Wargi dziewczęce znajdą
    cieniste podbrzusze Bułanka
    Zielarka i ropucha
    odmówią wspak słowa
    diabelski pacierz
    Zapełni się chlebowa studnia
    (…)
    Zabiega po Marku na „Upadowej po Tamaryszek” (tytuł z wiersz Marka Obarskiego):
    o spotkanie z nadzieją, rodnością tą od serca nieskalaną, o szacunek nie tylko do pamięci poetyckiej, ale i do siebie samego. I dalej w „Kalendarium ranne” (str. 42) idzie w przechodzenie do „porządku dziennego” spraw obecnych, które mogą płynąć do zwykłego zjadacza chleba z kwadratowej głowy TV…Pojawia się tutaj wiersz pt. „Czołgi talibów”: cyt. „Najpierw przy fontannie/ odłamano głowy/ czterem rzeźbionym koniom/ Potem zakazano fotografowania/ puszczania latawców/ gry w szachy(…)”. To nie gdzieindziej jak w codzienności pojawia się zawsze barbarzyństwo, despoci, mordercy i zło – dzieje… Tacy byli zawsze, tylko dziś są sprytniejsi w imię swoich wydumanych praw barbarzyńcy, chcą nawet zacierać tak samo pomniki jak i słowa, pismo, inne ślady czasu piękna. Tym czasem sztuka wie, że tego się nie uda nigdy zrobić żadnemu despocie tak do końca unicestwić pamięć
    – Słowo istnieje: odtwarza się w przestrzeni wszechrzeczami na nowo, tak jak piękno – tyle, że to inaczej się dziś pewnie nazywa. Natomiast chodzi tylko o to, żeby mieć prawdziwą odwagę odtwarzać to piękno, choćby w swoich wypowiedziach…A to zadanie jeszcze trudniejsze i bardzo żmudnie może być tylko odbudowane wrażliwą wyobraźnią, która zawsze stoi pierwsza od nauki ( Einstein: wyobraźnia jest zawsze ważniejsza niż wiedza). Kończy poeta swój tom wierszy rozdziałem pt. „Wyraz ust”.
    Tutaj ( str.53 ) liryka się najbardziej ścieli, uchodzi z ust poety po przez: „Księgę Kabały”, dalej wiersz „Róża”, ” Ars poetica – przypis”, i ” wiersz – twarz”, oraz nawiązanie do autorytetu wiersz pt. „Z Czesława Miłosza” – to po przez pamięć do „wyroczni”(?) – Oto pierwsza część tego wiersza: „Za niskie jak na wiersz/ I nie zgadza się nic/ ani charakter – pochyłe to pismo/ strzyżone ironią pod wiatr/ ani paś baranki moje paś/…/ autor Jerzy Grupiński swój tom kończy wierszem (str. 70) pt. „Z dna słowem”;
    (…)
    I przyszła pomoc niespodzianie
    od wroga od nienasyconego
    z najbardziej dalekiej strony
    jakby kusiciel – wąż uciekł z ogrodu
    i szedł przez lepkie trawy
    z jabłkiem e paszczy
    – z dna słowem
    odezwał się wiersz

    – To zaiste bardzo znamienne słowa spisane przez „dziesięć palców” poety, który wie, że wszystko zaczyna się od wibracji… słowa: każda nadzieja twórcza, nawet ta idąca od nieżyczliwych i nienawistników, bo i oni kruszeją od światłości słowa, chcąc je dla siebie pojmać.
    – Reasumując: poeta uznaje świat w/g zasług oznajmionych i szepce w honorze jego zaklęcia, obejmując go w całości, oznajmiając że nie jest na wyspie, ale na okręcie
    (św. Tomasz z Akwinu: Ziemia twoja nie jest wyspą – to ty jesteś okrętem)
    – Natomiast wspomniany Czesław Miłosz powiedział kiedyś tak: „Bo więcej waży jedna dobra strofa niż ciężar wielu pracowitych stronic – słowa przedstawione w wersji lirycznej, nie epickiej, często niosą ze sobą większy ciężar znaczeniowy i metafizyczny niż dziesiątki, czy nawet setki, stronic wypełnionych wyjustowanym tekstem z niekończącymi się dialogami…”
    – To powiedzenie tyczy się również tego tomu poezji i całej twórczości Jerzego Grupińskiego, z którą obcuję od lat. Gorąco zachęcam do poszukiwań ksiązki w której wiersze płynące spod ” Dziesięciu palców”.

    Zbigniew Kresowaty

    Jerzy Grupiński, Dziesięć palców – ISBN 978-83-928810-0-1, Poznań – 2009, s-75 z rysunkami Grażyny Kielińskiej. Książka wydana w promocji: Salonu Artystycznego im. Jackowskich.

  • KTO ZRYWA KWIAT NIEPOKOI GWIAZDĘ

    o tomie poezji Marianny Bocian pt. „Bliskie i Konieczne” wyd. 1998 r.

    Słowa ”kto zrywa kwiat, niepokoi gwiazdę” wymyśliłem, wchodząc w zawartość merytoryczną i metafizyczną tomu poezji Marianny Bocian z roku 1998. Tom poezji podsumowujący dorobek 40 lat twórczości tej wybitnej poetki, to książka niewątpliwie zamykająca pewien okres, gdzie uparcie i konsekwentnie głoszone prawdy o bycie ludzkim zawierają duży ładunek mądrej filozofii i zestaw wytrychów do odkrycia prawdy uniwersalnej o humanizmie, który jest filarem natury… Poetka wydała do tej pory ponad 20 tomów poezji, wiele rozpraw filozoficznych ogłoszonych w Piśmie naukowym „Nowator” oraz dużo esejów o literaturze polskiej i tej współczesnej. Podejmowała zawsze kwestie zależności równowagi praw natury antropologicznie w świecie doczesnym, wartościując najważniejsze problemy bytu, który objawia się obecnie degeneracją i frustracją uczuć w całym obszarze doczesnego materializmu, wskazując na najwyższe wartości duchowe, przynależne równowadze boskiej! – Jednak poezję Marianny Bocian trudno jest tak naprawdę klasyfikować, chociaż pozornie łatwo odczytywać i przyjmować do siebie. Ongiś krytyk literacki Piotr Kuncewicz nazwał jej poezję lingwistyczną, zaś prof. Jan Tomkowski określił jej znaczenie jako dobry wstęp do medytacji nad bytem, którego prawidłowością jest ciągłe myślenie i dbanie o logikę pojęć, w tym tych, metafizycznych, które niewątpliwie przy całym procesie twórczym zachodzą, ale są zawsze przynależne człowiekowi! – Dodałbym do tego, że poezja autorki tak naprawdę  zachęca do głośnej rozmowy, już nie tylko z samym sobą – ale i na szerszym forum, gdyż objawia się krytykom pewnym fenomenem. Poezja Marianny Bocian ma na pewno znaczenie moralne, nie wprowadzając żadnej destrukcji w toku porządkowania myśli twórczej.. Bocian mówi wprost: żadna destrukcja nie jest twórczym procesem, żadne eksperymenty wywołujące szok nie mogą zbudować sztuki, ani jej wystarczyć oraz wytrzymać dłużej! – Wszystko jest oparte na pewnym kodzie!, mówi dalej poetka: „Kto łamie kod sztuki naraża się na głupotę
    i szyderstwo…” – Otóż, jak wspomniałem, w dzisiejszym świecie został bardzo zachwiany system wartości i bardzo poróżniony a odbudowanie jego rdzenia może przyprawić o lęk, zwłaszcza jeżeli się spojrzy filozoficznie na ów kod dobra zawartego w naturze. Sztuka rządzi się prawami irracjonalności co nie może także wpływać destrukcyjnie na jej zawartość i pojęciowość. Dziś w sferze pogubionych wartości duchowych i poróżnionych pojęć moralnych, poezja tej autorki ma wielkie szanse i może być impulsem, światełkiem, do poszukiwania otwartej drogi ku odnowie kultury i życia społecznego.  Natomiast wcześniejszy tom poezji poetki „Narodziny słowa” pozwala nam rozumieć, że do  tego dochodzi się przez umysł nieskażonego dziecka. Rodzimy się a reszta naszego życia to tylko tresura. Musimy mieć tego świadomość – Człowiek musi wiedzieć o tym, że nie może poddać się imaginacjom destrukcji śpiesząc się „na łeb na szyję” do mety po nagrodę materialną. Owszem Sztuka, pisana z dużej litery, na pewno zatrzymuje ludzi i odwodzi od religii pieniądza, ale ubogaca naszą wyobraźnię i obnaża naszą wrażliwość… jest sumieniem czasu. Dziś do odbudowy tej kwestii, naszej przedniości istnienia, kiedy od epoki „kamienia łupanego”, po przez homo- faber i homo – wiator, doszliśmy do pełnej otwartości myśli po przez rozum, potrzeba nam budulca, który stworzy dobrą podstawę do utrzymania dzisiejszego ciężaru świata. Którym rządzi homo – sapiens, w którym to bycie pewne trądy zła się szybko globalizują i upowszechniaja…. Ten tom poezji poświęcony jest dla młodych czytelników – dzieci, i uczy tego pojmowania! – Zbigniew Baran, krytyk i poeta oraz eseista, słusznie zauważa, że tak dobrze napisana książka wierszy dzieciom i młodzieży wnosi wiele do ich rozpoczynającego się życia i uwrażliwia, ale jeszcze więcej wnosi do źródła europejskiej kultury i bardzo słusznie! – Zatem poetka jakby non – stop, czyli konsekwentnie, dba o utrzymanie swej linii poetyckiej i toku myślenia, a poszczególne tomy jej poezji poruszające dalsze kwestie humanizmu stają się pewną chronologią mitu moralności bardzo umiejętnie traktującego system wartości współczesnego życia. Natomiast ta książka poetycka „Bliskie i konieczne” jest jedynie kontynuacją i pewną konsekwencją takich czy innych stanów ludzkich. Mówi autorka na wstępie (str.7): „ nasz wiek / dla nikogo nie jest szczęśliwy i bezpieczny / nasz świat / nie jest fałszywy, lecz pełen niewypowiedzianej grozy / wyzbywającej pewności że jutro ujrzymy świat nad polami /…niektórzy znali tu tylko / nieludzki trud uprawy pól i ugorów myślenia / który został zaprzepaszczony / przez stary i nowy motłoch władzy…” – Poetka w dalszej części rozwija zagadnienie i mówi, że jednak coś pozostało na przebudzenie, że trzeba tylko dobrze nazwać rzeczy po imieniu – Człowiekiem współczesnym wodzą ciągle jeszcze inne siły nie odkryte, jawiące się otwartym upodleniem. Człowiek w imię, sobie przypisywanego dobra często niszczy własny dom i zagrodę, chcąc zbudować lepszą, a bywa, że w tej roli jawi się barbarzyńcą. Barbarzyńca to osoba, która niszczy coś wartościowego będącego dziełem poprzedników, nie wiedząc o tym co robi, a to bierze się po prostu z braku wiedzy. Mówi poetka w  wielu miejscach swej twórczości, że tak naprawdę świat nie jest fałszywy – to człowiek, jego zarządca, chce sfałszować swój kod genetyczny, swoje prawidłowe myślenie, będąc co rusz poddawany tresurze tych co mają środki do narzucania swej władzy… „Spostrzeżenie” – to wiersz wprowadzający pewną zasadność całego oglądu świata duchowego konieczną, a tym samym bliską , gdyż cała istota mieści się właśnie wewnątrz człowieka, w jego kodzie genetycznym, a nie na zewnątrz! – Pozbycie się pozerstwa, fałszu i eksperymentu na duszy każdej istoty żywej to dziś bardzo trudne zadanie, bo jest już jakby niewykonalne i niełatwe do odróżnienia a przynależne naturze. Powszechnie mówi się dziś, że atom i jego skutki posiadania to też natura, która rozwinęła swoje ramię, żeby homo – sapiens mógł korzystać konstruktywnie z daru swej wyobraźni, która jest zawsze pierwsza…  Myśl człowieka nie może unicestwiać bytu i podcinać gałęzi rozwoju. Atom stworzony umysłem człowieka składa się także z pierwiastków, które mieści matka ziemia, ale dla dobrych celów.. Wszystko zatem przynależy naturze, paradoksalnie można rzec: nawet głupota i fałsz, który odziedziczyliśmy z krwawej przeszłości – Co tak naprawdę przysłania ów prawidłowy porządek? – Mówi poetka w swoim wierszu w tomie „Bliskie i konieczne” ( str.8); „zwyrodniały człowiek / nawet swój uśmiech / wykorzystuje do poniżania innych /…” można jeszcze dalej dywagować i śmiało powiedzieć, ileż to zwyrodnień w tworzeniu sztuki poniża duszę ludzką i godność sfery humanizmu. Powie kiedyś poetka: „ nie można występować w żadnym tworzeniu, a zwłaszcza w Sztuce, przeciwko Świętemu Duchowi, bo to zostanie ukarane w czasie… jakby wskazywała na „Prawo Karmy” – W literaturze także są twórcy, którzy słowo poddają prostytucji, tak samo w innych profesjach artystycznych. A przecież dzieło każde oparte o duchowość istnieje od wieków  w przestrzeni, o czy przypomniał nam, w swoim Pontyfikacie , nawiązując do swego Teatru Rapsodycznego ówczesny „Lolek”, czyli Jan Paweł II –gi, u końca poprzedniego wieku. Ale wracając do twórczości Marianny, kiedyś powiedziała, że : „naprawdę nie da się głupoty przerobić w żadną stronę – można tylko się przed nią bronić, i skutek odnosi się, gdy wtedy jak człowiek posiada wiedzę” – I to jest znamienna prawda!. Życie ludzkie, tak jak i jego tradycja, obdarte jest dziś z rzeczy najbardziej wartościowych, na różnych poziomach jego zasadniczości społecznej. „Ocalony szczegół” – wiersz (str. 9), to tekst dopowiadający
    o tym: „ ocalić widzenie i znaczenie małego w rzeczywistości szczegółu / wiedząc że on nie raz przesądzał o losie człowieka…” – Zaiste więcej nie ma co tutaj dopowiadać, jedynie zrozumieć. Problem świata tkwi w szczegółach. Powtórzy Marianna Bocian jeszcze wielokrotnie – a ja dopowiadam tak: kto zrywa kwiat, niepokoi gwiazdę. Życie znosi, ale i uproszcza pojęcie istoty dobroci świata, przeciwstawia tę kwestię złu i odwrotnie, świata który przecież z niczego się nie wziął, a jest bardzo złożony wewnętrznie. Dziś człowiek zaczyna się wstydzić w swoim otoczeniu pojęcia duchowości – to raczej chodzi, jak mówi, o godność i prawa. I pewnym jest, że już człowiek nie jest u siebie, lub nie jest już we własnej skórze(?) –  ale jest szczegółem złożonym na drodze nowych tajemnic – nie wie ów człek, że droga ta otwiera się szerzej i bez barier, gdy prowadzi przez serce. Powstaje zatem kardynalne pytanie: czy natura się obroni przed manipulacją bez duchowości? – Możemy te i inne odpowiedzi znaleźć w poezji Marianny Bocian. Tak to już było i tak pozostanie, że sumieniami naszymi są poeci, i zawsze uparcie będą naprawiać świat bardzo kruchym tworzywem czyli słowem. Marianna buduje swoje oryginalne pojęcia, prowadząc podmiot w kierunku wartości nadrzędnych. Poezja ta zawiera jakby recepty na odnowę losu. Pielgrzym dotykający celu wędrówki całym sobą swoimi stopami kroczy intuicyjnie i musi wiedzieć, ze powraca do swego punktu wyjścia, do Stwórcy tej drogi, lepszy. I nie przepadnie ze swym kosturem w ciemności, jeżeli tkwi w swoim przekonaniu, kostur zakwitnie… Marianna Bocian, która wierzy w wartości trwałe, uniwersalne wypracowane dla całego bytu oznajmia nam że Zycie nasze to nakładające się na siebie kręgi ruchome. Jak wspomniał prof. doc. Stefan Bednarek z Uniwersytetu we Wrocławiu w swoim słowie do tomu pt. „Poszukiwanie przyczyny” Marianny Bocian, przechodząc do jej kolejnego tomu „W kręgu stanów ludzkich” tak: „poetka wytrwale pielgrzymuje po tej drodze, odkrywając a i jednocześnie ustawiając znaki, które właściwie odczytane mogą tylko chronić…”  Zatem poetka doświadczona, życiem własnym i pracą na roli ( we wsi rodzinnej w Bełczącu), wskazuje irracjonalnie, że naturze trzeba czasem schlebiać pamięcią i czynem, gdyż istnieje pewien kod, bardzo precyzyjnie zbudowany, który działa w nas. Wiersz pt.„Wzywająca bezwzględność” ( str. 12) mówi: „ Nie płacz! Trzeba podnieść się z klęczek u trumny / należy pójść do obór – nakarmić konie, wydoić krowy / Świat się nie rozsypał, Słońce się nie zatrzymało / Zostałaś zbyt wczesna wdową / musisz teraz mieć siłę, by być dzieciom: / matką, ojcem i gospodarzem. W domu umarłego nie ma pocieszenia / jest bezwzględność wezwania, wypowiedzianego z trwałością skały /…” – Autorka mówi, że jest spełnienie, jeżeli pójdziesz do przyrody poprzez śmierć, w sposób naturalny zostaniesz godnie przyjęty i zapamiętany. Świat bierze się z dobrodziejstwa całego inwentarza w tym z dobra, któremu przeciwstawione zawsze jest zło. Jeżeli umiera się nie przez własną zamierzoną głupotę, a jedynie naturalnie, to w imię jakiejś ważnej rzeczy, to w imię innego wyższego szczegółu. Dopowiada poetka: ” człowiek opisuje kosmos z myślą o podbojach. Spisuje wszelkie / objawienia Boga. I w tej uzyskanej wiedzy odczuwa grozę, że sam / znalazł się poza zakresem poznania samego siebie /…” – oznajmia autorka, że wszystkie nagłe nieopamiętania budzą prędzej czy później strach, pustoszą umysł, oparty względnie na logicznym myśleniu, skrzywiają  trzon prawdy, na której oparta jest duchowość świata. Wszystkie rewolucje, terapie szokowe są destrukcyjne, i nie wnoszą nic więcej jak tylko chaos i wołanie niektórych o pomoc. Najlepiej tych słów dowodzi wiersz „Artysta” (str.38) : „ pieśnią rozjarzał rozgwieżdżoną noc w świt narodzin / bo dzieła człowieka i Boga są jeszcze nieukończone / tylko arcydzieło umysłu i rąk jest  skończone w czasie / by stać się wstępem do szlachetniejszej doskonałości /…” – Bóg zamieszkały w nas też nie ukończył nic bez człowieka i nie ukończy swego stwórstwa sam, choć przewiduje siebie w nastawieniu różnych niespodzianek i zagadek. Do ukończenia dzieła Boskiego, czyli dzieła natury, i zbudowania ośrodka  lub naprawy trzonu prawdy, potrzebny jest każdy najdrobniejszy szczegół, każdy otwarty człowiek ze swoją wrażliwością. Zatem w imię jakiego boga działa Bóg i w imię czego stworzył naszą wioskę planetę? – Mówi Święty Augustyn: ” i pamiętaj świat jest okrętem – ty jesteś pasażerem…” Ale jeszcze nie na tym etapie jest człowiek i nie jest dane naszemu umysłowi pojmować więcej, gdyż do wszystkiego, do rozwikłania czegokolwiek dochodzi się pokorą i żmudnym tokiem, droga ewolucji myśli i ciała toczy się swoim trybem. Tak pojmowany byt sprowadza nas do pojmowania filozoficznego, czego zresztą w poezji Marianny nigdy nie brakowało. Marianna dostarcza nam czasem pewnego kłopotu myślowego, po to żebyśmy umieli dobrze wybierać i wartościować oraz odróżniać i odczytywać szale wagi: dobra i zła. Cały świat zbudowany jest na wartościowaniu wszelkich „stanów ludzkich”, zgnozowany i ujęta jest jego siła na wszelkich pasmach… Poetka niejednokrotnie używa  mocnych argumentów naprowadzając naszą jaźń, po przez szczegóły, na  podstawowe wartościowe myślenie. „Macierzyństwo” – to liryk (str.51) podsumowujący jakby cały zbiór wierszy, gdzie autorka wprowadza dużo światła ku głębokiej refleksji nad tym co uosabia sam początek i podstawę bytu i tym, co wciąż jest niezłomnym trzonem, wartościowania uniwersalnego. Mówi; „stanęła na wysokości której nie znają / wszelkie określenie wysokości / podając dziecku Pierś nabrzmiałą mlekiem / bez czego żaden bóg nie byłby Bogiem / przeszłość teraźniejszością i przyszłością / a poeta poetą / Gloria tworzenia / nawet pustynie wydają w swym wnętrzu żywe piękno / tworząc własna różę pustyni…”
       – Reasumując: Marianna Bocian nie zawahała się stworzyć tzw. „Traktatu Moralnego – w szczególe” na swój, i swego odbiorcy, użytek. Natomiast tym szczegółem jest sam człowiek jakby środek i wartość najwyższa bytu, używając światła, które bije  w swojej wartości tak mocno, żeby nie powiedzieć do zgrozy! – Autorka sprowadza wszystko do gry uczciwej dość szeroko. Jej całe obejmowanie, swoimi ramionami świata w sposób troski, jest uzmysłowieniem sobie podstaw egzystencji i istoty natury, która była pierwsza i została oparta o pewien ciąg, który musi być wypełniony do końca, a kto nie zrozumie tego kodu musi zniknąć we mgle i nicości. Zatem słowa poetki ;” nad nami otwarte wiecznością przestrzenie” uzmysławiają nam, że istnieją pewne cenne modlitwy do człowieka i do Boskości natury i jej szczegółów tkwiących w trwaniu… To wprost „Bliskie i konieczne” stany, które trzeba ocalić i przywrócić naszej świadomości. Jest to poezja  nadziei i rekonstrukcji, ale i refleksji do istoty i wartości świata i przy całej metafizyce rozumienia powinna na nowo układać się w pojęcie słowa „dobro” i przeistaczać się, w wynikające z niego, relacje przekładające się ponad wszystko w nieskończoność.

    Zbigniew Kresowaty

    Jest to recenzja Zbigniewa Kresowatego wydrukowana w miesięczniku AKANT  Nr 6/19 Rok 2  czerwiec 19999  ISBN -1429 – 9054, Nr  rej. 295,  Nr indeksu 344141

    Marianna Bocian, Bliskie i konieczne, Wrocław 1998, Wrocławska Drukarnia naukowa – PAN, słowo wstępne prof. Doc. Stefan Bednarek.