Kategoria: wiersze

  • Woda

    woda nosi pamięć
    połóż się spać z wodą
    tyś ciężki otoczak jej pamięć
    obejmie twą obłość
    poniesie ja w zatokę być może
    uwięzi w piasku kłującym
    to tamtędy brzegiem biegł biały koń
    Perseusz już pokonał Meduzę
    woda nosi do dziś Jego pamięć
    młody jesteś zawsze w starej pamięci
    w wodzie leży nóż
    nie podnoś go – to lustro wiruje
    pod kamieniem bezkształtnym
    leży złoty talar a perła pokazuje gdzieś
    woda nosi zmywa i topi muzykę
    fruwającej ryby sen Johna Lenona
    woda zbiera pamięć w zawiniątko
    spójrz jesteś z Myken
    wpada z cieśniny pragnieniem
    póki co w wodzie jesteś młody
    krążysz w starych kolumnach czasu
    łowisz nad lustrem a woda przesłuchuje
    twarze wielkich i malućkich zbrodniarzy
    woda w Guanta Namo ujawniła
    niemożliwe – nie można się uwolnić
    jej pamięcią to cierpienie ciągłe
    namnaża się czasem wie z kim przybrać

  • zrozumienie języka

    i nie wiedzieć czemu
    uratowałem figurkę kupioną
    kiedyś na bazarze w Meksyku
    w dali krajobraz?
    utopiony w ogniu same drabiny
    płomień dostaje się już do serc
    – czerwona noc jak Tarapeteska
    tyle światła i nieproszonego dymu
    a ja z figurką boska w rękach
    przytuloną do piersi Jezuskiem
    spoglądam w żar języków
    w głębokie gardło ognia
    Nagle zatrzeszczał słup snu
    przetarłem oczy trzymając
    tę kruchą jedyną pamięć matki
    przy sobie zimną jak nagłość


    Wokół biegające świecące postaci
    jak w byłym karnawale solidarności
    słupy belki pożaru czy anioły?
    – Widzę teraz już zawsze
    Na białym trawniku obok mnie Ewa
    sąsiad Adam ratuje poparzoną Lillit
    właśnie powiła strachem jego dziecko
    Coś szepcesz mi do ucha TERAZ
    to moja muza umorusana Pazyfae?
    – Jakieś światło znów pytanie płacz?

  • Zbadacze

    byli i wciąż pokutują za innych
    pochyleni nad garnkiem Ziemi
    nad dzbanami nieba i furta księżyca z
    okiem trzecim albo jednym wielkim
    jak cyklopy z wystającymi ponad
    głowami w wykopaliskach grobach
    jak niewierni apostołowie
    prawdy i prapoczątku od stołu
    odegnani wysłani jak mrówki przez Boga
    aby zbawiali słodki świat posłani
    jak ongiś świadkowie naoczni
    – – – – – – – – – –
    i wciąż krwawią ich usta
    jakby na wysypiskach Oni
    już wiedzą skąd jesteś kim byłeś
    badają czubek igły i ucho pustyni
    przez które powinno przejść ziarnko
    piasku i nie piasku ale i wielbłąd
    dotykają wiercą dziury w dziurach
    dna czaszki szukają i robią krzyżyk
    wreszcie znajdują gwóźdź czwarty
    pokazując go publicznie jak słonecznej dłoni
    liczą stygmaty podskakując na nóżkach 
    cyrklowych choć w jamach zakopani
    pod powiekami mijają się w krótkich
    spodenkach w kratkę
    jakby mieli przełknąć kosmologię
    i zrozumieć mowę kamienia i nóż 
    jakby chcieli odgadnąć kształt obły
    miseczki znalezionej przypadkiem
    i kolor najważniejszy wydobyć
    męcząc kont prosty i ostry

  • Jaskółka

    zawsze w niskim locie
    a później wiadomość
    jakby z piekieł czarna
    czasem skwarząca
    jaskółka uwolniona
    z źdźbłem tytanu w oczach
    z źdźbłem błota w dziobie
    niesie dzienna wiadomość na 
    swój dom w oborze
    później na strych
    czasem spada
    w serce w środek kołdry łąki
    a ziemia – czarna jaskółka
    jak sztylet z rękojeścią
    mocną z niej zaraz
    wydobędzie się krzyk 
    A później jest deszcz i
    biel skrzydlona i NIE
    ma jaskółki byłaby żeby
    czarna jak była czasem
    zostaje gniazdo u sufitu
    szczebioty żółtodziobów
    do późnej nocy

  • Jerycho

    Nie zdążyłem ocalić Jeruzalem
    stać mnie było tylko na pamiątki
    wciąż nie do zdobycia te mury miasta
    świątynia tyle razy burzona
    siedem otwartych Bram w które
    tysiące lat dęli trąbici w różne ustniki
    odjechali jedni a inni krzyżowali języki
    zapomnieli tamci przestrogi sędziwych
    ze znakami krzyży jeźdźcy najeżdżali po złoto
    wszyscy wiedzieli gdzie jest Arka Przymierza
    ale nikt jej nie znalazł nawet wszyscy i święci
    dlatego jej nie ma do dziś – dekalog już zapomniany
    nawet w blasku morza Martwego rozkołysani szukali

  • Jonasz

    porwało mnie morze
    zza zasłony żeber resztek łodzi
    śpiew syren wydobywał się falą
    a w dali zatoką biegł biały koń
    Perseusz nie pokonawszy tej chwili
    topił się z piskiem w falach u mew
    stado białych sępów nadlatywało
    krążyło nade mną nad moją muszlą
    i jeden sztylet uderzył
    we mnie jak widomość
    byłem tylko foremką muszlą
    kryjówką zimną czaszką – byłem
    wracałem i sam szukałem muszli
    w poranku w skrzeku dnia
    lgnąłem po fali do ucha z piasku
    do szat białej skały zapomnianych
    o nagich rozwartych ud Wenus
    w zgiełku bezludnej zatoki łodzie
    stare powiązane pętami z dna

    • podawały mi oddech
  • Jeszcze jeden obraz

    będzie zawsze za mały
    choćbyś pomieścił w nim swoje
    życia i byty i kolejne zafarbował na nowo
    będzie zawsze za ciasny choćbyś z pamięci
    wyprowadził go z ram i podpisał światłem
    będzie zawsze poprzedni choćbyś zapisał
    zmienił mu treść i fabułę i zamalował pstro
    zawsze będzie mniejszy nawet gdybyś
    oznaczył go znakami zapytania i wykrzyknikami
    rozplatał linie kolorem splecione
    w warkocze choćbyś go zabrał z ócz
    pod po – wieki w pod łzę schował
    po istnieniu które cię prowadziło ścieżkę
    ramki jak ikonę i zamknął na kosmiczne lata
    choćbyś go rozwinął obraz zawsze będzie
    niepełny choć teleportowany w inny wymiar
    umysłu OBRAZ zawsze będzie uciekał
    w oczy zawsze za mały choćbyś pomieścił
    w nim swój los wynaturzony z wyobraźnią
    Obraz będzie zawsze za mały – nie maluj obrazu
    którego nie widzisz nie oprawiaj w zachwyt

  • Przy pisaniu ikony pamiętam

    ostatnią ikonę – pisałem dwa dni
    tłumaczyłem na nasze kolory
    piłem wino dudniły ciężkie oddechy
    z rozchylonych ust Muzy uchodziły
    chustę kartkę wierszy na pamiątkę
    weź


    – A przecież odeszła nagle z domu
    w zapomnienie jakby nieznana?
    z krzywą twarzą bólu
    każdy poeta modli się wierszami

  • Pazyfae

    Wspominam
    o „puchu marnym” A
    Myślę o kłamstwach
    Które zaczną się jutro
    spadającym piórkiem
    po odlocie otwarta przestrzeń
    zostanie- jeszcze
    mówi ptak – Teraz wiem
    będą się jąkały dalej
    kłamstwa do ócz
    będą sypać się na wieko
    grudy do następnego
    wieka powiek –wieka
    i sadza na oczy na paznokcie
    już jestem A KIEDY
    do mnie przybędziesz godziną
    zegarmistrz wystuka ostatnie kłamstwo
    Noce będą czuwać i pachnieć
    krwią cień przywołany ostrym
    porożem gwiazd – wiem
    Wpisanaś w cztery kwadry księżyca
    w źrenicę mego spojrzenia jak zjawa
    przedwczesnego poranka
    kłamstwa w owoc życia
    w drzewo rodzaju spadających
    zeń dzieci liści i odrostów
    Pod wspólnym pniem bytu

  • Jak Simonides z Keos przez Plutarchę

    ten Nieznany Plac w dalekiej Hiszpanii
    dał kiedyś mi poczucie wieczności – łuki
    jeszcze ruchome po arabach syte kafelki
    w słońcu rogaci ludzie jak na arenie
    – Plac Pomiędzy aktami turystów i jeden
    bez kurtyny głos lamentacji pośród chmar gołębi
    jak pamiętam wtedy cały świat łączył się
    nad placem ze szczerą ruchomą płachtą
    czerwonego nieba – – – – — – –

    stałem na rogu ogromnego byka
    miasta? – Marzyłem o bezimienności
    bez odwagi w ogromnym oknie słońca dnia
    o tobie Któraś urodziła się w mej głowie
    dawno czekałem cały sobą jakby w Cheronei
    w bezczasie na ciebie nieznaną daleką
    jak na fontannę – Ten Plac dał mi wtedy
    czucie przedwieczności – woda była zmęczona
    psy na fontannie pilnowały śpiewającego
    trubadura czasem wyły do rzeźb
    z utrąconymi nosami i palcami u rąk
    TY pewnie gdzieś wciąż jesteś choć nie ma
    ciebie a już jesteś tą przepiękną chwilą
    będziesz gdy będziesz z sadza w oczach
    póki co przymróżonaś po – wieki

  • Na Odejście Muzy Tren Z Urielem

    Odchodzisz wiem
    twój sen coraz bardziej z mych oczów sypie
    Teraz zostanie – wiem tylko moja krzywa twarz
    Pomięta ona o zapachu podłogi i ścian zmięta szmat
    Jak w obrazach Wróblewskiego wyprasowana
    Jeszcze twój cień kołysze się na wietrze z bielizną
    Powiewa zanim zabierzesz jego powiew łopot głos
    Za nim zabierzesz długie włosy czasu pokręcone dni
    Naszych widzeń w szumie mórz Teraz rozbijają się
    Nie zamykaj jeszcze po-wiek na wieki mokrych rzęs
    Ale czy zostanie dla mnie fiołkowy twój czasu zapach
    Jak patrzę po kilku seansach trutki źrenice twoje mocniej
    Błękitnieją rozwarte usta jakby śpiewały Urielowi Psalm
    Ale to nie ten śpiew nie ten grymas na chwili przetrwania
    Usiądę pod kamiennym drzewem – Tam kamienny słowik
    Coraz wyraźniej słyszę jego głos w kolorze ciemni Ogrodu
    Już się faunem staję ciepły deszcz wypełnia ciała pojemnik
    Szarej godziny staję z samotnością nie odchodzę z tobą
    Widzę już w niej twój dotyk bezgłośnie snuje się zatoką
    W Kontach Rybackich? biały żagiel oznaczałby odpływ dni
    Nie gniewam się na ten czas nie gniewam się na śmierć
    Czuję drepta po piasku i zostawia odciśnięte czcionki
    Trzeba mi je tylko odczytać na później odpowiedzieć
    Napisać kolejną ikonę – tylko jak ja teraz nazwać?
    Druk po pazurach zapis kiedy odchodzi służebna LOV
    Jeszcze tunel a w nim jakby żołnierz jedwabny czekał
    Na śmierć zapomniany nie musiał marnować piękna
    Ale gdy zniknie jego cień pojawi się niebieski błysk zaśpiew
    Eskadra chórów zawsze służebnych i słodkiej chwili
    Elektroda zapachu dotknie i moich ust przełknę grudę
    Zwęglonej śliny nutę naszego bytu w mdłej ciszy
    Będzie urokliwy krzyk już muszę go uporządkować
    Odesłać daleko ileż to ikon pamiętam odesłałem
    Każda była okienkiem na świat Boga piszę dalej wołam
    Ty idź a ja przyjdę po nitce obok psów i ryku upioru świata
    Wszystkie ikony teraz w łodzi mi świecą a ja widzę oczy
    Pojmuję te światełka i ich wyobrażenia wiersz łaskę?
    Ty rozumiesz przestrzeń inaczej szepcesz – poczekam
    Czuję ja wciąż siedzę pod kamiennym drzewem Dramy
    Słowik kamienny śpiewa coraz wyraźniej go słyszę
    To prawda każda przestrzeń zawsze na obraz za mała
    Każdy śpiew na sen za mały jak bajka za cichy jedyny
    Teraz za częsty i błyskotliwy twój okrzyk do światła
    Nawet gdy obraz już namalowany dla obrazu dni
    Coraz bardziej pojmuję też obrazy Malewicza ich mowę
    I bardziej rozumiem malarstwo bóstw na starych skałach
    Będę cię tam szukał i namaluję ci twarz – zostań poszeptuj
    Wnet umrze cywilizacja pojawią się humaidalne filmiki
    Kim Teraz jesteś? – A kim ja? – Jesteśmy znikającymi punktami
    Bo kiedy umierasz Muzo zaczyna się koniec kolejnego świata
    I kolejnego wymiaru spada – wpatruję się w kolejną przestrzeń
    Nałożoną na przestrzeń czasu i mało dla niej miejsca

  • badacze

    byli i wciąż pokutują
    pochyleni nad ziemią z 
    okiem trzecim albo jednym
    jak cyklopy z wystającymi ponad
    głowami w wykopaliskach grobach
    jak niewierni Tomasze apostołowie
    prawdy i prapoczątku od stołu
    wysłani jak mrówki przez Boga
    aby zbawiać świat posłani jak ongiś
    głosić nowiny świadkowie naoczni
    – – – – – – – – – –
    wciąż krwawią
    jakby na wysypiskach Oni 
    już wiedzą skąd jesteś kim byłeś
    badają czubek igły i ucho pustyni
    przez które powinno przejść ziarnko
    piasku i nie piasku ale i wielbłąd
    dotykają wiercą dziury w dziurach
    dna czaszki robią krzyżyk i szukają
    gwoździa czwartego słonecznej dłoni
    stygmatu na cyrklowych nóżkach 
    po uszy w jamach zakopani po wieki
    w krótkich spodenkach w kratkę
    jakby mieli przełknąć kosmologię
    i zrozumieć mowę kamienia i nóż 
    jakby chcieli odgadnąć kształt obły
    miseczki znalezionej przypadkiem
    i kolor najważniejszy wydobyć
    męcząc kont prosty i ostry
    żeby oznaczyć szlaki znakami
    wszelkie cuda świata o Nich
    wiedzą że nie ustaną nie a zboczą
    na chwilkę otworzyć drzwi lasu 
    że obok w rytmie disco błysku
    TAM współczesny polaryzuje
    obraz głodny twórczych
    myśli i win