Kategoria: galeria esejów o artystach

  • TWÓRSTWO PLASTYCZNE I AGUA FORTI – CYPRIANA KAMILA NORWIDA

    TWÓRSTWO PLASTYCZNE I AGUA FORTI – CYPRIANA KAMILA NORWIDA

     „Twórców i autorów sądzą ich dzieła”

    C.K. Norwid     

    Wypowiadał i zapisał te słowa, być może nie wiedział, że powie też o sobie. Dziś wiemy, że tak! – Cyprian Kamil Norwid jest wciąż odkrywany i poznawany na nowo, ponieważ ruch wolnościowy, zwłaszcza po roku 1981 w Polsce, nabierał fundamentalnego znaczenia, skrystalizował się, również w pojęciowości twórców iż uważają oni, że nie ma potrzeby dziś tworzyć sztuki zaangażowanej, inny jest nasz czas. Jednak zdominowany jest przez politykę(?)…          

          Cyprian (ur. 1821) to imię przybrane przy bierzmowaniu – właściwie Cyprian Ksawery Gerard Walenty Norwid herbu Topór ( ”siódma woda po kisielu” ze strony babki Ludwiki Zdzieborskiej z drugiej linii rodziny Sobieskich) – Jak wiemy wybitny emigracyjny, polski poeta, prozaik, dramatopisarz, eseista, parał się malarstwem, rysunkiem, grafiką, był rytownikiem i rzeźbiarzem i filozofem, który zaistniał głównie w środowisku emigracji wieloma dziełami. Dziś są one bardzo rozproszone. Po czasie ekspansji SOLIDARNOŚCI w XX w na szczęście  powracają echa tej wspaniałej twórczości w różnej formie.  Jako pokłosie powstaje także Album rycin i rysunków Cypriana Kamila Norwida.

           To wspaniale, że i na śpiewanie poezji Norwida przyszedł czas w Polsce w latach 80-tych XX wieku, m. innymi rozpoczął ten cykl Czesław Niemen własnymi  kompozycjami muzycznymi z poezją C.K. Norwida: „Rapsod Żałobny Bema Pamięci” „Moja Ojczyzna”, „Pielgrzym”, „Daj mi wstążkę błękitną”, „Italiam italiam” –  Później wiersze Norwida śpiewała Wanda Warska, a także Przemysław Gintrowski  w okresie dobijania się „Solidarności”, inni jak:  Kapela De – Press, Budka Suflera… Zabiegi te nie znalazły początkowo uznania wśród elit oraz władz prokomunistycznych Kultury i Sztuki ówczesnych mediów… Póki co wtedy nie dopuszczano tych utworów na Festiwale Piosenki, etc.

          – Na pewno rok 1981 ten czas walki był wielkim zrywem, przyniósł kolejne burze oraz nietypowe pogody społeczne. Pomyśleć – gdyby Norwid wtedy żył z pewnością płakałby nad tym „ szczęściem” i w dwójnasób nad rozterkami bardzo by ubolewał… Abstrahując od czasów współczesnych dobrze wiemy, że pozostała wspaniała spuścizna twórcza, która nas uczy, po twórcach poetach, którzy egzystowali w czasach zaborów i po zaborach, zwłaszcza na emigracji. Notabene obecnie wiele się zmienia w Polskiej Kulturze i Sztuce. Doświadczamy non – stop różnych zawirowań, być może to tylko  burzliwe współzawodnictwo artystyczne? – Dziś w kraju naszym wyzwolonym brak kryteriów do oceny sztuki, zwłaszcza tej nowej awangardowej, na nowo obudził się czas kłótni i swarów na niwie pojęć społecznych, króluje wciąż pytanie, ścieranie się racji i współistotne pytanie – komu przypisać najwięcej zasług?

          Po lekturze twórczości poetyckiej Cypriana Kamila Norwida, celem przejścia i dobrego zrozumienia Jego twórczości plastycznej,pragnę państwu uzmysłowić i przypomnieć   pojęciowo o wszech talentach poety. Był nie tylko poetą dramaturgiem, ale i malarzem, rysownikiem i grafikiem. Wiemy, że uprawiał, jakby równolegle z poezją i dramatem malarstwo i grafikę rytniczą, głównie na emigracji. W roku 1807 Polska, zmęczona i zniszczona mentalnie i duchowo zaborami, uzyskała jedynie namiastkę niepodległości w formie nowoutworzonego Księstwa Warszawskiego. W 1815 roku przekształcono je w niesuwerenne Królestwo Polskie, formalnie związane tak zwaną Unią personalną z Rosją. Rosja zajęła tym samym 82% terytorium Rzeczypospolitej w granicach z 1772r.  Natomiast opozycja, do której należał Norwid, dobrze wiedziała co może w efekcie nastąpić.  Po­eta Cyprian Kamil Norwid także miał kon­tak­ty ze śro­do­wi­skiem spi­skow­ców war­szaw­skich m.in. Gu­sta­wem Eh­ren­ber­giem i Ka­ro­lem Le­vit­to­ux. Natomiast, gdy w czerw­cu1839 roku do­biegł koń­ca pro­ces tzw. Świę­to­krzy­żow­ców, Nor­wid w nocy wy­biegł na uli­cę, by cho­ciaż swą obec­no­ścią sym­bo­licz­nie „za­słać po­że­gna­nie” wy­wo­żo­nym na Sybir ki­bit­ka­mi ska­za­ńcom. Robił szkice i rysunki, ukazując grozę wywózek i prześladowań oraz ówczesny teror… Wykonał szereg sztychów sytuacyjnych i portretów zesłańców, pośród których widział swoich szkolnych kolegów, jako naoczny świadek tej nocy.

    Niebawem po całej akcji podjął autonomiczną decyzję, jak wcześniej inni poeci uczynili, o wyjeździe na emigrację do Europy. Tak też uczynił – jechał na emigrację do Paryża przez Berlin, gdzie zbawił ok/ 2 lata, z całym bagażem doświadczeń i zapamiętanych obrazów z wywózek i zesłańczych prześladowań w Warszawie.

             Otóż zaznajomiłem się ponownie z poezją C.K. Norwida, ale wiedząc o Jego działaniach tzw. ubocznych, zaintrygowany sztuką malarstwa poety, pragnę nakreślić obraz artysty nieustraszonego, nie tylko dramatopisarza, ale rysownika i grafika oraz rzeźbiarza – Cyprian Kamil Norwid był osobą bardzo energiczną, czytamy to z twórczości poetyckiej i noty biograficznej poety, na różne sposoby, zwłaszcza na emigracji, dawał o sobie znać, miał bardzo pobudzoną intuicję twórczą, wiedział jakie mogą być skutki kolejnego zaboru Polski, gdzie Caryca porwała Króla Stasia do Rosji. Uważam, że Norwid był postacią wielką i pozostał takim polskim DNA. Jest sumieniem i świadkiem naocznym, jest ikoną pośród artystów emigracyjnych okresu Romantyzmu, mimo twórczości Adama Mickiewicza i Juliusza Słowackiego, Zygmunta Krasińskiego, sam znajduje się w czwórce ważnych postaci działających w Paryżu twórczo.  Swoim malarstwem, rysunkiem władał bardzo oryginalnie, tworząc jeszcze w Polsce swego rodzaju „Zapiśnik” – rytnik sytuacyjny czasu biedy i teroru, będąc w mekce Sztuki i Kultury Europy w Paryżu przypominał…

    Patrząc z perspektywy czasu odległego na rysunki i ryciny Cypriana, w oczy rzuca się atmosfera: szarość postaci, nastrój krzywych twarzy, dyskusje,  zawieszony między uchwyconymi nagle, wplecionymi tu i ówdzie w drugoplanowe potworki(?)… Myślę, że po prostu wystarczy popatrzeć dobrze w oczy artysty C.K. Norwida na autoportretach – można wtedy, przy odrobinie wyobraźni, zrozumieć co wówczas myślał twórca i myśliciel, bo przecież oczy i twarz zawsze wiele nam mówią… Jego postawa była bardzo zdecydowana, charakter uporczywy, dlatego na wskroś twórczy. Norwid zrobił wiele autoportretów, a gdy portretował inne osoby, nawet kobiety, również dostrzegał w nich w powabie buńczuczność, jego portrety i rysunki były natychmiastowo  rozpoznawalne, wpisywał w twarze portretowane grymas niepokoju oraz charakter i czas tamtej chwili, zachowując oczywiście artystyczny dystans. Trzeba przyznać, że znał się na sztuce rysunku i grafice, na koncepcji sztuki, na kompozycji…

          Oto reprodukcje rycin i rysunków różnych, w tym wspomnianych tu autoportretów, prac graficznych, choć nie oddają one w pełni czynu i zasobu dokonań malarskich, jednak bardzo dużo mówią – oczywiście niewiele tego zostało. Sztychy rytnicze i rysunki są wykonane, powiedziałbym, furiatywną i zdecydowaną kreską, bo taki On sam miał charakter… Jak spojrzeć na poszczególne rysunki można dostrzec także drugoplanowo zawartości tematycznej rodem wprost z ówczesnej upiornej Polski. Czasem te upiory pomieszczał na pierwszym planie, jak w znanym drzeworycie – obrazuje on taniec i groteskę ze śmiercią. Widzimy u Norwida nawiązanie dość częste do niezbyt ciekawej egzystencji. Mimo to prace rysunki i ryciny są bardzo sugestywne pojemne i piękne. Widzimy także na innych rysunkach i rycinach sekwencje z sacrum, nie tylko dlatego, że jest pokazany krzyż, ale pokazany bywa Chrystus w cierniach, jako cierpienie narodu stricte chrześcijańskiego, widzimy w tytule „Altus” jak postać z krzyżem na plecach, na klęczkach, czołga się do stóp prosząc o zmiłowanie dla Polski u samego Zbawiciela – To bardzo wymowna scena z nadbudową secesyjną. Poeta rysownik i grafik, na emigracji, często malował Chrystusa ukoronowanego, ze zmęczoną zatroskaną i zmordowaną  twarzą – A wszystko przez profil własnego cierpienia – To przecież Polska cierpiąca! – krzyczy, blaga ale Boga…  W twórczości literackiej Cypriana Kamila Norwida odnajdujemy sekwencje sacrum, działania plastyczne odgrywają dla Niego bardzo ważną rolę, nie tylko uzupełniającą do literatury i filozofii, ale funkcjonują także osobno, natomiast wtedy ukazywały kondycję Ojczyzny. Te obrazy Go prześladowały – musiał je sobie odbierać i pokazywać w świetle dziennym. Jego styl, (choć często niezbyt  wycieniowany) kojarzy mi się z twórczością Grotgera, to jest ten sam mianownik, ryciny dopowiadają tamtej dynamiki i przeróżnych chwil frustracji, a tym samym potęgują Ducha poezji Cypriana Kamila Norwida.

          Jednakże na rysunkach widać podskórnie mapę cieni, widać jakby mary, a nawet omamy prześladowcze – to taniec żalu, czyli walki cienia i światła, choć tylko ledwo dotykany wciąż trwa… Prace te miały i mają, bez wątpienia, także walory estetyczne, jako odrębna sztuka. Norwid, który wyjechał ze swoim talentem, jeszcze przed okresem  „młodopolskim”, którego awangardę był przewidział w sztuce polskiej. Powiedzieć można, że stał się takim medium, żeby  równolegle z poezją i dramatem oraz zapleczem plastycznym tropić i pokazywać z autopsji pragnienie wolności…

            Cyprian Kamil Norwid jako człowiek bardzo energiczny, co bije z Jego różnych dzieł w tym z poezji, miał zmysłowość obserwatora, dokonywał aktów rejestracji życia i jego zachowań… Wiele rzeczy plastycznych powstawało pod miękkim ołówkiem, węglem oraz dziergane było impulsywnie piórkiem i inkaustem. Czynnie uczestniczył w życiu kulturalnym emigracji. Emanował talentem recytatorskim poezji, nie tylko własnych dzieł, takich jak „Odyseja”,( przekład), ale i recytował dzieła Adama Mickiewicza  weźmynp. „Pieśń Wajdeloty” i poezji Juliusza  Słowackiego oraz innych uczestniczących poetów, chadzał na Koncerty Chopina. Byłzapraszany do różnych środowisk polskich, gdzie recytował i wygłaszał oratoria okazyjne, w takich miejscach urządzał małe wystawy swoich prac plastycznych, mówiąc z tej okazji o cierpiącej Polsce, co wywoływało wspaniałe, budujące pojęcie patriotyzmu i podnosiło walory tej twórczości…

     Jest obecnie wiadomo: powstały przygotowania ekspertów do wydania prac plastycznych poety w formie Albumu. Zebrane wcześniej, rozproszone rysunki i grafiki, a także obrazy i akwarele, obecnie przechodzą swoiste badania naukowe i konserwacje, głównie w Muzeum Narodowym w Krakowie. Znajdowały się m. innymi w rękach rodzin będących na emigracji: Czartoryskich, Potockich i Lubomirskich. Te uratowane przejęte prace poety i malarza są obecnie weryfikowane, gdyż odcisnął się na nich „ząb czasu”, czasem pierwotnie nie użyto przez artystę wówczas dobrego papieru, ale przyznać należy, że tym samym dostały one ciekawej estetyki… Natomiast w przejętej kolekcji znalazło się kilkanaście falsyfikatów, które Norwidowi były przypisane. A był też autorem kilkunastu obrazów olejnych, z których do dziś przetrwały tylko cztery: Alegoryczne przedstawienie odrodzonej Polski pod nazwą Jutrznia, od grudnia 2007 znajduje się ten obraz w zbiorach Muzeum Książąt Lubomirskich we Wrocławiu. Inne obrazy olejne to: Orzeł, Kosynier...  Jest wiadomo, że Album z pracami norwidowymi na pewno będzie wydarzeniem w Polsce wolnej nie lada! – Oczywiście bardzo oczekuję na Album, jako człek o podobnych imaginacjach plastycznych, czekamy na ten czas kolejnej odnowy Cypriana Kamila Norwida. Wspomnieć trzeba , że eksperci zastanawiają się, gdzie i jak? nauczył się On akua forty i typowej grafiki, przecież to trzeba było zaplecza… prób, trzeba było zdobycia płyt miedzianych, prasy do odciskania rytów, etc., chodzenia po pracowniach innych artystów w Paryżu? – A może jak był w Nowym Jorku? – tam nieco sobie przyswoił? – lub w Szkole, do której był uczęszczał? – Wspomnijmy –  W roku 1868 C.K. Norwid starał się o przyjęcie do Société des Artistes, i został przyjęty, po okazaniu swoich prac plastycznych, w tym i bardzo ciekawych rysunków i portretów.  Z  powodu trudnych warunków, prawdopodobnie nie ukończył Societe des Artistes,  gdzie uczęszczał regularnie i  nieregularnie.

               Jak wiemy po­eta, z wielkimi talentami, Cyprian Kamil Norwid ocierał się czynnie o środowisko spiskowców już w Polsce. Wykonał szereg rysunków sytuacyjnych w Warszawie , jako naoczny świadek, etc. Spra­wy te ciągle były żywe w Jego pa­mię­ci wie­le lat póź­niej, jesz­cze bli­sko 10 lat, póź­niej w roku 1848, gdy już trwał na emigracji, zliczył Zygmuntowi Krasińskiemu pra­wie wszyst­kich ska­za­nych na ka­tor­gę lub zmar­łych w Cy­ta­de­li, z niektó­ry­mi cho­dził do szko­ły i innych których dobrze znał.  Zrobił ich portrety po wywózce na Syberię, namalował co najmniej dwa obrazy z pojmanymi i rozstrzeliwanymi spiskowcami.

    Z Berlina, gdzie nawet jeździł konno w wolnych chwilach, po dwóch latach udał się już jakby na stałe do Paryża w 1842 r. z teką rysunków i szkiców, oraz garścią notatek nowych wierszy zaangażowanych, we Francji dołączył do grupy znanych i wybitnych przedstawicieli polskiej i międzynarodowej emigracji, którymi byli m. innymi wspomniany:  Zygmunt Krasiński, inni jak: Fryderyk Chopin, Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki, Adam Czartoryski, Georg Herweghen, Aleksander Hercen. Przyjęli Go z otwartym sercem, i ciepło, gdy ujrzeli jego teksty i rysunki.

           Okazało się później, że Jego zawód miłosny i brak środków do życia spowodowały, że Norwid  paradoksalnie szukał szczęścia w Nowym Jorku. Pytanie! – Jak się tam dostał?! – prawdopodobnie na statku. Mając niesamowite zdolności i bujny talent plastyczno malarski, próbował tutaj – mało skutecznie – utrzymywać się z rzeźby i rysunku portretowego. Nie powiodło mu się finansowo i egzystencjonalnie – To wielka bardzo ruchoma metropolia, gdzie wciąż przybywało dużo emigrantów, nie tylko z Europy, jak Włosi, ale i z Rosji oraz Izraela… Dlatego Cyprian zdegustowany sytuacją w 1854 postanowił wrócić już na dobre do Paryża. Zatem bardzo wiele prac plastycznych zostawił za sobą tam w Nowym Jorku, losy ich są nieznane i bardzo rozproszone. W  środowisku artystycznym emigracyjnym  kiedy już C.K. Norwid był znany, prowa­dził, (jak wcześniej w Warszawie zaczął) ama­tor­skie do­cie­ka­nia fi­lo­lo­gicz­ne w kwestii roz­wią­zywania pro­blemu kwa­dra­tu­ry koła, zatem ucho­dził często za po­stać dzi­wacz­ną, bu­dzą­cą cza­sa­mi li­tość. Do­pie­ro w ko­lej­nych latach uzna­nia i uwagi do­cze­ka­ła się kon­cep­cja po­ezji i formy rysunku opar­ta na pa­ra­bo­li, ko­rzy­sta­ją­cej ze szcze­gól­nej for­my iro­nii oraz tzw. pro­jekt „tra­ge­dii wy­so­kiej”.

    Ciekawostka – Po powrocie  z Ameryki do Paryża wszedł w posiadanie kilku rysunków Leonarda da Vinci i Rafaela, nabytych w środowisku kolekcjonerów paryskich(?). Można się tylko domyślić, że będąc w USA, jednak zarobił „jakieś” pieniądze i wszedł w posiadanie tych dość drogich dzieł – Ryciny Leonarda musiał jednak sprzedać później we Paryżu, ponieważ Jego sytuacja materialna egzystencjonalnie stawała się coraz cięższa.  Jednak w Paryżu w wolnym czasie  hodował wiele kwiatów doniczkowych, siał kwiaty w paryskich ogrodach u znajomych. Pracował fizycznie w innych zawodach. Jego ulubioną rośliną była palma, która wyrosła mu szczególnie pięknie, którą dostał od żony przyjaciela Michaliny Zaleskiej za portret.

           Obecnie:  w Zakładzie Zbiorów Ikonograficznych Biblioteki Narodowej (ZZI BN) przechowywana jest znana akwaforta sygnowana Norwidem, przedstawiająca Ewę podającą Adamowi owoc figowca, dotąd niesłusznie uznawana za dzieło Cypriana Norwida. Rycina jest reprodukcją kompozycji Rafaela Santi z fresku Grzech pierworodny – drugiego z czterech malowideł ilustrujących historię Adama i Ewy dekorujących sklepienie drugiego przęsła Watykańskich Loggii. Być może ktoś dopisał nazwisko Norwida? –  nadając dziełu innej wartości np. kolekcjonerskiej?

    – Okazuje się, że prace oryginalne Norwida dostarczają wciąż wielu kłopotów identyfikacyjnych i merytorycznych… I wiele jeszcze może się dziać! – Tutaj na przykład odbitka ryciny jest obcięta niemal po krawędzi ramki wyznaczającej kadr biblijnej sceny. Odcisk płyty jest niewidoczny, z pierwotnych napisów zachowały się zaś jedynie pseudo sygnatury. Po lewej stronie pod ramką umieszczone jest oznaczenie autora pierwowzoru: Raff. Urb. inv., po prawej oznaczenie rytownika: N.C. inc. Odbitka pochodzi z Archiwum Zenona Przesmyckiego, które trafiło do zbiorów Biblioteki Narodowej tuż po zakończeniu II wojny światowej. Najprawdopodobniej właśnie proweniencja stała się powodem znaczącej omyłki(?) w przeprowadzonej w roku 1986 przez dr Hannę Widacką atrybucji ryciny. Sugerując się pochodzeniem odbitki i monogramem rytownika, badaczka uznała akwafortę za pracę graficzną samego Norwida. Odbitkę zaś uznano za unikatowy egzemplarz dzieła. Część dzieł posiadła Izabella Czartoryska na emigracji i udostępniła Muzeum. Są to m. innymi dzieła tzw. alegoryczne, czasem o treści sakralnej takie tytuły jak: np. Nie było miejsca dla nich w gospodzie, czy Święty Józef Cieśla ,lub Wskrzeszenie św. Łazarza,  Scena alegoryczna z Piekła Dantego … Portrety twarzy przyjaciół są podpisane czasem jako postaci biblijne. Jest w tych pracach pasja, ruch oraz zamach plastyczny… Norwid miał dar kompozycji jak juz wspomniałem i wspaniałe pojęcie perspektywy…

           Bardzo wiele wynika z badań nad recepcją uratowanej plastyki Norwida – ewentualnych znaków kolekcjonerskich w Muzeum Narodowym w Krakowie, również informacji o proweniencji poszczególnych zachowanych egzemplarzy. Dlatego jest konieczne równoległe funkcjonowanie wielu oryginałów tej samej kompozycji, badania trwają. Otóż co najciekawsze – ma być wydany katalog prac graficznych rycin i malarstwa Cypriana Kamila Norwida, jako osobny projekt artystyczno plastyczny.

        Pamiętamy jak „Zmartwychwstaniec” ks. Jełowicki mówił o Norwidzie – “Geniusz” niedoceniony – I tak na pewno jest!

    – Duch poety i artysty odzywa się po tylu latach regularnie.

    W 1877 Cyprian Kamil Norwid został umieszczony w Zakładzie Przytułku św. Kazimierza – Ośrodek dla Ubogich Polskich Weteranów i Sierot w Paryżu, gdzie jak wiadomo oślepły i zniedołężniały spędził resztę życia pod opieką. Zmarł 23 maja 1883 roku w Paryżu.

                  Nieprawdą jest, że po śmierci Cypriana Kamila Norwida, z pomieszczenia, w którym bytował, w Przytułku Ośrodku dla Ubogich Polskich Weteranów, jakoby opiekunki, siostry zakonne, wyrzuciły na śmietnik Jego rękopisy i rysunki oraz bibeloty. Otóż przejęli ten spadek, gdy Norwid już wyraźnie niedomagał, osoby ważne na emigracji. Część rzeczy, głównie rysunki i grafikony przejęła głównie Rodzina Czartoryskich, której rękopisy i grafiki Norwid przypisał oraz Potoccy. Oczywiście byli tacy, którzy wcześniej mówili, że to poezje bezwartościowe, że najważniejszy jest tylko Mickiewicz i Słowacki, Krasiński, uznawali, że Norwid nie ma w niczym potwierdzonego dobrego pochodzenia inteligenckiego, że pisma Jego nie znajdą po przez to uznania. Norwid rzeczywiście charakteryzował się niezbyt wysoką kulturą i inteligencją osobistą, Jego ubogi żywot nie był wspierany przez żadnych bliskich (takich nie miał) – często naprzykrzał się opiekunkom Ośrodka dla Ubogich Weteranów Polskich, mogły częściowo Go tak potraktować, jednakże wiadomo, że nie został tak całkiem zapomniany przez emigrację Polonijną, raczej pozostałą Jego twórczość rozebrano na pamiątkę, był oryginalny…

    – Takie wieści pozostawili w/w rody szlacheckie i właśnie oni te  resztki zachowali: rękopisy, rysunki oraz przechowali na później.

     Zbyszek Ikona – Kresowaty

  • DOMINIK I JEGO ETERYCZNE ROZBŁYSKI

    DOMINIK I JEGO ETERYCZNE ROZBŁYSKI

    Jeżeli dziś już ustalimy autonomicznie co to jest Sztuka pisana z dużej litery, na pewno nasunie się nam skojarzenie, że jest ona przede wszystkim szczególną formą alienacji człowieka. Alienacja ta na pewno tkwi w samych podstawach, jako antycznej podskórnej wyobraźni i wiedzy zarówno twórcy jak i odbiorcy, inaczej przebiega to u artysty jako twórcy, a inaczej u odbiorcy… Zatrzymanie procesu twórczego, na jednym z jego wybranych elementów, oznacza ucieczkę nie tyko przed samą twórczością, lecz przede wszystkim poznawczo przed samym człowieczeństwem. Jak się dowiadujemy w wypowiedzi, prawie od każdego, artysty: moja sztuka jest we mnie, trwa jedynie proces wyświetlenia wyobraźni, etc., zatem widzimy rzeczy różne wydobyte na światło dzienne, zauważamy inność i oryginalność w obrazach, szkle, czy także w literackich dziełach, etc. Wszystko przynależne jest danej osobowości danego historycznego czasu i miejsca. Jest tak, że choćby dzieło nie było podpisane,  doskonale przypisujemy je właściwemu artyście, bo samo dzieło jest podpisem (jak np. obrazy i ikony prof. Jerzego Nowosielskiego). Otóż zamiast humanistycznej wizji redukcji przypisane dzieła były zawsze do człowieka, gdy tylko przyświecała mu jakaś ambitna idea, przyczynek do poruszenia jego medium, przy rekonstruowaniu ontologicznych przesłanek ku całej twórczości, mamy wtedy do czynienia z wytwarzaniem, za którym stoi ich wytwórca „rzemieślnik”? – może on się jakby bezpiecznie ukryć jako bardzo „wyjątkowy” człowiek(?). Zamiast ideału tworzenia angażującego organicznie całą osobowość twórczą, jako jednostki uzbrojonej w odrębną technikę, jednak zauważamy GO, gdy tylko zaintryguje… W takim przypadku i w takim rozumieniu jest tylko uchwytne jego działanie, jakoby produkt jedynej osobowej alienacji całego procesu twórczego. Tym samym wyznaczony zostaje zawsze tradycyjny paradygmat estetyki, ukonstytuowany na rozdzieleniu sztuki od tego co sztuką nie jest. Natomiast pytanie o możliwość naprawy i zmiany świata dzięki działaniom artystycznym jest w tym układzie pojęć i rozważań problemem czysto abstrakcyjnym. Ponieważ sztuka tkwi zawsze ponad światem, a w nim samym szczątkowo. Każdy twórca zauważony jest jakby ponad twardą regułą istnienia świata, nawet ponad kosmosem… ponad jego procesem natury, co przecież wciąż wiecznie istnieje…

                 Natomiast, kiedy spoglądam na prace Tadeusza Dominika wybitnego artysty malarza i twórcy – azaistniał On w latach 1946-51, studiował malarstwo w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, dyplom uzyskał w 1953 w pracowni prof. Jana Cybisa. W 1951 roku rozpoczął pracę pedagogiczną na stołecznej uczelni i przeszedł przez wszystkie stopnie kariery akademickiej, od asystenta do profesora zwyczajnego (1988). Dwukrotnie był dziekanem Wydziału Malarstwa warszawskiej ASP. Natomiast w 1990 roku odszedł na emeryturę, pozostając ekspertem… Jest laureatem m.in. Nagrody im. Jana Cybisa (1973) i Stypendystą Ford Foundation (1962). Oczywiście, jak wiemy istniała już wówczas Awangarda, która pozwoliła na dogłębne odkrycia innych i tego współczesnego twórcy, który poczuł wielką potrzebę własnej kreacji i snucia autonomicznej myśli, otwarcia wnętrza… Obrazy z tamtego okresu zbliżone były do malarstwa informel, artysta założył pozostanie w kręgu fascynacji kolorem i naturą (np. Czerwony Ogród, Kompozycje, 1957-59). Dominik szybko wypracował własny, niepowtarzalny w malarstwie, styl któremu pozostawał wierny latami, konsekwentnie doskonaląc język artystycznej metafizycznej wypowiedzi… Był to okres, a może nawet moda(?), pewnej absolutnej wolności twórczej, notabene po objawieniu się K. Kobro, czy chociażby Strzemińskiego. Dominik od swojego profesora, Jana Cybisa, przejął zasadę, że obraz nie może kopiować natury jak fotografia. Od początku operował światłocieniem nadającym pracom tzw. malarskość. Na przykład na Biennale Sztuki w Wenecji w 1956 roku Dominik, uprawiający także inne profesje artystyczne jak: drzeworytnictwo, czy ceramika, zaprezentował cykl drzeworytów pt. Macierzyństwo. Natomiast pod koniec lat 50. w Jego twórczości nastąpił powrót do malarstwa, które stało się podstawową formą wypowiedzi artysty. Po początkowej fazie malowania figuratywnego (Macierzyństwo, 1955, prezentowane na wystawie w “Arsenale”) zaobserwować można było charakterystyczne cechy formalne Jego malarstwa: okrągłe lub owalne punkty i plamy o dość nieregularnych kształtach, niejednokrotnie stanowiące ślad po uderzeniu pędzlem. Tak później już konsekwentnie objawia nam, jak widać wzrokowo, powierzchnia płócien artysty jest wyraźnie rozedrgana, nawet rezonująca dźwiękiem(?), czasem wirująca, wybijają się z niej kreacje  pojedyncze, rozświetlone plamy świateł z domieszką eteryki… Tło bywa nawet czarne czasem białe, albo w kolorze naturalnego płótna. Malarstwo Dominika staje się ekspresyjne, bardzo spontaniczne w latach 70. Artysta wciąż do końca poszukiwał własnego doskonalszego środka wyrazu, nie odrywając się od cech natury. Obrazy z tamtego okresu wciąż pozostają w kręgu fascynacji na przemiennie kolorem i naturą (np. Czerwony Ogród, Kompozycje, 1957-59). 

            Artysta kiedyś wyznawał: “…moje malarstwo jest w całości efektem otwarcia na naturę, jest inspirowane naturą. Nie ilustruję natury, ale swoimi obrazami otwieram drogę widzowi do jej własnego przeżywania…”

    – Natomiast wybitny poeta Zbigniew Herbert, którego zawsze interesowało nie tylko współczesne malarstwo,rysunek i rzeźba, mówił o Tadeuszu Dominiku tak: „… to ogniste słoneczne koła, kwiaty, patyki w płocie, dzbany, bochny chleba, trawa” – jak wiadomoszeroko zawsze rozprawiał o Jego obrazach Zauważał w nich zawsze duże połacie poezji.

           Oczywistym jest, że w malarstwie tym są liczne plamy ostre barwne smugi, i na płótnach kojarzą się z: drogami, płynącymi strumieniami, kolorowymi ogrodami, rozłożonymi drzewami… są wszystkim tym co uosabia i ubarwia świat żywy. Trzeba też stwierdzić i powtórzyć chórem krytyki, że styl Tadeusza Dominika pozostaje jednym z najbardziej charakterystycznych i oryginalnych zjawisk w polskim malarstwie współczesnym. Jego malarstwo łączy w sobie tradycje polskiego koloryzmu z abstrakcją stricte liryczną. Te obrazy to liryki a czasem nawet nostalgie i nokturny… Dominika inspirowała przeważnie przyroda, jej zapach i dźwięk, na płótnach powstają przebłyski, wyrysy świetlne wyobraźni, jakiś fascynujący słoneczny kosmos? – Tadeusz Dominik nie odmalowywał widocznych okiem krain natury, nie posługuje się wyświetleniami natury widzianymi naocznie. On jest świadkiem poza ocznym metafizycznym, ale i „naocznym”, podatnym czysto jedynie osobowej transformacji, nie z bezpośredniego kontaktu z otoczeniem naturą, raczej z elementami mocno zapamiętanymi…

         Ale można nazwać to działanie pewnym dystansem(?) – Natomiast pojęcie dystansu jest także pewną formą działania świadomości zweryfikowanej. Kategoria ta nie jest wyłącznie specyficzną cechą Sztuki. W gruncie rzeczy obecna jest wszędzie tam, gdzie człowiek, jakkolwiek działa, to jednak nie utożsamia się w pełni z obrazem, traktując go jednak jako coś zewnętrznego, jako okrycie, powłoka?. Twórczość ta także eteryczna estetyka w obrazach Tadeusza Dominika podlegają głównie estetyce mobilnego odbiorcy, działa On w oparciu o autonomiczne wizje wewnętrzne przeżyte w przestrzeni. Poznajemy tu świat artysty wyalienowanego z tzw. tradycyjnych gładkich form przekazu, za pomocą których w przeszłości powiedziano aż za wiele… Artysta ten sięga głęboko i wcale nie wątpi w intuicję odbiorcy – ufa mu, porusza wyłącznie własne ego i zachęca do przemyśleń dla światów snso – stricte kolorowych, nałożonych na siebie, zatem bardzo radują(?) te Jego zaświaty natury przetworzonej przez bardzo oryginalny umysł. Przypomina to powściąganie słowa przez myśl poety. To jednak rzeczywiście poezja(?)

    Zbyszek Ikona – Kresowaty

  • KANTOR i JEGO NEGATYWNY  STOSUNEK DO WSZELKIEJ KALKULACJI

    KANTOR i JEGO NEGATYWNY STOSUNEK DO WSZELKIEJ KALKULACJI

      Po kolejnej rocznicy odejścia artysty niezwykłego Tadeusza Kantora twórcy bardzo oryginalnego, która minęła 08 grudnia, a pochowanego w Krakowie w 1990 roku, ponieważ twórca jest ciągle odkrywany na nowo, co bezpośrednio umieszczane jest w Archiwum Cricot, chciałbym uzmysłowić pewne aspekty z Jego niezwykłej twórczości nie tylko autonomiczno – teatralnej, i dociekać na czym tak naprawdę stoi Sztuka tego twórcy, który także, a może przede wszystkim, zaznaczył swoją obecność w malarstwie wiążącym się bezpośrednio z tzw. informelem. Osobowość artysty szczególnego który zrewolucjonizował teatr, nadając mu przede wszystkim wyraz własnej osobowości, co wiązało się z okresem rubasznego powojnia, głównie z miejscem urodzenia i dorastania Kantora na plebanii w Wielopolu Skrzyńskim pod okiem księdza, gdzie zamieszkiwał razem z matką w okresie późniejszym bez ojca. Ojciec opuścił ich i zginął w Oświęcimiu. Tadeusz Kantor urodzony właśnie w Wielopolu w 1919 roku od samego początku prezentował swój talent i jakby sposobił się ku sztuce, w tym ku teatrowi, o którym marzył. Tymczasem w 1945 roku podjął pracę kierownika malarni w krakowskim Teatrze Starym i zapisał się na kursy scenografii w Studio Teatralnym prowadzonym przez Andrzeja Pronaszkę, który stał się obok Frycza dla niego drugim idolem. W takim środowisku i przy takim zapleczu myślał cały czas o swoim teatrze, gdzie mógłby się niezależnie wypowiadać… Przyszedł czas, że stworzył tzw. Teatr Niezależny, od 1955 wystawiał adaptacje dramatów Witkacego, wraz z kolegami ze studiów i studentami. Radość była ogromna, Kantor popadał impulsywnie w stany uniesień, gdy już reżyserował w swoim Teatrze, nazwał go Cricot, tu działał tylko wg własnej scenografii mimo zagrożenia z zewnątrz, był to Teatr Podziemny. Próby odbywały się w domu Ewy Jurkiewicz – pierwszej żony Kantora. Natomiast wcześniej w listopadzie 1946 roku wraz z Marią Jaremą brał udział w Międzynarodowej Wystawie Sztuki Współczesnej w paryskim Musée d’Art Moderne. Podróż ta znacząco odbiła się na jego twórczości do tego stopnia, że objął stanowisko profesora malarstwa w Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Krakowie, zaczął eksperymentować…   

         Na początku swej kariery artystycznej Tadeusz Kantor, po przez swój styl życia i postepowania, a głównie w rejonach wielu SZTUK, uznawany był za żywe archiwum i za nowego kreatora Sztuki. Było to zwłaszcza, gdy wrócił z Paryża w latach pięćdziesiątych, gdy zajął się sceną, uznawany był za reformatora teatru ze względu na specyficzną scenografię i scenariusze adaptacyjne oraz styl gry aktorów niezawodowych, których sam przysposobił do gry na tzw. małej scenie w mieszkaniach prywatnych. Zanim doczekał sceny prawdziwej w międzyczasie malował zauważony pośród takich jak: Tadeusz Brzozowski, Maria Jarema, Adam Marczyński, Jadwiga Maziarska, Kazimierz Mikulski, Jerzy Nowosielski, Erna Rosenstein, Jerzy Skarżyński, Jonasz Stern,  jako oryginalny malarz konceptualista i konstruktywista, a przede wszystkim jako surrealista, przez długi czas pełnił funkcję medium, przetwarzającego artystyczne impulsy Awangardy napływające do Polski z zachodniej Europy. Kantor wciąż poszukiwał swego wyrazu w malarstwie, posród w/w kolegów i nie tylko. Wspomnieć trzeba, że po wojnie krótko malował figuratywne obrazy, wypełnione mrokiem, groteskowo uproszczonymi postaciami; często ich nieco posępny nastrój podkreślała ciemna tonacja barwna i chropowata faktura – ale to rok 1944-1945. Później nastał konstruktywizm, czas fascynacji awangardy Kobro i Strzemińskiego, ten okres go nieco porywał, wtedy był to czas jedyny dla artysty na dynamiczne kompozycje metaforyczne o oszczędnej, prawie oszczędnej i chłodnej kolorystyce. Trzeba wiedzieć, że krytycy zbadali jego początki i nie tylko, bo przecież malował i szkicował cały czas, otóż jest krytycznie uzasadnione, że Kantor wpierw czerpał inspiracje z początkowego konstruktywizmu oraz  dadaizmu w stylu informel. Przytoczmy zatem określenie dziś już mało znane:

    INFORMEL lub art informel (fr. art informel – sztuka bezkształtna) – To termin z zakresu historii sztuki, odnoszący się do europejskiego malarstwa lat 50. XX w., równoległego wobec twórczości  amerykańskiego abstrakcyjnego ekspresjonizmu cechującego się dążeniem do swobodnej ekspresji poprzez stosowanie barwnych plam, linii itp., nie poddanych rygorom kompozycyjnym, które mogłyby ograniczyć dramatyzm dzieła sztuki. Do odmian informelu należą: taszyzm, malarstwo kaligraficzne, malarstwo materii.

    Przedstawicielami informelu byli m.in. Wols, Hans Hartung, Jean Fautrier, Jean Dubuffet, Henri Michaux, Antoni Tàpies i Alfred Manessier.

          Ponieważ Jego malarstwo często przeplatało się, głównie w rysunkach i szkicach do teatralnych adaptacji, jednak pracował w teatrze. Pierwsze przedstawienia Kantora to: Orfeusz Jean’a Coctea, Balladyna Juliusza Słowackiego, Powrót Odysa Stanisława Wyspiańskiego oraz adaptacje z Witkacego. Te realizacje wciąż powstawały w „teatrzyku podziemnym” i pokazywane były, jak wspomniałem, w prywatnych mieszkaniach, czasem przenoszone gdzieindziej, oczywiście była to widownia o skromnej publiczności. Jednakże On wierzył w słuszność swej sztuki teatralnej, miał wymyślone kreacje i wciąż poszukiwał, marzył o własnym stylu i widowni i w to, wiedział że jego oryginalność przysporzy mu  publiczności, której na pewno będzie przybywać…

           Można zawracać wciąż do okresu twórstwa kantorowskiego, ponieważ zawiera ono niezwykła chronologię od powojennego krakowskiego artysty z okresu Cricot podziemnego po okres otwartego Teatru nazwanego Cricot 2, powiązanego z malarstwem. Jeszcze raz wspomnijmy o kolejach twórczych Kantora: wpierw, jeżeli idzie o teatr, pracował jako scenograf, głównie dla Starego Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie. Natomiast dekoracje – przeważnie abstrakcję, projektował i tworzył sam i na zamówienie wg własnych projektów nieprzerwanie do końca lat sześćdziesiątych. Ale najbardziej odbił się na Nim pamiętny wyjazd do Paryża w 1947 roku, gdyż po powrocie dał mu jednocześnie impuls głównie jakby do skrystalizowania indywidualnej koncepcji swego autorskiego malarstwa co miało też miało wpływ na Jego Teatr Cricot 2.

          Wspomnieć należy, że w 1957 roku założył tzw. malarską Grupę Krakowską i wziął udział w Wielkiej Wystawie Sztuki Nowoczesnej w Krakowie. Ważnym jest, że jako malarz publicznie zamilkł w chwili, gdy władze zaczęły wprowadzać socrealizm, nie mógł się z tym godzić. Jego prace malarskie z okresu 1949-1955 zostały wystawione dopiero w roku 1955 roku.

            Nieco później, (po pamiętnym powrocie z Paryża) artysta tworzył liczne asamblaże i ambalaże – inne kompozycje półprzestrzenne, w których aplikował, wmontowywał wprost na płótnie używane nierzadko zniszczone przedmioty: koperty, torby, parasole, elementy odzieży … one przeistaczały obraz w reliefy. Liczne cykle malarskie Kantora z lat 70. i 80., wykazują silny związek z Jego prowadzoną równolegle działalnością teatralną, jednocześnie non stop wspominam, że wciąż powstawało wile szkiców i rysunków, opisów i scenariuszy, notatek literackich do utworów. np. w czasie pracy nad spektaklem “Umarła klasa”, którego premiera odbyła się w 1975, powstała seria kompozycji malarskich pod tym samym tytułem.

    DYGRESJAObejrzałem naocznie w tamtym czasie UMARŁĄ KLASĘ Kantora na deskach Teatru Polskiego we Wrocławiu. Później DZIŚ SĄ MOJE URODZINY i WIELPOLE WIELOPOLE. Od tego czasu 75 – 90, jestem mocno zafascynowany sztuką Tadeusza Kantora, śledziłem Go, zarówno odwiedziłem wystawy malarstwa artysty niezwykłego oraz ślady Jego krakowskie. Natomiast bardzo urzekało mnie to jak Kantor chodził po scenie, wśród aktorów i dyrygował niektórymi jak dyrygent orkiestrą, przeciągał lub podawał czasem rekwizyty, torował im miejsce, podtrzymywał aktora pod rękę… Ogólnie na scenie podczas spektaklu działy się inne ciekawe rzeczy z udziałem twórcy reżysera. Zrozumiałem, że to prawdziwy oryginalny artysta i nie tuzinkowy twórca w całym środowisku artystycznym, dotykający historycznych kwestii, choć był cholerykiem i zdeterminowanym w wypowiedzi i współpracy z aktorami w tym co chciał uzyskać… Oczywiście odwiedzałem kilka razy KRZYSZTOFORY będąc w Krakowie. Tadeusz Kantor stworzył to miejsce i wiele od tego miejsca oczekiwał… To jego nazwa !

          Można po tych Jego imaginacjach twórczych zaryzykować twierdzenie, że Artysta pisany z dużej litery poświęcił się głównie teatrowi, jednakże trudno mu było odrzucić profesję malarstwa, potrzebował jej jak tlenu do szkicowania  własnych scenografii, a nawet wyrysowania scen obsady swoich teatralnych imaginacji, planu na scenie… Jego domena to:  trening czyni mistrza. Zatem do samego malarstwa powrócił w ostatnich latach życia. Artysta tworzył wówczas kompozycje z wyeksponowaną, samotną postacią ludzką,ukazywaną – niczym w swej sztuce w takiej nowej konfiguracji – jakby w jednym “scenicznym” geście; prace te utrzymane w chłodnym kolorycie, odwołują się najbardziej do osobistych przeżyć autora – to cykl “Dalej już nic”, 1987-88. Obrazują one także nastrój dumy, czy kontemplacji samego siebie, miejsca swego w Sztuce… Można powiedzieć paradoksalnie, że także i ten artysta malarz reformator teatralny, przez całe życie maluje głównie siebie w różnych sytuacjach i stanach osobowo – psychicznych w odniesieniu do chwil krytycznych… tego nigdy nie można zarzucić ani się wyzbyć się, z tym się chodzi, bywa i umiera.

    Istniejący wciąż od 1980 roku Ośrodek Dokumentacji Sztuki Tadeusza Kantora Cricoteka, początkowo działający jako Ośrodek Teatru Cricot 2, założony został z inicjatywy samego artysty. To nieco paradoksalnie, bo artysta przewidywał, że Jego sztuka stanie się klasyką na przyszłość, że zawiera mimo nowych środków przekazu elementy historii. Przez blisko 10 lat Ośrodek ten tworzył instytucjonalne podstawy do funkcjonowania stylu kantorowskiego teatru, pełniąc równocześnie rolę Żywego Archiwum – trzebadodać jeszcze raz i uzmysłowić, że sam mistrzprzecież taki był od samego początku. Nosił brzemię archiwum, rozeznawał się w tym co nowoczesne ale i historyczne. Postmodernistycznie okazywał swoje credo, pracował nad sobą. Był wiernym sobie zdeterminowanym nosicielem imaginacji kreatywnych: malarstwo, scenariusze, teatr niezwykły początkowo był odrzucany, jak cała Awangarda, etc.,…W postępowaniu wtwórczości teatralnej Kantora, dla zachowania Jego idei – jak powiedziano zostało stworzone to Archiwum specjalnie zamierzone namaszczone przez Niego. Już za życia Jego gromadzono pewne rzeczy i dokumentację, gromadzono: filmy Krzysztofa Miklaszewskiego, scenariusze adaptacji, szkice i rysunki… O Tadeuszu Kantorze powiedziano bardzo wiele. Wszystko jest udokumentowane… ale chce się jeszcze dopowiedzieć niektóre rzeczy – to postać nie zamknięta na zawsze! – Krzysztof Miklaszewski dokumentował sukcesywnie w czasie, wszystko o Kantorze, grał jako aktor, i jak mi powiedział, był jakby odpowiedzialny o wizerunek CRICT 2. W Polsce i podróży teatru za granicą.

           Wspomnę tutaj, że kiedyś w roku 2005 przeprowadziłem „rozmowę – wywiad” z Krzysztofem Miklaszewskim, którego znałem i znam dobrze – opowiedział mi bardzo wiele o swoim mistrzu, nawet zagrał Jego stany choleryczno – psychiczne i przytoczył Jego powiedzonka, Jego „gniewanie się” i szybkie powroty do grona aktorów, gadki i zachowanie impulsywne… Taki był! – Między innymi Krzysztof powiedział tak:

    Mój pierwszy zawodowy film dokumentalny to była: „Szatnia Tadeusza Kantora” (1974) – To rodzaj „anatomii spektaklu”, oglądającej reżysera (Kantora) w czasie pracy na próbach od pierwszej czytanej aż do premiery. Ale to była nie tylko „anatomia spektaklu”. To była także – a może przede wszystkim – anatomia ciekawego artysty człowieka! – To był proces aktu twórczego. Ale także to był zapis odbioru społecznego: zapis reakcji publiczności. Kantor nauczył mnie, że zapis dokumentalny odsłaniający tajemnicę warsztatu jest takim samym aktem twórczym, jak narodziny przedstawienia. Dokumentalista rejestrując daną akcję, czyli rzeczywistość musi się zdecydować na wybór prezentacji tylko tych elementów, które przemówią do odbiorcy. Czułem to kiedy filmując Kantora (był to pierwszy polski film o Teatrze Kantora) zastosowałem świadomy collages kilku wybranych motywów, których rozwój śledziłem od początku do końca. Takim motywem wiodącym był motyw Szatni, w której rozgrywała się akcja przedstawienia, a królująca w niej para bezczelnych szatniarzy terroryzowała publiczność i aktorów. – Czy Kantor protestował przeciw twemu filmowaniu? –zapytałemKrzysztofa – Kantor nie tylko nie protestował, ale był wręcz zachwycony. Więcej!; na bazie mojego filmu zbudował obowiązującą teorię o sposobie rejestracji Jego spektakli. To miał być właśnie wszechstronnie rozumiany „collages” na podobieństwo Jego collagowych struktur elementów rzeczywistości, do której zresztą miał stosunek negatywny, jaki jest zawarty w informelu

         Otóż Tadeusz Kantor pisze w notatkach i mówi wprost o rzeczy „anektowaniu elementów realności” do własnych przedstawień. Z tych „elementów” dla Teatru Kantora najważniejsze były przedmioty „najniższej rangi”, czyli przedmioty, jak wspomniałem, tzw. powszechnie użyteczne? – co nazwać trzeba teorią „rzeczywistości zdegradowanej” jak u Brunona Schulza?! – Uwielbiał bardzo Schulza!

            – Może więcej o kontaktowości Tadeusza Kantora? – pytałem świadka naocznego CRICOT 2 : Jak kantorowski teatr był odbierany w Argentynie?, gdzie pojechał kilkanaście lat wstecz zanim zaistniał na dobre w  kraju?

       – MiklaszewskiTrzeba by pójść tutaj śladami za Gombrowiczem – Kantor miał być wdzięczny Gombrowiczowi, że wziął Jego rysunki do swej książki – Apropos otrzymał był nawet egzemplarz z dedykacją od Gombrowicza – to Go nosiło!

          – Natomiast ja skądinąd dowiedziałem się, że zlecił opracowanie takiej mapy podróży artystycznej po Argentynie właśnie Krzysztofowi Miklaszewskiemu. Natomiast za Kantorem stała taka rzeczywistość jakby najmniejszej rangi, którą Kantor sam był stworzył, że to co Go nosiło to jest „rzeczywistość „zdegradowana” Schulza – przez to, że grzebał w tym samym śmietniku rzeczywistości…Jednym słowem, mówił K. Miklaszewski: znajomość twórczości Schulza (ta znajomość już… koneserska) to było najlepsze moje przygotowanie na spotkanie z Kantorem, orzekł dalej. (…) Na temat Kantora wydałem kilka książek – one znajdują się w tym znanym Archiwum CRICOTEKA w Krakowie. Do tego archiwum dociera także książka wydana przez Krzysztofa pt. MOJE ŻYCIE W TEATRZE nie tylko kantorowskim, którą mam zaszczyt posiadać od samego autora z przyjacielska dedykacją.

     Z WYPISU Z TESTAMENTU MISTRZA

           Otóż zapis z testamentu Mistrza dziś – jak wspomniano, to zadanie realizuje nadal Archiwum Cricoteka, jako swój podstawowy, najważniejszy cel statutowy, bazując na powstałym i przechowywanym w Krakowie unikalnym zbiorze kilkuset obiektów oraz kostiumów ze spektakli Teatru Cricot 2, pism teoretycznych, rysunków i obrazów olejnych oraz projektów Kantora, rejestracji filmowej dr- a Krzysztofa Miklaszewskiego aktora i filmowca, zapisy wideo, dokumentacji fotograficznej, wreszcie tysiące wielojęzycznych recenzji, czasopism, książek – plonu wieloletnich wędrówek samego artysty samego Tadeusza Kantora i jego aktorów, cykl ciągle jest rozbudowywany o nowe pozycje i naukowo opracowywany. Cricoteka jest specyficzną instytucją, pełniącą równolegle funkcję archiwum, “Muzeum”, i służy jako Galeria placówki naukowej.

    Trzeba powiedzieć jasno i napisać dużymi literami:

    KANTOROWI ODPOWIADAŁ TZW. ZAWARTY W INFORMELU NEGATYWNY STOSUNEK DO WSZELKIEJ KALKULACJI I SKRĘPOWANIA INTELEKTUALNEGO.

               Wielokrotnie tutaj starałem się ukazać – i wspominać naprzemiennie drogę tego wielkiego oryginalnego artysty: jest to malarstwo, rysunek i scenariusz oraz sam teatr w nowej generacji z watkami historii, w nowej formie i egzystencji. To tak jakby znów mówić o Stanisławie Wyspiańskim, którzy to bardzo podobnie kreował swoją twórczość, choć On to inna epoka, Kantor miał swój świat po okresie Młodopolskim, ale najwięcej wchłonął w  czas powojnia i okres powojenny dzieciństwa, kiedy to wyostrzona jest bardzo wyobraźnia… Jemu zawsze odpowiadał negatywny stosunek do wszelkiej kalkulacji i skrepowania intelektualnego. Kontaktował się z niektórymi artystami wprost awangardowymi i w zupełnie nonszalancki sposób ich traktował… Natomiast nie znosił socrealizmu. Zamilkł na czas tego komunistycznego okresu.

    Natomiast ten moment zanurzenia się, choćby na krótko w informelu, w swobodnym i bezkształtnym istnieniu materii malarskiej, był w owym czasie zabiegiem odświeżającym, był kąpielą, która wyzwalała formę z akademickich zwapnień wyobraźni. Informel stał się więc pewnego rodzaju kuracją na schorzenia nabyte w poprzednim okresie. Bywał oczywiście ukryta modą nowum, w tym również malarską kreacją autorską i wypowiedzią. Malarstwo informelu było „wielką przygodą” w twórczości Tadeusza Kantora.

     – Tak właśnie określał artysta ten etap swej drogi artystycznej. Często, co ważne, malowanie stawało się rodzajem gry hazardowej, stwarzającej możliwość zrealizowania dzieła w oparciu o spontaniczny, wręcz spazmatyczny gest, otóż nowa technika rozlewania farby na płótno zastawiała tu wiele pułapek. Decyzja zrobienia pierwszego, jakby jedynego, kroku w stronę sztuki abstrakcyjnej, którą w istocie, choć w zupełnie nowym wydaniu, było wspominane po wielokroć malarstwo informel – Dla Kantora musiało to być decyzją nieodzowną. Powtarzać trzeba dziś, że  odpowiadał mu bardzo w informelu negatywny stosunek do wszelkiej kalkulacji i skrępowania intelektualnego. Pochwycił też entuzjazm, a nawet przejaskrawił rolę przypadku w procesie tworzenia samego obrazu, także na scenie. Artykułował, że „Przypadek należy do zjawisk ignorowanych, pogardzanych, zepchniętych w najniższe rejony działalności ludzkiej. „W sztuce odnajduję racje istnienia i swoją rangę”. Oryginalnym wkładem Kantora w historię sztuki informel jest samo uświadomienie, niezwykłej, typowo kantorowskiej metamorfozy: „Materiały i przedmioty u progu przejścia w stan materii”. Malarstwo informel stało się dla artysty taką „manifestacją życia, kontynuacją nie sztuki bytu artystycznego”.

    Zbyszek Ikona – Kresowaty

  • MARIAN MAKARSKI – ARCHITEKT ARTYSTA MALARZ – PROZAIK, POETA, FELIETONISTA.

    Prof. M. Makarski – portret do tekstu wyk. Z. Kresowaty

    „Miasta jako metafory życia”

               Profesora Mariana Makarskiego poznałem przed 15 laty na Plenerze Malarsko – Poetyckim w Holi pod Lublinem k/ Parczewa. A na Podlasiu bywałem dość często. Prowadziliśmy tam plenery dla młodzieży uzdolnionej w czasie wakacji, zwiedzaliśmy region. Artysta także wówczas malował w swoim przydzielonym pokoiku, zapraszał do siebie. Była rozmowa, dyskusja i pasja do późna…  Podarował mi też swój album przepięknie wydany w kredówce z pięknymi reprodukcjami obrazów ze „ słowem wstępnym” prof. Lemańskiego z Lublina. Malarstwo to urzekło mnie „od pierwszego wejrzenia” , po przeanalizowaniu i dowiedzeniu się czegoś więcej o artyście zrozumiałem czym jest. Otóż jest to twórczość niezależna, wielopoziomowa, inspirowana dzieciństwem, jest ono w pewnym sensie oparte o architekturę, którą wystudiował artysta na AGH w Krakowie, ale jest w nim poezja i ta dawna proza życia, jest też twórczość literacka, którą uprawiał i uprawia do dziś. Miasta, ich zaułki, podmiejskie wały ziemi w warstwach, okna, okna z madonnami, place, kwiaty w oknach miast, to jakby tamten czas pożegnany, ale zatrzymany w pamięci tu i na teraz.

    Artysta z przekorą i takim swoistym wyniesieniem ku przestrzeni i niebu podnosi swe miasta metaforycznie, które być może nawet lewitują i „pola zielone” choć są na obrazie brązowe… „don Kichot’e” czerwony obraz w abstrakcji wędrowania przemieszczania się po dolinach i wyżynach bez Sanczo Panczy…  Tudzież Wielka miłość do kwiatów, których nigdy nie brakowało pod domem rodzinnym, a które z czasem jakby znikały z licznymi przeprowadzkami i dramatem, choćby pożogi wojennej, co przeżył intensywnie jako młody i bardzo wrażliwy człowiek. To fascynacje twórcze ukazane na obrazach olejnych i w twórczości literackiej…” Miasta”, które artysta maluje to nie tylko metafory dzieciństwa – kto wie, może te obrazy malowane nieco w takim dadaistycznym stylu niosą pewnego rodzaju uwielbienie spokoju: kolorowe place tamtych zabaw, oczekiwania, atmosfera wszechkolorowego ostrego porażającego powietrza i czystego słońca, które wewnętrznie nieco krzywiło sielankowość, ale i niosło nowy oddech, raczej place te były ubogim miejscem, ale i niesłychanie inspirującym, pozostającym w pamięci artysty na zawsze uwznioślały i niosły nadzieję…

             Ale może nieco o sylwetce artysty i architekta: urodził się w 1928 roku w Kolosach na ziemi kieleckiej, obok Wiślicy nad Nidą. W  1935 roku ojciec przeniósł się z rodziną do Proszowic w województwie krakowskim. W 1937 przeniósł się sam w poszukiwaniu lepszego bytu do Lublina. Ten dramatyczny okres rozłąki i osamotnienia, choroba matki, wyczekiwanie na małej wąskotorowej stacyjce na przyjazd ojca stały się dla Mariana dominującym obszarem inspiracji twórczej, pochodzącej wprost z okresu bardzo chłonnego dziecka, który to obraz – fakt będzie wracać w jego twórczości w sposób bardzo malowniczy. Wkrótce na ten ubogi i siermiężny obraz nałożyła się również atmosfera niepewności i strachu, wybuchu wojny oraz stałego zagrożenia podczas okupacji i powojennej wrzawy …  Dla Mariana Makarskiego były to jednak także lata nauki: w szkole podstawowej, a później w Szkole Prywatnej już w Lublinie.  Natomiast w 1947 roku wyjechał na studia do Krakowa. Zapisał się na Wydział Architektury Akademii Górniczo-Hutniczej. Tutaj w Krakowie, gdzie sztuka budziła się pierwsza w wolnych chwilach pisze, uczestniczy w życiu środowiska artystycznego, pasjonuje się teatrem, myśli nawet o zawodzie aktora. Z Dyplomem inżyniera architekta jednak wraca do Lublina. Non stop uprawia twórczość literacką. Po tzw. “Październiku” wstępuje do “Koła Młodych” przy ZLP. Następują częste wyjazdy do Kazimierza Dolnego, przyjaźń ze znanymi malarzami: Władysławem Filipiakiem i Zenonem Kononowiczem,  Jalu Kurkiem powodują, że w jego twórczości coraz ważniejszą rolę zaczęłoodgrywać właśnie malarstwo. W 1960 roku ze swoim dorobkiem zostaje przyjęty do  Związku Polskich Artystów Plastyków. Na plenerze malarskim w Zwierzyńcu poznaje później Jerzego Nowosielskiego i Jacka Sienickiego, artystów, którzy w pewnym sensie ukierunkują kunszt Mariana Makarskiego. Pisze artysta jednocześnie powieść autobiograficzną pt. “Dom mojego ojca”, z silnym wątkiem biograficznym, w połączeniu z materią malarską będzie odtąd stanowić o indywidualności tego artysty.  Jednakże ważną rolę w życiu Mariana Makarskiego odgrywa to czego  uczył się na studiach, czyli twórczość architektoniczna… Nie może zarzucić jednego dla drugiego – na szczęście umie to dobrze połączyć. Bierze udział w konkursach architektonicznych SARP i ZPAP, zajmuje się projektowaniem architektury, wnętrz, malarstwem ściennym, rewaloryzacją obiektów zabytkowych, projektuje rewaloryzację kordegardy północnej i południowej w Zespole Pałacowym w Kozłówce, (pałac w Sitnie k. Zamościa, dwór w Turce k. Lublina). Jest autorem licznych obiektów sakralnych m. in. Kościoła o.o. Kapucynów w Lublinie, jak również innych obiektów publicznych takich jak Centrum Kultury w Ostrowcu Świętokrzyskim czy Muszla Koncertowa w Ogrodzie Saskim w Lublinie. Projektuje, maluje obrazy, pisze wiersze , prozę i felietony.
           – Od 1970 roku wiąże się etatem wykładowcy na Politechnice Lubelskiej. -Zajmuje się dydaktyką (podstawy urbanistyki i architektury) i pracą naukową. Pisze rozprawę doktorską na temat “Rozwoju przestrzennego Kazimierza Dolnego nad Wisłą”. Promotorem jest prof. Wiktor Zin.Z profesorem Zinem bierze udział w Konkursie Architektonicznym na projekt Świątyni Pokoju na terenie obozu zagłady na Majdanku. Ale i jeździ na Plenery malarsko – artystyczne głównie do Kazimierza nad Wisłą prywatnie i na te które organizuje ZPAP. Mieszka i tworzy w Lublinie. Jego obrazy są non – stop obecne w Muzeum Miasta Lublina oraz w kolekcjach prywatnych i galeriach.

            Dziś znany mi bardzo profesor Marian Makarski posiada bardzo pokaźny dorobek twórczy artystyczny plastyczny i literacki, pisze sztuki teatralne i opowiadania… Nagrodzony wieloma Nagrodami artystycznymi ogólnopolskimi i regionalnymi oraz tzw. państwowymi.  Jest odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski kl. V – Posiada wiele nagród m. innymi:

    *Nagrody Wojewódzkiej Rady Narodowej w Lublinie (1990r.) za osiągnięcia w architekturze i malarstwie;

    * Nagrody Ministra Kultury i Sztuki (1995r.) za całokształt twórczości;

    * Nagrody Literackiej im. Bolesława Prusa – Stowarzyszenia Pisarzy Polskich (2002r.) za powieść “Dom mojego ojca” oraz wielu innych nagród i wyróżnień stowarzyszeń twórczych.

    Zbyszek  Kresowaty

  • FRANCISZEK STAROWIEYSKI . „Rozpustnik, Byk, kapłan czy mag?”

    Starowieyski Franek wyk. Z

                Franciszek Starowieyski (ps. artystyczny Jan Byk) pochodził z rodziny ziemiańskiej. Studia artystyczne rozpoczął w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie 1949-1952 w pracowni prof. W. Weissa i Adama Marczyńskiego, a ukończył w warszawskiej ASP (1955r.) w pracowni prof. M. Byliny. Zajmował się malarstwem, plakatem, grafiką użytkową, scenografią teatralną i telewizyjną. Przez szereg lat tworzył na przemian w pracowniach w Warszawie i w Paryżu. W twórczości Starowieyskiego o wyrafinowanej ornamentacji widoczna jest fascynacja kulturą baroku. Artysta w swoich pracach stosował swoistą metaforykę i własny system znaków. Antydatował je 300 lat wstecz – twierdząc, że oddaje to jego stan ducha i umysłu.  To znów na marginesie dzieł sporządzał jakieś notatki.

         Artysta zaistniał serią plakatów teatralnych i filmowych w latach 60-tych. A zajmował się głownie malarstwem, grafiką użytkową, scenografią teatralną, a nawet telewizyjną. Był twórcą tzw. „Teatru rysowania”. W których uczestniczyłem jako widz. Jego malarstwo to owszem! fascynacja ciałem kobiecym, ale i męskim, celowo wyoblał , wyrysowywał pozy i akty, wcielał w rubensowskie kształty, napełniał zmysłowością oraz refleksją romantyczną. Budował sceny sugerujące nie tylko piękno jakim okryta jest dusza człowieka, ale budził refleksje nad przemijaniem i śmiercią. Wielokrotnie wystawiał w galeriach i muzeach w Polsce oraz Austrii, Belgii, Francji, Holandii, w Kanadzie, Szwajcarii, USA, we Włoszech i w innych krajach. Tym samym był oryginalny, za co bywał też laureatem wielu nagród, m.in.: Grand Prix na Biennale Sztuki Współczesnej w Saô Paulo (1973), Grand Prix za plakat filmowy na festiwalu w Cannes (1974), Grand Prix na Międzynarodowym Festiwalu w Paryżu (1975), Annual Key Award gazety Hollywood Reporter (1975-1976), nagrody na Międzynarodowym Biennale Plakatu w Warszawie i na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Chicago (1979-1982).

              W jego “Teatrach rysowania”, które dobrze pamiętamy z kilku miast w Polsce, zauważało się łączenie obydwu sztuk w całość, “spektakl sztuk wszelakich wizualnych”, zjawisko żywe medialne, w których wartością artystyczną jest akt tworzenia „na żywo”, gdzie widz obserwuje powstawanie dzieła w aktach, jako spektakl teatralny. Jego elementy widowiskowe dzięki erudycji autora – zauważano także literackie fascynacje, jak i samo dzieło w tradycyjnym tego słowa znaczeniu zyskiwało na znaczeniu i było zawsze jedyne i niepowtarzalne. W tych spektaklach, a także na wszelkich jego obrazach, świat realny łączył się z tworami wręcz “niepohamowanej” wyobraźni, stając się wysoce metafizycznymi obrazami i surrealistycznymi. Mistrz przy rysowaniu objaśniał co w danym momencie powstaje i dlaczego wyłania się spod jego ręki taki a nie inny obraz. Mówił na czym polega łączenie no. oka z koniem, etc. Te „teatry…” miały różne tytuły, np. „Przeciwko Becetowi”, a tym samym, lub jednocześnie, ta jego twórczość ostentacyjnie wręcz nawiązywała do starych romantycznych XVII-wiecznych mistrzów i była na wskroś przesycona groteską, ironią, sarkazmem oraz humorem, co nie wszyscy, nawet krytycy nie rozumieli, czasem nie mogli nadążyć bo to ich przerastało. Obraz Divina Polonia Rapta Per Europa Profana, co znaczy: “Boska Polska porwana przez świecką Europę” wystawiony w polskim przedstawicielstwie w Unii Europejskiej w Brukseli (1998) wywołał konsternacje i wzbudził wiele kontrowersyjnych opinii oraz ocen, co było tylko efektem korzystnym dla artysty, bo przecież dobry artysta to taki, który ma tyle samo przeciwników co zwolenników.

    – Artysta Franciszek Starowieyski był także wpierw „zbieraczem” starych rzeczy i przedmiotów, kolekcjonerem staroci, znał się na tym. Od bardzo wczesnych lat, zaraz po studiach, kiedy przybył do Warszawy, pozostawiając za sobą Kraków, gdzie miał pseudonim „Byk”, wyruszał w wolnym czasie na eskapady w Polskę za poszukiwaniem staroci, które dostarczały mu  osobnej wiedzy. Jeździł  po wioskach, po miasteczkach, po znajomych… maluchem 126p., który czasem jako stara zapalniczka wysiadał mu w drodze. Ta sarmacka imaginacja i fascynacja pięknem, zawartym w starych rzeczach i przedmiotach, udzielała się bardzo i przede wszystkim w twórczości. Zbiory coraz bardziej fascynowały, w nich przecież można znaleźć odbicia… w jego twórczości bardzo płodnej i odwaznej. Zawsze mawiał, że w malarstwie już wszystko było, począwszy od Apollinarego po przez bauhausów, przez Picassa i kubistów, wiele rzeczy przeszło też niezauważonych. Ale też powtarzał „pamiętaj ćwicz, dużo ćwicz wyobraźnię, ćwicz rysuj, maluj – to jedyna droga do mistrzostwa”.

           Odwiedziłem pana Franka w jego domu kilka razy, w tym raz przeprowadzając „rozmowę artystyczną” dla Miesięcznika PAL (Przegląd Artystyczno – Literacki), wydawany przy Uniwersytecie Toruńskim w roku 1999. Tą cenną wypowiedź przeplataną moimi spostrzeżeniami – pytaniami i sugestiami pomieściłem w I tomie, książki pt. „Między logos a mythos”, wydanej w 2005 roku z dotacji Samorządu Wrocławia. Spotkałem go dwa razy na Plenerze, nazywał mnie „chłopakiem z Grudziądza”, (bo tam był ongiś jeden z Plenerów). Bywał także często we Wrocławiu prywatnie. Odwiedziłem także go w Ratuszu wrocławskim, kiedy urządzał wystawę swoich zbiorów staroci w Sali głównej na piętrze… w 2002 roku. Ten ogrom i różnorodność zafascynował mnie, pokazywał i objaśniał, była to niesamowita wiedza historyczna sztuk. Dużo mówił o podróżach, ale nie dosłownie o swej sztuce, bo swej twórczości się nie tłumaczy, ale ogólnie na czym stoi zawartość sztuk plastycznych i nie tylko. Pokazywał swoje obrazy i duże kolekcje staroci: portrety trumienne, meble oraz zegary stołowe, na które patrzy się z góry, kiedy stoją na małych nóżkach płasko na stole, bibeloty i drobiazgi w srebrze i brązie. Czaszki zwierząt, którymi posługiwał się w swoich „Teatrach…”  – ja to widziałem już przed wystawą. Dużo by mówić o jego sztuce, o plakatach od których wszystko się u niego przecież zaczęło. Mówił o tym jak zdobywał te rzeczy i mieszkanie. Jak to w sprawie mieszkania napisał kaligrafowany list do Prezydenta w Warszawie, kiedy zamieszkiwał w altance na działce pod Warszawą, pokazywał kopie tego „podania” z wywijasami, co samo w sobie było dziełem. Patrzyliśmy wtedy z okna jego pracowni w dwupoziomowym mieszkaniu w przestrzeń z 11-go pietra jego na Ursynów, to znów wracaliśmy do sztuki.

             Dziś bardzo różnie odnoszą się wszelcy znawcy i krytycy do tej oryginalnej sztuki powiązanej z kunsztem. Jedni mówią: że to „rozpustnik”, inni że był takim opornikiem, jeszcze inni że artysta sadystyczny malujący połcie w rzeźni, etc. Ale ja wiem, że to bardzo cenna niepowtarzalna sztuka kreacji humanistycznej człowieka, jego piękna ukrytego, nie tylko zewnętrznego ale i wewnętrznego, to kreacja zdolności człowieka, jego imaginacji oraz przemijania, i przeistaczania się oraz odchodzenia w dalsze życie po przez śmierć. Świadomość i wiedza pozostaje w przestrzeni żyjących w bycie, który się zmienia i nas zmienia w różne stwory, demony, czasem i potwory, ale i podnosi czasem nasze piękno, wywyższa ponad nas – a my nie jesteśmy wdzięczni za te akty, czego często nie zauważamy. Uważam, że to przede wszystkim przemyślana twórczość, podbudowana historycznie i literacko, której semantyka to umyślne błądzenie, poszukiwanie prawdy pomiędzy światłem a ciemnością, lecz co ważne nie w mroku. Do dziś przechowuję duży ogromny album A- 4   w twardych okładkach z dedykacją „dla Zbigniewa…”,do którego to wydania (na kredówce) miło powracać i wspominać te zaczarowane chwile przenikające się wspólnie wtedy „na gorąco” a dziś „na żywo”  w sztuce.

    Zbyszek Kresowaty

  • JERZY KAPŁAŃSKI – artysta malarz. Odsłona zapomnianych obrazów

    Jurek Kaplanski – portert wyk. Z. Kresowaty

    Znany wrocławski artysta malarz Jerzy Kapłański często zaprasza do siebie choć lubi samotność. Bywałem i bywam u Jurka. Zamieszkuje pod Wrocławiem w odremontowanych ruinach z lochami po przypałacowym budynku, która to budowlę wraz z zona Lidka podniósł i nadał charakter. Budynek praktycznie mieści się w Parku uroczej wioski pod Leśnicą k/ Miękini. Urodzony w 1949 roku we Wrocławiu. Studia plastyczne ukończył (po Liceum Plastycznym) w PWSSP we Wrocławiu na Wydziale Malarstwa, Grafiki i Rzeźby. Uzyskał Dyplom z zakresu malarstwa w pracowni profesora doc. Zbigniewa Karpińskiego w 1975 roku. Jerzy nic innego nie robi i cały czas zajmuje się malarstwem sztalugowym. To urocze miejsce osadziło go w skrystalizowanym stylu malowania. Maluje w tzw. „starej szkole”, gdzie role odgrywa kunszt i technika mieszania farb i ich kolorów. Wcześniej zanim tu osiadł miał wiele wystaw indywidualnych i uczestnictwo w zbiorowych ekspozycjach za granicą i w kraju w mieście dzieciństwa. Obecnie także wystawia w licznych wystawach indywidualnych i zbiorowych w Polsce . To wystawy katalogowane.  Prace artysty są w kolekcjach Muzeum Narodowego w Warszawie, Zamku Książ oraz w Klasztorze Księgi Henrykowskiej (obraz Zdjęcie z Krzyża). Bardzo wiele prac znajduje się w prywatnych kolekcjach w kraju i za granicą, także w Stanach Zjednoczonych…. Artysta wyróżniany licznymi Nagrodami oraz honorowymi Nagrodami za Zasługi dla Kultury Wrocławia i Dolnego Śląska. Posiada  także Honorowe Obywatelstwo Gminy Miękinia, na terenie której zamieszkuje i tworzy.

    – Jerzy Kapłański to artysta wolny i niezależny, można powiedzieć nieskrępowany jakimikolwiek konwenansami sztuki, ani nakazami i stylami mody salonów malarskich, gdzie głównie prezentuje się nowe trądy tzw. awangardowe… Nie dał się namówić na nowinki w tworzeniu nowego obrazu w malarstwie sztalugowym. Jest wierny sobie i szkole, która go utwierdziła i ukształtowała technikę malowania farbami olejnymi. Ta wierność i posłuszność sobie  wszczepił mu już w Szkole Średniej artysta malarz prof. Kukla. Zatem artysta  tworzy tak, jak nakazuje mu wewnętrzny imperatyw osobowy. Maluje zapamiętane obrazy i to co zobaczył i obserwował na częstych wizytach na wsi u dziadka lub w podróżach, maluje portrety i autoportrety… Znam artystę od lat i na tyle, żeby móc powiedzieć i uzmysłowić, na czym stoi ta twórczość, że już pierwsze jego obrazy, tuż przed szkołą średnią, zawierały dużą dozę sacrum. Próbuje różnych tematów, jak każdy doświadczony artysta. Technika jego malarstwa zbliżona jakby do malarzy flamandzkich… włoskich i holenderskich. Artysta podporządkowuje jednak swoim technikom różne środki formalne. Maluje judaiki i  sceny biblijne tak jak czuje obecnie, do obrazów Jurkla się pozuje, czego sam doświadczyłem kilka razy… To malarstwo nie zafałszowane, nie zmyślone. Maluje duże prawie monumentalne obrazy dużych  rozmiarów, co należy do jego dynamicznej osobowości, a także małe oleje, martwe natury, dostępne w małych galeriach. Kapłański odkrywa i opisuje urodę przedmiotów powszechnie spotykanych w gospodarstwie, odkrywa ich walory estetyczne, światło, które dopowiada prawdzie losu. W swoich naturach martwych ukazuje ich piękno w umieraniu i dostojności, to malowanie przedmiotów zwykłych powszechnego użytku w gospodarstwie jest jakby wspomnieniem z pamięci…. Maluje także postacie z peryferii miast i wsi, żebraków i inteligentów pod krawatem, postacie zapracowane na roli i nie tylko, dzieci zasmarkane i rozświetlone swoją boskością, kobiety oryginalne i te zsiermiężnej wsi. Ważnym elementem jego twórczości jest malowanie postaci nagich, takich czynnych aktów kobiet i mężczyzn, lewitujących w przestrzeni z przedmiotami, jakby w kosmosie. Cały cykl takich postaci, z kołem, ze sznurem, z tyczką, itp. wielkich rozmiarów namalował artysta jako osobny cykl – pomysł. Natomiast portret, który uprawia od lat, jest ciągłym mirażem z napotkanymi postaciami, lub odwiedzającymi go ludźmi zewsząd w pracowni i otoczeniu. Namalował cykl postaci  pt. „Wrocławianie–2000” wystawa znalazła swoje miejsce w tym samym roku w Ratuszu Wrocławskim, były to odwiedzające go postacie polityki, kultury i świata artystycznego. Natomiast wystawa została opatrzona pokaźnym katalogiem tych prac, dużych rozmiarów portretów. Portrety i autoportrety malowane przez Kapłańskiego są jakby na pierwszy ogląd w stylu Rubensa, którego lubi i bardzo szanuje, tak samo jak malarstwo Caravagi  – W innym przypadku artysta nie skąpi swemu malarstwu siermiężności i wydobywa ich głębie duchowe na światło dzienne. Tym samym nobilituje je, nadaje nowego blasku i właściwego należnego szacunku, dorosłości?. Namalował szereg obrazów z sacrum ogromnych rozmiarów jak: „Zdjęcie z Krzyża” (500X380 cm) , inne jak „św. Jerzy”(400 X 350 cm) , „Ostatnia wieczerza w Emaus”, cykl proroków, jak „św. Izajasz” oraz niektórych świętych jak „Święty Sebastian”… które pomieszczono w kościele na Piaskach na Ostrowiu – Tumskim we Wrocławiu. Artysta niezwykle płodny twórczo dopełnił całych cyklów obrazów olejnych do kościołów i miejsc tzw. dobytku Bożego, nie tylko we Wrocławiu. Dlatego malarstwo to pewnie dobrze mieści się w sferze duchowości ludzkiej oraz refleksji nad przemijaniem i pięknem, które ten czas kruszy i dopełnia… zapomina się. Najlepiej widać przemijanie to na martwych naturach Jerzego, cale cykle w nich sekwencje ze słonecznikami i kwiatami oraz owocami – bywa, że jakby umierają na jego oczach, na naszych oczach, on musi malować zatrzymać je jak stop klatkę filmu, tym samym są wyjątkowe i jedyne. Tak! – malarstwo Jurka Kapłańskiego umiera – jest piękne i odchodzi, zapomina nasz czas a jednocześnie zastanawia w tych humanistycznych cyklach nad godnością. Powiedział kiedyś poeta, że „wszystko co umiera jest piękne” nawet krajobraz. Ważnym kierunkiem tego malarstwa jest właśnie pejzaż otaczający artystę wokół, ponieważ zamieszkuje on na obrzeżach Wrocławia. Cała natura to ważny związek z pracą twórczą artysty domownika…  

    Zbyszek Kresowaty

  • MARC CHAGALL. Pocztówki lewitujące z Witebska aż po Paryż.

    Marc Chagall – portret wyk. Zbigniew Kresowaty do tekstu w galerii

               Malarstwo Marca Chagalla mnie fascynuje od lat, choć nie jestem żydem rozumiem to co malował… W domu mam wiele albumów tego artysty, czasem bywały inspiracjami, a to dlatego, że jest niesłychanie kolorystycznie jak na zabarwienie żydowskie – to judaiki niespokojne i niepokorne… Chagall to malarz, który jakby wymknął się tylnym wyjściem, uciekł za intuicją z orkiestry która mu niezbyt służyła w owym czasie, choć rodzice nie wyrażali zgody na jego pomysły. Mój Idol i Mistrz urodził się w bardzo ubogiej rodzinie chasydzkich Żydów w Łoźnie (obecnie Białoruś). Był najstarszym z dziewięciorga dzieci. Ojciec przyszłego artysty, Chaskiel (Zakhar) Szagal, był sprzedawcą ryb. Matka, Feige-Ite, była analfabetką zajmującą się jedynie rodziną. Młodemu artyście, który patrzył w dal nie służyło zostać w takim środowisku i zatrzymać się. Wiedział wtedy o tzw. Budach pod Paryżem, docierał do periodyków i profitów drukowanych. Mimo wszystko Chagall w swojej twórczości często wracał do sielankowego ubogiego okresu dzieciństwa, zawsze się powraca ogarnia w sztuce okres wzrastania, on dobrze czuł się w swoim rodzinnym witebskim domu (por. m.in. czarno-biały obraz Synagoga w Wilnie) lecz myślał perspektywicznie o świecie. Wstępne lekcje malarstwa pobierał u miejscowego nauczyciela Jehudy Pena. W wieku 19 lat wyjechał do Petersburga, gdzie rozpoczął naukę w Szkole Carskiego Towarzystwa Upowszechniania Sztuki u Mikołaja Roeicha, a następnie w latach 1908-1910 w prywatnej szkole Jelizawiety Zwancewej u Leona Baksta.

    Był to dosyć trudny okres w życiu malarza; w tym czasie obywatele żydowskiego pochodzenia mogli mieszkać w Sankt Petersburgu tylko po uzyskaniu specjalnego pozwolenia. Chagall trafił nawet na krótko do więzienia za złamanie prawa w tej materii. Pomimo tego artysta do roku 1910 związany był z petersburskimi szkołami, regularnie odwiedzając rodzinny Łozin, gdzie w 1909 spotkał swą przyszłą żonę, córkę witebskiego jubilera Bellę Rosenfeld. Na ironię latem 1908 stworzył swoje pierwsze znaczące dzieło, Śmierć, w którym zaznaczyły się pewne wpływy Geuguina. W 1910 r. wreszcie Chagall otrzymał szansę – stypendium umożliwiające mu wyjazd do Paryża. Tutaj w tym okresie związał się z grupą malarzy skupioną wokół Montparnasse, spotykając się z awangardystami takiego pokroju jak Gauillaume Apollinaire, Robert Dewlaunay, inni. Apollinaire’a wiosną 1914 roku zorganizował mu pierwszą wystawę indywidualną w sławnej berlińskiej galerii „Der Sturm”. Chagall nieco poznawszy życie za granicą wrócił do Imperium Rosyjskiego, przebywał tu do 1922. Natomiast w 1915 poślubił Bellę Rosenfeld, za która tęsknił w Paryżu z którą miał córkę Idę. Podczas rewolucji 1917 został tzw. komisarzem Sztuk Pięknych w obwodzie witebskim. Z racji tego stanowiska to on założył Akademię Sztuk Pięknych w Witebsku. W 1922 w konflikcie z konformistami i supremistami na swej akademii wyjechał z Rosji, zatrzymując się na krótko w Berlinie. Drugim powodem wyjazdu było żydowskie pochodzenie Chagalla i tematyka jego prac, która nie gloryfikowała heroizmu czynu sowieckiego.

    Chagall był w Polsce w 1935. Natomiast dwa lata później otrzymał obywatelstwo francuskie. Z tego okresu pochodzi seria artykułów, poezji i pamiętników pisanych w języku jidysz, które ukazywały się głównie w prasie. W 1941 wyjechał wraz z rodziną do USA. W ucieczce z Marsylii pomógł mu amerykański dziennikarz Varian Fry. Chagall osiedlił się w Nowym Jorku, gdzie mieszkał do 1948.

    Natomiast krytycznie można powiedzieć wtórnie, że jasno są widoczne duże wpływy żydowskie w malarstwie w całej sztuce Chagalla, są zauważalne jako judaiki. Cała transformacja Starego i Nowego i testamentu na nowo. Natomiast motywy żydowskie trzymały często tło dla wypowiedzi artystycznej artysty malarza. Bywa, że trudno jednoznacznie mówić o żydowskiej religijności dojrzałego Chagalla, nie bał się on nigdy przedstawiać w swych obrazach elementów chasydzkiego świata, który był jego rzeczywistością w latach dzieciństwa. Chagall jako dorosły nie był praktykującym żydem! – Podobnie jak Julian Stryjkowski, który udzielił mi „rozmowy artystycznej” w 1992 roku, gdzie wyznał swoje całe credo i zrobił rachunek sumienia… Wydaje się, że Chagalll w swoich pracach poczynił to samo, interpretował Jidysz po swojemu i  głosił uniwersalne przesłanie… Jego obrazy i witraże są zbyt czytelne nie tylko dla znających się – te oba europejskie kręgi kulturowe: żydowski  chrześcijański współdziałają jakby razem twórczo.

           Natomiast 2 września 1944 zmarła ukochana żona malarza Bella, której poświęcił połowę swej twórczości, malował j a był non –stop, tym samym widzimy ją na wielu jego obrazach. Również jego córka z tego małżeństwa – Ida – została przedstawiona na wielu wczesnych znanych obrazach mistrza. Rok później Chagall związał się z gospodynią Virginią Haggard McNeil, z którą miał syna Davida. W latach 50-tych XX wieku przenieśli się do willi w Prowansji, lecz Virginia opuściła konkubenta w 1952roku – On jeszcze w  tego samego roku ożenił się po raz drugi z Velentine Brodsky, którą zwykł nazywać Vava. W 1966 małżeństwo przeniosło się do Saint-Paul de Vence.

    Chagall, jak wielu artystów, kilkakrotnie odwiedził Grecję. W 1957 gościł w Izraelu. Podczas tych podróży odkrył na nowo możliwości jakie daje kolorystyka, jej zdolność ożywiania obrazu. Ogólnie malarstwo tego okresu dotyczy tematów takich jak miłość i radość życia oraz fascynacja uwielbieniem boskim… Postacie na obrazach artysty często są wykrzywione i powykręcane celowo jak życie ludzkie wypisane na twarzach i sylwetkach, ale i wesołe rozdygotane z radości… Wtedy również artysta zaczął tworzyć rzeźby i ceramikę oraz witraże.

    Warto wiedzieć, że w 1973 założone zostało muzeum Chagalla Nicei (Musée national Marc Chagall).

    Wybitny malarz i artysta zmarł 28 marca 1985 w Saint-Paul-de-Vence we Francji. Został pochowany na miejscowym cmentarzu.

    Zbyszek Kresowaty

  • EUGENIUSZ GEPPERT – osobowość bardzo niezwykła…

    E. Geppert – portret artysty wyk. Zbigniew Kresowaty

    Eugeniusz Geppert urodził się 4 września 1890 roku we Lwowie przybył wraz z innymi repatriantami do Krakowa. Kończył  Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie w pracowni Jacka Malczewskiego. Kształcił swój kunszt również w Paryżu. Przed nastaniem II wojny światowej należał do grupy „Zwornik”. Uprawiał głównie malarstwo sztalugowe oraz rysunek. W latach 1950-1961 i 1966-1974 prowadził pracownię malarstwa na wrocławskiej Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych. Twórczość jego zdała się podążać za przemianami w nowoczesnym malarstwie europejskim, czyli głównie koloryzmem – Malarstwo Eugeniusza Gepperta zaczyna się jakby od stylu bliskiego twórczości mistrza Jacka Malczewskiego, czyli pierwszego surrealizmu i symbolizmu. Powstają później cykle malarskie, również akwarele, pod wpływem podróży do Francji, nawiązujące do Art Deco, postimpresjonizmu, w stylu kubizmu i Paula Cézanne’a.

    Częstym motywem semantycznym obrazów w jego wczesnych pracach były głównie postacie jeźdźców w pejzażu, jakby monumentalne, może nawet pomnikowe(?), ujęte w śmiałych skrótach perspektywicznych i szybkim ruchu. E. Geppert malował głównie bryłę, którą obiegał mocny kontur, zaś fakturę wzbogacały w świetle różne kolorystyki nasączone transparentnie, czasem oszczędnie zgaszone, dalsza charakterystyka to mroczna tonacja barwna pogłębiana, budująca dramatyczny nastrój scen. Prawdopodobnie tematyka związana głównie z końmi w sztuce Gepperta skupiała się na wątku powstań narodowych po okresie młodopolskim… Artysta  odwoływał się także, w podtytułach swoich prac także do konwencji batalistycznych, być może kontynuował tradycję sztuki Piotra Norblina i nieco zbliżał się w tych cyklach do Juliusza Kossaka np. w akwarelach, czerpał inspiracje z malarstwa Małachowskiego, budował kompozycyjne układy obrazów polskiego romantyzmu ukazujących tumult i heroizm bitew wyzwoleńczych. Tworzył także sceny z polowań, sięgał do mitologicznych wątków, transformując pojęciowość współczesną, stapiając ją z otaczającym krajobrazem… Przyszedł też czas na martwe natury, tutaj przejawiły się inspiracje folklorem i bardzo oryginalnym kolorystycznym wystrojem wnętrza. Kiedy patrzymy na ten okres widzimy jak stopniowo ekspresyjne smugi farby zanikają na rzecz zharmonizowanych, dość wyważonych kompozycji, w których dominują  jasne zielenie i przejrzyste błękity, układane jakby lekkimi uderzeniami pędzla lewa ręką artysty. W okresie powojennym częstym motywem w malarstwie Eugeniusza Gepperta były też widoki Wrocławia, do którego Go przysłało ministerstwo Kultury ( tak się wówczas nazywało)  ale pejzaże głównie nawiązywały dalej w oglądzie i wrażeniu do sztuki Paula Cézanne’a. Nadmienić trzeba, że w okresie  pobytu w Paryżu w 1957 r., artysta niewątpliwie uległ twórczości Raula Dufy, bo w Jego obrazach pojawiła się żywa, porwana linia, pasma… dopowiadające formy, jakby niezależnie od całej plamy barwnej. Ważne jest, że w drugiej połowie lat 1950-tych skrystalizował się styl malarski Eugeniusza Gepperta, zbliżony do abstrakcji. Było tak że akty kobiece, malowane ludowe rzeźby w martwych naturach i sylwetki na koniach zaistniały jakby w odrealnionym świecie nowej wizji artystycznej. Główną gamę barwną olejów na płótnach wyznaczały tony zieleni, intensywnych niezabrudzonych błękitów, pojawiały się także oszczędne brązy. Jednakże  dalszą materię malarską tworzyły wciąż poziome smugi, jakby warstwy nałożone na siebie i głównie wzdłużne. Trzeba powiedzieć, że twórczość Eugeniusza Gepperta zaliczana jest do bardzo ważnej – przełomowej w malarstwie polskim. Jest wręcz łącznikiem malarstwa polskiego z europejskim, malarstwa polskiego wówczas nasączonego tematyką refleksyjną budowana na imaginacjach burzliwych czasów powojennych. Twórczość ta, to transformacja nowego stylu, która przeszła pewne metamorfozy i przeobrażenia w czasie długiego życia profesora… Wychował całe rzesz twórców jako klasyk i awangardzista. Zakazał malowania lewą ręką, ponieważ studenci zaczęli manierować , zniekształcać celowo własną formę plastyczną, czyli formę wypowiedzi malując celowo lewą ręka – profesor był z natury leworęczny i mówił „nie będę produkował geppertków…” Należałem też do grona Jego uczniów, lubił mnie i pozwolił przychodzić do siebie na dokształcanie, czasem mówił: „jesteś już moim ostatnim uczniem” jak przybiegałem do jego pracowni na ul. Ofiar oświęcimskich” nie opodal Placu Solnego blisko rynku wrocławskiego. Przychodził także na herbatkę z żoną Stefania Kszetuską. Kiedy dorabiałem w szatni czasem chowałem się, żeby mnie nie dojrzał, ale raz mi się nie udało i zostałem nieco zestrofowany: „co ty tu robisz, dlaczego nie malujesz… albo nie piszesz” – wiedział już wtedy, ze popisuje nieco.  Wtedy ostatni raz widziałem profesora z żoną, zakładałem mu wtedy kożuch upychając poduszki na ramionach… był koniec roku 1978-go, a w styczniu następnego roku odszedł bezpowrotnie. Profesor był bardzo delikatny, ale czasem nieco wybuchał, jak ktoś nie brał sobie do serca jego uwag. Wtedy jeszcze istniała nazwa Państwowa Wyższa Szkoła Sztuk Plastycznych, tu pełnił przez długie lata funkcję rektora. Dziś to  od 2008 –go roku jako Akademia Sztuk Pięknych we Wrocławiu, której nadano  Jego imię. Przekształcona z PWSSP, którą zakładał osobiście przybywając wpierw z Lwowa do Krakowa na studia, a później jako profesor i rektor do Wrocławia w roku1946. Profesor odszedł na „wieczne wrzosowiska” 13 stycznia 1979 roku, spoczywa na Cmentarzu komunalnym przy ul. Bujwida we Wrocławiu.

    Zbyszek Kresowaty

  • Zbigniew Stec – Nasz polski Salvador Dali

    Zbigniew Stec – Nasz polski Salvador Dali

    Mieszkał od dzieciństwa we Włocławku, tutaj też była edukacja i tutaj tworzył po szkole… Uprawiał malarstwo sztalugowe i rysunek. Znany i wysoko ceniony w kraju i za granicą, utalentowany i oryginalny artysta malarz.  O Zbyszku z Włocławka piszę w czasie przeszłym. Niestety znany, jeden z najwybitniejszych surrealistów polskich w malarstwie, artysta odrębny i jedyny w swoim rodzaju w Polsce odszedł 10-go czerwca 2014 roku po ciężkiej chorobie, odszedł na „wieczne wrzosowiska”, pozostawiając pokaźny dorobek. Jego wystawy i obrazy były wielokrotnie nagradzane, był honorowany przez ministra kultury stypendiami. Pełen surrealistycznych nadrealnych  wzruszających wizji, pełen metafor poetyckich… Obrazy Jego są nie tylko w Polsce ale poza granicami, także w USA, są  też w posiadaniu Stolicy Apostolskiej w Rzymie, były wręczane papieżowi i koronowanym głowom. Obiekty te, bo tak czasem trzeba o nich mówić, bo są przemyślanymi wizjami noszą wielkie ładunki emocji, ale i wprowadzają odbiorcę w stany błogości oraz uzmysławiają nam o wielkim duchowym potencjale – energetycznym każdego stworzenia.

    Zbyszka spotkałem na Jego wystawie obrazów olejnych w Warszawie w pałacu Branickich roku 1998, gdzie zaprezentował bardzo szeroką gamę swoich możliwości kreacyjnych zapisanych w wizje. Zostałem powalony ładunkiem tych obrazów i długo pozostawałem pod ich wrażeniem, zobaczyłem obrazy o bardzo wymownych treściwych i kolorowych przestrzeniach, zobaczyłem wizje i symbolikę marzenia.

          Później, od roku tej wystawy, odwiedzałem Go kilka razy w pracowni w domu we Wrocławku. Był bardzo pracowitym i płodnym malarzem. Pamiętam, że skrupulatnie robił szkice w podręcznym notesie, który miał non – stop przy sobie, nawet pod czas pobytu gości: „Zbyszku, notuję szczegóły, które później umieszczam w tłach moich obrazów to takie przyprawy, notuję pomysł, bo jutro on mi ucieknie bezpowrotnie…” – Oglądałem ten notes z wielkim zainteresowaniem, to był zapiśnik taki pogięty, bardzo używany, wówczas wyjęty prawie zza pazuchy, siedzącego artysty na wózku inwalidzkim po hejne – medynie.  Zachwycił mnie nie tylko na tej wystawie świeżymi pomysłami i ich poetyką, która głęboko drzemała w jego sercu, ale i poetyką, aż chciałoby się poczynić dygresje, że powinien być też poetą, ale ja myślę, że on był – tyle, że zapisywał wszystko inaczej. Kiedyś poprosił mnie o napisanie „słowa krytycznego” do swego katalogu, celem wystawy w BWA we Włocławku. Napisałem je z przyjemnością, dając sobie pofolgować… napisałem też w eseju o nim do czasopism, że: „ artysta ujawnia myśli boskie, nadzwyczaj wyraziście i oryginalnie… jakby mu Ktoś Ważny poza ziemski szeptał do ucha… jeszcze to… jeszcze pokaż Tamto i To, tamto domaluj, a to podkreśl…” – Ja tak to szczerze wtedy czułem. Zbyszek był inny, bardzo oryginalny, a więc trzeba było także pisać o nim inaczej, bo to nie były abstrakcje, lecz przemyślane pomysły, zapisy z Jego oryginalnej wyobraźni, wydobyte na przysłowiowe „światło dzienne” pod oko widza. Pokazywał jaka jest pojemność duchowa istoty ludzkiej, gdzie biegnie jego myśl  i jak powściągana może być przez tą myśl jako wizja, dokąd prowadzi co niesie z sobą… i czego uczy.

     – Stec był nieobojętny na całe otoczenie, w tym otoczenie miejsca, ale i czasu, który jest jako sam medium jedynym co trwa i przemienia się na naszych oczach – Wbrew pozorom na obrazach artysty widzimy bardzo dużo ruchu, jakby brakowało miejsca dla innych wizji, bywa tu pozorna ciasnota… ale to jest tylko pozorność. Stec wprowadza pewien kłopot myślowy, otwiera co rusz nowe dygresje, nowe aluzje… Te obrazy to okna, w których widzimy świat szeroko otwarty, ale i świat głęboko zamknięty w nas samych, świat który rozkwita bez granic i ten którego już nie ma. A jest tak, że to co malował Zbyszek jest bardzo elokwentnie powiązane w całość, w jedną materię, która z sobą gra jak w teatrze w poszczególnych aktach. W obrazach Steca nie ma milczenia, nie ma nicości, jest symbolika różnych znaczeń, które nakładają się na siebie, czasem bywa, że konsekwentnie. Ta przestrzeń jest wypełniona zmysłową rozmaitością i dzianiem się… można sparafrazować to powiedzeniem, że obrazy trwają i same tworzą następne wizje, czyli artysta jest tutaj, w ich środku w ich metaforyce, non stop uwikłany w moc przemieniania, każdy obraz ma swój konkretny tytuł, który też nim gra. Artysta robił swoje notatki non – stop – także, jak mi opowiadał, w nocy. Zapisywał, gdy tylko Wena dawała znać jak to bywa u poety – pisarza… Kiedy sięgniemy jeszcze głębiej den tych obrazów, to zobaczymy że na ich pokładach znajdują się ładunki pewnej wstecznej przestrzeni, która nas stworzyła i powoduje nami, dając do zrozumienia, że jedynie człowiek głęboko rozumny może się identyfikować w pełni z takim właśnie światem i jego światłem, jednakże wierzy w świat realny, zapomina o swoim drugim „JA”, które nosi każdy pod sercem, artysta sam wierzył, że odbiorca nigdy nie zwątpi w Jego intuicję. Nie są to zamazane wizje ale czytelne w kresce. Wchodząc w obraz Steca wchodzimy w gąszcz nawarstwionych światów, które są nam dane, lecz nie dostrzegamy ich w prozie bytu elektroniki i cybernetyki… raczej wprowadza nas w ideę kwantowości, która nas obejmuje i czeka – Stec uzmysławia co będziemy mogli zobaczyć i gdzie się będziemy przemieszczać już niebawem. Będąc na Jego kilku wystawach zauważyłem, że widzowie uśmiechali się do tych treściwych okienek szepcąc: „… niesamowite, niesamowite!!! – co za wyobraźnia i wrażliwość…” – Głośno wzruszeni wypowiadali pochwały. Inni byli nieśmiali, nie wiedząc co z tym obiektem począć, jak to rozumieć, jak się zaprzyjaźnić z tak zbudowanymi obiektami, widać było czasem, że te obrazy przerastały wyobrażenie niektórych, inni mówili: „ja się na surrealistycznej twórczości nie znam” – A przecież wiemy, że tu chodzi jedynie o odbiór estetyczny, podchodzimy jak tylko obraz woła… odważnie… podchodzimy, bywa że nas zaskakuje, powala ale i otwiera nam serce, wzrusza nas, czasem gniewa, czasem to właśnie myśl nasza atakuje, musimy znaleźć język do niej…i podejść do siebie z pokorą, bo tej wymaga sztuka.

    Zbyszek Stec to artysta doświadczony i wyciszony, nikogo nie naśladował, nawet nikim się nie inspirował, tworzył w odosobnieniu i wyciszeniu swej pracowni. Od 1978 roku należał do Związku Polskich Artystów Plastyków, a od 2000 do Stowarzyszenia Polskich Artystów Karykatury. Był  dwukrotnym, stypendystą Ministerstwa Kultury i Sztuki (lata  1980 i 1990), a także stypendystą Wojewody Włocławskiego (w latach 1985, 1987, 1989). W 1991 roku otrzymał Stypendium “Fundacji Pollock – Krasner” z Nowego Jorku. Namalował wiele obrazów, jak wspomniałem, dla koronowanych głów i głów państw.

    Pierwszą wystawę indywidualną odbył we Włocławku w  1974 roku.  Od tego czasu przedstawiał swoje obrazy na ponad sześćdziesięciu wystawach indywidualnych, także poza granicami kraju. Brał udział w kilkudziesięciu wystawach zbiorowych. Otrzymał ponad 30 Nagród i bardzo wiele wyróżnień. Obrazy Jego znajdują się w zbiorach w wielu kolekcjach i Muzeach.

      Artysta sam o  swojej twórczości pisał tak: 

    „W swojej twórczości, wykorzystując wyobraźnię zagłębiam się w świat podświadomości, snów i własnych wyobrażeń zjawisk, zdarzeń i czynności. Staram się być wierny przedmiotom malując pokój z meblami, malując morską przestrzeń i być niepokorny, zupełnie wolny wobec sytuacji przedstawiając bezkres morza wkomponowany w umeblowaną izbę. Przyjmując ten sposób budowania obrazu chcę dotrzeć do zakamarków psychiki człowieka, motywów jego postępowania w czasie i przestrzeni. Pragnę, aby widz patrząc na symbole zawarte w mych obrazach odnalazł własne ścieżki, nastroje i klimaty towarzyszące mu w życiu. Aby utożsamił się z nadrealnością świata zawartego na płótnach, poczuł podobieństwa ludzkich losów, usłyszał mój głos.
         Każdy obraz stworzony przeze mnie mógł powstać tylko w tym momencie, w którym został namalowany. Podświadomie odnosi się do niedawnej przeszłości lub zbliżającej się przyszłości. Jest to jakby autoportret psychologiczny wyłoniony w chwili, kiedy go zobaczyłem w wyobraźni. Gdy zdarzy się, że owa chwila minie, a ja nie zacznę malować obrazu, przeważnie już nigdy nie ujrzy światła dziennego. Obrazy nie namalowane ukrywają się jeszcze w mroku niepamięci przyszłości. Wiem, że one są i czekają na swoje fizyczne narodziny, na dotyk mojej ręki.”

                   – Słowa te w pełni wiernie oddają ideę twórczą i niezależność, choć własnej sztuki, konkretnych dzieł, się nie tłumaczy, ale trzeba mówić czasem o jej pojęciowości, tutaj najwyraźniej była taka potrzeba, bo to nadrealność wrażliwa, jej stan rzeczy, istnienia symbolu i jego znaczenia – Ale to nie tylko symbole a pewne amulety, sfera całego zaplecza jakim dysponuje człowiek, to stan umysłu współczesnego inteligentnego i rozumnego człowieka, który ma oczy otwarte, choć jest on naładowany i otoczony rojem rzeczy… Kto wie, czy malowaniem tych rzeczy nie zarządzała pewnego rodzaju rozpacz i dramat, samotność, bo sięganie do rzeczy do ich symboliki w poezji to dramaturgia osobna, to odważna droga do snów, do luster, gdzie widzimy nie tylko ich semantykę, ale to co tworzy stan  marzenia. To „nadrealność spokojnie wrażliwa” – (tak to określiłem w słowie do katalogu Jego wystawy), to nadrealność wciąż obecna pomiędzy nami i w nas, przemieszczająca się od wewnątrz na zewnątrz i odwrotnie, to poszukiwanie klucza humanistycznego do człowieczeństwa.

    Zbyszek Kresowaty

  • NIRWANA ZOBACZONA NA SŁOŃCU (O malarstwie Marka Ostoja – Ostaszewskiego)

    Marek – Ostoja Ostaszewski – wyk. Zbigniew Kresowaty – Krezbi

        Marek Ostoja – Ostaszewski to artysta  niezwykły któremu przyglądam się od kilkunastu lat. Powiedział kiedyś tak: „…maluję wszystko zobaczone, moimi oczami, na słońcu – nie mylić widziane…” – Jeżeli wejść w pojemność estetyczną cechującą obrazy artysty, trzeba powiedzieć – iście tak jest! – Są to obrazy z Nirwany. Postarajmy się zatem przybliżyć wszystko to co niezwykłe, idące jakby jednym ciągiem cyklami, jako pewien etos, albo jako „słoneczny klerk”- jako semantyczny podmiot w tym oryginalnym tworzeniu. Artysta studiował w PWSSP we Wrocławiu, na wydziale Malarstwa sztalugowego, Grafiki i rzeźby, uzyskując Dyplom w 1974 roku także z grafiki artystycznej. Dziś po czterdziestu latach twórczości ma za sobą wiele wystaw artystycznych. Malarstwo to, jedyne i bardzo oryginalne, oparte jest na podwalinie wiedzy sensu – stricto filozoficznej oraz duchowej. Jego ezoteryczność i kolorystyka przybliża nas do wiedzy wielce tajemnej szerszej, do wtajemniczeń, które chcemy zawsze poznawać, a nawet uczestniczyć w nich. Dodajmy, że wszystko co tajemne zawsze przyciągało uwagę odbiorcy. Odbiorca, w którego intuicję artysta przecież nie wątpi, wyczuwa podświadomie, bodaj eterycznie, podmiot dominujący w danej sztuce.

       Metafizyka tego malarstwa spoczywa u podstawy wiedzy mistycznej, a nawet  poetyckiej. Sztuka malarstwa Marka Ostoja – Ostaszewskiego oparta jest także o wiedzę niektórych rytuałów sprzed kilku tysięcy lat, na pozostałość których natknął się on w okresie młodzieńczym, a później na początku swej drogi twórczej, jeszcze przed studiami na PWSSP. Od wczesnej młodości Marek gustował przede wszystkim w książkach oraz mitologicznych profitach, a także w dziełach starożytnych filozofów. Ukształtowało to jego zmysłowość niezbędną do uprawiania sztuki ambitnej. Zajął się więc na serio medytacją i Pismami , które ongiś w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych i później, (do tzw. „odwilży” politycznej), były tzw. „profitami”. A było to czasach bełkoczącego komunizmu. Mówi artysta; „… Było dosyć ważne, że moja młodość upływała w cieniu Sobotniej Góry, zwanej teraz Ślężą. Znajdują się tutaj święte czakry i ich wyrysy oraz miejsca ognisk sprzed tysięcy lat. To tutaj krzesano pierwszy ogień, składano ofiary… Środa Śląska, spędziłem młodość do matury, miałem z tym  regionem doskonałą łączność wzrokową i kontakt z tą górą, co mnie zawsze bardzo interesowało” – Jak wiemy, około 1,5 tysiąca lat wstecz przed naszą erą, odbywały się tam solarne rytuały. Na pewno około 1000 r. p.n.e. Protosłowianie na szczycie Sobotniej Góry odprawiali kult swojego Boga Ognia i Miłości – Śwar-Oga, owego Swarożyca, który w Indiach nazywany jest Surya”. Trzeba nam tylko dopowiedzieć, że to miejsce urodzenia , artysta urodził się we Lwowie i czas nas tworzy, daje podjąć niezależny dialog, daje wiedzę w dalszym twórczym niezależnym procesie. Marek Ostoja – Ostaszewski wychowywał się przecież w ogromnej bibliotece domowo – rodzinnej. W wieku szesnastu lat, jak mówi, wstrząsnął nim „Faust” Goethego, a dalej słowa mistrza „Trwaj chwilo, chwilo jesteś piękna”, uczula nas twórców na odsłonę dalej mówiąc:„ więcej światła”… Ostaszewski „przekopał się”, jak mówi dalej i dosłownie np. w „rozmowie artystycznej” do mojej książki z literatury faktu, którą wydałem w formie „rozmów artystycznych” (w 2005 r. ze znanymi koryfeuszami sztuki i kultury polskiej pt. Między logos a mythos” ( 2005) przez dzieła Platona, a dodaje tak: „ znalazłem to, czego szukałem, w dialogach: „Fedon”, „Fajdros”, „Timajos” (helleńska księga Genesis), natomiast w dialogu „Kritias” ujrzałem pierwszy opis Atlantydy” . Proste zdanie Platona: „ Wszelka dusza jest nieśmiertelna” zadźwięczało jak wiadomość z dawno utraconej Ojczyzny…

            – Otóż te inspiracje były pierwszymi fascynacjami późniejszego bardzo oryginalnego artysty malarza.  Malarstwo Marka Ostoja – Ostaszewskiego jest głownie oparte na wiedzy, która została oswojona z własnym bardzo chłonnym wnętrzem i skrystalizowana. Trzeba było tylko później umiejętnie wydobyć to z metafizyki wewnętrznej na zewnątrz i powiedzieć własnym głosem w sztuce, np. o hierarchii bytów, o Ananke – czyli „wyższej koniczności”, której podlegają również bogowie, nader boskich koegzystencjach, czyli istnieniach, o ich pięknie, wyrazie, muzyce – a przede wszystkim o kolorach naznaczających mistycznie.

    Nie przypadkiem artysta w rozmowie ( zamieszczonej w w/ w książce) cytuje zdanie Wasylija Kandinskiego z Jego wydanej rozprawy w 1911 roku pt. „O pierwiastku duchowym w sztuce” – Kandinski mówi tak: „Nasza dusza budzi się ponownie po długim okresie materializmu (…) Rolą artysty jest nawiązanie kontaktu z wyższym tchnieniem platońskiej duszy uniwersalnej,  bez uwikłania się w pułapkę – ciężaru rzeczywistości zewnętrznej, (…). Piękno rodzi się z konieczności psychicznej. Kolor jest klawiaturą. Oko to młoteczek. Dusza to fortepian o wielu strunach. Artysta jest ręką, która sprawia, że dusza pulsuje”.

        – Zatem świat artysty opiera się, od samego początku, o pewne przesłania duchowo – filozoficzne, jakby spadające z góry, ( Powiedział kiedyś znany mistyk i malarz oraz klasyk współczesny i mag Jerzy Nowosielski, także eseista – do mnie: „Ikona spada z nieba”) – zatem pozyskujemy obrazy z jakichś  odkrytych intuicyjnie nadrealnych sfer… Rublow, klasyk ikonopisiec przywołał bardzo wiele takich obiektów. Z malarstwem Marka Ostoja – Ostaszewskiego chyba jest tak samo w naszej współczesności.  On pokazuje nam dzieła nadzwyczajne, które „spadły z nieba”, namalowane bardzo transparentnie, sprawiające wpierw wrażenie, (mówiąc językiem oględnym), takich rozrzuconych puzli, jakby rozrzucone różańce – deszcz podniebny jako modlitwa, elementy które świecą i wzywają odbiorcę do poskładania ich na nowo w jedną bardzo ważną całość… Malowane systematycznie odbite, jakby na tłach własnej duszy – ludzkiej, czułej duszy. Kto wie czy ten świat, odgadniony już częściowo objawiony. Malarstwo to nie jest jakimś figuratywnym cyklem postaci, bo byłoby to nader powierzchowne i podstawowe. Patrząc na te obrazy czujemy pewnego rodzaju energię przyciągania do wewnątrz, zatem podchodzimy jakby do odchłani. I otóż stajemy za moment – sam na sam – ze swoją mateczną wyobraźnią i wiedzą duchową. Zadziwia intuicja artysty, który – powiem synonimem – wspomina „duszewnie”, jakby powiedzieć chciał za Platonem o krainach, w których był i wrócił, a na pewno z nich wyszedł jako dziecko, wyczesał się jak Jonasz z wieloryba na morskim brzegu, żeby coś ważnego nam uzmysłowić. I otóż z tych przestrzeni nieśmiertelnych, otoczonych pewnego rodzaju tajemnicą, wychodzi na światło człowiek z ładunkiem wewnętrznym, być może jako medium(?), Obrazy te jakby wydobyte cudem intuicji już żyją swoim życiem w przestrzeni naszej, wołają i mówią własnym językiem, patrząc w nie słyszymy także wyraźnie muzykę eteryczną, rodem jakby morskich głębin na innych falach głosy ssaków, wieloryba, czy delfina, słyszymy gdzieś za horyzontem muzykę z fletów  joginów oraz pastuchów w boskich dolinach, jaką prezentuje współcześnie np. artysta malarz i plastyk  performer Andrzej Dudek – Durer wrocławski twórca. Słyszymy muzykę eteryczną jaką prezentuje także Wangelis… Poruszamy się w tych sferach jakby w zwolnionym tempie, pozbawieni grawitacji, bez siły ciążenia fizycznego, pozbawieni lęku i statyczności… Bo w tych pracach nie ma cienia czasu, brak pory dnia, nie ma wibracji fizycznych, prawdopodobnie artysta dopowiada jak mag i mówi: „Poznaj samego siebie”, można tylko dodać – poznaj głębiej i idź dalej, kiedyś taki napis umieścili kapłani nad wejściem do świątyni doryckiej Apollona w Delfach. Wtedy poznawano siebie po przez słowo głoszone w miejscach wskazanych podświadomie, później skomasowane z gestem otworzyło bramę teatru – Dziś możemy iść dalej w świat duchowy po przez zmysły: smaku, zapachu, słuchu  i wzroku kosmicznej Jedni, lub wstąpić w głębiny oceanu. Te wizje artysty są pewnego rodzaju propozycjami metamorficznymi, wywodzącymi się jedynie niezależnie od istoty wiedzy, to ona powoduje ten ruch…

           Artysta studiował u prof. Alfonsa Mazurkiewicza w latach kiedy królował w sztuce i kulturze socrealizm, tym samym w odpowiedzi na cenzurę PRL-u budziła się Awangarda – Nowa fala, natomiast profesor preferował jednak tzw. „Program otwarty” na uczelni. (Tego wybitnego artystę i ja pamiętam). „Był człowiekiem wiary”, jak wspomina dalej Marek Ostoja – Ostaszewski, „ był to wielki człowiek, głęboki duchowo bardzo wrażliwy, erudyta. Pamiętam moje rozmowy z profesorem o poezji Reinera Marii Rilkego, o paradoksach einsteinowskiej czasoprzestrzeni, o Kwazarach (gasi super stellars), o systemie galaktocentrycznym, o fenomenologii, o Świętym Duchu, o Jezusie z Nazaretu, o poglądach P. Tekharda de Chardin którego dzieła: „Środowisko Boże”, „pisma Wybrane” i inne przestudiowałem wtedy jako odtrutkę na wykładany powszechnie Marxizm, w czasach zamordyzmu komunistycznego”.  

    –  A więc, zdarzali się profesorowie na uczelniach wierni prawdzie, którzy w swej wiedzy i niezależności potrafili porwać swoich uczniów w bardzo ciekawe podróże… Były to lata siedemdziesiąte, powszechnie podawany chłam oraz nowomowa – bełkot w przemówieniach dostojników ówczesnej „Wadzy” do tzw. „ludzi pracy” – Powstał szerszy ruch Nowej Fali także w literaturze, między innymi po to żeby cenzorzy ustrojowi mieli kłopoty w odczytywaniu prawdy w zawartości powstających nowych dzieł. Taką żądzę wiedzy szerszej intelektualnej posiadł Marek Ostoja – Ostaszewski. Nie jest to sztuka i wiedza łatwa, jest to ogrom pracy poprzedzony wertowaniem w annałach wiedzy klasycznej. Dlatego poczynię tutaj małą dygresję, kiedyś mój profesor powiedział mi tak: „ … wiesz, tutaj w Szkole trzeba się uczyć – ucz się i zdobywaj wiedzę na różne sposoby, wykonuj co ci nakazują profesorowie, bądź czujny i pilny, ale jak już wyjdziesz z tych murów pamiętaj bądź sobą, bo tak rekrutują się dziś „znani” a później „wybitni” artyści. Szkoła to jedno, a Twoje patrzenie na świat oraz praca to drugie”. Inna bardziej frywolna dygresja tycząca się szczęścia artystycznego znanych klasyków współczesnych: pisze w „listach przyjacielskich” poeta klasyk współczesny Tadeusz Różewicz do klasyka współczesnego malarza i ikonopiścca i malarza Jerzego Nowosielskiego tak;  „maluj Jerzy, i tylko maluj, bo w tym jest zbawienie…” – Widzimy tutaj wielki dystans do sztuki, ale wolność i swoboda. Malarstwo Marka Ostoja – Ostaszewskiego jest cyklem swobodnych wyznań niesamowitych wrażeń opartych także, jak myślę, o wnętrze, które przeobraziło się w czasie w fenomen. Dziś artysta ma w dorobku wiele prac, wydobytych w długich cykli, pokazanych na wystawach indywidualnych i autorskich.

           Retrospektywna wystawa ( przygotowywana na wiosnę 2015 roku) prac tworzonych w okresie czterdziestu lat dotyka bardzo nas współbratynców, jeżeli wziąć pod uwagę fakt, że każdy artysta jest sumieniem pewnego elektoratu odbiorców, iście tak jest. To malarstwo jest wielkim podarunkiem duchowym dla tych, którzy chcą coś więcej widzieć o sobie. Ten ogrom znaków Nirwany malowanych misternie i z uporem wyobraźni jest niesłychaną kopalnią umysłu człowieka, pokazującą bardzo niezależne bogactwo estetyczno – duchowe istoty myślącej homo sapiens, wciąż przeobrażającej się tak jak podpowiada natura –  wpierw rodzi się dobro, które góruje nad złem. To bardzo humanistyczne dzieło na niwie Polskiej Sztuki.

    Zbigniew Ikona – Kresowaty

  • EGZYSTENCJE Z CUDZEJ I WŁASNEJ WINY (o malarstwie Kazimierza Andrzeja Hałajkiewicza)

    Kazimierz A. Kaj – Hałajkiewicz – wyk. Z. Kresowaty

             „Kaju” – tak w okresie studiów na PWSSP we Wrocławiu i później nazywali Go w środowisku – po prostu to był „Kaju”, który urodził się we Lwowie. Kazimierza Andrzeja Hałajkiewicza artystę, z rodowodem lwowskim, po prostu nazywano zdrobniale Kaju. Zawsze był niezwykle płodnym twórczo, a tym samym wciąż czynnym artystą, tworzącym w trudnym okresie ówczesnego „obozu PRLu”. Był artystą wybitnym – człowiekiem humanistą, którego twórczość można śmiało zaliczyć w poczet tzw. nieoficjalnej „awangardy” polskiej, kierunku ukształtowanego i sformalizowanego przez niezależnych artystów, po roku 60-tym. Ten kierunek sztuki niezależnie, jak wiemy, stworzyli artyści przeciwko panoszącemu się socrealizmowi i jego cenzurze. Jak się dowiedziałem, od starszych kolegów malarzy, pan Kaju został dobrze zapamiętany, zawsze wyróżniał się ekspresją pomysłów i ciekawą imaginacją twórczą. Natomiast studia na Wydziale Malarstwa Sztalugowego zostały poszerzone o rysunek i grafikę – trwały od 1956-1962 r. Tworzył i wystawiał indywidualnie oraz zbiorowo od roku 1964, (już w dwa lata po szkole), do roku 1981., nie tylko w kraju, ale i za granicą. Kilka razy wystawiał w „Zachęcie”, choć był  niepokornym twórcą, to w latach 1972 – 1981 zaangażowano Go jako nauczyciela malarstwa i rysunku w Miejskim Domu Kultury we Wrocławiu, gdyż miał wiedzę.  Zbiory Jego prac znajdują się w Muzeum Narodowym we Wrocławiu, w wielu kolekcjach prywatnych, także poza granicami kraju, m. innymi w: Peru, Indiach, Meksyku, Austrii, Holandii, Gruzji, Rosji, Argentynie, Włochy, Hiszpania, Francja, Szwecja W. Brytania i USA. Pan Kaj był także ilustratorem bardzo wielu książek, w tym wielu wydań dla dzieci.

                Kiedy spojrzymy na twórczość plastyczną, a głównie malarstwo, artysty Kazimierza Hałajkiewicza uderza jego wyjątkowość – w swej pojemności i śmiałości, jest zawsze świeże, gdyż centralnym tematem jest tu zawsze człowiek oraz jego położenie, stan ducha i rzeczy. Główną treścią obrazów jest: miłość, jej blaski i odcienie, narodziny, samotność oraz cierpienie lub znój bytowania. Pozbawieni egzystencjonalnej radości, często przykucnięci obok siebie, lub wciśnięci w siebie ludzie, używający alkoholu, tudzież śmiałe kobiety obnażające piersi, ludzie starzy w dogasającym życiu siedzący stuleni na ławkach, lub ludzie w chwilach wzburzenia albo euforii, czasem nieczuli odrętwiali, albo w rozpaczy…

            Artysta Kazimierz Hałajkiewicz malował rzeczywistość otaczającą go w różnych sytuacjach, tworzył w czasie bardzo trudnym socjologicznie dla bytu sztuki polskiej, dlatego i to „twórstwo” jest wizerunkiem opartym na beznadziei, zwłaszcza klasy ubogiej, czasem jest też bytem melancholijnym, bywa że rozpasanym i posępnym, pochodzącym jakby z nadania… jakby za grzech, za winę, lub za jakąś karę, czy pokutę… Artysta malował swoje obrazy, ale i tworzył grafikę oraz ilustracje do książek i czasopism, ciągnąc dalej i szerzej ów znój, czasem było to malowanie radości innym razem żalu(?). Sposób malowania artysty był bardzo skrótowy, gdzie  prowadził charakterystycznie, bo oszczędnie, linie konturu,  tym samym zwięźle operował napięciem całej kompozycji danego obiektu. Był mistrzem laserunku oraz eksperymentalnego nakładania kolorów farb za pomocą szpachelki. Kiedy oglądaliśmy, w grupie koleżeńskiej, obrazy pana Kaja, w towarzystwie Jego żony pani Haliny, w Jego domu letnim zwanym „Kajówka”, pod Lądkiem Zdrój (na zboczu Góry Małej Borówkowej), gdzie mieści się całkiem okazała kolekcja prac olejnych oraz rysunków, przyszło mi na myśl malarstwo wspomnianej „Awangardy” nazwisk: T. Brzozowskiego, Kantora, Tchórzewskiego, Tomaszewskiego, a nawet Cybisa – to cała plejada do wymienienia, bo to właśnie rówieśnicy Kazimierza Hałajkiewicza, tworzący w tym samym czasie i podmiotowo w tej samej rzeczywistości – tyle, że w jakby innych miejscach, a może innych okolicznościach, ale pokrywające się w formie, gdzie niewątpliwie w grupie w/w mieści się Kaju Hałajkiewicz.

                 Oczywiście o panu Kaju piszę w czasie przeszłym – odszedł na wieczne wrzosowiska: 05 marca 1994 roku w Warszawie, gdzie posiadał pracownię malarską i mieszkanie. Dziś o tej twórczości mówi się i wspomina bardzo przyjaźnie w środowisku. Natomiast Galerię Letnią w „Kajówce”, stojącej bardzo samotnie, w blasku słońca na zboczu Małej Borówkowej odwiedza wielu zainteresowanych, wielu turystów, honory domu pełni tu w czasie lata urocza żona artysty pani Halina Hałajkiewicz (zimą Galeria jest nieczynna z wiadomych powodów) oprowadzając po jego zakątkach, odpowiadając na pytania ciekawskich o życiu prywatnym artysty męża. Można także, po obejrzeniu kolekcji obrazów, zejść się nieco w dół, na zbocze (ku kładce), na obrzeże działki przy domu, gdzie znajduje się artystyczna,  symboliczna mogiła tego niezwykłego twórcy – nasuwa się tu metafora: artysta spoczywa jakby bliżej nieba, bo 750 m n.p.m. i patrzy w niebo…  Natomiast ci którzy wiedzą o niej mogą zawsze zapalić tutaj znicz Pamięci.

           Ale powracając do tego bardzo interesującego malarstwa, które porusza wyobraźnię czasem wzrusza, to innym razem znów gniewa, a może nawet oburza, dopowiedzieć trzeba, że są to niewątpliwie byty ludzi poniżonych, wydobyte na światło dzienne z różnych odcieni życia – Dygresyjnie malarstwo to, jego forma, przypomina  nieco  francuskich fowistów – może nawet niemieckich ekspresjonistów, gdzie farba jest kładziona szybko, i tutaj widać ruch rozedrganej ręki artysty – ruch jest cały czas obecny – czasem niezatrzymany… ręka, poruszająca pędzlem to jak myśl powściągana u poety przez słowo intuicyjnie, artysta jakby niczego nie chce tutaj utracić, a Wena tańcząca na palecie barw chce jak najwięcej ująć… ruch ten wchodzi tym sposobem w jeszcze głębszą abstrakcję tła – taki gotowy obraz artysty staje się  wręcz podpisem i rozpoznawalnym znakiem. Hałajkiewicz bardzo odważnie operował kolorami, malując na nieco ciemnych tłach czasem przebarwionych falą przebitek jasnych, ale zawsze te kolory pozostawały bardziej transparentne. Nie mieszał kolorów dosłownie – nie było na to czasu, one jakby mieszały się już na płótnie i zaczynały żyć swoim blaskiem,  co jeszcze bardziej napędzało inspirację samego tworzenia, bo taka też była i jest  w dalszym ciągu rzeczywistość ukazywanych ludzi, ich sposób trwania, lub stan rzeczy w jakiej zostali zastani, w jakiejś  sytuacji towarzszący chwili wspólnoty…. I na pewno jest tak, że  linie zarysu kształtu i kolor tych postaci i rzeczy mają oczywiście znaczenie sugestywne, obojętnie jak są ustawione, można w tym doszukiwać się skrzywionego losu i jego „brzydoty”. Można także domyślać się, że artysta nadawał tytuł obrazu dopiero po namalowaniu. Dominuje tu poza równoważąca się także ze wspomnieniem, mimo że wkracza ono pomiędzy różne nagłe akty, czasem obdarte w swego rodzaju niebywałą odwagą. Artysta nie przestrzegał celowo naturalnych kolorów na przykład: ciała, twarzy, tutaj twarze, bywają niebieskie, żółte, podrapane….krzywe, takie jak chwile przezywane. Nie malował ócz, lecz oznaczał twarz plamą, czasem ciało lub przedmioty ważne jakby podkreślał nieco grubszą linią, oczy są tutaj dotykiem – punktem – to intuicja prowadziła Jego pędzel w stronę odbiorcy, wierzył w jego intuicję – Te obrazy wprost zmuszają do własnego własnej interpretacji. To malarstwo jest swego rodzaju teatrem egzystencji żywych i zmarłych, a raczej pozostałych w ciągłym cyklu po nich plam, wygrzanych lub oznaczonych: zapachem i echem… To cykl twórczy scalony, ale i osobny w wielu aktach na jednej scenie losu. Kiedy przyglądałem się z perspektywy oddalenia tym obrazom prace, czasem dotykałem ukradkiem, przypomniała mi się zaraz poezja Stanisława Grochowiaka, opiewającą pewien marsz brzydoty peerelowskiej stąpającej na tzw. parnas ku światłemu bytowi rodem  z KRAJU RAD. A innym razem to jednak sceny z Teatru  „Cricot” Tadeusza Kantora: gdzie w ruch poszły sprzęty i muzyka. Tudzież przypomniały się głosy powtarzane po kilka razy z: „Umarłej Klasy”, „Niech Szczezną Artyści”, czy „Wielopole, Wielopole”, lub „Dziś Są Moje Urodziny”… spektakle, które również obejrzałem i przeżyłem kiedyś z autopsji.  Ale i patrząc na te obrazy odnosiłem wrażenie, że postaci te dokumentują czas… szemrają do siebie, czasem wykrzykują, stukają, maszerują i nie podlegają wcale czającemu się w tle urokowi spokoju. To taki teatr ubogi z kulisami, który wiernie zdokumentował znany pisarz, aktor w Teatrze „Cricot” Krzysztof Miklaszewski w swoich filmach i  książce pt. „Między śmietnikiem a wiecznością”, którą zresztą mi podarował z dedykacją znając moja pasję (wcześniej zrobiłem z nim obszerny wywiad – „rozmowę artystyczną” do własnej książki) . Tak! – przeżyłem w „Kajówce” swego rodzaju deja vu…

    Malarstwo to jest bezpardonowe rodem z miejsc zamieszkania z surowymi suterenami i pobitymi szybami… Jest to malarstwo prawdy, scalające się własną życzliwością, opartą o dzielenie się czymkolwiek bez reszty, gdzie panuje honorowy duch  dobrodziejski.

              Trzeba wiedzieć, że Kaju Hałajkiewicz – Kaj współpracował z wydawnictwami i redakcjami czasopism, jako rysownik i ilustrator, niektóre już dziś nie istnieją, a były to m. innymi: „Świerszczyk” i „Płomyk”, dzienniki centralne i regionalne, Wydawnictwa Artystyczno-Graficzne, Krajowa Agencja Wydawnicza, wydawnictwo „Polska” wydawnictwa książkowe — „Wiedza Powszechna”, „Książka i Wiedza”, Wydawnictwo MON, „Nasza Księgarnia”, „PAX”, „Iskry”, „Polskie Nagrania”, CRZZ, Dom Książki, „Czytelnik”. To bardzo bogaty życiorys – to człowiek – twórca  obserwator – wzrokowiec, znający życie, to „art -orkiestra”. Niektóre projekty ilustracji książek dla dzieci zostały przekazane przez panią Halinę – żonę artysty, w darze Bibliotece Narodowej w Warszawie.

            „Kaju” to zdrobniałość imienia, jak inne imiona osób, które przybyły wprost z Lwowa. Przywędrowały na Zachód wraz z repatriantami i ich słowiańskim zapleczem, to jak: Stachu, Lechu, Tadzio, Jaśko, Juźko, Gienio, czy Tońcio – Tunio… Kaju Hałajkiewicz pochodził z tego gniazda, gdzie kwitła w najlepsze kultura polska, wszedł w te klimaty na nowo z talentem i atencją, nakierowany także na szersze profesje głównie plastyczne, świadczy to o wielkiej ambicji i potrzebie tworzenia niezależnego oraz o poczuciu osobowej wolności wypowiedzi. A na tym opiera się przecież prawdziwa sztuka. Ta twórczość jest właśnie doświadczoną, choć to zapis bardzo sugestywny, ale zapis o człowieku, jego przywarach, graniczący szczerze z humanizmem, choć czasem podszyty  nihilizmem, ale to żywa egzystencja… nadana jakby „z cudzej i z własnej winy”.

           Kazimierza A. Hałajkiewicza pożegnano po artystycznemu na retrospektywnej wystawie Jego obrazów w czerwcu 1994 roku (dwa miesiące po odejściu) w dziś już nie istniejącej Galerii Studium – M, w dawnej Kawiarni „Telimena” na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Wernisaż był bardzo wzruszającym pożegnaniem ze strony przyjaciół i artystów. Przyjaciel Włodzimierz Żukowski poeta, autor tekstów piosenek dla Kabaretu Olgi Lipińskiej, pożegnał artystę napisanym przez siebie wierszem:

    „ Na wernisażu Kaja”

    Zająłeś swe miejsce u stołu
    pod dobrym i znanym adresem,
    w tawernie bezskrzydłych aniołów
    o twarzach z przemyśleń jak z kresek.

    Pochłonął Cię świat innych kształtów,
    rozumnych i zwięzłych jak kody
    i tarczę znalazłeś od gwałtu
    powszechnej, fałszywej urody.

    A kiedy zamknąłeś nareszcie
    w barw geście i lekkość i ołów
    to wtedy Bóg stwierdził, że jesteś
    potrzebny w tawernie aniołów.

    Zbigniew Ikona – Kresowaty

  • WOKÓŁ ZAKLINANIA KAMIENNEGO KRĘGU (o interdyscyplinarnym działaniu i malarstwie artysty prof. Andrzeja Strumiłło)

    Prof. Andrzej Strumiłło – portret z odwiedzin w Mackowej R. wyk. Zbyszek Kresowaty

            Przebywając do roku 2002 w Warszawie na kontrakcie w Canal + spotkałem w sklepie z materiałami plastycznymi profesora Andrzeja Strumiłło, robił swoje zakupy – Od słowa do słowa – rozmowa… mówiłem, że byłem na jego wystawach i bardzo interesuje mnie jego malarstwo i wszelkie inne działania twórcze – Przy okazji zaprosiłem profesora do mej książki, jaką szykowałem i zbierałem do niej materiały. Miał to być drugi tom „rozmów artystycznych” z Koryfeuszami Kultury i Sztuki Polskiej, a za takiego uważam artystę Andrzeja Strumiłło – Oczywiście pan Andrzej zaproszenie przyjął z zadowoleniem, kiedy po krótce opowiedziałem o sobie – I zaprosił mnie na lato do Maćkowej Rudy, gdzie mieszka. Było lato 2007 rok,  sierpniowy upał na Odpuście św. Antoniego Peczerskiego w Holi na Podlasiu, wyrwałem się autem na Suwałki. Zadzwoniłem do profesora – a pojechałem do Maćkowej Rudy z dr Tadeuszem Karabowiczem poetą i wykładowcą na UMCS i profesorem doc. Frantiśkiem Vsetićka wykładowca z Olomouca z Czech, który przebywał także w Holi u Karabowiczów na letnisku.  To spotkanie dziś ciągle pamiętam  – odwiedziny „przyjemne z pożytecznym”  – i noszę je w pamięci i pod sercem, przechowuję jak relikwię, bo był to iście czas niezwykły. Pragnę z dystansu z ogromnym pietyzmem napisać o tym – omówić, chociaż w jakiejś części to działanie osobowo – twórcze tego wybitnego artysty i ambasadora Sztuki i Kultury polskiej pana profesora Andrzeja Strumiłło z Maćkowej Rudy. Może na wstępie dla ścisłości kilka zdań z biografii artysty i wybitnego maga sztuki:

             Artysta malarz, twórca grafik, ilustrator, pisarz, poeta i scenarzysta oraz hodowca koni arabskich, przestał wykładać na ASP w Krakowie (1977 – 1980) i jakby zatrzymał się właśnie tutaj gdzie blisko do Litwy, jego miejsca urodzenia i młodości nad rzeka Czarna Hańcza, zaprzestał podróżować po odbyciu 30 wypraw do różnych zakątków świata oraz krajów Orientu, Azji, Nepalu, Syberii, Mongolii, Chin, Indochin, Tybetu, Japonii, Tajlandii – Ale jest wciąż czynny jako twórca wszechstronny niezwykły, działający wciąż w centrum natury z całym zapleczem, wciąż jako: artysta malarz, artysta grafik, projektant, ilustrator książek, rzeźbiarz, fotografik, przyrodnik i hodowca arabskich koni, posiada swoją ugruntowaną filozofię na egzystencję twórczą. Zatem zawróćmy nieco dla przybliżenia tej niezwykłej sylwetki młodszemu pokoleniu. Warto wiedzieć, że Andrzej Strumiłło studiował na PWSSP w Łodzi u profesora Władysława Strzemińskiego, a później malarstwo sztalugowe na ASP w Krakowie, gdzie został asystentem i docelowo profesorem wykładowcą. Uczestniczył w bardzo wielu wystawach, autorskich i zbiorowych w wielu prestiżowych polskich galeriach jak Zachęta, Na Zapiecku… ale w wielu Galeriach międzynarodowych jak: w Sao Paulo 1969, Wenecja 1972, Stany Zjednoczone, Japonia, inne… Otrzymał za swoją działalność szereg Nagród państwowych i artystycznych…W latach 1982 – 84 był kierownikiem Graphic Presentation Unit Sekretariatu Generalnego ONZ w Nowym Jorku. Dzięki swoim podróżom zgromadził kolekcje sztuki i przedmiotów kultury materialnej dalekiego i Środkowego Wschodu dla Muzeum Etnograficznego w Krakowie oraz warszawskiego Muzeum Azji i Pacyfiku…Wydał wiele książek autorskich, jako poplon  z wypraw i nie tylko. Zostały wydane także dwa duże tomy bardzo oryginalnej  poezji, podszytej filozofią i metafizyką wysoce uduchowioną w tym bardzo oryginalnym wędrowaniu w naturze… Wspomnieć chce, że we wstępie książki poetycko – artystycznej pt. “JAK”, która zawiera dużą ikonografię z podróży i wypraw – z szeroko pojętą metafizyką filozoficzno – duchową gdzie profesor pisze:“Nie sięgając poza horyzont egzystencji biegniemy coraz szybciej. Stronicetej książki to rytm mego oddechu. Ona sama, wydana, zaczyna żyć życiem własnym, naniesie na tak już gęstą i mało przejrzystą mapę ikonosfery nowe punkty. Czuję ciężar odpowiedzialności…”

     – Profesor napisał wiele relacji z tych z wypraw – wspomniałem, gdzie niektóre nosiły miano naukowych, ale i wydał liczne katalogi artystyczne, dziś pisze “dzienniki”, a wszystko publikowane jest przeważnie z fotografią artystyczną, rysunkiem. Znakomity i spełniony artysta oraz podróżnik para się także prozą wspomnieniową , wydaje także  książki tzw. okazyjne, katalogi z podróży, a tajemnicą poliszynela jest, że spod ręki jego jako znawcy przedmiotu wyszły albumy o koniach, które przecież hoduje od lat, jak oznajmia dumnie w opowieściach – że „chroni z pietyzmem ich rodowodu”.

           Jest profesor dziś postrzegany za swego rodzaju czynną instytucją wielu form natury artystyczno – społeczno – przyrodniczych – Pełni on funkcje organizatora różnych działań artystyczno – kreacyjnych, nie tylko na Suwałkach, ale w Polsce, bliskie natury działania są na stale już integralną częścią jego twórczości. Jest artysta Duszą i Komisarzem Plenerów i spotkań środowiskowych „wokół człowieka i jego przyrody” opcji dotyczących tzw. “Małych Ojczyzn”…   – Nie sposób jest tak wprost objąć te wszelkie kreacje, które trwają od lat w kulturze i mają wielkie swoja wymowę i bardzo oryginalne znaczenie… Pan Andrzej jest wszechobecny na tzw. firmamencie działań twórczych także grupowych. Iście trudno jest jakoś to wszystko zamknąć w całość, w jakimś schematycznym krótkim opisie, to twórczość i śmiało przedsiębrana działalność wielce pomysłowa. Natomiast jeżeli idzie o tę stronę duchową, bez wątpienia szeroko ogarniającą artyzm, oznajmia profesor wszem i wobec w różnych przewodnikach, wydawanych dla różnorakich działań społeczno – kulturowych jako znawca, mówi tak: „ Ja nie jestem wyznawcą lamaizmu, buddyzmu, nie jestem wyznawcą prawosławia, choć piszę posłowia np. do katalogów swoich prac, a także wystawianych obrazów, np. podczas Festiwalu Muzyki Cerkiewnej – w Białymstoku w 2004 roku, których tematem była buddyjska mandala – mistyczna, tajemnicza konstrukcja, obrazująca kosmiczny porządek świata, w wymiarze duchowym i fizycznym, komentuję to na swój sposób fachowo, czyli  muzykę chóralną, dostrzegam urodę tej sztuki, tkwiące w niej piękno i bogactwo duchowe… Cenię i dostrzegammonumentalizm, potęgę i piękno tej muzyki”

         – A to jest ogromnie dziś ważne! – gdyż nie tylko ujawnia się jeszcze jedna pasja profesora, ale i stosunek do ambitnej muzyki – to działanie wszelkie w obrębie sacrum jest przecież znakami ekumenicznymi… Przytaczam to celowo, żeby trochę szerzej przybliżyć czytelnikowi tą szeroką wiedzę z osobowości dziś jakby nieco zapomnianej lub trudnej do ogarnięcia. Przytoczyć chcę jedynie  samą funkcję nie zamierzonej samokreacji twórczej i powiedzieć o pracowitości profesora Andrzeja Strumiłło. Jednocześnie chciałbym pokazać  człowieka bardzo skromnego i oddanego sprawie i sferze kultury podszytego sacrum, a dla działań społecznych – zarówno regionu, jak i świata działającego także i w profanum… Gdy zasiedzieliśmy do stołu w saloniku w siedlisku profesora w bardzo upalne lato w jego chłodnym saloniku na zapleczu zrobiło się przytulnie. To tutaj jak oznajmił kilka lat wstecz przyjmował znanych gości jak: Miłosza, Wenclowę, Różewicza, Czyżewskiego i innych zza granicy. Momentalnie  ogarnęła mnie chęć przytoczenia kilku pytań, które same cisnęły się na usta, a mianowicie zadałem pierwsze pytanie: Co po tak ambitnych dokonaniach jest obecnie w tzw. “w zasięgu ręki” oraz wizji tzw. “trzeciego oka” Pańskich działań? – Jak się Pan czuje, jako ważna instytucja i osadnik “Na Pograniczu” tych kilku kultur, w swoim kręgu i tuż obok Litwy? – bo znając Pańki niepokój twórczy, wiem – na pewno, że obecnie Pan ma, jakieś przedsięwzięcia już podjęte… jakie to są działania?

              „ Obecnie współtworzę jako współautor książkę pt. “Polacy o sobie”. Nie tak dawno “zrobiłem” tekst do tego wydania,  pt. “Polacy o swoich sąsiadach” – Jako autorzy stąd, czyli z Pogranicza, których zaraz wymienię, piszemy o tym jak widzimy swoich współmieszkańców : Białorusinów, Niemców, Słowaków, Czechów , Węgrów… Ja oczywiście nie mogę pisać o wszystkich, ale powiedziałem sobie, że napiszę o Litwinach i Białorusinach, i o sobie! – O tym co jest jakby bliżej w “zasięgu ręki i oka”, jak pan to po swojemu nazywa. Znam ten temat – no, i trzeba pisać o różnych granicach : wewnętrznych, politycznych, kulturowych czy innych. Tuż przed śmiercią Czesław Miłosz i Tomas Venclowa przebywający w  U.S.A. i ja zredagowaliśmy list intencjonalny do Kultury, postulujący wydanie Księgi Wielkiego Księstwa Litewskiego. Był to ważny rozdział historii narodów ruskich, litewskich, i narodu polskiego – bardzo istotny, bo to była jak wiemy próba współżycia, właśnie w takiej formie jakiej dziś Europa potrzebuje i poszukuje…I to wydaje mi się wciąż aktualne – Od odejścia Czesława Miłosza to się wciąż wałkuje…Pisałem tu i tam, pisałem do Organizacji i Ośrodka “Pogranicze”. Obiecali mi pomoc… Oni są dobrze notowani u Sorosa i Forda. Między nami mówiąc, książka pt. “Sąsiedzi” napisana przez Tomasza Grossa, a przez nich w dobrej formie wydana – spełniła pewną rolę, jeżeli idzie o problem antysemityzmu, poruszyła  stosunek samych Polaków do prawdy historycznej i do problemów II wojny światowej, co wywołało kontrowersje ale i dyskusję, o co chodziło. Szczęśliwie zrobiliśmy już pierwszą konferencję polsko – białorusko – litewską, bo trzeba dodać, jak ta książka ma być wydana, w tych kilku językach oraz w języku angielskim, gdyż to pójdzie w świat. Powiem, że zastanawiamy się nad udziałem w niej autorów ukraińskich, bo problem Ukrainy wciąż otwarty, również gdzieś tam się w tym historycznym wątku się mieści.  – Dodać trzeba, że już niedługo zrobimy następne spotkanie w Szetejnach na Litwie, a kolejne planujemy już w Nowogródku. Chcemy zebrać od każdego z autorów zaproszonych jakieś kilkanaście esejów, gdzie Każdy” wybitny” autor : litewski, polski czy białoruski mógłby powiedzieć : co dziś na ten temat myśli – Jak właśnie dziś widzi tą problematykę, i jak to z perspektywy czasu ocenia? – Mam nadzieję, że taka książka w swoim czasie dojrzeje i się ukaże. Ja nie ustanę w wysiłkach. Zacząłem też wydawać swoje “Dzienniki” – ale żeby nie zapeszyć nie zdradzę wydawnictwa. Wydawca chce je pomieścić w jednym tomie w dużym formacie. Maszynopis wynosi ponad 1000 stron. Wydane będzie to wnet. Może na moje urodziny w październiku, a może w listopadzie na Andrzeja? (tu się mocno profesor uśmiecha)

            Otóż wtedy pomyślałem sobie w duchu, że jest to działanie kreacyjno osobowe – to szeroko społeczne kulturowo bardzo potrzebne o szerszym zamyśle, zwłaszcza te ostatnie pomysły, o których mówi profesor, to wszystko o poszukiwaniu źródła i ciągu tej jednej rzeki płynącej z własnej tożsamości? – Zresztą, należy dodać, że dużo w tym zapewne z faktów i rzeczy samego współmieszkańca „ Znad Wilii”. Jest zapewne wiele innych z uwag u przyjaciela pana Strumiłły, czyli Czesława Miłosza choćby w Jego esejach, ale jak myślę głównie w “Traktacieteologicznym”, a to dziś jest wciąż tak bardzo istotne… 

           Zapytałem profesora wtedy o „Kamienny Krąg” – to ułożony na podwórzu przed drewnianym domem siedliska profesora w Maćkowej Rudzie krąg z bardzo dużych kamieni otoczaków – krąg o średnicy kilkunastu metrów, który tworzy centrum siedliska. Zapytałem – jak pan go tutaj znalazł profesorze? – A może to wykopalisko, czego to dotyczy?

            Natomiast pan Andrzej Strumiłło odpowiedział tak: dom mój zbudowałem tutaj ze świadomością tego co pan wymienił,  w “drodze do mego Wilna”, tutaj nad rzeką Hańczą. I “Krąg kamienny”, przed domem zrobiłem w pełni świadom tego, że tutaj 8 tysięcy lat wstecz, były koczowiska łowców reniferów. Po odejściu lodowca pojawił się tutaj krajobraz tundrowy i łowcy reniferów. Znalazłem, w moim ogrodzie, trochę narzędzi kamiennych, z przed 8 do 10-ciu tysięcy lat wstecz. Na piaszczystej wydmie nadrzecznej znalazłem ślady obozowisk Jadźwingów z X, XI-XIII wieku dopóki Krzyżacy i ich nie rozpędzili, przesiedlając resztki na półwysep sambijski . Znalazłem tu między innymi : resztki ceramiki, palenisk – A ponieważ, na Suwalszczyźnie w miejscowości Szwajcaria, na północ od Suwałk, są takie kręgi kamienne, i grobowce Jaćwieskich  przywódców plemiennych, postanowiłem ułożyć tu taki sam krąg, pod tym najgrubszym drzewem modrzewiem na Suwalszczyźnie.

               Wspomnę, że w książce wydaje po jednej z wypraw pt. “NEPAL” bardzo mnie zainteresowała taka filozoficzna, fraza tycząca się „czarnej kartki”, jako strony zamalowywanej stopniowo na czarno oraz  kwestia „białej strony” pozostawionej jako wciąż otwarte działanie… Poprosiłem artystę o odniesienie się do zawartości tak metaforycznie stawianych zagadnień, które jest bardzo pojemne, co do wszelkiego działania twórczego – Człowiek ma czas na własny  zapis … To bardzo ciekawe!- Poza tym w książce tej, którą uważam za taką wysoce metafizyczną i abstrakcyjną – duchowa dokumentację, jest bardzo wiele takich ciekawych określeń rysunków na bieżąco oraz fotografii oraz spraw, tyczących się naszego wielowarstwowego życia, zarówno zewnętrznie, jak i wewnętrznego bytu pokoleniowego…Poczyniłem też aluzję co do całej książki, bo wydaje mi się, że to właśnie w podróżach – nie wiem, czy właśnie w nich – ukazują się i ujawniają nam takie, lub inne lustra, w których jest widok szerszy na świat, jakby z tej drugiej dotykanej jako cud zupełnie innej strony , że to wtedy nabieramy do siebie ogromnego dystansu i co do egzystencji samej materii i sensu trwania ważnych wszechrzeczy samoistnego twórstwa człowieka…  

             –  Profesor wtedy odpowiedział tak:

    Jesteś artystą, a więc najkrócej powiem ci tak: – Jest pustka – ciemna i pustka jasna. Pustka ciemna dla malarza przestaje być pustką, bo zawiera każdy znak graficzny i malarski w sobie. Natomiast biel oczekuje, i gotowa przyjąć wszystko…Tak to trzeba rozumieć. Poza tym dopowiem, że człowieka zawsze interesował sam mechanizm świata…Jednakże uświadomienie fenomenu śmierci było już tym co ostatecznie stworzyło człowieka pełnego…”  

               Muszę powiedzieć tak – otóż twórczość tak szeroka i pojemna jak Andrzeja Strumiłło wyrasta przede wszystkim z relacji takich jak: natura i kultura, pierwotność i cywilizacja, przeszłość i współczesność – ale co ważne! –jest to ta  pierwsza i ostatnia interesująca na wskroś Jedyna, bo jest w niej zawsze życie i śmierć, jest sacrum odkrywane na nowo i profanum życia codziennego. Czytając tak ciekawe kwestie człowiek musi wartościować i obrazować własne wnętrze po swojemu, mając wzorzec potwierdzony absolutnie „na żywo” i spisany… W trakcie spotkania profesor pokazał mi gotowe fotosy reprodukcji pt. „PSALMY”, przygotowanych już do druku albumowego stworzonych jakby z  autopsji z własnych wizji w różnych zakątkach świata – zostałem po prostu porażony tą tematyką biblijną na wskroś!

         Psalmy profesora zrodziły się w1998 – to cykl 18 obrazów olejnych, format 180×120 cm powstały w roku, wykonane na potrzeby dźwigniętej z ruin synagogi sejneńskiej. Andrzej Strumiłło namalował wówczas 18 obrazów, na każde okno synagogi. Ze 150 psalmów pozostało 18 tematów. Poświęcił tę

    pracę pamięci Żydów, choć sam nie jest Żydem. W miasteczkach polsko – litewskich pogranicza bywało więcej Żydów niż Polaków i Litwinów razem

    wziętych. Profesor wybierając psalmy kierował się nie tylko ich dramaturgią równoległą do losu Żydów, ale też obrazowością bliską swojej bogatej wyobraźni. Unikał scen zbiorowych. Poza dwulicowym kapłanem, splecioną parą ludzką, zbawionych i potępionych obok siebie, człowiek jest zawsze samotny. Uzupełniają go atrybuty i sama przestrzeń. Człowiek pozostaje zawsze nieokreślony, nie jest ani typem rasowym, ani jakąś epoką. Stoi jakby nagi i ślepy pomiędzy słońcem i księżycem, jak i one z magmy ognistej powstały.

        –  Tutaj postacie są nagie, gdyż trudno było się odnieść do kostiumów z czasów biblijnych. Trudno było odzwierciedlić kostiumy z epoki. Cykl obrazów pt. „Psalmy” poświęcił profesor Pamięci Żydów.

             – Pomyślałem sobie, że można wiele zrozumieć, zaglądając w ten Wielki katalog przeciwieństw w obrębie, których się porusza artysta jako medium, stawiając wiele na przeciw różnym cyklom malarskim jak właśnie te “Psalmy” , (które przedstawiam poniżej oraz reprodukcje z “Apokalipsy” – znane to dokonania artystyczne…

           Pytałem dalej: co pan rozumie panie profesorze w rozważaniu śmierci – walkę, arbitraż, twórczość do upadłego…? – Po namyśle profesor oznajmił: 

        „ – Rozważanie problemu śmierci – oczywiście, zbudowało koncepcję, drogi i kierunku, koncepcję sędziego, koncepcję Tabu i cały szereg rzeczy.. – Człowiek, tak naprawdę, narodził się w momencie, kiedy zaczął się zastanawiać nad tym co dalej, albo nad tym, skąd żeśmy przyszli…Ważną kwestia jest pierwszy pochówek. Badania sądzą, że podobno kobieta neandertalska chowała swoje zmarłe dziecko nosząc je przy sobie dopóty – dopóki tylko mogła! – Pytanie dlaczego? – czy może dlatego, żeby to dziecko nie zostało skonsumowane przez współplemieńców, albo też żeby nie było zjedzone przez padlinożerców, albo w nadziei, że dziecko się obudzi, że ono jednak nie odeszło na zawsze… Ale zwierzę też pewnie nie odchodziłoby od swojej padłej sztuki… Zatem bywa tak, że ta więź, nazwijmy ją emocjonalna, jest trwalsza a niżeli śmierć fizyczna. Na pewno pierwszy pochówek, oddanie szacunku wobec ciała –  jest aktem człowieczeństwa. I tutaj znów musiałbym powrócić do „kręgów kamiennych”. – Ale wracając do twego pytania i do właśnie tych kręgów – jak wiesz dużo podróżowałem do Azji, byłem w zachodniej Mongolii na pograniczu pustyni Gobi, w Ałtaju Kobdo, nad Charausunur gdzieindziej – tam takie kręgi, co pewien czas, spotyka się na opustoszałych stepowych połaciach – to znaki…

            – Czy mogę coś dodać panie profesorze – wtrąciłem – ależ proszę!

     – Otóż  cała odkrywczość duchowa jest ciągiem w przestrzeni i wciąż leży w gestii człowieka od homo – sapiens, wyznacza czas. A kiedy człowiek odziedziczał coraz bardziej wyobraźnię, a później zdobył dzięki niej intuicję czucia zmysłowego – szuka swego prapoczątku i jakby cofa się poznawczo ku całemu sensowi poznawczemu w egzystencji świata. Może pan od siebie coś dodać w tej kwestii? – poprosiłem.

    „– Tak! – My mówimy homo – sapiens, mówimy homo – ludens. Mówimy duch, mówimy ciało. Nasz umysł zapewne nie jest wszystkim. Świętujemy gry, szaleństwa i karnawały. Słuchamy snów i intuicji. Przypadek uznajemy za przeznaczenie. Szukamy jego usprawiedliwienia mnożąc teorie bytu… (tutaj profesor zajada smacznie czereśnie)

     – Znów ruszyło mnie – Ale wyobraźnia, musiała być jednak pierwsza? – dodałem, prowokując do szerszej wypowiedzi profesora – Powtórzę na użytek tego spotkania  słowa Einsteina, że“wyobraźnia jest ważniejsza niż wiedza”- to przecież mówi umysł bardzo ścisły… wyznanie kolejne teorii względności!?

        „ – Wyobraźnia jest potrzebna! – ( kontynuuje jednak profesor) – jest ona ciągłą potrzebą. Nawet ścisły umysł  Einsteina wyznaje, że wyobraźnia zawsze o krok wyprzedza nabytą wiedzę – Napisałem kiedyś w lokalnej prasie tak półżartem półserio, że jesteśmy “dziećmi chaosu” –  Wszyscy się strasznie oburzyli – Jak to?! – my jesteśmy dziećmi chaosu?! – Mogłem powiedzieć “dziećmi przypadku” – skoro przypadek nie jest takim przeznaczeniem? – a jest tylko przypadkiem… Wszystkim bez przerwy mówię, że „betula”, albo inaczej brzoza biała emituje w ciągu sezonu ileś tam milionów nasion, ale z tego wszystkiego wyrastają tylko dwie  – trzy, nowe brzozy. ( w tym momencie profesor wolno i swobodnie kontynuuje jedzenie czereśni i smacznie konsumuje – co jest bardzo sympatyczne) – Czyli ten cały potencjał genetyczny w tym momencie się marnuje – pytam kto w tym momencie zagwarantuje, że akurat – zawsze będą to te, które w całej masie nasion są najlepsze – reprezentują najwłaściwszy zespół cech zdolnych do przeżycia i to w danym miejscu… Tak samo jest z człowiekiem, który emituje miliony potencjalnych nasion dla istot, które mogłyby żyć, przypadek sprawia, że dwie czy trzy istoty po nim przejmują życie, może byłoby ich o kilka więcej, gdyby oddał swoje nasienie w inne łona…”

              – Pamiętam, że spędziłem u profesora kilka dobrych i bardzo cennych  godzin, gosposia podawała nam herbatkę i ciasto… Nic artystę nie nudziło, był jak najbardziej zainteresowany tego typu „rozmową”. Zapytałem go miedzy innymi jakby z drugiej strony: „dziś, chyba najbardziej, mówi się oprócz genów o tak zwanej atomizacji, czyli pewnym kodzie zawartym w genetyce co do różnorodnego życia i jego form w naturze… Kiedyś znajomy mój profesor Teller dał mi taki prywatny wykład na temat atomizacji rzeczy lub Karmy, który w skrócie pragnę panu profesorze przytoczyć, otóż ciało odradza się dla podtrzymania życia natury naszego nie tylko materialnego świata. Otóż on Teller, także artysta malarz były wykładowca na PWSSP w Wrocławiu, snuł teorię, odnośnie swych badań w Ameryce na jakimś znajomym Uniwersytecie co

    do zjawisk odradzania się, głownie co do zachowania  poszczególnych idealnych kształtów w naturze – doszedł do wniosku na przykładzie kształtu płatka śniegu, do tych kwestii…a mianowicie chodzi tu m. innymi o to, że każdy spadający a powstały na skutek określonych warunków z kropli wody w przestrzeni, spadając wolno z określoną siłą przyciągania na ziemię w momencie uderzenia o jakąś krawędź traci np. jedno ze swoich ramion, bardzo ciekawym jest, że obserwując ten płatek dalej zauważamy w krótkim czasie natychmiastowe odbudowanie się tego ramienia w identycznym kształcie jak pozostałe. Biorąc pod uwagę fakt, że

    każdy płatek z pośród miliardów innych ma swój inny kształt i wygląd, zachodzi podczas odradzania się tego ramienia zjawisko wysyłania wiadomości ze środka czyli z centrum o odbudowie ku całości…

    Spytałem dalej profesora: czy to nie jest ciekawe zjawisko, a powtarza się ono u innych, nawet tych żywych mniej żywych istnieniach, ale tylko tych związanych z naturą. Jest ona bardzo silna?

                 Andrzej Strumiłło odpowiedział wówczas trak:  „Natura jest nawet rozrzutna i hojna ale i  bezwzględna. Natura ma przeogromną rezerwę.  Cóż! – ja mogę tu więcej powiedzieć o jej tajemnicach. To bardzo szerokie zagadnienie – Ale opowiem natomiast pewien kawał – w lamajskiej teozofii istnieje zespół ksiąg Tan Dżur i Kan Dzur. Tych ksiąg jest około trzystu – mówi się tam tak : ” ten oto człowiek przeczytał 100 razy Tan – Dżur i Kan – Dżur i milczy – to mądry człowiek!”- Wiedza zawsze rodzi wątpliwości, odpowiedzieć na takie wszystkie pytania jest bardzo trudno, bo można się pomylić. Zatem warto milczeć. Natomiast warto sobie zdać sprawę z tego jaką jesteśmy drobinką i jak płytko, mimo naszej wiedzy, sięgamy i nie wiele wiemy o tym wszystkim, co było zrobione, i jak została wyzwolona ta gigantyczna energia, która stworzyła te wielkie cywilizacje… Zalecam poczytać Scheakspeare’a, a żeby zobaczyć jaką mizerną jest nasza kondycja pośpieszna i gwałtowna tonąca w nadmiarze szumów informacyjnych i w rozproszeniu… Natomiast człowiek działa w swej próżni i jest bardzo samotny, a więc ucieka w jakieś nieznane bardziej tajemne (?) rozkoszne przestrzenie?… chcąc być odmiennym. Jak na przykład Tadeusz Kantor.

    Jemu  przysługiwało takie prawo, z racji Jego oryginalnej i nie banalnej sztuki, o czym on dobrze wiedział…Ja Kantora dobrze znałem. On był takim efektownym francuzem! – a francuska teoria sztuki jest, pełna takichbardzo aluzyjnych i niekonkretnych spostrzeżeń i metafor… Ale skoro już jesteśmy we Francji to powiem, że dzięki Francji, a może nie tyle Francuzom co kosmopolitom zgromadzonym w kabarecie Volteare’a w Zurichu, powstała  koncepcja “dadaizmu”, potem zrodzona z niej koncepcja nadrealizmu- Później “obowiązywał” w sztuce tzw. “słownik surrealizmu”- to jest ostatnie wielkie dzieło tego wieku, które we Francji zostało wyprodukowane… Bo filozofia egzystencjalizmu Sartra, to już jest coś całkiem innego “słownik nadrealistów” – to cała grupa poetów takich jak ; Eiuard, Aragon, Apolinair’e, Jakobs… To wszystko są ludzie, którzy właśnie wtedy, w tym wspomnianym okresie, stworzyli Coś!- co jest tym ostatnim obrazem Francji – A potem koniec z tym centrum… Nie tak szybko doszło to do Ameryki! – w Ameryce była tylko jedna oryginalna Szkoła Pacyfiku Jacksona Pollocka, ale dopiero jak Hitler wypędził Bau- hauserów z Europy pojechał do Ameryki Albers, i pojechali inni. Ameryka, jako centrum sztuki, to dopiero lata czterdzieste, czyli połowa ubiegłego wieku, kiedy zaczęło się coś tam w sztuce dziać… I trzeba jasno powiedzieć, że płótna Albersa były pierwszymi obrazami abstrakcyjnymi w Ameryce. To jest ważne! – Do tego czasu w Ameryce była górą ich sztuka rodzima, trochę ekspresji i trochę ilustratorstwa – Dopiero potem Pollok, Kooning, Rothko, Albers – poszli do przodu, później przyszła tam druga fala po londyńskim pop – art – cie . Pop – art. wpierw narodził się w Wielkiej Brytanii, a dopiero później Ameryka poszła za tym uderzeniem. I dopiero wtedy tam się urodziła sztuka Lichtensteina, czy sztuka Rosengista, Warhola, sztuka Ameryki, zrodzona z reklamy. I jest to sztuka ludowa – Zaczęto produkować po 500 sztuk różnych odbitek, które ledwo zdążył artysta podpisać a już przystępowano do następnej serii.  Amerykanie kupowali w hurtowych ilościach sztukę z Europy – to szło i szło, także w cenę – i to oni stworzyli rynek sztuki.”

         Odniesienie się do tego cybernetycznego bumu komórkowego, elektro – techniki, i wszelkich innych nowinek laptopów, smart-fonów, które ekspresowo zalewają świat, właśnie z tamtej strony, zza oceanu z Japonii zastanawia… Zaczynamy się pytać własnej wyobraźni – czy to w jakimś momencie, nie zakłóci, nie zagłuszy wszelkich działań w obrębie sztuki i bytu duchowego naszej epoki? – bytu ,który jest już i tak bardzo poskromiony duchowości i świeżości… Zasugerowałem dalsze pytania profesorowi: na pewno zastanawiał się Pan nad tym właśnie stąd, z tego miejsca, z Maćkowej Rudy z takiego właśnie dystansu… co pan o tym sądzi?

         „ – Zastanawiałem się, nad tym wszystkim co muszę robić – A muszę korzystać z tego “dobrodziejstwa”- mam obowiązek. Aby realizować pewne projekty – muszę pracować na komputerze – Jeżeli projektuję graficznie książkę to muszę transponować tekst i grafikę – Jest to nowe narzędzie pracy, którego nie zastąpi nic, i jak każde inne narzędzie wymusza pewien język – na pewno tak! – no i pewną poetykę – na pewno tak, choć dla mnie obcą. Jak widzę co robi Horowitz ze swoją fotografią, czy co robi się dzięki cyfrowej technice z filmami w Ameryce, której efektami zachwyca się mój wnuczek – To się dla mnie nie daje oglądać w spokoju – natomiast sama ingerencja tych, czy innych, nowinek techniki – np. aparatu cyfrowego jest naturalna…Aby zastosować zupełnie nowe narzędzie dla uzyskania pożądanego efektu, należy nad nim panować…”

             Tak! – Andrzej Strumiłło jest też artystą pogranicza żywiołów, ukrytych w naturze i w duszy człowieka. Jest medium, które patrzy w człowieka, w jego powiązaniu z przyrodą, traktując zachodzące na tej płaszczyźnie różne relacje

    jako cel, jako wyraz odwiecznego współistnienia, inspiracji i odpowiedzialności – Powiada, choćby w niejednych ze swoich książek tak : ” Przyroda uformowała człowieka, jesteśmy jej dziećmi. Nawet nasza wyobraźnia i system wartości estetycznych zależą od przyrody…” –

            Udało mi się wówczas namówić mojego Szanownego i bardzo Szacownego „Rozmówcę” o piękno kamienia i wnętrze kamienia, o jego zbitą strukturę i czas, w codziennym rosnącym czasie i całej metafizycznej sferze stosunku człowieka i jego bytu stworzenia i znaczenia oraz do kwestii natury… Kamie jest wielką pojemnością – może on być wnętrzem, takim jak… jakaś przeogromna ogromna sala… Doprawdy, bardzo dużo można powiedzieć o kamieniu, o jego miejscu w przyrodzie jako związku z czasem… Zapragnąłem namówić artystę do wypowiedzi  na temat istoty kamienia, żeby przytoczył jakąś ciekawą inną podobną sugestię, i ustosunkował się do kamienia, tak jak to zrobił ongiś poeta klasyk współczesny Zbigniew Herbert w swoim wierszu „Kamyk”.

         – Pamiętam profesor i podróżnik odpowiedział wtedy tak, (a odpisałem tę wypowiedź z nagranej rozmowy na dyktafon):

              „Nikt z nas, ludzi myślących, nie może zmusić do tego, żebyśmy rzeczy oglądali tylko z jednej strony. My możemy spojrzeć na kamień w różny sposób : – jak na swego brata, jak na swego wroga, możemy patrzeć na kamień jak na rzecz martwą , jak na rzecz żywą, jak na świadectwo historii, czy czasu, trwalsze a niżeli nasza historia- ta licząca się od dnia naszych urodzin – Kamień trwa! – i śmię powiedzieć, że jest znacznie mądrzejszy od nas, bo niewiele mówi – My natomiast, żyjemy krótko – a mówimy dużo. Kamień żyje bardzo długo i też mówi, ale mówi zwięźle, krótko i w sposób powiedziałbym monumentalny. On też zawiera informacje, które możemy odczytać znając szyfr, czy będąc odpowiednio wrażliwi… Azjata post – buddyjski chciałby widzieć kod i cały porządek rzeczy nie tylko w istotach żywych, ale w każdej drobinie materii, bo ona jest odbiciem porządku naczelnego…W różnym stopniu ważne jest to co dzieje się w nas, i to co się dzieje w kamieniu. To jest ładunek energii Stwórcy. Jest to cząstka Boga – cząstka “Ra” jak to się nazywa w buddyźmie – Stąd problem w jakim stopniu dusza nasza jest zmonopolizowana. Powstaje pytanie – czy tylko człowiek może mieć prawo do posiadania duszy? – Egoistyczne zarozumialstwo człowieka podporządkowuje sobie ten aspekt. Mówi się, że wszystko co ludzkie jest stworzone na obraz i podobieństwo Boga. Ale musimy pamiętać o tym, że zacna Biblia nie jest jedynym zapisem dziejów o świecie, który mówi o potrzebie istnienia nadrzędnego Sprawcy Wszechświata, który mówi o istnieniu Takiego – czy innego etycznego Porządku… Dlatego też, mając taką świadomość, ja nie jestem zwolennikiem wyznawania religii “X”- czy “Y”,  za jedyną sprawiedliwą czy słuszną. Przestrzegam – trzeba, i warto o tym zawsze pamiętać.”

          – Dodałem wówczas: – „Czy wyznawanie takiego poglądu tzn. równania rzeczy martwych z żywymi, nie staje na pograniczu jakiegoś pogaństwa? – bo jednak w pewnym momencie człowiek homo – sapiens zaczął odróżniać, i to bardzo wyraźnie te rzeczy klasyfikować…zwłaszcza, gdy mocniej już się uduchowił, powiedzmy w czasach “Starego Testamentu”, czy rozwoju sztuki Renesansu, albo Secesji…”

           Profesor  odpowiedział:  – „Nie – nie! – Bliższy jestem koncepcji teozoficznej. Takie rozumienie świata porządkuje, i tłumaczy nam bardzo wiele innych rzeczy, kiedyś tutaj u mnie nawet dyskutowaliśmy o substancji miłości, która daje nam taką zmysłową przyjemność w momencie szczytu, w momencie osiągnięcia punktu kulminacji – Ta wielka przyjemność, rozproszona w miliardach aktów na całym świecie, w całej naturze przyrody – bo przecież i ta jętka, i komar, i żuczek, i piesek, i my wszyscy, poczynając nowe życie, rodząc w taki czy inny sposób, doznajemy wielkiej chwili – wielkiej przyjemności… i ta ogromna koncentracja rozkoszy, to właśnie był ten Wielki Wybuch ze strony Demiurga. Ta rozkosz, się rozproszyła i trwa non – stop we wszystkich komórkach żywych, i długo będzie jeszcze trwać dopóki nie wyczerpie się energia rozkoszy Boga, który w tym wielkim akcie, erekcyjnym stworzył wszechświat…”

         Otóż ja przytoczyłem taką kwestię: podziwiam, i rozumiem określenie naszego polskiego kosmonauty, a jednocześnie, jako spostrzeżenie, bądź co bądź człowieka, któremu były system komunistyczny nie zezwalał na myślenie o Bogu, zwłaszcza tam w wysoko w przestworzach, a jednak – się nie oparł !

          – Powiedział mi kiedyś kosmonauta Mirosław Hermaszewski, gdy chciałem pozyskać do swej książki, między innymi te słowa, że „dopiero jak się zejdzie stopami na Ziemię z tego wehikułu, wymyślonego przez umysł człowieka, kiedy się stanie tutaj nisko, po obejrzeniu tych przestworzy w innych światłach – Tam, gdzie bliżej do Boga, dopiero wtedy docenia się tę moc i siłę Stwórcy przestrzeni, a w tym Wielkość i Jego przeogromną moc sprawczą Nie można tam pozbawić się myśli o Stwórcy…”  – Ja tę kwestię przytaczam czasem, kiedy idzie o Boga i natchnienie Ducha… Aż strach pomyśleć, że kosmonauta patrzy w oczy Boga – jako umysł ścisły i techniczny – a co na przykład namalowałby wybitny artysta plastyk – panie profesorze? – gdyby to zobaczył, i po powrocie stamtąd zszedł na Ziemię? – Pragnę nawiązać jeszcze raz do sfery namalowanej Apokalipsy i Psalmów, które namalował profesor Andrzej Strumiłło, był jak wspomniano  namalował był 18 obrazów, jako odniesienie   do zawartości Pisma Świętego – to było nie lada wezwanie!

         – Pamiętam był tam taki Psalm, do którego odniosłem się w Maćkowej Rudzie, który jakby wprost pyta: co nam pozostanie, jeżeli my znajdziemy się w katastrofie – skrzydła nam odpadną jak mitycznym bohaterom greckim – pozostanie nam tylko odlitwa i ufność w opatrzność oraz ten ostatni ratunek boski?… Co szybko uzupełnił profesor Strumiłło: „ Skrzydła, biologiczne

    elektroniczne, i mechaniczne – wszystkie skrzydła, jakie człowiek sobie przyczepił odpadają, stoimy całkiem nadzy, spadamy na dno czarnej dziury. Modlitwa, oto co nam jeszcze pozostaje… Są to moje wszystkie obrazy do “Psalmów”, które tłumaczył  też Miłosza. Namalowałem obrazy które jakby wyczerpują “Apokalipsę” do wizji Miłosza. Znów sięgnął po reprodukcje przerażających obrazów – oglądałem dokładniej – przepiękne zmysłowe prace profesora, na kredowym papierze, format A-3, dwadzieścia stron. A profesor je komentował dalej tak: „To jest, jak widzisz, Alfa i Omega, bo Bóg Ojciec jest nieprzedstawialny – A tu są te : pierwsze kościoły- Efez, Smyrna…Tu Leodycea, jest też “Nowe Jeruzalem”, i “rzeka światła i złota”. A tu są “Bramy z pereł ” z Archaniołami, i “dwanaście szlachetnych kamieni”, tworzących fundament – a tu jest to drzewo, które rośnie po obu stronach rzeki, to są wszystkie greckie imiona Chrystusa – Chrystus Bazyleus… A to jest część dyptyku “Sąd ostateczny”- A tu jest “Szarańcza apokaliptyczna”, która zasłoniła słońce. Szarańcza jest skrzyżowaniem skorpiona i kobiety… A to jest “Tron Władcy Babilonu” budowany był na językach – na kłamstwie, pochlebstwie, i krzywoprzysięstwie.( oglądam przepiękne, duże kolorowe, kredowe reprodukcje obrazów “Apokalipsy” profesora) – To wszystko były obrazy olejne dość duże , a teraz są wystawiane, w salach Zamku w Malborku w dobrym towarzystwie bo obok grafik Albrechta Durera. Ale ja mam obecnie bardzo dużo innej różnorodnej pracy nad książkami… Poza tym jak widzieliście, buduję galerię autorską tu na terenie mej posesji, gdzie będzie można oglądać różne moje obrazy i grafiki, które spakowane czekają na swe miejsce, ciągle jeszcze maluję obrazy. Pracuję tez nad scenografią do Opery “Orfeusz i Eurydyka” w/g Ch. W. Glucka dla Opery Wileńskiej. Będzie ona wystawiona w Wilnie na ogromnej scenie. Nie tak dawno zrobiłem dla Białegostoku “Wiśniowy Sad” Czechowa.”

           Pozostaję wciąż pod wrażeniem nie tylko tych obrazów z Apokalipsy, którą oglądałem przy komentarzu Andrzeja Strumiłło – To co idzie za takim wyobrażeniem jest przeogromną wiedzą, a jednocześnie jest to jakby układanka twórcza z dziejów człowieczeństwa, żeby powstały takie obrazy! – jako pewne skróty i metafory do całej Apokalipsy potrzeba wielkiej wnikliwości, a nawet pomyślunku na osobna GALERIĘ!.

            – Otóż wiele razy było tu przywoływane Wilno, do którego stąd profesorowi nie tak daleko na kontakty artystyczne oraz odwiedziny, biorąc pod uwagę, że jest urodzony na Antokolu w Wilnie, co też wspomniałem… Poprosiłem, żeby profesor – artysta przybliżył te kontakty – spotkania, wspominał, ze tworzy dla Opery w Wilnie ale co jeszcze? – może nawiąże do swego przyjaciela i bywalca Czesława Miłosza w tutejszym uroczysku i siedlisku, który bywał tu sam i z synem – pływał po Hańczy, która rozciąga się za murem siedliska – czekałem – sugerowałem, może by opowiedział  jakieś ciekawostki? – No, i może zechciałby także wspomnieć o innych przyjaźniach artystycznych…

        „ Tak! – bywał, pływał tutaj łodzią ze mną po Hańczy. Bywał tu często sam, a czasem z synem i bardzo mu się tutaj podobało, mówił wprost ; “gdybym był co najmniej kilkanaście lat młodszy- to bym tutaj na pewno kupił ziemię i bytowałbym tak samo jak i ty Andrzeju”.Poznałem Go np. z Krzysiem Czyżewskim, szefem czasopisma “Pogranicze” – O! – Miłosz siedział – tutaj – o tutaj (profesor pokazuje na krzesło, na którym teraz siedzę za stołem) a Krzysio klęczał przed nim, wręczając jemu swoją pracę magisterską pt. “Poezja Miłosza” – Czesław wtedy się ogromnie wtedy wzruszył, mrużył swoje krzaczaste brwi i klipał powiekami, pamiętam wyciągnął kartkę papieru, i przy tym właśnie stole napisał tak :“Daruję Waści Krasnogrudę”, na którą, dodam –  obecnie nasi luminarze kultury nie chcą dawać pieniędzy – Poczynię tutaj dygresję – to właśnie ci, albo podobni do nich, nie chcieli pochować Miłosza na Skałce. Oni uważają, że Miłosz to jest litwomanem i wątpliwym poetą, agnostykiem, może nawet komunistą – a także przyjacielem Gedroyca – a jak wiemy sam Giedroyć był antyklerykałem. Siedział w Paryżu i pisał, do nowo powstałych rządów sugerując im prawidłowy stosunek do naszych wschodnich sąsiadów, i Rosji… i takie tam różne rzeczy, o których nam wszystkim wiadomo… Co się tyczy samego “Traktatu teologicznego” – Miłosza, są tam różne treści, które nie podobają się zainteresowanym Miłosza – Podobnie jak i wypowiedzi do polskich i litewskich środowisk… No, i jak już pytasz, co do innych moich kontaktów, – owszem! – znałem Herberta, którego, jakoś tutaj przy Miłoszu, należy z szacunkiem wspomnieć – Mówiło się ongiś o jakimś konflikcie pomiędzy Miłoszem a Herbertem – ale to komercja! – Miłosz miał taką lekką rękę w życiu, bo był wpierw dyplomatą,  bo pochodził z rodziny lepiej ustawionej historycznie z koneksjami wuja Oskara Miłosza, który był litewskim ambasadorem… A Herbert, kiedy Go tu w latach pięćdziesiątych spotykałem, był skromnym, normalnym człowiekiem, o którym się wiedziało, że pisze wiersze – ale nie wydaje się Go, w tamtych czasach pozycja Miłosza i Herberta była całkiem inna, co zresztą tak pozostało… Spotykałem się ze Zbigniewem  Herbertem, w czasach kiedy on był jeszcze bardzo młodym człowiekiem, a było to nawet w Olsztynie na Zamku u Skurpskiego. Trudno mi oceniać dziś jednego – czy drugiego poetę – ale powiem, że chyba wyżej cenię dojrzałość i spokój Czesława Miłosza. Herbert jest na pewno bardzo dobrym poetą, ale Miłosz jest jeszcze oprócz tego filozofem w tym co pisał i robił, jest jakby pełniejszym człowiekiem, jest instytucją kulturalną oraz ciągłym nieustannym ambasadorem Polski.

    Obaj są warci dobrego miejsca w Literaturze Polskiej i dobrze, ze tak się stało. Ale w żadnym razie nie należy przesądzać i gloryfikować np. wyłącznie Herberta. Z Miłoszem, prócz tego, wiążą mnie jeszcze inne rzeczy. Otóż jego brat Andrzej Miłosz był dokumentalistą Czesława i Jego echem, a więc Andrzej był żonaty z Grażyną Strumiłło, również z tych Mińskich stron. A moja rodzina pochodzi właśnie spod Mińska, gdzie od setek lat siedziała w tej ziemi. Mama moja pochodzi z Auksztoty, a dziadek mój miał zaścianek Sudaty, który sąsiadował z Zułowem Piłsudskich – Piłsudscy byli sąsiadami mego dziadka. Mama moja była chrzczona w Cejkinach na Litwie, a ja urodzony w Wilnie. Natomiast ja Maćkowej Rudzie żyję od 1985 roku. Dużo ludzi tutaj przyjeżdża – znanych, mniej znanych – pytają, nawet zza granicy aż dziw bierze, że nawet z Japonii – mój dom jest zawsze otwarty…”

           Będąc na siedlisku w Maćkowej Rudzie u profesora Andrzeja Strumiłło należy zwrócić uwagę na przydomowy Park, po którym oprowadzał mnie, jako podróżnik. Jak opowiadał z każdej podróży przywoził szczepki lub małe drzewka, zasadzone za każdą wyprawą jako poplon ich sadzonki bija różnorodnością – każde drzewko jest inne, niektóre mają między gałęziami włożone otoczaki średniej wielkości, żeby się rozgałęziały na boki.

    – Dodałem niepokornie: dotykał pan także murów tylu starych wspaniałych i okazałych świątyń, w miastach i wsiach, dotykał pan tzw. stiup, pabied. itp. miejsc… Dziś jest pan u siebie, tak blisko kochanego Wilna. Tutaj  nad Czarną Hańczą – jak się ma do tego hodowanie arabskich koni? –  Przeszliśmy do stadniny, gdzie zobaczyłem konie, inne była na pastwisku.  

    –  Pamiętam jak dziś profesor pokazywał wcześniej z  dumą obraz oryginalny autorstwa  Juliusza Kossaka, artysta Juliusz z rodziny znanych Kossaków namalował matkę rodowodu hodowli koni arabskich Strumiłły o nazwie “Mlecha” – namalował ją w 1845 roku.  Trzeba dodać, że konie pana Andrzeja wielokrotnie brały udział w wyścigach oraz były championami – zdobywały Nagrody – Tulił się do koni i poklepywał….

          – Przeszliśmy później do jego własnej autorskiej pracowni malarskiej, pokazywał obrazy i autorskie projekty – na moja sugestię podarował mi jeden rysunek tuszem. Jest pan szczęśliwy panie profesorze? – zapytałem nagle – Andrzej Strumiłło, jak pamiętam – wysnuł taką mniej więcej definicję na swoje szczęście
             ”Widzisz Zbyszku – ja po latach doświadczeń zdaję sobie sprawę, w pełni z tego, że wciąż uczestniczę wciąż w takim dramatycznym spektaklu, rozsuwając, kurtynę ciemności, która ma ukazać prawdę pełną, a odsłania wciąż następną kurtynę…To szczęście, o które pan mnie podpytuje, może mieć 
    różne oblicze, czasem nawet dramatyczne… Po pierwsze – bardzo dokucza człowiekowi wrażliwemu taka słabość własna – ile można by było jeszcze zrobić, a ile jeszcze należy z takiego niepisanego obowiązku… Wystarczy wziąć jakąkolwiek książkę lub album i zobaczyć ile zostało zrobione, ile gigantycznej energii w to poszło, ile zrobili także inni zainspirowani… Ale cieszę się, że hoduję konie arabskie, to moja inna wielka miłość – mam obecnie piękne źrebaki – rosną u boku swych matek.

           – Powróciliśmy znów do chłodnego saloniku na zapleczu na herbatkę, czułem wyraźnie, że czas kończyć i wracać, bo rofesor już zmęczony…ale jeszcze pokazuje mi książki i m komentuje:

          – „A tutaj proszę przeczytać, to od Miłosza…” ( czytam, na specjalnie wykonanym niebieskim etui, z publikacją wydruku “odnalezionego” wiersza w archiwum Iwaszkiewicza, jest u dołu dedykacja ręcznym pismem – i podpisano :…z przyjaźnią Czesław Miłosz… ale Pan Andrzej dalej kontynuuje…)

                        „ – Ten wiersz był kiedyś dedykowany żonie Iwaszkiewicza, a dotychczas nigdzie nie był publikowany… Mam wiele książek Czesława oraz od innych moich przyjaciół współczesnych, jak : Tomas Venclova, Tadeusz Różewicz…”

              – Oczywiście – muszę teraz dodać, że wcześniej przed tym zamierzonym i znamiennym spotkaniem obcowałem z książkami i malarstwem profesora Strumiłło –  Odświeżyłem swoją różną wiedzę o artyście co mu się zresztą spodobało i chyba to czuł – I jak tak patrzę – absolutnie wszędzie, czego się podejmował jest w tym szerokim działaniu : wiedza, filozofia i ogromna “Potęga smaku” – i jakbym mógł przywołać dalej tutaj Herberta, to tylko dlatego, bo zaraz wydaje mi się, że gdzieś czyhał tutaj we mnie Jego “Barbarzyńca w Ogrodzie” przydomowego parku –  Natomiast bardzo wiele duszy jest w książce “NEPAL” i w dalszych albumach. Poezja bardzo oryginalna wydana w dwu dużych zbiorach pt. “JAK” i “MOJE” jest tak głęboka i mocno zmetaforyzowana, bo jest jednocześnie pisana z dużego dystansu do świata, którego dotykał profesor stopami Boga, pisana swoim pielgrzymowaniem do bogatych kultur świata, o różnorodnym obyczaju, co zresztą pokazują także inne książki artysty, po prostu – zwykły człowiek robi się taki malutki… I co najważniejsze! – jest w tym działaniu wciąż wielka świeżość i energia, a jednocześnie tak sensorycznie rozkładający się zmysł w różne kierunki i wielka namiętność w tym działaniu mimo wieku… 

         –  I pamiętam jak profesor , na taka moja sugestię kontynuował dalej: „W Nepalu byłem 4 razy, odbyłem 11 podróży do Indii. W Chinach byłem 4 razy, i przejechałem całe w czasie “Rewolucji kulturalnej”. Byłem czterokrotnie w Mongolii, z Chabarowska przywiozłem niedźwiadka “Mińkę”. Byłem a Japonii, Tajlandii w wojennym Wietnamie, Turcji, Syrii na Kaukazie, w wielu krajach Europy… Niestety nie byłem tylko w Australii. Australia jest oczywiście kontynentem nowym, nie posiadającym historii… Powiem, że ja nawet do Afryki nie chciałem jechać…  Moje wszystkie wyjazdy, z wystawami, i wszelkie podróże były podjęte świadomie. Do Wenecji pojechałem ze swoją wystawą, i dużo po Włoszech wędrowałem – to piękny kraj. Przeszedłem pieszo całą Sycylię. Wszystko udokumentowane jest w wielu różnych katalogach, skryptach i książkach… Szkice, literackie i graficzne oraz fotografie stanowią dokumentacje podróży. Osobny zbiór sztuki i przedmiotów kultury materialnej dalekiego i Środkowego Wschodu trafiło do Muzeum Azji i Pacyfiku w Warszawie

    oraz do Muzeum Etnograficznego w Krakowie. ( tu profesor komentuje dalej i podpisujejednocześnie mi najnowszy katalog pt. “Indie”, z różnych swoich podróży po Indiach) 

    – Mogliśmy jeszcze długo snuć opowieść o całym działaniu interdyscyplinarnym i osobowości profesora Andrzeja Strumiłło – nie był bardzo zmęczony a raczej odprężony – to ja, jak to się mówi „dostałem w kość”. Miałem jeszcze wiele pytań, ale nie mogłem nadużywać gościnności profesora. Pożegnałem się z profesorem – nieco zmierzchało, a musiałem dojechać na nocleg nad Jezioro Wigry,( gdzie artyści zjeżdżają i mają swoje twórcze cale jak pątnicy). Do dziś jestem pod ciągłym wrażeniem tego niesamowitego spotkania. Umówiliśmy się na następne spotkanie – profesor zapraszał, a to przecież przeurocze i sympatyczne miejsce na spotkania. Przy okazji tych niesamowitych odwiedzin pojąłem wiele rzeczy, czym nie mniej szczerze się dzielę z Państwem.

    Ps. Tekst wytłuszczony jest konkretną wierną wypowiedzią profesora Andrzeja Strumiłło, zarejestrowany na dyktafonie przy spotkaniu, jako nagrana „rozmowa artystyczna” przepisany autoryzowany – użyty w mej książce pt. „Między mythos a sacrum”.

         Zbyszek Ikona – Kresowaty

  • Światowidzenie (rzecz o działaniu twórczym Pauliny Knyziak – Niezgodzkiej z Krakowa)

    Paulina Knyziak- portret wykonał Zbigniew Kresowaty

    Podczas pobytu w Krakowie wpadł mi w ręce tomik poetycki Pauliny Knyziak – Niezgodzkiej, okraszony jej pracami malarskimi. Zarówno poezja jak i malarstwo jej szczerze mnie wówczas poruszyło…

    Przeniosły mnie te działania w świat niecodzienny. Oryginalne obrazy akrylowe bardzo wspaniale kojarzą się w tomiku z poezją pani Pauliny jako poetki. Okazuje się już nie raz, że plastycy są także poetami, lub na odwrót. Przeważnie bywa to tak, że twórczość literacka jest łączona w jedno działanie twórcze. Nie pytałem artystki, nie dochodziłem, czy kończyła szkołę plastyczną – dlatego, że obrazy pokazane w jej książce wystarczyły do wystawienia jej kwalifikacji pozytywnej ku szerszemu zainteresowaniu…

    Zatem przyjrzyjmy się bliżej tej metafizycznej twórczości malarskiej, jednocześnie bardzo osobowej wypowiedzi malarsko – plastycznej.

     – Na początku chciałbym przytoczyć – a nie bez kozery – wiersz Pani Pauliny, pt.


    „Światowidzenie”:

    Ile jest miejsc nieznanych,
    dla których intuicja
    Columba to za mało

    na wschód od pradawnych
    archetypów, symboli

    nowe rewolucyjne idee spokojnie czekają,
    by dać się nagle odkryć,
    zburzyć stary ład…

    niewidoczny dla oka równoległy świat…
    nieskończone wymiary, powielane
    przestrzenie
    czas jeszcze bardziej bezwzględny niż
    w teoriach,
    wzorach…

    uniwersalne prawdy starannie ukryte
    chodzą za nami jak uparte cienie,
    tak blisko wszechobecne…
    że aż ich nie widać
    odkryciem przypadkowym
    zdemaskowane,

    lub iluminacją genialnego umysłu ujrzane,
    a potem dokładnie zważone, zbadane
    na nowo odmierzają realny życia czas…

    malują obraz świata bez granic poznania
    osłaniając kolejną świętej wiedzy twarz,
    która patrząc na wszystkie strony prawdy
    dalej wie, że nic nie wie…

    (…)

    Otóż to tylko fragment wiersza z tomiku wierszy, cały ten zbiór poetycko malarski – gdzie metaforyka autorki podąża jednym torem i gra jak w nieznanym teatrze, wydaje się być bardzo interesujący i ważny dla malarstwa.  Można tutaj już na wstępie parafrazować opowieść o bycie człowieka od poczęcia ku każdemu bezkońcowi. Poetka swobodnie przechodzi w zawartość semantyczną. Taka kreacja tym samym staje się niecodziennym zjawiskiem, niezwykle odważną imaginacją, jak na osobowość i wdzięk kobiety. Staje się na pewno jakimś ukrytym przesłaniem (?) – zatem przejdźmy w głębsze sfery tej kreacji, choć o poezji pisanej nie chcę w tej chwili mówić, a o jej malarstwie, jego zawartości, które dopełniają metafor słowa poetyckich.

    Już w podtytule tomiku poetyckiego czytamy – „wariacje na temat człowieka”…

    A więc widać je również w malarskich tym bardziej wyraźnie. Obrazy w tomiku są wspaniale zreprodukowane na papierze kredowym, są jakby zakładkami do tekstów. 

    Jak wspomniałem na wstępie – są to obrazy bardzo poruszające wyobraźnię odbiorcy i jednych odbiorców mogą zachwycać innych oburzać, a jeszcze innych mogą intrygować. Natomiast mnie te prace poraziły swoja zawartością – ,,Światowidzenie“ to zbiór wizji i objawień – zawartych w  pobudzających sekwencjach do wielu pytań…  odnosi się wrażenie, że to zbiorowy ikonny stan – pozy naznaczone jakimiś wizjami apokaliptycznymi i spiżem. To spiętrzenie wielu przeróżnych wnętrz, które – chociaż splecione, jak gałęzie jednego ogromnego drzewa (dajmy na to) z „Księgi Rodzaju” – wzajemnie się uzupełniają, wręcz mocują się i prowadzą szeptliwy dialog z sobą. Postacie te jakby grają swój „teatr obcowania” z zaszłości, pochodzący jakby z ,,Rzędu Dusz” Jerzego Grotowskiego i z późniejszego Laboratorium. A także z Teatru „Pantomimy”  Gestu i Ruchu twórcy H. Tomaszewskiego.

    Spoglądając na te wizje człowieczego stanu można odnieść wrażenie, że przybyła do nas na ziemię jakaś trupa spoza Nieznanego Wymiaru i objawia się jak wszech -duchowy tajemniczy stan do nowego odczytania życia…

    Przedstawiane postacie są jakby spoza naszej sfery fizycznej, pokazane w różnych konfiguracjach, w pozach z krzywymi twarzami, z połamaną, czasem pokraczną cielesnością może nawet rodem z Beksińskiego. Twarze z otwartymi, a jednocześnie zamkniętymi powiekami i ustami, wytrzeszczonymi, krowimi oczami… patrzące czasem przez zamknięte głęboko oczy lub widzące bez widocznie jasno…

    Parafrazuję te swoje patrzenia i mataforyzuję także jako twórca i odnoszę wrażenie jakbym był obecny na festiwalu „uciszonych” –  czy to nie aby „Umarła  Klasa”, przywołana ze znanego teatru?

    Niektóre z tych postaci wołają wchodzą w siebie, inne, jak na obrazie Muncha „Krzyk”, spoglądają z ukośnych skrzydełek brwi, jak u Witkacego, jeszcze inne splatają swoje dłonie w dramatycznym, bezwolnym, narkotycznym geście spowolnienia. Ongiś pewnie tworzyły jakiś byt – niebyt? – dziś są znów gotowe  partycypować w odejściu.

    Tutaj zbiorowo pozują na zawsze, inne jakby ku przestrodze na przyszłość niepewną mruczą. Ten świat trwa jakby na pograniczu fizyczno – duchowym, przenika się i trwa non – stop, jest bez kurtyny, odbywa się „na scenie tak małej”, za grzechy nasze i innych, za zawinione krzywdy w ogromnej samotności: tak już było! – Świat rozpleciony z warkocza czasu… jest tutaj JEDNIĄ – Był i jest jednym wielkim czasem z atrybutem odciśniętego cierpienia, czasem, który wychodzi z mroków i swą wstęgę – zasłonę dymną ciągnie za tajemniczy horyzont popełnionych zdrad, choćby w holokauście…

    W górnych partiach nagromadzonych postaci, jak na szczytach, widzimy „spiętrzenia kopuły”, przejścia, drabiny, secesyjne bramy ku dalszemu  oczekiwaniu… Jakiś zbiorowy taniec? Widać, ta epoka w historii sztuki i literatury dla Pauliny Knyziak Niezgodzkiej ( jako poetki i malarki) jest czymś bardzo ważnym. No cóż, to jej tajemnica wewnętrzna, tajemnica odgadywania i pojmowania świata oraz otaczającej nas wiedzy, przechodząca dalej i głębiej w interpretację duchową! –  W tym malarstwie jest tych tajemnic naprawdę wiele.

    Te obrazy, tworzone w akrylu na płótnie – mają, co warto wiedzieć, też bardzo osobliwe tytuły, przywołujące metafizyczne skojarzenia z tzw. echa epickiego, np.: „Ecce homo”, „Efekt Galatei”, „Daimonion”, ,,Dysonans poznawczy”, ,,Katabaza”, czyżby to wielka tajemnicza wyprawa w zaświaty”?

    Czytelnik i odbiorca tego malarstwa i poezji może mieć wrażenie, że każdy jest pewnego rodzaju remedium na wszechistnienie.

    Wydaje się, że malarka i poetka osobowo przechodziła przez kolejne metamorfozy „na żywo” i bardzo ekspresyjnie wewnętrznie: już jako dziecko patrzyła na świat inaczej, choć obsypany był światłem, które teraz załamuje kolory a tym samym uskutecznia dojrzałość tworzenia.

    Obrazy są kolorystycznie bardzo soczyste. Widzimy tu niebieskie twarze, fioletowe postaci, na tłach rodem z Raju, których nie sposób pominąć tzw. „trzecim okiem” – To postacie przywoływane z mroków… z dymu, spoza zasłony sinej okazujące i  trwogę i nadzieję na  oczekiwanie  wspomnienia z przyszłości… pokryte światłem kolorów – świecą. Innym razem to, być może gestykulacja opętanych postaci.

    Odczytuję te wizje tworzone jakby na wskroś za jakąś zbiorową winę, bo uzmysławiają one że byt nasz rozciąga się dalej i szerzej się ściera okrutnie.  Ale ta nasza obecność jest bardzo wrażliwa; choć na konstrukcji i szkielecie kostnym zbudowana – ukazana bardzo zmysłowo. To działanie plastyczne, antropologicznie – humanistyczne ujęte, nawiązujące szerzej w meandry człowieczeństwa. Spójrzmy głębiej na świat kreowany przez artystkę, zauważmy że zawsze na pierwszym planie dostrzegamy zawsze człowieka i jego powłokę, jego głęboki wzrok, a  inne cechy są jakby zatrzymane w wielu stop-klatkach. Gdyby je połączyć- zgrać i uruchomić, zobaczylibyśmy bardzo interesujący film od sennych przeżyć po śmiertelne stany, opowieść to o brzydocie świata zewnętrznego, choć jawi się on nam zawsze żywą niezwykłą piękną dziejbą.

    Wchodząc dalej pomiędzy postacie, przebijając się przez warstwy i ich gęstwinę, przez tkanki ścian – można odnieść wrażenie, że w przeszłości ów człowiek został pokonany  fizycznie, a nawet sponiewierany i upokorzony, lecz żyje i mocuje się na nowo, w poczęciu, niesie swoje katharsis z własną duszą, z własną odrębnością. Każdy obraz jest tutaj pytaniem samym w sobie i odpowiedzią.

    Proszę pozwolić na dalsze odniesienia metaforyczne i parafrazy co do tego malarstwa: Człowiek kiedyś, jak oznajmiają wybitni filozofowie, poszukujący jakiegoś jednego, ważnego spektrum bytu i jego prapoczątku „zaczynał się” od dobra, rodził się dziewiczo dobry, i dawał dobro z siebie, a spoglądając w niebo zastanawiał się „kim jestem”, „skąd przybywam”, „dokąd zmierzam”…  Osobowo dochodził do zdolności intuicyjnych, w efekcie – do konsensusu w czasie. Dziś wie, że życie pochodzi od  liczby – przeszedł wielkie przeobrażenia i metamorfozy ewolucyjne. Zatem od chwili, gdy wstał z kolan już w epoce „łamanego kamienia”, a później jako homo viator i dalej homo faber wzniósł się w przestrzeń – to znów musiał kroczyć na nowo, jako zbuntowany eremita homo – sapiens… żeby powędrować dalej i wyżej… zauważam tu cenę bytu.

    Kontynuuje Knyziak – Niezgodzka swoją filozoficzno – duchową wędrówkę, napomykając o konieczności odnajdywania pewnego kodu, starając się dowieźć, że ,,wyobraźnia jest ważniejsza niż wiedza”, że to od niej wszystko się zaczęło… i cały proces twórczo wynalazczy jest zasługą wyobraźni – a cykl ćwiczenia jej wciąż trwa i objawia się w coraz efektowniejszych kreacjach. Jednakże w efekcie człowiek pozostaje zawsze człowiekiem lepszym… powłoka pozostaje jakby zapisem jak na prastarym pergaminie.

    Cóż jeszcze możemy się dowiedzieć o malarce? – Paulina Knyziak – Niezgodzka (jak się dowiaduję) ma jeszcze jedną miłość – kocha muzykę poważną, uwielbia dzieła Karola Szymanowskiego, który jak wiatr pomiędzy górskimi przełęczami owiewa nasze twarze i ciała w  wspinaczce ku wyżynom, innym razem można z obrazów i opowieści poetyckich usłyszeć echa muzyki Henryka Mikołaja Góreckiego – z jego III Symfonii, gdzie połączył trzy epoki z ważnych dziejów polskich – ukazał cierpienie człowieka powstańca, tudzież z innych obrazów biją niezwykłe „Kwartety smyczkowe”, być może nawet z Voivaldiego?… Ba, w tym zobrazowanym  teatrze cieni i rozświetlonych mroków Pauliny można poczuć zapachy nie tylko spiżu, ale i perfum oraz kreacji sztuk z Schekspeare,a – jest  tu zapach ”Być albo nie być”, treny, męki holokaustu i kłody ziół okalających postaci,  bądź woń zasuszonych róż, są przyprawy  senne z Melisy i zasuszone igliwie eteryczne muzeów oraz szelest liści oraz drzewiej…

    Co ważne – artystka mówi o sobie tak: „zjeździłam prawie całą Polskę śladami dworów, pałaców, bo genius loci tych miejsc jest zawsze bardzo poruszającym doświadczeniem. Sceneria niczym z filmów „Panny z Wilka”, „Sława i chwała” (dwór w Pustych łąkach) czy „W małym dworku” Witkacego – to codzienne plany mojej  wyobraźni, którą mentalnie zamieszkuję. Ujmuje mnie nie tylko architektura, ale cały ten misterny wręcz koronkowy anturaż- czas płynący mistycznie jak w „Czarodziejskiej górze ”Tomasza Manna i rozmiłowanie w niuansach, tworzących codzienny teatr cudów”. I dalej: „jest mi bardzo bliskie delektowanie się szczegółem, kolorem, światłocieniem, zapachem, muzyką… szmerem, skrzypieniem wiecznie żyjącego drewna, starych sprzętów, schodów, stropów”.

    Reasumując – malarstwo to jest takim Nagłosem – a jednocześnie niemym okrzykiem, przechodzącym w dość ubogi a nawet pokonany świat.  Z pewnością Paulina Knyziak-Niezgodzka to artystka, która znakomicie przemieszcza się pomiędzy dwiema stronami metafizycznymi – wychodzi ze świata metafizycznego na zewnątrz, szepcząc poetyckie imperatywy, inspirując się, jak już wspomniałem, dźwiękami rodem z: Mahlera, Brahmsa, Debussy`ego, Szymanowskiego, Góreckiego…

    Obrazy Knyziak-Niezgodzkiej to otwarte okna na te zaświaty… na klasykę, która pozostaje zawsze w jej zasięgu wiedzy jako inspiracja. To teatr stojący blisko „Chatki słońca”, idący w jedną wielką baśń.  A należy wiedzieć, że te prawdziwe baśnie uczą nas najlepiej jak należy patrzeć na świat żywych i umarłych i jak przechodzić w to co ważne jedyną Furtą, która otwiera się dla nas już za życia i tylko raz. Być może dlatego artystka nieświadomie lub świadomie intryguje, gdyż ma taką potrzebę kreacji. – Zatem w swej oryginalności staje się jak najbardziej zauważalna…

    Zbyszek Ikona – Kresowaty

  • PRELUDIUM DLA WSCHODZĄCEGO SŁOŃCA UKRAINY (Iwan Trusz uczeń Jana Stanisławskiego i Leona Wyczółkowskiego)

    Iwan Trusz – poretret wyk. Zbigniew Kresowaty

            Należy uzmysłowić sobie, że w czas wojen zimnych lub gorących, sięgamy refleksyjnie do korzeni własnych niezależnie gdzie one się znajdują, sięgamy do najcenniejszych rzeczy i dokonań, do rodziny, wtedy uzmysławiamy sobie o rzeczach cennych, a nader wszystko spoglądamy na kraj, przechodzący nagłe dramaty i  przeobrażenia uświęcone ofiarami, ze współczuciem oraz zaglądamy w jego kulturę  i sztukę, która może być narażona na barbarzyństwo… Współczujemy i przywołujemy przeróżne dygresje i refleksje oraz niepokoimy się o utratę naszych własnych dóbr … I jakoś wtedy tak się to dzieje, że uzbrajamy się wewnętrznie i duchowo w wielką nadzieję, stawiając duchowy opór agresorowi, a ta siła wewnętrznej jedności jest ogromna, znamy to z przeszłości. Ale jest też tak, że przez ów dramat kraj ten bije rytmiczniej i staje się „modny”, nie tylko dla mediów. „Moda” słowo to bardzo współczesne, celebryckie, wyświechtane i bardzo frywolne, niezbyt pasujące do dramatu problematyki społecznej, ale tak chyba trzeba to dziś nazywać…

             Ukraina, która przeszła przez „Majdany” i …„Niebiańską Sotnię” jest dziś na „fali”, to tutaj przyszły i zbudziły się znów te złe duchy, życie idzie – na Ukrainie kuśtyka dalej, czas dowartościowuje swoje, jednak nadzieja wiedzie w odczucie, że szalę wolności przeważą jednak te dobre znaki, których nośnikiem jest kultura, sztuka i pieśń serc… Nie potrafię powiedzieć dlaczego i mnie udzielił się ten dziwny nastrój optymistycznego pesymisty – żeby przypomnieć część XIX wiecznego ducha Ukrainy i powiedzieć o artyście, który urodził się pośród Polaków, żył i kształcił swój talent wśród nich. Myślę, że  dlatego pojawiła się ta refleksja gdyż moi dziadowie, ze strony Babci Ludwiczki (ich córka – moja matka Helena) zamieszkiwali ongiś na Wołyniu pod Zbarażem, natomiast wysiedleni zostali na tzw. „ziemie odzyskane” z końcem 1948 roku. Mój ojciec, także pochodził ze Wschodu rodem z Husiatyna, miał matkę Ukrainkę (szedł na Berlin, ale utknął w szpitalu w Hełmie), znalazł się później także na tych ziemiach. Ale też uzmysłowiłem sobie fakt, że stamtąd przecież pochodziło także wielu dobrych i znanych artystów intelektualistów pisarzy i twórców: Antoni Malczewski – poeta ur. W 1793 roku i alpinista, Juliusz Słowacki – poeta, Adam Naruszewicz, ks. Jan Beyzym, Wiktor Zin, Czesław Jan Janczarski (ojciec Jacka piosenkarza), Paweł Woronicz i inni… jak wybitny bajkopisarz ukraiński Petro Krasiuk oraz pisarz Wasyl Stefanyk.
     

            Pamięć podpowiada mi wspomnieć o wspólnotach polsko – ukraińskich, choć  nie zawsze chlubnych. Dziś pod Zbarażem na Wołyniu, stoją ruiny Zamku Sobieskiego. A przecież to rejon Trylogii sienkiewiczowskiej, w efekcie znakomite i wierne historycznie obrazy wyreżyserowane przez Jerzego Hofmana ”Ogniem i Mieczem”, który te obrazy dedykował swej żonie pochodzącej stamtąd. Powodów jest wiele do wspomnień, a jeszcze więcej dygresji.
     

             Otóż chcę wspominać i mówić o wybitnym ukraińskim twórcy. Iwan Trusz: artysta malarz, urodzony w polskim Wysocku w 1869 r. na Wołyniu, wywodził się z klasy ziemiańskiej, studiował na ASP w Krakowie w pracowniach: J. Stanisławskiego i L. Wyczółkowskiego. Po uzyskaniu Dyplomu podjął studia w Wiedniu (1894r), a później w Monachium w pracowni Antona Azbe. Wciąż bardzo obecny w Polsce. Już od 1902 roku uczestniczył w wystawach Towarzystwa Sztuk Pięknych w Krakowie. Jednocześnie stał się także aktywnym członkiem Towarzystwa Miłośników im. Szewczenki we Lwowie. Od 1912 wykładał tam malarstwo na Akademii Sztuk Pięknych. Artysta asymilował się z Polakami, obcował z nimi aż do swej śmierci we Lwowie. Jako student wpierw zamieszkał w Krakowie, biegał przecież do w pracowni ASP w latach 1892 – 1897r. – Tu był lubiany i poważany, choć rodem z rodziny ziemiańskiej na dzisiejszej Ukrainie. Bardzo dużo malował i wystawiał w Polsce i za granicami. Twórczość tego artysty była bardzo namiętną i niecodziennie urokliwą z kilku powodów, ponieważ opowiada i bardzo nawiązuje do rozkwitającego w Krakowie okresu młodopolskiego, również promieniującego na Uniwersytet we Lwowie. Trusz po jakimś czasie zaczął nawet sygnować swoje dzieła po polsku. Rodzajowo to malarstwo jest estetycznie piękne, taki był rytm tamtego światła i sielankowego czasu. Jednocześnie to malarz ekspresyjny malujący w fakturze realistycznej, starający się pokazywać swoje obiekty w estetyce światła naturalnego. To malarstwo nawiązuje do bardzo szeroko pojętej przyrody, choć bywa czasem przedstawiane w technice impresjonistycznej, z którego to kierunku w malarstwie mógł zaczerpnąć Trusz będąc w Paryżu po studiach.
     

                  Idąc dalej w tę twórczość – wydaje się, że artysta świadomie wyszukiwał swoich plenerów, a w nich krajobrazów do namalowania, czasem improwizował, ale są one wspaniale wyszukane i „ustawione” w tłach, począwszy od kniei  Wołynia po Małopolskę i Kraków do Jury Ojcowa…i dalej po Rzym i Paryż oraz Bliski Wschód. Mówię „ustawione”, bo przypomina model żywy jako statysta do płótna artysty. Można wręcz metaforycznie powiedzieć, że Trusz za młodu wywiedziony z kraju  czarnoziemów, idący za wstęgami rzek, wzgórz w czas rozkwitu i zapamiętanego dostatku, tworzył wiernie pokazując w dużej mierze najbardziej ten okres – a czas siermiężny to ku pewnej wspólnocie polsko – ukraińskiej na Kresach kiedy pracowało się u hrabiego ziemianina za cokolwiek. Dlatego dziś jest ta sztuka zapewne pewnego rodzaju dokumentem. Ale dlaczego chcę właśnie mówić o malarzu ukraińskim? – dlatego, że jednał się z Polakami tam na Wołyniu, tym samym w efekcie udał się konsekwentnie do Krakowa na studia artystyczne do pracowni bardzo zacnych mistrzów polskich… Dziś chcę oznajmić, że Iwan Trusz Już dawno zawładnął moim sercem, choć to malarstwo nie z mej epoki, a może właśnie dlatego? – sam już nie wiem. Obrazy Jego są wciąż świeżo pulsujące, to jakby wciąż bijące wnętrze artysty, ukazujące niesłychanie niezwykłą krainę, przybliżające na powrót niejednemu współczesnemu człowiekowi (także repatriantowi pochodzącemu stamtąd) ową Małą Ojczyznę z wijącymi się wstęgami rzek, płynącymi  sadami po cieniach kolorowych pór roku… A to przecież kraj moich dziadków i rodziców, szeptliwych świadków  i opowiadających gawędy z łezką wieczorami o krainie niezwykłej rodem ze snu.
     

                       W efekcie moje wczesne zainteresowanie okresem młodopolskim w sztuce i literaturze nie ma początku ani końca…   Otóż jestem ciągle  wdzięczy mistrzowi Iwanowi i Jego Mistrzowi Janowi za tak wspaniały pean twórczy… Przyglądam się i dziś temu wyjątkowemu twórstwu –  nie tylko dlatego, że jestem szczęśliwym posiadaczem jednego obrazu Iwana Trusza pt. „Nokturn” z 1907 roku, sygnowanym po ukraińsku, ale interesuję się tym artystą dziś – bo wiem, że jest to malarz epoki zmysłowej szczęśliwości… Wiem na pewno, musiał czuć wszystkimi zmysłami finezyjnie. Nie sposób malować panoramę takiego Preludium bez zmysłów mając jedynie talent – właśnie tak trzeba czuć jak Trusz, żeby nie wątpić w intuicję odbiorcy tego, który się rodzi wraz z obrazami twórcy. Musiał czuć dobrze zapachy wiatru, obejść domowych oraz grudę ziemi, musiał być skapanym w promieniach słońca i stawać naprzeciw poświaty księżyca, inaczej nie malowałby tak soczystych obrazów, tak niesamowicie sensownie ujętych…
     

               Można się dziś jedynie domyślać, że Iwan Trusz musiał także namiętnie kochać nie tylko kobiety, bo wbrew pozorom nie byłby tak „szalony” w swych podróżach, a jednocześnie łaknący z powidoków dzieciństwa, na których głównie oparł swoją twórczość. Artysta brał też z tamtych widm i wyławiał jaskrawość, głównie z pamięci młodzieńczej, po prostu wydzierał je duszy i słońcu, malował i  w dużej mierze darowywał swoje obrazy, zwłaszcza te mniejszego formatu kogo tylko polubi. Powiedzieć należy, że dziś jest to malarstwo wielce ciekawe, będące u ludzi oraz w wielu Muzeach i kolekcjach, interesujące będące w równaniu z malarstwem późno flamandzkim. Obrazy Iwana Trusza świecą i wołają ponad 120 lat! – nawet w zamkniętych pomieszczeniach…

    Nokturn w posiadaniu Zbigniewa Kresowatego

           Artysta urodzony w 1869 roku w Wysocku na Wołyniu malował bez wątpienia swoją „krainę szczęśliwości” czasem w nieco eterycznym duchu – soczystymi przenikającymi się plamami – to wielka liryka spływająca po fortepianie Chopina, a nurt tej swojej świetlistej rzeki płynie od Jego mistrza Jana. Otóż dziś wyrazić trzeba mi nie tylko sentyment do krainy wołyńskiej i dalej w rejony tarnopolskie Bojków i wyżej Hucułów, których malował Trusz, ale przede wszystkim wspomnieć o wierności Jego do tamtych Małych Ojczyznach – Zatem przywołuję twórczość tę na pewnego rodzaju katharsis ku ambicji malarstwa współczesnego dość często pozbawionego głębszych rytów idącego ku malarstwu płaskiemu. Twórczość młodopolska jest pełna wzniosłych i co ważne wciąż żywych i świeżych metafor. Natomiast u Trusza przeważają  metafory: czarnoziemy i piasek, pejzaże mleczne – ale i miodem płynące nieba, pachnące ziołami pola ale i snopami, a także lasy i obejścia domowe… Jest w nich zachwyt i płacz, jest pieśń ptaków i czułość, są horyzonty przytulone do siebie na styku nieba, gdzieś w tle krzyż jak znak dodawania ziemi do nieba, chmury białej zadumy, wzniosłe romantyczne nokturny…  Owszem Trusz dorywczo tworzył także portrety. Tym samym malarstwo to jest panoramą bardzo rozległą het po Krym i Bliski Wschód, nie wspominając o Francji, Wiedniu i Włoszech. Odzwierciedla to malarstwo ludzką więź z krajobrazem pamięci, czasem rodem z krain epickich, nawet tych starożytnych, wpisując się tym samym w sztukę środkowo europejską, do której artysta ongiś lgnął i jak najbardziej pretendował i obecnie należy… Przecież kraje śródziemnomorskie, głównie Francja i Włochy były mekką sztuk – wołały. Ale Iwan Trusz jest przede wszystkim autorem multum pejzaży wiernych sobie, nie pociągały go postmodernistyczne imaginacje w Paryżu, choć był namawiany, gdyż momentami malował podobnie jak August Renoir. Ten malarz porcelany i obrazów na płótnie jedynie go urzekał. Wystarczy dobrze spojrzeć w obrazy Trusza – wszystko co piękne bardzo powoli trwa… bardzo wolno umiera… dygresyjnie i metaforycznie można to spuentować: „wszystko co umiera jest piękne”.  Artysta liryk i poeta obrazu ukazywał w niesłychanie znakomity sposób styl życia zanikających kultur danych rejonów, ale pokazywał też charakter danego regionu. Tym samym malarstwo Jego jest bardzo cenne i jakby przedłuża linię życia mistrzów, linię kolorystyczną, choć był dla tego okresu jakby gościem. Warto tutaj poczynić dygresyjne zestawienie, wziąć pod uwagę fakt, że: Jan Stanisławski malarstwa uczył się w pracowni W. Gersona w Warszawie, a Iwan Trusz uczył się właśnie od Stanisławskiego i Leona Wyczółkowskiego – I to jest znamienne i bardzo ważne, jakby cyklicznie zachowana linia twórcza idąca w ciąg powstającej wtedy Awangardy młodopolskiej w Krakowie.

             Wracając jeszcze do tej twórczości należy wspomnieć nieco o technice malowania – o tym, że Trusz malował pejzaże różnej wielkości – były to nie tylko obrazy olejne na płótnie, głownie przeważały formaty niewielkich rozmiarów na płycie pilśniowej, a nawet bardzo małe formaty – wtedy były to nowe rzeczy i modne w okresie młodopolskim: tektura, pilśń, sklejka… Bardzo charakterystyczne w tej twórczości jest traktowanie podmiotu obrazu, jako czegoś otwartego, jako biegłego ciągu a nawet  cyklu idącego w dalsze pejzaże. Jasne stało się, że fragmentowość właśnie tych małych obrazów wchodzi jakby w jedną większą całość, bo twórczość ta często zostawała samoczynnie  podporządkowywana jednemu motywowi najbardziej charakterystycznemu w pejzażu, jest zatem taka twórczość, pewnego rodzaju dokumentacją sporządzoną podświadomie – jest jednocześnie wprost nie zamierzonym rejestrem z potrzeby wewnętrznej.
     

            Artysta malował także rośliny, inne ciekawe obiekty zastane… w polu… idące… do wzgórz, a także pozostałości… murów oraz kamienistych skał, bujność rzek, ciągi lasów wpisanych w horyzontalność… Zwracał przy tym uwagę na szczegóły i proporcje przestrzenne, choć operował precyzyjnie pędzlem i okiem, także w stosunku do gęstości padającego światła. W tej bardzo dojrzałej fazie twórczej, jak wspomniałem, charakterystyczna jest u Trusza synteza wielu form patrzenia ujęta w perspektywie złączonego nieba z ziemią… Posługiwał się szeroką paletą barw, tak barwnych jak cała tamta Polska ale i Ukraina, studiował przecież zmiany światła i koloru o różnych porach dnia i roku, dążył do uchwycenia rytmu przyrody otaczającej go zewsząd, starał się malować faunę i florę razem. Pewnym jest, że poszukiwał głównie siebie w bujnej na wskroś treści czasu, nie błądził w mrokach lub labiryntach, tworzył z tym co drzemało przede wszystkim tajemniczo w sercu dziecka.
     

             Twórczość Iwana Trusza ogólnie jest ściśle związana z dwoma ojczyznami, ze światopoglądem artysty pochodzącego ze stron, nie dość powiedzieć historycznych ale z „krainy mlekiem i miodem pachnącej”. Był to rejon bardzo prężny rolniczo na wschodzie wręcz przemysłowy oparty na manufakturze, do którego przybywało wiele emigrantów „za chlebem”. Sposób ukazywania przyrody wynikał jednoznacznie rodem jakby z Księgi Rodzaju, którą przyjął na pewno ów twórca za kompas, kierując się potrzebą poznania jej na nowo i rozwinięcia, była to wiara w spójności wszystkiego co żyje z sobą w symbiozie.

              Iwan Trusz osiadł na stałe we Lwowie w roku 1892. Zmarł także we Lwowie 23 marca 1941 roku. Natomiast, co znamienne, w roku 1996 odsłonięto we Lwowie przy ulicy Iwana Franko pomnik malarza Iwana Trusza, autorstwa rzeźbiarza Serhija Oleszko.

    *  *  *

          Dziś mimo dramatu społecznego Polski odciętej od Wołynia  Ukraina przyciąga coraz nas Polaków coraz bardziej, a także innych gości spoza granic, artyści ukraińscy od lat izolowani za sprawą Rosji znów obecni są na scenach świta, czasem brzmi to nieco banalnie, ale przecież ten dzisiejszy bufor Europy jest duchowo bogaty w folklor i zasoby natury… Dajmy na to fakt „z ostatniej chwili”: nie tak dawno przecież wybrano Miss Ukrainy, paradoksem chce się rzucić:  gdyby nie „pomarańczowa rewolucja” a później wojna nie byłoby Miss piękności Świata z Ukrainy. Nie byłoby innych pseudo profitów natury multimedialno  kulturalnej, nawet to że na XVII Konkursie Chopinowskim w Warszawie pianistka Dinara Klinton, zwana „wschodzącym słońcem Ukrainy” zagrała z impetem Mazurki Chopina jakby po ukraińsku, w żaden sposób nie będąc rodziną Klintonów z USA. Natomiast to zainteresowanie Wschodem Europy poszło jeszcze dalej, udzieliło się to także jak wiemy rodzimej Białorusi, (choć zaczął się tam faszyzm), gdyż Nobel w dziedzinie reportażu powędrował także na Wschód w ręce znanej rodowitej Białorusinki, kto wie co czym jeszcze będzie emanował wschód i co będzie się działo dalej, jak zapromieniuje wszech kultura i sport? – Tłumaczone są książki ukraińskie, docierają do Europy, dociera prasa także ta literacka i artystyczna. Nic dziwnego, że zawracamy się z sentymentem w tamtą stronę. Czasopisma i media światowe nadają osobliwy rytm sprawom społecznym ukraińskim, ganiąc tym samym także non stop bezsensowne posunięcia agresora Rosji, będącego w klinczu  bokserskim z Europą. Eksperci prognozują jaki wpływ na dalsze losy społeczne Ukrainy mają symptomy wsparcia, choć biznes tam kroczy swoją drogą oparty na zapleczu grup przestępczych biznesowo zorganizowanych… Ale forowanie, podnoszenie medialne waloru wolności, zwłaszcza po przez kulturę, przynieść powinno swój skutek(?) – Można jedynie dodać z nadzieją, że wyobraźnia wypływająca ze sztuki idąca do wynalazku, jest najważniejsza jak oznajmił wszem i wobec Einstein.

    Zbyszek Ikona – Kresowaty

  • Maszkow malarz kolorysta – nie komunista

            Wielu z nas kocha się w malarstwie rosyjskim w jego kolorystyce i wierności obyczajowej… Rosyjski artysta malarz Ilia Maszkow urodzony 29 lipca 1871 we wsi Michajłowskiej nad – Donem jest twórcą oryginalnym – takim okazał się od samego początku, zaistniał jako wyjątkowy tytaniczny gigantoman , dlatego po studiach został od razu wziętym członkiem grupy „Bubnowyj Walet” w Moskwie.  A trzeba powiedzieć, że należało wtedy pokazać nie lada co i być ciekawym – Najciekawszym z jego życia twórczo – artystycznego jest fakt, że w okresie najtrudniejszym: totalitarnej transformacji porewolucyjnej, udało się jemu jako znanemu artyście, utrzymać w środowisku, nie będąc nękanym przez bolszewików i pozostać na czele najważniejszych awangardowych malarzy rosyjskich aż do końca swego okresu twórczego. Zatem wspomnijmy fakty: naukę i  drogę twórczą rozpoczął w 1890 roku na moskiewskiej Szkole Malarstwa Rzeźby i Architektury, terminując pod kierunkiem Walentina Sierowa i Konstantina Korowina. Ilia uczył się malarstwa także w pracowni Apolinarego Wasniecowa. W czasie studiów wyróżniał się zamiłowaniem do jaskrawej kolorystyki i osadzania tej oryginalnej formy kolorystycznej w swoich różnych cyklach malarskich. Jeżeli wziąć pod uwagę wszystkie martwe natury artysty, od których zaczynał także portrety i malarstwo sytuacyjne oraz pejzaże obdarzone słońcem, są one od samego początku malowane bardzo soczystymi barwami. Były przecież malowane ekspresyjnie i łączone pogrubionymi finezyjnymi ciemnymi liniami, co stwarzało niesamowity kontrast – obrazy te, jak na ówczesny okres, bardzo epatowały – „świeciły” i przyciągały oko widza. Tak zakomponowane cale cykle wspaniale harmonizują z sobą w dalszym okresie twórczym – Pokazują jak powstawały poszczególne etapy twórcze artysty i choć to bardzo różne tematyki, jak: (wspomniane) natury, pejzaże i krajobrazy czy nawet akty, są one niezwykle kreowane osobowo. Wiemy, że sztuka nie zna granic i szybko rozprzestrzenia się wokół, o ile przemawia werbalnym charakterem do widza, to  Ilia Maszkow, wiedzący czego chce, stawiał przede wszystkim na odrębność. Wiemy dziś, że wówczas zamierzył on taką formę, jakby wręcz zapożyczył z mekki malarstwa z Paryża, ale to nie prawda – On sam stworzył swój styl zarażając obszary wolne w malarstwie rosyjskim do zagospodarowania… Jak patrzymy dziś, nawet po tak długim czasie, malowane obiekty są wciąż bardzo świeże, a przecież to co najmniej sto lat wstecz – Jak wspomniałem- Ilia Maszkow nigdy nie wzorował się na malarzach okresu z tzw. „Bud Paryskich”, gdzie wielu migrowało po szkołach, nie komunikował się z tamtą mekką sztuki, a jednak doszedł do podobnych imaginacji  i technik dorównując ówczesnym imaginacjom całej awangardowej sztuki  europejskiej – Wracając do innych tematów artystycznych, zwłaszcza do malowanych scen – trzeba powiedzieć, że budował on bardzo oryginalnie ekspansywne kompozycje … Malował, być może jak wielu wybranych charakterystycznych przyjaciół, choć czasem analogicznie – wydaje mi się, w stylu nie co odbiegającym od Marca Chagalla, który także był kolorystą. Postacie u Ilii Maszkowa rzadko lewitują, ale są jakby związane z sobą emocjonalnie, związane na żywo – W pewnych cyklach obrazów przejawiały się inspiracje folklorem i bardzo oryginalnym wyraźnym wystrojem malowanych wnętrz, obrusów (pod martwymi naturami), czy faktur na tłach, gdzie np. w centralnej części malowanych  drugoplanowo postaci pojawiają się dodatkowe tła, lub kurtyny, współgrające z postaciami pierwszoplanowymi, np. w towarzystwie koni – Pojawiają się też w tle okna jako kolejne mniejsze tła… co w efekcie tworzy wielowymiarowość całej perspektywy, a nawet sceny teatralne  – To bardzo ciekawy niepowtarzalny charakter metafizyczny danej chwili i miejsca, taki stan rzeczy dobarwia i dopowiada o niesamowitej namiętności i pasji tego twórcy… I tu jeszcze raz trzeba  zawrócić do początków, kiedy patrzymy na ten pierwszy okres twórczy Ilii Maszkowa zauważamy jak sukcesywnie stopniowo ekspresyjne smugi farb wibrują, a nawet eksplodują, są zawrotne dla tych wyważonych, zdawałoby się spokojnych, kompozycji gdzie dominują  jasne zielenie i przejrzyste błękity, ugry, pomarańcz… To widać, znów przy naturach martwych np.: z arbuzami czy dyniami, a także w tych specjalnie zestawionych kompozycjach, o których napomykam, celowo zakomponowanych, czy choćby w sportretowaniu samego aktu. Farby są tu nakładane uderzeniami pędzla w stylu zbliżonym do abstrakcji podświetlonej światłem: iluminacyjnie cienie są wtedy konkretne, ale co ciekawe harmonijnie współgrają i spływają z obiektu to znów nawracają wzrok na siebie i współpracują z sobą tworząc efekty iluminacji trój-wymiaru całej perspektywy na danym obrazie. Jest to wręcz ważną kwintesencją każdego dzieła tamtego okresu awangardy. Zdarzało się tak, że malowane „ludowe” rzeźby rosyjskie w tych martwych naturach pojawiają się na pierwszym planie i w ich tłach drugoplanowo, wibrują (wspomniane już) sylwetki na obiektach lub zwierzętach – To odrębność… odrealniony widok – świat nowej wizji kompozycyjnej, czasem z pogranicza cyrku, czego nie brakowało artyście. Główną gamę barwną olejów na płótnach wyznaczały same tony (kolorów) mówiące przede wszystkim o nastroju medium artysty, to tony przede wszystkim „niezabrudzone” brązem lub czernią. Pojawiały się one jednak oszczędnie np. obok czerwieni czy ultramarynu… Jednakże  dalszą materię malarską tworzyły wciąż warstwy nałożone na siebie bezpośrednio na płótnie i ekspresyjnie rozprowadzane… Wydaje się, że trzeba było do takiego stylu odwagi, ale ta ekspresja była zapisana w cechach artysty. Twórczość Ilii Maszkowa zaliczana jest dziś do bardzo ważnej – przełomowej transformacji artystycznej jaka następowała w całym nowym malarstwie rosyjskim. Jest wręcz łącznikiem malarstwa wywodzącego się z Ważnych Szkół Rosyjskich prącego ku malarstwu europejskiemu. Malarstwo rosyjskie we wszystkich swoich okresach było i jest jak wiemy bardzo namiętne i zmysłowe… Jest bardzo bogate i jedyne w swoim rodzaju. A malarstwo Ilii Maszkowa to twórczość szczególna nasączona nie tylko tematyką refleksyjną budowaną na imaginacjach burzliwego czasu w Rosji, ale i danego okresu… Okres tworzenia Ilii Maszkowa to czasy pozornie napawające wzniosłością i nadzieją oraz swobodą i nowym oddechem… Maszkow doświadczony artysta wchodząc później siłą rzeczy w okres po rewolucyjny społecznie nie malował socrealistycznych scen i postaci, unikał kontaktu z decydentami… unikał po prostu… sierpa i młota… Pokazywał jedynie nastroje i zew ducha oraz stan bystrości społecznej… Twórczość Ilii Maszkowa to przede wszystkim transformacja ideowa i estetyczna ukazująca jędrność społeczną i bunt…

               Należy zatem wrócić i wspomnieć, że Ilia Maszkow  zaraz po ukończeniu studiów założył własną pracownię, chcąc być odrębnym malarzem, wykształcił wielu uczniów, a kilku z nich zaistniało szerzej i na stałe weszło jak on do malarstwa rosyjskiego. Wspomnieć należy, że do jego uczniów zaliczali się m.in. Wiera Rochlina, Paweł Sokołow-Skala i Magdalena Werigo. Dziś Jego obrazy znajdują się m.in. w zbiorach Galerii Trietiakowskiej i Muzeum Rosyjskiego w Petersburgu i wielu zbiorach prywatnych za granicą. Działał prężnie i nie poddawał się celom rewolucji 1917 r. Stawał się już bardzo znanym malarzem, choć nie politykował, ale jakby „na odczepnego” popełnił zaledwie kilka obrazów symbolizujących epokę bolszewicką w Rosji, ale kiedy żyje się w oku nowej władzy która rządzi bezgranicznie… chcąc mieć wpływ na wszystko – artysta musiał chronić siebie oraz swoje środowisko – Owszem! popełnił  później kilka dzieł hołdujących bolszewizm – A to zdarzało się artystom wszelkiej maści, gdy byli pod presją psychiczną i fizyczną, kiedy stawiani wobec trudnych wyborów i ich skutków musieli wciąż wybierać – My jako Polacy dobrze ten stan rzeczy znamy, kiedy w sztuce panował socrealizm?

    Reasumując można powiedzieć: malarstwo Ilii Maszkowa jest niesamowite estetycznie… oryginalne i bardzo kolorystyczne, szczere, a tym samym bardzo osobliwe… Twórca cały czas malował intensywnie, ale i dawał do rozumienia wszem i wobec, że to jego malowanie nie jest aż tak ważne dla dysydentów systemu bolszewickiego czyli politycznego – a taki zawsze pozyskuje dla siebie twórstwo wszelkich artystów. Dzięki temu jego styl pozostaje czysty – raczej pokazuje obyczajowe elementy, energię duchową, pokazuje podskórnie ludowość i charakter ludzi, nie jest skalane socrealistycznymi symbolami i komunistycznymi gwiazdami co bardzo nastraja… – Pytanie: jak malarstwo to przetrwało? – Nie jest wiadomo do końca, ale jest ono jak inne dzieła pewnego rodzaju dokumentem ukazującym wigor artysty i odbiorcy w tamtym surowym i siermiężnym okresie nieustającej filozofii możnowładztwa …  

    – Artysta zmarł 20 marca 1944 w Moskwie, jako wielki znany twórca nie zarażony choroba komunizmu…

    Zbyszek Ikona – Kresowaty

  • Wizja dzieł Witkacego co do rozwoju ludzkości już zaczęła na dobre odsłaniać swoją krzywą twarz…

             Jak nam wiadomo Stanisław Witkiewicz to twórca stylu zakopiańskiego, który wpłynął na charakter architektury Podhala, a samo Zakopane zawdzięcza mu wiele pięknych projektów. Natomiast Jego syn WITKACY co prawda się tu nie urodził, bo w Warszawie, skąd rodzice przenieśli się w 1890 roku do Zakopanego – tu zamieszkał już do końca życia. Był jedną z najważniejszych i najbarwniejszych postaci tamtejszego środowiska artystycznego, w które wrósł wiele, a ono dobrze przyjmowało Jego bardzo oryginalne działania na z e zrozumieniem i zdziwieniem .


    Patrząc na wszystkie dzieła Witkacego: literackie i  plastyczne zapytajmy czy mimo pewnych (nazwijmy to) „wykoślawień”  czy ten dorobek jest dziś wciąż ważny?– Wiemy WITKACY to była firma… portretowa bardzo znacząca. Wiemy dziś na pewno jest wciąż ważny Witkacy – każda rocznica Jego urodzin czy śmierci przyczynia się do popularyzacji Jego dokonań, także poza granicami kraju. Jest Witkacy chyba najlepiej znanym polskim twórcą, czego dowodzą wystawy i przekłady Jego tekstów aż na 25 języków, są wydania zbiorowe, liczne premiery dramatów… Natomiast liczne wystawy obrazów, portretów oraz fotografii w prestiżowych muzeach i galeriach w wielu krajach cieszą się wielkim zainteresowaniem, bo dobarwiają tego twórcę i informują podświadomie odbiorców i obserwatorów, że zaczęła się już sprawdzać wizja rozwoju ludzkości– Staje ona przed nimi z krzywą dumna twarzą pozbawioną jasnego obrazu- obrazu „bezradosnego”…

          Jak wiemy syn nie chciał  być gorszy od ojca – tyle, że jakby na przekór ojcu oddał się oryginalnej Awangardzie młodopolskiej i czynnie w niej uczestniczył, bo miał coś ważnego do przekazania. Otóż żeby uzmysłowić nam to bardziej wspomnijmy, że 24 lutego 1985 roku zespół absolwentów krakowskiej PWST pod wodzą Andrzeja Dziuka zainaugurował działalność premierąAutoparodii i Pragmatystów Witkacego. Natomiast ojcem chrzestnym tego teatru został mój znajomy i bardzo ceniony prof. Janusz Degler – wybitny  witkacolog z Uniwersytetu Wrocławskiego. A przecież wróżono teatrowi, podobnie jak wielu podobnym inicjatywom, rychły koniec. Udało się im jednak przerwać tę fatalną passę i teraz z dumą mogli dokonać bilansu swych osiągnięć i sukcesów. W ramach uroczystości jubileuszowych organizuje się bardzo ważne i cenne Międzynarodowe Sympozjum Tłumaczy Witkacego. Bierze w nim udział 12 tłumaczy tzw. ”apostołów” z 11 krajów.

          Ponieważ Witkacy był nowatorem języka polskiego, bo potrafił spotęgować walory emocjonalne i ekspresyjne, m.in. za pomocą neologizmów, zaskakujących metafor a nawet różnych deformacji celowo twórczych także w malarstwie, sympozja te mają szczególny wymiar i wyraźnie wybitny cel propagowania…

            Język Witkacego jak i malarstwo jest mieszaniną różnych stylów: konwersacji salonowej, stylu uczonego, rozmowy kawiarnianej i języka potocznego doprawionego wymyślnymi „ na poczekaniu” swoistymi świeżymi wciąż wulgaryzmami.  To widać także w malarstwie. Zatem jak radzą sobie tłumacze dzieł z tym stylem, a zwłaszcza z neologizmami, których pełno w każdym utworze? – Czy biorą też pod uwagę to co widoczne w malarstwie witkacowskim, żeby byc może jakoś literacko się nim posiłkować(?)  – Jak przełożyć na inne języki takie słowa jak: bydlądynkę, gębowzorcę, pokierdasić lub pogwajdlić itp.? – no i jak się te określenia mają ku językowi danego kraju? – Jak tłumacze postępują z nazwiskami?, które podobnie jak w tradycyjnej komedii są mówiące? – Czy starają się je przełożyć, czy też zachowują oryginalne brzmienie? –  Jeśli to drugie, to bez wątpienia ginie ich znaczenie lub efekt humorystyczny. Ale jest to także bardzo widoczne – przypomnę znów, w malarstwie – To malarstwo jest „zbydlęcone”, „skiereszowane”, „zgębowane”…Czy i jak można na niemiecki, angielski lub francuski przełożyć np. takie nazwiska – wręcz perły(?): Irina Wsiewołodowna ZbereźnickaPodberezka, Świntusia Macabrescu, Flake-Prawacka czy Murdel-Bęski? – Nie mówiąc o wielopiętrowych przekleństwach w Szewcach, jak choćby te: „ty wandrygo, ty chałapudro, ty skierdaszony wądrołaju, ty chliporzygu odwantroniony, ty wszawybum!”. Tłumacz musi ustalić pewne reguły i konsekwentnie ich przestrzegać. Ciekaw każdy z nas jest tych reguł, o ile można je tak nazwać… Jak to dobrze, że nie trzeba tłumaczyć malarstwa – tu sprawa jest jasna! – znakomicie określa ono styl osobowy charakteru Witkacego. 
             Z dokumentacji profesora gromadzonej od roku 1965 wynika, że nasz twórca zrobił już dawno światową karierę. Świadczy o tym zarówno liczba języków, na które był tłumaczony, jak i ponad 400 inscenizacji jego dramatów. A wystawiano je nie tylko w Paryżu, Londynie, Rzymie i Moskwie, ale także w Honolulu, Sydney, Rio de Janeiro i Tokio, często z malarstwem Witkacego. W Stanach Zjednoczonych sztuka Wariat i zakonnica zdobyła super autentyczne powodzenie (także kilkadziesiąt premier w teatrach uniwersyteckich). Ważne jest także pytanie, jak sami tłumacze widzą dalszą przyszłość Witkacego? – czy można mówić o aktualności problematyki jego utworów w tak szerokim spektrum jak świat? – Oczywiście można i trzeba – Ale co jest tu ważne? – Otóż na pewno zawsze będą one mówić, jak istotną rolę odgrywa kontekst zjawisk artystycznych czy kulturowych w krajach, które przedsiębiorą Witkacego do siebie. W Niemczech na przykład łączono go z tradycją ekspresjonizmu, we Francji z nadrealizmem, a światową karierę zaczynał przecież jako prekursor teatru absurdu.

              Witkacy widział spektakl „Metaforyka dwugłowego cielęcia”  – nie poznał własnej sztuki! – Ale jak to dotarło do niego później upił się z aktorami po premierze i z rozpaczy… pił nawet przez pięć dni. Była to jedyna pięciodniówka, która mu się w życiu przydarzyła, ale czy istotnie? – Drugi raz sztukę zagrano w czerwcu 1974 w krakowskim Teatrze im. Słowackiego – razem z tym szła wystawa malarstwa Witkacego w Muzeum Narodowym – A przecież co bardzo ciekawe, bo akcja toczy się w Australii i ma oczywiście związek z wyprawą Witkacego do tropików w czerwcu 1914, w której udział zaproponował mu Bronisław Malinowski, dowiedziawszy się o samobójstwie narzeczonej swego przyjaciela. Wówczas przejechali przez całą Australię, zatrzymując się w miejscach, w których Witkacy umieścił potem akcję sztuki. Być może miała ona dlatego powodzenie w Stanach Zjednoczonych – dwa razy wystawiono ją w Australii w pobliżu miejsc, gdzie rozgrywają się wypadki dramatyczne. Ale trzeba powiedzieć, że dramaty Witkacego, których akcja dzieje się w tropikach, zbytnio nie interesowały i nie interesują naszych polskich reżyserów.

           Bardzo ciekawym jest fakt, że Witkacy od młodości uważał Hansa Corneliusa za swego mistrza, zaprosił go nawet do Zakopanego i w październiku 1937 roku przyjechał on Polski, żeby zobaczyć na własne oczy i dotknąć poszczególnych dzieł plastycznych swego adwersarza. Ważnym faktem jest, że od czerwca 1935 do sierpnia 1939 prowadzili oni ze sobą intensywną szczerą korespondencję. Cornelius ponoć zachował wszystkie listy Witkacego. To prawdziwa skarbnica wiedzy o nim, bo – podobnie jak w listach do żony – zwierzał się mu ze wszystkich swoich spraw, często bardzo intymnych, dotyczących życia erotycznego, dzięki czemu obraz jego prywatnego życia jest pełniejszy. Profesor Janusz Degler podaje:” Tom Varia, nad którym ostatnio pracowałem po ostatnim powrocie z Zakopanego, zawiera m.in. reportaż z podróży do tropików,który Witkacy opublikował po powrocie w 1918 roku do Zakopanego, żartobliwe artykuły o demonizmie i dandyzmie zakopiańskim, wywiady oraz wiersze. 
    Witkacy uważał, że nie ma talentu poetyckiego, bardzo nad tym ubolewał, ale stale pisał wiersze i piosenki, które przeważnie komponował podczas kąpieli. Niektóre umieszczał w listach do żony i przyjaciół bądź na rysunkach – kontynuuje profesor Degler: Trzeba nam wiedzieć, że pod koniec życia napisał dwa wielkie poematy: Do przyjaciół gówniarzy i Do przyjaciół lekarzy, który jest swoistym testamentem, zawierającym w ostatnich strofach wskazówki, jak ma wyglądać jego pogrzeb (na trumnie złoty Laur Polskiej Akademii Literatury ma złożyć jakieś dziewczątko o dość ładnej nóżce, z twarzyczką nawet względnie dość rozumną)” – Otóż, jak wiemy, większość wierszyków i piosenek wydał w osobnym tomiku Państwowy Instytut Wydawniczy. Później montowano z nich scenariusze teatralne i grano z muzyką znanych kompozytorów. Marek Grechuta piosenką Hop, szklankę piwa (wygrał nawet festiwal w Opolu). Nakład tego tomu jest dawno wyczerpany, a więc warto przygotować nowe wydanie uzupełnione wierszykami z listów i tymi, które się odnalazły od tamtego czasu. Wiadomo było i jest, że Witkacy bowiem ciągle pisał.

       Natomiast Krzysztof Dubiński napisał artykuł o pobycie Witkacego w Rosji i służbie w armii carskiej, podczas której uczestniczył w wielkiej bitwie nad Stchodem w lipcu 1916 r. i został ranny. Powstały wtedy osobne szkice i rysunki… Na front już nie wrócił, ale w Petersburgu obserwował z bliska rewolucję lutową, a potem październikową. Te dwa wyjątkowe wydarzenia poważnie zaciążyły nad Witkacym Jego koncepcjami historiozoficznymi, myśleniem o przyszłości ludzkości. 
    Zatem zadajmy sobie pytanie: co powiedziałby dziś Witkacy, patrząc na obecnie kipiący świat? – Czy byłby przerażony, czy zgorszony? – a może  urzeczony, bo to świat zbliżający się do wizji gier i zagrywek prowokatorskich w Jego stylu – pewnie oznajmiałby – „Widzicie – jestem prorokiem: moja wizja świata już spełnia się…”. 
             Profesor Degler sądzi, że Witkacy istotnie byłby przerażony, bo pewnie uznałby, że sprawdza się jego wizja. Witkacy uważał, że od czasów rewolucji francuskiej zmierza ona pozornie i intrygująco w stronę „powszechnej szczęśliwości”. Przede wszystkim głosił już wtedy że: „zapanujerówność, braterstwo, sprawiedliwość i ogólny pseudodobrobyt…” – A przecież to kraina utopii, o której marzyło coraz więcej filozofów i pisarzy. Dla Witkacego byłaby to, jednak wspomniałem, wizja prorocza – ale mimo wszystko bardzo konsumpcyjnie przerażająca. W tym nowym społeczeństwie, doskonale zorganizowanym, przypominającym społeczeństwo mrówek czy pszczół, albo szczurów. W takim społeczeństwie masowym, musi zabraknąć miejsca dla indywidualności, dla duszy… zatem ludzie przyszłości nie będą już zdolni do odczuwania uczuć a co za tym idzie doznań metafizycznych, które stanowią podstawowy wyróżnik człowieczeństwa, będą mordować „z byle powodu”. Tę sytą, pozbawioną trosk, ujednoliconą ludzkość nazywałby Witkacy na pewno społeczeństwem zbydlęconym i spotwarzonym, bo jedyną jej potrzebą będzie zaspokojenie treściwie potrzeb życiowych, a kontakt z kulturą zostanie ograniczony do bardzo prymitywnej rozrywki, np. zakapturzonego hip – hopu, walki zwierząt za pieniądze, używek, że zatoczy to pewien krąg od czasów starożytności… Pewnie gdyby zobaczył: gigantyczne supermarkety i tysiące w nich ludzi, uznałby że oto spełnia się Jego katastroficzna wizja „żarcia” życia, przed którą usiłował nas ostrzec w swoisty sobie nie tylko mimicznie w swoim malarstwie – ale w bardzo oryginalny artystyczny jeszcze inny sposób bardziej obrazowy jak literatura. Przyznać trzeba że wizja Witkacego co do rozwoju ludzkości nie tylko w Polsce, ale na całym świecie, już się sprawdza – Popatrzmy tylko w kwadratową głowę TV, idźmy na ulicę w święto jakiekolwiek, obok banerów „nie tylko dla idiotów” nawoływanie dla kretynów – Stańmy w uliczce miasta, powąchajmy trochę świeżego smogu np. w Krakowie i Wrocławiu…Trzeba nam wiedzieć, że Witkacy nie globalizował i nie spotwarzał języka polskiego i sensu sztuki, nie wykrzywiał dzieł sztuki, tylko pokazywał jak się ma ten język ku nadchodzącemu rozwojowi, bardzo wyraźnie i krytycznie ukazując jak postępuje Jego wizja wielkimi krokami… Jestem także portrecistą jak Witkacy i przyznam, że coraz łatwiej mi „zrobić” portret witkacych krzywych twarzy – najlepiej w terenie „na gorąco” – te twarze pchają się na oczy na afisz… widzę je coraz wyraźniej w tłumie, w jakiejś manifie, na ulicy krzywej…  spotworzonych i jodynowych ludzików zakapturzonych przed strachem, a może odwagą? – Pośród przepasek sztandarów, na których powypisywane sterczą stygmaty o demo – kracji, mimo że tłum nie zna demokracji, a dla sztuki ona szkodzi, tłum jest jakby nasycony, nakarmiony, czasem zaopatrzony w krzyże woła „zmiłuj sie nad nami” po wielokroć z kamieniem w ręce – zawsze gotów! – TAK! – takich twarzy, prawdę mówiąc, coraz bardziej się boję, a nie sposób ich już wyminąć, bo blokują nie tylko ulice, ale i siebie oraz życie. To obraz rodem z dzieł Witkacego – także tych literackich. Popatrzmy na nie nieco dłużej… i głębiej.

    Zbyszek Ikona – Kresowaty 

  • ISTOTA RZEŹBY ŻYWEJ

             Andrzej Dudek-Dürer to z pewnością artysta znany  interdyscyplinarny – współczesny – Debiutował pod koniec lat 60. Dziś wiadomo, że podwalinami dla jego sztuki autorskiej, jej wykwitu twórczego, było – z jednej strony duże zainteresowanie kulturą Wschodu oraz wiara w reinkarnację. Z drugiej strony przyszła fascynacja wielkim artystą renesansowym Albrechtem Dürerem. Andrzej początkowo założył, że podejmie autorskie eksperymenty ze szlachetnymi technikami graficznymi, a także szeroko pojętą  fotografią. Później postanowił także uzewnętrznić swoją sztukę szerzej w wielofazowym cyklu life performance, a nawet wykonał własnoręcznie sitarinstrument muzyczny i na nim zagrał.

              – Andrzej Dudek już w latach 60. ub. wieku podejmując pierwsze próby wytwarzania papieru własną metodą już na pierwszych rytach zaczął eksperymentować z własnym drukiem oraz grafiką, także w sitodruku. Również w tych latach rozpoczął trwający do dzisiaj wielofazowy cykl performance pod nazwą:  Sztuka Butów – Sztuka Spodni . Odtąd zamierza i podporządkowuje swoje życie całkowicie istocie sztuki szeroko pojętej.

           Zamierzył po czasie, że w swojej niezależnej twórczości będzie posługiwał się różnymi środkami wypowiedzi: fotografią, zapisami filmowymi, wideo, grafiką różną, słowem, dźwiękiem, osobą własną jako żywą rzeźbą. Reprezentuje on dziś jedną z najbardziej konsekwentnych i zarazem radykalnych postaw twórczych w polskiej sztuce – Tak złożoną postawę twórczą Andrzeja Dudka cechuje synkretyzm religijny i duchowo – mistyczny. Prezentacje twórcze odwołują się do systemów religijno-filozoficznych Wschodu i Zachodu, a czasem, co jest ciekawostką, praktyki szamańskie. Jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych polskich przedstawicieli wyjątkowego performance nie tylko w kraju ale i za granicą.

            Na czym polega twórczość artysty Andrzeja Dudka, jak przebiegała jego droga twórcza? – Uwierzył, że jest żywą inkarnacją renesansowego artysty drzeworytnika i miedziorytnika, grafika i malarza Albrechta Dürera.Całą istotę sztuki skupił na własnej postaci, kontynuując rewolucyjność i innowacje podobnie jak na swoje czasy Albrecht Dürer. Należałoby spytać artystę dlaczego sięgnął do twórczości wybitnej postaci okresu renesansu? – w jaki sposób odkrył Go w sobie? – Otóż wygląd zewnętrzny Albrechta i Dudka jest prawie identyczny – to jedno, a po drugie – działania równie eksperymentalnie ciekawe i cenne Albrechta Dürera,  choćby z autorskim drukiem miedziorytniczym oraz prezentacji graficznych i drzeworytniczych było to jak na tamte czasy bardzo ekspansywne, począwszy także od własnego wytwarzania papieru – po trzecie zafrapowały artystę Andrzeja Dudka wszystkie inne działania bardzo oryginalne mistrza Albrechta, pokazując go za życia w krasie pomnikowej. Przypomnijmy, że urodził się w Norymberdze w 1471 roku jako wybitny talent. Dziś Andrzej Dudek- Dürer to również wyjątkowo rewolucyjny artysta, działający ponad 57 lat, żyjący we Wrocławiu. Wprowadził do swej teorii wiele przedsięwzięć nie tylko tych w/w, ale i po czasie własnoręcznie wykonany i używany instrument kultury hinduskiej sitar, do oryginalnej kreacji dźwiękowej, co jest rewelacją wprowadzającą stricte duchowe działania… Odwiedził on także ten kraj. Wiele prezentacji performance było z udziałem tego instrumentu, grał także w otoczeniu wielu swoich prac plastycznych na wystawach np. w BWA we Wrocławiu i w innych ośrodkach kulturalnych w Polsce i poza granicami…

               Ogólnie wydaje się, że Andrzej Dudek chciał jakby na nowo oznajmić wszem i wobec, że postać Albrechta Dürera objawia się w nim i podświadomie nawołuje do innowacji  oraz że jest obecna i cenna intonuje kontynuację od czasów reformacji wiary oraz zawiaduje człowiekiem metafizycznie. Postanowił zatem wejść eterycznie w tę twórczość całym sobą. Przypomnijmy że  Albrecht Dürer na swoich drzeworytach przedstawił własne wyobrażenia scen biblijnych, w tym męczeństwo świętych i ich rodzaje i historie, jakby w szczegółach, pokazał także stan ducha tamtego okresu,  kontynuując pewnego rodzaju uduchowione cykle, rozpowszechniając je,  narażając się niejednokrotnie wielkim ówczesnym. Ja pamiętam niektóre działania Andrzeja Dudka – Brał on na przykład reprodukcje, lub kopie rycin mistrza i zgniatał je w kulę wekując je w szklanych słoikach, jako zapasy(?), chcąc jakby zachować myśl twórczą? Albrechta, czasem rozwijał je ponownie (po zgnieceniu) prostował wkładając w pod szkło jako obraz – uzyskiwał tym sposobem płaskorzeźbę – zmęczenie uwypuklone? – raczej odrodzenie dzieła w innej formie, gdyż papier już nie wrócił na swoje miejsce, a scena została jakby utwardzona żylastymi odgnieceniami jako płaskorzeźba – Czuł wyraźnie taką potrzebę szczerej kreacji i kontaktu ze znanymi dziełami mistrza… Odkrył, że człowiek tworzący rzeczy,  egzystujący duchowo w świecie i wyróżniający się podobną kreacją i wyglądem jak Albrecht Dürer i równoległą estetyką wyglądu staje się „żywą rzeźbą”, zwłaszcza wtedy, gdy naprawdę uwierzy w to co tworzył mistrz- On sam jako Dudek – Dürer to dziś postać – monolit – żywe medium – rzeźbi czas teraźniejszy bardzo oryginalnie całym sobą, zgłębia pomysły dla swej sztuki.

             Okazuje się, że wygląd artysty Andrzeja Dudka podobny staremu mistrzowi stanowi także klucz do jego autorskiej fotografii artystycznej, jej prezentacji – To także oznajmianie  swoich możliwości przedstawienia trójwymiarowej rzeczywistości w dwuwymiarowym obrazie co pokazał w sztuce fotografii. Klucz poznania konsekwentnej postawy tutaj i teraz – Niezmienne atrybuty wyglądu artysty to: pokaźna broda, pofałdowana odzież, wielokrotnie łatane skórzane obuwie, jakby z kilku stuleci o kilku podeszwach jak wyrzeźbione – pantofle ponadczasowe, wyglądające jak z marmuru żylastego, choć skórzane to jednak używane non – stop pantofle odkupione spartańskimi misjami wędrowca, naprawiane po stokroć, po wielokroć łatane spodnie – łata na łacie i skromny spokój, pogoda ducha – to scalony Andrzej Dudek Dürer – to postać świątka(?) – Poczynię tu pewną dygresję: Kiedyś Tadeusz Różewicz po spacerze w Parku Południowym na Krzykach, gdzie blisko mieszkał, napisał wiersz, który opowiadał z autopsji o świętym, wiersz pt. Spotkałem Go. Pisze poeta, jak szedł ścieżką parkową – i ujrzał świętego jak spał na ławce, wiersz oddaje klimat tego dziwnego spotkania ze świętym Piotrem – jednocześnie obrazuje pewną wyjątkowość, bo opisał poeta ubiór śpiącego w południe na ławce, jakby ten przywędrował zza światów: ubranie podarte skrojone na epokę początku naszej ery – Pielgrzym(?) z dziurawymi fioletowymi rękawiczkami, głowa z długimi siwymi włosami – spadek po Chrystusie? – czy to Skała – a może Opoka wieku?…   Otóż działanie Andrzeja Dudka, jego obraz i imaginacje twórcze – określiła synonimem własnym znająca go ze strony duchowej osobiście poetka Marianna Bocian: to JEDNIA! – odrzekła . Andrzej Dudek to artysta wierny sobie, jednocześnie ten KTÓRY przemierzył świat odkrywczo osobowo odważnie…

        Artysta przez całe życie zbiera ważne dla siebie przedmioty znaki czasu, szczególnie cieszy się gdy mają one na sobie monogram lub wizerunek odcisk swego mistrza – Pamiętam jak sam obdarowałem go talerzem z cynkalu z płaskorzeźbą i monogramem Albrechta Dürera, wręczając go, zamiast kwiatów Andrzejowi na jego wystawie – ucieszył się był ogromnie. Ale bardzo intrygujący jest zamysł i realizacja powstania cyklu wekowania w słoikach: reprodukcji prac Albrechta Dürera, cykl tworzący swoiste archiwum na styku przeszłości i teraźniejszości…

              Natomiast twórczość kompozytorska Andrzeja  Dudka- Dürera  jest także ważna, bo wiąże się z tradycjami duchowymi kilku stron świata, być może najbardziej, jak podkreślam hinduistyczną wokacją, z instrumentem  sitar. W 1974 r. Andrzej wykonał sitar i zagrał na nim. Była to muzyka niezwykła ponadczasowa przenikająca na wskroś – Kiedyś zagrał tak samo John Lenon na sitar swojego przywódcy duchowego w Indiach… Twórczość kompozytorska Andrzeja Dudka – wydana w szeregu dyskach, użyta w  performance z dziełami wokół zgromadzonymi jest prezentacją, nader wyjątkową, która ma na celu przypomnienie o istnieniu czystości wiary – wiary w istnienie dalszych wymiarów istnienia… Andrzej uważa, że ma właściwą wiedzę do takiej imaginacji twórczej i uzasadnioną predyspozycję duchową. Tworzył (swego czasu  wcześniej) takie kolarze o charakterze zmysłowo duchowym, tworzył ich nastrój  spokoju i nieskończoności, grał kolorami i szeregiem przenikania świateł. To samo czynił w fotografii przenikając przez otoczenie sobą, grał światłem i eksperymentował z wizualizacjami świetlnymi, Kiedyś robił wizualizacje śladów chodu ludzkiego na podłodze drewnianej  posypanej wokół mąką, podświetlał te ślady pokazując że to przejście duchów – nas juz nie ma, jest ślad – zostanie po człowieku odcisk… Innym razem  artysta poszukiwał swojej obecności w świecie zwierząt. To np. cykl z nosorożcem w pancerzu, z małą postacią siebie obok nosorożca . Jego twórczość przechodziła inne fazy, ale zawsze ezoterycznie, a także w dużej mierze fazy znaku mistycznego.

    Najważniejsze cykle prac artysty od roku 1970:

    W 1973 roku powstają ważne prace fotograficzne Andrzeja Dudka – Dürera składające się na cykl Ukrzyżowanie. To fotografie zrealizowane po śmierci brata i ojca artysty, na których przedstawiał siebie jako ukrzyżowanego, stały się one osobistą wypowiedzią na temat cierpienia i sensu bytu, ale nie jako bunt. To zajęcia fotografią, jakby badanie duchowe możliwości przedstawienia wymiaru bytu i jego losu.

    W latach 1973-74 powstają Autoukrzyżowania z nagim ciałem artysty w pozie Chrystusa na krzyżu. Cykl ten w odróżnieniu od wcześniejszych prac wzbogacony został o codzienne przedmioty, pojawiające się jakby przypadkowo obok zastane.

    W latach 1977 roku powstaje seria fotomontaży ze zwielokrotnioną głową artysty z figurami ukrzyżowania.

    W 1974 r. własnoręcznie wykonał instrument sitar i odtąd niejednokrotnie wykorzystywał go w swoich licznych performance. Nagrał profesjonalne krążki z tą muzyką.

    W 2002 r. wystąpił  na płycie Fiu fiu…Lecha Janerki.

    W 2014 rozpoczął współpracę z Jarosławem Pijarowskim.

    Wystąpił między innymi w Widowisku Heaven on Earth Live in Mózg Klubie Mózg. Jego twórczość kompozytorska, ale też performatywna wiąże się, jak już wspomniałem, z tradycjami wierzeń, głównie z niezwykłym sitar, który wywołuje niecodzienne duchowe pokłady idące w świat ponadczasowy,  przynależny jedynie człowiekowi otwartemu na dobro i sens życia w skromności. Przynależny także innym wymiarom i formom egzystencji.  

            Można bardzo wiele i sugestywnie mówić, a nawet dyskutować, o niezależnym działaniu tego artysty i zaryzykować powiedzenie, bo sztuka ta była i jest pewnego rodzaju oznajmieniem różnorodnej obecności jako humanum – docta – To także wiara w cel sztukinależy powiedziećnikt tylko Sztuka uratuje świat. Można porównywać działania Andrzeja Dudka z twórczością rewolucyjną Jerzego Grotowskiego, który tworzył równie niepowtarzalny autentyczny teatr począwszy od „Rzędu Dusz” po teatr badań z żywymi rzeźbami w ruchu i głosie… Grotowski także odczuł na sobie zew duchowości nie tylko hinduistycznych wierzeń, wędrował do mistrzów duchowych – a kiedy przyjechał był już innym człowiekiem, bez krawata i garnituru – zaadoptował do badań w swoim Laboratorium kulturę ponadczasową i wiarę w nią… Zadaniem artysty jest stworzenie pewnego rodzaju układu kontaktu między tym co duchowo okazane – a tym co materialnie komunikowane – To wzajemne przenikanie metafizyki z wewnątrz w przestrzeń zewnętrzno – fizyczną świata i powrót po nowy oddech, czasem za cenę synkretyzmu,

    Zbigniew Kresowaty

  • „Maluję myśli… i poezję życia” (o niezwykłym malarstwie Wlastimila Hofmana)

    Hofman Wlastimil wyk. Zbyszek Ikona Kresowaty
    Hofman Wlastimil wyk. Zbyszek Ikona Kresowaty

             Malarz, reprezentant nurtu symbolizmu młodopolskiego, malarz myśli tradycjonalistycznej. Urodzony w 1881 w Pradze. Był synem Czecha i Polki, w 1889 osiadł wraz z własną rodziną w Krakowie. Studia artystyczne odbył w krakowskiej Szkole Sztuk Pięknych w latach 1895-1899 pod kierunkiem Floriana Cynka, Jacka Malczewskiego,  Józefa Unierzyskiego i Jana Stanisławskiego. W okresie 1899-1901 doskonalił swe warsztatowe umiejętności w paryskiej École des Beaux-Arts u Jeana-Léona Gérôme’a. W latach 1901-1902 kontynuował naukę w macierzystej uczelni w pracowni Leona Wyczółkowskiego.

             Artysta zarażony dozgonnie twórczością swego najlepszego mistrza Jacka Malczewskiego (z którym miał bardzo dobry kontakt). To właśnie decydujący wpływ na ukształtowanie się postawy twórczej Hofmana wywarł  ów symbolizm metafizyczny sztuki Jacka Malczewskiego. Dziś Wlastimil Hofman uznawany jest za kontynuatora wyznaczonego trądu przez Malczewskiego to linia symbolizmu – alegorycznego, ówczesnego budzącego się do życia w okresie tzw. młodopolskim kierunku malarstwa, przejawia się to zarówno w zakresie podejmowanych motywów ikonograficznych jak i stosowanej stylistyki oraz dalszych kompozycyjnych rozwiązań. Jego repertuar tematyczny obejmował, obok scen religijnych, takie tematyki etyczne i duchowe a nawet z sacrum. Powstały pierwsze obrazy w tej tematyce:  Nadzieja, 1907; Skarga, ok. 1907. 

            Natomiast wspomnieć trzeba co nieodzowne, że po wybuchu II wojny światowej i agresji ZSRR na Polskę z 17 września 1939 przebywał wraz z żoną w pałacu w Pomorzanach, gdzie stacjonował szwadron polskiego 20 Pułku Ułanów i. Króla Jana III Sobieskiego, który 20 września został otoczony i wzięty do niewoli przez wojska sowieckie. Hofman portretował wówczas żołnierzy ich na niewielkich kartonikach. Portreciki miały być wysłane do rodzin, a jednym z portretowanych był Zdzisław Peszkowski, który pomagając skarbnikowi dywizjonu w rozdzielaniu pieniędzy pomiędzy żołnierzy i ukrywając znaczną ich część, po dostaniu się do niewoli postanowił przekazać je Hofmanowi, aby nie dostały się w ręce władz sowieckich. Następnie Hofman przeżył tułaczkę przez Wołyń do Stambułu, Hajfy, Te Awiw JafauJerozolimy. Tam spotkał po latach ponownie Peszkowskiego, wyznając mu, iż ofiarowane mu w 1940 pieniądze uratowały Hofmanom życie, gdy aresztowani w Moskwie odzyskali wolność i mogli wykupić podróż do Polski.

           Później w wielu wolnych wariantach Hofman opracowywał motywy gry lub zestawienia Erosa i Psyche, tworząc dowcipną trawestacje intryg snutych przez tamtego romantycznego i uczuciowego Amora; mitologiczne parafrazy Hofmana ewokowały zawsze pogodny nastrój, znamienny dla polskiej poetyki i sielanki ludzkiej, były okryte szeroko humanizmem. Później bardziej drapieżnego charakteru nabrały nasycone rubasznym humorem sceny nawiązujące do ludowych wierzeń, strojów, imaginacji zabobonów i obrzędów nie tylko kultu religijnego, których protagonistami były np. strachy na wróble i jasełkowi aktorzy jak Diabły, 1908; Strach na wróble, 1906, spowiedź chłopa w polu oraz młodziutkie Maury obok aniołów z dyskretnymi skrzydełkami motylimi z różkami u głowy ze zwierzatkami w rekach z ptaszkami umarłymi i polne stare urocze Fałny mądrością grające na fujarkach czy ksylofonach, podobnie jak u Jacka Malczewskiego, na innych własnoręcznie zrobionych instrumentach, były także anioły blisko diabląt przyziemskich… Często powracającym w sztuce Hofmana tematem były rodzajowe epizody zaczerpnięte z życia górali oraz wizerunki chłopów, dające okazję do zaakcentowania dekoracyjności strojów i folklorystycznych fascynacji twórcy jak np. „Dwie góralki”, ok. 1918r…

                Nawiązywał artysta także do sztuki gotyckiej, wczesnorenesansowej i secesji. W malarstwie Hofmana kluczową rolę odgrywał, co ważne, linearyzm. Artysta określał kształty klarownym konturem, bryłę wydobywał walorowym modelunkiem, stosował barwy lokalne wzmocnione niekiedy refleksami fioletu, różu i zieleni oraz stonowanego pomarańczu przechodzącego w polny brąz. malował naturę , postaci z ptactwem, ptaki umarłe na rekach ludzi i dzieci. Jego umiejętność werystycznego odtworzenia rysów twarzy przejawiła się w serii autoportretów malowanych w różnych okresach życia, często – podobnie jak u mistrza Malczewskiego – finezyjnie upozowanych i dopełnionych alegorycznym sztafażem, grających zestawieniem z sobą. To malowane teatry na płótnie. Zatroskane twarze i żylaste ciała, mimika  zagubienia w nowej rzeczywistości czasem w siermiędze oraz zdziwieniu widokami zastanymi nagle. To niesamowite malarstwo, jakby echo po Jacku Malczewskim. Zawsze powtarzał „maluje myśli i czyny… maluje poezję” – Kiedy maiłem kilkanaście lat w podstawowej szkole wychowawca prof. Bolesław Ciulęba nauczyciel rysunku zabrał nas jako harcerzy do Szklarskiej Poręby na spotkanie żyjącym wówczas jeszcze Wlastimilem Hofmanem przy ul. Jana Matejki 24. To spotkanie ze starym juz wtedy mistrzem artystą pozostało w mej pamięci niezapomniane. pamiętam jak oprowadzał nas po domu i wyjaśniał zawiłość tematyki swoich obrazów. Pewnych rzeczy nie rozumieliśmy, ale fascynacja obrazami ich kolorystyką pozostała do dziś. Siwy zgarbiony wówczas Hofman dreptał po izbie zachwycony nami młodymi uczniami.

                 Kiedyś indywidualnie odwiedziłem Muzeum i grób Hofmana przyszły wtedy wspomnienia i refleksja po tak znakomitym artyście malarzu. jak tylko jestem w Szklarskiej zawsze odwiedzam to miejsce, kolebkę fascynacji co nie pozostało bez znaczenia na moja sztukę nie tylko plastyczną, ale i literacką czyli poezję… Hofman pisał także poezję, pamiętam wtedy jak byliśmy uczniakami u niego czytał nam, choć wydał tylko jeden tomik własnej poezji „przez cienie do wolności”, z którego czytając recytował  wiersze wówczas na fali. Ta wizyta to niezapomniany czas i chwile wryte głęboko w pamięć. Dziś cieszę się autentycznym  obrazem Wlastimila Hofmana i fascynuję jego tematyką, zdobyłem go płacąc wielką cenę – to cząstka duszy artysty, z którą obcuję non – stop, i tak już pozostanie. To nie pierwszy mój mistrz pochodzący od Jacka Malczewskiego. Moim profesorem był Eugeniusz Geppert także uczeń J. Malczewskiego, skądinąd wiem, że miał kontakt osobisty z Wlastimilem Hofmanem w Krakowie – to potęguje moja fascynację ta sztuką i tymi osobowościami. To nader cenne choć tak osobiste. Może właśnie dlatego?

    Zmarł 6 marca 1970 roku, dokładnie dwa lata po śmierci ukochanej żony Ady, z którą zalegalizował swój związek w 1919 roku. Ich ciała zostały pochowane we wspólnym grobie na cmentarzu komunalnym.

    W Szklarskiej Porębie do dziś znajduje się małe muzeum poświęcone twórczości Wlastimila Hofmana, jedna z tamtejszych szkół nosi jego imię, a dzieła malarza wykorzystywane są w kościele parafialnym pw. Bożego Ciała przy ul. Franciszkańskiej.

     Zbigniew Ikona – Kresowaty 

  • Marian, profesor od rzeźb portretowych

    Portret artysty Mariana Molendy wyk. Zbyszek Ikona Kresowaty

              Nazywają go „Profesor od pomników portretowych” – Jest profesorem i wykonawcą w Instytucie Sztuki na Uniwersytecie Opolskim. Pochodzi z Baranowa Lubelskiego. Absolwent PLSP w Nałęczowie. Studia na PWSSP w Gdańsku w pracowni prof. Franciszka Duszeńki. Uzyskał Dyplom z wyróżnieniem w 1983 roku. Posiada realizacje rzeźb w: Niemczech, Czechach, Rosji, USA, Francji, Węgrzech, a nawet w Chinach!   

    – Jest przede wszystkim żywym, przyjaznym człowiekiem, poruszającym się wśród zwyczajnych ludzi, jest autorem i wykonawcą wielu pomników i rzeźb (w tym i w drewnie), ale najważniejszą grupę stanowią pomniki z brązu, głownie  ustawione na Wzgórzu Uniwersyteckim w Opolu. Jest także znanym artystą malarzem i autorem cyklów autorskich płaskorzeźb.

         Należy odnotować, że w tym roku w dniach kolejnego Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu (15 września godz. 17.o) został odsłonięty pomnik Wojciecha Młynarskiego, autorstwa i wykonania artysty Mariana Molendy – To niezwykle sugestywna kolejna rzeźba portretu pomnikowego dla czołowego artysty kultury polskiej w całej krasie i wdzięku, ustawionego obok pomnika Agnieszki Osieckiej. Jak widzimy pan Wojciech siedzi sobie na krześle (takim jak poetka) obok niej, z rozłożonymi rękami przed sobą i rozchylonymi palcami u rąk o wyoblonych charakterystycznych opuszkach, dyskutuje z Agnieszką tak jak lubił… Ona słucha, podparta dłonią, z jej kolan spadają pod pantofle kartki maszynopisu, a obok stoi wolne krzesło zapraszające „Kogoś” trzeciego… być może jakiegoś przechodnia do wspólnej rozmowy… Być może w przyszłości dosiądzie się jakiś trzeci artysta? – Możemy się tylko domyślać o czym koryfeusze piosenki polskiej – poeci, kształtujący nasze życie kulturowo – społeczne, rozmawiają i można tę scenę na różne sposoby parafrazować… Natomiast prof. Marian Molenda nie dość, że zaprojektował i wykonał pomnik naturalnej wielkości osobowo, to jeszcze wymyślił piękne i sensowne połączenie twórcze tych postaci. (Domyślam się, pewnie z udziałem byłego rektora Uniwersytetu inicjatora innych pomników na Wzgórzu prof. Stanisława Nicieji). Przyznam się, że ja przed miesiącem odwiedziłem Mariana w jego pracowni, kiedy kończył tę realizację z gliny i szykował do odlewu. Ujrzałem wtedy gotową postać artysty – poety – kompozytora, i nie miałem żadnej wątpliwości co do jego klasycznego image – Zostały tu zachowane proporcje, wszystko co ważne dla postaci – cały zaśpiew artystyczny pana Wojtka, charakter i urok osobisty, w tym  szczegóły: pochylenie wyoblonych pleców, lekko rozwarte usta, włosy „ulizane” na czole, rozłożone palce u rąk w kierunku rozmówcy, rąk wystawionych do przodu, co niebyło na pewno łatwe…  (Wiem, bo wykonuję portrety na kartonie różnych rozmiarów i doświadczam pewnych trudności z przekazem i wydobyciem podobieństwa oraz charakteru postaci, trzeba wtedy wejść do środka osobowo indywidualnie, dużo wiedzieć o obiekcie, choć to całkiem inny materiał i wielkość…) Jak mi oświadczył artysta:  wychowywałem się przecież na Młynarskim, na jego tekstach, piosenkach, Pucio, Pucio…itd. Ale dlaczego chcę powiedzieć o tej bardzo ważnej realizacji osobliwie? – raz – gdyż dane mi było ujrzeć w pracowni akt pracy twórczej mistrza rzeźbiarza, w okazałym wielkim pomieszczeniu, pośród drabin i podestów i platform, a ta postać bardzo wyróżniała się, i dwa dlatego, że odnajduję w rzeźbach tego twórcy dużo więcej, a mianowicie aspekty duchowo filozoficzne – Jak patrzę w pracowni, na ten zmagazynowany makietowo i umocowany do ścian dorobek, dostaję „gęsiej skórki” –  wchodzi się we wspomnienie, jest tu duży nawias pamięci: stoją tu inne rzeźby – kopie autorskie po odlewach, części rzeźb już zrealizowanych, co nadaje osobliwy wielkoformatowy charakter poznawczy tego twórcy, zwłaszcza jeżeli w krajobrazie widzimy gotowe już dzieła – widać tu rozmach ale i pokorę, sens, czas i pamięć oraz wiedzę artysty. Widać jak przebiega amplituda myśli twórczej…  Pozostanę zatem pod wrażeniem na długo. Ujrzałem także w przygotowaniu kolejną ważną wielką realizację – makietę – ogromny stelaż  wyjątkowo duży, ponad naturalnej wielkości, do pomnika Marszałka Józefa Piłsudzkiego na koniu (o czym powiem w dalszej części tekstu.)      

            Ale wracając jeszcze do odsłonięcia pomnika Wojciecha Młynarskiego: akt ten odbył się 15-go września (piątek) godz. 17.oo – Wzgórze Uniwersyteckie w Opolu – Byłem widzem tej uroczystości, zaproszony przez artystę. Przybyła telewizja, goście, władze Miasta Opola: Prezydent Miasta, Rektor Uczelni, Kanclerz Uczelni,  przybył prof. Stanisław Nicieja, którego obecności jako byłego rektora i inicjatora przedsięwzięć pomnikowych nie mogło przecież zabraknąć, tak jak fundatora pana Cebuli oraz samego artysty Mariana Molendy profesora wykładowcy, były Vip-owie oraz władze Kultury i Sztuki województwa. Tu ciekawostka! – Nie było artystów piosenki polskiej, nie było nawet córek Młynarskich, (choć widziane były w Opolu), rodzinnie był obecny Jasiek syn Wojciecha Młynarskiego z córeczką i żoną, wygłosił on swoje wspomnienie o ojcu nieco poruszony, głos zabrał także obecny rektor Uniwersytetu prof. dr. hab. Marek Masnyk oraz profesorowie – Stanisław Nicieja i sam artysta Marian Molenda oraz mecenat i sponsor pan Cebula.

           Dlaczego przedstawiam Mariana, artystę w dużej części filozofa i mysliciela, który mówi niejednoznacznie o swoich postaciach za pomocą skrytego gestu, postawy i ukazuje mowę charakteru danej postaci, jest stricte dopowiadaczem w czapce niewidce Stańczyka , która podaje sygnały pewnego tonu, Molęda kocha muzykę, ale i jest wizjonerem, to taki współczesny „filozof” i łaskawca, który się nie wtrąca do innych, ale mówi dobitnie i uderzająco… jednocześnie jest wyciszony jakimś skrytym dobrem, miłością i skromnością.

    Portret profesora Mariana Molendy wykonał Zbyszek Ikona – Kresowaty- 2017 r.

         Dlaczego rozpisuję się o Marianie Molendzie? –  Jestem fanem tego artyzmu, każdy region ma swego artystę – mistrza rzeźb i malarza, artystów kultowych, pieśniarzy i animatorów, każdy region ma swego Stańczyka, ale „twórstwo” tego artysty w sensie umiarkowanego wysławiacza pięknie promieniuje i znajduje swoje odzwierciedlenie w różnych miejscach w Polsce i poza granicami.  Wykonał on, w swej karierze dotychczasowej, wiele realizacji pomnikowych i portretów w brązie, także płaskorzeźb i popiersi, wymienię tu kilka, żeby uzmysłowić, że akt tworzenia postaci, z jej twarzami i gestem oraz szczegóły mimiki, od których to gestów zależy podobieństwo, taki akt jest o wiele trudniejszy niż wykonywanie rzeźby tematycznej. Rzeźba portretowa wymaga dużo więcej zaangażowania i czasu, gdyż odzwierciedlić należy w niej, koniecznie, całe image twórcze danej osoby: charakter, postawę oraz związek z jego profesją. A więc wymienię tylko kilka postaci pomnikowo portretowych Molendy;  K. Musioł, J. Grotowski, J. Kofta, A. Osiecka, J. Przybora i Wasowski, Cz. Niemen, M. Fołtyn, E. Osmańczyk, K. Górski… inne np. w popiersiach i płaskorzeźbach poza Wzgórzem Uniwersytetu: T. Różewicz, Księżna Deysy, J. Piłsudzki (popiersie), S. Ligoń, Papież JP II z kard. Wyszyńskim (w kolejnej wersji znanego nam uścisku) – stojący monument w Prudniku, inne popiersia, Junona…

           – Ale przede wszystkim chce powiedzieć także jako krytyk artystyczny o samej twórczości autorskiej prof. Mariana Molendy – Artysta, jak się wydaje, postawił na tzw. minimalizm, a nie na pompatyczność swoich postaci. Miał ponad 30 wystaw indywidualnych i ponad pięćdziesiąt zbiorowych, nie licząc tych realizacji wspomnianych jako stałe na Wzgórzu Uniwersyteckim w Opolu. Mnie zawsze interesował aspekt filozoficzny mechanizm i chemia tworzenia podejmowanych tematów także w innych profesjach, przyjęcie postaw image postaci – takich jak: psyche, dorobek, wyrys twarzy i wdzięk, lub brzydota czyniąca postać wierną i gest sylwetki…    Interesowało mnie samo spektrum postaci i jej emocjonalność w innych meandrach. U Mariana Molendy, w jego twórczej przestrzeni, daje się wiele zauważyć, między intelektualnymi osiągnięciami: to jest konceptualizm tradycyjnych dziedzin sztuki, dzieje się to także pomiędzy ikonografią i jej archetypem. Ważny jest tutaj aspekt posługiwania się kanonem ikonnym, nie tylko w tematach pasyjnych, zarówno w rzeźbie autorskiej i płaskorzeźbami, wykonywanych dla instytucji, czego artysta sobie nie odmawia i widzi w tym zasadność swej mocy sprawczej. Ten ponad 25 letni dorobek artystyczno –twórczy – staż pracy i całe „twórstwo”, to dyskurs z uniwersum i ciągłą pamięcią z tematami mówiącymi o cierpieniu, bólu, miłosierdziu i oczekiwaniu w nadziei i pokorze… jest imponujący – widać to w elementach rzeźb co wyróżnia się w tej twórczości. Przede wszystkim jest to DIALOG, z przeszłością nie tylko historyczną,  przeciwstawiany przyszłości – a raczej teraźniejszości, jako pewna odnowa duchowa(?) – To ciągła nieustanna wiara w nieskończony sens dobra i bytu oraz milości.

    Oczywiście nie pomylę się kiedy powiem, że wiele tych cech posiada sam artysta: skromność, przyjaźń, wiara, umiejętność pochylania się nad bólem i troską człowieka, nad rodziną – To artysta człek „humanum docta”.  Sztuka tego artysty to wypadkowa wielu zjawisk społecznych i historycznych realizacji, ekspresyjny zwrot ku wartościom szacunku do rodowej tradycji…

     Natomiast osobną realizację i kolejny etap twórczy oraz wezwanie  profesora Mariana Molendy stanowi obecnie pomnik Marszalka Józefa Piłsudzkiego – Ziuka.

         Otóż jestem znów w pracowni mistrza, siedzimy przy kawie rozmawiamy o aktach twórczych, pytam czy zechce znaleźć czas na „rozmowę artystyczną” o sobie – o twórczości – dostaję zgodę – poślę zapytania Marianie – cieszy się, rozmawiamy o Piłsudzkim o tej realizacji patrząc na nią… później odprawia mnie do drzwi wyjściowych pracowni, jeszcze raz spoglądam na duży ogromny pomnik w glinie, choć obłożony folią, żeby materiał nie wysechł za szybko… Pomnik Marszała Piłsudzkiego  stanie przed Katerą na rynku w Nysie na kilku metrowym (4 metry wysokim) cokole. Skądinąd wiem, że Marszałek Piłsudzki pożądany jest na tych ziemiach przede wszystkim przez repatriantów, ale nie tylko oni chcą Marszałka.  Ci pierwsi przybyli tutaj jako młodzi ludzie ze wschodu, głównie z  rejonu Tarnopola, symbole polskości i niepodległości zostały tam za Bugiem. Los sprawił, że właśnie pomnik, który stał kiedyś w Tarnopolu powstanie , jakby z martwych na nowo, ponieważ za czasów KRAJU RAD został zwalony i zniszczony przez stalinowców na kawałki… Jak widzimy nie da się tak łatwo usunąć polskiej buty walecznej o niepodległość, nie da się zapomnieć symboli tamtej zawieruchy i walecznej wrzawy o nasze dobro narodowe. Tamten pomnik i ten to jedno – Tutaj pozwolę sobie na mały opis pomnika: Marszałek Piłsudzki siedzi na koniu, jak w marszu z pochyloną buławą w dłoni… koń mocno siłowo wyoblony – koń (nie klacz) z wyoblonym karkiem, z silnym i potężnym przodem, na takim jeździł wódz także – co tutaj ma metaforycznie oznajmiać bohaterstwo i butę walki o niepodległość – tak to rozumiem… tak to zamierzono ongiś w Tarnopolu, dziś wraca to i tutaj…

    – Nyszczanie już czekają na tę chwilę – Będę także obecny i ja – zwłaszcza, że moi rodzice i Grażki – ojciec Józef, mama Helena spod Zbaraża pochodzą z polskiego Tarnopola, Grażki z pobliskiego Stanisławowa (dziś Iwanofrankowsk). I już wiem, że chyba uronię łzę na tej nobilitacyjnej uroczystości. Dziękuję Ci Profesorze Przyjacielu za to nowe powołanie Ducha i kolejnej wielkiej prezencji niepodległości, dziękuję ci za wielki wysiłek – Pamiętam jak przy tej ostatniej wizycie 15-go września oświadczyłeś mi z uśmiechem na twarzy: wiesz, spadłem z drabiny (3,5 metra), kiedy gładziłem grzbiet konia Marszałka…(śmieje się) –  Ale warto było – Uśmiechasz się! – a wiem, że duch czuwał nad tobą, bo nie uszkodziłeś żadnej części ciała… Chylę głowę! w oczekiwaniu na dalsze piękne twoje realizacje… i odsłoniecie.

    – Oczywiście zapraszam wszystkich patriotów i outsiderów w imieniu artysty do zwiedzania Wzgórza Uniwersyteckiego w Opolu, fotografowania i podziwiana o każdej porze dnia i roku.

    Zapraszam na odsłonięcie pomnika Marszałka jako syn repatriantów także przed Katedrę w Nysie, na uroczystość odsłonięcia monumentu pomnika Marszałka  – data zostanie zapewne podana publicznie.

     Zbyszek Ikona – Kresowaty


  • JAKO „ŚWIADEK NAOCZNY” WIDZIAŁEM GO ŻYWEGO POD PIJALNIĄ W KRYNICY GÓRSKIEJ

    JAKO „ŚWIADEK NAOCZNY” WIDZIAŁEM GO ŻYWEGO POD PIJALNIĄ W KRYNICY GÓRSKIEJ

        (W październiku ub. roku minęło 50 lat od odejścia)          

    Urodził się 21 maja 1895 roku w Krynicy w bardzo ubogiej rodzinie. Jego ojciec był Polakiem. Jak się dowiadujemy, ojciec Jego to jeden z artystów malarzy, jakich wielu mieszkało wtedy w willi “Trzy Róże”, największego w tamtym czasie w latach 1960 w pensjonacie w Krynicy Górskiej – Jedna z najbardziej rozpowszechnionych plotek przypisuje ojcostwo znanemu malarzowi Aleksandrowi Gierymskiemu – matką zaś była Jewdokia Drowniak, córka Gryhoria i Tatiany z domu ze wsi Powroźnik. Nikifor – „Nykyfor”, jak Go wpierw po łemkowsku  nazywali, namalował multum obrazków na różnych podkładach papierowych, okładkach dużych szkolnych bloków rysunkowych, okładkach zeszytów i książek,  średniej wielkości i sprzedawał na murku koło Pijali Wód w Krynicy Górskiej. Gdy byłem w szkole podstawowej, pojechaliśmy tam wraz z klasą i naszym wychowawcą panem Ciulembą w 63 roku.  

              Natomiast po latach dorosłych, podczas mojego pobytu we Lwowie, chcę z tej w/w okazji opowiedzieć o niezwykłej, ważnej i pamiętnej, wizycie jak z filmu, w Krynicy Górskiej kilkadziesiąt lat wstecz, bo jestem we Lwowie i stoję przed brązowym pomnikiem Drowniaka, gdzie zebrało mnie na słodkie malinowe wspomnienie, gdyż zwiedzając starówkę miasta Lwów, jego urocze uliczki, natknąłem się właśnie na pomnik Nikifora, dość dużej okazałości, (ok 3,5 m.) osadzony bezpośrednio na podłożu ziemi, tuż przed cerkwią unicką. A był to dzień ślubów. Mówię ślubów, gdyż sam naliczyłem kilkanaście takich par fotografujących się pod monumentem.

    – Wzięło mnie od razu – Próbowałem uzmysłowić sobie jak doszło do osadzenia monumentu Nikifora we Lwowie? – Dlaczego tutaj znajduje się pomnik Epifaniusza Drowniaka? – Stanęliśmy oboje z Grażką wryci przed Jego obliczem, choć za życia był małego wzrostu, patrząc na siebie z uśmiechem. Przecież to jest niemożliwe! – żeby pochodził z Lwowa? – zapytałem siebie, lub żeby miał jakiekolwiek związki! – Co on tu robi? – Piorę sobie mózg, wymyślając własnej pamięci – być może matka Jego mogła pochodzić z tych stron(?), ale jak wiem – nie mogła! – Otóż historia pisana przez ludzi nie znających faktów, bez wiedzy i podstaw, potrafi płatać innym figla, zwłaszcza ta z ostatniego sześćdziesięciolecia. Jak widać troskliwi Lwowianie, nie Łemkowie przecież, postawili mu tak okazałe wspomnienie? – nie! – Otóż trzeba zacząć od wstecznej historii lat 70-tych, gdyż skądinąd wiadomo mi jest, że malarstwo Nikifora odkrył znany i wybitny malarz ukraiński Roman Turyn, który poznał Go i zaprzyjaźnił się z Nim, pozyskał wcześniej od niego był wówczas wiele prac i opisał Go w swoich wspomnieniach, pokazując prace Nikifora w jakimś periodyku artystycznym ukraińskim… Dlatego zaopiekował się jako pierwszy Jego twórczością, tak od serca i upodobania artystycznie…

        – I to pewnikiem za sugestią sprawczą Turyna pomnik ten powędrował do Lwowa, pod koniec lat siedemdziesiątych, gdyż w Krynicy władze kultury i miasta, nawet po sukcesach Nikifora, nie chciały pomnika. Sic! – Pomnik ten odlano  gdy Nikifor stał się sławny, można powiedzieć wprost, znany na cały świat artystyczny. Zatem jak  można było!? tak pozbyć sie pomnika artysty, czy była to jakaś zazdrość władzy?, że niby socrealiści nie mają swoich pomników? – a On prosty i „chory” na umyśle ma? – Socrealiści ponoć oponowali: „co tam będziemy jakiegoś prostaka wystawiali, on nic nie znaczy, etc,… nic szczególnego przecież nie namalował, żadnego Słoneczka, czy Jlicza ” – Czyli nowi zmiennicy „kultury  polskiej” potraktowali dadaistycznego artystę w czambu… Pomnik pragmatycznie przekazano tam, gdzie najwięcej prawosławia(?), ponieważ On Łemko malował wszystkich świętych cerkwki… Obelisk oddano jednak ówczesnym  władzom rosyjskim, rezydującym w Lwowie.  Tak stojąc przed tym pomnikiem – tutaj właśnie, przypominam sobie trochę więcej szczegółów o samym Nikiforze, np. o Jego pochodzeniu –  matka Jego była najprostszą biedaczką – kobietą, najmowaną do wszelkich prac u ludzi w okolicy i miasteczku Krynicy. A żeby pogłębić tę siermięgę wymyślono taki epizod, ponoć prawdziwy(?) „kiedy szła do pracy zostawiała dziecko pod mostem w zaroślach…” – To jakiś absurd! – ojca ustalono po czasie, ale imienia malarza nie podawano wprost, bo było ich dwóch braci Gierymskich, ten miał na imię Aleksander.

           – A tu patrzcie! – stoi Jego pomnik przed Wielką unicką świątynią… słyszymy chór na wielogłos z otwartych ogromnych wrót – wchodzimy do cerkwi i widzimy, nad głowami młodych, którzy biorą ślub, jak trzymane są (tamtym zwyczajem), dwie złote korony, trwa długie nabożeństwo ślubne… W soboty bardzo licznie młode pary we Lwowie biorą śluby i po uroczystości cerkiewnej podbiegają do pomnika, ściskają za rekę, łapią za nos, dla zwykłego szczęścia! – Fotografują się pod Nikiforem, przy grajku skripalu (skrzypku), zazwyczaj wynajętym w tym celu, składają kwiaty u stóp malarza, cali „w skowronkach”. Pewnie nie wiedzą kto to jest, ale szczęścia On zawsze użyczy, bo sam był na swój sposób szczęściarzem, spotkał życzliwych ludzi i opiekunów –  Nos u Niego błyszczy jak przysłowiowe klejnoty psa. Takich pięknie super ubranych par młodych jest tu naprawdę wiele, co rusz w innym miejscu miasta widzisz „młodych”, także na Placu przed piękną Operą Lwowską. Młodzi wskakują później do swoich pękatych WAN – ów i czarnych błyszczących Jeepów, albo limuzyn,  ozdobionych kolorowymi wieńcami, z żywych kwiatów i odjeżdżają na własne weseliska… Staliśmy zauroczenia w tym miejscu z Grażką, patrząc zdumieni na siebie, w tak okazałym i okrytym tradycją pomnikiem i tych młodziaków – Nikt – a nikt nam o tym nie mówił, nawet poeta Jasko Bil, że tu jest pomnik Nikusia, nikt nie mówił – Jaśko Bil zatem nawalił, a przecież urodzony we Lwowie, nauczyciel zamieszkujący od zawsze i nasz przewodnik w tym dniu nieobecny – to ostatni z „baciarów” lwowskich, który zna tutaj każdy kamień – a może miała to być „niespodzianka”? – Tak! – oznajmił w następny dzień Jaśko – że tak! – owszem i była to niespodzianka – Natomiast uroda miasta, które przeszło tak wielkie przeobrażenia, niczym się nie może powstydzić co od każdego z większych miast europejskich. Podreptaliśmy bok Parku Stryjskiego – Wszystko tu bardzo po europejsku, knajpy otwarte, dobre jedzenie, piwo. Tyle, że musiałem odganiać się od miejscowych(?), bo inaczej jakoś po artystycznemu wyglądaliśmy… i zaczepiano nas, a jak wspomniałem mieszkaliśmy wówczas pod Lwowem (przez 10 dni), zatem zwiedziliśmy miejsca polskie każdego dnia, a pod pomnikiem Nikifora byliśmy często, ile tylko można było, zwiedzalismy: dom Herberta, kościół św. Antoniego Padewskiego, gdzie był chrzczony i szedł do Pierwszej Komunii, w ogóle cały dom Herbertów, Cmentarz Łyczakowski, a na nim grób Marii Konopnickiej i innych koryfeuszu zaszłej kultury polskiej. Na rynku uliczka prowadząca pod piękną cerkiew ormiańską z pięknymi freskami i stiukami, inne dobytki kultury, nawet targ blisko Opery, gdzie nabyłem starą ceramikę huculską do mej kolekcji.

              Może z okazji wizyty warto poczynić dygresję, wspomnieć samo miasto Lwów – Założony ok. 1250 przez króla Rusi Daniela (Halickiego), który nazwał miasto Lwowem na cześć swojego syna Lwa. W latach 1349–1370 Lwów pozostawał w składzie Królestwa Polskiego. Przypomnijmy bo tak trzeba z okazji tego pobytu: W roku 1370–1387 Lwów pozostawał w składzie Królestwa Węgier, a od 1387 do 1569 ponownie w składzie Królestwa Polskiego i Rzeczypospolitej Obojga Narodów, od 1434 Lwów był stolicą województwa ruskiego. Miasto posiadało prawo do czynnego uczestnictwa w akcie wyboru króla polskiego. Od pierwszego rozbioru Lwów  (1772) pod władzą Austrii, jako stolica Królestwa Galicji i Lodomerii – aż do ich upadku (1918). W okresie zaborów był jednym z najważniejszych ośrodków nauki, oświaty i kultury polskiej oraz centrum politycznym i stolicą Galicji. 

          Zatem wracam jeszcze do Nikifora do tamtej pamietnej wycieczki do Lwowa jako dzieciak, ale stoję przed obeliskiem Nikifora długo, przede wszystkim wróciłem do czasu kiedy miałem 13 lat? i żyłem jak inni, chciał nie chciał w czasie w zawszałego, ale i krwistego  socrealizmu w Polsce, byłem w Szkole Podstawowej – był rok 1963?. Zdarzyło się, że nasz nauczyciel od prac plastycznych i manualnych, wychowawca pan Bolesław Ciulemba zorganizował nam wycieczkę do Krynicy Górskiej. Wcześniej coś nam mówił o urokach tego miasteczka jego ziemi, i że „ jak nam dopisze szczęście zobaczymy bardzo ciekawego artystę malarza”… malującego na ulicy, zwanego Nikifor. Wówczas nic mi przynajmniej to nie mówiło –     

    ale mocno się zainteresowałem taką sugestią, skoro to malarz, bo mnie nazywali wszyscy, nawet nauczyciele, „Matejko”, po prostu chciałem wiedzieć czy jest lepszy od mojego nauczyciela. Nasz wychowawca Ciulemba (to nazwisko nie ksywka) świetnie malował akwarelami i dużo mnie nawet nauczył i po swojemu forował, zabierał po lekcji zawsze rysunki, sam dobrze malował i był po historii sztuki…

    Pomnik Nikifora przy cerkwi unickiej, starówka w Lwowie, szkic wyk. Zbyszek Kresowaty
    Pomnik Nikifora przy cerkwi unickiej, starówka w Lwowie, szkic wyk. Zbyszek Kresowaty

    Okazuje się, że pojechaliśmy zobaczyć Lwów, ale ja spotkałem się z  własnym słodkim wspomnieniem –  Zakręciła mi się w oku łza. Patrzcie! – szepnąłem w duchu – Nikiforku! masz pomnik i to we Lwowie! – Ot! co – co za  zrządzenie losu? Ale to tylko dadaistyczna kolorowa dygresja sprzed lat.

    Okazało się, że to jednak było super przedsięwzięcie,  kiedyś przed laty, w czas końca roku szkolnego. Pan Ciulemba zabrał nas na tak ciekawą, a dziś sentymentalną podróż do Krynicy Górskiej, którą wspominałem tu we Lwowie! – I o dziwo dokładnie sobie przypominam ze względu na Nikifora – Zaczęło się bardzo wczesnym rankiem, w czerwcu 1963 lub 1964 roku, starym rozdygotanym autobusem SAN, za jakieś tanie grosze. Zwiedzaliśmy Krynicę, aż tu wychowawca – świeć Panie dziś nad Jego artystyczną i wrażliwą duszą”, oznajmił nam na miejscu, że „teraz idziemy spotkać tego ciekawego malarza – „tylko się nie zdziwcie na Jego wygląd!…” – jak Go określił, ma byś spokój!- I zobaczyliśmy – zobaczyłem bardzo małą mikrą postać w czarnym pomiętym ubranku jakimś garniturku zmierzwionym, kolejowym? , postarzałą zgarbioną, postać pochyloną nad kamiennym murkiem tuż przy drodze. Zobaczyłem na własne wrażliwe oczy porozkładane kolorowe karteluszki, kartki na murku – malunki w średniej wielkości zeszytu i małego bloku rysunkowego, po przyciskane małymi kamieniami, żeby nie porywał ich wiatr. Nawet do głowy mi nie przyszło, że wokół Jego małej skromnej postury z nieogoloną zniszczoną twarzą, postaci mamroczącej coś pod nosem, dzieje się jakaś artystyczna sprawa… Wtedy nikt absolutnie nie wierzył w Jego rodzącą się „sławę”, a tym bardziej – on sam, nic nie wiedział, nie zdawał sobie sprawy, chociaż w gazecie były juz wzmianki a nawet reprodukcje – i tak przez głowę mi przelatuje, że widziałem tą publikację w tamtejszych gazetach… Wtedy tam w Krynicy mój nauczyciel podszedł do mnie i zapytał wprost ; „ no co Matejko podoba ci się to co Nikifor robi? –  powiedziałem  nie! – Wiesz powiem ci coś w tajemnicy – on chyba niedługo będzie bardzo sławny? – rozumiesz coś z tego? – No i co tak naprawdę tutaj widzisz – powiedz!? – u nas w przedszkolu lepsze obrazki malują małe dzieciaki– odpowiedziałem buńczucznie. Ciulemba jakoś tak do mnie powiedział… Uśmiechnąłem się dziwnie z dezaprobatą, bo zobaczyłem na własne oczy rysuneczki – maluneczki, bardzo dadaistycznie namalowane kredkami i bladymi akwarelami, jakby z pobliskiego przedszkola ręką dziecka. A widzę jakiegoś przecież  starca! – I jak się po chwili się okazało, Nikifor mieszał pędzelkiem w farbkach, maczał, malował, to znów śliniąc pędzle, i zapamiętałem dobrze, że pluł do farbek i tak wielokroć razy, na jakiejś twardej podkładce, uwieszonej na szyi, przewiązanej sznurkiem snopowiązałkowym, gdzie były napisy, kładł  kartkę z narysowanym wyrysem okolicy? – później oparty siedział na końcu murka, na piersiach jakaś deseczka oszklona? w której był włożony jakiś list? – A to jako taka podstawka oparta o mały tors, malował i znów coś mamrotał… ponownie pluł na pędzel wkładał do ust, pluł do farbek, brakło mu chyba wody, lub tak lubił? – chyba lubił smak farbek? – tak jak ja – Dziwiłem się przeogromnie, że tak może malować jakiś znany malarz(?). Mój nauczyciel wspomniał, że to jest artysta, który miał już wystawy w Paryżu i Niemczech i być może będzie Kimś uznanym, i był kupił od Niego kilka malunków. Jako uczeń miałem u Ciulemby „wielkie fory” – A teraz zobaczyłem ot! – jakiegoś „chłopka – roztropka” przy murku, w jakiejś kolejarskiej, pomiętej i czapce z daszkiem, który  porozkładał nieco pogniecione, maluneczki, chcąc za każdy jedynie 50 groszy!?. – Pamiętam dobrze, bo dostawałem w owym czasie, idąc do szkoły, od mamy, prawie każdego dnia 50 groszy na suchą bułkę! – pomyślałem to ja sobie kupię lepiej zwykłą bułkę, niż mam dawać za takie malunki 50 groszy. Ciulemba kupił był wtedy kilka tych obrazków? – a to mnie nieco zgniewało, niektóre były namalowane szkaradnie – a mój nauczyciel Ciulemba w szkole wymaga całkiem coś poprawnego! – a tutaj sam kupuje od Nikifora dziecinne maluneczki? –  którymi się w dodatku bardzo cieszy… Co to ma znaczyć?!…  Ale cóż dopiero po czasie, kiedy wkraczałem na pokład malarstwa, edukując się w kierunku, zacząłem się dowiadywać wszelkich rzeczy jakimi się rządzi Sztuka z dużej litery, a mianowicie rządzi się szczerością! –  wtedy nikt, z nas nie mógł o tym wiedzieć, to były czasy, jak pamiętam, bardzo okrutne!

             Dziś, przypomniałem sobie epizod, czego zabrakło mi w Filmie biograficznym Państwa Krauze „Mój Nikifor”, a mianowicie tego jak Nikifor pluje na pędzle i do farbek – Oczywiście są tam takie sekwencje – epizody, ale to za mało, gdyż z bliska nie ukazany jest sam akt twórczy artysty.

    On malował też w formie ołtarzykowej – bliskich Jemu samemu, ubranych bogato, „tańczących” świętych prawosławnych w dużych mitrach, bogato i pysznie egzystujących w Jego wyobraźniach… Skąd wiedział, że ważne osoby malować trzeba większe – skąd wiedział? – Czego zabrakło mi w filmie Mój NIKIFOR?: więcej scen, jak On był prowadzany przez pana M. Wrzesińskiego do cerkwi – a był owszem! – Ale zapytam i poczynię dygresję: od kiedy to w cerkwi, do której przyprowadził Wrzesiński Drowniaka, jest obecny jako proboszcz katolicki ksiądz – Nikifor był pod wrażeniem, zapatrzył się na Ikonostas. Katolicki ksiądz w nakryciu głowy katolickiego proboszcza uczestniczył w tej wizycie czynnie jako proboszcz… Nikifor na pewno był zauroczony tym cerkiewnym blichtrem, złoceniami i freskami, na ściennych i stiukach, na pewno to wszystko  kipiało w Nim było wielkie i uroczyste! – Wrzesiński opowiadał o tym wystroju Nikiforowi po dziecinnemu… Wracam do wspomnienia! – pomyślałem sobie, stojąc tu w Lwowie przed pomnikiem Nikifora, przecież mogłem coś Twego Nikiforku Kochany wtedy za te 50 groszy kupić! – Mogłem sobie kupić takie prawdziwe DNA KIKIFORA i to w dodatku z zarazkami gruźlicy. Mój wychowawca Ciulemba umarł na gruźlicę – to prawda, tylko nie wiadomo, czy za przyczyną Nikifora, czy samego siebie? – teraz uśmiecham się…

               – Zatem zaapeluję teraz :  kto z Państwa ma Nikifora na ścianie w domu ma Jego DNA! – Można  sprawdzić, czy się ma prawdziwego Nikifora! – I po chwili śmiech mnie ogarnął i zadziwił stojącą obok Grażkę –„ Z czego się cieszysz głuptasie?” – Opowiedziałem w szczegółach jej tę dość banalną przygodę z tamtej wycieczki do Krynicy Górskiej z tym DNA –  Ale mimo to jest to piękny epizod, który tutaj dygresyjnie na myśl o Nikiforze prawie żywym odezwał się z tamtej mojej pamięci… I jeszcze jedna dygresja – jak patrzeć na pomnik Drowniak Nikifor jest szczerze uśmiechnięty – nie do wiary! – a przecież nie śmiał się nigdy w życiu, chyba jak słuchał radia, nawet pod tańcowywał i tupał w podłogę… co jest na filmie. I całe Jego życie przybiegło raczej rozkosznie… Tego właśnie sam nie wiedział, (powtarzam jeszcze raz) tej naiwnej szczerości zabrakło mi w filmie państwa Krauzych pt. Mój NIKIFOR, bo dodałoby to trochę kolorytu. Poza tym powtórzę, zabrakło mi w filmie zbliżeń na obrazek, jak maluje sam Nikifor, było tego malutko, był chyba tylko błysk. Pani Feldman można było podstawić statystę artystę, jego ręce…  malować do oka kamery mógł ktoś inny. Tak jak mistrz Janusz Olejniczak użyczył swoich rak, jako dłonie Szpilmana w filmie pt. PIANISTA.

    Marian Wrzesiński artysta malarz – Opiekun Nikifora na swej wystawie w Krynicy na której byłem 1980 obecny i nieco rozmawiałem z artystą o Nikiforze i o Jego bytowaniu…
    Marian Wrzesiński artysta malarz – Opiekun Nikifora na swej wystawie w Krynicy na której byłem 1980 obecny i nieco rozmawiałem z artystą o Nikiforze i o Jego bytowaniu…

           – Ale wracając, przypominam sobie tamtego słodkiego ducha, i fakty bardzo wyraźnie. Doprawdy! – „Dziwny jest ten świat” – śpiewał na koniec filmu pt. „MÓJ NIKIFOR” Czesław Niemen, a to bardzo dobrze po mistrzowsku wymyślił reżyser Krauze, żeby na koniec filmu zaśpiewał Czesław Niemen w te słowa.

    Ten mały obrazek Nikifora pt. św. Piotr, tutaj przedstawiony jest dokładnie wielkości, na bardzo cienkim papierze, w posiadaniu Zbyszka Kresowatego
    Ten mały obrazek Nikifora pt. św. Piotr, tutaj przedstawiony jest dokładnie wielkości, na bardzo cienkim papierze, w posiadaniu Zbyszka Kresowatego

              Tak! – Jeżeli wszystko w sztuce jest szczere i przeżyte wypracowane także jak u Niemena – wtedy twórczość jest  oryginalna i może być zauważona – Nikifor znalazł ludzi opiekunów to im sie buntował jak zwierzątko, któremu lekarz chce założyć opatrunek.

    Jedna z pieczęci jaką wyrabiali opiekunowie Nikiforowi
    Jedna z pieczęci jaką wyrabiali opiekunowie Nikiforowi

        – I jeszcze jedno – „skąd to dziwne imię Epifaniusz” – Otóż przypomnijmy, było tak ongiś, że w dniu urodzenia dziecka z „nieprawego łoża” nadawano mu imię z kalendarza z tego dnia jego

          – I ostatnia ciekawostka! – Jak powiedział Marian Wrzesiński, że  co jakiś czas musiał Nikiforowi  wyrabiać nową pieczęć, bo je gubił, albo gdzieś po prostu zostawiał… lub mu kradli przygodnisie turyści. Dlatego na kolejnych nowych pieczęciach były inne Jego wizerunki: w czapce kolejarskiej, w kapeluszu i ten jak wyżej widać.      

    –  A na moim maleńkim prawdziwym Nikiforze na odwrocie jest pieczęć jak na pokazanym wyżej foto. A Wam Szanowni zalecam sprawdzenie DNA Nikifora, żeby wiedzieć czy macie oryginał!

                                                               Zbigniew Ikona –  Kresowaty

  • IKONA OKNO NA WSZECHŚWIAT

    IKONA OKNO NA WSZECHŚWIAT

    Pomyślałem sobie, że stykający się z ikoną w różnych miejscach, czy to na jarmarkach, gdzie można spotkać ikony, czy oglądający je w muzeach, nie wiele wiedzą o ikonie, o jej istocie, a szczególnie kiedy je nabywają na jarmarkach czy sklepach do tego przeznaczonych. Czasem nie wiedzą za jakim impulsem lub intuicją, lub odwrotnie dużo wiedzą o istocie ikony dlatego kupują(?). Warto przypomnieć sobie o roli ikony i jej pochodzeniu. Co właściwie możemy nazywać ikoną i jak traktować ikony stare, a jak współczesne, zwłaszcza ich wykonanie czasem pod turystę…

       Do eseju użyłem reprodukcji własnoręcznie wykonanych ikon.

    Ikona, czyli obraz sakralny świętej osoby lub świętego, wykonana jest przeważnie na desce lipowej lub desce z drzewa owocowego, bywa że na płótnie, lub deska obciągnięta jest płótnem, wyobraża postać, która zawiera swoje atrybuty którymi posługiwał sie za życia ów święty. Ikona to obraz wykonany w/g wyrysu lub wzoru ustalanego latami, służy jako odniesienie do świata świętości, w istocie przeznaczony dla kultury sakralnej, przyjęła się już w połowie V-go wieku. Okazją ku temu było wcześniejsze przy­wiezienie, przypisywane św. Łukaszowi, portretu Dziewicy z Dzieciątkiem pod nazwą „Hodegestia”, przywiezienie Jej Oblicza, wykonane przez św. Łukasza, wyobrażenia wykonanego w/g opisu z początku Nowego testamentu, do Konstantynopola. To św. Łukasz jako pierwszy, (który jeszcze nie był wyświęcony), ale jako  za życia najważniejszy ewangelista, przekazał nam, oprócz tego obrazu wykonanego własnoręcznie, wszystkie opisy w szczegółach o Maryi matce Chrystusa, jako „świadek naoczny”. Tym samym bez wątpienia przekazał pierwszą tzw. „wysłowioną”  ikonę szkicując wewnętrzny obraz Bogurodzicy, a później na tym opisie wykonał jej wizerunek zewnętrzny i przywiózł do Konstantynopola. Sztuka ikony, jej technika i zawartość kształtowała się i wzbogacała od czasów pierwszych katakumb i przez czas dwóch  Soborów. To Poprzednie Sobory określały jej ramy i obrazowość. W efekcie ikona jest rezultatem syntezy kultury helleńskiej, rzymskiej i chrześcijańskiej. Sama sztuka zyskała na wpływie Bizancjum i kraje słowiańskie stały się zależne od Bizancjum w miarę jego ekspansji. Cofając się wstecz można powiedzieć, że samo chrześcijaństwo, będąc reli­gią zakazaną w czasach starorzymskich, żądało od swych wyznawców ciężkich wyrzeczeń. Z tego też powodu tematyka obrazów i ikon do­tyka wpierw męczenników, a jednocześnie  koronuje ich na patronów. Początkowo ta sztuka miała charakter dydaktyczny, a zwycię­stwo Konstantyna nad Maksencjuszem w 312 roku przypisane zostało chrze­ścijańskiemu Bogu, pozwoliło  stać się całemu chrześcijaństwu religią tolerowaną i mogło pojawić się oficjalnie na tzw. światowej arenie jako wyzwolenie. Konstantyn chcąc pozyskać poparcie

    dla siebie i swoich poczynań wyzwolił chrześcijan spod prześladowań i nadał im wszelkie prawa. A więc, sztuka ikony wyszła z katakumb, rozwijała się bardzo ekspansywnie. Ikony wykonywano w monastyrach i wynoszono na rynek celem zdobycia środków do życia, wykonywano je w/g tzw. kanonu, czyli wzoru – wyrysu i określenia kolorów przypisywanym poszczególnym świętym (do zamalowania wyrysów). Kolory czerwone oznaczały cierpienie, inne kolory funkcje w świecie mistycznym, a wszystko akceptowane było przez zbór chrześcijański i władze świątynne, tym samym sztuka ta wchodziła do świątyń i kościołów jakby czysta i zadiustowana… Jednak najbardziej znaczące centrum sztuki sakralnej, w tym ikon, powstało po 843 roku w Kapadocji (Dolina Goreme), było to ognisko życia monastycznego rozwinięte wcześniej, bo już od IV wieku, przez św. Bazylego. W dalszej przestrzeni, od XIV wieku, powstawało wiele szkół „pisania” ikon w całej Europie, głównie w Rosji. Tam właśnie powstały szkoły tworzenia ikon, takie jak: moskiewska, nowogrodzka, czy pskowska i tam ikonopisarstwo rozwijało się  najlepiej, wraz z wykwitem wiary i jej wyznawców. Głównie ikony pisano w celu rozpowszechniania ich mistyki, która miała moc, na tym samym poziomie co Biblia, a jednocześnie, jako przekazteologii i przenoszenia jej obrazu do ludu wiernych. Jak wspomniałem ikony roznoszono, robili to mnisi, którzy  sami „pisali” ikony w monastyrach jakby osoby naznaczone sacrum, przekazując je za żywność, czy inne dobra, potrzebne do życia wewnątrz klasztornego. Ikonę się zatem „pisze”, żeby „prostym” ludziom, którzy nie umieli czytać Pisma Świętego, pierwsi nabywali ikony przekazać poszczególne obrazy z życia świętego, gdyż poprzez kontakt duchowy, przez konte­mplację wewnętrzną, nie jedna ikona określa wizję danego świętego, kiedyś wyniesionego na ołtarze. Natomiast dany święty posiada zawsze swoje atrybuty, co jest umieszczone na ikonie jako Jego znaki.

    ikona”św. Jerzy zwalczający smoka” – wyk. Zbigniew Kresowaty
    ikona”św. Jerzy zwalczający smoka” – wyk. Zbigniew Kresowaty

    Od samego początku, od chwili wybrania deski, wchodzi się w  kontakt duchowy, mówi sie modlitwę, zwłaszcza do postaci świętej, którą powołuje się na obraz. Osobiście to czynię i wchodzę w takie stany od chwi­li wybrania deski na obraz – Uważam, że deska staje się wyjątkiem w całej koro­nie drzewa usadowionego na pniu, pnącego się do nieba latami a później ściętego. Uważam, że ten kawałek deski jest szczególny – czuję to przez intuicję ku dalszej pracy okry­cia jej otuliną, czyli nałożenia podkładu gipsowo jajecznego, a później wykonaniem wizerunkiem świętego, który ma pozostać na nim do końca. Zatem wpierw jest modlitwa, którą odmawia się od wieków, przystępując do stanu tworzenia ikony.  A brzmi ona prawie jak wiersz, lub przysięga(?):

    Ty,

    Boski Mistrzu

    Wszystkiego

    co istnieje,

    oświeć

    i kieruj

    duszą

    i ciałem

    Twoich sług:

    Prowadź

    ich ręce

    aby mogli

    godnie

    i doskonale

    przedstawić

    Twój obraz

    obraz świętej Twojej Matki

    i wszystkich Twoich świętych

    ku chwale,

    radości

    i upiększeniu

    świętego

    Twego Kościoła.

    Amen.

    Wykrojoną deskę z pnia, jakby ze spiżarni, w której pełno słoi, obmacuje się, napełnia swoją energią i w/w modlitwą duchową. Nakłada się, w duchu wiary, szpachel, później ściera się  powierzchnię do gładzi, żeby wyrysować obraz męczennika, czy  patrona…  I chociaż dziś wzorujemy się na wizerunkach, są one dostępne  w miejscach kultów  i w literaturze, zawsze  to oblicze świętego stawać się powinno na podobieństwo tego pierwszego, tym samym jakby oczyszcza się i udoskonala  w czasie jako wyrys. Nakładanie farby, tempery, musi następo­wać w/g pewnych reguł, które regulują kolor szat, czy pozę, oraz układ błogosławiącej dłoni u pozostałych innych świętych. Trzeba zachować wyraz wyobrażenia ustalonego wiekami oraz opisy, które znajdą się na desce, a które usta­nawiają i jakby zatwierdzają ikonę jak pieczęć. Gdy całość wyschnie, powleka się ikonę woskiem lub werniksem. Dziś techniki tworzenia ikon, trochę uległy zmianie, gdyż zmieniły się materiały na bardziej trwalsze(?) – Zapewne, ikony wykonane dziś, przetrwają dłużej, choć tu trzeba postawić znak zapytania. Kiedyś ikony były trzymane w zawilgotniałych kościołach, cerkwiach, izbach, komorach, ustawione w kątach – I jak zresztą mówi tradycja, one siłą rzeczy ulegały wszelakim uszkodzeniom. Mówiąc dalej o znaczeniu ikony, trzeba powiedzieć, że znaczą­cym zjawiskiem jest pocieszający fakt, że młodzi ludzie pragną lepiej poznać ikonę, a nawet ją mieć i czcić tak jak czci sie talizman. Czy jest to nowy głos serca? – Ale pe­wnym jest, że tworzący, czy odtwarzający „piszący”  ikonę, musi mieć kontakt i czuć w całej pozytywnej energii świat „boski”. Zatem do zrobienia ikony trzeba się przygotować, tak jak do tworzenia każdej dobrej, czy znaczącej sztuki (np. napisania wiersza, czy obrazu, lub rzeźby). Sam wiem o tym dobrze, że gdy nie uda mi się wejść w stan me­tafizycznej wewnętrznej kontemplacji i oddaniu się  w całości ku mojemu obiektowi, jako medium, to nic z tego nie wyjdzie, lub wyjdzie jedynie bubel zwany tandetą – czy  kiczem – jest to znane! Ja wtajemniczyłem się w tę twórczość na przestrzeni  długiego czasu – studiowałem dużo fachowej literatury, w tym i obcojęzycznej, także obycza­jowość i kulturowość miejsc powstawania ikon. „Robię” – tworzę ikony, „piszę” je obecnie z  

    „CHRYSTUS PANTOKRATOR” – ikona na desce lipowej, wyk. Zbyszek Kresowaty
    „CHRYSTUS PANTOKRATOR” – ikona na desce lipowej, wyk. Zbyszek Kresowaty

    z przerwami od dłuższego , gdyż muszę znaleźć się przede wszystkim w duchowym klarownym stanie – jednocześnie dalej, jakby studiując technikę i wszelkie znaki… Natomiast, żeby swobodnie poruszać się w tej „mistyce” i częściowo móc zmieniać niektóre rzeczy, dostosowując je do wymogu czasu, trzeba także poznać siebie samego – czy jest się wartym, czy jest się gotowym do tworzenia ikon – To ważne! – Stosowanie pewnej dyscypliny duchowej po techniczną, czyli zachowanie: znaków, kolorów (np. kolor czerwony oznacza męczeństwo), czy jak wspomniałem upozowania obiektu, pro­wadzi do zamierzonego efektu – nic więcej! Ikona musi być wykonana w klimacie bezczasowości. Znaczy to , że nie można  przedstawić osoby świętego w określonych cieniach, co wskaże np. porę dnia, lub roku. Ikona musi tym samym pozostać ponad czasem, jakby zawieszona w przestrzeni wiecznej. Ikona (w barwach i liniach) musi pozostać kontemplacją – Trzeba, co ważne,  stworzyć jej atmosferę, oblicze, sens, wprowadzić w mistykę – jakby wyłaniała się z mroków jako światło ukrytej prawdy, czyli coś względnego dla sfery naszego wnętrza, odebrana tym samym przez bicie serca jako odsłona duchowa na trudny czas… Wiemy, że ludzie tęsknią za prawdziwym kontaktem z siłą nadprzyrodzoną – zatem jakikolwiek obraz wydobywany pod wpływem takich przeobrażeń, jak wyżej wspomniałem, nadaje światło pocho­dzące jakby  z innego świata, i stawia pytanie o tajemnice, i pra­gnie dalszego objawiania. Oznacza to, że mówiąc o Bogu mówimy więcej o człowieczeństwie…     Oczywiście ikona wymaga konfrontacji ze sztuką Zachodu i nie tylko. Ikona wymaga dalszych analiz kolo­rów i sposobu łączenia słowa i obrazu w jedność. Ogólnie, żeby to uczynić, trzeba „napisać” ikony  w wstąpieniu w milczenie w samo­tność,  a tym samym pokorę bytu autonomicznego, żeby usłyszeć wi­browanie duszy tego przemienionego świata innego niż kiedyś … Ikona jest przy całej tej rozciągłości i zależności, ciągiem humanistycznie wizualnym autentyzmem, gdy będziemy przestrzegać reguł w jej wydobywaniu     i tworzeniu, całej mocy otwarcia i przyjazności człowiekowi, tym samym będziemy wierni sile nadprzyrodzonej, być może nawet samemu Bogu. Profesor Jerzy Nowosielski  mistyk i mag ikonopisiec mówi, że „Ikona spada z nieba” – to bardzo metaforyczne określenie dużo znaczy o darze jaki dostajemy od Boga przy narodzeniu. Każda ikona wykonana z pietyzmem mówi o Bogu, który stał się człowiekiem, aby człowiek mógł stać się sobą? – To jest pytanie bardzo retoryczne i ogólne, ale zaiste stające ponad czasem, prawdziwe! – Ikona jest i po­zostanie ściśle związana z ewolucją myśli, w tym i tej chrześci­jańskiej – myśli  idącej w kierunku sanktuarium. Człowiek jest sanktuarium, twierdził już nie żyjący prof. Henryk Skolimowski w Katedrze Ekofilozofii. Ikona wciąż przechodzi przez  przeobrażenia, tym samym staje się nam bliższa kosmologicznie… Ikona pozwala przejść od tego co widzialne do tego co jest nie­widzialne, jest oknem na świat Boga – a mieści się w nas samych. Piękna ikony nie można nazwać wpro­st estetycznym – to piękno jest wewnętrzne i ma swoje źródło w tym  i w tzw. Archetypie (Modelu). Jest oczywistym, że piękno takie odnosi się także do estetyki sakralnej, dlatego zdobimy ikony, ale nie nadrzędnie, lecz z pokory, odkrycie samej istoty piękna ikony otwiera światło metafizyki wewnętrznej które cieszy, wchodzimy w jej oblicze, zawsze po przez piękno. Ikona pozwala człowiekowi na

    przyjmowanie światłości własnego wnętrza, budzi je i przemienia  w medytację,  wyprowadzając ją na zewnątrz, czyli w metafizykę zewnętrzną naocznie. Zawsze mówię i oznajmiam moim odbiorcom ikon, którzy je nabywają ode mnie, żeby obcowali namacalnie z ikoną – to znaczy, żeby ją dotykali, przytulali, żeby zapalali przed nią świecę lub znicz, nie koniecznie odmawiając modlitwę. Tym bardziej wejdą śmiało w świat mistyczny. Zawsze przekazuję zaintere­sowanej osobie ikonę już „poświęconą”, nie wspominając, że  sam ją tym rytuałem poprzedzającym wykonania uświęciłem własnym darem od Boga otrzymanym przy urodzeniu i na chrzcie. Moje ikony posiadają dużą energię pozytywną, jakby duchowo je udoskonalam, napełniam i przenikam. Często w moje ikony wmontowuję np. kamienie szlifowane oprawione w srebro, montuję kamienie przywiezione z „Ziemi Świętej”- to tak jakby na krzyżu ujrzeć atrybuty, czy na­rzędzia mordu Chrystusa, np. obcęgi, czy gwoździe – Są to znaki namacalne przy dotyku. Z moją ikoną należy obcować, pocierać opuszkami palców kamienie, żeby odebrać energię danego miejsca. Jakże miło mi, gdy otrzymuję sygnały od osób, że ktoś uległ dobrej aurze, że czuje się  dobrze, czy jego choro­ba złagodziła się lub zanikła, że doznaje niejednokrotnie olśnieniaże poczuł się inny, lub poprawił swój stan duchowy… To buduje i potwierdza moje przekonanie płynące prosto z serca. Napisałem i namalowałem (współcześnie ikony, bo współcześnie też się maluje, na co zezwolił Sobór watykański) dość dużo – ponad osiemset, mówiąc wprost odebrałem je sobie i mam się także mimo innych profesji za wiarygodnego ikonopiścca?- Wierzę w czar ikon i polecam każdemu obcowanie z „oknami na świat boga”, bo tak je nazywam. Wierzę w mistyczną moc ikon dobrze wykonanych… „Jeżeli piękno ma zbawiać świat” – jak stwierdził Fiodor Dostojewski, to wystarczy zwiedzić Kretę i inne regiony starej Grecji – jej monastyry, także ziemie śródziemnomorskie ich cerkwie i miejsca świątynne, całej ziemi, która wiele dała kulturze europejskiej i powędrowała pod Kijów za sprawą św. Cyryla. Są to do dziś miejsca cudowne, są to miejsca IKONNE, żeby zrozumieć wpływ piękna na zmysły, a ostatecznie na duszę, co wiedzie do dobrej kondycji ciała i rozumu, trzeba mieć taka potrzebę i poczuć impuls – Wszystko to zwraca się do boskości i Jego źródła, a tym samym do nas samych, trwajmy w tym, róbmy to… podziwiajmy siebie! – Przecież wszystko to zostało uświęcone krwią i potem, jeżeli umysł zawodził to zjawiała się ofiara krwi – ale jednak piękno mistyczne zostało, jako dowód istnienia wielkiego ołtarza boskości. Zupełnie niedawno podjąłem cykl ikon, pod ty­tułem “Na przełomie Millenium” wykonując je pod tym znakiem od 1999 r.

    ”św. Antoni – Peczerski – wyk. do koszulki, na desce owocowej Zbyszek Kresowaty
    ”św. Antoni – Peczerski – wyk. do koszulki, na desce owocowej Zbyszek Kresowaty

    chcąc wejść, jakby w odnowę tematyki sacrum. Natchniony  ekofilozoficznie przez auto­rytety, w tym przez bliski kontakt z profesorem Henrykiem Skolimowskim, przyjacielem wielu autorytetów odnowy naszego morale współczesnego (jest – był On przyjacielem Dalaj Lamy), jakby dowartościowałem się Jego publikacjami np. „WIZJE NOWEGO MILLENIUM”, inne „WOKÓŁ RZEŹBY ŚWIATA”, czy „MEDYTACJE”

                  – Podjąłem kiedyś trud wykonania szeregu ikon za­pomnianych, trudnych, a tym samym ciekawych w tematyce i podmiocie. To taka ofiaraza „głosem serca”. Poszczególne ikony, oznaczone nu­merami przeszły w kolekcję, a jednocześnie w nowe Millenium, które, jak głoszą owe autorytety, powinno być i wierzą, że będzie odnową życia duchowego, a tym samym moralnego. Jak widzimy tak się nie dzieje. Sam Ojciec Święty JP II ogłosi tę ideę i wielu innych mistyków. Może dlatego, że nasze ostatnie stulecie było zbyt krwa­we, porównywane do wszelkich starożytnych i prymitywnych burz wojennych, nosi głęboką bliznę…

    Jak mówił w III wieku filozof neoplatoński Plotyn – (filozof starożytny, twórca systemu filozoficznego zwanego neoplatonizmem. Młodość spędził w Aleksandrii. Tam w 28 roku życia rozpoczął studia filozoficzne pod okiem Ammoniosa Sakkasa. 12 lat później, ok. 244 roku, przeniósł się do Rzymu, gdzie założył własną szkołę.)

     „jest siła w wizji, osiąga się ją razem  przez wewnętrzne oczy, pozwala­jące zrozumieć głęboką  istotę rzeczy”.

    „Święta Trójca”- współczesne wyobrażenie, na płótnie – wyk. Zbyszek Kresowaty
    „Święta Trójca”- współczesne wyobrażenie, na płótnie – wyk. Zbyszek Kresowaty

     Jeżeli zdobędziemysię na to, tym bardziej łatwiej będzie odbudować człowieczeństwo z całym jego sanktuarium – Mówię zawsze, że drogą może być chociażby ulubiona ikona, lub swego patrona w/wg imienia, jako pierwsze okno da świat boski.  Ikona naprowadza  na trzon duchowy, który i tak uległ rozmontowaniu, a dobierano się do niego w czasach cesarstwa rzy­mskiego, i później w średniowieczu, i za czasów „czerwonej zarazy” komunistycznej – Próbie  były poddawane największe prawdy świata. Nie dało się spalić ikon stalinowcom, ani porwać ikon Turkom na Cyprze pod czas wojny pod akcję Alitalia 1974,nawet gdy przystąpiono do czystek i łupienia świątyń latami, nie dało się zamazać zwłaszcza wizerunku ikony utrwalanej przez 1500 lat, bo była i jest prawie w każdym domu, choć czasem świeci jako dzieło sztuki to zwraca uwagę…

    Cała debata, za lub prze­ciw w ikonie,  może przywołać  wszystkie herezje, ale pozwala zawsze na jasność i to tę niezależną, mającą niezrównane znaczenie dla człowieczeństwa, gdyż na ikonie zawsze jest człowiek. Dlatego też zwycięstwo Kościoła w 843 roku nad długim i głębokim kryzysem,  nad niszczeniem ikon, jest nazwane Tryumfem Ortodoksji, naprawia. Do usprawiedliwienia obecności obrazów sakralnych w tym i ikon, oraz metafizycznego rozumienia ich, zmusiło przecież chrześcijan Bizancjum oraz ciągle rosnąca  groźba isla­mu, nieprzejednanego wroga naszych wyobrażeń boskich.                                              

    Zbigniew Ikona – Kresowaty

  • ONEIRON Andrzeja Urbanowicza …

    ONEIRON Andrzeja Urbanowicza …

          Urodzony w Wilnie (1938) – Wybitny polski artysta wizualny. Był absolwentem Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, głównie związany z Katowicami, gdzie mieszkał i pracował artystycznie po studiach. Jedyny z założycieli Tajnej Kroniki Grupy Pięciu Osób, zwanej później Ligą Spostrzeżeń Duchowych lub kręgiem Oneirontoniezależni ludzie sztukiktórzy słynęli z oporu do władzy i wszystkim tym co  podważa jawnie metafizyczność człowieka, któremu przysługuje prawo pełnej wypowiedzi i autonomicznych myśli…

    Artysta Andrzej Urbanowicz w swej pracowni w Katowicach
    Artysta Andrzej Urbanowicz w swej pracowni w Katowicach

     Dlaczego Andrzej Urbanowicz był i jest (mimo, że nie żyje) twórcą, niezwykłym i bardzo oryginalnym, a pamięć o nim wciąż trwa. Iście to artysta zwany wizualnym i parateatralny – twórca performance oraz prezentacji wizji metafizycznych w swym malarstwie… Swoje działania artystyczne opierał przez własne wnętrze i wiedzę, jakby „tworząc” sobą całym w pełnym tego słowa znaczeniu – był nie tylko malarzem, był pisarzem esejów o sztuce niezależnej, swego rodzaju modernistycznej, z ukazaniem scen, lub ukazanego ruchu do wewnątrz materii, choć czasem był to symbolizm, preferował on bardzo żywe kolory sztuki mówiąc: „Posłańcem uczuć jest barwa” – były to wizje wchodzące w metafizykę wewnętrzną, wydobywając ją także na zewnątrz – to obraz warstwowy, obraz płaskorzeźby(?) lub wiążąc obraz malowany z nałożonym elementem co wyglądało razem jako płaskorzeźba. Jak podaje Urszula M. Benka: „ … Obraz taki ma ramy i jest z samej swojej istoty powierzchownością, która daje iluzję przestrzeni. Wielu, jak choćby obserwujący Urbanowicza w ostatnich dwóch dekadach Hans Bellmer, rozwiązuje ten problem tworząc po prostu przestrzenne instalacje – na reprodukcjach są one na powrót spłaszczone. Urbanowicz szukał teatru, multimedialności. Jego wielki powrót zza oceanu, połączony z retrospektywną wystawą na obu piętrach katowickiego BWA (kuratorem był Jarosław Świerszcz), łączył się, i to w najnaturalniejszy sposób, z performerami czy raczej spektaklami autorskiego Oneironu II, serią wykładów w katowickim przybytku ZPAP, koncertami Góreckiego oraz Litwińskiego i Mizerskiego. Z miejsca powstało efemeryczne, znakomite pismo (redagował je Andrzej Górny) i mogło, gdyby nie jakaś Złotopolski siła bezwładności, powstać pismo o nazwie „Przedświt”. Zamiast niego w podziemiach teatru Śląskiego urządzono Cafe Bellmer…” –

     Te kolorowe obrazy ponadczasowe, wchodzące w ruchy niezależne w Polsce, które ujawniały się aż do czasu „Solidarności” i później cyklicznie, zaistniały świadomie celowe w sztuce Andrzeja Urbanowicza. Inne obrazy i działania najczęściej inspirowane erotyką, co w owym czasie wzbudzało i miało za cel burzenie TABU. Natomiast były to bardzo odważne i interesujące obrazy. Urbanowicz zainteresował się głęboko buddyzmem – W rzeczywistości stał się propagatorem buddyzmu, badał na czym jest oparty buddyzm, był animatorem kultury bardzo ekscentrycznej, jedynej w swoim sposobie oryginalnej wyzwolonej z jakichś purytańskich nawyków i inspiracji. Tworzył oryginalne dzieła, bardzo kolorowe i wymowne, artysta potrzebował odbiorcy bardzo wyczulonego, a  nawet z wiedzą, czasem wykształconego dla fabuły sztuki… Potrzebował kontaktu – artystów równie niezależnych, którzy dzielili z nim swoje „twórstwo” niezależnie i jedyne w swoim wyrazie i rodzaju w innych dziedzinach sztuki, ale rozumiejących się na wzajem… Mało! – trzeba powiedzieć, że artysta żywo  interesował się magią i okultyzmem.

              Zawiązał w 1969 roku, nieformalne stowarzyszenie artystów nazywając jebardzo wymownie izrozumiale „Ligą Spostrzeżeń Duchowych” pod hasłem ONEIRONEzoteryczny Krąg Twórców, który zaistniał w pracowni A. Urbanowicza i Urszuli Broll w Katowicach ul. Piastowska 1 –  Jednakże najbardziej znajdowało to odbicie w Jego twórczości malarskiej, potrafił działania innej sztuki, np. dźwięki muzyku przenosić na obraz, w takim obrazie  za pomocą symboli przekazywał odbiorcy jakby „zaszyfrowane komunikaty”. Zajmował się także alchemią, a nawet astrologią. To co pokazał w wyżej wymienionych aspektach daje mu bezsprzecznie tytuł “Ikony polskiego undergroundu” – Interpretowana głównie jako psychodeliczna twórczość Urbanowicza w mniejszym stopniu Henryka Wańka z lat 70. akcentowała  czasem o wymiarze społecznych zawirowań(np. był to ich wspólny obraz poświęcony Janowi Palachowi, otwieranie manifestującym postawy antykomunistycznej, kiedy to wojska polskie z radzieckimi wjechały do Pragi na „Waclawskie Namesti” – Takie działanie może być określane mianem nie tylko katowickiego undegrandu, ale kreatywne dalej. Ale w tym okresie (od 1965 – 1970 …) inne wspólne prace Wańka i Urbanowicza przesycone były nawet perwersyjną prowokującą erotyką. Uważali oni, że właśnie erotyka prowadzi cały świat i napędza jego wszelkie działanie twórcze. Później prawie wszystkie prace artysty przesycone były taką erotyką. W  Jego twórczości zaznaczyły się: metoda cytatu dawnej sztuki np. Hansa Holbeina Młodszego, wykorzystywanie motywów fotograficznych oraz silny kontakt kolorystyczny. Andrzej nie milczał, był ciągle obecny, bezpardonowy w swoim działaniu senso – stricte  psychologicznym… Patrząc na Jego działanie trudno było odejść od dzieła. Dzieło przytrzymywało widza na dłużej. Myślę dlatego, że były w pewnym sensie prace przemyślane wszechstronnie i emanujące jako perspektywicznie działanie, podparte wiedzą ezoteryczną.  

    Dlatego przede wszystkim pisali o Andrzeju Urbanowiczu, znawcy Jego twórczości, chcąc jakby go rozgryźć, ponieważ dawał im powody, co rusz ogłaszając coś innego i interesującego… W debiucie Urbanowicza w galerii „Krzywe Koło” w Warszawie 1963 roku zauważono że artysta nawiązuje do Władysława Strzemińskiego. Później w tym samym czasie porównywano go do Zbigniewa  Makowskiego. Wziąć trzeba pod uwagę, zawsze tak jest, że interesując się, oglądając „kogoś” zauważamy jakby spadek poprzedników lub artystów na tzw. „Fali”, ale tym razem tak nie było – Urbanowicz zaczął od takiego wspomnienia, które za nim chodziło, – myślał pewnie identycznie jak Strzemiński, może nawet odważniej(?) – Jak wspomniałem On w swej pracowni, w Katowicach, zaczęła się później spotykać z artystami, którzy podobnie jak on awangardowo myślą, z takimi, którzy słynęli z niezależnych oryginalnych postaw, stawali się także bardzo znani, a słynęli nawet z ekshibicjonistycznych wyczynów artystycznych, takich też miał odbiorców „na żywo”. Do Grupy ONEIRON weszli spontanicznie i uformowali się najbardziej wytrzymali – otwarci znani twórcy, już wtedy, najbliżej obecni w polskiej „Awangardzie”: wybitny kompozytor i dyrygent Henryk Mikołaj Górecki, śląski malarz grafik i pisarz Henryk Waniek; artysta plastyk i reżyser filmowy Antoni Halor, malarz Zygmunt Stuchlik oraz prof. Tadeusz Sławek – poeta, tłumacz, eseista, literaturoznawca, wykładowca uniwersytecki w sferze teorii słowa. Widziano tam czasem Zdzisława Beksińskiego(?). Artyści, którzy przybywali do pracowni w celu zawiązania Grupy byli zafascynowani tym pomysłem i już uznali Andrzeja wielkim artystą, „był taką samotną wyspą na oceanie szarości w tym kraju, szczególnie na Górnym Śląsku” – to słowa rektora katowickiej Akademii Sztuk Pięknych prof. Marian Oslislo – notabene właśnie tak Go przedstawiał. Urbanowicz studiował także w jej katowickim wydziale grafiki ASP krakowskiej. Od samego początku twórczości podjął swoje wtedy tzw. ekscentryczne działanie, miał swoją wizję sztuki malarstwa i płaskorzeźby i tym zjednywał sobie współtwórców  I fanów… Z czasem liczba sprzymierzonych osób i zakres promieniowania idei grupy okazał się bardzo rozległy, do czego przyczyniło się też powstanie, z inicjatywy Broll i Urbanowicza, pierwszej polskiej gminy buddyjskiej. Grupa nieformalnie działała aż do wyjazdu Andrzeja Urbanowicza na nie przymusową emigrację do USA.  

    Do tego czasu Grupa ONEIRON dokonała wiele wspólnego – stała się bardzo znana nie tylko w Polsce poczatk7ując polską Awangardę jaka nigdy nie uczestniczyła w formowaniu awangardy światowej. Dokonała bardzo znaczącego wyłomu w szarej powszedniości lat 60. Ta pięcioosobowa zrazu grupa skierowana była na ezoterykę, zakładającą istnienie ukrytego źródła, do którego dociera się, idąc „pod prąd” czyli w górę rzeki. Tropy prowadziły przez terytoria nowoczesnego wyrazu artystycznego, ale także jego wyklętych rejonów oraz całej filozofii ducha. Gruntem porozumienia tutaj stała się mistyka, a wkrótce artyści dostrzegli w dyskusji z sobą, że sens ich działań nierozerwalnie związany jest ze Śląskiem. ONEIRON działał aż do wyjazdu Urbanowicza do USA w 1978 roku – wtedy zatrzymał się…

           Wspomnieć trzeba, że w roku 2006 r. ukazała się książka album „ONEIRON” – To krąg artystów z Katowic” stanowiący album wspólnoty awangardowej – To monografia artystycznego dzieła dokonanego przez grupę. Trzeba powiedzieć, że ta rewolucyjna grupa dla odkryła wiele światów artystycznych dla kultury polskiej, w tym uwzględniono mit czeskiej Pragi oraz alchemii i wiedzy tajemnej, choć bez wątpienia podlegającej artystycznej racjonalizacji. Co ważne – było to wydarzenie uzmysławiające, że w Polsce dogłębnie Grupa Oneiron zainteresowała się buddyzmem i zainteresował ten ruch innych postronnych osób zen. Z czasem artyści zainicjowali projekt tzw. Czarnych Kart był wypełniony dziwnymi obrazkami, symbolami i sentencjami (zwany również Leksykonem, Encyklopedią, Nowym Bezpretensjonalnym Pismem Świętym) w Obrazach, albo Nowym Chaosem w Obrazach, cykl powstawał przez prawie dwa lata, od grudnia 1967 do października 1969 roku. Był wspólnym dziełem pięciu górnośląskich artystów: Urszuli Broll, Antoniego Halora, Zygmunta Stuchlika, Andrzeja Urbanowicza i Henryka Wańka.

             Miejscem akcji Kręgu Oneiron, z czasem nazwany został tutejszy fenomen niezależnej myśli, to była pracownia artystyczna Urszuli Broll i Andrzeja Urbanowicza przy ulicy Piastowskiej 2 w Katowicach. Natomiast w programie samokształceniowym organizowano spontanicznie spotkania, dyskusje, przekłady niedostępnych w języku polskim publikacji. Ich celem było szukanie nowej świadomości, jako przemiana wewnętrzna, a przede wszystkim rewolucja duchowa. Trzecim tematem poszukiwania obsesyjnego u U5rbamowicza  splotów tzw. (Tęczowanie Serpemowita) „Symbolika Solarna Wielka Garota, inaczej Semper Solis”, chodzi tu o: Egipt, Tybet – Buddyzm, Tantra, Kabała, Hermes, Magia, Alchemia… Symbolika Solarna Semper Solis” Natomiast w roku 1987(?) jak pamiętam – odwiedził Andrzeja Urbanowicza w Jego pracowni na Piastowskiej 2 w Katowicach artysta niezwykły z USA Allan Ginsberg (wybitny homoseksualista) człowiek awangardy i sprzeciwu wobec systemu w USA, podróżujący po Polsce, w czas pobytu emigrował do takich ciekawych miejsc…. Wtedy gościa niezwykłego tłumaczył Tadeusz Sławek. Goinsberg z USA, żywo zainteresował się sztuką ONEIRON, zaśpiewał swój słynny „Skowyt”, grając małym akordeoniku, dopytywał o środki i manifesty, etc.

    Aż chce mi się porównać te niesłychane eskapady twórcze ONEIRON i wymienione wcześniej ich przedsięwzięcia – nurty i zawirowania do działań Jerzego Grotowskiego we Wrocławiu (czas hipisowski) gdzie działania były równie oryginalne, niezależne, oparte na wiedzy i dotyku… Bardzo niezależne i jedyne w swoim wizjonerskim oryginalnym zamiarze awangardowe były już dużo wcześniej twórczo bardzo awangardowe w pełnym tego słowa znaczeniu… Grotowski w ten trudny czas szarości pisał poezję i chciał ją wydać w Poznaniu  w Wydawnictwie Poznańskim pt. Pożegnanie  kolorów”, ( odmówiła mu cenzura), czyli niektóre paradygmaty z koloru krzyżowały się wówczas między sobą.  O Urbanowiczu niezwykłym ( tak piszę po nazwisku, bo to jest w historii Sztuki polskiej HASŁO!) – O tym Aartyście z dużej litery, wybitnym malarzu wizjonerze – postaci undergroundu zapisywały się już wtedy złote zgłoski… Także o doświadczeniach z samej emigracji w USA.  Otóż mówi i wspomina o nich świadek naoczna” – bliska artyście Urszula Małgorzata Benka, wtedy bardzo ważna osoba Andrzejowi. Artysta poświęcił jej sporo obrazów, jakby sportretował erotykę Urszuli Benki i poetki. Relacjonuje ona tak niektóre działania artysty, (z którym powiła później na emigracji córkę).  „Otwierał oczy na to, że sztuce wolno być niszową i nie musi być doceniana już, zaraz. Wolno kwestionować kulturowe tabu, wybierać bezimienne graffiti nowojorskich zaułków, wykonane przez psychopatów i wyrzutków nażartego, pędzącego w wyścigu szczurów społeczeństwa, które i tak przynajmniej rokrocznie z okazji Halloween pokazuje na Piątej Alei zgoła inną twarz, zrzuca markowe garnitury, oblepia je fioletową lub kałopodobną papką, ku chwale priapicznej groteskowości i całej kupie idiotyzmu”: –  Ta amerykańska odyseja była w życiu Andrzeja nareszcie „realna” – Jak mówi „ świadek naoczna” poetka i artystka Urszula M. Benka już wtedy znana poetka, widząca tę twórczość jako żona- Jak mówi: „Malował wyrafinowane sceny na bazie komiksów Johna Williego. Słodka blondynka w łańcuszkach i śliczna brunetka ze szpicrutą. Ukrzyżowana kobieta. Nie żadna pobożna pustelnica Kummernis sudecka, nie żadna mitologiczna Andromeda czy Dziewica św. Jerzego. To była sama Lilith, demoniczna a niewierna małżonka Adama z Biblii, jak powiada Księga Zohar, albo wręcz Szekina, małżonka Pana Zastępów. I raptem stop. Podchodzące pod abstrakcjonizm Słońce Niezwyciężone, hasło na religijnych sztandarach Hadriana i Juliana Apostaty. Świetlista mandala, kobiecy otwór rodny i jednocześnie źrenica wlepiona w blask po drugiej stronie  Styksu. A potem niezwykle kunsztowne i przejmująco piękne kolaże ze zdechłych żab i przedmiocików znajdowanych w śmietniku…”.

         Otóż przyznam celowo włączyłem do eseju kilka cytatów Urszuli Małgorzaty Benki, prosząc ją jakotzw. „świadka naocznego”, a po pewnym czasie już (byłej) żony artysty, (na emigracji pobrali się i „powili” córkę Gweni.) Natomiast ciekawostką jest, że na ich ślubie w Nowym Jorku był jednym z gości Sławomir Mrożek, zaprzyjaźniony z Andrzejem Urbanowiczem.  

         Co należy jeszcze powiedzieć o tym wybitnym i jedynym w swoim rodzaju artyście  wybitnym – miał życie wypełnione inspirowane do końca kolorami, wolne i spełnione – zmagał się z szarością w kraju,

    odważnie, jako twórca odporny na zawirowania, i dotkliwy szary byt – nazwijmy je społeczne, takim przejawem był obraz wspólny z Wańkiem poświęcony Janowi Palachowi, płonącemu na Waclawskim Namesti w Pradze w trudnym roku 1963.

    Artysta wybitny malarz twórca i frontmen ondergrandu i Awangardy polskiej, malarz erotyki, jak mówił, prowadzącej życie homo sapiens, eseista – krytyk sztuki, twórca parateatralny, odszedł nagle spełniony(?) w Szklarskiej Porębie w dniu 22 sierpnia 2012 roku.

    Zbyszek Ikona – Kresowaty

  • Skąd emanują Anioły Lidii Sztwiertni (o rzeźbach Lidii Sztwiertni artystki niezwykłej)

    Skąd emanują Anioły Lidii Sztwiertni (o rzeźbach Lidii Sztwiertni artystki niezwykłej)

         O niezwykłej artystce rzeźbiarce Lidii Sztwiertni, pracującej głównie w technologii odlewów w brązie na „wosk tracony”, pisałem już ponad 15 lat wstecz. Artystka po ukończeniu ASP w pracowni prof. Słoniny w Warszawie  w roku 1980, wyszła wtedy do odbiorcy z bardzo interesującym cyklem rzeźb jak je nazwałem Anioły i popiersia – Są to realizacje dość duże, które zapewne pochłonęły Lidię i po kilku wystawach stała sie znaną postacią w środowisku. Obserwuję także obecnie jej dokonania – Jest to nader pracowita osobowość twórcza. Rzeźbiarka, której praca i wybór tematów polega na wdzięku kobiecym – tworzy ona postacie, o różnych wielkościach i pojemności osobowej. Są to popiersia jako portrety nie tylko znanych koryfeuszy sztuki, artystów, profesorów, etc., jednakże tzw. rzeźba sytuacyjna i tematyczna była pierwsza. Lidia Sztwiertnia wykonuje do dziś zaprojektowane przez siebie statuetki na różne ważne i podniosłe okazje, były to Nagrody m. innymi na Przegląd Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, czy też inne formy jako Nagrody za różne działanie społeczne, jak „OSKAR Śląski” i „Ikona Śląska” statuetki, Dedal Bielsko – Białej, w tym statuetka dla „Bielskiej Zadymki JazzoweJ”, etc. W wszystkich dziełach artystki widzimy zawsze postać ludzką, mężczyznę lub kobietę, lub wyraz dwojga płci jednocześnie.

    „Fokus Angel”
    „Fokus Angel”

           Lidia Sztwiertnia pracuje autorsko, ale i pozytywnie odpowiada na przeróżne zamówienia z różnych stron, nie tylko rodzinnego Miasta Bielsko – Białej, gdzie wykonała już wiele prac w rzeźbie, wykonała rzeźby w różnych miejscach w kraju, artystka otrzymuje zaproszenia na wystawy rzeźb, np. do Niemiec, Rumunii, Słowacji, Francji .. a także otrzymuje różne zlecenia na wykonanie rzeźb tematycznych… (oczywiście spojrzeć można na jej poczynania w internecie) – Do rzeźb Sztwiertni podchodzi się natychmiast, a po obejrzeniu eksponatów odczuwa się niedosyt i zaraz się powraca – Jej rzeźby przyciągają, zwłaszcza te duże, prawie pomnikowe, uskrzydlone – zwać je można metaforycznie nazwałem je „Anioły ludzkie”. Rzeźby Lidii wykonane są zawsze metodą ”na wosk tracony”, ktoś nazwał je, że to są rzeźby „z polotem”, może dlatego, że są piękne, eleganckie ekspresyjnie uskrzydlone, choć czasem niemają skrzydeł,

           Zainteresowanie krytyki jej pracą rzeźbiarską wciąż trwa. Rzeźby jej są w Muzeach i zbiorach prywatnych, także poza granicami kraju. Zwykle jej wystawy cieszą się dużą ilością osób, jako świadeknaoczny widywałem to nie raz nie dwa. Pracująca wciąż twórczo artystka od wielu lat , pokazuje nam swoją oryginalność w imaginacjach z urodą i naturą człowieka, po przez to one ciekawią i zbliżają do siebie widza. Sztwiertnia wciąż zadziwia oryginalnością i niepowtarzalnością. A to jest domena artystki i podstawa jej twórczości. Głównie to obiekty uskrzydlone, a także popiersia jako portrety zwyczajnej wielkości posiadające atrybuty i dodatki mówiące o charakterze danych osób. To między innymi anioły poświęcone znanym osobom kultury i sztuki…

    „Angel wielodzietny” – dedykowany moim przyjaciołom.
    „Angel wielodzietny” – dedykowany moim przyjaciołom.

     

             O tej niezwykłej rzeźbiarce i jej pomysłach wiele pisano i jeszcze więcej rozprawiano… O jej twórczości w środowisku wciąż się mówi… Ponieważ artystka jest otwartą osobą, o jej pracowitości piszą krytycy. O niej samej, jako osobie twórczej, napisała kiedyś krytyczka kultury, np. Maria Tyws do folderu z okazji jednej z dużych wystaw: “Obcowanie z twórczością autorki pozwala zanurzyć się w świat kobiecej wrażliwości…” – Iście sztuka ta jest wszechstronnie otwarta i wrażliwa na kreację człowieka, gdyż ukazuje postaci kobiet związane ze światem mężczyzn, jest tutaj stawiana przeciw sobie wzajemność płci. Taki świat u Lidii przeplata się wzajemnie, może nawet splata się z sobą.

          Patrząc np. na dedykacje rzeźbiarskie: dla Stanisława Tyma, czy Czesława Niemena, i osób najbliższych doznajemy wrażeń deja vou… gdyż za życia widujemy te osoby jako żywe naocznie …

          Artystka w cyklu tzw. „portretowym” wzięła w poczet realizacji także osoby z rodziny, w tym córki, syna oraz męża, a także rodziców… ale i takie osoby, które ją na wskroś uskrzydlają – podobają się, lub swoją twórczością inspirują i bardzo ciekawią… Otóż te osobowości są jakby w „zasięgu ręki”, natomiast osoby ze świata sztuki zawsze są w kontakcie osobistym, pośród których twórczyni bywa. Potwierdzić trzeba, że jeżeli chodzi o całą pojęciowość rzeźby Sztwiertni – jest to sztuka treściwa, bez skrótów, widziana przez pryzmat własnego charakteru kobiety i jej osobowego image.Ale myślę, że słowo “kobiecej” jest w każdej sztuce ważne, ale nieco zbędne, oczywiście że przynależy do artystki, jako kobiety twórczej, która patrzy na siebie i otoczenie, jako medium, być może bardziej wrażliwie(?), lub dotkliwiej…

            Uważam – nie tylko ja, że sztuka broni się tym, czym jest i czym przyciąga do siebie. W dziełach musi być to „COŚ” – Popadanie w takie stereotypy, określanie jako sztuka „kobieca”, czy „męska” jest zbyt ogólnikowe i służy jako takie pojęcie względne zastępcze. Sztuka jest sztuką dobrą lub złą, przemawia do odbiorcy przede wszystkim swą zawartością duchową. Mówimy wtedy, że to odbiór estetyczny. Sztuka może być prowokacyjna, ekspansywna, ale ma się podobać i pozostawiać niedosyt dla widza oraz dać się dalej kreować… Może być i powinna nie dać się zapomnieć.

    „Podaj mi jeszcze raz dłoń Panie ” – dedykacja księdzu Józefowi Tischnerowi.
    „Podaj mi jeszcze raz dłoń Panie ” – dedykacja księdzu Józefowi Tischnerowi.

    sztuka bywa czasem uderzająca, bo niezależna, obwarowana i zdeterminowana orientacjami erotyki lub seksu…

        Oczywiście, idąc na wystawę Lidii Sztwiertni spoglądamy na jej zawartość metafizycznie i konfrontujemy te rzeźby z sobą, widzimy postaci nagie, zaledwie z drucianą przepaską, widzimy tu męskość  lub kobiecość odkrytą do reszty, ale wtedy artystka spełnia swój obowiązek… Bywa, że niejednokrotnie szukamy artysty na sali wystawowej, choć mamy ją obecną w rzeźbach, celem skonfrontowania tego co widzimy, celem rozmowy, etc. porównaniem z własnym ja.

               Ostatni cykl rzeźb, także wykonany metodą  „wosku traconego”, o różnych wysokościach, niektórych prawie pomnikowych, czasem nie do wiary, że takie obiekty są wykonane na „wosk tracony”. Jednakże cykl rzeźb Lidii Sztwiertni Anioły non – stop fascynuje, myślę, to najbardziej utrwalona forma senso – stricte. A są to czasem dedykacje, na jakie artystka sobie pozwoliła, z racji kontaktów także niezwykłych… Ale to też świat kreowany własnym “ego poprzez pojęciowość nadrzeczywistą, gdzie najważniejszym obiektem bywa natura ludzko osobowa. Jak spojrzymy, patrząc na niektóre anioły, u których nie widać skrzydeł, to one je mają w sobie zwinięte, jakby w wyczekiwaniu. Rzeźby Lidii to pokaz zmysłowej nagości, odzianej jedynie w skrzydła, które nie są tylko dodatkiem, autorka przekształca te rzeźby ulotne twory, szykujące się do lotu(?) z ptasimi głowami z nakryciami najmodniejszych salonów(?) – Kiedyś napisałem wiersz, dedykowany znanemu poecie przyjacielowi na Jego odejście na wieczne wrzosowiska, brzmi on mniej więcej tak: „ Teraz jesteś bez osłony, biegasz po sawannach z  centaurami, i wiesz wszystko o nas, poznałeś swoich wrogów, i prawdziwych przyjaciół… rozmawiasz z Sokratesem jak ze swoim dziadkiem” – Myślę, że tak ukryte cytaty posiada każda rzeźba Lidii z brązu, która pozostanie na zawsze w dorobku sztuki polskiej… To wykreowane przeróżne typy osób i te które jeszcze czekają „do odsłony”, podkreślają one niepowtarzalność, to przecież nasze osobowości… nagie i erotyczne, czasem z eleganckimi twarzami, dziwnie okrytymi głowami, ukazującymi psychiczną stronę lub charakter erozji i seksualność…    Natomiast ta naturalna metaforyczna „ludzkość” mówi także, że to przecież erotyka trzyma nas i cały świat – dzięki erotyce przecież świat się obraca i istnieje bardzo żywy. Twórczyni nie pokazuje rzeźb, które lewitują wprost, a jednak lewitują, lecz ich dusza, która niewątpliwie z wewnątrz bije, przebija się na zewnątrz, jest poza horyzontalna… Są to oczywiście anioły opatrznościowe, opatrzone podtytułami, na przykład:

    “Anioł mojego Brata, czyli Brat mojego anioła”, “Anioł Elegancki”, „ W blasku”, “Anioł Samonośny”, “Między słońcem a księżycem”, “Anioł Rockowy”, “Anioł Jazzowy” – Metal Angel, “Sam sobie sterem i okrętem dla Doroty Stalińskiej”, “Anioł mojego Taty” i “Anioł mojej Mamy”, i wiele innzch, jak anioły moich córek i syna Wiktora.

            Oczywiście to metafory – Widzimy jak medium Lidii patrzy na poszczególne osoby z tzw. „drugiej strony” z perspektywy nie widzialnej strony, mówi, przypisuje, zauważa w nich także siebie. Jest tutaj pewien odważny rodzaj preferencji tematycznej, duża możliwość ruchu – rzeźby mają imiona, podtytuły, które charakteryzują dogłębnie ich podmiot. Poza tym jak zauważamy artystka twierdzi, że każdy z nas posiada swego duchowego anioła, który jest uwidoczniony i stoi jak cień, stąpa za nami, śpi niewątpliwie we wnętrzu niejednego z nas pod żebrem lub przeżywa z nami wzloty i upadki… Oczywiście jest to bardzo poetyckie spojrzenie na te obiekty. Bo też takie powinno ono być. Artystka niewątpliwie jest taką ukrytą poetką metaforystką i medium(?), wskazuje na to semantyka jej wędrówki, po przez ulubioną rzeczywistość… Anioły trzymające się naszej “dziecinnej nagości, jakby z niebytu wyszły, i stoją przed nami dorosłe w refleksyjnej postaci, jakby słyszały nasz szept…

            Wykonane niesłychanie sugestywnie, unoszą się w aurze symbolu(?), ze spojrzeniem utkwionym w dal, ubrane jedynie w przepaskę lub mają założone na sobie ptasie głowy, długie pióra gęsie, jak np. Anioł męża rzeźbiarki. Inne, jak np. “Brat mojego anioła“, dedykacja dla Józefa Tischnera” z dopowiedzeniem bardzo metaforycznym – „Podaj mi drugi raz dłoń Panie”… Anioł „Na skrzydłach wyobraźni” – dedzkowany  poetom (nie posiada on skrzydeł na zewnątrz – ale są one u niego zwinięte w sobie, zresztą bardzo erotyczny…)  

    .  Natomiast popiersie autoportret Lidii Sztwiertni „ Z głową w szczurach”… inne popiersia to córki – jedna z nich zawiera w dolnej części tabun porywistych koni w galopie. To wszystko coś dopowiada, a jednocześnie bardzo ciekawi swą tajemnicą, kusi do odgadnięcia i pytań…

    z cyklu znaki zodiaku – „ SKORPION”
    z cyklu znaki zodiaku – „ SKORPION”

    „Z głową w szczurach” – popiersie Autoportret
    „Z głową w szczurach” – popiersie Autoportret

     

       Wydaje się, że Sztwiertnia uprawia poezję, homocentrycznego rzeźbiarstwa, (mówię aluzyjnie i w takim pozytywnym tego słowa znaczeniu), bazując na homo – sapiens, fascynujących darach urody i uprawy wnętrza – wtedy tworzy postać osobną i wyjątkową, najważniejszą częścią tych rzeźb jest zmaganie się z fizycznymi siłami przechodząc w porę duchową tworzenia. Wzajemne przenikanie się  jak w życiu. Poszczególne elementy mogą być też gałęzią lub samym drzewem, harmonijnie wmontowanym do rzeźbiarskiego projektu ku podjęcia realizacji, wskazuje na niesłychaną wrażliwość i emocjonalność, zarówno procesu tworzenia jak i obserwacji całej natury – jest to taki gest szczerości i obcowania z otoczeniem na wskroś. Artystka daje do zrozumienia, że światło w życiu danej osobowości portretowanej, jego blask, jest tak naprawdę jego prawdziwym odcieniem. Człowiek jedynie „kąpie się” w morzu tego cienia, unosi się w jego przestrzeni, stając się jakby mistycznym tworem.

            Rozprawiając i reasumując rzecz o rzeźbie Lidii Sztwiertni o jej uroku, nie chcę tutaj mówić o pięknie, bo to bywa czasem okrutne. Wystarczy przeczytać wiersz Zbigniewa Herberta pt. „Marsjasz i Apollo” – Otóż w poemacie o tym micie poeta pisze jak się płaci za swą niezależną sztukę, kiedy konkurent patrzy i jest zazdrośnie zachwycony i niepocieszony swoją własną sztuką… Apollo popełnia tu mord na brzydkim kopytnym Marsjaszu (pół kozła i pół męskiego fauna z kopytami) który grał piękniej od Apollo konkurenta na swoim pięknie brzmiącym aloesie (dwie trąbki scalone razem z jednym ustnikiem) – Apollo wzburzony jego grą zawiesza półczłowieka pół kozła na łuku wejściowym do Ogrodu, gdzie przed chwilą ścigali się w sztuce gry. Rozpoławia Marsjasza rozpruwa Jego brzuch, widzi wnętrzności, przegląda je, porównuje z otoczeniem jakie zna, do gór i wąwozów… A później usiadł w owym ogrodzie i „wypoczywał” w krzyku bólu Marsjasza – pławił się i jakby bezgranicznie chełpił w swym czynie i słońcu do syta”…

         Bardzo wiele w wartościowaniu danej sztuki było i jest wciąż  pośród sztuk artystów, trwa taki podskórny dyskurs, ściganie się, czasem typowa nieuzasadniona zazdrość – a przecież sztuka to nie sport! – Wiem i znam to – sam wiele się czasem nasłucham o innych i widzę i słyszę jako „świadek naoczny” rożne gry… Wiem, że niekiedy inni i niektórzy rzeźbiarze mogą być niezbyt pocieszeni sztuką Lidii Sztwiertni. Pokazany cykl aniołów jest symbolem tego, co najbliższe sercu istoty myślącej. Artystka mówi za nas, buduje swoje obiekty za pomocą penetracji konkretnie zmysłowych, jeżeli tak można tę twórczość nazwać… Jeśli nazywa rzeźbę “Anioł wewnętrznie złoty – dedykowany Ewie Demarczyk, to w rzeczy samej, cała pojemność tego dzieła musi być skierowana na siłę i charakter tej osoby, na jej śpiew i dumę osobistą.

    „Metal Angel II”
    „Metal Angel II”

         Dzięki temu widzimy w takich portretach metamorfozy osobowe, są one tajemnicze, a zarazem zadziwiająco porażające. Każda rzeźba jest osobnym autonomicznym dziełem, jakby przypisanym komuś bardzo ważnemu. Rzeźby Lidii Sztwiertni wyłaniają się z wyobraźni – po to, żeby uwodzić, a nie szokować. Sztuka Sztwiertni jest niepowtarzalna i nieporównywalna! – Buduje pojemnie na konstruktywnym podejściu do pewnych racji, nasze dłonie, oczy… ciekawi – tu odbiorca zastyga w pozie zadziwienia, kiedy pierwszy raz widzi te obiekty – sam tego doznałem dawno temu na wystawie na Zamku w Brzegu. 

             Któryś jeden ze znanych poetów, (dziś już na Panteonie) napisał, że aby mówić o pięknie, trzeba wiele odwagi…. Sztwiertnia ma jednak tej odwagi bardzo dużo, ma swojego przeciwnika Apolla, ale uparcie gra na swoim instrumencie w Ogrodzie Sztuk. 

       Być może, za pomocą takich interpretacji, znanego od dawna poetyckiego pomysłu, wprowadza nas w świat wiary w siebie. Dociera do głębokich pokładów ludzkiej psychiki za pomocą zmysłu i manualnych zdolności. W cyklu Aniołów”, w tym nota – bene portretów, które na pierwszy ogląd wydają się jedynie szczególnego rodzaju kreacjami, przebijamy się do siebie samych. Te pełne ciepła rzeźby, choć z brązu w swej materii, czasem niosą alegorycznie uniesione.

          Co do walorów tej sztuki dopowiem pewną anegdotę: Znana poetka Marianna Bocian uwielbiająca sztukę Lidii Sztwiertni powiedziała kiedyś w trakcie Najazdu Poetów na Zamek w Brzegu, na wystawie rzeźb Lidii Sztwiertni, przy mnie głośno tak: „…Jak tak patrzę na te rzeźby, jestem pewna i to najogólniej, że to właśnie taka sztuka uratuje kiedyś świat…”.

            Marzeniem człowieka jest przecież lotność, być może przybył on, na latającym dywanie, kiedyś przed milionami lat z przestrzeni kosmosu – On jako człowiek uskrzydlony, jakby z kosmosu… Człowiek przywiązany do skrzydeł własnym ciężarem i czynem swego doświadczenia…

     Idzie tu o diagonalność, która się tutaj ujawnia, postaciowość i semantyka tych prac jest nader bardzo komunikatywna. Poza tym na pewno są to realizacje bardzo przyjazne, powiedziałbym liryczne, o poetyckiej apologii i semantyce mówiące szerzej… Cyzelatura staranności emanująca połyskiem bije czystością.  Oryginalność zamysłu artystycznego ujawnia cały kunszt i skomplikowane wnętrze tej znakomitej, wybitnej artystki. Oto co może mieścić się po drugiej, metafizycznej, stronie kobiecości.

    ”ski@angel”
    ”ski@angel”

     Wszystkie reprodukcje rzeźb do eseju wykonał  Roman Hryciów, są one własnością artystki rzeźb Lidii Sztwiertni

    tekst:  Zbyszek Ikona – Kresowaty

  • CZY SZTUKĄ SPŁACIŁ DŁUG? ZACIĄGNIĘTY KIEDYŚ U BOGA. Jerzy Piotrowicz malarstwo twórcy wędrownego

    CZY SZTUKĄ SPŁACIŁ DŁUG? ZACIĄGNIĘTY KIEDYŚ U BOGA. Jerzy Piotrowicz malarstwo twórcy wędrownego

           Wyjątkowa sprawność warsztatowa pozwalała mu we wszystkich tych dziedzinach osiągać wirtuozerskie rozwiązania i stać się bardzo  oryginalnym. Dążenie do optymalnych efektów, czy wręcz maestrii potwierdzają zwłaszcza wykonane różnymi technikami prace artystyczne poświęcone tym samym motywom lub cyklom. Stworzył ciekawe wizje plastyczno – wizualne, a nawet teatralne. Zwłaszcza po odbyciu podróży po miejscach Sztuk w miejscach kultowych Europy.

    Dlaczego chcę powiedzieć o Piotrowiczu jako malarzu wędrownym?

    Dlatego, że we fragmentach dziennika w jego szkicowniku, którym się posługiwał w  swoich samotnych wyprawach do miejsc ciekawych z różnorodną sztuką, w notesie tzw. podręcznym kieszonkowym „Zapiśniku” towarzyszącym mu w podróżach do Wenecji, Florencji, Madrytu od 1992 roku a także później, znajdują się cenne notatki oglądanych miast oraz opinio-wyrazy dystansowania się i refleksji z wystaw znanych i napotkanych w Muzeach klasyków artystów malarzy sprzed kilku wieków. Artysta dążył i stawiał sobie za honor zobaczyć i dotknąć „naocznie” wybitnych twórców zwłaszcza malarzy i rzeźbiarzy sztuki Europy śródziemnomorskiej i flamandzkiej – w miejscu gdzie mekka utrwalonych nazwisk przemawiających jakby na nowo ale do artysty abstrakcyjnego kapisty z Poznania… którego imaginacje twórcze dotykają wprost cenionej sztuki świata. Czemu miała służyć taka wędrowna konfrontacja? – Jerzy Piotrowicz notował wrażenia i osobiste uwagi po obejrzeniu muzealnych dzieł, notował wrażenia ale i komentował a może nawet spisywał własne uwagi co do technik danego obrazu, odgadywał mowę poszczególnego artysty danego okresu. Otóż artysta zapragnął takiej konfrontacji bo miał jeszcze po powrocie do Poznania rodzinnego namalować wiele płócien konfrontujących się z tym co zobaczył…  Być może dlatego taka myśl gdyż Jerzy był także krytykiem, a także mówiąc oględnie „katem” dla siebie, jeżeli chodzi o malarstwo i uprawę swego stylu.

              Malarstwo jego niewątpliwie charakteryzuje się siermiężną techniką kapistycznych plam, układem ku opowieściom o tamtym świecie, jest pewnego rodzaju romantyką bardzo kolorową, ale i kolorystyką cykli poszczególnych jest jakby dopasowana do każdej wizji… Z okazji wystaw i kreacji  pośmiertnych Piotrowicza wydano dość ciekawy album opracowany przez przyjaciela Wojciecha Makowieckiego, wydany w 2008 roku przez Galerię Miejską „ARSENAŁ” (110 s.) 2008 r w Poznaniu. Zawiera on ponad 100 reprodukcji ukazujących poszczególne fazy twórczości malarskiej Jerzego Piotrowicza oraz zapiski w dużej mierze krytyczne najciekawsze z różnych w/w podróży. Zapiski chwili, odnośniki, stany napięć i doznań oraz odniesień do wydarzeń w tym eksponatów i spotykanych rzeczy… To pokaz i notacja stanów psychicznych artysty „wędrownego samotnika”. Są w albumie Piotrowicza cykliczne  reprodukcje prac wykonanych zarówno w Poznaniu ale i w podróży, choć nie jest to wyraźnie określone. Podejrzewać należy, że ten ciekawy artysta twórca wybierający się do centrum sztuki Europy na pewno zabrał swoje narzędzia pracy, tak przynajmniej ja bym postąpił: przetarte pędzle, podręczna sztaluga, etc. własne komponenty farby, olej, werniks, etc. Na pewno zapisywał i częściowo malował pod wpływem wizji jako „świadek naoczny”, były to ciche rozmowy z tamtymi dziełami, odniesienia do różnych kwestii technik, jakby niezależnie dokumentował czas, który go zastał na jakiejś obcej romantycznej ziemi. Niewątpliwie był upojony atmosferą wizji, tym bardziej, że chciał je powtarzać, połknął bakcyl apostoła sztuk…

                       Można podejrzewać, że gdyby nie te odbyte podróże z miejsc w/w uświęconych sztuką i krajobrazem miast jako szlakiem namacalnym, wiele prac tych późniejszych nie powstałoby. Fascynacja innym miejscem jest zawsze szczególnym doznaniem, ciągnie się latami, kontemplacja nad obrazami w Muzeach dała zapewne twórcy Jerzemu wiele dystansu i pokory do siebie. A podjęcie dysputy w celu namalowania swych obrazów to jest czymś nobilitacyjnym. Artysta w malarstwie podejmował cykle, którym zazwyczaj poświęcał od kilku do kilkunastu prac olejnych, wcześniej rysunków i szkiców… Niektóre motywy z podróży 1989/93 znajdują kontynuację dopiero od 1996 lub nawet dalej. Piotrowicz uprawiał także czynnie grafikę i rysunek (czego nie zawiera album jednocześnie – a szkoda!). Jest w treści uwaga, że one znajdą się w II części albumu.

              Do swoich “protoplastów” w kwestiach tematycznych cyklów zaliczał jednak nie tylko malarzy dawnych, ale także niedawnych polskich awangardzistów, między innymi kapistów, z których ogromnie cenił polskiego malarza Zygmunta Waliszewskiego. Co ważne! – on potrafił też całkiem niezależnie przyznać wielkość artyście “naiwnemu” – Nikiforowi. W twórczości Jerzego widzimy pokrewieństwa tematyczne i improwizacyjne, uderzają przede wszystkim “inspiracje” malarstwem hiszpańskiego mistrza zaangażowanego Francisko Goi, który malował dużo odniesień głownie podczas rewolucji hiszpańskiej za pogromu Napoleona II. Postacie infantek, ale i powstańców, natomiast sceny z corridy Piotrowicz wplatał w teatralnie aranże kompozycje, których szczegóły ujmują niemal biżuteryjną wręcz wnikliwością. Natomiast Goya był mu bliski w późniejszym okresie bardzo rozdarty twórca, uznany za narodowego, nawet powielił jego kilka obrazów np. „Saturn pożerający własne dzieci”  … mówił w związku z tym tak:
    “Według mnie najpierw trzeba namalować obraz, a potem wyniknie z tego jakaś anegdota. Nie znoszę literackich podtekstów, jakichś nachalnych historyjek. Pod tym względem dla mnie mistrzem był Goya: przede wszystkim to jest przepiękne malarstwo, a potem można wypatrywać, co tam jest przedstawione”…

       –  Tę uwagę świadomie można również odnieść do cyklu obrazów ciemnych nazwałbym je senso – stricte “żydowskimi”: z jednej strony wywiedzionych z Biblii, z drugiej – odnoszących się do „Starego Testamentu” i zagłady. Jest tutaj ukazany czas oraz działanie epickie. W tej twórczości wiele jest odniesień właśnie do Judaizmu, do własnego ulubienia żydostwa, choć sam przecież nie był z pochodzenia Żydem, jednakże chciał odrobić lekcję i dookreślić bardziej tę ciekawą  tematykę. To krwawy stan „Starego Testamentu”. Obraz pt. „Manna na pustyni”, czy „Księga wyjścia”, jak i wiele innych prac jak „Hiob” przemawia kolorem powagi czerni i czerwieni. Widać na tych obrazach zbiorowość Żydów, nastrój podniosłej chwili czegoś bardzo ważnego… Jest tutaj obraz „Przejście przez Morze Czerwone” (1990). Ciekawymi są także inne prace z dużą ilością czerwieni. Przeważa u Piotrowicza czerń i czerwień, czasem szarość. Wspomnieć należy, że w/w obrazy obiekty znajdują się w Muzeum Narodowym w Poznaniu, tytuły: „Hiob”, „Walczące Bestie III” (z 1999) – Obrazy cyklu „Kusiciel”, „Uczta z Faunem” 2 obrazy, „Mojżesz”, „Arka”, „Ryba”, „Kuszenie Hioba” są też akty z bykiem i kogutami… „Raj Arlekina”, „Dulcymea na randce”. Podejmował lub nawiązywał Jerzy do tematów znanych, jednakże albo odnosił się do nich bardzo osobiście, albo uważał, że trzeba je na nowo jakby kreować, a nawet tłumaczyć. Jeżeli czytamy zapiski z wspomnianego notatnika, odnajdujemy swego rodzaju smutek, czasem nazwałbym te chwile radosnym utrwalonym smutkiem. W swej samotności na podjętej podróży artysta „błąkał się” czasem nocami, uliczkami znanych miast, szukał swego światełka(?) – Wynika to z dalszych osobistych zanotowanych odniesień: „Chodziłem po ulicach jest ciemno do placu i ulice oświetlone przed katedra, tłum ludzi ktoś gra na gitarze, katedra oświetlona ściany jej biały i zielony marmur. Miasto zaczyna żyć jest ciepło + 15 st. Florencja centrum tego miasta zbyt nowoczesne brak komercjalności Wenecji pół milionowe miast żyje nocą. Kawiarnie pełne turystów, tubylców. Nie potrafię wyczuć atmosfery czegoś tu brak? niby wszystko jest?

    – To nie jeden z zapisków, notowany pośpiesznie bez interpunkcji, żeby coś nie umknęło(?) – zapisywał szybko, być może o zmroku(?)

    – Natomiast inny zapisek z 13 stycznia 1993 roku mówi:

    Jestem po dwóch wystawach w Hornie i w Galerii u Jezuitów myślę, że wystawa u Jezuitów udana od dawna chciałem pokazać rysunki i to te z okresu kiedy miałem pracownię na Wildze. Jarek wykonał ogromną pracę zrobił ogromnie wiele dla mnie w tym mieście podobno był Berdyszak ze Svenem…

    – Spoglądając na dalsze cykle prac Jerzego Piotrowicza uderza pokaz malowanych na wiele sposobów krwawych cykli „Bestii” (obrazównumerowanych), czasem bestii jako „Gryfów” z wyszczerzonymi kłami zatopionymi w czerwień – to obrazy techniką mieszaną: tempera, tempera/ołówek…

            – To na pewno wiele mówi i dużo znaczy o kondycji fizyczno – duchowej samego twórcy. Czy nie jest tak, że malarz w swoich pracach pokazuje własną formę, jakieś zagrożenie, kryzys emocjonalny, własny wysublimowany stosunek do świata? – Czy nie był czasem Piotrowicz duchowo „prześladowany” przez widma, zwidy, omamy(?) – po prostu należy spytać, bo to się bardzo nasuwa. –  A może tylko chciał pokazać co drzemie w jego przestrzeniach nieznanych, tajemniczych w żarliwej wyobraźni? – Być może chciał to skonsumować, przeżyć, wiemy, że chciał upraszczać swoje kreacje, nosić je do wszystkich, po prostu demonstracyjnie(?), nawet zarzucał w kolejnych zapiskach innym artystom, że: boją się upraszczać i podlizują się dalej krytyce jak za czasów Akademii Francuskiej Ludwika, czy innego króla… daje i wymaga posłuszeństwa a nie wolności myślenia o sztuce… kiedy ta banda kretynów to zrozumie, że wolności nie dostaje się za pieniądze i że trzeba o nią ciągle walczyć i być konsekwentnym…
    – To odniesienie bardzo prowokujące szokujące i wymowne, rzucające wprost wezwanie i tzw. „rękawicę”. Ileż takich wezwań było?

             Spójrzmy zatem na obraz pt.„Odwiedziny u Picassa” (1994), to obraz duży bardzo abstrakcyjny typowy akt kapisty, gdzie widać postać mistrza Pablo przed swoją sztalugą, za nim sterczą Jego obsesje charakteryzujące – prześladowcy Jego obrazów: byki z corridy i koza i kot czarny, w tle malowana przez Picassa panna… tyle, że ubrana. Natomiast na lewym rogu blejtramu biały gołąb. To przecież atrybuty hiszpańskiego awangardowego klasyka,  to celowe symbole jakich użył Piotrowicz do swego przestawienia, jakby lalek w teatrze plastycznym symbolicznym o artyście w innym świetle swego ulubionego artysty – uwielbienie artysty dla artysty? – Podobnie tak samo jak na obrazie Van Gogh (obok Picassa w albumie) pomieszczona reprodukcja obrazu „Van Gogh maluje cyprysy” (1986). Dalej znów odniesienie do Goi „Saturn pożerający własne dzieci” – (1986 – olej płótno w depozycie Muzeum Narodowego w Poznaniu).  Taki tandem czas sztuki…     

    —Otóż omawiam dość szczegółowo zawartość albumu, ponieważ niegdzie go już nie można uświadczyć jak w Galerii Piotrowicza w Poznaniu spod lady… Jak się wydaje podróże artysty malarza to na pewno wielkie ambicje i spełnienie lub nie oczekiwań na autonomię. Czyli widzimy co zawładnęło częścią życia artysty. Kto wie czy nie przepłacił to życiem własnym(?) – Trzeba powiedzieć, że Sztuka ta pisana z dużej litery jest bardzo trudna do zdefiniowana, ponieważ nawiązuje wprost a jednak w inny sposób do autorytetów(?) – Obrazy które rozmawiają z klasykami, obrazy które obrazują w inny wolny niecodzienny sposób konfrontując się z rzeczywistością obecną…  to służy na pewno ku dalszej dyskusji(?)

        Oczywiście zbyt śmiały to rekonesans i niespotykany Jerzego Piotrowicza artysty niezwykłego, który obrał sobie za cel samotność okraszoną odwiedzinami u mistrzów w tym i tych literackich podróży. Z której musiał wrócić i po czasie zdystansować się na swój artystyczny sposób spokornieć(?) i na nowo wyjawić pewne nurtujące Go kreacje lub inaczej, może tylko w sposób teatralny? – bardziej wymowny, ale to na pewno zbyt wiele Go to kosztowało. Czy sztuką swą spłacił dług zaciągnięty u Boga. Tak kiedyś nieoczekiwanie na otwarciu za życia wystawy swej oznajmił jakby u kresu: „SPŁĄCIŁEM DŁUG ZACIĄGNIĘTY U BOGA” – Tu na pewno chodzi o dorobek, o zawartość dorobku uświęconego podróżami, wędrował jakby apostoł po ziemi z Biblia w tle. Na pewno spłacił talent i pomysł na kreację duchową i rzeczową, czyli wydobył oddał na zewnątrz metafizykę wewnętrzną tak jak umiał, czuł taką powinność i taki nie pisany obowiązek rozmowy obrazem. Obraz niejednokrotnie więcej mówi a jeżeli zapis literacki… A niewątpliwie był wierzący w to co widział i czuł odwiedzając konfrontował nie tylko z „Pismem Świętym”, choć nie podejmował tematów typowo sacrum „świętych” ale odkrył swój prapoczątek, chociaż nie malował postaci związanych wprost z Mesjaszem. Malował ten czas wcześniejszy(?) – Interesowała Go wędrówka jak dobrego pasterza lub tajemniczego apostoła odwiedzającego sanktuaria Sztuk.

    Zbyszek Ikona – Kresowaty