Kategoria: galeria esejów o artystach

  • W PÓŁ DO PORTRETU (odsłona charakteru i psyche portretu)

    W PÓŁ DO PORTRETU (odsłona charakteru i psyche portretu)

        Ponieważ jako autor pomieszczam sporą ilość portretów w swoich tekstach, bo jak uważam jest to dodatkowy odręczny dokument wykonany własną ręką: malowany nakreślony w przeróżne sposoby -wiem, że powinienem coś konkretnego o tych kreacjach, obrazach osób, powiedzieć i ustosunkować się… dlaczego wtrącam w tekst portret? – Po pierwsze po to, żeby nie zapożyczać z internetu fotografii, bo są zastrzeżone, po drugie wizerunek osoby zazwyczaj jest podobny, zatem bardziej ceniony(?), ponieważ ukazuje psyche osobowe bez względu na twarz; uśmiechniętą (choć tego mało) twarz krzywą, doświadczoną, czy na swój sposób zmęczoną, czasem z dużymi bruzdami, inaczej kreacyjną, etc. ,bo to twarze osób różnych wykonane w przeróżnych konfiguracjach, najczęściej do połowy sylwetki, dlatego nazwałem ten mój tekst „W PÓŁ DO PORTRETU” – w pół dlatego, że przynajmniej połowa danej osoby jest wiernie ukazana – reszta to czysto artystyczna sprawa i układ. Po drugie: powstaje pytanie: Czy od portretu należy odróżnić studium fizjonomiczne? (malowniczy wizerunek charakterystycznej postaci), w którym ukazuje się nie konkretną osobę, lecz określony typ ludzki, np. zakonnika, urodziwą małą dziewczynkę, melancholijnego starca, mężnego rycerza, szlachcica w fantazyjnym stroju, itp. (tzw. tronies).    W tym chodzi także o uogólnione wizerunki danych profesji, przedstawienia różnych zawodów: uczony, literat, malarz znany lub mniej znany artysta, kupiec czy Żyd w kantorze, itp. te akurat nie muszą być portretami, jedynie obrazują scenę, są wtedy zaliczane do tematyki rodzajowej podobizn, po staremu konterfektu (fr. portrait; łac. protrahere mówi, że należy wydobyć na światło dzienne, wyjawiać, pokazać; contrafacere – naśladowanie – artystyczne wizerunku na różne sposoby; malarski, rzeźbiarski, graficzny, rysunkowy, konkretnej osoby lub grupy osób, ukazać fizjonomie zewnętrzne oraz podobieństwa, niekiedy cechy charakteru, wręcz psyche portretowanych osób lub zwierząt domowych tzw. pupilów.

    Trzeba tutaj wiedzieć, że portret ma swoją historię i przeznaczenie. Otóż najstarsze znane portrety, jeżeli wziąć pod uwagę rzeźbę i płaskorzeźbę, powstały w starożytnym Egipcie i Mezopotamii już w okresie Średniego i Nowego Państwa Egiptu. Zaczęły wtedy powstawać portrety psychologizowane, głównie z atrybutami postaci z korektą postawy i twarzy z atrybutami ich działalności… W Grecji wpierw powstał portret rzeźbiarski i zaczął pojawiać się w IV w. p.n.e., rozwój swój osiągając w tzw. okresie hellenistycznym. Natomiast w czasach cesarstwa rzymskiego wykształcił się typ portretu oficjalnego, często idealizowanego, wtedy też powstały liczne portrety malarskie, które były pokazywane wpierw w kościele jako ikony, później wizerunki i obrazy z sacrum, już w epoce baroku, wyszły one z kościołów do zamożnych ludzi. Natomiast w średniowieczu portret miał niewielkie znaczenie i często występował jako uzupełnienie wspomnianych scen religijnych, także w ikonach, bez uwagi na podobieństwo… Juz wtedy każdy Dwór miał swoich portrecistów, ich zadaniem było portretować wszystkich ważnych oficjeli. Natomiast pierwsze indywidualne portrety pojawiły się w XIV w. Nota bene w następnym stuleciu w Niderlandach wysoki poziom osiągnął portret realistyczny (taki z dokładnością fotograficzną) u J. van Eyck ’a, H. Memlinga czy Rubensa. A co ciekawe, że w tymże czasie we Włoszech powstaje moda na portrety profilowe. Jak widzimy w tamtych czasach rozwinął się portret na różne sposoby. Dziś po okresie AWANGARDY w portrecie stosuje się wszelką dowolność technik, nie ma reguł tworzenia portretu. Idzie o to, żeby jak najokazalej i najszerzej oraz treściwiej pokazać daną osobę, także abstrakcyjnie i w kolorze. Stosujemy dziś techniki dowolne począwszy od olejnego wizerunku po przez portret grafionem, grafitem, węglem lub pastelami, a najlepiej farbami olejnymi i temperami. Dziś, jak wspomniałem, wykonywane są portrety awangardowe z metafizycznymi rysami. Towarzyszą temu, lub są pomocne, opisy literackie poszczególnych postaci oraz ich zajęć i zawodów czy nawet zachowań… Dlatego tym bardziej takie portrety stają się ciekawsze i wolniejsze od reguł zupełnie oddzielne i oryginalne dla naszej epoki… Jest tutaj wtedy nieco zamazany lub skrzywiony wizerunek twarzy lub sylwetki celowo, ale skoro jest taki pożądany? – na pewno spełnia swoją rolę. Możemy sobie wyobrażać jak wyglądałby portret Picassa lub Dalego, lub innego kolorysty…

           Jakikolwiek portret, jak należy pojmować, jest tworem niezwykle szerokim i dzieli się na wiele gatunków, dzieli się ze względu na różne zewnętrzne czynniki. W pierwszej kolejności wydzielamy kilka rodzajów portretów, ze względu na pozę głowy. I tak mamy, na przykład, portret frontalny (en face), profil, półprofil, portret z twarzą, zwróconą w bok, ćwierć – profil (tzw. perdu). Następnie, kolejną kategorię wydzielamy w zależności od ujęcia postaci. Popiersie każde, wizerunek głowy, półpostać, portret do kolan, portret całej postaci oraz portrety siedzące, leżące lub konne, a nawet zwierzęce. Dzielimy portrety w zależności od ilości osób. W tej kategorii mamy pojedynczy, podwójny, potrójny oraz grupowy. Istnieje rodzaj portretów z danej okoliczności, okolicznościowych, w zależności od powodu tworzenia. Tutaj wydzielamy obrazy ślubne, pośmiertne – trumienne, asystencyjne. Ostatnie bywają charakterystyczne dla fundatorów, usytuowanych przy ołtarzu. Inne  to portrety religijne.

           Wyodrębnić z kolei należy portrety w zależności od pozycji społecznej: władcy, artysty, uczonego, a także męski, żeński oraz dziecka lub całej rodziny. W tej kategorii znajduje się także portret rodzajowy, na przykład robotnik przy pracy. W końcu mamy ostatnią kategorię portretów, podzielonych ze względu na sposób tworzenia. Tutaj wyodrębniamy portrety imaginacyjne, idealne czyli te namalowane w duchu panującej mody: fikcyjny, przerysowany, pozującego, realistyczny (oddający prawdziwe cechy modela), historyzowany, idealizowany.  

         Wymieniając rodzaje portretów dziś nie przestrzegane są te w/w podziały – panuje zupełna dowolność – podział należy do krytyki. Artysta nie martwi sie rodzajem portretu – robi swoje pod dyktando danego modela. Otóż wiem nie tylko ja, że każda twarz to wizerunek charakteru osoby i psyche, człowieka. Najbardziej ukazuje to portret twarzy malowany lub popiersie rzeźbione, także w czasach starożytnych na wiele sposobów. Jest to przede wszystkim tzw. wyrys psyche danej postaci. Dzięki temu znamy wizerunki epickie przeróżnych osób; cesarzy i koryfeuszy z czasów kiedy nie funkcjonowała fotografia. Czasem mówi się powszechnie „to ładny portret”, „to udany portret”, albo „to tylko monidło”, „to bardzo nieudany portret” lub „bohomaz”, etc. Tak mówi się w rzeczywistości różnie o wizerunku osoby sportretowanej – dobrze lub źle. Dla jednego odbiorcy portret udany może być nieudanym, dla drugich nieudany może być udany.

          Ja osobiście nigdy nie zamierzałem zostać portrecistą, jednak życie napisało swój scenariusz po szkole. Tutaj „macie wykonywać to co nakazujemy, a po szkole będziecie stosować własne racje” – Osobiście wykonałem niezliczoną ilość portretów osobom; napotkanym, poznanym, znanym i takim z którymi miałem poważną styczność w obcowaniu artystycznym…  Były to twarze przeróżne z rozmaitym wyrazem: twarz krzywa, piękna, z grymasem zachwytu lub poniżenia… Dziś z własnego ciekawego życia wieloletniego doświadczenia artystycznego wiem, że najbardziej udanych portretów żądają kobiety. Kobieta ma w naturze podobanie się i prezentację jak najszerszego spektrum własnych wdzięków ku nieoczekiwanej chwili, nie tylko przed całym rodem męskim, ale i kobiecym stanem. Dużo by tu prawić dygresji, mnożyć regułek, etc. Jedno jest pewne, w naszych bardzo ciekawych czasach zaistniała moda na portret, a nawet stał się on dość popularnym. Obserwuję to sam na swoim polu działania. Najlepszym tłumaczeniem jest zwłaszcza to, że dominuje chęć posiadania własnego portretu w domu. Kiedy odwiedza się moją pracownie plastyczną, przechodzi się przez hol schodami na piętro, gdzie wzdłuż wyeksponowane są różne portrety, znanych i mniej znanych osób charakterystycznych wizerunków, niektóre tzw. psychodeliczne z atrybutami im przynależnymi, inne jak mówią odwiedzający są tzw. „krejzi” z domalowanymi nakryciami głowy lub fryzurami. Portrety malowane pastelami czy farbami olejnymi to z rzeczy samej oczywiście inna kreacja osoby niż powiększone foto. Niektórzy chętni do portretu chcą go, ale śpieszą się i pozostawiają swoje foto z Dyplomu, inne fotki z portfela do tzw. „zgapienia”, bo czas ich goni i nie mogą nijak usiąść do pozowania, ale chcieliby – Oczywiście bywam wtedy w niezłym  zakłopotaniu, bo przecież do portretu staje się do portretu na co najmniej 2 godziny, zależy czy to ma być pastel czy olej? – Nie każdy sobie zdaje z tego sprawę, kiedy tłumaczę o co chodzi w portrecie nie bywa to zbyt zrozumiałe. A to szersze pojęcie, możemy stworzyć portret osobowy poety czy innej profesji twórcy literacki. Takim jest np. popełniony esej o jego twórczości z domieszką jego charakteru, możemy o kimś napisać monografię, to będzie także portret. Przekonałem się, że najlepsze portrety powstają ludziom poznanym osobiście, z którymi się obcuje jakiś czas, może być to osoba z innej epoki, o której się czytało i rozmawiało w środowisku, wtedy nie jest to wyrys czy malunek, ale opis zewnętrzno – wewnętrzny, czasem metafizyczny… Jednakże dochodzę do jednej konkluzji, że każda twarz człowieka, popiersie, pomnik to osobna opowieść, to księga charakteru… W XXI wieku szukam także wyrazu dla współczesnego portretu. Portret trwa od lat i może być lustrem dla każdego człowieka.

       Portret można nawet wykonać dla zwierzęcia, zwłaszcza domowego pupila. Możemy sportretować zjawę lub postać ze snu, lub w transie metafizycznym jak Witkacy, lub z opowieści kogoś kto kontaktuje się z naszą psyche. Chrystus Miłosierny odwiedził siostrę Faustynę, został namalowany w/g Jej przekazu przez Stykę, a później jako kopia Styki powtórzona przez profesora i wykładowcę na ASP w Krakowie Jana Chrząszcza (nieżyjącego obecnie wybitnego artystę) i umieszczony jako duży obraz na ołtarzu w Bazylice Miłosierdzia w Łagiewnikach pod Krakowem, wykonany przez autorytety stał się wiarygodny i prawdziwy(?). Portrety widujemy wszędzie nie tylko w muzeach, ale na wystawach, w zbiorach prywatnych, w domach, instytucjach kulturalnych. Portret to nasza historia, która otacza nasze życie i patrzy na nas jakby zza zasłony czasu.

        Jeszcze raz poczynię dygresję: jakże bylibyśmy ubodzy i w niewiedzy, gdyby nie malowano kiedyś osób i ich otoczenia osobowego, gdyby nie rzeźbiono ich twarzy. Pewnie nic szczególnego nie oznajmiam jedynie uzmysławiam to, żeby sobie rzetelnie zdać sprawę z tego faktu.

       Portrety dziś są bardziej czytelne, choć abstrakcyjne i w formie metafizyczne i tu jest pewien paradoks – chociaż zawierają więcej śmiałości zarówno w stylu pojęciowym jak i wykonaniu… myślę że dlatego właśnie są bardziej oczekiwane skoro historia malarstwa nadała nam mistrzów Picassa, Dalego, Hallsa , innych  przez ich  pryzmat postrzegamy postać człowieka na wskroś współczesnego i takim go malujemy…

       Portretowałem w różny sposób, bo zawsze mam przy sobie szkicownik i miękki ołówek. Tak było ze światowej sławy skrzypkiem Kenedym w Krakowie, kiedy siedział w kawiarni na rynku przy dużej witrynie, podszedłem i wystarczyło kilka kresek, żebym go miał uchwyconego „na gorąco” – po chwili zniknął. Oczywiście było też tak, że łapałem postaci nieznane na żywo, ciekawe charakterystyczne, jakby z innej epoki(?), siedzące koło mnie np. na którymś z pierwszych Festiwali Piosenki Polskiej w Opolu, oczy moje złapały wizerunek Agnieszki Osieckiej, powstał szkic, tak było z Niemenem i kilkoma innymi… Portrety powstawały z okazji tzw. „rozmów artystycznych” ( 76 spotkań) do moich trzech książek. Powstawało PORTRETOWISKO, album plastyczno literacki, gdyż uzbierało się multum wizerunków. Natomiast zaimek „wisko” znaczy coś więcej, jakby bardziej ogarnia przedsięwzięcie w multi grupę na przestrzeni 35 lat . Pomieściłem tu najciekawsze twarze w/g mnie. (320 stron w A-4 na papierze kredowym). Przecież większość tych osób znam – inne poznałem…

        Wiele osób portretowanych inaczej już odeszło na „wieczne wrzosowiska” – Otóż kiedy robiłem wywiad – rozmowę z pisarzem Julianem Stryjkowskim szkicowałem go długopisem, i tu ciekawostka: o ten portrecik upomniała się synowa pisarza, gdy syn pana Julina zmarł ona porządkowała całe archiwum. Ten rysunek był także dokumentem pomieszczonym właśnie w mej książce. Będąc z wizytą, w tym samym celu u pani Kiry Gałczyńskiej także rysowałem, czy u Ernesta Bryll, albo u Wojciecha Siemiona, czy Józka Barana, uchwyciłem Adasia Ziemianina dorysowując mu na głowie jabłko, prof. Michała Łesiowa, prof. Henryka Mikołaja Góreckiego w Zakopanem „U Sabały” na Krupówkach, nie wspominając o Mariannie Bocian – jej twarz  spracowana ciągle mi majaczy z długą lufką… rysowałem szkicowałem – sporządzałem tym sposobem jakby dodatkowy dokument(?).

    – Portretuję do dziś – to już taka moja przypadłość, portretuję wciąż dla czasopism różnych „Okolica Poetów”, „Migotania”… OP  prowadził Jurek Szatkowski przyjaciel Steda i Bruno Milczewskiego, Żernickiego… Tak! – Im wszystkim także trzeba było wykonać portrety psychodeliczne wizerunki współczesne – wiemy jak żyli i gdzie sie obracali… A jest tak, że czasem trzeba poczuć temat o danej postaci, pojąć opowieść o niej, zwłaszcza postaci z innej epoki, wtedy należy jakby „dopisać”, czyli domalować współcześnie pewne rysy np.  Nerona musiałem zrobić jako krwawego cesarza, namalować w/g epoki z zachowanego popiersia białego tamtej epoki, należało uwzględnić jego potworność i katastrofizm, wtedy portret wyszedł zjawiskowo, czego nie można było zrobić w czasach epickich z wiadomych powodów.

           Jeszcze jedna dygresja: Ezop sportretowany z czasów epicko starożytnych, jako artysta bajko – opowiadacz został wygnany z miasta daleko za krzewienie swoich niecenzurowanych opowieści jako bajek, (inne zapisy mówią o śmierci) które w treściach zawierały negatywy o władcach np. o Neronie, może nawet głównie o nim najwięcej. Oczywiście bajki miały swój cel – wypaczały zewnętrznie wizerunek tamtych despotów, a ukazywały czyny… Ezop jakby kreślił ich obraz wewnętrzny, choć bajki były przedstawiane np. za pomocą groźnych zwierząt lub potworów. Po przez to Ezop wierzył odbiorcy i nie wątpił w intuicję swego słuchacza, żądnego wręcz riposty na cesarzu mordercy i despocie…

    Zbyszek Ikona – Kresowaty

  • Medytacja czy sumienie?

    Medytacja czy sumienie?

            Wrocławski artysta Krzysztof Żelechowski, o którym się jeszcze niedawno dużo mówiło w kraju, odszedł w ubiegłym roku 2019. Piszę o nim i wspominam, bo to niewątpliwie artysta oryginalny i niezwykły; malarz, fotografik i parapsycholog, może nawet Mag(?), napewno przyjaciel innych wymiarów sztuki. Poznałem go przed laty, jako świetnego człowieka i żywego pracowitego artystę. Jego prace były obecne w Galeriach wrocławskich od samego początku. Pokazywałem katalogi z obrazami w Krakowie i Warszawie, chcąc żeby wystawił obrazy na Starym Mieście w Warszawie, wtedy w 2000 roku była przychylność szefów Galerii, np.pani Arent „Na Zapiecku” –  Będzie nam go brakowało Krztysztofa niezwykle przyjaznego. Przychodził na inne wystawy, na wernisarze, etc., dużo milczał.

                Wystawiał dużo poza granicami, na przykład podczas Biennal of Visual Experimental Alternative Poetry, Meksyk (1985, 1987, 1989), International Exhibition of Visual Poetry, Sao Paulo, Brazylia (1987), Internationale Mail-Art Austellung, Nurnberg, Niemcy (1988), Unita We Stand Mail Art Expo, Eeklo, Belgia (1989), Soviet and Eastern European Mail Art Show, Seattle, USA (1990), Post Office in the Forrest, Expo ’90, Osaka, Japonia (1990). Wiele jego prac zakupiono do prestiżowych muzeów, galerii i kolekcji prywatnych w kraju i za granicą, na The Nomad Museum, Lizbona (Porugalia), Galeri Vision, Skomakarg (Szwecja), The Museum of Instant Images, Chaam (Holandia). Jest bardziej znany za granicą niż w kraju. Prace jego mają swój rodowód, ciąg i pewną medytacyjną chronologię. Te obrazy to czas wędrowania naszej duszy wydobyty na powierzchnię światła. A może to sumienie myśli? – lub biblioteka wyobraźni cierpliwej? , stojąca na powierzchni natury ruchomego świata…

              Cóż, nie ma już artysty bardzo wyjątkowego Krzysztofa Żelechowskiego – pozostały fotografie prace plastyczne, płótna w Muzeach i zbiorach prywatnych, a także w zaprzyjaźninych ongiś Galeriach, pozostał tez niedosyt i niepokój oraz pytanie: Dlaczego?!. Kiedy odwiedzałem go kilka lat wstecz w jego pracowni na jednym z poddaszy Starego Miasta we Wrocławiu przy Teatrze Współczesnym, a pamiętam poraz pierwszy w roku 2000 ujrzałem prace niezwykłe i jedyne w swoim rodzaju, tak w kolorze jak i w formie. Później jeszcze kilka razy różnie go widywałem, nawet w jego domu, bywając także na jego wystawach, stykając się z nim na wernisarzach zaprzyjaźnionych innych artystów we Wrocławiu. Krzysztof Żelechowski rocznik 1952, po uzyskaniu Dyplomu w roku 1980 w Instytucie Wychowania Artystycznego na UMCS w Lublinie, w pracowni prof. Mieczysława Hermana, wziął sobie do serca świat niesłychanie zawiły i medytacyjny(?). To artysta samotnik pozostający zawsze bardzo osobliwie z sobą i specyficznie powiązany z naturą. Zaczynał malować obrazy na płótnie techniką olejną w formie senso – surrealistycznej prowadząc dodatkowo bardzo osobowy zapis literyczny (nie literowy) na poszczególnych kwadratach obrazów. Wykonywał także cykle oryginalnych i specyficznych collage, a wystawiał dość często… Zaprzyjaźniony z Galerią „M” i innymi współczesnymi Galeriami Wrocławia i nie tylko swego miasta rodzinnego. Natomiast w  kraju pokazywał obrazy w klimatach medytacji i przeżyć, pokazywał poezję swego życia, rozterki i nadzieje… np. w Galerii „Teatru NN” – Tym nie mniej od poczatku tudno było klasyfikować Krzysztofa, wciąż wymykał się, usilnie poszukiwał… nawiązywał do metafizyk przestrzennych, prowadził zapisy specyficzne bardzo obrazowe, które wołały nie tylko kolorami ale i formą…. W swoich pierwszych obrazach, jak pamiętam, domalowywał ptakom głowy ludzkie, innym zwierzętom jak ryby także, uczłowieczał swój świat naturalnie powiązany z sobą… Przybliżał i pokazywał, że wszystko co żyje wokół, do czego należy kosmos, jest jakby przypisane znakom cyfr i liter a nawet graficznym skrótom. „… Oto proszę spojrzeć jak wychodzimy rodzimy się z cyfr i liter, dostajemy w darze światło dzienne, kolor i wyrys przestrzeni…”

           Widzimy to nieustannie na jego obrazach, pokazywane na różne sposoby. Widzimy w dalszych poszukiwaniach pomieszczane fotografie własne i rodzinne oraz przyjacielskie na płótnach, jakby wpisane w jego senne medytacje. Tak! – to napewno medytacje, zapisy warte także sumienia. Poczatkowo jego malarstwo wydaje się wielkim skrótem kubistycznym? – później być może manieryzmem? – ale niewątpliwie to także sny i marzenia… To tworzenie pewnych korytarzy do wejścia w kosmos… Wpisywanie w naturę np. w jabłko konstrukcyjnych geomatrii, także na wyrysach ryb ich tułowiach. Nie do uwierzenia, że jest wiele ryb w tej twórczości, ryb przywołanych z głębin akwa, kolorów niebiańskich, czasem pastelowych, czystych ale zapisanych sprawami życia. Może to rachunki?, może długi ze sklepu, albo pożyczki za życia, a może godziny odjazdu i powrotu? do domu lub policzone schody do pracowni na trzecim pietrze kamienicy?

    Jednakże po zastanowieniu się naszej wyobraźni możemy dojść do pewnych konkluzji i dedukcji humanistycznych(?).

              Są to takie symbole, których obecność niepokoi i frapuje, są jakby zapisy i zaśpiewy z rejonów sennych na pograniczu magii. Kiedy ja np. pielęgnuję ich tajemniczość, pozwalam, by ich znaczenie było niepokojem do zapamiętania, wyrysy właściwe ruchowi co chwilę, co dnia zmienne.

        Jak pamietam Krzysztof czasem mówił: „teksty występujące w jego pracach na obrazach mają dwojakie znaczenie. Ich istotny sens wyczerpuje się w trakcie pisania na wolnych polach, są one pomocniczym instrumentem medytacji. Ważne miejsce w jego pracach zajmują fotografie, jedne z nich zostały wykonane w czasach dzieciństwa i dopiero po trzydziestu latach ujrzały światło dzienne. To takie wpisy osobne. Drugie to bieżące ilustracje moich działań, moich prac plastycznych, miejsc, w których bywam, mojego najbliższego otoczenia a także czasem autoportrety”.

         Wydaje się, że on wybitny artysta, jakby na dłużej i ambitnie inaczej zatrzymał się w sferze medytacji co założył od samego początku, kiedy opuścił pracownię mistrza Hermana w Lublinie – To obrazy, obiekty  niesłychanie kolorowe, soczyste, zaczęły się konkretyzować odrębnymi oryginalnymi kompozycjami, zamkniętymi w doskonałości geometrii, które zawierały w tle niesłychanie misterne opisy właściwe do odczytania osobom wtajemniczonym i samemu artyście, jakby to był rachunek sumienia(?). Wydaje się, że jest tu wszystko bardzo dokładnie przemyślane, a przy tym zbudowane intuicyjnie i bardzo zmysłowo, bywa czasem w otoczce erotycznej. Przecież erotyka żądzi sprawami świata! – Na swoich płótnach, a także dyktach, zachęca nas artysta do wpatrywania się w jego własne stany wyobrażni i metafizyki wewnętrznej. Widziałem przez jakiś czas w tej twórczości cyklami zwierzęta, malowane w bardzo uproszczony sposób, grubą, ciągłą linią centralnie, jakby stawały się dominującą figurą na obrazie, pomieszane z cechami ludzkimi. Na innych z kolei obrazach kwiaty, wykonane tą samą techniką, pomieszane są z częściami maszyn. Wszystko wręcz monolitycznie powiązane, zależne od siebie, współpracujące na dokładnie opisanej w tle powierzchni. Wszystko soczyście przenikające się w różnych odbiciach… Wydaje się, iż Żelechowski prowadzi swoje, medytacje w sposób ciągły, być możę chronoloiczny(?) – Kolejne cykle obrazów to kolejne stany świadomości(?), które ukazały się znienacka doczesnemu otoczeniu jako obraz tej zastanej rzeczywistości przełożony na język plastyczny. Do tych obrazów się podchodzi z ciekawością, chcąc jakby rozczytać płachtę wiadomości. Jednakże jest to zniezbyt proste, bo artsta szyfruje poszczególne treści wprowadzając dla widza i osbiorcy  pewien kłopot myślowy, czyli potrzebny jest tutaj czas.

               Artyście, jak się wydaje, przychodzi sięgać do prapoczątków świadomości i odgadywać lub odpowiadać na pytanie: „skąd jestem… dokąd zmierzam, o czym wiem…  nie wiem nic” – to ciagły stan pytań, czyli ciąg medytacyjny. Toczy się tu niewątpliwie pewnego rodzaju gra.

          Gra – medytacyjna w całym tego słowa znaczeniu, ale nie tylko. Kiedy za  jego życia rozmawiałem z nim o jego działaniach próbując odgadywać jego stany osobowe – potakiwał, pomrukiwał… kiwał głową i widać był zadowolony, że choć trochę wchodzę w materię misternych obrazów.

           Świat duchowy artysty styka się tutaj z brutalnością współczesnej techniki i cybernetyki, gdzie siłą rzeczy w jakiś przedziwny sposób następować musi przewartościowanie osobowości człowieka, co jest stale obecne w pracy umysłu, w jego fizycznych gestach, działaniach, pełnych siły. Żelechowskiemu nie jest obcy otaczający go kosmos, z pewnością chciał, jak każdy artysta, na swój sposób pokazać bardzo jaskrawo

    problem, poruszając duszę człowieka myślącego wręcz szukając jej. Na obrazach Żelechowskiego w pewnym okresie czasu bardzo wyraźnie widać było; śrubo – koty, kluczo – kwiaty, myszo – maszyny, zębo – owady, frezarko – psy… Tak też pisali krytycy śledząc poczynania tego artysty we Wrocławiu. Tutaj świat zmiksowanych kolorów jest tylko pozornie wymieszany. Wymieszany jedynie soczystością i świeżością, co świadczy o ciągle pierwotnych odczuciach artysty i jego wrażliwej reakcji na otaczający czas, którego stał się sumieniem nieświadomie…

             Ten wielowymiarowy świat, zderzony ze sobą i innymi imaginacjami czasem nałożony poziomami obraca się w jakimś niezbadanym kręgu wciąż odkrywczej Sztuki, przez medium samego artysty, który podchodzi do swego dzieła jak nagi kapłan. Jednak Żelechowski jest niesłychanie drobiazgowy, a przez to uczciwy. Artysta tworzy w ten sposób świat ruchomych przestrzeni niezwykle skomplikowanych(?). Malarstwo takie jest jakby wizą do kosmosu i z pewnością można je wysłać promem kosmicznym w taką pozaziemską przestrzeń jako świadectwo i wizytówkę naszej egzystencji obecnej na Ziemi.  

        Tutaj warto zwrócić uwagę na traktowanie tła w tych płótnach. Ich zapisana przestrzeń staje się gęsta, ale i ulotna niczym dusza człowieka, bo Żelechowski niejednokrotnie umieszcza w tej przestrzeni swoje zdjęcia jako dziecka, lub innych wydarzeń czasu ze swojej przeszłości. Ten zapis wspomnień stanowiących bagaż wyobraźni to istotna część tożsamości. Artysta jeszcze raz zderza w ten sposób w przestrzeni obrazu przeszłość z przyszłością, mówiąc zarazem jaki jest nasz aktualny ogląd czasu, czuwając jak anioł świadek naoczny wyobraźni. Tutaj napewno Krzysztof staje się medium, ośrodkiem łowiącym z przestrzeni pewne znaki, których jest multum wokół. Ale i jednoczesnie mówi wyraźnie, że jeszcze wszystko nie jest odkryte, że on jeszcze nie stoi tam, gdzie powinien. Że istnieją gdzieś światy niesłychane i mistyczne, że ta rzeczywistość niekoniecznie jest taką jaką widzimy oczami. Dlatego artysta zamiast kości ludzkich używa kluczy technicznych, zamiast mózgu – łożyska toczne, a koła zębate są czasem stawami międzykostnymi i częściami układów nerwowych. Człowiek zmieszał się z tym, co fizycznie wydobył na powierzchnię, po to aby wymieszać się z przestrzeniami… a także odchlanią wiedzy. Na obrazach widzimy np. wyrysy drzew jakby wyciete z materiałów płaskich z blach lub dykt i wklejone w postaciowość życia bardzo brutalnie. Widzimy pasy i klamry, patrzymy na mechniczną gruszkę i dziwne samoloty latadła zawieszone w przestrzeni jakby powiększone bakterie z kosmosu, widzimy meteoryty ich kształt i zawartość z bakteriami… wiszące wahadla i cyrklowe nóżki konstrukcji, etc.

            Cel – wysłać się w ten sposób gdzieś na koniec świadomości lub wieczności, gdzieś w Herbertowskie złote runo nicości, i może tam zaistnieć – ? – kodyfikując ostatecznie swoją naturę to iście odwaga!

        Taka estetyka pojmowania świata uczłowieczonego jest zaskakująco odkrywcza. Żelechowski bada i prześwietla świat przez swój doczesny byt ziemski. Artysta w rzeczywistości jest małomówny, raczej zamknięty w sobie, oszczędza słowa, wydobywa je bardzo sporadycznie…

             Stykając się z twórczością tego artysty słychać dźwięki, (ale nie zgrzyty), słychać echa, odbite uderzenia w instrumenty(?), bulgoty wieloryba, kapanie kropel wody z kranu – Artysta funkcjonuje w wieloistnym świecie ruchu i dźwięku, natomiast zapis obrazu jest tylko zapisem ułamku z czasu. Stoi twórca zawsze w środku jako medium, odkrył już bardzo wiele dla swej sztuki. Zapisuje czas jak czuje i nie wątpi w intuicję swego odbiorcy. To niezwykle oryginalny Poszukiwacz, badacz(?) – a nawet  wzięty podróżnik przestrzeni… Wystawiał bardzo dużo – więcej poza granicami niż w kraju. Ta oryginalna Sztuka malarska jest istną poezją wielowymiaru…

     Zbyszek Ikona – Kresowaty

  • MYŚLEĆ W KAMIENIU (Wspomnienie o Auguście Zamoyskim, artyście rzeźbiarzu)

    MYŚLEĆ W KAMIENIU (Wspomnienie o Auguście Zamoyskim, artyście rzeźbiarzu)

         Przede wszystkim był artystą rzeźbiarzem eksperymentatorem ale i skandalistą oraz celebrytą, choć to słowo w latach dwudziestych nie istniało. Przez całe życie „robił” w różnych zawodach, a najwięcej w kamieniu, rzeźbił także w drewnie, rysował, malował obrazy, głównie portrety, zrobił nawet autoportret z żoną (którą przywiózł z Niemiec).

          Wspomnijmy, że August Zamoyski w 1912 roku za namową rodziców podjął studia prawnicze we Fryburgu, wiadomo, że  jednocześnie studiował filozofię w Heidelbergu. Od samego początku był człowiekiem kreatywnym i przedsiębiorczym, ale i niespokojnym, poszukującym uparcie swego miejsca… Trzeba wiedzieć, że na początku I wojny światowej Zamoyski dostał się do obozu niemieckiego, ale dzięki ciotce w Niemczech został przeniesiony do szpitala oficerskiego w Berlinie. To w Berlinie August Zamoyski poznał swoją pierwszą żonę – Ritę Sachetto – włoską tancerkę. Ponieważ był człowiekiem, którego ciągnęło do sztuki i do piękna, zauważył ją szybko, chodząc po miejscach dobytku rozrywki. To tutaj ogarnęła go pasja rzeźby, a przecież było to właściwe jego ukryte pragnienie… Wreszcie zaczął się spełniać(?). Z kamieniem zetknął się dużo wcześniej rzucając mu wezwanie, jako pracownik fizyczny w zakładzie kamieniarskim w Berlinie. Tu pracował fizycznie nie tylko jako kamieniarz, ale i snycerz, a wieczorami ganiał do Formistów na kursy rysunku z aktu, była to szkoła Lewin-Funke. Natomiast w snycerskim warsztacie, gdzie pracował, robił takie małe formy rzeźby, także dla siebie i dużo eksperymentował. Snycerstwo jest uzupełnieniem rzeźby w drewnie, wymaga ekwilibrystyki – to go nie zadowalało, bo nie miało swej formy ani figury. Ale tutaj w Berlinie dostrzegł go całkiem przypadkowo Joseph Wackerle (wykładający w berlińskiej Kunstgewerbeschule) i także zaproponował mu pracę u siebie. W 1917 pracując nadal dla Wackerlego przeniósł się do Monachium. W trakcie pobytu w tym ciekawym mieście poznał przypadkowo Stanisława Przybyszewskiego i dzięki niemu nawiązał kontakt z poznańską grupą ekspresjonistyczną „Bunt”, do której oczywiście jako buntownik szybko wstąpił. Z Berlina pojechał do Francji, wracał także do Polski.

             Wszędzie jeździł na rowerze, opasany dętkami wokół tułowia… Życiorys bardzo bogaty hrabiego Augusta mówi, że urodził w roku 1893 i obrazuje jak kolejno zmagał się z bytem, pokazuje jak zmieniał otoczenie i stawał się… znanym artystą, a to dzięki upartości swej pracy oraz kreatywności, a także odwadze podejmowanych tematów…

               Oto jak arystokrata został rzeźbiarzem awangardowym. Mówiono dużo o nim, plotkowano, że nie straszny, zwłaszcza w późniejszej drodze artystycznej, był mu brak pieniędzy. Parł do przodu, można powiedzieć metaforycznie, nie cofał sie przed własnym napletkiem. Pieniądze topił w budowie swej posiadłości w Jabłoniu oraz obdarowywał nimi swoje żony, a miał ich przecież  kilka. Nie pił alkoholu. I chociaż był kreatywny i miał niespokojną duszę, jednak dla równowagi – cenił czasem ciszę i samotność, podziwiał otaczającą go naturę, udając się w plenery, a nawet eskapady rowerowe. Był upartym sportowcem kulturystą – ćwiczył, non stop, był doskonale umięśniony co przydawało mu się w operowaniu przecinakiem i młotkiem, (trzeba wiedzieć, że kiedyś nie było narzędzi zmechanizowanych jak dziś, na kucie granitu i na prawdę ciężko trzeba było wywijać w kamieniu prostymi narzędziami – on nie bał się tego wezwania). Zamoyski był niezwykle barwną postacią. Trzeba pamiętać, że rzeźbił w drewnie tylko w okresie formizmu. Uważał drewno za zbyt miękki i mało szlachetny materiał dla rzeźbiarza. Trzeba stanowczo powiedzieć, że to kamień stał się dla niego wyzwaniem, z którym chciał się mierzyć do końca i coś osiągnąć. Tłumaczył, że „opór granitu budzi prawdziwą wolę, a powolna glina usypia…” – Dlatego dbał o tężyznę fizyczną, dzięki której mógł, jak wspomniałem, dłutem ujarzmiać kamień. Uprawiał wiele sportów, nie tylko jazdę na rowerze – regularnie biegał, jeździł na nartach. Natomiast do historii przeszedł jego zakład z 1925 r. z pewnym Argentyńczykiem o przejazd rowerem z Paryża do Zakopanego z określoną liczbą dni. Zamoyski wygrał zakład, zaś uzyskane środki finansowe pozwoliły mu na dostatnie życie przez kilka miesięcy. Resztę przeznaczył na cel charytatywny. W tym samym roku zdobył pierwsze miejsce w biegach narciarskich na 30 km. Co ciekawe! – zachowały się też archiwalne zdjęcia z Paryża, na których widzimy rzeźbiarza uprawiającego jogging na Polach Elizejskich.

          Wciąż trapił go granit, wiedział, że kamień to trwały materiał i jego uosobione rzeźby zostaną na wieki. Od początki rzeźbił, jak na pierwszy rzut oka, bardzo skomplikowane formy, splecione postacie, głowy ludzkie wykrzywione twarze i torsy, lub powiązane postaci w skręceniu w przestrzeni… Pamiętał jednak, że musi być oryginalny i jedyny w tym co robi. Chciał zostać światowej sławy artystą i robił różne rzeczy, nawet te wyczynowe i skandaliczne, żeby temu podołać i żeby było głośno o nim. A co ciekawe, być może dziwne i bardzo odległe od pracy w rzeźbieniu;  Gucio przez jakiś czas zajmował się nawet hodowlą bydła, kiedy przebywał w Brazylii, ale i tu zamaszyście w międzyczasie rzeźbił, eksperymentował w kamieniu. Jako człowiek światły, oczytany z kontaktami międzyludzkimi i środowiskowymi był znakomitym obserwatorem rzeczywistości i otoczenia. W Brazylii nie zagrzał miejsca było to 2 lata, zostawił wiele rzeźb. Oczywiście wiedząc, że jest za daleko od świata kultury, od mekki Kultury Paryża, gdzie właśnie wtedy rodziła sie nowa sztuka, szybko nastawił się na powrót do Europy. A trzeba wiedzieć, że bardzo opowiadał się za wszelkim przeobrażeniem sztuki i życia… Jak wiadomo zaraz po pierwszej wojnie światowej dostał się do Francji, gdzie najął pracownię i ciężko pracował, także w kamieniu, nawet czasem w drewnie z zamówieniami. Tu kontaktował się z koryfeuszami malarstwa i rzeźby, chcąc się wpisać w ich kręgi, wykonał tutaj wiele rzeźb awangardowych w nowej formie i sposobie wolnego myślenia, to się podobało, czasem zadziwiało.  Francja dała mu to, że został doceniony i bardziej znany, co udzieliło się także na Nowy Jork, ale po rozeznaniu, to miasto mu nie odpowiadało. Jak już wspomniano i warto, jako ciekawostkę wspomnieć, że w roku 1920 August Zamoyski przejechał na rowerze 2928 km. (czyli 130 km. dziennie) do Zakopanego z Paryża. Było to, jak się zdaje, kardynalne upieczenie „dwóch pieczeni na jednym ogniu”, ponieważ był to zakład z pewnym Argentyńczykiem. Zamoyski zdeklarował się, że przejedzie na rowerze z Paryża do Zakopanego – a słyszał o tym, że tu w Polsce w Zakopanem także, powstaje prawdziwa awangarda polska, nie tylko nowej sztuki, ale i kreacji, etc. i nie mylił się! – Wykorzystał ten moment znakomicie, tym bardziej, że zyskał większą kwotę pieniędzy co starczało mu na dłuższy okres życia, resztę przeznaczył na cel charytatywny.

          Tutaj w Zakopanem poznaje dalszych członków tej wolnej niezależnej formacji wraz z Leonem Chwistkiem, Tytusem Czyżewskim i Stanisławem Ignacym Witkiewiczem, współtworzy z nimi grupę Ekspresjonistów Polskich”, która wkrótce przyjęła nazwę  Formistów. Natomiast trzeba wspomnieć, że w 1929 roku artysta już wybitny był głównym organizatorem wystawy Sztuki Polskiej w Paryżu, czyli promował wolną sztukę polską za granicą. Był także animatorem i człowiekiem myślącym na wskroś przyszłościowo, bo wspomnieć należy dygresyjnie, że będąc jeszcze w Brazylii założył tam i prowadził szkoły rzeźby w Rio de Janeiro i São Paulo.

           Natomiast w 1956 roku przyjechał do kraju i wygłosił szereg odczytów o swoich doświadczeniach rzeźbiarskich i teorii rzeźby. Do Polski przyjeżdżał jeszcze kilkakrotnie w latach 1963–1964, np. po to aby wybrać młodych polskich rzeźbiarzy na Stypendium do Francji. Mniej więcej w tym czasie odwiedził go w jego posiadłości znany pisarz Jarosław Iwaszkiewicz, który słyszał o Gustawie Zamoyskim, jako wybitnym artyście kreatywnym i awangardowym rzeźbiarzu, wiedział o jego sportach i wyczynach rowerowych, widział go na fotografiach w podkoszulku i szortach – jak to! – i to jest artysta?! – to umięśniony sportowiec? – a on już był artystą rzeźbiarzem, wybitnym i bardziej znanym za granicą niż w Polsce. Jarosław chciał go bardzo poznać bliżej osobiście… Po Jarosława Iwaszkiewicza Gustaw wysłał konną dwukółkę na dworzec PKP w Parczewie. Zaprzęg przywiózł Iwaszkiewicza pod posiadłość w Jabłoniu – Zamoyski ostentacyjnie witał Jarosława i głośno dobitnie pytał; dlaczego nie przyjechałeś na rowerze? – przecież to tylko 175 kilometrów z Warszawy!

                 Jak wiemy, Ministerstwo Kultury i Sztuki postanowiło zorganizować Augustowi Zamoyskiemu wystawę pośmiertną 6-go grudnia 2019 roku w Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie. Wystawiono wtedy rzeźby zakupione we Francji, Brazylii, Niemczech – razem 89 rzeźb. To była imponująca wystawa, choć złośliwi pisali i mówili dużo i nic – sic! że na wystawie było wszystko, tylko nie August Zamoyski… Pokazano tu między rzeźbami wiele rzeczy z normalnego życia artysty, także; fotografie, dokumenty artysty, rysunki, podarunek od Tytusa Czyżewskiego nadszczerbiony zębem czasu portrecik Tytusa, były rzeczy od Witkacego, etc. Wystawa pokazała nie tylko znakomitego rosłego uznanego rzeźbiarza w pracowni, czy wśród bohemiastych zakopiańsko-paryskich przyjaciół, ale też foto chłopca utytego 7-latka, ale i zaraz obok dorosłego postawnego przystojnego mężczyznę, głównie uwiązanego roweru. Pokazano dokumenty nietypowe, takie jak legitymacja profesora nadzwyczajnego Politechniki Warszawskiej, czy licencja na broń, a dokładnie na sztucer dubeltówkę, rewolwer, bilety wizytowe oraz bardziej konwencjonalne eksponaty, to znaczy inne pamiętniki, osobiste, notatniki, szkice, rysunki, rękopisy artykułów w tym publikacji „Au-delá du formisme” wydanej już 5 lat po jego śmierci. Jak wiemy August Zamoyski zmarł w 1975 roku, tutaj pokazano także książki i pisma, które Zamoyski ilustrował, m. in. „Zwrotnicę” Tadeusza Peipera.

               Wykonywał, mówiono jak na tamten czas, rzeźby nierzeźby, Trochę podzielił los (w krytyce) Katarzyny Kobro, gdyż była ona znana także za granicą – uprawiała podobna formę rzeźby, lecz miała swoją teorię – „…rzeźba istnieje tylko w przestrzeni…” – mówiono o niej i pisano także w klimatach metafizycznych – nie rozumiano jej twórczości, podobnie było z Zamoyskim w kraju. Natomiast Zamoyski, czyli „Gustek”, jak go nazywano, nie miał teorii dla swej rzeźby – one czasem się różniły, jakby wskazywały każda inny okres powstania, zarazem i formę, jakby niektóre  nie były jego, artysta działał także  pod wpływem impulsu, pod wpływem chwili i napięcia, rzeźbił szybko… niejednokrotnie  eksperymentował, prywatnie wszczynał skandale, jako wolny, znany artysta, zapraszany celebryta w różne miejsca.  Na przykład czasem w kłótni, czy kontrowersjach zakładał się o „furę dolarów”, kiedy je miał, a u artysty znanego szarmanckiego to chwilowe…  Trzeba także poczynić dalszą dygresję co do jego zainteresowań prywatnych; Próbował pracować także w filmie – kręcił szalone filmy z Mark Chagallem i Witkacym. Artysta znał swoją wartość i nadużywał wykrzykników… W życiu swoim miał cztery żony! – bił także rekordy rowerowe. Niezależnie od tego, czy mieszkał w Zakopanem, Paryżu, Rio de Janeiro, bez pardonu brał rozwód z poprzednią żoną, i od razu ślub z kolejną. Czy Zamoyski był kobieciarzem? – ale ściągał bez przeszkód do pracowni na przemiennie modeli i modelki do pozowania. Był niespokojną duszą i kreatorem, był owładnięty szaleństwem, nienasycony życiem poszukiwawczych ciekawych chwil i miejsc.

           Wystawa poświęcona Augustowi Zamoyskiemu i jego rzeźbie oraz pamiątkom, zorganizowana w Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie w 2019 roku pod nazwą „Myśleć w kamieniu”  była nieco rozdygotanym obrazem artysty, gdzie pomieszano wiele rzeczy, zaaranżowano tym jego charakter, jego uniesienia, niepokoje i słabości oraz jego głównym dokonaniom, także takiej pozornej niespójności, co obrazuje jego styl życia i bycia, ale rzeźba była fenomenalna – wystawa trafiona! – Mnie przypominała, powtarzam się,  artyzm rzeźby Kobro, czasem wyjątkowo, w niektórych rzeźbach, styl z rosyjskiej szkoły supremy… Ta wystawa to cały tamten August Zamoyski, pokazany w nowym świetle, odkryty na nowo, to jego duża sylwetka, sława i rozterka…

           Trzeba wiedzieć, że August Zamoyski zdobył jednak w Polsce uznanie krytyki i publiczności już pod koniec drugiej dekady XX w. Natomiast w czasach PRL-u dostęp do jego dzieł, jak wiemy, był utrudniony, bowiem artysta tworzył na emigracji we Francji i w Brazylii i tam pozostawała większość jego prac. Nawet nie pomagało, w ściągnięciu eksponatów celem wystawy rzeźb, jego arystokratyczne pochodzenie. August hr. Zamoyski jest bardzo ważną postacią w historii polskiej rzeźby, bo tworzył wśród Bohemy za granicą w największym wówczas centrum Kultury i Sztuki na świecie, dlatego przez wiele lat historycy sztuki i muzealnicy – zarówno z Muzeum Narodowym w Warszawie, jak i Centrum Rzeźby w Orońsku, czy Muzeum Literatury w Warszawie – wszyscy oni z Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego starali się na różne sposoby aby jego dzieła wróciły do Polski. Trzeba było je odkupić. Artysta podkreślał, że zawsze tworzy z myślą o swej ojczyźnie. Wielokrotnie dawał temu wyraz w listach i pamiętnikach. Stąd to wszystko, ta różnorodność na w/w wystawie.

             Zamoyski pisał: „Wszystko, co wyrzeźbię, należy do państwa polskiego. […] jest własnością moralną, narodową…”. Co ciekawe nie zostawił po sobie jednak testamentu, ale zawsze pragnął, aby cała kolekcja rzeźb znalazła miejsce w Muzeum Narodowym w Warszawie – Tak też się stało, gdy zakupiono eksponaty i rzeźby przez ministerstwo, i urządzono wystawę retrospektywną spełniło się jego pośmiertne marzenie. Na wystawie były rzeźby jakich nikt dotychczas nie oglądał współcześnie w Polsce w XXI wieku. – To wspaniałe osiągnięcie dla Kultury!

       Zbyszek Ikona – Kresowaty

  • Bardziej Paryżanka Boznańska?

    Bardziej Paryżanka Boznańska?

    Przedstawicielka modrenizmu Olga Boznańska, uczyła się malarstwa Kazimierza Pochwalskiego, a także na Kursach Malarskich im. Adriana Baranieckiego w Krakowie. Później, kiedy mocno wydoroślała, szybko uznała, żeby cokolwiek osiągnąć, trzeba wyjechać i z kraju w znane środowiska malarzy. Tym sposobem w roku 1886 udała się do Monachium, gdzie istniało duże skupisko malarzy, w tym i polskich. Pojechała niezależnie,  żeby kontynuować  naukę malarstwa sztalugowego i rysunku, który uprawiała od wczesnego dzieciństwa. Szkoły monachijskie były w apogeum. Był to okres bardzo trudny społecznie, budząca sie emancypacja, kobietom zabraniano wstępu do Akademii Sztuk Pięknych, zatem żeby nie próżnować kształciła się prywatnie  w monachijskich szkołach u Karla Kricheldorfa i Wilhelma Dürra.

           W 1896 zrezygnowała z różnych nauczycieli, którzy brali duże pieniądze za naukę i wynajęła odważnie własną pracownię. W tym samym roku po raz pierwszy wystawiła w Paryżu swój obraz.  Robiąc na przekór, tamtemu okresowi, jako wytworna dama, który tępił emancypację, mimo wszystko  zaczęła wystawiać swoje prace w: Monachium, Warszawie, Berlinie, Wiedniu. Przez jej upór i pracowitość, dwa lata później nadeszły pierwsze sukcesy, szybko zaczęła być doceniana w szerszym środowisku artystycznym i odnosić duże sukcesy i uznanie środowiska. Na początku w Monachium, a później w Krakowie, gdzie zadebiutowała po wystawach zagranicznych, w krakowskim Towarzystwie Sztuk Pięknych. A był  to okres Młodopolski. 

           Później prezentowała swoje prace na dalszych wystawach w kraju, Europie a nawet w Stanach Zjednoczonych oraz m.in. w Berlinie (1892, 1893, 1913), znów w Monachium (1893), Pradze, Londynie i Paryżu (1896), Carnegie Institute w Pittsburghu (1901, 1906, 1907, 1920-28), Wiedniu (1902, 1908), Amsterdamie (1912) i Wenecji (1910, 1914, 1938). Jako artystka malarka Olga Boznańska została wielokrotnie uhonorowana różnymi prestiżowymi Nagrodami. Zadziwiała swoim stylem i niezwykłą  dojrzałością, klarownością w poglądach i stanowczością, co do technik malarskich, którymi się oryginalnie posługiwała, których bardzo broniła gdziekolwiek…

    „Na pierwszy rzut oka”mylono jej styl z  impresjonizmem. Jednakże nie miała z tym kierunkiem nic wspólnego, chociaż pod kilkoma względami być może tak np. z Augustem Renoirem(?) A może więcej z powstającym stylem kapistów? – Krytyka wciąż doszukiwała się w jej malarstwie jakichś wzorców. To ją irytowało… kiedy sama stworzyła sobie swój styl. Wyjechała na jakiś czas  do Wiednia, gdzie w Galerii Cesarskiej kontemplowała z zachwytem obrazy Velazqueza i innych bliskich jej artystów o europejskiej  i światowej sławie uznanych. 

    Poczynić tutaj trzeba dygresję: Jak oglądamy obrazy Olgi Boznańskiej na pierwszy ogląd wydaja się, że to impresjonizm lub koloryzm. Tyle, że jak sam słyszałem na wystawie w krakowskich Sukiennicach na piętrze, kolokwialnie szepty, ze to mazaki. Jednakże, gdy oddalimy się od obiektu kilka metrów, wyłania się znakomicie oddane dzieło w wielo korowym anturażu. Boznańska w tym stylu własnym była mistrzynią, bo próbowano ją naśladować, a to zazwyczaj się nie udaje. Malowała przede wszystkim portrety, została wielką portrecistką. Był okres, ze miała wiele zamówień, i to od znanych nazwisk. Jednakże nie wszystkie przyjmowała do realizacji, raczej sama wybierała swoich statystów lub proponowała portret twarzy ciekawej  samorodnie.

          Natomiast jej ukochanym kolorem był niepozorny, wydawałoby się wręcz „bezbarwny” — kolor szary. To bardzo ciekawe, bo okres młodopolski charakteryzował się dużą kolorystyką, a u niej całe życie to tajemnica szarości, w którym, co bardzo rzadkie, odnalazła niesłychane bogactwo odcieni, mieszając  szarość z bielą cynkową, dało to gamę tonów lekko zimnych powiązanych  ze środowiskiem i kolorów ciepłych, zgrzebnych i wytwornych, wyciszonych i ekspansywnych.Artystka za cel obrała sobie uczestnictwo w wielu wystawach, odwiedzała wystawy innych malarzy, kontemplowała i porównywała, lecz jedynym miejscem, gdzie czuła się u siebie była jej własna pracownia.
    Byłaprzecież portrecistką, przyjmowała ludzi, w każdym razie to właśnie portrety przyniosły jej największą sławę.

           Pracowała głównie w pracowni w Krakowie przy ul. Piłsudzkiego 21, a w późniejszym okresie w Paryżu blisko Monmarkt, gdzie mieszkała i miała pracownię autorską. Z czasem coraz częściej, zamiast na płótnie, malowała na lekko zagruntowanej tekturze, dzięki czemu uzyskiwała efekt matowości, która pozwalała jej na wyrafinowane efekty kolorystyczne. To było jej poszukiwanie, a ten styl osiągnęła sama.

    Wystarczy wspomnieć, że za portret malarza Pawła Nauena otrzymała z rąk arcyksięcia Karola Ludwika w Wiedniu złoty medal, a w Londynie za portret miss Mary Breme – wyróżnienie. W 1896 Jury paryskiego Societe des Beaux-Arts przyjęło na wystawę jej obraz.

    – Po tych sukcesach dostała propozycję objęcia katedry malarstwa na wydziale kobiet w krakowskiej Szkole Sztuk Pięknych, którą odrzuciła, uznając, że mało w niej nowoczesnego podejścia do dzieł, choć to okres młodopolskich malarzy. Poza tym zamierzała dużo wyjeżdżać np. na stałe, co ukrywała, do w/w Paryża.

    W 1898 przeprowadziła się do Paryża. W tym też roku została członkiem Towarzystwa Artystów Polskich „Sztuka”. W tym samym roku urządza pierwszą indywidualną wystawę. W 1900 roku na wystawie w New Gallery w Londynie dostała złoty medal. Na Wystawie Światowej w Paryżu otrzymała znów wyróżnienie. Tego samego roku doszło do zerwania jej długoletniego narzeczeństwa z malarzem Józefem Czajkowskim. W 1901 po raz pierwszy wystawiała w Pittsburghu. Natomiast rząd francuski zakupił jej Bretonkę i Portret panny Dygat do państwowych zbiorów sztuki. Została członkiem Société Nationale des Beaux Arts. Uczyła w Académie de la Grande Chaumière.

    Carnegie Institute w Pittsburghu przyznał jej srebrny medal. A co bardzo ciekawe, że w 1912 roku na wystawie w Pittsburghu, wraz z Claude’em Monetem i Augustem Renoirem, reprezentowała Francję. W Amsterdamie na międzynarodowej wystawie zdobyła srebrny medal. W 1914 warszawska Szkoła Sztuk Pięknych zaproponowała jej stanowisko profesora. W 1923r.  ponownie reprezentowała szkołę francuską w Pittsburghu wśród takich artystów jak Pierre Bonnard czy Maurice Denis.

             Jednakże sława Olgi Boznańskiej powoli malała. Dlaczego? – Miała coraz mniej zamówień na portrety. W 1932 po raz ostatni przyjechała do Krakowa z Paryża. W 1937 na Wystawie Światowej w Paryżu otrzymała Grand Prix. Na weneckim Biennale w 1938 sprzedała pięć obrazów, w tym Portret pani Dygatowej, który zakupił król włoski. Był to jej ostatni sukces. Dwa lata później umarła.

    Ciekawostką jest fakt, że kiedy po śmierci znaleziono ją w paryskim mieszkaniu blisko Mont Marte przyjaciele ujrzeli straszną scenę. Artystka miała  uszkodzona twarz, jak stwierdzono od nadgryzienia mysz. Myszy, których nie brakowało w jej mieszkaniu, po prostu  zjadły jej dużą część twarzy i dłoni, kiedy ciało zaczęło sie psuć.  Umarła jako zapomniana przez środowisko i przyjaciół w nędzy i niedocenieniu. Myślano, że przebywa w Polsce.

          Natomiast w Krakowie Boznańska mieszkała w domu przy ul. Piłsudskiego 21, w którym miała cały czas własną pracownię, gdzie czasem wracała z podróży i Paryża, o czym informuje umieszczona na budynku tablica pamiątkowa; budynek jest obecnie własnością Muzeum Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Natomiast w Kielcach jej imieniem nazwano jedną z ulic.

            Olga Boznańska była wybitną malarką, która samodzielnie swoim uporem i intuicją, doszła do sławy, przedzierała się przez trudny okres powstawania emancypacji w sztuce…  Artystka stworzyła swój styl, namalowała wiele portretów, w Polsce artystom młodopolskim, nawet Wyspiańskiemu, z którym się przecież przyjaźniła. Inne obrazy, to także kwiaty, a także wnętrza mieszkań i swej pracowni. Powstało z jej ręki wiele dzieł, nie wszystkie skatalogowano. Lubię Olgę Boznańską.

     Zbyszek Ikona – Kresowaty

  • AWANGARDA POLSKA A TWÓRSTWO KOBRO

    AWANGARDA POLSKA A TWÓRSTWO KOBRO

    „Wierzyła, że sztuka może zmienić przestrzeń. Nie bała się nowatorskich form, które wykraczały poza ustalone ramy. Odważna, butna i nieustępliwa. Najzdolniejsza z młodych rzeźbiarek…” – Tak mówił o Katarzynie Kobro, Władysław Strzemiński, przyjaciel życia, a później jej partner życiowy i mąż oraz ojciec ich córki Niki.

          Jedyna z najwybitniejszych rzeźbiarek Polski okresu dwudziestolecia międzywojennego, urodzona 26 stycznia 1898 roku w Moskwie. Wybitna i oryginalna artystka rzeźbiarka powstającej ówcześnie szkoły „polskiej rzeźby”, współczesnej międzywojnia. Uznana po latach 50-tych za wielkie indywiduum po odejściu, pochowana w Łodzi. Jak wiemy dziś, jako ciekawa artystka, została dziś jakby nieco zapomniana(?), a przecież dzięki niej i Władysławowi Strzemińskiemu zaczęliśmy, już w tamtych latach powojennych, coś znaczyć w sztuce środkowoeuropejskiej. To iście odważna bardzo artystka, która obrała sobie za cel mówić własnym głosem. Stworzyła teorię dla swej sztuki… W twórczości rzeźb konsekwentnie szybko odeszła od pojmowania rzeźby jako bryły. Odrzuciła pod wpływem  konstruktywizmu indywidualizm, subiektywizm i ekspresjonizm. Natomiast w ich miejsce postulowała za bezwzględnym obiektywizmem formy, czyli zupełną swobodą tworzenia w wolnej przestrzeni. Podstawowym jej celem była budowa abstrakcyjnego dzieła sztuki, opartego na uniwersalnych i obiektywnych prawach, odkrywanych na drodze eksperymentu i analizy.  Wyjściowym punktem koncepcji rzeźby Kobro jest abstrakcyjne i jedyne pojęcie nigdy nieskończonej przestrzeni. Kobro głosiła, wbrew znawcom ówczesnej „sztuki”, że przestrzeń tak pojęta jest jednorodna i nie posiada żadnych szczególnych miejsc, żadnego punktu odniesienia.  

     „Na zawsze w Awangardzie” – wyk. Katarzyna Kobro
    „Na zawsze w Awangardzie” – wyk. Katarzyna Kobro

           Stąd artystka dążyła w swoich pracach rzeźbiarskich do takiego zorganizowania przestrzeni, aby nie było w niej podziału na przestrzeń zamkniętą w bryle i w otoczeniu, ale żeby dzieło współistniało z przestrzenią, pozwalając przenikać się nieskończenie z przestrzenią. Równocześnie z takiej koncepcji jednorodności przestrzeni wynika likwidacja centrum kompozycyjnego, tak by każdy punkt rzeźby był jednakowo ważny i niepodważalny… W ten sposób Kobro rzeźbiła własne wnętrze metafizyczne objawiając je na zewnątrz i umieszczając w przestrzeni.

                – Tak bardzo wyjątkowe podejście do rzeźby wpłynęło na wielu awangardowych artystów, m.in. Belga Georges’a Vantongerloo, którego twórczość bardzo widocznie ewoluowała w latach dwudziestych i trzydziestych, częściowo jak pisano pod wpływem prac Katarzyny Kobro. Nie jest to jednak do końca  stwierdzone.

           Otóż znany jest fakt, że artystka z Janem Brzękowskim współtworzyła Grupy artystyczne pod nazwami: „Blok” i „Praesens”  i „a.r.” („awangarda rzeczywista” lub „artyści rewolucji”) . Warto zwrócić uwagę na te wymowne nazwy – to przecież są hasła przeciwstawiające się szeroko promowanej przez komunę powojennego PRL-u tzw. „sztuki socrealizmu”, jak na ówczesny czas sztuki polskiej, to zupełny przewrót budzący wielkie kontrowersje. Przede wszystkim Katarzyna Kobro była ganiona za tak oryginalne podejście do tworzenia i swego indywidualnej teorii. Natomiast mąż Władysław Strzemiński, już wtedy wybitny artysta malarz, szybko ją zauważył i bardzo wspierał, jako oryginalną sztukę rzeźby. Podejmował wraz z nią wspólne działanie. Działali, w pewnym czasie, przenikając się artystycznie twórczo…

    Obraz olejny – wyk. K. Kobro, W. Strzemiński – „Przenikania”
    Obraz olejny – wyk. K. Kobro, W. Strzemiński – „Przenikania”

           Wspomnieć trzeba, że artystka urodziła się w Moskwie kilka lat po „rewolucji” z matki Eugenii Rozanow (Ukrainki) i ojca Mikołaja von Kobro (Litwina), był to legalny związek pochodzenia litewsko żydowskiego. Katarzyna Kobro po pewnym czasie wyszła za mąż za Władysława Strzemińskiego. Jego poparcie i pomoc utwierdzało ją dobrze w swej inspiracji. Po czasie urodziła się z tego związku córka, Nika była ich jedynym dzieckiem późniejsza lekarz psychiatra i pisarka, propagatorka sztuki swoich rodziców, których bardzo rozumiała i ceniła.

             Warto wiedzieć, że Katarzyna Kobro przyjaźniła się z innymi artystami, powstającej na dobre Awangardy w Polsce i za granicą, przyjaźniła się z artystami tzw. różnej maści i profesji, byli to artyści mający nowe spojrzenie na sztukę, rozumiejący fakt, że każda sztuka ma jeszcze wiele do powiedzenia, tak jak nauka… Powstawały wtedy nieformalne ruchy artystyczne, działające także np. w literaturze i malarstwie oraz rzeźbie…

           Trzeba wspomnieć, że szczególnym faktem było, że przyjaźniła się z Julianem Przybosiem, równie awangardowym literatem i pisarzem, którego bardziej  doceniono w nieco późniejszym okresie.

              Julian Przyboś w latach 1920 – 1923 studiował  polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. W czerwcu 1921 wraz z bratem Stefanem odtworzyli akademickie Koło Literacko-Artystyczne, które następnie przekształcili w Akademicki Klub “Dionizy”. W 1922 Klub związany był z poetami krakowskimi, określającymi się jako Grupa młodych n e g a t y w i s t ó w . Katarzyna Kobro przyjaźniła się z aktorami i malarzami tamtego okresu.

           Znamy też Kobro także jako malarkę. Natomiast jako rzeźbiarka, teoretyczka sztuki jest uważana dziś za jedną z największych, awangardowych artystek nie tylko w Polsce, ale i na świecie. A wspomnimy, że studiowała w Szkole Malarstwa Rzeźby i Architektury w Moskwie, która powstała z przekształcenia Akademii Sztuk Pięknych w Szkołę Supremy. Uczyła się także rzeźby u Tatlina oraz u Malewicza artysty malarza. Podpatrywała także co tworzyli współcześni artyści: Boccioni, Archipenko, Vantongerloo, Van Doesburg, jednak na opak stworzyła swój własny język artystyczny. Uważała, że rzeźba nie może istnieć bez architektury i architektura nie może istnieć bez rzeźby.

           Według niej sztuka miała porzucić salonowość, wygodę i podobanie się. Miała zmieniać przestrzeń otaczającą człowieka, wyznaczać rytm jego życia i tworzyć nowe funkcje, zwłaszcza architektoniczne. W 1935 roku już znana artystka pisała:

    „Budowanie przestrzeni” – wyk. Katarzyna Kobro
    „Budowanie przestrzeni” – wyk. Katarzyna Kobro

          „Zadaniem rzeźby nie jest lepienie takich lub innych figurek (…). Istotnym podłożem rzeźby jest przestrzeń i operowanie tą przestrzenią, organizacja rytmu proporcji, harmonia formy, związanej z przestrzenią (…). Rzeźba powinna być zagadnieniem głównie architektonicznym, laboratoryjnym organizowaniem metod rozwiązania przestrzeni, organizacji ruchu, planowania miasta, jego funkcjonalnego organizmu, wynikającego z realizacyjnych możliwości współczesnej sztuki, nauki i techniki, powinna być wyrazem dążeń, zmierzających do ponad indywidualnej organizacji społeczeństwa”

    „Klark” wyk. Katarzyna Kobro
    „Klark” wyk. Katarzyna Kobro

      Jej dzieła i wzmaganie się z swoją koncepcją sztuki oraz jej odwagę przeciwstawianiu się przeciwnikom oraz tworzenie na przekór obcesowym wystąpieniom  jej teorii nazywamosobiście TWÓRSTWEM.

          Katarzyna Kobro pozostawiła ilościowo niewielki, ale artystycznie doniosły dorobek, który po jej śmierci częściowo trzeba było rekonstruować, aby w pełni poznać innowacyjność i odwagę jej myśli. Niektóre, głównie najwcześniejsze prace, pozostały zaginione (znane są jedynie z przekazów ikonograficznych). Była też jedną z postaci najtragiczniejszych w polskiej historii sztuki XX wieku: wojenna tułaczka (spowodowana między innymi niemiecko-rosyjskim pochodzeniem), utrata części prac podczas wojny wyrzuconych na śmietnik, powojenne dramatyczne rozstanie z Władysławem Strzemińskim, konieczność zarobkowania na utrzymanie dziecka, walka o uniewinnienie w sprawie “o odstępstwo od narodowości polskiej” (rzeźbiarka podpisała w czasie wojny tzw. listę rosyjską), wreszcie walka ze śmiertelną chorobą – to wszystko wpłynęło na ograniczenie sił twórczych w ostatnich latach życia.              

              Artystka Katarzyna Kobro, jako doceniona artystka awangardowa w latach pięćdziesiątych, została pochowana w Łodzi w części prawosławnej Cmentarza Doły – 21 lutego w 1951 roku. Większość jej dzieł znajduje się w Muzeum Sztuki w Łodzi. Od 2001 roku przyznawana jest Nagroda jej imieniem, o której jednak mało się słyszy.  Natomiast wspomnieć trzeba, że w roku 2009 Teatr Telewizji zrealizował sztukę o tytule Powidoki w reż. Macieja Wojtyszki, w której ukazano życie prywatne Katarzyny Kobro i Władysława Strzemińskiego. Sztuka TV była ciekawa, choć reżyser nie ujął wszystkiego, Brak było ostatnich aspektów trudnego życia. Film Andrzeja Wajdy w roli głównej z Lindą obrazuje szerszy obraz życia, raczej Strzemińskiego. Strzemiński w ostatnich latach kiedy juz nie był z Katarzyną przestał ja doceniać i szanować, czasem na swoich wystawach pomieszczał jej kilka rzeźb, chcąc jakby zaznaczyć, ze za mało stworzyła rzeźb. Jednakże ona w ostatnich latach bardzo chorowała i niedomagała fizycznie, to było mało zrozumiałe…

    „Rzeźba w przestrzeni” , wyk. Katarzyna Kobro
    „Rzeźba w przestrzeni” , wyk. Katarzyna Kobro

     
    Zbyszek Ikona – Kresowaty