Kategoria: wiersze surrealistyczne

  • skóra bez tytułu

    skóra na której wypisuję się znaki – włosy pędzą dłużej niż czas
    twego pożyczonego bytu gdy już po tobie ONA skóra jeszcze jest
    jak torebka po matce skóra nabyta późną nocą z głosem jęczenia kotki
    w sklepie miłosnych kłamstw przesiąknięta potem dziadka Kajetana
    otacza teraz twoje silikonowe serce –jesteś Młody i niepamiętliwy
    ale skóra ogranicza twój lot krótsza o pułap i ogon większa o bąble ucz
    groźniejsza o wilczy sen to ona składa się w kostkę gdy idziesz spać
    jest w śnie z worka w którym mieszkał Anioł Nieposłuszny TERAZ 
    wyje za rogiem ulicy przemienił się w rynnę czy Neon –nocą świeci
    nad Hotelami w którym popijasz dżin i słuchasz psiej skóry
    Skóra – to co po słowie zostaje jama i to co się pierwsze stało
    już się nie odstanie jedynie jak kostium po umarłej matce i ojcu
    epitafium w którym napotykasz wędrowca Nagle zaczynasz wierzyć
    we wczesną wiosnę Kiedy zaczynasz czuchrać ziemię w Ogrodzie
    po zimie Gdy spłonęła Europa i Manhattan jest XXI wiek świeci
    słońce po zimie oddajesz skórę Rad – nie rad ale brat chociaż
    garnitur nadżarty molem którego przysłał Bóg żeby zbawił świat
    ten sam wędrowiec wyciąga rękę po grosik pocieszenia oparty o
    kostur zakwitły skóra poświadcza istnienie :wlazło do niej i kwiczy
    kiedy się przyjrzeć w Jego żółtych oczach drzemią tysiąclecia A
    z głowy wyrastają rudawe pręty i śmigły czas niesie jaskółkę która
    Nisko schodzi w ciebie i zaraz nadchodzi burza – w skórze chowasz
    wędrowca z dobytkiem pragnienia – napój proszę wędrowca umyj
    mu nogi poobcinaj paznokcie daj łyżkę strawy która od Pana pochodzi
    po błyskawicy i na niebieskim stole –spójrz dzbany nieba i omasta
    ubogaca stół jako misterium ciała przyjmij wyczesz mu głowę z ran
    pod żółtym dużym beretem –niech krew opadnie w twoja doczesną
    myśl –wędrowiec podaruje ci kawałek bursztynu i będziesz mógł
    do środka natury zaglądać – dowiesz się skąd pochodzisz Skąd
    przybył lodowiec skóra wielkiego morza i jak zastyga dusza w locie
    Okazuje się już na następny dzień ŻE Bóg już wcześniej przysyłał 
    ku Ziemi zbawców odziewał w skóry – spójrz modliszka w środku
    jakby w kawałku słońca i być może to Sokrates być może Inny
    Spartanin a może Gilgamesz tak czasem maja się autorytety
    Weź na przykład idź do Parku TAM na ławce na której wczoraj
    siedziałeś śpi kloszard – Przez obdarte fioletowe rękawiczki widać
    palce twarz zasłoniły brodatą -A może to Święty Piotr lub inny
    namiestnik Dworu Pańskiego – nie budź GO dokąd drży ci brew
    rysa skrzydło oka nad powiekiem – wieka rogówka

    „bawcie się z sobą tak 
    byle byście się na wzajem
    nie zjedli” – św. Paweł

  • Niesenność czy homeostaza?

    tego wciąż nie pojmuję ale wiem Panie o tym ŻE
    jestem wystawiony proszący cię o trochę stanu błogości
    daj wytrzymać temu bezdźwięcznemu dźwiękowi pędzącemu
    za żaluzjami jak kilogram rozrzuconych gwoździ i klekotu
    pędzącego osobowego lub jak KTO woli towarowego pociągu
    co kilka minut pojękuje balkon lany z żelaza wczesny gomółka
    weź i oddal mój dom albo to okno conocnego rytuału anarchii
    i wysławiania się stojących wciąż hulajgębów głośnych plujów
    i taniego bełkotu gnieżdżącego się pod progiem jak nieustający
    wiatr Ulico szeroka 25 aż po skwer za rogiem gdzie rzeźnia chrapie
    Kidy uciszysz mi świat pytam Panie wiosny okno otwieram krzyż
    chociaż jęczy lotnisko pobliskie ptakami czasem zapadają się w
    spokoju żelazne ich skrzydła czasem znów kołują nad pobladłym 
    drzewem północy wyglądam i zbyt dużo tytoniu spala się w słuchu
    ucha popielniczki i znów rżą ogry kiepują się kopytem do ranka zaniki
    populacji idą spać w hotelach bezdomnych rozrzucając kawałki szkieł
    A w dali pojękują kotki i bełciarze torturują ławki na skwerze z As
    Wiem na pewno tak chadzają duchy na katharsis zawodzą psimi w 
    pysk gdy w krzakach parzą się deptacze szczając ze szczęścia (?)
    jak nowonarodzone dzieci słońca

    jedynie około dwunastej gdy wszystko jest dobrze zmęczone A
    moja astma sprawdzona przyjaciółka kładzie się na płucach nago
    dając na chwilę spokój JA mogę otworzyć drugie ok(n)o na oścież
    bez nabierania oddechu czuję błoto i wieszam spocony ręcznik GDY
    tracona niechcący szklanka spada na podłogę siłą ciążenia budząc
    tamtych domowników KTÓRZY zaraz krzątają się jak przechodnie
    przez mój pokój jakby do budki wchodzą suflerzy nocy
    A w łazience w ramie z plastyku krzywa twarz moja na brzytwie
    jakby odbita Mandala z PASJI Gibbsona widać żyłę ulicznego drzewa
    genealogia świata na karku szyii wznosi się ponad wieszak kaszlem
    ku ludziom na drodze kaszel ku kaszlowi wytrzeszcz oko i poczuj
    bluesa związki prochy i zapach z kibla radosnego DN(i)A