Autor: KreZbi

  • ONEIRON Andrzeja Urbanowicza …

    ONEIRON Andrzeja Urbanowicza …

          Urodzony w Wilnie (1938) – Wybitny polski artysta wizualny. Był absolwentem Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, głównie związany z Katowicami, gdzie mieszkał i pracował artystycznie po studiach. Jedyny z założycieli Tajnej Kroniki Grupy Pięciu Osób, zwanej później Ligą Spostrzeżeń Duchowych lub kręgiem Oneirontoniezależni ludzie sztukiktórzy słynęli z oporu do władzy i wszystkim tym co  podważa jawnie metafizyczność człowieka, któremu przysługuje prawo pełnej wypowiedzi i autonomicznych myśli…

    Artysta Andrzej Urbanowicz w swej pracowni w Katowicach
    Artysta Andrzej Urbanowicz w swej pracowni w Katowicach

     Dlaczego Andrzej Urbanowicz był i jest (mimo, że nie żyje) twórcą, niezwykłym i bardzo oryginalnym, a pamięć o nim wciąż trwa. Iście to artysta zwany wizualnym i parateatralny – twórca performance oraz prezentacji wizji metafizycznych w swym malarstwie… Swoje działania artystyczne opierał przez własne wnętrze i wiedzę, jakby „tworząc” sobą całym w pełnym tego słowa znaczeniu – był nie tylko malarzem, był pisarzem esejów o sztuce niezależnej, swego rodzaju modernistycznej, z ukazaniem scen, lub ukazanego ruchu do wewnątrz materii, choć czasem był to symbolizm, preferował on bardzo żywe kolory sztuki mówiąc: „Posłańcem uczuć jest barwa” – były to wizje wchodzące w metafizykę wewnętrzną, wydobywając ją także na zewnątrz – to obraz warstwowy, obraz płaskorzeźby(?) lub wiążąc obraz malowany z nałożonym elementem co wyglądało razem jako płaskorzeźba. Jak podaje Urszula M. Benka: „ … Obraz taki ma ramy i jest z samej swojej istoty powierzchownością, która daje iluzję przestrzeni. Wielu, jak choćby obserwujący Urbanowicza w ostatnich dwóch dekadach Hans Bellmer, rozwiązuje ten problem tworząc po prostu przestrzenne instalacje – na reprodukcjach są one na powrót spłaszczone. Urbanowicz szukał teatru, multimedialności. Jego wielki powrót zza oceanu, połączony z retrospektywną wystawą na obu piętrach katowickiego BWA (kuratorem był Jarosław Świerszcz), łączył się, i to w najnaturalniejszy sposób, z performerami czy raczej spektaklami autorskiego Oneironu II, serią wykładów w katowickim przybytku ZPAP, koncertami Góreckiego oraz Litwińskiego i Mizerskiego. Z miejsca powstało efemeryczne, znakomite pismo (redagował je Andrzej Górny) i mogło, gdyby nie jakaś Złotopolski siła bezwładności, powstać pismo o nazwie „Przedświt”. Zamiast niego w podziemiach teatru Śląskiego urządzono Cafe Bellmer…” –

     Te kolorowe obrazy ponadczasowe, wchodzące w ruchy niezależne w Polsce, które ujawniały się aż do czasu „Solidarności” i później cyklicznie, zaistniały świadomie celowe w sztuce Andrzeja Urbanowicza. Inne obrazy i działania najczęściej inspirowane erotyką, co w owym czasie wzbudzało i miało za cel burzenie TABU. Natomiast były to bardzo odważne i interesujące obrazy. Urbanowicz zainteresował się głęboko buddyzmem – W rzeczywistości stał się propagatorem buddyzmu, badał na czym jest oparty buddyzm, był animatorem kultury bardzo ekscentrycznej, jedynej w swoim sposobie oryginalnej wyzwolonej z jakichś purytańskich nawyków i inspiracji. Tworzył oryginalne dzieła, bardzo kolorowe i wymowne, artysta potrzebował odbiorcy bardzo wyczulonego, a  nawet z wiedzą, czasem wykształconego dla fabuły sztuki… Potrzebował kontaktu – artystów równie niezależnych, którzy dzielili z nim swoje „twórstwo” niezależnie i jedyne w swoim wyrazie i rodzaju w innych dziedzinach sztuki, ale rozumiejących się na wzajem… Mało! – trzeba powiedzieć, że artysta żywo  interesował się magią i okultyzmem.

              Zawiązał w 1969 roku, nieformalne stowarzyszenie artystów nazywając jebardzo wymownie izrozumiale „Ligą Spostrzeżeń Duchowych” pod hasłem ONEIRONEzoteryczny Krąg Twórców, który zaistniał w pracowni A. Urbanowicza i Urszuli Broll w Katowicach ul. Piastowska 1 –  Jednakże najbardziej znajdowało to odbicie w Jego twórczości malarskiej, potrafił działania innej sztuki, np. dźwięki muzyku przenosić na obraz, w takim obrazie  za pomocą symboli przekazywał odbiorcy jakby „zaszyfrowane komunikaty”. Zajmował się także alchemią, a nawet astrologią. To co pokazał w wyżej wymienionych aspektach daje mu bezsprzecznie tytuł “Ikony polskiego undergroundu” – Interpretowana głównie jako psychodeliczna twórczość Urbanowicza w mniejszym stopniu Henryka Wańka z lat 70. akcentowała  czasem o wymiarze społecznych zawirowań(np. był to ich wspólny obraz poświęcony Janowi Palachowi, otwieranie manifestującym postawy antykomunistycznej, kiedy to wojska polskie z radzieckimi wjechały do Pragi na „Waclawskie Namesti” – Takie działanie może być określane mianem nie tylko katowickiego undegrandu, ale kreatywne dalej. Ale w tym okresie (od 1965 – 1970 …) inne wspólne prace Wańka i Urbanowicza przesycone były nawet perwersyjną prowokującą erotyką. Uważali oni, że właśnie erotyka prowadzi cały świat i napędza jego wszelkie działanie twórcze. Później prawie wszystkie prace artysty przesycone były taką erotyką. W  Jego twórczości zaznaczyły się: metoda cytatu dawnej sztuki np. Hansa Holbeina Młodszego, wykorzystywanie motywów fotograficznych oraz silny kontakt kolorystyczny. Andrzej nie milczał, był ciągle obecny, bezpardonowy w swoim działaniu senso – stricte  psychologicznym… Patrząc na Jego działanie trudno było odejść od dzieła. Dzieło przytrzymywało widza na dłużej. Myślę dlatego, że były w pewnym sensie prace przemyślane wszechstronnie i emanujące jako perspektywicznie działanie, podparte wiedzą ezoteryczną.  

    Dlatego przede wszystkim pisali o Andrzeju Urbanowiczu, znawcy Jego twórczości, chcąc jakby go rozgryźć, ponieważ dawał im powody, co rusz ogłaszając coś innego i interesującego… W debiucie Urbanowicza w galerii „Krzywe Koło” w Warszawie 1963 roku zauważono że artysta nawiązuje do Władysława Strzemińskiego. Później w tym samym czasie porównywano go do Zbigniewa  Makowskiego. Wziąć trzeba pod uwagę, zawsze tak jest, że interesując się, oglądając „kogoś” zauważamy jakby spadek poprzedników lub artystów na tzw. „Fali”, ale tym razem tak nie było – Urbanowicz zaczął od takiego wspomnienia, które za nim chodziło, – myślał pewnie identycznie jak Strzemiński, może nawet odważniej(?) – Jak wspomniałem On w swej pracowni, w Katowicach, zaczęła się później spotykać z artystami, którzy podobnie jak on awangardowo myślą, z takimi, którzy słynęli z niezależnych oryginalnych postaw, stawali się także bardzo znani, a słynęli nawet z ekshibicjonistycznych wyczynów artystycznych, takich też miał odbiorców „na żywo”. Do Grupy ONEIRON weszli spontanicznie i uformowali się najbardziej wytrzymali – otwarci znani twórcy, już wtedy, najbliżej obecni w polskiej „Awangardzie”: wybitny kompozytor i dyrygent Henryk Mikołaj Górecki, śląski malarz grafik i pisarz Henryk Waniek; artysta plastyk i reżyser filmowy Antoni Halor, malarz Zygmunt Stuchlik oraz prof. Tadeusz Sławek – poeta, tłumacz, eseista, literaturoznawca, wykładowca uniwersytecki w sferze teorii słowa. Widziano tam czasem Zdzisława Beksińskiego(?). Artyści, którzy przybywali do pracowni w celu zawiązania Grupy byli zafascynowani tym pomysłem i już uznali Andrzeja wielkim artystą, „był taką samotną wyspą na oceanie szarości w tym kraju, szczególnie na Górnym Śląsku” – to słowa rektora katowickiej Akademii Sztuk Pięknych prof. Marian Oslislo – notabene właśnie tak Go przedstawiał. Urbanowicz studiował także w jej katowickim wydziale grafiki ASP krakowskiej. Od samego początku twórczości podjął swoje wtedy tzw. ekscentryczne działanie, miał swoją wizję sztuki malarstwa i płaskorzeźby i tym zjednywał sobie współtwórców  I fanów… Z czasem liczba sprzymierzonych osób i zakres promieniowania idei grupy okazał się bardzo rozległy, do czego przyczyniło się też powstanie, z inicjatywy Broll i Urbanowicza, pierwszej polskiej gminy buddyjskiej. Grupa nieformalnie działała aż do wyjazdu Andrzeja Urbanowicza na nie przymusową emigrację do USA.  

    Do tego czasu Grupa ONEIRON dokonała wiele wspólnego – stała się bardzo znana nie tylko w Polsce poczatk7ując polską Awangardę jaka nigdy nie uczestniczyła w formowaniu awangardy światowej. Dokonała bardzo znaczącego wyłomu w szarej powszedniości lat 60. Ta pięcioosobowa zrazu grupa skierowana była na ezoterykę, zakładającą istnienie ukrytego źródła, do którego dociera się, idąc „pod prąd” czyli w górę rzeki. Tropy prowadziły przez terytoria nowoczesnego wyrazu artystycznego, ale także jego wyklętych rejonów oraz całej filozofii ducha. Gruntem porozumienia tutaj stała się mistyka, a wkrótce artyści dostrzegli w dyskusji z sobą, że sens ich działań nierozerwalnie związany jest ze Śląskiem. ONEIRON działał aż do wyjazdu Urbanowicza do USA w 1978 roku – wtedy zatrzymał się…

           Wspomnieć trzeba, że w roku 2006 r. ukazała się książka album „ONEIRON” – To krąg artystów z Katowic” stanowiący album wspólnoty awangardowej – To monografia artystycznego dzieła dokonanego przez grupę. Trzeba powiedzieć, że ta rewolucyjna grupa dla odkryła wiele światów artystycznych dla kultury polskiej, w tym uwzględniono mit czeskiej Pragi oraz alchemii i wiedzy tajemnej, choć bez wątpienia podlegającej artystycznej racjonalizacji. Co ważne – było to wydarzenie uzmysławiające, że w Polsce dogłębnie Grupa Oneiron zainteresowała się buddyzmem i zainteresował ten ruch innych postronnych osób zen. Z czasem artyści zainicjowali projekt tzw. Czarnych Kart był wypełniony dziwnymi obrazkami, symbolami i sentencjami (zwany również Leksykonem, Encyklopedią, Nowym Bezpretensjonalnym Pismem Świętym) w Obrazach, albo Nowym Chaosem w Obrazach, cykl powstawał przez prawie dwa lata, od grudnia 1967 do października 1969 roku. Był wspólnym dziełem pięciu górnośląskich artystów: Urszuli Broll, Antoniego Halora, Zygmunta Stuchlika, Andrzeja Urbanowicza i Henryka Wańka.

             Miejscem akcji Kręgu Oneiron, z czasem nazwany został tutejszy fenomen niezależnej myśli, to była pracownia artystyczna Urszuli Broll i Andrzeja Urbanowicza przy ulicy Piastowskiej 2 w Katowicach. Natomiast w programie samokształceniowym organizowano spontanicznie spotkania, dyskusje, przekłady niedostępnych w języku polskim publikacji. Ich celem było szukanie nowej świadomości, jako przemiana wewnętrzna, a przede wszystkim rewolucja duchowa. Trzecim tematem poszukiwania obsesyjnego u U5rbamowicza  splotów tzw. (Tęczowanie Serpemowita) „Symbolika Solarna Wielka Garota, inaczej Semper Solis”, chodzi tu o: Egipt, Tybet – Buddyzm, Tantra, Kabała, Hermes, Magia, Alchemia… Symbolika Solarna Semper Solis” Natomiast w roku 1987(?) jak pamiętam – odwiedził Andrzeja Urbanowicza w Jego pracowni na Piastowskiej 2 w Katowicach artysta niezwykły z USA Allan Ginsberg (wybitny homoseksualista) człowiek awangardy i sprzeciwu wobec systemu w USA, podróżujący po Polsce, w czas pobytu emigrował do takich ciekawych miejsc…. Wtedy gościa niezwykłego tłumaczył Tadeusz Sławek. Goinsberg z USA, żywo zainteresował się sztuką ONEIRON, zaśpiewał swój słynny „Skowyt”, grając małym akordeoniku, dopytywał o środki i manifesty, etc.

    Aż chce mi się porównać te niesłychane eskapady twórcze ONEIRON i wymienione wcześniej ich przedsięwzięcia – nurty i zawirowania do działań Jerzego Grotowskiego we Wrocławiu (czas hipisowski) gdzie działania były równie oryginalne, niezależne, oparte na wiedzy i dotyku… Bardzo niezależne i jedyne w swoim wizjonerskim oryginalnym zamiarze awangardowe były już dużo wcześniej twórczo bardzo awangardowe w pełnym tego słowa znaczeniu… Grotowski w ten trudny czas szarości pisał poezję i chciał ją wydać w Poznaniu  w Wydawnictwie Poznańskim pt. Pożegnanie  kolorów”, ( odmówiła mu cenzura), czyli niektóre paradygmaty z koloru krzyżowały się wówczas między sobą.  O Urbanowiczu niezwykłym ( tak piszę po nazwisku, bo to jest w historii Sztuki polskiej HASŁO!) – O tym Aartyście z dużej litery, wybitnym malarzu wizjonerze – postaci undergroundu zapisywały się już wtedy złote zgłoski… Także o doświadczeniach z samej emigracji w USA.  Otóż mówi i wspomina o nich świadek naoczna” – bliska artyście Urszula Małgorzata Benka, wtedy bardzo ważna osoba Andrzejowi. Artysta poświęcił jej sporo obrazów, jakby sportretował erotykę Urszuli Benki i poetki. Relacjonuje ona tak niektóre działania artysty, (z którym powiła później na emigracji córkę).  „Otwierał oczy na to, że sztuce wolno być niszową i nie musi być doceniana już, zaraz. Wolno kwestionować kulturowe tabu, wybierać bezimienne graffiti nowojorskich zaułków, wykonane przez psychopatów i wyrzutków nażartego, pędzącego w wyścigu szczurów społeczeństwa, które i tak przynajmniej rokrocznie z okazji Halloween pokazuje na Piątej Alei zgoła inną twarz, zrzuca markowe garnitury, oblepia je fioletową lub kałopodobną papką, ku chwale priapicznej groteskowości i całej kupie idiotyzmu”: –  Ta amerykańska odyseja była w życiu Andrzeja nareszcie „realna” – Jak mówi „ świadek naoczna” poetka i artystka Urszula M. Benka już wtedy znana poetka, widząca tę twórczość jako żona- Jak mówi: „Malował wyrafinowane sceny na bazie komiksów Johna Williego. Słodka blondynka w łańcuszkach i śliczna brunetka ze szpicrutą. Ukrzyżowana kobieta. Nie żadna pobożna pustelnica Kummernis sudecka, nie żadna mitologiczna Andromeda czy Dziewica św. Jerzego. To była sama Lilith, demoniczna a niewierna małżonka Adama z Biblii, jak powiada Księga Zohar, albo wręcz Szekina, małżonka Pana Zastępów. I raptem stop. Podchodzące pod abstrakcjonizm Słońce Niezwyciężone, hasło na religijnych sztandarach Hadriana i Juliana Apostaty. Świetlista mandala, kobiecy otwór rodny i jednocześnie źrenica wlepiona w blask po drugiej stronie  Styksu. A potem niezwykle kunsztowne i przejmująco piękne kolaże ze zdechłych żab i przedmiocików znajdowanych w śmietniku…”.

         Otóż przyznam celowo włączyłem do eseju kilka cytatów Urszuli Małgorzaty Benki, prosząc ją jakotzw. „świadka naocznego”, a po pewnym czasie już (byłej) żony artysty, (na emigracji pobrali się i „powili” córkę Gweni.) Natomiast ciekawostką jest, że na ich ślubie w Nowym Jorku był jednym z gości Sławomir Mrożek, zaprzyjaźniony z Andrzejem Urbanowiczem.  

         Co należy jeszcze powiedzieć o tym wybitnym i jedynym w swoim rodzaju artyście  wybitnym – miał życie wypełnione inspirowane do końca kolorami, wolne i spełnione – zmagał się z szarością w kraju,

    odważnie, jako twórca odporny na zawirowania, i dotkliwy szary byt – nazwijmy je społeczne, takim przejawem był obraz wspólny z Wańkiem poświęcony Janowi Palachowi, płonącemu na Waclawskim Namesti w Pradze w trudnym roku 1963.

    Artysta wybitny malarz twórca i frontmen ondergrandu i Awangardy polskiej, malarz erotyki, jak mówił, prowadzącej życie homo sapiens, eseista – krytyk sztuki, twórca parateatralny, odszedł nagle spełniony(?) w Szklarskiej Porębie w dniu 22 sierpnia 2012 roku.

    Zbyszek Ikona – Kresowaty

  • Skąd emanują Anioły Lidii Sztwiertni (o rzeźbach Lidii Sztwiertni artystki niezwykłej)

    Skąd emanują Anioły Lidii Sztwiertni (o rzeźbach Lidii Sztwiertni artystki niezwykłej)

         O niezwykłej artystce rzeźbiarce Lidii Sztwiertni, pracującej głównie w technologii odlewów w brązie na „wosk tracony”, pisałem już ponad 15 lat wstecz. Artystka po ukończeniu ASP w pracowni prof. Słoniny w Warszawie  w roku 1980, wyszła wtedy do odbiorcy z bardzo interesującym cyklem rzeźb jak je nazwałem Anioły i popiersia – Są to realizacje dość duże, które zapewne pochłonęły Lidię i po kilku wystawach stała sie znaną postacią w środowisku. Obserwuję także obecnie jej dokonania – Jest to nader pracowita osobowość twórcza. Rzeźbiarka, której praca i wybór tematów polega na wdzięku kobiecym – tworzy ona postacie, o różnych wielkościach i pojemności osobowej. Są to popiersia jako portrety nie tylko znanych koryfeuszy sztuki, artystów, profesorów, etc., jednakże tzw. rzeźba sytuacyjna i tematyczna była pierwsza. Lidia Sztwiertnia wykonuje do dziś zaprojektowane przez siebie statuetki na różne ważne i podniosłe okazje, były to Nagrody m. innymi na Przegląd Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, czy też inne formy jako Nagrody za różne działanie społeczne, jak „OSKAR Śląski” i „Ikona Śląska” statuetki, Dedal Bielsko – Białej, w tym statuetka dla „Bielskiej Zadymki JazzoweJ”, etc. W wszystkich dziełach artystki widzimy zawsze postać ludzką, mężczyznę lub kobietę, lub wyraz dwojga płci jednocześnie.

    „Fokus Angel”
    „Fokus Angel”

           Lidia Sztwiertnia pracuje autorsko, ale i pozytywnie odpowiada na przeróżne zamówienia z różnych stron, nie tylko rodzinnego Miasta Bielsko – Białej, gdzie wykonała już wiele prac w rzeźbie, wykonała rzeźby w różnych miejscach w kraju, artystka otrzymuje zaproszenia na wystawy rzeźb, np. do Niemiec, Rumunii, Słowacji, Francji .. a także otrzymuje różne zlecenia na wykonanie rzeźb tematycznych… (oczywiście spojrzeć można na jej poczynania w internecie) – Do rzeźb Sztwiertni podchodzi się natychmiast, a po obejrzeniu eksponatów odczuwa się niedosyt i zaraz się powraca – Jej rzeźby przyciągają, zwłaszcza te duże, prawie pomnikowe, uskrzydlone – zwać je można metaforycznie nazwałem je „Anioły ludzkie”. Rzeźby Lidii wykonane są zawsze metodą ”na wosk tracony”, ktoś nazwał je, że to są rzeźby „z polotem”, może dlatego, że są piękne, eleganckie ekspresyjnie uskrzydlone, choć czasem niemają skrzydeł,

           Zainteresowanie krytyki jej pracą rzeźbiarską wciąż trwa. Rzeźby jej są w Muzeach i zbiorach prywatnych, także poza granicami kraju. Zwykle jej wystawy cieszą się dużą ilością osób, jako świadeknaoczny widywałem to nie raz nie dwa. Pracująca wciąż twórczo artystka od wielu lat , pokazuje nam swoją oryginalność w imaginacjach z urodą i naturą człowieka, po przez to one ciekawią i zbliżają do siebie widza. Sztwiertnia wciąż zadziwia oryginalnością i niepowtarzalnością. A to jest domena artystki i podstawa jej twórczości. Głównie to obiekty uskrzydlone, a także popiersia jako portrety zwyczajnej wielkości posiadające atrybuty i dodatki mówiące o charakterze danych osób. To między innymi anioły poświęcone znanym osobom kultury i sztuki…

    „Angel wielodzietny” – dedykowany moim przyjaciołom.
    „Angel wielodzietny” – dedykowany moim przyjaciołom.

     

             O tej niezwykłej rzeźbiarce i jej pomysłach wiele pisano i jeszcze więcej rozprawiano… O jej twórczości w środowisku wciąż się mówi… Ponieważ artystka jest otwartą osobą, o jej pracowitości piszą krytycy. O niej samej, jako osobie twórczej, napisała kiedyś krytyczka kultury, np. Maria Tyws do folderu z okazji jednej z dużych wystaw: “Obcowanie z twórczością autorki pozwala zanurzyć się w świat kobiecej wrażliwości…” – Iście sztuka ta jest wszechstronnie otwarta i wrażliwa na kreację człowieka, gdyż ukazuje postaci kobiet związane ze światem mężczyzn, jest tutaj stawiana przeciw sobie wzajemność płci. Taki świat u Lidii przeplata się wzajemnie, może nawet splata się z sobą.

          Patrząc np. na dedykacje rzeźbiarskie: dla Stanisława Tyma, czy Czesława Niemena, i osób najbliższych doznajemy wrażeń deja vou… gdyż za życia widujemy te osoby jako żywe naocznie …

          Artystka w cyklu tzw. „portretowym” wzięła w poczet realizacji także osoby z rodziny, w tym córki, syna oraz męża, a także rodziców… ale i takie osoby, które ją na wskroś uskrzydlają – podobają się, lub swoją twórczością inspirują i bardzo ciekawią… Otóż te osobowości są jakby w „zasięgu ręki”, natomiast osoby ze świata sztuki zawsze są w kontakcie osobistym, pośród których twórczyni bywa. Potwierdzić trzeba, że jeżeli chodzi o całą pojęciowość rzeźby Sztwiertni – jest to sztuka treściwa, bez skrótów, widziana przez pryzmat własnego charakteru kobiety i jej osobowego image.Ale myślę, że słowo “kobiecej” jest w każdej sztuce ważne, ale nieco zbędne, oczywiście że przynależy do artystki, jako kobiety twórczej, która patrzy na siebie i otoczenie, jako medium, być może bardziej wrażliwie(?), lub dotkliwiej…

            Uważam – nie tylko ja, że sztuka broni się tym, czym jest i czym przyciąga do siebie. W dziełach musi być to „COŚ” – Popadanie w takie stereotypy, określanie jako sztuka „kobieca”, czy „męska” jest zbyt ogólnikowe i służy jako takie pojęcie względne zastępcze. Sztuka jest sztuką dobrą lub złą, przemawia do odbiorcy przede wszystkim swą zawartością duchową. Mówimy wtedy, że to odbiór estetyczny. Sztuka może być prowokacyjna, ekspansywna, ale ma się podobać i pozostawiać niedosyt dla widza oraz dać się dalej kreować… Może być i powinna nie dać się zapomnieć.

    „Podaj mi jeszcze raz dłoń Panie ” – dedykacja księdzu Józefowi Tischnerowi.
    „Podaj mi jeszcze raz dłoń Panie ” – dedykacja księdzu Józefowi Tischnerowi.

    sztuka bywa czasem uderzająca, bo niezależna, obwarowana i zdeterminowana orientacjami erotyki lub seksu…

        Oczywiście, idąc na wystawę Lidii Sztwiertni spoglądamy na jej zawartość metafizycznie i konfrontujemy te rzeźby z sobą, widzimy postaci nagie, zaledwie z drucianą przepaską, widzimy tu męskość  lub kobiecość odkrytą do reszty, ale wtedy artystka spełnia swój obowiązek… Bywa, że niejednokrotnie szukamy artysty na sali wystawowej, choć mamy ją obecną w rzeźbach, celem skonfrontowania tego co widzimy, celem rozmowy, etc. porównaniem z własnym ja.

               Ostatni cykl rzeźb, także wykonany metodą  „wosku traconego”, o różnych wysokościach, niektórych prawie pomnikowych, czasem nie do wiary, że takie obiekty są wykonane na „wosk tracony”. Jednakże cykl rzeźb Lidii Sztwiertni Anioły non – stop fascynuje, myślę, to najbardziej utrwalona forma senso – stricte. A są to czasem dedykacje, na jakie artystka sobie pozwoliła, z racji kontaktów także niezwykłych… Ale to też świat kreowany własnym “ego poprzez pojęciowość nadrzeczywistą, gdzie najważniejszym obiektem bywa natura ludzko osobowa. Jak spojrzymy, patrząc na niektóre anioły, u których nie widać skrzydeł, to one je mają w sobie zwinięte, jakby w wyczekiwaniu. Rzeźby Lidii to pokaz zmysłowej nagości, odzianej jedynie w skrzydła, które nie są tylko dodatkiem, autorka przekształca te rzeźby ulotne twory, szykujące się do lotu(?) z ptasimi głowami z nakryciami najmodniejszych salonów(?) – Kiedyś napisałem wiersz, dedykowany znanemu poecie przyjacielowi na Jego odejście na wieczne wrzosowiska, brzmi on mniej więcej tak: „ Teraz jesteś bez osłony, biegasz po sawannach z  centaurami, i wiesz wszystko o nas, poznałeś swoich wrogów, i prawdziwych przyjaciół… rozmawiasz z Sokratesem jak ze swoim dziadkiem” – Myślę, że tak ukryte cytaty posiada każda rzeźba Lidii z brązu, która pozostanie na zawsze w dorobku sztuki polskiej… To wykreowane przeróżne typy osób i te które jeszcze czekają „do odsłony”, podkreślają one niepowtarzalność, to przecież nasze osobowości… nagie i erotyczne, czasem z eleganckimi twarzami, dziwnie okrytymi głowami, ukazującymi psychiczną stronę lub charakter erozji i seksualność…    Natomiast ta naturalna metaforyczna „ludzkość” mówi także, że to przecież erotyka trzyma nas i cały świat – dzięki erotyce przecież świat się obraca i istnieje bardzo żywy. Twórczyni nie pokazuje rzeźb, które lewitują wprost, a jednak lewitują, lecz ich dusza, która niewątpliwie z wewnątrz bije, przebija się na zewnątrz, jest poza horyzontalna… Są to oczywiście anioły opatrznościowe, opatrzone podtytułami, na przykład:

    “Anioł mojego Brata, czyli Brat mojego anioła”, “Anioł Elegancki”, „ W blasku”, “Anioł Samonośny”, “Między słońcem a księżycem”, “Anioł Rockowy”, “Anioł Jazzowy” – Metal Angel, “Sam sobie sterem i okrętem dla Doroty Stalińskiej”, “Anioł mojego Taty” i “Anioł mojej Mamy”, i wiele innzch, jak anioły moich córek i syna Wiktora.

            Oczywiście to metafory – Widzimy jak medium Lidii patrzy na poszczególne osoby z tzw. „drugiej strony” z perspektywy nie widzialnej strony, mówi, przypisuje, zauważa w nich także siebie. Jest tutaj pewien odważny rodzaj preferencji tematycznej, duża możliwość ruchu – rzeźby mają imiona, podtytuły, które charakteryzują dogłębnie ich podmiot. Poza tym jak zauważamy artystka twierdzi, że każdy z nas posiada swego duchowego anioła, który jest uwidoczniony i stoi jak cień, stąpa za nami, śpi niewątpliwie we wnętrzu niejednego z nas pod żebrem lub przeżywa z nami wzloty i upadki… Oczywiście jest to bardzo poetyckie spojrzenie na te obiekty. Bo też takie powinno ono być. Artystka niewątpliwie jest taką ukrytą poetką metaforystką i medium(?), wskazuje na to semantyka jej wędrówki, po przez ulubioną rzeczywistość… Anioły trzymające się naszej “dziecinnej nagości, jakby z niebytu wyszły, i stoją przed nami dorosłe w refleksyjnej postaci, jakby słyszały nasz szept…

            Wykonane niesłychanie sugestywnie, unoszą się w aurze symbolu(?), ze spojrzeniem utkwionym w dal, ubrane jedynie w przepaskę lub mają założone na sobie ptasie głowy, długie pióra gęsie, jak np. Anioł męża rzeźbiarki. Inne, jak np. “Brat mojego anioła“, dedykacja dla Józefa Tischnera” z dopowiedzeniem bardzo metaforycznym – „Podaj mi drugi raz dłoń Panie”… Anioł „Na skrzydłach wyobraźni” – dedzkowany  poetom (nie posiada on skrzydeł na zewnątrz – ale są one u niego zwinięte w sobie, zresztą bardzo erotyczny…)  

    .  Natomiast popiersie autoportret Lidii Sztwiertni „ Z głową w szczurach”… inne popiersia to córki – jedna z nich zawiera w dolnej części tabun porywistych koni w galopie. To wszystko coś dopowiada, a jednocześnie bardzo ciekawi swą tajemnicą, kusi do odgadnięcia i pytań…

    z cyklu znaki zodiaku – „ SKORPION”
    z cyklu znaki zodiaku – „ SKORPION”

    „Z głową w szczurach” – popiersie Autoportret
    „Z głową w szczurach” – popiersie Autoportret

     

       Wydaje się, że Sztwiertnia uprawia poezję, homocentrycznego rzeźbiarstwa, (mówię aluzyjnie i w takim pozytywnym tego słowa znaczeniu), bazując na homo – sapiens, fascynujących darach urody i uprawy wnętrza – wtedy tworzy postać osobną i wyjątkową, najważniejszą częścią tych rzeźb jest zmaganie się z fizycznymi siłami przechodząc w porę duchową tworzenia. Wzajemne przenikanie się  jak w życiu. Poszczególne elementy mogą być też gałęzią lub samym drzewem, harmonijnie wmontowanym do rzeźbiarskiego projektu ku podjęcia realizacji, wskazuje na niesłychaną wrażliwość i emocjonalność, zarówno procesu tworzenia jak i obserwacji całej natury – jest to taki gest szczerości i obcowania z otoczeniem na wskroś. Artystka daje do zrozumienia, że światło w życiu danej osobowości portretowanej, jego blask, jest tak naprawdę jego prawdziwym odcieniem. Człowiek jedynie „kąpie się” w morzu tego cienia, unosi się w jego przestrzeni, stając się jakby mistycznym tworem.

            Rozprawiając i reasumując rzecz o rzeźbie Lidii Sztwiertni o jej uroku, nie chcę tutaj mówić o pięknie, bo to bywa czasem okrutne. Wystarczy przeczytać wiersz Zbigniewa Herberta pt. „Marsjasz i Apollo” – Otóż w poemacie o tym micie poeta pisze jak się płaci za swą niezależną sztukę, kiedy konkurent patrzy i jest zazdrośnie zachwycony i niepocieszony swoją własną sztuką… Apollo popełnia tu mord na brzydkim kopytnym Marsjaszu (pół kozła i pół męskiego fauna z kopytami) który grał piękniej od Apollo konkurenta na swoim pięknie brzmiącym aloesie (dwie trąbki scalone razem z jednym ustnikiem) – Apollo wzburzony jego grą zawiesza półczłowieka pół kozła na łuku wejściowym do Ogrodu, gdzie przed chwilą ścigali się w sztuce gry. Rozpoławia Marsjasza rozpruwa Jego brzuch, widzi wnętrzności, przegląda je, porównuje z otoczeniem jakie zna, do gór i wąwozów… A później usiadł w owym ogrodzie i „wypoczywał” w krzyku bólu Marsjasza – pławił się i jakby bezgranicznie chełpił w swym czynie i słońcu do syta”…

         Bardzo wiele w wartościowaniu danej sztuki było i jest wciąż  pośród sztuk artystów, trwa taki podskórny dyskurs, ściganie się, czasem typowa nieuzasadniona zazdrość – a przecież sztuka to nie sport! – Wiem i znam to – sam wiele się czasem nasłucham o innych i widzę i słyszę jako „świadek naoczny” rożne gry… Wiem, że niekiedy inni i niektórzy rzeźbiarze mogą być niezbyt pocieszeni sztuką Lidii Sztwiertni. Pokazany cykl aniołów jest symbolem tego, co najbliższe sercu istoty myślącej. Artystka mówi za nas, buduje swoje obiekty za pomocą penetracji konkretnie zmysłowych, jeżeli tak można tę twórczość nazwać… Jeśli nazywa rzeźbę “Anioł wewnętrznie złoty – dedykowany Ewie Demarczyk, to w rzeczy samej, cała pojemność tego dzieła musi być skierowana na siłę i charakter tej osoby, na jej śpiew i dumę osobistą.

    „Metal Angel II”
    „Metal Angel II”

         Dzięki temu widzimy w takich portretach metamorfozy osobowe, są one tajemnicze, a zarazem zadziwiająco porażające. Każda rzeźba jest osobnym autonomicznym dziełem, jakby przypisanym komuś bardzo ważnemu. Rzeźby Lidii Sztwiertni wyłaniają się z wyobraźni – po to, żeby uwodzić, a nie szokować. Sztuka Sztwiertni jest niepowtarzalna i nieporównywalna! – Buduje pojemnie na konstruktywnym podejściu do pewnych racji, nasze dłonie, oczy… ciekawi – tu odbiorca zastyga w pozie zadziwienia, kiedy pierwszy raz widzi te obiekty – sam tego doznałem dawno temu na wystawie na Zamku w Brzegu. 

             Któryś jeden ze znanych poetów, (dziś już na Panteonie) napisał, że aby mówić o pięknie, trzeba wiele odwagi…. Sztwiertnia ma jednak tej odwagi bardzo dużo, ma swojego przeciwnika Apolla, ale uparcie gra na swoim instrumencie w Ogrodzie Sztuk. 

       Być może, za pomocą takich interpretacji, znanego od dawna poetyckiego pomysłu, wprowadza nas w świat wiary w siebie. Dociera do głębokich pokładów ludzkiej psychiki za pomocą zmysłu i manualnych zdolności. W cyklu Aniołów”, w tym nota – bene portretów, które na pierwszy ogląd wydają się jedynie szczególnego rodzaju kreacjami, przebijamy się do siebie samych. Te pełne ciepła rzeźby, choć z brązu w swej materii, czasem niosą alegorycznie uniesione.

          Co do walorów tej sztuki dopowiem pewną anegdotę: Znana poetka Marianna Bocian uwielbiająca sztukę Lidii Sztwiertni powiedziała kiedyś w trakcie Najazdu Poetów na Zamek w Brzegu, na wystawie rzeźb Lidii Sztwiertni, przy mnie głośno tak: „…Jak tak patrzę na te rzeźby, jestem pewna i to najogólniej, że to właśnie taka sztuka uratuje kiedyś świat…”.

            Marzeniem człowieka jest przecież lotność, być może przybył on, na latającym dywanie, kiedyś przed milionami lat z przestrzeni kosmosu – On jako człowiek uskrzydlony, jakby z kosmosu… Człowiek przywiązany do skrzydeł własnym ciężarem i czynem swego doświadczenia…

     Idzie tu o diagonalność, która się tutaj ujawnia, postaciowość i semantyka tych prac jest nader bardzo komunikatywna. Poza tym na pewno są to realizacje bardzo przyjazne, powiedziałbym liryczne, o poetyckiej apologii i semantyce mówiące szerzej… Cyzelatura staranności emanująca połyskiem bije czystością.  Oryginalność zamysłu artystycznego ujawnia cały kunszt i skomplikowane wnętrze tej znakomitej, wybitnej artystki. Oto co może mieścić się po drugiej, metafizycznej, stronie kobiecości.

    ”ski@angel”
    ”ski@angel”

     Wszystkie reprodukcje rzeźb do eseju wykonał  Roman Hryciów, są one własnością artystki rzeźb Lidii Sztwiertni

    tekst:  Zbyszek Ikona – Kresowaty

  • CZY SZTUKĄ SPŁACIŁ DŁUG? ZACIĄGNIĘTY KIEDYŚ U BOGA. Jerzy Piotrowicz malarstwo twórcy wędrownego

    CZY SZTUKĄ SPŁACIŁ DŁUG? ZACIĄGNIĘTY KIEDYŚ U BOGA. Jerzy Piotrowicz malarstwo twórcy wędrownego

           Wyjątkowa sprawność warsztatowa pozwalała mu we wszystkich tych dziedzinach osiągać wirtuozerskie rozwiązania i stać się bardzo  oryginalnym. Dążenie do optymalnych efektów, czy wręcz maestrii potwierdzają zwłaszcza wykonane różnymi technikami prace artystyczne poświęcone tym samym motywom lub cyklom. Stworzył ciekawe wizje plastyczno – wizualne, a nawet teatralne. Zwłaszcza po odbyciu podróży po miejscach Sztuk w miejscach kultowych Europy.

    Dlaczego chcę powiedzieć o Piotrowiczu jako malarzu wędrownym?

    Dlatego, że we fragmentach dziennika w jego szkicowniku, którym się posługiwał w  swoich samotnych wyprawach do miejsc ciekawych z różnorodną sztuką, w notesie tzw. podręcznym kieszonkowym „Zapiśniku” towarzyszącym mu w podróżach do Wenecji, Florencji, Madrytu od 1992 roku a także później, znajdują się cenne notatki oglądanych miast oraz opinio-wyrazy dystansowania się i refleksji z wystaw znanych i napotkanych w Muzeach klasyków artystów malarzy sprzed kilku wieków. Artysta dążył i stawiał sobie za honor zobaczyć i dotknąć „naocznie” wybitnych twórców zwłaszcza malarzy i rzeźbiarzy sztuki Europy śródziemnomorskiej i flamandzkiej – w miejscu gdzie mekka utrwalonych nazwisk przemawiających jakby na nowo ale do artysty abstrakcyjnego kapisty z Poznania… którego imaginacje twórcze dotykają wprost cenionej sztuki świata. Czemu miała służyć taka wędrowna konfrontacja? – Jerzy Piotrowicz notował wrażenia i osobiste uwagi po obejrzeniu muzealnych dzieł, notował wrażenia ale i komentował a może nawet spisywał własne uwagi co do technik danego obrazu, odgadywał mowę poszczególnego artysty danego okresu. Otóż artysta zapragnął takiej konfrontacji bo miał jeszcze po powrocie do Poznania rodzinnego namalować wiele płócien konfrontujących się z tym co zobaczył…  Być może dlatego taka myśl gdyż Jerzy był także krytykiem, a także mówiąc oględnie „katem” dla siebie, jeżeli chodzi o malarstwo i uprawę swego stylu.

              Malarstwo jego niewątpliwie charakteryzuje się siermiężną techniką kapistycznych plam, układem ku opowieściom o tamtym świecie, jest pewnego rodzaju romantyką bardzo kolorową, ale i kolorystyką cykli poszczególnych jest jakby dopasowana do każdej wizji… Z okazji wystaw i kreacji  pośmiertnych Piotrowicza wydano dość ciekawy album opracowany przez przyjaciela Wojciecha Makowieckiego, wydany w 2008 roku przez Galerię Miejską „ARSENAŁ” (110 s.) 2008 r w Poznaniu. Zawiera on ponad 100 reprodukcji ukazujących poszczególne fazy twórczości malarskiej Jerzego Piotrowicza oraz zapiski w dużej mierze krytyczne najciekawsze z różnych w/w podróży. Zapiski chwili, odnośniki, stany napięć i doznań oraz odniesień do wydarzeń w tym eksponatów i spotykanych rzeczy… To pokaz i notacja stanów psychicznych artysty „wędrownego samotnika”. Są w albumie Piotrowicza cykliczne  reprodukcje prac wykonanych zarówno w Poznaniu ale i w podróży, choć nie jest to wyraźnie określone. Podejrzewać należy, że ten ciekawy artysta twórca wybierający się do centrum sztuki Europy na pewno zabrał swoje narzędzia pracy, tak przynajmniej ja bym postąpił: przetarte pędzle, podręczna sztaluga, etc. własne komponenty farby, olej, werniks, etc. Na pewno zapisywał i częściowo malował pod wpływem wizji jako „świadek naoczny”, były to ciche rozmowy z tamtymi dziełami, odniesienia do różnych kwestii technik, jakby niezależnie dokumentował czas, który go zastał na jakiejś obcej romantycznej ziemi. Niewątpliwie był upojony atmosferą wizji, tym bardziej, że chciał je powtarzać, połknął bakcyl apostoła sztuk…

                       Można podejrzewać, że gdyby nie te odbyte podróże z miejsc w/w uświęconych sztuką i krajobrazem miast jako szlakiem namacalnym, wiele prac tych późniejszych nie powstałoby. Fascynacja innym miejscem jest zawsze szczególnym doznaniem, ciągnie się latami, kontemplacja nad obrazami w Muzeach dała zapewne twórcy Jerzemu wiele dystansu i pokory do siebie. A podjęcie dysputy w celu namalowania swych obrazów to jest czymś nobilitacyjnym. Artysta w malarstwie podejmował cykle, którym zazwyczaj poświęcał od kilku do kilkunastu prac olejnych, wcześniej rysunków i szkiców… Niektóre motywy z podróży 1989/93 znajdują kontynuację dopiero od 1996 lub nawet dalej. Piotrowicz uprawiał także czynnie grafikę i rysunek (czego nie zawiera album jednocześnie – a szkoda!). Jest w treści uwaga, że one znajdą się w II części albumu.

              Do swoich “protoplastów” w kwestiach tematycznych cyklów zaliczał jednak nie tylko malarzy dawnych, ale także niedawnych polskich awangardzistów, między innymi kapistów, z których ogromnie cenił polskiego malarza Zygmunta Waliszewskiego. Co ważne! – on potrafił też całkiem niezależnie przyznać wielkość artyście “naiwnemu” – Nikiforowi. W twórczości Jerzego widzimy pokrewieństwa tematyczne i improwizacyjne, uderzają przede wszystkim “inspiracje” malarstwem hiszpańskiego mistrza zaangażowanego Francisko Goi, który malował dużo odniesień głownie podczas rewolucji hiszpańskiej za pogromu Napoleona II. Postacie infantek, ale i powstańców, natomiast sceny z corridy Piotrowicz wplatał w teatralnie aranże kompozycje, których szczegóły ujmują niemal biżuteryjną wręcz wnikliwością. Natomiast Goya był mu bliski w późniejszym okresie bardzo rozdarty twórca, uznany za narodowego, nawet powielił jego kilka obrazów np. „Saturn pożerający własne dzieci”  … mówił w związku z tym tak:
    “Według mnie najpierw trzeba namalować obraz, a potem wyniknie z tego jakaś anegdota. Nie znoszę literackich podtekstów, jakichś nachalnych historyjek. Pod tym względem dla mnie mistrzem był Goya: przede wszystkim to jest przepiękne malarstwo, a potem można wypatrywać, co tam jest przedstawione”…

       –  Tę uwagę świadomie można również odnieść do cyklu obrazów ciemnych nazwałbym je senso – stricte “żydowskimi”: z jednej strony wywiedzionych z Biblii, z drugiej – odnoszących się do „Starego Testamentu” i zagłady. Jest tutaj ukazany czas oraz działanie epickie. W tej twórczości wiele jest odniesień właśnie do Judaizmu, do własnego ulubienia żydostwa, choć sam przecież nie był z pochodzenia Żydem, jednakże chciał odrobić lekcję i dookreślić bardziej tę ciekawą  tematykę. To krwawy stan „Starego Testamentu”. Obraz pt. „Manna na pustyni”, czy „Księga wyjścia”, jak i wiele innych prac jak „Hiob” przemawia kolorem powagi czerni i czerwieni. Widać na tych obrazach zbiorowość Żydów, nastrój podniosłej chwili czegoś bardzo ważnego… Jest tutaj obraz „Przejście przez Morze Czerwone” (1990). Ciekawymi są także inne prace z dużą ilością czerwieni. Przeważa u Piotrowicza czerń i czerwień, czasem szarość. Wspomnieć należy, że w/w obrazy obiekty znajdują się w Muzeum Narodowym w Poznaniu, tytuły: „Hiob”, „Walczące Bestie III” (z 1999) – Obrazy cyklu „Kusiciel”, „Uczta z Faunem” 2 obrazy, „Mojżesz”, „Arka”, „Ryba”, „Kuszenie Hioba” są też akty z bykiem i kogutami… „Raj Arlekina”, „Dulcymea na randce”. Podejmował lub nawiązywał Jerzy do tematów znanych, jednakże albo odnosił się do nich bardzo osobiście, albo uważał, że trzeba je na nowo jakby kreować, a nawet tłumaczyć. Jeżeli czytamy zapiski z wspomnianego notatnika, odnajdujemy swego rodzaju smutek, czasem nazwałbym te chwile radosnym utrwalonym smutkiem. W swej samotności na podjętej podróży artysta „błąkał się” czasem nocami, uliczkami znanych miast, szukał swego światełka(?) – Wynika to z dalszych osobistych zanotowanych odniesień: „Chodziłem po ulicach jest ciemno do placu i ulice oświetlone przed katedra, tłum ludzi ktoś gra na gitarze, katedra oświetlona ściany jej biały i zielony marmur. Miasto zaczyna żyć jest ciepło + 15 st. Florencja centrum tego miasta zbyt nowoczesne brak komercjalności Wenecji pół milionowe miast żyje nocą. Kawiarnie pełne turystów, tubylców. Nie potrafię wyczuć atmosfery czegoś tu brak? niby wszystko jest?

    – To nie jeden z zapisków, notowany pośpiesznie bez interpunkcji, żeby coś nie umknęło(?) – zapisywał szybko, być może o zmroku(?)

    – Natomiast inny zapisek z 13 stycznia 1993 roku mówi:

    Jestem po dwóch wystawach w Hornie i w Galerii u Jezuitów myślę, że wystawa u Jezuitów udana od dawna chciałem pokazać rysunki i to te z okresu kiedy miałem pracownię na Wildze. Jarek wykonał ogromną pracę zrobił ogromnie wiele dla mnie w tym mieście podobno był Berdyszak ze Svenem…

    – Spoglądając na dalsze cykle prac Jerzego Piotrowicza uderza pokaz malowanych na wiele sposobów krwawych cykli „Bestii” (obrazównumerowanych), czasem bestii jako „Gryfów” z wyszczerzonymi kłami zatopionymi w czerwień – to obrazy techniką mieszaną: tempera, tempera/ołówek…

            – To na pewno wiele mówi i dużo znaczy o kondycji fizyczno – duchowej samego twórcy. Czy nie jest tak, że malarz w swoich pracach pokazuje własną formę, jakieś zagrożenie, kryzys emocjonalny, własny wysublimowany stosunek do świata? – Czy nie był czasem Piotrowicz duchowo „prześladowany” przez widma, zwidy, omamy(?) – po prostu należy spytać, bo to się bardzo nasuwa. –  A może tylko chciał pokazać co drzemie w jego przestrzeniach nieznanych, tajemniczych w żarliwej wyobraźni? – Być może chciał to skonsumować, przeżyć, wiemy, że chciał upraszczać swoje kreacje, nosić je do wszystkich, po prostu demonstracyjnie(?), nawet zarzucał w kolejnych zapiskach innym artystom, że: boją się upraszczać i podlizują się dalej krytyce jak za czasów Akademii Francuskiej Ludwika, czy innego króla… daje i wymaga posłuszeństwa a nie wolności myślenia o sztuce… kiedy ta banda kretynów to zrozumie, że wolności nie dostaje się za pieniądze i że trzeba o nią ciągle walczyć i być konsekwentnym…
    – To odniesienie bardzo prowokujące szokujące i wymowne, rzucające wprost wezwanie i tzw. „rękawicę”. Ileż takich wezwań było?

             Spójrzmy zatem na obraz pt.„Odwiedziny u Picassa” (1994), to obraz duży bardzo abstrakcyjny typowy akt kapisty, gdzie widać postać mistrza Pablo przed swoją sztalugą, za nim sterczą Jego obsesje charakteryzujące – prześladowcy Jego obrazów: byki z corridy i koza i kot czarny, w tle malowana przez Picassa panna… tyle, że ubrana. Natomiast na lewym rogu blejtramu biały gołąb. To przecież atrybuty hiszpańskiego awangardowego klasyka,  to celowe symbole jakich użył Piotrowicz do swego przestawienia, jakby lalek w teatrze plastycznym symbolicznym o artyście w innym świetle swego ulubionego artysty – uwielbienie artysty dla artysty? – Podobnie tak samo jak na obrazie Van Gogh (obok Picassa w albumie) pomieszczona reprodukcja obrazu „Van Gogh maluje cyprysy” (1986). Dalej znów odniesienie do Goi „Saturn pożerający własne dzieci” – (1986 – olej płótno w depozycie Muzeum Narodowego w Poznaniu).  Taki tandem czas sztuki…     

    —Otóż omawiam dość szczegółowo zawartość albumu, ponieważ niegdzie go już nie można uświadczyć jak w Galerii Piotrowicza w Poznaniu spod lady… Jak się wydaje podróże artysty malarza to na pewno wielkie ambicje i spełnienie lub nie oczekiwań na autonomię. Czyli widzimy co zawładnęło częścią życia artysty. Kto wie czy nie przepłacił to życiem własnym(?) – Trzeba powiedzieć, że Sztuka ta pisana z dużej litery jest bardzo trudna do zdefiniowana, ponieważ nawiązuje wprost a jednak w inny sposób do autorytetów(?) – Obrazy które rozmawiają z klasykami, obrazy które obrazują w inny wolny niecodzienny sposób konfrontując się z rzeczywistością obecną…  to służy na pewno ku dalszej dyskusji(?)

        Oczywiście zbyt śmiały to rekonesans i niespotykany Jerzego Piotrowicza artysty niezwykłego, który obrał sobie za cel samotność okraszoną odwiedzinami u mistrzów w tym i tych literackich podróży. Z której musiał wrócić i po czasie zdystansować się na swój artystyczny sposób spokornieć(?) i na nowo wyjawić pewne nurtujące Go kreacje lub inaczej, może tylko w sposób teatralny? – bardziej wymowny, ale to na pewno zbyt wiele Go to kosztowało. Czy sztuką swą spłacił dług zaciągnięty u Boga. Tak kiedyś nieoczekiwanie na otwarciu za życia wystawy swej oznajmił jakby u kresu: „SPŁĄCIŁEM DŁUG ZACIĄGNIĘTY U BOGA” – Tu na pewno chodzi o dorobek, o zawartość dorobku uświęconego podróżami, wędrował jakby apostoł po ziemi z Biblia w tle. Na pewno spłacił talent i pomysł na kreację duchową i rzeczową, czyli wydobył oddał na zewnątrz metafizykę wewnętrzną tak jak umiał, czuł taką powinność i taki nie pisany obowiązek rozmowy obrazem. Obraz niejednokrotnie więcej mówi a jeżeli zapis literacki… A niewątpliwie był wierzący w to co widział i czuł odwiedzając konfrontował nie tylko z „Pismem Świętym”, choć nie podejmował tematów typowo sacrum „świętych” ale odkrył swój prapoczątek, chociaż nie malował postaci związanych wprost z Mesjaszem. Malował ten czas wcześniejszy(?) – Interesowała Go wędrówka jak dobrego pasterza lub tajemniczego apostoła odwiedzającego sanktuaria Sztuk.

    Zbyszek Ikona – Kresowaty

  • W PÓŁ DO PORTRETU (odsłona charakteru i psyche portretu)

    W PÓŁ DO PORTRETU (odsłona charakteru i psyche portretu)

        Ponieważ jako autor pomieszczam sporą ilość portretów w swoich tekstach, bo jak uważam jest to dodatkowy odręczny dokument wykonany własną ręką: malowany nakreślony w przeróżne sposoby -wiem, że powinienem coś konkretnego o tych kreacjach, obrazach osób, powiedzieć i ustosunkować się… dlaczego wtrącam w tekst portret? – Po pierwsze po to, żeby nie zapożyczać z internetu fotografii, bo są zastrzeżone, po drugie wizerunek osoby zazwyczaj jest podobny, zatem bardziej ceniony(?), ponieważ ukazuje psyche osobowe bez względu na twarz; uśmiechniętą (choć tego mało) twarz krzywą, doświadczoną, czy na swój sposób zmęczoną, czasem z dużymi bruzdami, inaczej kreacyjną, etc. ,bo to twarze osób różnych wykonane w przeróżnych konfiguracjach, najczęściej do połowy sylwetki, dlatego nazwałem ten mój tekst „W PÓŁ DO PORTRETU” – w pół dlatego, że przynajmniej połowa danej osoby jest wiernie ukazana – reszta to czysto artystyczna sprawa i układ. Po drugie: powstaje pytanie: Czy od portretu należy odróżnić studium fizjonomiczne? (malowniczy wizerunek charakterystycznej postaci), w którym ukazuje się nie konkretną osobę, lecz określony typ ludzki, np. zakonnika, urodziwą małą dziewczynkę, melancholijnego starca, mężnego rycerza, szlachcica w fantazyjnym stroju, itp. (tzw. tronies).    W tym chodzi także o uogólnione wizerunki danych profesji, przedstawienia różnych zawodów: uczony, literat, malarz znany lub mniej znany artysta, kupiec czy Żyd w kantorze, itp. te akurat nie muszą być portretami, jedynie obrazują scenę, są wtedy zaliczane do tematyki rodzajowej podobizn, po staremu konterfektu (fr. portrait; łac. protrahere mówi, że należy wydobyć na światło dzienne, wyjawiać, pokazać; contrafacere – naśladowanie – artystyczne wizerunku na różne sposoby; malarski, rzeźbiarski, graficzny, rysunkowy, konkretnej osoby lub grupy osób, ukazać fizjonomie zewnętrzne oraz podobieństwa, niekiedy cechy charakteru, wręcz psyche portretowanych osób lub zwierząt domowych tzw. pupilów.

    Trzeba tutaj wiedzieć, że portret ma swoją historię i przeznaczenie. Otóż najstarsze znane portrety, jeżeli wziąć pod uwagę rzeźbę i płaskorzeźbę, powstały w starożytnym Egipcie i Mezopotamii już w okresie Średniego i Nowego Państwa Egiptu. Zaczęły wtedy powstawać portrety psychologizowane, głównie z atrybutami postaci z korektą postawy i twarzy z atrybutami ich działalności… W Grecji wpierw powstał portret rzeźbiarski i zaczął pojawiać się w IV w. p.n.e., rozwój swój osiągając w tzw. okresie hellenistycznym. Natomiast w czasach cesarstwa rzymskiego wykształcił się typ portretu oficjalnego, często idealizowanego, wtedy też powstały liczne portrety malarskie, które były pokazywane wpierw w kościele jako ikony, później wizerunki i obrazy z sacrum, już w epoce baroku, wyszły one z kościołów do zamożnych ludzi. Natomiast w średniowieczu portret miał niewielkie znaczenie i często występował jako uzupełnienie wspomnianych scen religijnych, także w ikonach, bez uwagi na podobieństwo… Juz wtedy każdy Dwór miał swoich portrecistów, ich zadaniem było portretować wszystkich ważnych oficjeli. Natomiast pierwsze indywidualne portrety pojawiły się w XIV w. Nota bene w następnym stuleciu w Niderlandach wysoki poziom osiągnął portret realistyczny (taki z dokładnością fotograficzną) u J. van Eyck ’a, H. Memlinga czy Rubensa. A co ciekawe, że w tymże czasie we Włoszech powstaje moda na portrety profilowe. Jak widzimy w tamtych czasach rozwinął się portret na różne sposoby. Dziś po okresie AWANGARDY w portrecie stosuje się wszelką dowolność technik, nie ma reguł tworzenia portretu. Idzie o to, żeby jak najokazalej i najszerzej oraz treściwiej pokazać daną osobę, także abstrakcyjnie i w kolorze. Stosujemy dziś techniki dowolne począwszy od olejnego wizerunku po przez portret grafionem, grafitem, węglem lub pastelami, a najlepiej farbami olejnymi i temperami. Dziś, jak wspomniałem, wykonywane są portrety awangardowe z metafizycznymi rysami. Towarzyszą temu, lub są pomocne, opisy literackie poszczególnych postaci oraz ich zajęć i zawodów czy nawet zachowań… Dlatego tym bardziej takie portrety stają się ciekawsze i wolniejsze od reguł zupełnie oddzielne i oryginalne dla naszej epoki… Jest tutaj wtedy nieco zamazany lub skrzywiony wizerunek twarzy lub sylwetki celowo, ale skoro jest taki pożądany? – na pewno spełnia swoją rolę. Możemy sobie wyobrażać jak wyglądałby portret Picassa lub Dalego, lub innego kolorysty…

           Jakikolwiek portret, jak należy pojmować, jest tworem niezwykle szerokim i dzieli się na wiele gatunków, dzieli się ze względu na różne zewnętrzne czynniki. W pierwszej kolejności wydzielamy kilka rodzajów portretów, ze względu na pozę głowy. I tak mamy, na przykład, portret frontalny (en face), profil, półprofil, portret z twarzą, zwróconą w bok, ćwierć – profil (tzw. perdu). Następnie, kolejną kategorię wydzielamy w zależności od ujęcia postaci. Popiersie każde, wizerunek głowy, półpostać, portret do kolan, portret całej postaci oraz portrety siedzące, leżące lub konne, a nawet zwierzęce. Dzielimy portrety w zależności od ilości osób. W tej kategorii mamy pojedynczy, podwójny, potrójny oraz grupowy. Istnieje rodzaj portretów z danej okoliczności, okolicznościowych, w zależności od powodu tworzenia. Tutaj wydzielamy obrazy ślubne, pośmiertne – trumienne, asystencyjne. Ostatnie bywają charakterystyczne dla fundatorów, usytuowanych przy ołtarzu. Inne  to portrety religijne.

           Wyodrębnić z kolei należy portrety w zależności od pozycji społecznej: władcy, artysty, uczonego, a także męski, żeński oraz dziecka lub całej rodziny. W tej kategorii znajduje się także portret rodzajowy, na przykład robotnik przy pracy. W końcu mamy ostatnią kategorię portretów, podzielonych ze względu na sposób tworzenia. Tutaj wyodrębniamy portrety imaginacyjne, idealne czyli te namalowane w duchu panującej mody: fikcyjny, przerysowany, pozującego, realistyczny (oddający prawdziwe cechy modela), historyzowany, idealizowany.  

         Wymieniając rodzaje portretów dziś nie przestrzegane są te w/w podziały – panuje zupełna dowolność – podział należy do krytyki. Artysta nie martwi sie rodzajem portretu – robi swoje pod dyktando danego modela. Otóż wiem nie tylko ja, że każda twarz to wizerunek charakteru osoby i psyche, człowieka. Najbardziej ukazuje to portret twarzy malowany lub popiersie rzeźbione, także w czasach starożytnych na wiele sposobów. Jest to przede wszystkim tzw. wyrys psyche danej postaci. Dzięki temu znamy wizerunki epickie przeróżnych osób; cesarzy i koryfeuszy z czasów kiedy nie funkcjonowała fotografia. Czasem mówi się powszechnie „to ładny portret”, „to udany portret”, albo „to tylko monidło”, „to bardzo nieudany portret” lub „bohomaz”, etc. Tak mówi się w rzeczywistości różnie o wizerunku osoby sportretowanej – dobrze lub źle. Dla jednego odbiorcy portret udany może być nieudanym, dla drugich nieudany może być udany.

          Ja osobiście nigdy nie zamierzałem zostać portrecistą, jednak życie napisało swój scenariusz po szkole. Tutaj „macie wykonywać to co nakazujemy, a po szkole będziecie stosować własne racje” – Osobiście wykonałem niezliczoną ilość portretów osobom; napotkanym, poznanym, znanym i takim z którymi miałem poważną styczność w obcowaniu artystycznym…  Były to twarze przeróżne z rozmaitym wyrazem: twarz krzywa, piękna, z grymasem zachwytu lub poniżenia… Dziś z własnego ciekawego życia wieloletniego doświadczenia artystycznego wiem, że najbardziej udanych portretów żądają kobiety. Kobieta ma w naturze podobanie się i prezentację jak najszerszego spektrum własnych wdzięków ku nieoczekiwanej chwili, nie tylko przed całym rodem męskim, ale i kobiecym stanem. Dużo by tu prawić dygresji, mnożyć regułek, etc. Jedno jest pewne, w naszych bardzo ciekawych czasach zaistniała moda na portret, a nawet stał się on dość popularnym. Obserwuję to sam na swoim polu działania. Najlepszym tłumaczeniem jest zwłaszcza to, że dominuje chęć posiadania własnego portretu w domu. Kiedy odwiedza się moją pracownie plastyczną, przechodzi się przez hol schodami na piętro, gdzie wzdłuż wyeksponowane są różne portrety, znanych i mniej znanych osób charakterystycznych wizerunków, niektóre tzw. psychodeliczne z atrybutami im przynależnymi, inne jak mówią odwiedzający są tzw. „krejzi” z domalowanymi nakryciami głowy lub fryzurami. Portrety malowane pastelami czy farbami olejnymi to z rzeczy samej oczywiście inna kreacja osoby niż powiększone foto. Niektórzy chętni do portretu chcą go, ale śpieszą się i pozostawiają swoje foto z Dyplomu, inne fotki z portfela do tzw. „zgapienia”, bo czas ich goni i nie mogą nijak usiąść do pozowania, ale chcieliby – Oczywiście bywam wtedy w niezłym  zakłopotaniu, bo przecież do portretu staje się do portretu na co najmniej 2 godziny, zależy czy to ma być pastel czy olej? – Nie każdy sobie zdaje z tego sprawę, kiedy tłumaczę o co chodzi w portrecie nie bywa to zbyt zrozumiałe. A to szersze pojęcie, możemy stworzyć portret osobowy poety czy innej profesji twórcy literacki. Takim jest np. popełniony esej o jego twórczości z domieszką jego charakteru, możemy o kimś napisać monografię, to będzie także portret. Przekonałem się, że najlepsze portrety powstają ludziom poznanym osobiście, z którymi się obcuje jakiś czas, może być to osoba z innej epoki, o której się czytało i rozmawiało w środowisku, wtedy nie jest to wyrys czy malunek, ale opis zewnętrzno – wewnętrzny, czasem metafizyczny… Jednakże dochodzę do jednej konkluzji, że każda twarz człowieka, popiersie, pomnik to osobna opowieść, to księga charakteru… W XXI wieku szukam także wyrazu dla współczesnego portretu. Portret trwa od lat i może być lustrem dla każdego człowieka.

       Portret można nawet wykonać dla zwierzęcia, zwłaszcza domowego pupila. Możemy sportretować zjawę lub postać ze snu, lub w transie metafizycznym jak Witkacy, lub z opowieści kogoś kto kontaktuje się z naszą psyche. Chrystus Miłosierny odwiedził siostrę Faustynę, został namalowany w/g Jej przekazu przez Stykę, a później jako kopia Styki powtórzona przez profesora i wykładowcę na ASP w Krakowie Jana Chrząszcza (nieżyjącego obecnie wybitnego artystę) i umieszczony jako duży obraz na ołtarzu w Bazylice Miłosierdzia w Łagiewnikach pod Krakowem, wykonany przez autorytety stał się wiarygodny i prawdziwy(?). Portrety widujemy wszędzie nie tylko w muzeach, ale na wystawach, w zbiorach prywatnych, w domach, instytucjach kulturalnych. Portret to nasza historia, która otacza nasze życie i patrzy na nas jakby zza zasłony czasu.

        Jeszcze raz poczynię dygresję: jakże bylibyśmy ubodzy i w niewiedzy, gdyby nie malowano kiedyś osób i ich otoczenia osobowego, gdyby nie rzeźbiono ich twarzy. Pewnie nic szczególnego nie oznajmiam jedynie uzmysławiam to, żeby sobie rzetelnie zdać sprawę z tego faktu.

       Portrety dziś są bardziej czytelne, choć abstrakcyjne i w formie metafizyczne i tu jest pewien paradoks – chociaż zawierają więcej śmiałości zarówno w stylu pojęciowym jak i wykonaniu… myślę że dlatego właśnie są bardziej oczekiwane skoro historia malarstwa nadała nam mistrzów Picassa, Dalego, Hallsa , innych  przez ich  pryzmat postrzegamy postać człowieka na wskroś współczesnego i takim go malujemy…

       Portretowałem w różny sposób, bo zawsze mam przy sobie szkicownik i miękki ołówek. Tak było ze światowej sławy skrzypkiem Kenedym w Krakowie, kiedy siedział w kawiarni na rynku przy dużej witrynie, podszedłem i wystarczyło kilka kresek, żebym go miał uchwyconego „na gorąco” – po chwili zniknął. Oczywiście było też tak, że łapałem postaci nieznane na żywo, ciekawe charakterystyczne, jakby z innej epoki(?), siedzące koło mnie np. na którymś z pierwszych Festiwali Piosenki Polskiej w Opolu, oczy moje złapały wizerunek Agnieszki Osieckiej, powstał szkic, tak było z Niemenem i kilkoma innymi… Portrety powstawały z okazji tzw. „rozmów artystycznych” ( 76 spotkań) do moich trzech książek. Powstawało PORTRETOWISKO, album plastyczno literacki, gdyż uzbierało się multum wizerunków. Natomiast zaimek „wisko” znaczy coś więcej, jakby bardziej ogarnia przedsięwzięcie w multi grupę na przestrzeni 35 lat . Pomieściłem tu najciekawsze twarze w/g mnie. (320 stron w A-4 na papierze kredowym). Przecież większość tych osób znam – inne poznałem…

        Wiele osób portretowanych inaczej już odeszło na „wieczne wrzosowiska” – Otóż kiedy robiłem wywiad – rozmowę z pisarzem Julianem Stryjkowskim szkicowałem go długopisem, i tu ciekawostka: o ten portrecik upomniała się synowa pisarza, gdy syn pana Julina zmarł ona porządkowała całe archiwum. Ten rysunek był także dokumentem pomieszczonym właśnie w mej książce. Będąc z wizytą, w tym samym celu u pani Kiry Gałczyńskiej także rysowałem, czy u Ernesta Bryll, albo u Wojciecha Siemiona, czy Józka Barana, uchwyciłem Adasia Ziemianina dorysowując mu na głowie jabłko, prof. Michała Łesiowa, prof. Henryka Mikołaja Góreckiego w Zakopanem „U Sabały” na Krupówkach, nie wspominając o Mariannie Bocian – jej twarz  spracowana ciągle mi majaczy z długą lufką… rysowałem szkicowałem – sporządzałem tym sposobem jakby dodatkowy dokument(?).

    – Portretuję do dziś – to już taka moja przypadłość, portretuję wciąż dla czasopism różnych „Okolica Poetów”, „Migotania”… OP  prowadził Jurek Szatkowski przyjaciel Steda i Bruno Milczewskiego, Żernickiego… Tak! – Im wszystkim także trzeba było wykonać portrety psychodeliczne wizerunki współczesne – wiemy jak żyli i gdzie sie obracali… A jest tak, że czasem trzeba poczuć temat o danej postaci, pojąć opowieść o niej, zwłaszcza postaci z innej epoki, wtedy należy jakby „dopisać”, czyli domalować współcześnie pewne rysy np.  Nerona musiałem zrobić jako krwawego cesarza, namalować w/g epoki z zachowanego popiersia białego tamtej epoki, należało uwzględnić jego potworność i katastrofizm, wtedy portret wyszedł zjawiskowo, czego nie można było zrobić w czasach epickich z wiadomych powodów.

           Jeszcze jedna dygresja: Ezop sportretowany z czasów epicko starożytnych, jako artysta bajko – opowiadacz został wygnany z miasta daleko za krzewienie swoich niecenzurowanych opowieści jako bajek, (inne zapisy mówią o śmierci) które w treściach zawierały negatywy o władcach np. o Neronie, może nawet głównie o nim najwięcej. Oczywiście bajki miały swój cel – wypaczały zewnętrznie wizerunek tamtych despotów, a ukazywały czyny… Ezop jakby kreślił ich obraz wewnętrzny, choć bajki były przedstawiane np. za pomocą groźnych zwierząt lub potworów. Po przez to Ezop wierzył odbiorcy i nie wątpił w intuicję swego słuchacza, żądnego wręcz riposty na cesarzu mordercy i despocie…

    Zbyszek Ikona – Kresowaty

  • Medytacja czy sumienie?

    Medytacja czy sumienie?

            Wrocławski artysta Krzysztof Żelechowski, o którym się jeszcze niedawno dużo mówiło w kraju, odszedł w ubiegłym roku 2019. Piszę o nim i wspominam, bo to niewątpliwie artysta oryginalny i niezwykły; malarz, fotografik i parapsycholog, może nawet Mag(?), napewno przyjaciel innych wymiarów sztuki. Poznałem go przed laty, jako świetnego człowieka i żywego pracowitego artystę. Jego prace były obecne w Galeriach wrocławskich od samego początku. Pokazywałem katalogi z obrazami w Krakowie i Warszawie, chcąc żeby wystawił obrazy na Starym Mieście w Warszawie, wtedy w 2000 roku była przychylność szefów Galerii, np.pani Arent „Na Zapiecku” –  Będzie nam go brakowało Krztysztofa niezwykle przyjaznego. Przychodził na inne wystawy, na wernisarze, etc., dużo milczał.

                Wystawiał dużo poza granicami, na przykład podczas Biennal of Visual Experimental Alternative Poetry, Meksyk (1985, 1987, 1989), International Exhibition of Visual Poetry, Sao Paulo, Brazylia (1987), Internationale Mail-Art Austellung, Nurnberg, Niemcy (1988), Unita We Stand Mail Art Expo, Eeklo, Belgia (1989), Soviet and Eastern European Mail Art Show, Seattle, USA (1990), Post Office in the Forrest, Expo ’90, Osaka, Japonia (1990). Wiele jego prac zakupiono do prestiżowych muzeów, galerii i kolekcji prywatnych w kraju i za granicą, na The Nomad Museum, Lizbona (Porugalia), Galeri Vision, Skomakarg (Szwecja), The Museum of Instant Images, Chaam (Holandia). Jest bardziej znany za granicą niż w kraju. Prace jego mają swój rodowód, ciąg i pewną medytacyjną chronologię. Te obrazy to czas wędrowania naszej duszy wydobyty na powierzchnię światła. A może to sumienie myśli? – lub biblioteka wyobraźni cierpliwej? , stojąca na powierzchni natury ruchomego świata…

              Cóż, nie ma już artysty bardzo wyjątkowego Krzysztofa Żelechowskiego – pozostały fotografie prace plastyczne, płótna w Muzeach i zbiorach prywatnych, a także w zaprzyjaźninych ongiś Galeriach, pozostał tez niedosyt i niepokój oraz pytanie: Dlaczego?!. Kiedy odwiedzałem go kilka lat wstecz w jego pracowni na jednym z poddaszy Starego Miasta we Wrocławiu przy Teatrze Współczesnym, a pamiętam poraz pierwszy w roku 2000 ujrzałem prace niezwykłe i jedyne w swoim rodzaju, tak w kolorze jak i w formie. Później jeszcze kilka razy różnie go widywałem, nawet w jego domu, bywając także na jego wystawach, stykając się z nim na wernisarzach zaprzyjaźnionych innych artystów we Wrocławiu. Krzysztof Żelechowski rocznik 1952, po uzyskaniu Dyplomu w roku 1980 w Instytucie Wychowania Artystycznego na UMCS w Lublinie, w pracowni prof. Mieczysława Hermana, wziął sobie do serca świat niesłychanie zawiły i medytacyjny(?). To artysta samotnik pozostający zawsze bardzo osobliwie z sobą i specyficznie powiązany z naturą. Zaczynał malować obrazy na płótnie techniką olejną w formie senso – surrealistycznej prowadząc dodatkowo bardzo osobowy zapis literyczny (nie literowy) na poszczególnych kwadratach obrazów. Wykonywał także cykle oryginalnych i specyficznych collage, a wystawiał dość często… Zaprzyjaźniony z Galerią „M” i innymi współczesnymi Galeriami Wrocławia i nie tylko swego miasta rodzinnego. Natomiast w  kraju pokazywał obrazy w klimatach medytacji i przeżyć, pokazywał poezję swego życia, rozterki i nadzieje… np. w Galerii „Teatru NN” – Tym nie mniej od poczatku tudno było klasyfikować Krzysztofa, wciąż wymykał się, usilnie poszukiwał… nawiązywał do metafizyk przestrzennych, prowadził zapisy specyficzne bardzo obrazowe, które wołały nie tylko kolorami ale i formą…. W swoich pierwszych obrazach, jak pamiętam, domalowywał ptakom głowy ludzkie, innym zwierzętom jak ryby także, uczłowieczał swój świat naturalnie powiązany z sobą… Przybliżał i pokazywał, że wszystko co żyje wokół, do czego należy kosmos, jest jakby przypisane znakom cyfr i liter a nawet graficznym skrótom. „… Oto proszę spojrzeć jak wychodzimy rodzimy się z cyfr i liter, dostajemy w darze światło dzienne, kolor i wyrys przestrzeni…”

           Widzimy to nieustannie na jego obrazach, pokazywane na różne sposoby. Widzimy w dalszych poszukiwaniach pomieszczane fotografie własne i rodzinne oraz przyjacielskie na płótnach, jakby wpisane w jego senne medytacje. Tak! – to napewno medytacje, zapisy warte także sumienia. Poczatkowo jego malarstwo wydaje się wielkim skrótem kubistycznym? – później być może manieryzmem? – ale niewątpliwie to także sny i marzenia… To tworzenie pewnych korytarzy do wejścia w kosmos… Wpisywanie w naturę np. w jabłko konstrukcyjnych geomatrii, także na wyrysach ryb ich tułowiach. Nie do uwierzenia, że jest wiele ryb w tej twórczości, ryb przywołanych z głębin akwa, kolorów niebiańskich, czasem pastelowych, czystych ale zapisanych sprawami życia. Może to rachunki?, może długi ze sklepu, albo pożyczki za życia, a może godziny odjazdu i powrotu? do domu lub policzone schody do pracowni na trzecim pietrze kamienicy?

    Jednakże po zastanowieniu się naszej wyobraźni możemy dojść do pewnych konkluzji i dedukcji humanistycznych(?).

              Są to takie symbole, których obecność niepokoi i frapuje, są jakby zapisy i zaśpiewy z rejonów sennych na pograniczu magii. Kiedy ja np. pielęgnuję ich tajemniczość, pozwalam, by ich znaczenie było niepokojem do zapamiętania, wyrysy właściwe ruchowi co chwilę, co dnia zmienne.

        Jak pamietam Krzysztof czasem mówił: „teksty występujące w jego pracach na obrazach mają dwojakie znaczenie. Ich istotny sens wyczerpuje się w trakcie pisania na wolnych polach, są one pomocniczym instrumentem medytacji. Ważne miejsce w jego pracach zajmują fotografie, jedne z nich zostały wykonane w czasach dzieciństwa i dopiero po trzydziestu latach ujrzały światło dzienne. To takie wpisy osobne. Drugie to bieżące ilustracje moich działań, moich prac plastycznych, miejsc, w których bywam, mojego najbliższego otoczenia a także czasem autoportrety”.

         Wydaje się, że on wybitny artysta, jakby na dłużej i ambitnie inaczej zatrzymał się w sferze medytacji co założył od samego początku, kiedy opuścił pracownię mistrza Hermana w Lublinie – To obrazy, obiekty  niesłychanie kolorowe, soczyste, zaczęły się konkretyzować odrębnymi oryginalnymi kompozycjami, zamkniętymi w doskonałości geometrii, które zawierały w tle niesłychanie misterne opisy właściwe do odczytania osobom wtajemniczonym i samemu artyście, jakby to był rachunek sumienia(?). Wydaje się, że jest tu wszystko bardzo dokładnie przemyślane, a przy tym zbudowane intuicyjnie i bardzo zmysłowo, bywa czasem w otoczce erotycznej. Przecież erotyka żądzi sprawami świata! – Na swoich płótnach, a także dyktach, zachęca nas artysta do wpatrywania się w jego własne stany wyobrażni i metafizyki wewnętrznej. Widziałem przez jakiś czas w tej twórczości cyklami zwierzęta, malowane w bardzo uproszczony sposób, grubą, ciągłą linią centralnie, jakby stawały się dominującą figurą na obrazie, pomieszane z cechami ludzkimi. Na innych z kolei obrazach kwiaty, wykonane tą samą techniką, pomieszane są z częściami maszyn. Wszystko wręcz monolitycznie powiązane, zależne od siebie, współpracujące na dokładnie opisanej w tle powierzchni. Wszystko soczyście przenikające się w różnych odbiciach… Wydaje się, iż Żelechowski prowadzi swoje, medytacje w sposób ciągły, być możę chronoloiczny(?) – Kolejne cykle obrazów to kolejne stany świadomości(?), które ukazały się znienacka doczesnemu otoczeniu jako obraz tej zastanej rzeczywistości przełożony na język plastyczny. Do tych obrazów się podchodzi z ciekawością, chcąc jakby rozczytać płachtę wiadomości. Jednakże jest to zniezbyt proste, bo artsta szyfruje poszczególne treści wprowadzając dla widza i osbiorcy  pewien kłopot myślowy, czyli potrzebny jest tutaj czas.

               Artyście, jak się wydaje, przychodzi sięgać do prapoczątków świadomości i odgadywać lub odpowiadać na pytanie: „skąd jestem… dokąd zmierzam, o czym wiem…  nie wiem nic” – to ciagły stan pytań, czyli ciąg medytacyjny. Toczy się tu niewątpliwie pewnego rodzaju gra.

          Gra – medytacyjna w całym tego słowa znaczeniu, ale nie tylko. Kiedy za  jego życia rozmawiałem z nim o jego działaniach próbując odgadywać jego stany osobowe – potakiwał, pomrukiwał… kiwał głową i widać był zadowolony, że choć trochę wchodzę w materię misternych obrazów.

           Świat duchowy artysty styka się tutaj z brutalnością współczesnej techniki i cybernetyki, gdzie siłą rzeczy w jakiś przedziwny sposób następować musi przewartościowanie osobowości człowieka, co jest stale obecne w pracy umysłu, w jego fizycznych gestach, działaniach, pełnych siły. Żelechowskiemu nie jest obcy otaczający go kosmos, z pewnością chciał, jak każdy artysta, na swój sposób pokazać bardzo jaskrawo

    problem, poruszając duszę człowieka myślącego wręcz szukając jej. Na obrazach Żelechowskiego w pewnym okresie czasu bardzo wyraźnie widać było; śrubo – koty, kluczo – kwiaty, myszo – maszyny, zębo – owady, frezarko – psy… Tak też pisali krytycy śledząc poczynania tego artysty we Wrocławiu. Tutaj świat zmiksowanych kolorów jest tylko pozornie wymieszany. Wymieszany jedynie soczystością i świeżością, co świadczy o ciągle pierwotnych odczuciach artysty i jego wrażliwej reakcji na otaczający czas, którego stał się sumieniem nieświadomie…

             Ten wielowymiarowy świat, zderzony ze sobą i innymi imaginacjami czasem nałożony poziomami obraca się w jakimś niezbadanym kręgu wciąż odkrywczej Sztuki, przez medium samego artysty, który podchodzi do swego dzieła jak nagi kapłan. Jednak Żelechowski jest niesłychanie drobiazgowy, a przez to uczciwy. Artysta tworzy w ten sposób świat ruchomych przestrzeni niezwykle skomplikowanych(?). Malarstwo takie jest jakby wizą do kosmosu i z pewnością można je wysłać promem kosmicznym w taką pozaziemską przestrzeń jako świadectwo i wizytówkę naszej egzystencji obecnej na Ziemi.  

        Tutaj warto zwrócić uwagę na traktowanie tła w tych płótnach. Ich zapisana przestrzeń staje się gęsta, ale i ulotna niczym dusza człowieka, bo Żelechowski niejednokrotnie umieszcza w tej przestrzeni swoje zdjęcia jako dziecka, lub innych wydarzeń czasu ze swojej przeszłości. Ten zapis wspomnień stanowiących bagaż wyobraźni to istotna część tożsamości. Artysta jeszcze raz zderza w ten sposób w przestrzeni obrazu przeszłość z przyszłością, mówiąc zarazem jaki jest nasz aktualny ogląd czasu, czuwając jak anioł świadek naoczny wyobraźni. Tutaj napewno Krzysztof staje się medium, ośrodkiem łowiącym z przestrzeni pewne znaki, których jest multum wokół. Ale i jednoczesnie mówi wyraźnie, że jeszcze wszystko nie jest odkryte, że on jeszcze nie stoi tam, gdzie powinien. Że istnieją gdzieś światy niesłychane i mistyczne, że ta rzeczywistość niekoniecznie jest taką jaką widzimy oczami. Dlatego artysta zamiast kości ludzkich używa kluczy technicznych, zamiast mózgu – łożyska toczne, a koła zębate są czasem stawami międzykostnymi i częściami układów nerwowych. Człowiek zmieszał się z tym, co fizycznie wydobył na powierzchnię, po to aby wymieszać się z przestrzeniami… a także odchlanią wiedzy. Na obrazach widzimy np. wyrysy drzew jakby wyciete z materiałów płaskich z blach lub dykt i wklejone w postaciowość życia bardzo brutalnie. Widzimy pasy i klamry, patrzymy na mechniczną gruszkę i dziwne samoloty latadła zawieszone w przestrzeni jakby powiększone bakterie z kosmosu, widzimy meteoryty ich kształt i zawartość z bakteriami… wiszące wahadla i cyrklowe nóżki konstrukcji, etc.

            Cel – wysłać się w ten sposób gdzieś na koniec świadomości lub wieczności, gdzieś w Herbertowskie złote runo nicości, i może tam zaistnieć – ? – kodyfikując ostatecznie swoją naturę to iście odwaga!

        Taka estetyka pojmowania świata uczłowieczonego jest zaskakująco odkrywcza. Żelechowski bada i prześwietla świat przez swój doczesny byt ziemski. Artysta w rzeczywistości jest małomówny, raczej zamknięty w sobie, oszczędza słowa, wydobywa je bardzo sporadycznie…

             Stykając się z twórczością tego artysty słychać dźwięki, (ale nie zgrzyty), słychać echa, odbite uderzenia w instrumenty(?), bulgoty wieloryba, kapanie kropel wody z kranu – Artysta funkcjonuje w wieloistnym świecie ruchu i dźwięku, natomiast zapis obrazu jest tylko zapisem ułamku z czasu. Stoi twórca zawsze w środku jako medium, odkrył już bardzo wiele dla swej sztuki. Zapisuje czas jak czuje i nie wątpi w intuicję swego odbiorcy. To niezwykle oryginalny Poszukiwacz, badacz(?) – a nawet  wzięty podróżnik przestrzeni… Wystawiał bardzo dużo – więcej poza granicami niż w kraju. Ta oryginalna Sztuka malarska jest istną poezją wielowymiaru…

     Zbyszek Ikona – Kresowaty

  • MYŚLEĆ W KAMIENIU (Wspomnienie o Auguście Zamoyskim, artyście rzeźbiarzu)

    MYŚLEĆ W KAMIENIU (Wspomnienie o Auguście Zamoyskim, artyście rzeźbiarzu)

         Przede wszystkim był artystą rzeźbiarzem eksperymentatorem ale i skandalistą oraz celebrytą, choć to słowo w latach dwudziestych nie istniało. Przez całe życie „robił” w różnych zawodach, a najwięcej w kamieniu, rzeźbił także w drewnie, rysował, malował obrazy, głównie portrety, zrobił nawet autoportret z żoną (którą przywiózł z Niemiec).

          Wspomnijmy, że August Zamoyski w 1912 roku za namową rodziców podjął studia prawnicze we Fryburgu, wiadomo, że  jednocześnie studiował filozofię w Heidelbergu. Od samego początku był człowiekiem kreatywnym i przedsiębiorczym, ale i niespokojnym, poszukującym uparcie swego miejsca… Trzeba wiedzieć, że na początku I wojny światowej Zamoyski dostał się do obozu niemieckiego, ale dzięki ciotce w Niemczech został przeniesiony do szpitala oficerskiego w Berlinie. To w Berlinie August Zamoyski poznał swoją pierwszą żonę – Ritę Sachetto – włoską tancerkę. Ponieważ był człowiekiem, którego ciągnęło do sztuki i do piękna, zauważył ją szybko, chodząc po miejscach dobytku rozrywki. To tutaj ogarnęła go pasja rzeźby, a przecież było to właściwe jego ukryte pragnienie… Wreszcie zaczął się spełniać(?). Z kamieniem zetknął się dużo wcześniej rzucając mu wezwanie, jako pracownik fizyczny w zakładzie kamieniarskim w Berlinie. Tu pracował fizycznie nie tylko jako kamieniarz, ale i snycerz, a wieczorami ganiał do Formistów na kursy rysunku z aktu, była to szkoła Lewin-Funke. Natomiast w snycerskim warsztacie, gdzie pracował, robił takie małe formy rzeźby, także dla siebie i dużo eksperymentował. Snycerstwo jest uzupełnieniem rzeźby w drewnie, wymaga ekwilibrystyki – to go nie zadowalało, bo nie miało swej formy ani figury. Ale tutaj w Berlinie dostrzegł go całkiem przypadkowo Joseph Wackerle (wykładający w berlińskiej Kunstgewerbeschule) i także zaproponował mu pracę u siebie. W 1917 pracując nadal dla Wackerlego przeniósł się do Monachium. W trakcie pobytu w tym ciekawym mieście poznał przypadkowo Stanisława Przybyszewskiego i dzięki niemu nawiązał kontakt z poznańską grupą ekspresjonistyczną „Bunt”, do której oczywiście jako buntownik szybko wstąpił. Z Berlina pojechał do Francji, wracał także do Polski.

             Wszędzie jeździł na rowerze, opasany dętkami wokół tułowia… Życiorys bardzo bogaty hrabiego Augusta mówi, że urodził w roku 1893 i obrazuje jak kolejno zmagał się z bytem, pokazuje jak zmieniał otoczenie i stawał się… znanym artystą, a to dzięki upartości swej pracy oraz kreatywności, a także odwadze podejmowanych tematów…

               Oto jak arystokrata został rzeźbiarzem awangardowym. Mówiono dużo o nim, plotkowano, że nie straszny, zwłaszcza w późniejszej drodze artystycznej, był mu brak pieniędzy. Parł do przodu, można powiedzieć metaforycznie, nie cofał sie przed własnym napletkiem. Pieniądze topił w budowie swej posiadłości w Jabłoniu oraz obdarowywał nimi swoje żony, a miał ich przecież  kilka. Nie pił alkoholu. I chociaż był kreatywny i miał niespokojną duszę, jednak dla równowagi – cenił czasem ciszę i samotność, podziwiał otaczającą go naturę, udając się w plenery, a nawet eskapady rowerowe. Był upartym sportowcem kulturystą – ćwiczył, non stop, był doskonale umięśniony co przydawało mu się w operowaniu przecinakiem i młotkiem, (trzeba wiedzieć, że kiedyś nie było narzędzi zmechanizowanych jak dziś, na kucie granitu i na prawdę ciężko trzeba było wywijać w kamieniu prostymi narzędziami – on nie bał się tego wezwania). Zamoyski był niezwykle barwną postacią. Trzeba pamiętać, że rzeźbił w drewnie tylko w okresie formizmu. Uważał drewno za zbyt miękki i mało szlachetny materiał dla rzeźbiarza. Trzeba stanowczo powiedzieć, że to kamień stał się dla niego wyzwaniem, z którym chciał się mierzyć do końca i coś osiągnąć. Tłumaczył, że „opór granitu budzi prawdziwą wolę, a powolna glina usypia…” – Dlatego dbał o tężyznę fizyczną, dzięki której mógł, jak wspomniałem, dłutem ujarzmiać kamień. Uprawiał wiele sportów, nie tylko jazdę na rowerze – regularnie biegał, jeździł na nartach. Natomiast do historii przeszedł jego zakład z 1925 r. z pewnym Argentyńczykiem o przejazd rowerem z Paryża do Zakopanego z określoną liczbą dni. Zamoyski wygrał zakład, zaś uzyskane środki finansowe pozwoliły mu na dostatnie życie przez kilka miesięcy. Resztę przeznaczył na cel charytatywny. W tym samym roku zdobył pierwsze miejsce w biegach narciarskich na 30 km. Co ciekawe! – zachowały się też archiwalne zdjęcia z Paryża, na których widzimy rzeźbiarza uprawiającego jogging na Polach Elizejskich.

          Wciąż trapił go granit, wiedział, że kamień to trwały materiał i jego uosobione rzeźby zostaną na wieki. Od początki rzeźbił, jak na pierwszy rzut oka, bardzo skomplikowane formy, splecione postacie, głowy ludzkie wykrzywione twarze i torsy, lub powiązane postaci w skręceniu w przestrzeni… Pamiętał jednak, że musi być oryginalny i jedyny w tym co robi. Chciał zostać światowej sławy artystą i robił różne rzeczy, nawet te wyczynowe i skandaliczne, żeby temu podołać i żeby było głośno o nim. A co ciekawe, być może dziwne i bardzo odległe od pracy w rzeźbieniu;  Gucio przez jakiś czas zajmował się nawet hodowlą bydła, kiedy przebywał w Brazylii, ale i tu zamaszyście w międzyczasie rzeźbił, eksperymentował w kamieniu. Jako człowiek światły, oczytany z kontaktami międzyludzkimi i środowiskowymi był znakomitym obserwatorem rzeczywistości i otoczenia. W Brazylii nie zagrzał miejsca było to 2 lata, zostawił wiele rzeźb. Oczywiście wiedząc, że jest za daleko od świata kultury, od mekki Kultury Paryża, gdzie właśnie wtedy rodziła sie nowa sztuka, szybko nastawił się na powrót do Europy. A trzeba wiedzieć, że bardzo opowiadał się za wszelkim przeobrażeniem sztuki i życia… Jak wiadomo zaraz po pierwszej wojnie światowej dostał się do Francji, gdzie najął pracownię i ciężko pracował, także w kamieniu, nawet czasem w drewnie z zamówieniami. Tu kontaktował się z koryfeuszami malarstwa i rzeźby, chcąc się wpisać w ich kręgi, wykonał tutaj wiele rzeźb awangardowych w nowej formie i sposobie wolnego myślenia, to się podobało, czasem zadziwiało.  Francja dała mu to, że został doceniony i bardziej znany, co udzieliło się także na Nowy Jork, ale po rozeznaniu, to miasto mu nie odpowiadało. Jak już wspomniano i warto, jako ciekawostkę wspomnieć, że w roku 1920 August Zamoyski przejechał na rowerze 2928 km. (czyli 130 km. dziennie) do Zakopanego z Paryża. Było to, jak się zdaje, kardynalne upieczenie „dwóch pieczeni na jednym ogniu”, ponieważ był to zakład z pewnym Argentyńczykiem. Zamoyski zdeklarował się, że przejedzie na rowerze z Paryża do Zakopanego – a słyszał o tym, że tu w Polsce w Zakopanem także, powstaje prawdziwa awangarda polska, nie tylko nowej sztuki, ale i kreacji, etc. i nie mylił się! – Wykorzystał ten moment znakomicie, tym bardziej, że zyskał większą kwotę pieniędzy co starczało mu na dłuższy okres życia, resztę przeznaczył na cel charytatywny.

          Tutaj w Zakopanem poznaje dalszych członków tej wolnej niezależnej formacji wraz z Leonem Chwistkiem, Tytusem Czyżewskim i Stanisławem Ignacym Witkiewiczem, współtworzy z nimi grupę Ekspresjonistów Polskich”, która wkrótce przyjęła nazwę  Formistów. Natomiast trzeba wspomnieć, że w 1929 roku artysta już wybitny był głównym organizatorem wystawy Sztuki Polskiej w Paryżu, czyli promował wolną sztukę polską za granicą. Był także animatorem i człowiekiem myślącym na wskroś przyszłościowo, bo wspomnieć należy dygresyjnie, że będąc jeszcze w Brazylii założył tam i prowadził szkoły rzeźby w Rio de Janeiro i São Paulo.

           Natomiast w 1956 roku przyjechał do kraju i wygłosił szereg odczytów o swoich doświadczeniach rzeźbiarskich i teorii rzeźby. Do Polski przyjeżdżał jeszcze kilkakrotnie w latach 1963–1964, np. po to aby wybrać młodych polskich rzeźbiarzy na Stypendium do Francji. Mniej więcej w tym czasie odwiedził go w jego posiadłości znany pisarz Jarosław Iwaszkiewicz, który słyszał o Gustawie Zamoyskim, jako wybitnym artyście kreatywnym i awangardowym rzeźbiarzu, wiedział o jego sportach i wyczynach rowerowych, widział go na fotografiach w podkoszulku i szortach – jak to! – i to jest artysta?! – to umięśniony sportowiec? – a on już był artystą rzeźbiarzem, wybitnym i bardziej znanym za granicą niż w Polsce. Jarosław chciał go bardzo poznać bliżej osobiście… Po Jarosława Iwaszkiewicza Gustaw wysłał konną dwukółkę na dworzec PKP w Parczewie. Zaprzęg przywiózł Iwaszkiewicza pod posiadłość w Jabłoniu – Zamoyski ostentacyjnie witał Jarosława i głośno dobitnie pytał; dlaczego nie przyjechałeś na rowerze? – przecież to tylko 175 kilometrów z Warszawy!

                 Jak wiemy, Ministerstwo Kultury i Sztuki postanowiło zorganizować Augustowi Zamoyskiemu wystawę pośmiertną 6-go grudnia 2019 roku w Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie. Wystawiono wtedy rzeźby zakupione we Francji, Brazylii, Niemczech – razem 89 rzeźb. To była imponująca wystawa, choć złośliwi pisali i mówili dużo i nic – sic! że na wystawie było wszystko, tylko nie August Zamoyski… Pokazano tu między rzeźbami wiele rzeczy z normalnego życia artysty, także; fotografie, dokumenty artysty, rysunki, podarunek od Tytusa Czyżewskiego nadszczerbiony zębem czasu portrecik Tytusa, były rzeczy od Witkacego, etc. Wystawa pokazała nie tylko znakomitego rosłego uznanego rzeźbiarza w pracowni, czy wśród bohemiastych zakopiańsko-paryskich przyjaciół, ale też foto chłopca utytego 7-latka, ale i zaraz obok dorosłego postawnego przystojnego mężczyznę, głównie uwiązanego roweru. Pokazano dokumenty nietypowe, takie jak legitymacja profesora nadzwyczajnego Politechniki Warszawskiej, czy licencja na broń, a dokładnie na sztucer dubeltówkę, rewolwer, bilety wizytowe oraz bardziej konwencjonalne eksponaty, to znaczy inne pamiętniki, osobiste, notatniki, szkice, rysunki, rękopisy artykułów w tym publikacji „Au-delá du formisme” wydanej już 5 lat po jego śmierci. Jak wiemy August Zamoyski zmarł w 1975 roku, tutaj pokazano także książki i pisma, które Zamoyski ilustrował, m. in. „Zwrotnicę” Tadeusza Peipera.

               Wykonywał, mówiono jak na tamten czas, rzeźby nierzeźby, Trochę podzielił los (w krytyce) Katarzyny Kobro, gdyż była ona znana także za granicą – uprawiała podobna formę rzeźby, lecz miała swoją teorię – „…rzeźba istnieje tylko w przestrzeni…” – mówiono o niej i pisano także w klimatach metafizycznych – nie rozumiano jej twórczości, podobnie było z Zamoyskim w kraju. Natomiast Zamoyski, czyli „Gustek”, jak go nazywano, nie miał teorii dla swej rzeźby – one czasem się różniły, jakby wskazywały każda inny okres powstania, zarazem i formę, jakby niektóre  nie były jego, artysta działał także  pod wpływem impulsu, pod wpływem chwili i napięcia, rzeźbił szybko… niejednokrotnie  eksperymentował, prywatnie wszczynał skandale, jako wolny, znany artysta, zapraszany celebryta w różne miejsca.  Na przykład czasem w kłótni, czy kontrowersjach zakładał się o „furę dolarów”, kiedy je miał, a u artysty znanego szarmanckiego to chwilowe…  Trzeba także poczynić dalszą dygresję co do jego zainteresowań prywatnych; Próbował pracować także w filmie – kręcił szalone filmy z Mark Chagallem i Witkacym. Artysta znał swoją wartość i nadużywał wykrzykników… W życiu swoim miał cztery żony! – bił także rekordy rowerowe. Niezależnie od tego, czy mieszkał w Zakopanem, Paryżu, Rio de Janeiro, bez pardonu brał rozwód z poprzednią żoną, i od razu ślub z kolejną. Czy Zamoyski był kobieciarzem? – ale ściągał bez przeszkód do pracowni na przemiennie modeli i modelki do pozowania. Był niespokojną duszą i kreatorem, był owładnięty szaleństwem, nienasycony życiem poszukiwawczych ciekawych chwil i miejsc.

           Wystawa poświęcona Augustowi Zamoyskiemu i jego rzeźbie oraz pamiątkom, zorganizowana w Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie w 2019 roku pod nazwą „Myśleć w kamieniu”  była nieco rozdygotanym obrazem artysty, gdzie pomieszano wiele rzeczy, zaaranżowano tym jego charakter, jego uniesienia, niepokoje i słabości oraz jego głównym dokonaniom, także takiej pozornej niespójności, co obrazuje jego styl życia i bycia, ale rzeźba była fenomenalna – wystawa trafiona! – Mnie przypominała, powtarzam się,  artyzm rzeźby Kobro, czasem wyjątkowo, w niektórych rzeźbach, styl z rosyjskiej szkoły supremy… Ta wystawa to cały tamten August Zamoyski, pokazany w nowym świetle, odkryty na nowo, to jego duża sylwetka, sława i rozterka…

           Trzeba wiedzieć, że August Zamoyski zdobył jednak w Polsce uznanie krytyki i publiczności już pod koniec drugiej dekady XX w. Natomiast w czasach PRL-u dostęp do jego dzieł, jak wiemy, był utrudniony, bowiem artysta tworzył na emigracji we Francji i w Brazylii i tam pozostawała większość jego prac. Nawet nie pomagało, w ściągnięciu eksponatów celem wystawy rzeźb, jego arystokratyczne pochodzenie. August hr. Zamoyski jest bardzo ważną postacią w historii polskiej rzeźby, bo tworzył wśród Bohemy za granicą w największym wówczas centrum Kultury i Sztuki na świecie, dlatego przez wiele lat historycy sztuki i muzealnicy – zarówno z Muzeum Narodowym w Warszawie, jak i Centrum Rzeźby w Orońsku, czy Muzeum Literatury w Warszawie – wszyscy oni z Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego starali się na różne sposoby aby jego dzieła wróciły do Polski. Trzeba było je odkupić. Artysta podkreślał, że zawsze tworzy z myślą o swej ojczyźnie. Wielokrotnie dawał temu wyraz w listach i pamiętnikach. Stąd to wszystko, ta różnorodność na w/w wystawie.

             Zamoyski pisał: „Wszystko, co wyrzeźbię, należy do państwa polskiego. […] jest własnością moralną, narodową…”. Co ciekawe nie zostawił po sobie jednak testamentu, ale zawsze pragnął, aby cała kolekcja rzeźb znalazła miejsce w Muzeum Narodowym w Warszawie – Tak też się stało, gdy zakupiono eksponaty i rzeźby przez ministerstwo, i urządzono wystawę retrospektywną spełniło się jego pośmiertne marzenie. Na wystawie były rzeźby jakich nikt dotychczas nie oglądał współcześnie w Polsce w XXI wieku. – To wspaniałe osiągnięcie dla Kultury!

       Zbyszek Ikona – Kresowaty

  • Bardziej Paryżanka Boznańska?

    Bardziej Paryżanka Boznańska?

    Przedstawicielka modrenizmu Olga Boznańska, uczyła się malarstwa Kazimierza Pochwalskiego, a także na Kursach Malarskich im. Adriana Baranieckiego w Krakowie. Później, kiedy mocno wydoroślała, szybko uznała, żeby cokolwiek osiągnąć, trzeba wyjechać i z kraju w znane środowiska malarzy. Tym sposobem w roku 1886 udała się do Monachium, gdzie istniało duże skupisko malarzy, w tym i polskich. Pojechała niezależnie,  żeby kontynuować  naukę malarstwa sztalugowego i rysunku, który uprawiała od wczesnego dzieciństwa. Szkoły monachijskie były w apogeum. Był to okres bardzo trudny społecznie, budząca sie emancypacja, kobietom zabraniano wstępu do Akademii Sztuk Pięknych, zatem żeby nie próżnować kształciła się prywatnie  w monachijskich szkołach u Karla Kricheldorfa i Wilhelma Dürra.

           W 1896 zrezygnowała z różnych nauczycieli, którzy brali duże pieniądze za naukę i wynajęła odważnie własną pracownię. W tym samym roku po raz pierwszy wystawiła w Paryżu swój obraz.  Robiąc na przekór, tamtemu okresowi, jako wytworna dama, który tępił emancypację, mimo wszystko  zaczęła wystawiać swoje prace w: Monachium, Warszawie, Berlinie, Wiedniu. Przez jej upór i pracowitość, dwa lata później nadeszły pierwsze sukcesy, szybko zaczęła być doceniana w szerszym środowisku artystycznym i odnosić duże sukcesy i uznanie środowiska. Na początku w Monachium, a później w Krakowie, gdzie zadebiutowała po wystawach zagranicznych, w krakowskim Towarzystwie Sztuk Pięknych. A był  to okres Młodopolski. 

           Później prezentowała swoje prace na dalszych wystawach w kraju, Europie a nawet w Stanach Zjednoczonych oraz m.in. w Berlinie (1892, 1893, 1913), znów w Monachium (1893), Pradze, Londynie i Paryżu (1896), Carnegie Institute w Pittsburghu (1901, 1906, 1907, 1920-28), Wiedniu (1902, 1908), Amsterdamie (1912) i Wenecji (1910, 1914, 1938). Jako artystka malarka Olga Boznańska została wielokrotnie uhonorowana różnymi prestiżowymi Nagrodami. Zadziwiała swoim stylem i niezwykłą  dojrzałością, klarownością w poglądach i stanowczością, co do technik malarskich, którymi się oryginalnie posługiwała, których bardzo broniła gdziekolwiek…

    „Na pierwszy rzut oka”mylono jej styl z  impresjonizmem. Jednakże nie miała z tym kierunkiem nic wspólnego, chociaż pod kilkoma względami być może tak np. z Augustem Renoirem(?) A może więcej z powstającym stylem kapistów? – Krytyka wciąż doszukiwała się w jej malarstwie jakichś wzorców. To ją irytowało… kiedy sama stworzyła sobie swój styl. Wyjechała na jakiś czas  do Wiednia, gdzie w Galerii Cesarskiej kontemplowała z zachwytem obrazy Velazqueza i innych bliskich jej artystów o europejskiej  i światowej sławie uznanych. 

    Poczynić tutaj trzeba dygresję: Jak oglądamy obrazy Olgi Boznańskiej na pierwszy ogląd wydaja się, że to impresjonizm lub koloryzm. Tyle, że jak sam słyszałem na wystawie w krakowskich Sukiennicach na piętrze, kolokwialnie szepty, ze to mazaki. Jednakże, gdy oddalimy się od obiektu kilka metrów, wyłania się znakomicie oddane dzieło w wielo korowym anturażu. Boznańska w tym stylu własnym była mistrzynią, bo próbowano ją naśladować, a to zazwyczaj się nie udaje. Malowała przede wszystkim portrety, została wielką portrecistką. Był okres, ze miała wiele zamówień, i to od znanych nazwisk. Jednakże nie wszystkie przyjmowała do realizacji, raczej sama wybierała swoich statystów lub proponowała portret twarzy ciekawej  samorodnie.

          Natomiast jej ukochanym kolorem był niepozorny, wydawałoby się wręcz „bezbarwny” — kolor szary. To bardzo ciekawe, bo okres młodopolski charakteryzował się dużą kolorystyką, a u niej całe życie to tajemnica szarości, w którym, co bardzo rzadkie, odnalazła niesłychane bogactwo odcieni, mieszając  szarość z bielą cynkową, dało to gamę tonów lekko zimnych powiązanych  ze środowiskiem i kolorów ciepłych, zgrzebnych i wytwornych, wyciszonych i ekspansywnych.Artystka za cel obrała sobie uczestnictwo w wielu wystawach, odwiedzała wystawy innych malarzy, kontemplowała i porównywała, lecz jedynym miejscem, gdzie czuła się u siebie była jej własna pracownia.
    Byłaprzecież portrecistką, przyjmowała ludzi, w każdym razie to właśnie portrety przyniosły jej największą sławę.

           Pracowała głównie w pracowni w Krakowie przy ul. Piłsudzkiego 21, a w późniejszym okresie w Paryżu blisko Monmarkt, gdzie mieszkała i miała pracownię autorską. Z czasem coraz częściej, zamiast na płótnie, malowała na lekko zagruntowanej tekturze, dzięki czemu uzyskiwała efekt matowości, która pozwalała jej na wyrafinowane efekty kolorystyczne. To było jej poszukiwanie, a ten styl osiągnęła sama.

    Wystarczy wspomnieć, że za portret malarza Pawła Nauena otrzymała z rąk arcyksięcia Karola Ludwika w Wiedniu złoty medal, a w Londynie za portret miss Mary Breme – wyróżnienie. W 1896 Jury paryskiego Societe des Beaux-Arts przyjęło na wystawę jej obraz.

    – Po tych sukcesach dostała propozycję objęcia katedry malarstwa na wydziale kobiet w krakowskiej Szkole Sztuk Pięknych, którą odrzuciła, uznając, że mało w niej nowoczesnego podejścia do dzieł, choć to okres młodopolskich malarzy. Poza tym zamierzała dużo wyjeżdżać np. na stałe, co ukrywała, do w/w Paryża.

    W 1898 przeprowadziła się do Paryża. W tym też roku została członkiem Towarzystwa Artystów Polskich „Sztuka”. W tym samym roku urządza pierwszą indywidualną wystawę. W 1900 roku na wystawie w New Gallery w Londynie dostała złoty medal. Na Wystawie Światowej w Paryżu otrzymała znów wyróżnienie. Tego samego roku doszło do zerwania jej długoletniego narzeczeństwa z malarzem Józefem Czajkowskim. W 1901 po raz pierwszy wystawiała w Pittsburghu. Natomiast rząd francuski zakupił jej Bretonkę i Portret panny Dygat do państwowych zbiorów sztuki. Została członkiem Société Nationale des Beaux Arts. Uczyła w Académie de la Grande Chaumière.

    Carnegie Institute w Pittsburghu przyznał jej srebrny medal. A co bardzo ciekawe, że w 1912 roku na wystawie w Pittsburghu, wraz z Claude’em Monetem i Augustem Renoirem, reprezentowała Francję. W Amsterdamie na międzynarodowej wystawie zdobyła srebrny medal. W 1914 warszawska Szkoła Sztuk Pięknych zaproponowała jej stanowisko profesora. W 1923r.  ponownie reprezentowała szkołę francuską w Pittsburghu wśród takich artystów jak Pierre Bonnard czy Maurice Denis.

             Jednakże sława Olgi Boznańskiej powoli malała. Dlaczego? – Miała coraz mniej zamówień na portrety. W 1932 po raz ostatni przyjechała do Krakowa z Paryża. W 1937 na Wystawie Światowej w Paryżu otrzymała Grand Prix. Na weneckim Biennale w 1938 sprzedała pięć obrazów, w tym Portret pani Dygatowej, który zakupił król włoski. Był to jej ostatni sukces. Dwa lata później umarła.

    Ciekawostką jest fakt, że kiedy po śmierci znaleziono ją w paryskim mieszkaniu blisko Mont Marte przyjaciele ujrzeli straszną scenę. Artystka miała  uszkodzona twarz, jak stwierdzono od nadgryzienia mysz. Myszy, których nie brakowało w jej mieszkaniu, po prostu  zjadły jej dużą część twarzy i dłoni, kiedy ciało zaczęło sie psuć.  Umarła jako zapomniana przez środowisko i przyjaciół w nędzy i niedocenieniu. Myślano, że przebywa w Polsce.

          Natomiast w Krakowie Boznańska mieszkała w domu przy ul. Piłsudskiego 21, w którym miała cały czas własną pracownię, gdzie czasem wracała z podróży i Paryża, o czym informuje umieszczona na budynku tablica pamiątkowa; budynek jest obecnie własnością Muzeum Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Natomiast w Kielcach jej imieniem nazwano jedną z ulic.

            Olga Boznańska była wybitną malarką, która samodzielnie swoim uporem i intuicją, doszła do sławy, przedzierała się przez trudny okres powstawania emancypacji w sztuce…  Artystka stworzyła swój styl, namalowała wiele portretów, w Polsce artystom młodopolskim, nawet Wyspiańskiemu, z którym się przecież przyjaźniła. Inne obrazy, to także kwiaty, a także wnętrza mieszkań i swej pracowni. Powstało z jej ręki wiele dzieł, nie wszystkie skatalogowano. Lubię Olgę Boznańską.

     Zbyszek Ikona – Kresowaty

  • AWANGARDA POLSKA A TWÓRSTWO KOBRO

    AWANGARDA POLSKA A TWÓRSTWO KOBRO

    „Wierzyła, że sztuka może zmienić przestrzeń. Nie bała się nowatorskich form, które wykraczały poza ustalone ramy. Odważna, butna i nieustępliwa. Najzdolniejsza z młodych rzeźbiarek…” – Tak mówił o Katarzynie Kobro, Władysław Strzemiński, przyjaciel życia, a później jej partner życiowy i mąż oraz ojciec ich córki Niki.

          Jedyna z najwybitniejszych rzeźbiarek Polski okresu dwudziestolecia międzywojennego, urodzona 26 stycznia 1898 roku w Moskwie. Wybitna i oryginalna artystka rzeźbiarka powstającej ówcześnie szkoły „polskiej rzeźby”, współczesnej międzywojnia. Uznana po latach 50-tych za wielkie indywiduum po odejściu, pochowana w Łodzi. Jak wiemy dziś, jako ciekawa artystka, została dziś jakby nieco zapomniana(?), a przecież dzięki niej i Władysławowi Strzemińskiemu zaczęliśmy, już w tamtych latach powojennych, coś znaczyć w sztuce środkowoeuropejskiej. To iście odważna bardzo artystka, która obrała sobie za cel mówić własnym głosem. Stworzyła teorię dla swej sztuki… W twórczości rzeźb konsekwentnie szybko odeszła od pojmowania rzeźby jako bryły. Odrzuciła pod wpływem  konstruktywizmu indywidualizm, subiektywizm i ekspresjonizm. Natomiast w ich miejsce postulowała za bezwzględnym obiektywizmem formy, czyli zupełną swobodą tworzenia w wolnej przestrzeni. Podstawowym jej celem była budowa abstrakcyjnego dzieła sztuki, opartego na uniwersalnych i obiektywnych prawach, odkrywanych na drodze eksperymentu i analizy.  Wyjściowym punktem koncepcji rzeźby Kobro jest abstrakcyjne i jedyne pojęcie nigdy nieskończonej przestrzeni. Kobro głosiła, wbrew znawcom ówczesnej „sztuki”, że przestrzeń tak pojęta jest jednorodna i nie posiada żadnych szczególnych miejsc, żadnego punktu odniesienia.  

     „Na zawsze w Awangardzie” – wyk. Katarzyna Kobro
    „Na zawsze w Awangardzie” – wyk. Katarzyna Kobro

           Stąd artystka dążyła w swoich pracach rzeźbiarskich do takiego zorganizowania przestrzeni, aby nie było w niej podziału na przestrzeń zamkniętą w bryle i w otoczeniu, ale żeby dzieło współistniało z przestrzenią, pozwalając przenikać się nieskończenie z przestrzenią. Równocześnie z takiej koncepcji jednorodności przestrzeni wynika likwidacja centrum kompozycyjnego, tak by każdy punkt rzeźby był jednakowo ważny i niepodważalny… W ten sposób Kobro rzeźbiła własne wnętrze metafizyczne objawiając je na zewnątrz i umieszczając w przestrzeni.

                – Tak bardzo wyjątkowe podejście do rzeźby wpłynęło na wielu awangardowych artystów, m.in. Belga Georges’a Vantongerloo, którego twórczość bardzo widocznie ewoluowała w latach dwudziestych i trzydziestych, częściowo jak pisano pod wpływem prac Katarzyny Kobro. Nie jest to jednak do końca  stwierdzone.

           Otóż znany jest fakt, że artystka z Janem Brzękowskim współtworzyła Grupy artystyczne pod nazwami: „Blok” i „Praesens”  i „a.r.” („awangarda rzeczywista” lub „artyści rewolucji”) . Warto zwrócić uwagę na te wymowne nazwy – to przecież są hasła przeciwstawiające się szeroko promowanej przez komunę powojennego PRL-u tzw. „sztuki socrealizmu”, jak na ówczesny czas sztuki polskiej, to zupełny przewrót budzący wielkie kontrowersje. Przede wszystkim Katarzyna Kobro była ganiona za tak oryginalne podejście do tworzenia i swego indywidualnej teorii. Natomiast mąż Władysław Strzemiński, już wtedy wybitny artysta malarz, szybko ją zauważył i bardzo wspierał, jako oryginalną sztukę rzeźby. Podejmował wraz z nią wspólne działanie. Działali, w pewnym czasie, przenikając się artystycznie twórczo…

    Obraz olejny – wyk. K. Kobro, W. Strzemiński – „Przenikania”
    Obraz olejny – wyk. K. Kobro, W. Strzemiński – „Przenikania”

           Wspomnieć trzeba, że artystka urodziła się w Moskwie kilka lat po „rewolucji” z matki Eugenii Rozanow (Ukrainki) i ojca Mikołaja von Kobro (Litwina), był to legalny związek pochodzenia litewsko żydowskiego. Katarzyna Kobro po pewnym czasie wyszła za mąż za Władysława Strzemińskiego. Jego poparcie i pomoc utwierdzało ją dobrze w swej inspiracji. Po czasie urodziła się z tego związku córka, Nika była ich jedynym dzieckiem późniejsza lekarz psychiatra i pisarka, propagatorka sztuki swoich rodziców, których bardzo rozumiała i ceniła.

             Warto wiedzieć, że Katarzyna Kobro przyjaźniła się z innymi artystami, powstającej na dobre Awangardy w Polsce i za granicą, przyjaźniła się z artystami tzw. różnej maści i profesji, byli to artyści mający nowe spojrzenie na sztukę, rozumiejący fakt, że każda sztuka ma jeszcze wiele do powiedzenia, tak jak nauka… Powstawały wtedy nieformalne ruchy artystyczne, działające także np. w literaturze i malarstwie oraz rzeźbie…

           Trzeba wspomnieć, że szczególnym faktem było, że przyjaźniła się z Julianem Przybosiem, równie awangardowym literatem i pisarzem, którego bardziej  doceniono w nieco późniejszym okresie.

              Julian Przyboś w latach 1920 – 1923 studiował  polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. W czerwcu 1921 wraz z bratem Stefanem odtworzyli akademickie Koło Literacko-Artystyczne, które następnie przekształcili w Akademicki Klub “Dionizy”. W 1922 Klub związany był z poetami krakowskimi, określającymi się jako Grupa młodych n e g a t y w i s t ó w . Katarzyna Kobro przyjaźniła się z aktorami i malarzami tamtego okresu.

           Znamy też Kobro także jako malarkę. Natomiast jako rzeźbiarka, teoretyczka sztuki jest uważana dziś za jedną z największych, awangardowych artystek nie tylko w Polsce, ale i na świecie. A wspomnimy, że studiowała w Szkole Malarstwa Rzeźby i Architektury w Moskwie, która powstała z przekształcenia Akademii Sztuk Pięknych w Szkołę Supremy. Uczyła się także rzeźby u Tatlina oraz u Malewicza artysty malarza. Podpatrywała także co tworzyli współcześni artyści: Boccioni, Archipenko, Vantongerloo, Van Doesburg, jednak na opak stworzyła swój własny język artystyczny. Uważała, że rzeźba nie może istnieć bez architektury i architektura nie może istnieć bez rzeźby.

           Według niej sztuka miała porzucić salonowość, wygodę i podobanie się. Miała zmieniać przestrzeń otaczającą człowieka, wyznaczać rytm jego życia i tworzyć nowe funkcje, zwłaszcza architektoniczne. W 1935 roku już znana artystka pisała:

    „Budowanie przestrzeni” – wyk. Katarzyna Kobro
    „Budowanie przestrzeni” – wyk. Katarzyna Kobro

          „Zadaniem rzeźby nie jest lepienie takich lub innych figurek (…). Istotnym podłożem rzeźby jest przestrzeń i operowanie tą przestrzenią, organizacja rytmu proporcji, harmonia formy, związanej z przestrzenią (…). Rzeźba powinna być zagadnieniem głównie architektonicznym, laboratoryjnym organizowaniem metod rozwiązania przestrzeni, organizacji ruchu, planowania miasta, jego funkcjonalnego organizmu, wynikającego z realizacyjnych możliwości współczesnej sztuki, nauki i techniki, powinna być wyrazem dążeń, zmierzających do ponad indywidualnej organizacji społeczeństwa”

    „Klark” wyk. Katarzyna Kobro
    „Klark” wyk. Katarzyna Kobro

      Jej dzieła i wzmaganie się z swoją koncepcją sztuki oraz jej odwagę przeciwstawianiu się przeciwnikom oraz tworzenie na przekór obcesowym wystąpieniom  jej teorii nazywamosobiście TWÓRSTWEM.

          Katarzyna Kobro pozostawiła ilościowo niewielki, ale artystycznie doniosły dorobek, który po jej śmierci częściowo trzeba było rekonstruować, aby w pełni poznać innowacyjność i odwagę jej myśli. Niektóre, głównie najwcześniejsze prace, pozostały zaginione (znane są jedynie z przekazów ikonograficznych). Była też jedną z postaci najtragiczniejszych w polskiej historii sztuki XX wieku: wojenna tułaczka (spowodowana między innymi niemiecko-rosyjskim pochodzeniem), utrata części prac podczas wojny wyrzuconych na śmietnik, powojenne dramatyczne rozstanie z Władysławem Strzemińskim, konieczność zarobkowania na utrzymanie dziecka, walka o uniewinnienie w sprawie “o odstępstwo od narodowości polskiej” (rzeźbiarka podpisała w czasie wojny tzw. listę rosyjską), wreszcie walka ze śmiertelną chorobą – to wszystko wpłynęło na ograniczenie sił twórczych w ostatnich latach życia.              

              Artystka Katarzyna Kobro, jako doceniona artystka awangardowa w latach pięćdziesiątych, została pochowana w Łodzi w części prawosławnej Cmentarza Doły – 21 lutego w 1951 roku. Większość jej dzieł znajduje się w Muzeum Sztuki w Łodzi. Od 2001 roku przyznawana jest Nagroda jej imieniem, o której jednak mało się słyszy.  Natomiast wspomnieć trzeba, że w roku 2009 Teatr Telewizji zrealizował sztukę o tytule Powidoki w reż. Macieja Wojtyszki, w której ukazano życie prywatne Katarzyny Kobro i Władysława Strzemińskiego. Sztuka TV była ciekawa, choć reżyser nie ujął wszystkiego, Brak było ostatnich aspektów trudnego życia. Film Andrzeja Wajdy w roli głównej z Lindą obrazuje szerszy obraz życia, raczej Strzemińskiego. Strzemiński w ostatnich latach kiedy juz nie był z Katarzyną przestał ja doceniać i szanować, czasem na swoich wystawach pomieszczał jej kilka rzeźb, chcąc jakby zaznaczyć, ze za mało stworzyła rzeźb. Jednakże ona w ostatnich latach bardzo chorowała i niedomagała fizycznie, to było mało zrozumiałe…

    „Rzeźba w przestrzeni” , wyk. Katarzyna Kobro
    „Rzeźba w przestrzeni” , wyk. Katarzyna Kobro

     
    Zbyszek Ikona – Kresowaty

  • badacze

    byli i wciąż pokutują
    pochyleni nad ziemią z 
    okiem trzecim albo jednym
    jak cyklopy z wystającymi ponad
    głowami w wykopaliskach grobach
    jak niewierni Tomasze apostołowie
    prawdy i prapoczątku od stołu
    wysłani jak mrówki przez Boga
    aby zbawiać świat posłani jak ongiś
    głosić nowiny świadkowie naoczni
    – – – – – – – – – –
    wciąż krwawią
    jakby na wysypiskach Oni 
    już wiedzą skąd jesteś kim byłeś
    badają czubek igły i ucho pustyni
    przez które powinno przejść ziarnko
    piasku i nie piasku ale i wielbłąd
    dotykają wiercą dziury w dziurach
    dna czaszki robią krzyżyk i szukają
    gwoździa czwartego słonecznej dłoni
    stygmatu na cyrklowych nóżkach 
    po uszy w jamach zakopani po wieki
    w krótkich spodenkach w kratkę
    jakby mieli przełknąć kosmologię
    i zrozumieć mowę kamienia i nóż 
    jakby chcieli odgadnąć kształt obły
    miseczki znalezionej przypadkiem
    i kolor najważniejszy wydobyć
    męcząc kont prosty i ostry
    żeby oznaczyć szlaki znakami
    wszelkie cuda świata o Nich
    wiedzą że nie ustaną nie a zboczą
    na chwilkę otworzyć drzwi lasu 
    że obok w rytmie disco błysku
    TAM współczesny polaryzuje
    obraz głodny twórczych
    myśli i win 

  • Stanisław Chyczyński recenzja książki „Jeszcze mrużą oczy wczesne wrześniowe psy”

    Zbigniew Ikona – Kresowaty – jako poeta i malarz – należy do grona twórców takich jak ongiś był Stanisław Wyspiański, a dziś to grupa takich poetów jak: Jolanta Baziak, Jacek Durski, Stefan Rusin, czy Tadeusz Wyrwa – Krzyżański, zalicza się tu jeszcze kilku innych, którzy działają dwutorowo: w słowach i w obrazach. Jak to zwykle bywa w takich twórczych przypadkach, można mówić o ewentualnym zintegrowaniu literatury z plastyką, jako że ożywia je ta sama (autorska) wyobraźnia. Być może twórczość Kresowatego ( 6 zbiorów wierszy oraz 2 książek publicystycznych: „rozmów artystycznych” z wybitnymi koryfeuszami Kultury Sztuki i Nauki oraz zredagowany autorsko Almanach Twórców Ziemi Strzegomskiej i Regionu), jest tutaj najlepszym przykładem, ponieważ charakter jego wierszy ściśle odzwierciedla aurę jego: rysunków oraz malowideł i ikon. Po raz kolejny przekonuje mnie o tym jego nowa książka pt. „Jeszcze mrużą oczy wczesne wrześniowe psy”, jak zwykle ilustrowana grafikami wrocławskiego artysty. 
          Głos fruwającej sepii zdjęcie 
          zdjęty surrealistyczny obraz 
          ze znaczeń ja pożywiam się 
          teraz snem (…) 
               („zrozum synu NIGDY”) 

    Oto słowa wprawdzie wyrwane z kontekstu. Ale dobrze oddające specyfikę liryk Kresowatego. W sposób metaforyczny i po części dosłowny. Jego wiersze i rysunki, utrzymane w duchu surrealizmu, na równi tchną subtelną onirycznością. Nagromadzenie odległych skojarzeniowo rekwizytów wywołuje wrażenie gorączkowej pracy wyobraźni nawet podczas snu. Dlatego poezja i plastyka autora tomu wcześniejszego „Nie opóźniać spojrzenia” dają się różnie odczytywać podczas kolejnych z nimi spotkań – niemal w zależności od pory dnia lub pory roku. Przy czym odbiorca nigdy nie zyskuje pewności, czy poszedł za tropem myśli nadawcy. 

    „Jeszcze mrużą oczy wczesne wrześniowe psy” – tytuł faktycznie intrygujący, ale daremnie by szukać w zestawie niemal stu utworów tytułowego wiersza. Jedynie podobne, zdublowane wyrażenie spotykamy w motcie do wierszy „stał się bełkotem świat” i „Siekierezada”, traktujących o tragedii z 11-go września 2001 roku za oceanem. Marzeniem Steda był spokój, bez ujadania psów, kiedy nocą szedł przez obcą wieś. Jakie może być „kynologiczne” marzenie Ikony – Kresowatego? – Artysta nie mówi o tym wprost, chociaż pies to zwierzę, które regularnie pojawia się w jego wierszach. Już to jako smutny zezwłok przy drodze (wiersz „tren dla psa”), już to jako kamienna rzeźba („psy na fontannie II”), już to jako stróż cudzych włości („węch”), już to jako wymowne porównanie („kundel”). Pomijam „psią gwiazdę”, w której po prostu chodzi o Syriusza jak u Morsztyna. Ciekawe, że psy u Kresowatego mają najczęściej „anielskie oczy” (por. na str. 44, 51, 63). Dotyczy to zapewne, jak mniemam, również oczu „wczesnych wrześniowych psów” 
    (w tym wypadku powinny to być oczy anioła zagłady). Skoro pies może mieć „oczy anioła”, to porównanie człowieka tutaj do czworonoga nie ma obelżywego wydźwięku (por. wiersz „na autostradzie psi człowieku”). 

    Niewykluczone, że ostatni uczeń profesora Gepperta, w dawnym mieszkaniu twórcy „Kartoteki”, hołubi jakiegoś brytana o wdzięcznym imieniu Rambo lub Cezar(?). To by wiele wyjaśniało…A jest taka fotografia pomieszczona przy notce tomiku „Nie opóźniać spojrzenia”, gdzie poeta siedzi przy swoim biurku z jakimś wilczurem. 

    Jako poeta Zbych Ikona – Kresowaty kojarzy mi się także ze św. Janem Chrzcicielem, czyli Babtystą, który kiedyś przyszedł prostować ścieżki, czy też je przecierać. Głos wołającego na pustyni. Z wierszy Kresowatego też słychać ostrzegawcze nawoływanie: „nadciąga czas komety” (s. 24). Jak wiadomo (choćby z obrazów Artura Grottgera) kometa przed wiekami była zwiastunem wielkich nieszczęść. Można je przeczuć proroczo już dzisiaj, albowiem „zapach uryny/ unosi się aż za oceany” (s. 71). A skąd? z Talibanii – jak to nazywa pomysłowo autor (ibidem). Czyżby miała się spełnić straszna przepowiednia królowej Saby, że zagłada przyjdzie ze Wschodu? Zewnętrzne zagrożenie to jedno, a sprawa wewnętrznego rozkładu to drugie. Artysta, dla którego chrześcijański symbol, krzyż – jest „znakiem dodawania/ dobra do zła” (s. 107) lub „dodawaniem ziemi do nieba” (s. 96), doskonale wie, że zachodnia cywilizację toczą schorzenia samorodne, autogenne, ponowoczesne (” – giną znaczenia/ na odnowę zawsze wojna?”, ibidem). Dlatego o sobie pisze z przekąsem: 
          właściwie łażę po śmietnikach prawd 
          zbieram i głaskam kalectwo świątków 
          węszę na targowiskach 
          (…) 
               („kundel”) 

    Poeta o inklinacjach do metafizyki musi mieć swoiście rozwiniętą samoświadomość, może nawet pielęgnować w sobie poczucie nadzwyczajnej misji, dlatego dodaje gdzie indziej: „oto ja klin wbity/ w punkt 0” (s. 15). Orędownik, wierny fundamentalnym wartościom i wcześniej dokonanym wyborem światopoglądowym (Dostojewski; między Bogiem a prawdą), podąża po przodu i wzwyż: 
          idę i ja chętny Jakub jak po schodach 
          jak po zastygłych falach morskich 
          A pierścień zaciska się wokół 
          a moje źródła pęcznieją gdy staję 
          na Górze – (…) 
               („Horyzont(?)”) 

    Od strony formalnej, kompozycyjnej, wiersze Zbigniewa Ikony – Kresowatego są dość skomplikowane. Łamane wersety. Liczne wtrącenia, aluzje, cytaty, metafory, eksperymenty słowne (np. z łącznikami) zwiększają ich polisemię. Pewna predylekcja autora do mnożenia różnych asocjacji i dodatków może nawet przytłaczać neurastenicznego czytelnika myślowo oraz wzbudzać poczucie zagubienia w motywach i wątkach, w osobach i sprawach, w apelach i przesłaniach. Dlatego ja osobiście wolę oszczędne w słowa, krótsze, klarowne teksty, których wzorową egzemplifikacją pozostaje kontrowersyjne w wymowie „ważenie życia – II”. W pozostałych wyszukuję sobie szczególnie celne spostrzeżenia w rodzaju: ” co roku mroźniejszy czas/ bo ciepło coraz droższe/na nasze Betlejem” (s. 29). W tym sensie jestem poszukiwaczem pereł. Gdybym był upierdliwym Momusem, powiedziałbym z przekąsem „reszta jest tylko/ mrokiem” (s. 14). Żartowałem, żartowałem – sam niekiedy lubię mroczność, splątanie, ciemnię…

    Stanisław Chyczyński

    Zbigniew Kresowaty – „Jeszcze mrużą oczy wczesne wrześniowe psy”, Wydawnictwo MINIATURA, Kraków 2008,
    s. 174, rysunki i opracowanie zbioru autor.

  • dr Emil Biela – o „Między Logos a Mythos”

    „ZBIGNIEW KRESOWATY PYTA” – Gazeta Kulturalna NR 2(1260) luty 2006

    Aby rozmowa była interesująca, trzeba mieć odwagę stawiania pytań, należy mieć również odpowiednią wiedzę. Obie te cechy posiada Zbigniew Kresowaty, poeta, artysta plastyk, ikonopisarz, eseista, krytyk literacki i artystyczny, współpracownik wielu czasopism. Wykazał je w ostatniej książce „Między logos a mythos”. Zawiera ona kilkadziesiąt wywiadów, jakie przeprowadził Kresowaty z czołowymi postaciami życia kulturalno – artystycznego i naukowego w Polsce. Daty rozmów, ulokowane są w okresie transformacji ustrojowej w naszym kraju, są zapisem stanu ducha polskich elit inteligenckich u progu naszego wieku. Rozmowy te mają ogromną wartość poznawczo-dokumentalną…
    Zbigniew Kresowaty był do tych rozmów doskonale przygotowany. Jego pytania są bardzo obszerne, dowodzące świetnego rozeznania w życiorysach artystów i naukowców. Kresowaty w roli interlokutora może być wzorem dla prowadzących wywiady, wzorem chyba niedoścignionym. W „Między logos a mythos” znaleźli się: Józef Baran, Marianna Bocian, Ernest Bryll, Tadeusz Chróścielewski, Leszek Czuchajowski, Sławomir Derecki, Ziemowit Fedecki, Kira Gałczyńska, Adam Hanuszkiewicz, Halina Herbert-Żebrowska, Hatif Janabi, Wojciech Konikiewicz, Lilla Latus, Bogdan Loebl, Ewa Michnik, Jan Miodek, Marek Ostoja- Ostaszewski, Wilhelm Przeczek, Andrzej Renes, Wojciech Siemion, Henryk Skolimowski, Tadeusz Sławek, Franciszek Starowieyski, Julian Stryjkowski, Lidia Sztwiertnia, Adam Szyper, Wiktor Zin, inni. A więc, prawdziwa plejada wybitnych osobowości twórczych, ludzie z „górnej półki” naszej kultury. Kilku z nich już nie żyje, a więc specyficzne urny z prochami ich myśli. Niezwykłym przykładem jest rozmowa z pisarzem Julianem Stryjkowskim ( z roku 1992), na zakończeniu której autor „Biegu do Fragala” wyznaje; „czuję się Żydem wyklętym przez własne sumienie – nic więcej…” Natomiast bezkompromisowy w swoich sądach, zachowaniach, Franciszek Starowieyski i w rozmowie z Kresowatym „nie zawodzi”, uchyla rąbka niezgłębionej do końca tajemnicy swej osobowości. Na jedno z pytań odpowiada anegdotycznie: „Proszę pana, byłem w Linzu, gdzie jest dom Keplera.
    Wieczorem, było przyjęcie, był to koniec lutego tego roku. Już troszkę po drinku, zasiadając obok pani burmistrzowej miasta, która jest a propos wspaniałą osobą, kochająca sztukę i artystów, onieśmielony wcześniej, powiedziałem jej, że jutro rano wyjeżdżam, a nie zobaczyłem domu, w którym mieszkał Kepler. Ona mówi : ” to jest parę kroków stąd, więc chodźmy!”. No i postanowiłem jakoś uczcić tego Keplera, mojego idola, pomyślałem: co ja mogę zrobić? – Rozebrałem się do naga i przed tym domem odtańczyłem taniec na Jego cześć, na tym mrozie, na ulicy, o pierwszej w nocy! Odtańczyłem taniec w takiej formie, co pani burmistrzowa przyjęła jako zupełnie normalne. Tylko policjanci, myśląc, że to jakiś szaleniec, chcieli mnie zatrzymać. Ona musiała ich i mnie uspokoić. Nie wiem, czy wtedy mogłem inaczej zareagować. To stało się pod wpływem emocji i chwili, z jakiejś nieopisanej radości, pasji całkowitego identyfikowania się z Mistrzem, którego nie ma, a jest tylko cała spuścizna! Chciałem też pokazać, mój entuzjazm dla Niego – malarza, artysty! Jest to też w moich działaniach artystycznych, trzeba tylko dobrze patrzeć…”
    Zbigniew Kresowaty świetnie przemyślanymi pytaniami potrafił sprawić, że jego rozmówcy otwierali się, pokazywali jakby swoje drugie dno, to bardziej intymne. Wiodącym przykładem jest rozmowa z Marianną Bocian, o której historycy literatury nie powinni nigdy zapominać, a mają taka tendencję. Kresowaty ocala ją od zapomnienia.
    Rozmowa z ekofilozofem i rzeźbiarzem, profesorem Henrykiem Skolimowskim, zilustrowana jest fotografią jego rzeźby pt. „Życie jest…” Na rzeźbie w białym marmurze widnieje napis: „Życie jest chaosem, ty jesteś porządkiem”. Dla tej choćby sentencji warto było wziąć do reki książkę Zbigniew Kresowatego.

    dr Emil Biela

  • prof. František Všetička – portret artysty kontrowersyjnego O książce Zbigniewa Kresowatego „Nie opóźniać spojrzenia” – 2000r.

    Inne widzenie, przeciwieństwo lub sprzeczność to dźwignia rozwoju artystycznego i kreacji twórczej każdego artysty, którego można nazwać oryginalnym… Zbigniew Kresowaty jest tego oczywistym przykładem, jest bowiem istotą pełną sprzeczności i zarazem tajemnic twórczych… Jako człowiek jest istotą w zasadzie skromną, choć wygląd temu przeczy. Jednakże inaczej przedstawia się jego poezja, grafika i dzieła plastyczne w ogóle inne działania artystyczne… Jego poezja grawituje w stronę złożoności, jego rysunki i grafika są zbyt złożone w swej metafizyce i abstrakcji…
    Język wierszy Kresowatego jest czytelny, jednak oszczędny, gdzie tkwią tendencję do rozmachu i rozgałęzień metaforycznych… Obrazy nawarstwiają się plastycznie jeden na drugi. A wielokrotnie dzieje się tak ,że podmiot wchodzi w stany nadrealne i bardzo złożone. Każdy tłumacz , który bierze się za tłumaczenie tych tekstów z polskiego na inny język ulega pewnemu kłopotowi myślowemu, bywa ,że jest taki tłumacz w opałach, aby nie zaplątać się w sieci jego wyobraźni…. Kresowaty dysponuje też bogatym wachlarzem tematów ku własnym inspiracjom, sięgającym od biblijnych wyobrażeń i dziejów człowieka jak i dekalogu, poprzez Gilgamesza – aż przykładowo do hołdu poezji tragicznej osobowości Rafała Wojaczka i innych współczesnych poetów.
    U Kresowatego jako plastyka uwidoczniony jest zbyt kontrast tych lub innych zainteresowań artystycznych co pomieszcza także w swej poetyce a niejednokrotnie używa i wykorzystuje te wiadomości do swych działań krytyczno-literackich, bowiem jest także krytykiem literackim i artystycznym –Twórczość ta jako całość złożona dość różnorodnie skontestowana, bo z jednej strony ulega zbyt tzw. manierze surrealistycznej, z drugiej strony zachwyca się prawosławnymi ikonami i pozwala się nimi inspirować w swej twórczości malarskiej. Urok ikon artysta dużo wcześniej z racji studiowania historii sztuki z drugiej zaś zetknął się i poznał podczas swej podróży do wschodniej Polski, na pograniczach kultur polsko-białoruskich czy polsko – ukraińskim a nawet polsko – litewskim ( gdzie trzy miesiące w latach 1988 pracował jako sztukator przy renowacji frontonu Filharmonii Wileńskiej, także) w jedynym z prawosławnych klasztorów na terenie Polski. Jeden z tych klasztorów to Jabłeczna pod wezwaniem św. Onufrego. Problematykę symboliki ikon konsultował z prawosławnymi .Rejon pogranicza pomiędzy Rusią Białą ,Ukrainą i Polską tworzą tzw. kresy i już samo nazwisko poetyzującego malarza świadczy o tym, że w tym rejonie czuje się jak u siebie. Zbigniew Kresowaty mieszka i tworzy autorsko we Wrocławiu, ponieważ na te tereny przybyli jego rodzice pochodzący „zza Buga”- czyli znad rzeki Bug- A dziś zwani „zaburzanami”. Trzeba dodać, że napłynęła tu także wielka ilość mieszkańców Białorusi i Ukrainy, którzy zostali wysiedleni z terenów zabranych przez Sowietów. można zatem zaryzykować powiedzenie, że Kresy, lub przynajmniej ich część, przesunęły się bardziej tym samym do Europy środkowej, a więc również w stronę Kresowatego i jego działań artystycznych, choć to tylko metafora… Warto zauważyć, iż z kresów pochodzi cały szereg inicjatywnych i utalentowanych ludzi, np. Witold Gombrowicz i Czesław Miłosz, inni wybitni w literaturze polskiej. Również współcześni jak np. tłumacz, poeta i ukrainista Tadej Karabowycz wykładowca na UMCS w lublinie, poeta tłumacz, edytor, należący do grona najbliższych przyjaciół Zbyszka Kresowatego.
    – Ta artystyczna sprzeczność w twórczości Zbyszka Kresowatego, o której tu mowa, przejawia się w sposób dość zróżnicowany a jednocześnie bardzo kreatywny… Kresowaty maluje obrazy olejne, robi grafiki i rysunki do książek, pisze poezję ,drukuje w czasopismach oraz almanachach, współpracuje z czasopismami oraz pisze krytykę literacka, rozmawia i spotyka się z wybitnymi osobowościami na (ponad 60 spotkań)”rozmowach artystycznych”, z których tworzy dwa tomy zapisów „MIEDZY LOGOS A MYTHOS”, pisze ikony, grafitti i zajmuje się pisaniem tekstów do muzyki oraz konserwacją dzieł sztuki… W piątek 4 listopada 2005 roku w Muzeum w Prudniku odbyła się uroczystość wspomnieniowa zmarłej Marianny Bocian połączona z wystawą malarstwa Jerzego Kapłańskiego. Jednym z prowadzących był właśnie Zbigniew Kresowaty, który jako jej wieloletni przyjaciel ,z niezwykłą werwą podkreślał realistyczny profil artystyczno- twórczy zmarłej w 2002 roku poetki. Oczytał z ksiązki swej „rozmowę artystyczną” Marianny Bocian, gdzie znalazło się kilka gorzkich i nie cenzurowanych innych uwag do współczesnych nierealistycznych postmodernistycznych i konceptualnych tendencji w literaturze i malarstwie… Paradoksalna sprzeczność spoczywa właśnie w tym, iż jego twórczość, w szczególności malarska, także ulega nadrealistycznemu widzeniu i obrazowaniu świata… Byłem uczestnikiem wspomnianego wieczoru i w duchu porównywałem surrealną grafikę Kresowatego z rembrandtowskim realizmem Kapłańskiego. Kresowatym miotają sprzeczności jak każdym twórcą mającym cos do powiedzenia…A zwłaszcza do oznajmiania…
    – Swoje wszystkie tomiki poetyckie, a w szczególności takie jak „Są oblicza i anioły” oraz „Nie opóźniać spojrzenia”, Zbigniew Kresowaty uzupełnił własnymi rysunkami i tak powstała ciekawa, wzajemnie korespondująca całość. Jest to równocześnie całość prowokująca, w szczególności wyrazem plastycznym. Prowokuje zwłaszcza w drugim z wymienionych tomików swym „Ślubnym autoportretem” (wyk. 1978 r.), celowo nazwanym jak kicz (malarz pod obrazem olejnym na metalowej tabliczce dopisuje, że każdy portret ślubny to kicz).
    Natomiast burzliwe wydarzenia końca roku 1989 przeżył Kresowaty w Czechosłowacji, przybywając wprost z Litwy, czyli z Wilna, gdzie na kontrakcie, jak wspomniałem, restaurował Filharmonię jako sztukator… tutaj w Mariańskich Łaźniach pracował także jako sztukater (to jego zawód jaki posiada pośród innych artystycznych) i z tzw. sztukaterskiej wysokości śledził, jak Czesi realizują przemiany społeczne. Do dziś artysta jest pod wrażeniem tych zajść… Czuje bezsprzeczną słabość i sentyment do czeskiego środowiska i Bochemy, bowiem napisał np. piękny wiersz na śmierć Bohumila Hrabala, którego prawdopodobnie wcześniej spotkał w knajpce „Pod Tygrysem” w Pradze… Trzeba tutaj dodać, że autor bardzo przeżył to odejście pisarza.
    – Do całości portretu Kresowatego trzeba jeszcze dodać, iż jest znakomitym piechurem. Bardzo często (niemal codziennie) wraz z Grażką (która jest z zawodu art. fotografem, która od lat dzieli z nim życie) pokonuje siedmiokilometrową trasę z wrocławskiego przedmieścia do centrum miasta. To ich fizyczna konieczność i potrzeba w wolnym czasie, którego maja jednak zbyt mało z powodu różnych zajęć i wyjazdów… Na marginesie zaznaczam, że jego żona Grażka jest w stylizowany sposób uwieczniona na wspomnianym kiczu Ślubnym autoportrecie.
    Oficjalnie muszę tutaj oznajmić i dodać, że w roku 2005 Kresowaty wydał bardzo ciekawą książkę 27-miu „rozmów artystycznych” z czołowymi polskimi artystami i osobowościami kultury., jak ; Hanuszkiewicz, Bryll, Starowieyski, Gałczyńska, Sławek, miodek, Zin inni jak Julian Stryjkowski do którego domu rozmówca zdążył jeszcze przed jego zgonem w 1992 roku i zrobił zamiast fotografii portret rysunkowy zwany pamięciowym… Jego książka nosi tytuł „Między Logos a Mythos”. Obecnie artysta pisze następna II część 320 stronicowej ksiązki jako chronologiczną całość pod tytułem „MIEDZY MYTHOS A SACRUM” w której znajda się równie wybitni luminarze Kultury i Sztuki a nawet Nauki, jak : Henryk Mikołaj Górecki, prof. Andzrej Strumiłło, prof. K. Penderecki, prof. M. Łesiów z KUL-u, inni… Jak widać ,również i on nieustannie porusza się i miota pomiędzy tymi odwiecznymi ludzkimi konstantami i luminarzami sztuk wszelkich. Podobnie jak ci, których w swej publikacji sprowokował do wypowiedzi o tym, co to jest sztuka, co to jest nieskończony i wolny świat twórczych imaginacji….

    prof. František Všetička – OLOMOUC -Czechy
    Przekład Irena Pyszko

  • Robert Czop Surrealistyczna klasyczność w twórczość Zbigniewa Kresowatego

    Zbigniew Ikona Kresowaty należy do tych nielicznych twórców, którzy jak Andrzej Frycz Modrzewski, sprawiają wielką trudność badaczom ze względu na renesansowe podejście do sztuki. Z tego też powodu jakakolwiek próba ogarnięcia całego dzieła, przez jednego człowieka musi się ograniczyć tylko do niewielkiej cząstki tego, co dopiero zespół kompetentnych znawców ma szansę oddać jako całość.
    Jednak we wszystkich dziedzinach można znaleźć pewne podobieństwa, które pozwalają w sposób intuicyjny uchwycić indywidualny ślad artysty. I tu pojawia się kolejna trudność wynikająca z tego, że krzyżują się w jego pracach nie tylko różne elementy związane ze stylami i epokami, ale także odnajdujemy tu ogromny wpływ różnych kultur ze szczególnym uwzględnieniem bliskich mu kresów. Niewątpliwie ta niezwykła mieszanka ma ogromny wpływ na ostateczny obraz tego, co ma nam do zaoferowania ten poszukiwacz nowatorskich rozwiązań, zaskakując swoją niepowtarzalnością. Trzeba jednak zaznaczyć, że Zbigniew Kresowaty nie jest rzemieślnikiem, który w sposób precyzyjny powiela określone wzorce z przeszłości, lecz świadomym swojej oryginalności kreatorem nowych wizji, ubierającym przeszłość w niecodzienne rozwiązania. Nawet skromna znajomość malarstwa i rzeźby uświadamia nam, że upodobanie do klasycznego smaku, choć być może dużo trafniejsza byłaby uwaga, że to nie klasycyzm, ale fascynacja secesją powoduje, iż odnajdujemy tutaj płynność linii i swobodę kompozycji, co określa pewną nieprzekraczalność granic, które mogłyby irytować swoim dziwactwem, gdyby zostały przesunięte chociażby o milimetr. Przy czym nie odważyłbym się zaszufladkować tego, co robi Zbigniew Kresowaty, ponieważ on jakby tylko muskał określone propozycje w jakimś biegu, który nie pozwala mu się zatrzymać. Może jest to zbyt odważne, ale mógłbym porównać twórcę do wiatru, który przemyka się obok, zachwycając swoim dźwiękiem a równocześnie nie dającym się ujarzmić w określonej bryle. Dlatego dążenie do niemal perfekcyjnego ukazania, na przykład ludzkiej sylwetki, robiącej wrażenie wprost wypieszczonej, nie jest doprowadzone do końca i ciało rozpływa się w surrealistyczny obrazie Kiedy się na to patrzy, to trudno nie ulec wrażeniu, że to Michał Anioł i Salvadore Dali przeniknęli się nawzajem, tworząc nową jakość pod postacią czarodzieja z Wrocławia. Naturalnie nie staram się na siłę szukać jakichkolwiek korzeni, gdyż nie czuję się na tyle kompetentnym, aby podejmować w tym przypadku jakąkolwiek, choćby najmniejszą próbę. Ta moja ostrożność wynika również z tego, że jeśli położymy obok siebie rzeźbę, ikonę oraz rysunek, to odnosimy wrażenie, jakbyśmy oglądali prace trzech całkowicie obcych sobie ludzi. To jakby tworzenie siebie na nowo pod wpływem innego tematu lub całkowicie nowej koncepcji. Oczywiście, obserwując ewolucje innych, którzy zaczynali od malowania krajobrazów, a skończyli na ikonach lub malarstwie nowoczesnym, dostrzegamy odmienność prac, ale w tamtych przypadkach jest jakby ostateczne pożegnanie jednego, aby już do końca życia pozostać przy tym drugim, natomiast u Kresowatego jest odwrotnie, jakby łapał wszystkie sroki za ogon i nie rezygnując z niczego, równocześnie doskonali wszystkie drogi, które na początku wybrał. To kolejny czynnik, który uniemożliwia zaszufladkowanie, dlatego tytuł niniejszej pracy też należy traktować z wielką ostrożnością, jako duże uproszczenie tego, co ma nam do zaoferowania omawiany przez nas twórca.
    Nie zapominając o tym, że Zbigniew Kresowaty jest także krytykiem, również i tutaj odnajdziemy tę niezwykłą korelację między światem realnym i poetyckim. Sam będąc poetą, bardzo dobrze zdaje sobie sprawę, że są miejsca, których dopowiedzieć się nie da i nawet najbardziej wytrawny krytyk, który uwolni się od pewności siebie, będzie musiał ulec urokowi tego, co niewypowiedziane i tak bardzo ulotne, że jakakolwiek próba analizy, może się skończyć brutalnym zniszczeniem czegoś, co może istnieć jedynie w określonej atmosferze, gdzie nie powinno się wchodzić z buciorami interpretacji, ponieważ nie ma tam na to miejsca. Przecież nie jeździ się buldożerem po klombie, rozpruwając gąsienicami niezwykły zapach róż. Wypowiedzi krytycznoliterackie Kresowatego są bardzo specyficzne 
    i już same w sobie stają się pewnym znakiem firmowym zarezerwowanych tylko dla niego, gdyż trudno sobie wyobrazić, by ktoś spróbował iść tą samą drogą. Znajdziemy tutaj pewne balansowanie między konkretnym chodzeniem po ziemi i równocześnie bujaniem w obłokach, bo przecież takie są poetyckie wypowiedzi, które, nie rezygnując z ziemskiego padołu, wymykają się do krainy, zaskakujących nas na każdym kroku paradoksami. Wydaje mi się, że właśnie na tym polega inność podejścia literata z Wrocławia do twórczości tych, których książki omawia. Z tego też względu obok konkretnych, niemal zimnych, stwierdzeń pojawia się poetyckość, która w sposób metaforyczny dobudowuje niezwykły świat interpretacji, który znów, w zależności od upodobań i gustu czytelnika może wywoływać różne reakcje. Jednakże nikt nie zaprzeczy, że łączenie tych dwu elementów powoduje nie tylko to, że mamy okazję zetknąć się ze specyficzną wypowiedzią, ale odnosimy wrażenie, jakbyśmy znowu obserwowali połączenie dwóch antagonistów, którzy w tej nowej sytuacji zaczynają ze sobą współpracować, tworząc ład. W tym wypadku będzie to połączenie klasycyzmu z romantyzmem, gdzie obok piękna i harmonii wypowiedzi niby smukłych kolumn, spotykamy się z potokiem słów zachowujących się jak ulotne nimfy lub rusałki unoszące się w swoich zwiewnych szatach tuż nad ziemią niczym baletnice na palcach. Naturalnie nie każdy musi lubić balet, ale chyba każdy przyzna, że właśnie to dodaje pewnej eteryczności recenzjom omawianego przez nas literata. 
    Aby nadążyć za tą niezwykłą osobowością trzeba mieć nie lada kondycję i reporterskie zacięcie oraz wszechstronną wiedzę, by się pokusić o to, aby ogarnąć nie tylko jego poezję i dorobek krytycznoliteracki, ale również nie mniej imponującą siłę, dzięki której Zbigniew Kresowaty staje się popularyzatorem tego, co dzieje się we współczesnej literaturze polskiej. Ten tytan pracy, dzięki swoim kontaktom z różnymi miłośnikami pędzla i pióra, podejmuje się przybliżenia tego, co się dzieje w artystycznym świadku, a co bardzo często jest spychane na boczny tor nieuwagi i ginie gdzieś w niepamięci. 
    Kończąc tę próbę zasygnalizowania tylko nielicznych elementów z tej bogatej działalności pod skrzydłami prawie wszystkich Muz, chciałem podkreślić szczególną życzliwość tego człowieka, który, mimo tak wielu pasji, odnajduje czas, aby na chwilę przystanąć i podać rękę tym, którzy dopiero przebijają się na parnas.

    Robert Czop

  • „Pisząc na piasku” – między sztuką a teologią O książce Zbigniewa Kresowatego „Między Logos a Mythos”

    Otwieram Ewangelię według św. Jana i odczytuję jeden z najpiękniejszych tekstów natchnionych: „Na początku było Słowo , a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo… A Słowo stało się Ciałem i rozbiło namiot wśród nas” (J 1,1 – 14)
    A to Wcielone Słowo mogło „rozbić namiot wśród nas” dzięki Duchowi Świętemu i dzięki człowiekowi, dzięki Kobiecie imieniem Maryja. Dlatego Ona jest Patronką wszelkiej sztuki, artyzmu i sztuki nad sztukami – życia ,bo przecież jedno i drugie jest ucieleśnieniem Słowa , Przedwiecznego Logosu, przez Ducha Świętego i współpracującego z Nim człowieka.

    Mam przed sobą książkę Zbigniewa Kresowatego pt.” MIĘDZY LOGOS A MYTHOS” z dedykacją Marka Ostoi- Ostaszewskiego. Są to „rozmowy artystyczne” z twórcami sztuki i nauki. Jedne są interesujące i głębokie, inne płaskie. Mnie jako księdza i teologa interesują szczególnie watki religijne i humanistyczne, dlatego takie wynotowuję. Marianna Bocian , nieżyjąca już poetka, znana mi osobiście, zadaje dramatyczne pytania: „Co może się stać, przed czym ostrzegano od tysiącleci, by nie wykraczać przeciwko Duchowi? Czy dramatem naszej współczesności nie jest to, że człowiek się nie rozwija, tylko intelektualnie tresuje?”. Ernest Bryll: „Dlaczego w wierszach wracam do motywu –śladu po zstąpieniu Ducha Świętego, który to ślad jakoś się załamał, przemienił w byle co ? Bo dla poety Bóg musi być cierpliwym słuchaczem jego żalów, których już świat nie słucha” .Sławomir Derecki wyznaje : „Tak? Wierzę w Boga. Im dłużej obserwuję naturę , tym mocniej staję się humanistą przeświadczonym o boskim istnieniu. Bóg to Sens i Mądrość Absolutna, która konsekwentnie nawet to ,co nielogiczne pozwala ułożyć w logiczną całość” .Przypomina mi się zdanie z Andre Malraux : Istnieje tylko jeden problem poważny : Jaki jest sens naszego życia”. Lilla Latus ,poetka i tłumaczka , mówi : „Długo mocowałam się z sobą i wadziłam się z Bogiem .Ale z Bogiem trzeba się wadzić, pytać , dociekać…Wiem , ze Bóg jest mądrzejszy od wszystkiego ,co na Jego temat wymyślono”. Mogę tylko dodać od siebie : teologii także! Jedna z najciekawszych rozmów to rozmowa z Markiem Ostoja- Ostaszewskim, artysta, którego znam osobiście. Obszar jego zainteresowań obejmuje sztukę z różnych kręgów kulturowych i religijnych, ale myślą centralną i wiodąca jest wyznanie : „Moim guru był i jest Jezus Chrystus i Jemu wierzę.” Adam Hanuszkiewicz popisuje się inscenizacją „Fausta” Goethego w której chce wyrazić „walkę Boga z szatanem” – i powiada : „U mnie Bóg jest królem na wózku paralityków, czasem chodzi o lasce, jakby w niemocy”. Być może ,ze reżyser mówi o swoim życiu, wobec którego Bóg może wydawać się bezradny, „w niemocy”!
    Jan Miodek mówi: „Wierzę Chrystusowi ,że prawda wyzwala , ale uciekam od prawdziwych Polaków – katolików .Ciągnie mnie do tych grzesznych, mniej prawdziwych”. Henryk Skolimowski bolejąc nad „pustką w sztuce”, która powstała z tego powodu, że ” Kościół przekazał władzę nad duszami nauce i technice”, krytykuje tenże Kościół za Deklarację „Dominus Iesus” : „W trzecim millenium nie można ekskluzywnie wywyższać jednej religii ponad inne”…Profesorowi myli się prawda z tolerancją : jedyną w pełni prawdziwą religią jest chrześcijaństwo i na to nic się nie poradzi, natomiast wyznawca innej religii może się zbawić pod pewnymi warunkami , choć i tak się zbawia przez Chrystusa, w Jego Kościele, świadomie do niego nie należąc. Biorąc pod uwagę wypowiedzi wszystkich uczestników „Między Logos a Mythos”, i w ogóle ludzi nauki i kultury, może zrodzić się myśl o potrzebie „Poradni teologicznej”, w której wykładałoby się „teologię dla wszystkich” i rozwiązywałoby się problemy z zakresu teologii biblijnej, dogmatycznej i moralnej. A gdy mowa o teologii, to mam przed sobą ostatni tom „Wierchów” , z którego się dowiaduję , że Nagroda Literacka im. Władysława Krygowskiego została za 2004 rok przyznana mojej skromnej osobie. 
    W cywilizacji takiej jak nasza nauczanie i kapłaństwo , służba słowu i Temu , kogo nazywa się Bogiem , to ostatnie szlachetne zajęcie człowieka” – pisał A. Malraux .

    Ks. Prof. Roman Rogowski 
    (wykładowca Seminarium Duchownego)

    Zbigniew Kresowaty: Między Logos a Mythos, Wydawnictwo MINIATURA, Kraków, 2005. Słowo wstępne prof. Stefan Bednarek – Inst. Kulturoznawstwa przy U. Wr. stron 310 (twarda oprawa), projekt okładki i grafika: autor. Wyd. I Dotacja Wydz. Kultury W-w.

  • dr Dariusz Tomasz Lebioda – Świętość zbrukana (?) O poezji i rysunkach Zbigniewa Kresowatego – 1999r.

    1.

    Od najdawniejszych czasów człowiek wędrował w wyobraźni tajemnymi szlakami poznania. Chciał zrozumieć , czym jest jego byt. W bezchmurne noce stawał pod ogromną czaszą nieba i patrzył w połyskliwą ciemność. Wyczuwał instynktownie ,że jego życie jest wielką tajemnicą , która graniczy z tajemnicą całego istnienia . I jest świętością zbrukaną przez przelew krwi, przez stale rozgrywający się dramat narodzin, wzrastania i śmierci. Chciał poznać to co jest za horyzontem, za zboczem górskim , po drugiej stronie morza i chciał zrozumieć samego siebie .Brał do ręki czaszki przodków , wpatrywał się w wyżarte przez piach oczodoły i pytał bogów , pytał naturę , pytał tajemnych znaków – kim jest. Dopiero jednak poezja i sztuka pozwoliła mu odnaleźć tę samą aurę metafizyki, którą czytał w oczach upolowanego rena, w źródle leczniczej trawy czy w misternej muszli wyrzuconej na brzeg zalewu. Dopiero pierwsze rysy na skale i pierwsze słowa wyśpiewane w mroku dały mu wiedzę o tym , co dotąd było zakryte, co było zasłonięte , spowite przez woal mroku. Odkrycie magicznej mocy słów i symboli otworzyło przed nim perspektywy makro i mikrokosmosu – wyzwoliło go z automatyzmu i dało namiastkę boskiej mocy stworzenia. W tym momencie zaczął się jego wielki skok i wielki skok ludzkości.

    2.

    Zbigniew Kresowaty zadebiutował na łamach miesięcznika „ODRA” w 1987 roku . Od tego czasu do roku 1999 wydał już cztery zbiory wierszy , publikował swoje utwory w renomowanych periodykach , a nade wszystko dał się poznać jako niezwykle utalentowany rysownik, grafik i malarz. Jego przedstawienia „Piórem i piórkiem” obiegły całą Polskę i utorowały sobie drogę za granicę. Poezja Kresowatego jest raportem z wypraw ku tajemnym przestrzeniom snu i nadrealnych wizji – tam, gdzie cyt.:
    „słów już nie ma / wystygła zieleń drzew / ptaki nie rozmawiają / tylko brew drży / bez myśli pod słojem słońca / pod zmarszczkami sinego oka / poniewiera się puls szkła / łodyga róży wystaje z krwi.” Tam rodzą się i umierają co chwilę „oblicza i anioły”, tam dochodzi do nieustannych sakralizacji i profanacji chwil i terytoriów. Poeta wkracza w te uświęcone rewiry, by szerzyć wiedzę o pogańskim spektrum ; wkracza w te spotworniałe odległości , by uświęcać je oddechem czystej poezji. Trudno mu pogodzić się z oczywistościami , jakie nakłada na wyobraźnię określona tradycją perspektywa i nie kończąca się gra pozorów – naciąganie i dopełnianie tego, co i tak pozostanie odległe , tego , co i tak będzie puste .Nie bez powodu tak często w wierszach Kresowatego pojawia się krew i krwawe celebracje – wszak byt jest dla niego misterium mającym w sobie coś z druidycznych obrzędów ofiarnych, coś z pogańskiej nocy naznaczonej krzykiem dziewic ofiarowanych bogom, coś z morderczych bachanalii ,cyt.:” Były nasze ciała KIEDYŚ nabijane / na pal ognisty każde po imieniu innym / kiedyśmy wąskim gardłem podążali / w przestrzeń odkupienia / lub gdy morze się rozstąpiło / za zgodą twego pana.”- Taka perspektywa ustawia wiersz w określonych kontekstach kulturowych i ekspanduje wyobraźnię czytelnika ku sacrum poezji nienapisanej , ku odległym perspektywom prajaźni i praświadomości . 
    Poezja Kresowatego jest wyławianiem z mroku odległych czasów tamtego bólu i tamtej tęsknoty – Jest komunią z kimś, kto patrzył w gwiazdy dawno temu i marzył o przeniesieniu się w przyszłość. Poeta wyciąga ku niemu dłoń, pragnie poprzez „magiczne przejście” wiersza znaleźć się tam, gdzie dociera tylko wyobraźnia i tylko myśl szybuje niczym boski wysłannik. Ale też stale jako narrator sprawdza , gdzie przenosi go imaginacja , stara się kontrolować te przerzuty i te ucieczki… Patrzy podejrzliwie na rzeczywistość wokół siebie i nieustannie instruuje się , jakby w każdej chwili uczy się być : „na odmianę chwil / jeszcze się nie oglądaj / jeszcze się innym zdawaj / ze słów i rzeczy / dostąp okien gdzieś / są jeszcze ocalone obrazy / które zabiorą cię w siebie / pomyłki się nie zdarzają / to tylko życie więcej jest / warte w pełniach ziemi / dziwna dzika konieczność / ciekawością obraca kulę / a ty zaczynasz mówić / weź czasem głęboki oddech / oddalenie to rozdwojona natura / odsłania ci za wiele / – tak mało zarazem / że aż boli.” -Byt jest dla poety przesycony cierpieniem i stale wyciska swe piętna wrażliwości , na wyobraźni, na każdej chwili. Dlatego wiersze Kresowatego są skłębione , pełne pulsujących metafor – bliskie zapisowi kulturowemu ; mitowi , podaniu, książce tajemnych znaczeń…
    Poeta w swoich wyprawach w głąb jaźni dochodzi aż do pokładów przedludzkich – zwierzęcych. Wtedy pragnie cyt.: „być łabędziem / na zapomnianym jeziorze / na głębinach zapomnianych luster / opływać brzegi całym sobą cichym / i nigdy nie stopnieć chociaż wokół / przestrzenie wołają odfruń! / z najgłębszych wód – – – / w ciągłym znaku zapytania trwać / z opierzonym białym wężem w zaroślach/ gdzie syczą krople krwi na śniegu /w przezrocze wieczności spójrz / pragnieniem samotności / i nic się nie dzieje / – dryfujemy.” 
    Nic się nie dzieje i dzieje wszystko. Poeta zbliża się wtedy do świadomości iście szamanistycznej .Odbywa podróże w czasie i przestrzeni, ale też i podróże wewnętrzne – w głąb ciała , wszerz jaźni .Tam odkrywa to co, powinno być zasłonięte , pławi się w obrazach, obcuje z sensem i bezsensem , zarazem przesiewa przez sito świadomości wolne abstrakty, fantazmaty, odpryski znaczeń i treści gromadzone tam przez wieki. Chce być zwierzęciem, bo zwierze jest tworem doskonałym, ale też chce być łabędziem, a to znaczy – według Bachelardowskich klasyfikacji wyobraźniowych – że sztuka miłości, pragnie posiąść kobietę czystą , pragnie połączyć się z jaźnią, którą będzie mógł uświęcić i sprofanować zarazem swoją wizyjnością. Takie liryczne łowy imaginacyjne każą też patrzeć na lirykę Kresowatego jak na swoisty rodzaj terapii, mediacji w czasie i przestrzeni , mediacji poprzez czynny obraz i statyczną chwilę wyobraźniową, a pytania pojawiające się w takich momentach maja walor ostatecznych utwierdzeń, umocowań , instalacji bytu cyt .;”gdzie jesteś czasie /w procesji bodiaków inny / przeszliśmy rzekę już / cienie drzew tam GDZIE / ścięto las – idą jak kiedyś za nami z górami wiatr / niesie naszą czysta pogodę/ z otwartymi oczami ja / a ludzie z nieba schodzą /miecz poznaje złocisty / jedno tylko wskazuje drogę / – – – – – -/ śpię z otwartymi oczami / bo tak uczył ojciec / gdy wrócił z wojny / pozwól / mimo że nie wierzę mu / żebym przekradł się / przez te białe noce / w pola pamięci z przyszłości / bo muszę wiedzieć / jak poznawać to co / wycięte utracone / nieprzejrzyste / jeszcze / jeszcze / raz.” Tylko tak można być i tylko tam można czuć – stale od nowa, stale od początku, choć – nigdy…

    3.

    W rysunkach i grafikach Kresowatego pojawiają się zasadniczo te same opcje i ta sama tematyka co w poezji, choć oświetlenia i akcenty są oczywiście inne. I tutaj autor sięga poza sferę rzeczy widzialnych . Żongluje przedstawieniami i jak surrealiści zmienia desygnaty znaczeniowe ; jak Picasso wykrzywia twarze i uruchamia oczy, usta, i inne części anatomiczne ; jak Chagall wywraca do góry nogami domy, zmienia perspektywy w obrębie jednej strefy semantycznej; jak abstrakcjoniści nie waha się poddać automatyzmowi skojarzeń i impulsów myślowych ; jak Brzozowski czy Kantor nie waha się sięgać po „bylejakość”, po elementy ze śmietnika kultury .W jego sztuce wciąż wracają te same symbole , a najczęściej chyba są przywoływania oka i źrenicy, ale też i rogu, skrzydła, liczne też są nawiązania do nieustającej walki płci i chęci dominacji nad partnerką – żądzy podsycanej pulsowaniem krwi i potrzeba nieustannego obcowania z czystością, pięknem nieskalanym i pierwotnym jak nabrzmiałe sutki, jak pulsujące łono. Kresowaty potrafi narysować wszystko to co kłębi się w głowie człowieka we śnie i podczas nadrealnej wizji; potrafi przenieść na papier – wyrwane z podświadomości – obrazy z zamierzchłej przeszłości . Pokazuje wtedy jakby kolejne etapy kształtowania się i udręczenia jaźni. Wszystko tutaj skręca się w szalonym uścisku, wszystko wyrywa się ku szerszym przestrzeniom. Jaźń groźnie wiruje pośród kosmicznej nocy, a świadomość odbywa bolesne eskapady w rewiry , gdzie śmierć graniczy z ekstazą , a byt jest ledwie magnetyczną mgiełka. Przedstawienia napływają niczym mary , niczym strzępy dawno odeszłych ciał, kształtów , znaczeń ; monstrualne krzyże , wielkie oczy wpatrujące się w ciemność, monstrualne ptaki przeistaczające się w ludzi, węże i ryby, pegazy, karły, planety i kamienie, góry i przepaście , piramidy i fragmenty miast ściśnięte przerażająca implozją. Sfera symboliczna tych przedstawień wyraźnie czerpie swoje soki z natury i kosmosu. Kresowaty łączy odległe przestrzenie i zdawać by się mogło nie przystające do siebie byty, wiąże to , co zostało zerwane i drze na strzępy to ,co uświęciła tradycja . W świadomości postaci z jego rysunków pasą się stada koni, wyrastają diaboliczne kształty , pną się w górę anatomiczne drzewa. Trwa nieustająca kopulacja , wielkie ożywienie, wszystko porusza się albo zastyga na chwilę w oczekiwaniu na cios z dalekich światów. W tym pulsującym mrowisku znaczeń stale dochodzi do tragedii i wciąż zjawiskowe kształty sakralizują to ,co zostało sprofanowane. Kresowaty otwiera przestrzenie i stale dopełnia je, bytuje w przestworzu , w którym śmigają w przelocie kształty i treści , wirują słowa i gesty. Tam łowi je i umieszcza na swoim miejscu w ciągu znaczeniowym .Takie nastawienie powoduje , że artysta staje się audiowizualnym podróżnikiem , stale czujnym, stale odkrywającym zgubione fragmenty wielkiej mozaiki świadomości.
    Kresowaty posługuje się czernią i bielą, szarością i nagłym kontrastem, kreską i plamą, dalekie tła zapełnia plątaniną czarnych wirów albo regularnymi liniami. Potrafi wyczarować na kartach papieru specyficzny nastrój i umie też tak operować światłem , skrótem , perspektywą ,że obcujący z tymi dziełami ma wrażenie autentyczności wykreowanych dali. Materia graficzna jego przedstawień wskazuje , iż powstają one bardzo szybko, w głębokim uniesieniu, jakby w chwili podświadomościowego połączenia z przeszłością i przyszłością. Tego rodzaju działanie wyklucza akademickie cyzelowanie linii i geometryczna koherencję plam – wszak jest wydobywaniem z otchłani , tego co istnieje w nieistnieniu i nie istnieje w istnieniu. Przypominają się w tym momencie wspaniałe rysunki Feliksa Topolskiego, znakomite szkice Salvadore Dali, rysunki Picassa. Ci wielcy rewolucyjni twórcy , podobnie jak Kresowaty , chcieli jak najszybciej pokazać w swoich przedstawieniach to , co jest w człowieku i jego świadomości najgłębsze, co drażni i koi zarazem byt, co boli i jak rozszarpana rana i łagodzi ból niczym balsam. Szybkość jest tutaj koniecznością , ale też i wartością potwierdzającą umiejętności warsztatowe i autentyczność doznań. Kresowaty zna doskonale rysunki i grafikę wymienionych wyżej autorów i często umieszcza w swoich pracach czytelne cytaty , choć nie waha się też uciekać do kryptocytatów . Można by tutaj wymienić jeszcze wielu antenatów , ale chodzi przecież tylko o wskazanie drogi, o umieszczenie przedstawień wrocławskiego twórcy w szerszym kontekście. Oryginalność tych prac jest niezaprzeczalna , a ich wizyjność wręcz fascynująca i pełna możliwości interpretacyjnych. Zarówno poezja , jak i przedstawienia plastyczne Zbigniewa Kresowatego są bezkompromisową próbą odnalezienia w świecie wypełnionym magmą znaczeniową własnego języka i własnego świata. 

    dr Dariusz Tomasz Lebioda

  • Odyseja bez granic – z raptularza Bożeny Budzińskiej O książce i sylwetce Zbigniewa Kresowatego „Są oblicza i anioły”

    Biografia Zbigniewa Kresowatego realizuje scenariusz typowy dla pokolenia uwikłanego w naznaczoną milczeniem i szeptem grę ze znaczeniami , czytelnikami i warunkami historycznymi , które prowadziły do politycznych uwikłań albo (i) skazywały twórcę na błąkanie się w poszukiwaniu miejsc, dróg i sensów aktywności artystycznej . Poeta i malarz wrocławski najpierw publikował w „drugim obiegu” literackim , a począwszy od przełomowego dla kultury polskiej roku 1987, zaczął wydawać tomiki poetyckie, ilustrowane własnymi grafikami. Ostatni z nich wydany w 1999 roku pt. Są oblicza i anioły – podsumowuje poetycką młodość wszechstronnego i niebanalnie myślącego artysty… Upłynęła ona , jak zdradza Kresowaty , „na zapomnianym jeziorze / na głębinach zapomnianych luster” (str.37). To prawda, o kulturze i myśli polskiej wielu chciało wtedy zapomnieć. A anioły Kresowatego grały tymczasem w przedziwnej orkiestrze swoje własne „łabędzie jezioro”, raz po raz schodząc na ziemię , tonąc w niej lub odpływając w spokrewnione w wodę niebo.
    Mówiący podmiot tych wierszy często płynie , przywołuje na pamięć morska podróż, albo wspomina mity naszej cywilizacji związane z wędrówkami starogreckich żeglarzy. Liczne aluzje i symbole mitologiczne ożywają obraz podróży i nadają jej nowe znaczenie. Wędrówka Odysa będzie dla czytelnika wciąż fascynująca, choć on sam może czuć się zniecierpliwiony lub wyeksploatowany przez kilkanaście wieków krążenia po wielkich nieskończonych morzach. A morza są podobne do wierszy. W nich także można się zatopić, a raczej – będąc wytrawnym żeglarzem – zagubić się na własne życzenie. Czymże innym , jak nie błądzeniem ,jest niespokojna miłość? Niekiedy tylko, kiedy opadną fale , rodzi się wątpliwość , czy dopłynie się do celu. Tutaj współczesny Odys często wątpi . Odradza się w dziesiątkach postaci i miejsc. Jego przymusowej włóczęgi nie zakreślają granice morza. Pojawi się na przykład w Wenecji i tam w starych domach odnajdzie tożsamość losu cyt. :

    te domy gotowe do wiecznej podróży
    czekają pochylone nad wodą
    rozmarzyły się na dobre wokół inne 
    domy pełne czasu z dużymi oczami
    patrzące w pamiętnik mój i twój
    („Wenecjada” , str.33)

    I kiedy poeta przesiada się do łodzi Odysa, czytelnikowi zdaje się czasem, że to z Charonem odbywa się ta bezkresna przejażdżka podczas której zacierają się różnice między miłością a śmiercią , biernością a aktywnością. Tylko sam król Itaki traci jakby spryt – może w podróży przez wieki nauczył się, że to nie wystarczy, aby zdobywać miasta? Upodobnił się do zbłąkanego Telemacha… 
    Ależ tak – zdaje się mówić poeta – to wszystko może się zdarzyć, jeśli przyjmiemy prawdę oczywistą : żyjemy na scenie wielkiego teatru , obojętnie jak go ktoś nazwie, ziemią czy morzem, planetą czy kosmosem. Nie ma więc małych scen, skoro wszystko nieustannie się zmienia, a z pesymizmem Norwida jako autora „Marionetek” łatwo polemizować :

    (…) nie nudziłem się
    na scenie tak małej
    bo umierał król
    i zaraz odżył
    jak Jagon w Otellu („powiem kiedyś” , str.36)
    Jakże krzepiąco brzmią te słowa na tle ponurych wyznań dzisiejszych poetów , którzy nadużywają póz „przeklętych”, nie bardzo nawet rozumiejąc swych poprzedników w tej roli. Lepiej czuć się królem choćby małej wysepki – jej nazwa nikomu nic nie mówi , a i na mapie oceanu trudno znaleźć takie maleństwo- i ku niej żeglować , a może spełni się choć część miłosnych życzeń. O to Odyseusz się nie obawia , Penelopa – kobieta i sztuka w jednej osobie – czekać nań będą i spełnią się we właściwej chwili. Będą jej sprzyjać stworzone piórkiem grafika biało – czarne anioły , także przekonane o mistycznym charakterze miłosnego aktu :

    koń to taki duży potulny anioł
    który stoi nad kobietą miłości
    kobieta jest jego ogniem i
    kąpie się w nim swoimi różami
    swoimi płatkami z tych róż
    które jej przyniósł już
    w tamtym nawiedzeniu
    i swoimi mistycznymi skrzydłami 
    nad nią położył w gwiezdną noc
    (” Koń” , str. 42 )

    Takie oto istoty zapraszają do podróży w arce Zbigniewa Kresowatego. I choć przedstawia on swój świat piórkiem, brak krzyczących barw do tej wyprawy nie zniechęca , przeciwnie – skłania , by zajrzeć odważnie w jedyne oko Cyklopa, jeśli pojawi się on w pieczarze półsennej wyobraźni.

    Bożena Budzińska – Gdańsk

  • „…KTÓRY WYPRZEDZIŁ OBECNY NIEPOKÓJ” Świat nie tylko poetycki Zbigniewa Kresowatego w/g Tadeusza Chróścielewskiego

    Ostatni obszerny tom wierszy Zbigniewa Kresowatego („Nie opóźniać spojrzenia”) , niezwykle interesującego poety i plastyka średniego pokolenia , poprzedza zachęcającym szkicem ,jako „słowem wstępnym”, poetka Marianna Bocian. Z jednym ze wstępnych stwierdzeń nie mogę się niestety zgodzić. Poetka zdaje się uważać uprawianie przez Kresowatego dwóch odmiennych rodzajów sztuki za ewenement, a następnie nadaje ich efektom twórczym i zakresom poszukiwań znamiona „nierozdzielności” . A przecież posługiwanie się zarówno piórem jak i pędzlem czy dłutem nie należy do rzadkości , że wymienię choćby: Tadeusza Lenartowicza, Józefa Ignacego Kraszewskiego, C. K. Norwida, St. Wyspiańskiego czy późniejszych twórców – St. Ignacego Witkiewicza, a nawet Bruna Schulza… Nierozdzielność zaś umożliwiają granice możliwości technicznych każdej z tych dziedzin i ich wymienionych postaci .Norwid nie mógłby namalować obrazu np. „Promethidionu”. Malarstwo nie jest, wiadomo , w stanie definiować abstrakcji czy tajemnic duchowych. Przecież i w omawianej książce Kresowatego , kiedy podjął się niespełnialnego zadania – oddania całego bogactwa uczuciowego swej miłości Grażki -Muzy, nie zdoła wejść poza zwyczajową kompozycję erotyczną z dodaniem nieuniknionego finału wszystkiemu co żyje , jakim było sięgnięcie po opatrzony motyw średniowiecznego danse macabre w drugiej części książki pt. „Nie opóźniać spojrzenia”. Ale to jest uwaga całkowicie na marginesie tomu, lecz także zbytniego pośpiechu protagonistyki tomu wierszy. Kresowaty zasadniczą część swego tomu poświęca zdefiniowaniu świata od Aktu Stworzenia aż po dziś – czego nieszczęsną trafność ukazały nam wydarzenia w świecie w dobre kilka miesięcy po ukazaniu się tej książki, a których początek ukazał się nam wszystkim bardzo niespodzianie i nagle w całym swoim dramatyzmie w chwili gdy wieczorem (a nawet w połowie dnia) ujrzeliśmy na szklanym obrazie armagedon. Artysta wydając swoją książkę o wiele wcześniej bo w 2000 roku wyprzedził swoimi działaniami i tekstami to co stało się później jako fakt. Bo tak naprawdę jest w książce o nadchodzącym jakimś wielkim wydarzeniu , jest jakieś swoiste proroctwo(?). Podstawowa część tego tomu stała się tutaj nieco przypadkowa porażającym unaocznieniem powracającego wizerunku nieidyliczności świata od wiek wieków po tamtą chwilę i jej wszelkie ciągi – spojrzenia i oceny nieustannego „dziania się” w nim – z pozycji wieszcza, prophety, futurologa , wreszcie apokaliptykosa i każdego z myślących i wrażliwych losom otoczenia „współ-oglądaczy” tego , co dzieje się właśnie za Oceanami. 
    Wyobraźnia poety i artysty wyprzedza w tym wydaniu tomu poezji więcej niż to co groźne , Momento do czego autor użył podmiotu jaskółki, która nieustannie przeplata się, lub objawia się, w niektórych tekstach jako „czarny sztylet” ,lub ptak nisko lecący przed burzą „z tytanem błota w dziobie…” Zatem wyłóżmy choć kilka tamtych wyobrażeń i myśli poety, który rozumiał Czas i dziwnie przeczuł Nadciągające „czarne chmury”…Świat i życie na ziemi miało mieć wedle planu Stwórcy charakter przede wszystkim rustykalny. Można parafrazować metaforykę tych wierszy poety : „Drapacze chmur” jego „manhattanu” -to dorodne drzewa – naturalny materiał tworzenia ognisk rodzinnych i sąsiedzkich społeczności gdzie życie miało być wypełnione „szczęściem” rodzinnym , które to „bywa” jak – oznajmia poeta :
    (…)
    każda historia zaczyna się 
    od łóżka
    od stołu
    od mlecznych zębów
    od splątanych gałęzi (s.44)

    Ale po tym spokojnym na pozór świecie przechadzają się aniołowie, a sąsiadka człowieka (jako głównego humanistycznego podmiotu książki) – jaskółka , o czym wspomniałem , lepi gniazdo na swoją miarę. W tym celu nosi w dziobie swe materiały i spoiwo w postaci „ździebełek błota”. Tak przebiegające życie było przecież swego czasu rajem!? –Aż, gdy ów Eden został odkryty przez jakieś niezidentyfikowane siły- „straszny on i dopieka gorzej niż ogień i piołun” (s.12). A przecież ten świat był kiedyś doskonale logiczny choć bardziej prymitywny: „wszystkie kierunki w nim wiodły przed siebie, wszystkie litery prowadziły do A” (s.17). To właśnie Hioba nie oczekiwały wiadome klęski, lecz „wesela” (s.28) …Chwilę , gdy człowiek traci na zawsze swój cień, dobry Stwórca mógł łatwo oddalać czas , usypując jakby w innym czasie kopczyki , a i usypiając grabarzy , otwarta „jama” nie otworzyła się (s.44) „pochód czasu” niczego właśnie nie wyłączył samoistnie z nowej rzeczywistości : równocześnie istniały obok siebie „minotaur” i ” dworce kosmiczne” (s.20)… Nagle nastąpiło niepożądane „odkrycie” przez jego zaprzeczenie. Może dlatego , że kiedyś anioł upadł? –A może sprawcą okazał się wynalazek „popielniczki”- A może wtargnięcie „sztyletu” , który (pomiędzy wersami) w tej czy innej postaci przewija się słowami jako sprawca, a bywa także metaforą w niektórych rysunkach autora. Krąży czasem, wręcz obsesyjnie ów czarny sztylet jaskółki po linijkach jakby chciał zapisać podskórnie wers osobny(?) …Odtąd normalnej ludzkości ciekawości świata zaczyna już grozić bolesnym „bliznami” , a czasem wręcz odnowieniem stygmatu rany (s.25) I oto miłe krążące jaskółki zmieniły się w istoty wróżebne nisko latające przed błyskawica… Zdarza się ,że w dziobach niosą, miast twórczego materiału ,szczypty tytanu- A przecież to środek równie twórczy co niszczący zagładą… Przedstawia tu poeta metaforycznie , że lepimy nasze domy z niewiedzy , z tego co nas otacza, wręcz z tego , co nas tworzy i z czego bierzemy… Priamowi (o którym wspomina autor-s.31) nie możemy dać żadnego zadośćuczynienia za tamten pożar -Zapodziała się Aleksandria ( w domyśle biblioteka światowego duchowego dorobku) Autor tych pisanych współczesnym językiem, lecz biblijnie podniosłych wypowiedzi , pogrążony wizją tej świeckiej, nie udziwnionej symbolami apokalipsy, przygotowanej ludziom przez ludzi, widzi jakąś – chociażby niepełną – możliwość oddalenia, czy może wręcz zmniejszenia skali zagłady , która jak bumerang co pokolenie przybywa i zawisa mieczem Damoklesa nad głowami istot żywych i rozumnych… Jednakże autor także przeciwstawia ów idylliczny świat śródziemnomorskim filozofiom. Bardzo często autor jak narrator powraca do postaci mitycznych oraz biblijnych wmieszanych w tamten czas jakby w „prawiek”, oznajmiając także ,że coś z owych nieporozumień już było- zmieniły się tylko środki i refleksy. Poezja, sztuka , a więc i język prowadzący znaczenia życia .Być może według poety ta poezja może być jakąś siłą na dziś, choćby tylko podeprzeć miała chybotliwy stół dyskusji- miejsce rozmów i spotkań dziś pozostające jedynie tęsknotą… Może właśnie poezja jest jakąś filozofią i przestrogą w stanach zagrożenia nie tylko słowa ale i fizyczności tego całego świata.(s.27). Poezja jako sztuka persfazji w ogólności, aby posiadać moc ocalającą musi dobry zespół słów , które budują znaki i jakby stawia je ” w drodze”. Daje nam autor także do zrozumienia o odpowiedzialności za słowo i czyn, a także o tym, ze trzeba prawidłowo prowadzić dialog z sobą ,daje do rozumienia o : przedsiębranie uwagi własnej intuicji i żeby prowadzić ją w stronę autorytetu dlatego takie tu wątki filozoficzne , prawie uniwersum… Co się tyczy dalszej części tej poezji, najważniejszą jednak jej siłą wobec czyhającej groźby jest właśnie sformułowana już w samym tytule podzielność uwagi o los i konieczność ogarnięcia sytuacji zagrożenia totalnego. W książce tej ,choć poetycka ,rośnie dramaturgia i filozofia czasu w spojrzenie w głębinną przepaści , która często jest w nas samych, prowadzona lub wyprowadzona z idylli do czasu obecnego. Kresowaty co rusz przeciwstawia się złu i nieporozumieniu, buduje jakby piramidalne skojarzenia filozoficznie podpierając je grafikami , cały cykl grafik zajmuje w tej książce pokaźne miejsce. Tom poezji przestrzega relata refero , co przekazuje autor i narrator : poeta i artysta z dużym nawiasem intuicji i buduje obrazy plastyczne, takie czyste i czytelne ewolucje w semantyce apokaliptyczno-sennej Glossy, jakby przygotowania czegoś spektakularnego wręcz nieuchronnego wyzwolenia niespożytej energii idącej mrukliwie z ponadczasowości, antropologicznie uzmysławiając czas dokonywany doświadczeniem ,gdzie w różny sposób uaktualnia się także zło i wręcz może przybierać wymiary armagedomu. 

    Tadeusz Chróścielewski – Łódź

  • Marian Grześczak „TWÓRCZOŚĆ” – nr 5 / 2000 – napisane w „KIOSKU”

    Już w roku 1996 zwróciłem uwagę na poetę i grafika Zbigniewa Kresowatego, wtedy autora trzeciego zbioru wierszy ” Są oblicza i anioły”. Teraz wyszła bardzo obszerna książka wierszy, grafik i obrazów zatytułowana „NIE OPÓŹNIAĆ SPOJRZENIA” (Wydawnictwo Wit – Graf, Toruń 2000). W malarstwie złośliwy, turpistyczny surrealizm, ale w jego walorach czysto plastycznych, na podstawie kiepskich technicznie reprodukcji, nic powiedzieć nie można. Zadziwiająca ekspresja? -Na pewno. Widać ją wszakże wyraźnie i mocno w kosmologicznych grafikach; formy, rzeczy, nastroje, wydobywa z niebytu bieli kreska rozbiegana we wszystkie strony, nieczytelna, furiatyczna, zaś ułożony z czerni świat aluzji zawieszony jest, prawie we wszystkich pracach, na horyzontalnych, czarnych liniach, jakby to były linie – strofy wierszy albo linie w zeszycie. Bardzo piękne wiersze: „W południe na nowej wsi” – zakończony komentującym zdaniem – „w dniu kiedy odszedł Zbigniew Herbert”, „Najpierw jest jaskółka”, „Próba bycia”, „Słyszę głos”.

    Marian Grześczak