Blog

  • „Maluję myśli… i poezję życia” (o niezwykłym malarstwie Wlastimila Hofmana)

    Hofman Wlastimil wyk. Zbyszek Ikona Kresowaty
    Hofman Wlastimil wyk. Zbyszek Ikona Kresowaty

             Malarz, reprezentant nurtu symbolizmu młodopolskiego, malarz myśli tradycjonalistycznej. Urodzony w 1881 w Pradze. Był synem Czecha i Polki, w 1889 osiadł wraz z własną rodziną w Krakowie. Studia artystyczne odbył w krakowskiej Szkole Sztuk Pięknych w latach 1895-1899 pod kierunkiem Floriana Cynka, Jacka Malczewskiego,  Józefa Unierzyskiego i Jana Stanisławskiego. W okresie 1899-1901 doskonalił swe warsztatowe umiejętności w paryskiej École des Beaux-Arts u Jeana-Léona Gérôme’a. W latach 1901-1902 kontynuował naukę w macierzystej uczelni w pracowni Leona Wyczółkowskiego.

             Artysta zarażony dozgonnie twórczością swego najlepszego mistrza Jacka Malczewskiego (z którym miał bardzo dobry kontakt). To właśnie decydujący wpływ na ukształtowanie się postawy twórczej Hofmana wywarł  ów symbolizm metafizyczny sztuki Jacka Malczewskiego. Dziś Wlastimil Hofman uznawany jest za kontynuatora wyznaczonego trądu przez Malczewskiego to linia symbolizmu – alegorycznego, ówczesnego budzącego się do życia w okresie tzw. młodopolskim kierunku malarstwa, przejawia się to zarówno w zakresie podejmowanych motywów ikonograficznych jak i stosowanej stylistyki oraz dalszych kompozycyjnych rozwiązań. Jego repertuar tematyczny obejmował, obok scen religijnych, takie tematyki etyczne i duchowe a nawet z sacrum. Powstały pierwsze obrazy w tej tematyce:  Nadzieja, 1907; Skarga, ok. 1907. 

            Natomiast wspomnieć trzeba co nieodzowne, że po wybuchu II wojny światowej i agresji ZSRR na Polskę z 17 września 1939 przebywał wraz z żoną w pałacu w Pomorzanach, gdzie stacjonował szwadron polskiego 20 Pułku Ułanów i. Króla Jana III Sobieskiego, który 20 września został otoczony i wzięty do niewoli przez wojska sowieckie. Hofman portretował wówczas żołnierzy ich na niewielkich kartonikach. Portreciki miały być wysłane do rodzin, a jednym z portretowanych był Zdzisław Peszkowski, który pomagając skarbnikowi dywizjonu w rozdzielaniu pieniędzy pomiędzy żołnierzy i ukrywając znaczną ich część, po dostaniu się do niewoli postanowił przekazać je Hofmanowi, aby nie dostały się w ręce władz sowieckich. Następnie Hofman przeżył tułaczkę przez Wołyń do Stambułu, Hajfy, Te Awiw JafauJerozolimy. Tam spotkał po latach ponownie Peszkowskiego, wyznając mu, iż ofiarowane mu w 1940 pieniądze uratowały Hofmanom życie, gdy aresztowani w Moskwie odzyskali wolność i mogli wykupić podróż do Polski.

           Później w wielu wolnych wariantach Hofman opracowywał motywy gry lub zestawienia Erosa i Psyche, tworząc dowcipną trawestacje intryg snutych przez tamtego romantycznego i uczuciowego Amora; mitologiczne parafrazy Hofmana ewokowały zawsze pogodny nastrój, znamienny dla polskiej poetyki i sielanki ludzkiej, były okryte szeroko humanizmem. Później bardziej drapieżnego charakteru nabrały nasycone rubasznym humorem sceny nawiązujące do ludowych wierzeń, strojów, imaginacji zabobonów i obrzędów nie tylko kultu religijnego, których protagonistami były np. strachy na wróble i jasełkowi aktorzy jak Diabły, 1908; Strach na wróble, 1906, spowiedź chłopa w polu oraz młodziutkie Maury obok aniołów z dyskretnymi skrzydełkami motylimi z różkami u głowy ze zwierzatkami w rekach z ptaszkami umarłymi i polne stare urocze Fałny mądrością grające na fujarkach czy ksylofonach, podobnie jak u Jacka Malczewskiego, na innych własnoręcznie zrobionych instrumentach, były także anioły blisko diabląt przyziemskich… Często powracającym w sztuce Hofmana tematem były rodzajowe epizody zaczerpnięte z życia górali oraz wizerunki chłopów, dające okazję do zaakcentowania dekoracyjności strojów i folklorystycznych fascynacji twórcy jak np. „Dwie góralki”, ok. 1918r…

                Nawiązywał artysta także do sztuki gotyckiej, wczesnorenesansowej i secesji. W malarstwie Hofmana kluczową rolę odgrywał, co ważne, linearyzm. Artysta określał kształty klarownym konturem, bryłę wydobywał walorowym modelunkiem, stosował barwy lokalne wzmocnione niekiedy refleksami fioletu, różu i zieleni oraz stonowanego pomarańczu przechodzącego w polny brąz. malował naturę , postaci z ptactwem, ptaki umarłe na rekach ludzi i dzieci. Jego umiejętność werystycznego odtworzenia rysów twarzy przejawiła się w serii autoportretów malowanych w różnych okresach życia, często – podobnie jak u mistrza Malczewskiego – finezyjnie upozowanych i dopełnionych alegorycznym sztafażem, grających zestawieniem z sobą. To malowane teatry na płótnie. Zatroskane twarze i żylaste ciała, mimika  zagubienia w nowej rzeczywistości czasem w siermiędze oraz zdziwieniu widokami zastanymi nagle. To niesamowite malarstwo, jakby echo po Jacku Malczewskim. Zawsze powtarzał „maluje myśli i czyny… maluje poezję” – Kiedy maiłem kilkanaście lat w podstawowej szkole wychowawca prof. Bolesław Ciulęba nauczyciel rysunku zabrał nas jako harcerzy do Szklarskiej Poręby na spotkanie żyjącym wówczas jeszcze Wlastimilem Hofmanem przy ul. Jana Matejki 24. To spotkanie ze starym juz wtedy mistrzem artystą pozostało w mej pamięci niezapomniane. pamiętam jak oprowadzał nas po domu i wyjaśniał zawiłość tematyki swoich obrazów. Pewnych rzeczy nie rozumieliśmy, ale fascynacja obrazami ich kolorystyką pozostała do dziś. Siwy zgarbiony wówczas Hofman dreptał po izbie zachwycony nami młodymi uczniami.

                 Kiedyś indywidualnie odwiedziłem Muzeum i grób Hofmana przyszły wtedy wspomnienia i refleksja po tak znakomitym artyście malarzu. jak tylko jestem w Szklarskiej zawsze odwiedzam to miejsce, kolebkę fascynacji co nie pozostało bez znaczenia na moja sztukę nie tylko plastyczną, ale i literacką czyli poezję… Hofman pisał także poezję, pamiętam wtedy jak byliśmy uczniakami u niego czytał nam, choć wydał tylko jeden tomik własnej poezji „przez cienie do wolności”, z którego czytając recytował  wiersze wówczas na fali. Ta wizyta to niezapomniany czas i chwile wryte głęboko w pamięć. Dziś cieszę się autentycznym  obrazem Wlastimila Hofmana i fascynuję jego tematyką, zdobyłem go płacąc wielką cenę – to cząstka duszy artysty, z którą obcuję non – stop, i tak już pozostanie. To nie pierwszy mój mistrz pochodzący od Jacka Malczewskiego. Moim profesorem był Eugeniusz Geppert także uczeń J. Malczewskiego, skądinąd wiem, że miał kontakt osobisty z Wlastimilem Hofmanem w Krakowie – to potęguje moja fascynację ta sztuką i tymi osobowościami. To nader cenne choć tak osobiste. Może właśnie dlatego?

    Zmarł 6 marca 1970 roku, dokładnie dwa lata po śmierci ukochanej żony Ady, z którą zalegalizował swój związek w 1919 roku. Ich ciała zostały pochowane we wspólnym grobie na cmentarzu komunalnym.

    W Szklarskiej Porębie do dziś znajduje się małe muzeum poświęcone twórczości Wlastimila Hofmana, jedna z tamtejszych szkół nosi jego imię, a dzieła malarza wykorzystywane są w kościele parafialnym pw. Bożego Ciała przy ul. Franciszkańskiej.

     Zbigniew Ikona – Kresowaty 

  • Marian, profesor od rzeźb portretowych

    Portret artysty Mariana Molendy wyk. Zbyszek Ikona Kresowaty

              Nazywają go „Profesor od pomników portretowych” – Jest profesorem i wykonawcą w Instytucie Sztuki na Uniwersytecie Opolskim. Pochodzi z Baranowa Lubelskiego. Absolwent PLSP w Nałęczowie. Studia na PWSSP w Gdańsku w pracowni prof. Franciszka Duszeńki. Uzyskał Dyplom z wyróżnieniem w 1983 roku. Posiada realizacje rzeźb w: Niemczech, Czechach, Rosji, USA, Francji, Węgrzech, a nawet w Chinach!   

    – Jest przede wszystkim żywym, przyjaznym człowiekiem, poruszającym się wśród zwyczajnych ludzi, jest autorem i wykonawcą wielu pomników i rzeźb (w tym i w drewnie), ale najważniejszą grupę stanowią pomniki z brązu, głownie  ustawione na Wzgórzu Uniwersyteckim w Opolu. Jest także znanym artystą malarzem i autorem cyklów autorskich płaskorzeźb.

         Należy odnotować, że w tym roku w dniach kolejnego Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu (15 września godz. 17.o) został odsłonięty pomnik Wojciecha Młynarskiego, autorstwa i wykonania artysty Mariana Molendy – To niezwykle sugestywna kolejna rzeźba portretu pomnikowego dla czołowego artysty kultury polskiej w całej krasie i wdzięku, ustawionego obok pomnika Agnieszki Osieckiej. Jak widzimy pan Wojciech siedzi sobie na krześle (takim jak poetka) obok niej, z rozłożonymi rękami przed sobą i rozchylonymi palcami u rąk o wyoblonych charakterystycznych opuszkach, dyskutuje z Agnieszką tak jak lubił… Ona słucha, podparta dłonią, z jej kolan spadają pod pantofle kartki maszynopisu, a obok stoi wolne krzesło zapraszające „Kogoś” trzeciego… być może jakiegoś przechodnia do wspólnej rozmowy… Być może w przyszłości dosiądzie się jakiś trzeci artysta? – Możemy się tylko domyślać o czym koryfeusze piosenki polskiej – poeci, kształtujący nasze życie kulturowo – społeczne, rozmawiają i można tę scenę na różne sposoby parafrazować… Natomiast prof. Marian Molenda nie dość, że zaprojektował i wykonał pomnik naturalnej wielkości osobowo, to jeszcze wymyślił piękne i sensowne połączenie twórcze tych postaci. (Domyślam się, pewnie z udziałem byłego rektora Uniwersytetu inicjatora innych pomników na Wzgórzu prof. Stanisława Nicieji). Przyznam się, że ja przed miesiącem odwiedziłem Mariana w jego pracowni, kiedy kończył tę realizację z gliny i szykował do odlewu. Ujrzałem wtedy gotową postać artysty – poety – kompozytora, i nie miałem żadnej wątpliwości co do jego klasycznego image – Zostały tu zachowane proporcje, wszystko co ważne dla postaci – cały zaśpiew artystyczny pana Wojtka, charakter i urok osobisty, w tym  szczegóły: pochylenie wyoblonych pleców, lekko rozwarte usta, włosy „ulizane” na czole, rozłożone palce u rąk w kierunku rozmówcy, rąk wystawionych do przodu, co niebyło na pewno łatwe…  (Wiem, bo wykonuję portrety na kartonie różnych rozmiarów i doświadczam pewnych trudności z przekazem i wydobyciem podobieństwa oraz charakteru postaci, trzeba wtedy wejść do środka osobowo indywidualnie, dużo wiedzieć o obiekcie, choć to całkiem inny materiał i wielkość…) Jak mi oświadczył artysta:  wychowywałem się przecież na Młynarskim, na jego tekstach, piosenkach, Pucio, Pucio…itd. Ale dlaczego chcę powiedzieć o tej bardzo ważnej realizacji osobliwie? – raz – gdyż dane mi było ujrzeć w pracowni akt pracy twórczej mistrza rzeźbiarza, w okazałym wielkim pomieszczeniu, pośród drabin i podestów i platform, a ta postać bardzo wyróżniała się, i dwa dlatego, że odnajduję w rzeźbach tego twórcy dużo więcej, a mianowicie aspekty duchowo filozoficzne – Jak patrzę w pracowni, na ten zmagazynowany makietowo i umocowany do ścian dorobek, dostaję „gęsiej skórki” –  wchodzi się we wspomnienie, jest tu duży nawias pamięci: stoją tu inne rzeźby – kopie autorskie po odlewach, części rzeźb już zrealizowanych, co nadaje osobliwy wielkoformatowy charakter poznawczy tego twórcy, zwłaszcza jeżeli w krajobrazie widzimy gotowe już dzieła – widać tu rozmach ale i pokorę, sens, czas i pamięć oraz wiedzę artysty. Widać jak przebiega amplituda myśli twórczej…  Pozostanę zatem pod wrażeniem na długo. Ujrzałem także w przygotowaniu kolejną ważną wielką realizację – makietę – ogromny stelaż  wyjątkowo duży, ponad naturalnej wielkości, do pomnika Marszałka Józefa Piłsudzkiego na koniu (o czym powiem w dalszej części tekstu.)      

            Ale wracając jeszcze do odsłonięcia pomnika Wojciecha Młynarskiego: akt ten odbył się 15-go września (piątek) godz. 17.oo – Wzgórze Uniwersyteckie w Opolu – Byłem widzem tej uroczystości, zaproszony przez artystę. Przybyła telewizja, goście, władze Miasta Opola: Prezydent Miasta, Rektor Uczelni, Kanclerz Uczelni,  przybył prof. Stanisław Nicieja, którego obecności jako byłego rektora i inicjatora przedsięwzięć pomnikowych nie mogło przecież zabraknąć, tak jak fundatora pana Cebuli oraz samego artysty Mariana Molendy profesora wykładowcy, były Vip-owie oraz władze Kultury i Sztuki województwa. Tu ciekawostka! – Nie było artystów piosenki polskiej, nie było nawet córek Młynarskich, (choć widziane były w Opolu), rodzinnie był obecny Jasiek syn Wojciecha Młynarskiego z córeczką i żoną, wygłosił on swoje wspomnienie o ojcu nieco poruszony, głos zabrał także obecny rektor Uniwersytetu prof. dr. hab. Marek Masnyk oraz profesorowie – Stanisław Nicieja i sam artysta Marian Molenda oraz mecenat i sponsor pan Cebula.

           Dlaczego przedstawiam Mariana, artystę w dużej części filozofa i mysliciela, który mówi niejednoznacznie o swoich postaciach za pomocą skrytego gestu, postawy i ukazuje mowę charakteru danej postaci, jest stricte dopowiadaczem w czapce niewidce Stańczyka , która podaje sygnały pewnego tonu, Molęda kocha muzykę, ale i jest wizjonerem, to taki współczesny „filozof” i łaskawca, który się nie wtrąca do innych, ale mówi dobitnie i uderzająco… jednocześnie jest wyciszony jakimś skrytym dobrem, miłością i skromnością.

    Portret profesora Mariana Molendy wykonał Zbyszek Ikona – Kresowaty- 2017 r.

         Dlaczego rozpisuję się o Marianie Molendzie? –  Jestem fanem tego artyzmu, każdy region ma swego artystę – mistrza rzeźb i malarza, artystów kultowych, pieśniarzy i animatorów, każdy region ma swego Stańczyka, ale „twórstwo” tego artysty w sensie umiarkowanego wysławiacza pięknie promieniuje i znajduje swoje odzwierciedlenie w różnych miejscach w Polsce i poza granicami.  Wykonał on, w swej karierze dotychczasowej, wiele realizacji pomnikowych i portretów w brązie, także płaskorzeźb i popiersi, wymienię tu kilka, żeby uzmysłowić, że akt tworzenia postaci, z jej twarzami i gestem oraz szczegóły mimiki, od których to gestów zależy podobieństwo, taki akt jest o wiele trudniejszy niż wykonywanie rzeźby tematycznej. Rzeźba portretowa wymaga dużo więcej zaangażowania i czasu, gdyż odzwierciedlić należy w niej, koniecznie, całe image twórcze danej osoby: charakter, postawę oraz związek z jego profesją. A więc wymienię tylko kilka postaci pomnikowo portretowych Molendy;  K. Musioł, J. Grotowski, J. Kofta, A. Osiecka, J. Przybora i Wasowski, Cz. Niemen, M. Fołtyn, E. Osmańczyk, K. Górski… inne np. w popiersiach i płaskorzeźbach poza Wzgórzem Uniwersytetu: T. Różewicz, Księżna Deysy, J. Piłsudzki (popiersie), S. Ligoń, Papież JP II z kard. Wyszyńskim (w kolejnej wersji znanego nam uścisku) – stojący monument w Prudniku, inne popiersia, Junona…

           – Ale przede wszystkim chce powiedzieć także jako krytyk artystyczny o samej twórczości autorskiej prof. Mariana Molendy – Artysta, jak się wydaje, postawił na tzw. minimalizm, a nie na pompatyczność swoich postaci. Miał ponad 30 wystaw indywidualnych i ponad pięćdziesiąt zbiorowych, nie licząc tych realizacji wspomnianych jako stałe na Wzgórzu Uniwersyteckim w Opolu. Mnie zawsze interesował aspekt filozoficzny mechanizm i chemia tworzenia podejmowanych tematów także w innych profesjach, przyjęcie postaw image postaci – takich jak: psyche, dorobek, wyrys twarzy i wdzięk, lub brzydota czyniąca postać wierną i gest sylwetki…    Interesowało mnie samo spektrum postaci i jej emocjonalność w innych meandrach. U Mariana Molendy, w jego twórczej przestrzeni, daje się wiele zauważyć, między intelektualnymi osiągnięciami: to jest konceptualizm tradycyjnych dziedzin sztuki, dzieje się to także pomiędzy ikonografią i jej archetypem. Ważny jest tutaj aspekt posługiwania się kanonem ikonnym, nie tylko w tematach pasyjnych, zarówno w rzeźbie autorskiej i płaskorzeźbami, wykonywanych dla instytucji, czego artysta sobie nie odmawia i widzi w tym zasadność swej mocy sprawczej. Ten ponad 25 letni dorobek artystyczno –twórczy – staż pracy i całe „twórstwo”, to dyskurs z uniwersum i ciągłą pamięcią z tematami mówiącymi o cierpieniu, bólu, miłosierdziu i oczekiwaniu w nadziei i pokorze… jest imponujący – widać to w elementach rzeźb co wyróżnia się w tej twórczości. Przede wszystkim jest to DIALOG, z przeszłością nie tylko historyczną,  przeciwstawiany przyszłości – a raczej teraźniejszości, jako pewna odnowa duchowa(?) – To ciągła nieustanna wiara w nieskończony sens dobra i bytu oraz milości.

    Oczywiście nie pomylę się kiedy powiem, że wiele tych cech posiada sam artysta: skromność, przyjaźń, wiara, umiejętność pochylania się nad bólem i troską człowieka, nad rodziną – To artysta człek „humanum docta”.  Sztuka tego artysty to wypadkowa wielu zjawisk społecznych i historycznych realizacji, ekspresyjny zwrot ku wartościom szacunku do rodowej tradycji…

     Natomiast osobną realizację i kolejny etap twórczy oraz wezwanie  profesora Mariana Molendy stanowi obecnie pomnik Marszalka Józefa Piłsudzkiego – Ziuka.

         Otóż jestem znów w pracowni mistrza, siedzimy przy kawie rozmawiamy o aktach twórczych, pytam czy zechce znaleźć czas na „rozmowę artystyczną” o sobie – o twórczości – dostaję zgodę – poślę zapytania Marianie – cieszy się, rozmawiamy o Piłsudzkim o tej realizacji patrząc na nią… później odprawia mnie do drzwi wyjściowych pracowni, jeszcze raz spoglądam na duży ogromny pomnik w glinie, choć obłożony folią, żeby materiał nie wysechł za szybko… Pomnik Marszała Piłsudzkiego  stanie przed Katerą na rynku w Nysie na kilku metrowym (4 metry wysokim) cokole. Skądinąd wiem, że Marszałek Piłsudzki pożądany jest na tych ziemiach przede wszystkim przez repatriantów, ale nie tylko oni chcą Marszałka.  Ci pierwsi przybyli tutaj jako młodzi ludzie ze wschodu, głównie z  rejonu Tarnopola, symbole polskości i niepodległości zostały tam za Bugiem. Los sprawił, że właśnie pomnik, który stał kiedyś w Tarnopolu powstanie , jakby z martwych na nowo, ponieważ za czasów KRAJU RAD został zwalony i zniszczony przez stalinowców na kawałki… Jak widzimy nie da się tak łatwo usunąć polskiej buty walecznej o niepodległość, nie da się zapomnieć symboli tamtej zawieruchy i walecznej wrzawy o nasze dobro narodowe. Tamten pomnik i ten to jedno – Tutaj pozwolę sobie na mały opis pomnika: Marszałek Piłsudzki siedzi na koniu, jak w marszu z pochyloną buławą w dłoni… koń mocno siłowo wyoblony – koń (nie klacz) z wyoblonym karkiem, z silnym i potężnym przodem, na takim jeździł wódz także – co tutaj ma metaforycznie oznajmiać bohaterstwo i butę walki o niepodległość – tak to rozumiem… tak to zamierzono ongiś w Tarnopolu, dziś wraca to i tutaj…

    – Nyszczanie już czekają na tę chwilę – Będę także obecny i ja – zwłaszcza, że moi rodzice i Grażki – ojciec Józef, mama Helena spod Zbaraża pochodzą z polskiego Tarnopola, Grażki z pobliskiego Stanisławowa (dziś Iwanofrankowsk). I już wiem, że chyba uronię łzę na tej nobilitacyjnej uroczystości. Dziękuję Ci Profesorze Przyjacielu za to nowe powołanie Ducha i kolejnej wielkiej prezencji niepodległości, dziękuję ci za wielki wysiłek – Pamiętam jak przy tej ostatniej wizycie 15-go września oświadczyłeś mi z uśmiechem na twarzy: wiesz, spadłem z drabiny (3,5 metra), kiedy gładziłem grzbiet konia Marszałka…(śmieje się) –  Ale warto było – Uśmiechasz się! – a wiem, że duch czuwał nad tobą, bo nie uszkodziłeś żadnej części ciała… Chylę głowę! w oczekiwaniu na dalsze piękne twoje realizacje… i odsłoniecie.

    – Oczywiście zapraszam wszystkich patriotów i outsiderów w imieniu artysty do zwiedzania Wzgórza Uniwersyteckiego w Opolu, fotografowania i podziwiana o każdej porze dnia i roku.

    Zapraszam na odsłonięcie pomnika Marszałka jako syn repatriantów także przed Katedrę w Nysie, na uroczystość odsłonięcia monumentu pomnika Marszałka  – data zostanie zapewne podana publicznie.

     Zbyszek Ikona – Kresowaty


  • JAKO „ŚWIADEK NAOCZNY” WIDZIAŁEM GO ŻYWEGO POD PIJALNIĄ W KRYNICY GÓRSKIEJ

    JAKO „ŚWIADEK NAOCZNY” WIDZIAŁEM GO ŻYWEGO POD PIJALNIĄ W KRYNICY GÓRSKIEJ

        (W październiku ub. roku minęło 50 lat od odejścia)          

    Urodził się 21 maja 1895 roku w Krynicy w bardzo ubogiej rodzinie. Jego ojciec był Polakiem. Jak się dowiadujemy, ojciec Jego to jeden z artystów malarzy, jakich wielu mieszkało wtedy w willi “Trzy Róże”, największego w tamtym czasie w latach 1960 w pensjonacie w Krynicy Górskiej – Jedna z najbardziej rozpowszechnionych plotek przypisuje ojcostwo znanemu malarzowi Aleksandrowi Gierymskiemu – matką zaś była Jewdokia Drowniak, córka Gryhoria i Tatiany z domu ze wsi Powroźnik. Nikifor – „Nykyfor”, jak Go wpierw po łemkowsku  nazywali, namalował multum obrazków na różnych podkładach papierowych, okładkach dużych szkolnych bloków rysunkowych, okładkach zeszytów i książek,  średniej wielkości i sprzedawał na murku koło Pijali Wód w Krynicy Górskiej. Gdy byłem w szkole podstawowej, pojechaliśmy tam wraz z klasą i naszym wychowawcą panem Ciulembą w 63 roku.  

              Natomiast po latach dorosłych, podczas mojego pobytu we Lwowie, chcę z tej w/w okazji opowiedzieć o niezwykłej, ważnej i pamiętnej, wizycie jak z filmu, w Krynicy Górskiej kilkadziesiąt lat wstecz, bo jestem we Lwowie i stoję przed brązowym pomnikiem Drowniaka, gdzie zebrało mnie na słodkie malinowe wspomnienie, gdyż zwiedzając starówkę miasta Lwów, jego urocze uliczki, natknąłem się właśnie na pomnik Nikifora, dość dużej okazałości, (ok 3,5 m.) osadzony bezpośrednio na podłożu ziemi, tuż przed cerkwią unicką. A był to dzień ślubów. Mówię ślubów, gdyż sam naliczyłem kilkanaście takich par fotografujących się pod monumentem.

    – Wzięło mnie od razu – Próbowałem uzmysłowić sobie jak doszło do osadzenia monumentu Nikifora we Lwowie? – Dlaczego tutaj znajduje się pomnik Epifaniusza Drowniaka? – Stanęliśmy oboje z Grażką wryci przed Jego obliczem, choć za życia był małego wzrostu, patrząc na siebie z uśmiechem. Przecież to jest niemożliwe! – żeby pochodził z Lwowa? – zapytałem siebie, lub żeby miał jakiekolwiek związki! – Co on tu robi? – Piorę sobie mózg, wymyślając własnej pamięci – być może matka Jego mogła pochodzić z tych stron(?), ale jak wiem – nie mogła! – Otóż historia pisana przez ludzi nie znających faktów, bez wiedzy i podstaw, potrafi płatać innym figla, zwłaszcza ta z ostatniego sześćdziesięciolecia. Jak widać troskliwi Lwowianie, nie Łemkowie przecież, postawili mu tak okazałe wspomnienie? – nie! – Otóż trzeba zacząć od wstecznej historii lat 70-tych, gdyż skądinąd wiadomo mi jest, że malarstwo Nikifora odkrył znany i wybitny malarz ukraiński Roman Turyn, który poznał Go i zaprzyjaźnił się z Nim, pozyskał wcześniej od niego był wówczas wiele prac i opisał Go w swoich wspomnieniach, pokazując prace Nikifora w jakimś periodyku artystycznym ukraińskim… Dlatego zaopiekował się jako pierwszy Jego twórczością, tak od serca i upodobania artystycznie…

        – I to pewnikiem za sugestią sprawczą Turyna pomnik ten powędrował do Lwowa, pod koniec lat siedemdziesiątych, gdyż w Krynicy władze kultury i miasta, nawet po sukcesach Nikifora, nie chciały pomnika. Sic! – Pomnik ten odlano  gdy Nikifor stał się sławny, można powiedzieć wprost, znany na cały świat artystyczny. Zatem jak  można było!? tak pozbyć sie pomnika artysty, czy była to jakaś zazdrość władzy?, że niby socrealiści nie mają swoich pomników? – a On prosty i „chory” na umyśle ma? – Socrealiści ponoć oponowali: „co tam będziemy jakiegoś prostaka wystawiali, on nic nie znaczy, etc,… nic szczególnego przecież nie namalował, żadnego Słoneczka, czy Jlicza ” – Czyli nowi zmiennicy „kultury  polskiej” potraktowali dadaistycznego artystę w czambu… Pomnik pragmatycznie przekazano tam, gdzie najwięcej prawosławia(?), ponieważ On Łemko malował wszystkich świętych cerkwki… Obelisk oddano jednak ówczesnym  władzom rosyjskim, rezydującym w Lwowie.  Tak stojąc przed tym pomnikiem – tutaj właśnie, przypominam sobie trochę więcej szczegółów o samym Nikiforze, np. o Jego pochodzeniu –  matka Jego była najprostszą biedaczką – kobietą, najmowaną do wszelkich prac u ludzi w okolicy i miasteczku Krynicy. A żeby pogłębić tę siermięgę wymyślono taki epizod, ponoć prawdziwy(?) „kiedy szła do pracy zostawiała dziecko pod mostem w zaroślach…” – To jakiś absurd! – ojca ustalono po czasie, ale imienia malarza nie podawano wprost, bo było ich dwóch braci Gierymskich, ten miał na imię Aleksander.

           – A tu patrzcie! – stoi Jego pomnik przed Wielką unicką świątynią… słyszymy chór na wielogłos z otwartych ogromnych wrót – wchodzimy do cerkwi i widzimy, nad głowami młodych, którzy biorą ślub, jak trzymane są (tamtym zwyczajem), dwie złote korony, trwa długie nabożeństwo ślubne… W soboty bardzo licznie młode pary we Lwowie biorą śluby i po uroczystości cerkiewnej podbiegają do pomnika, ściskają za rekę, łapią za nos, dla zwykłego szczęścia! – Fotografują się pod Nikiforem, przy grajku skripalu (skrzypku), zazwyczaj wynajętym w tym celu, składają kwiaty u stóp malarza, cali „w skowronkach”. Pewnie nie wiedzą kto to jest, ale szczęścia On zawsze użyczy, bo sam był na swój sposób szczęściarzem, spotkał życzliwych ludzi i opiekunów –  Nos u Niego błyszczy jak przysłowiowe klejnoty psa. Takich pięknie super ubranych par młodych jest tu naprawdę wiele, co rusz w innym miejscu miasta widzisz „młodych”, także na Placu przed piękną Operą Lwowską. Młodzi wskakują później do swoich pękatych WAN – ów i czarnych błyszczących Jeepów, albo limuzyn,  ozdobionych kolorowymi wieńcami, z żywych kwiatów i odjeżdżają na własne weseliska… Staliśmy zauroczenia w tym miejscu z Grażką, patrząc zdumieni na siebie, w tak okazałym i okrytym tradycją pomnikiem i tych młodziaków – Nikt – a nikt nam o tym nie mówił, nawet poeta Jasko Bil, że tu jest pomnik Nikusia, nikt nie mówił – Jaśko Bil zatem nawalił, a przecież urodzony we Lwowie, nauczyciel zamieszkujący od zawsze i nasz przewodnik w tym dniu nieobecny – to ostatni z „baciarów” lwowskich, który zna tutaj każdy kamień – a może miała to być „niespodzianka”? – Tak! – oznajmił w następny dzień Jaśko – że tak! – owszem i była to niespodzianka – Natomiast uroda miasta, które przeszło tak wielkie przeobrażenia, niczym się nie może powstydzić co od każdego z większych miast europejskich. Podreptaliśmy bok Parku Stryjskiego – Wszystko tu bardzo po europejsku, knajpy otwarte, dobre jedzenie, piwo. Tyle, że musiałem odganiać się od miejscowych(?), bo inaczej jakoś po artystycznemu wyglądaliśmy… i zaczepiano nas, a jak wspomniałem mieszkaliśmy wówczas pod Lwowem (przez 10 dni), zatem zwiedziliśmy miejsca polskie każdego dnia, a pod pomnikiem Nikifora byliśmy często, ile tylko można było, zwiedzalismy: dom Herberta, kościół św. Antoniego Padewskiego, gdzie był chrzczony i szedł do Pierwszej Komunii, w ogóle cały dom Herbertów, Cmentarz Łyczakowski, a na nim grób Marii Konopnickiej i innych koryfeuszu zaszłej kultury polskiej. Na rynku uliczka prowadząca pod piękną cerkiew ormiańską z pięknymi freskami i stiukami, inne dobytki kultury, nawet targ blisko Opery, gdzie nabyłem starą ceramikę huculską do mej kolekcji.

              Może z okazji wizyty warto poczynić dygresję, wspomnieć samo miasto Lwów – Założony ok. 1250 przez króla Rusi Daniela (Halickiego), który nazwał miasto Lwowem na cześć swojego syna Lwa. W latach 1349–1370 Lwów pozostawał w składzie Królestwa Polskiego. Przypomnijmy bo tak trzeba z okazji tego pobytu: W roku 1370–1387 Lwów pozostawał w składzie Królestwa Węgier, a od 1387 do 1569 ponownie w składzie Królestwa Polskiego i Rzeczypospolitej Obojga Narodów, od 1434 Lwów był stolicą województwa ruskiego. Miasto posiadało prawo do czynnego uczestnictwa w akcie wyboru króla polskiego. Od pierwszego rozbioru Lwów  (1772) pod władzą Austrii, jako stolica Królestwa Galicji i Lodomerii – aż do ich upadku (1918). W okresie zaborów był jednym z najważniejszych ośrodków nauki, oświaty i kultury polskiej oraz centrum politycznym i stolicą Galicji. 

          Zatem wracam jeszcze do Nikifora do tamtej pamietnej wycieczki do Lwowa jako dzieciak, ale stoję przed obeliskiem Nikifora długo, przede wszystkim wróciłem do czasu kiedy miałem 13 lat? i żyłem jak inni, chciał nie chciał w czasie w zawszałego, ale i krwistego  socrealizmu w Polsce, byłem w Szkole Podstawowej – był rok 1963?. Zdarzyło się, że nasz nauczyciel od prac plastycznych i manualnych, wychowawca pan Bolesław Ciulemba zorganizował nam wycieczkę do Krynicy Górskiej. Wcześniej coś nam mówił o urokach tego miasteczka jego ziemi, i że „ jak nam dopisze szczęście zobaczymy bardzo ciekawego artystę malarza”… malującego na ulicy, zwanego Nikifor. Wówczas nic mi przynajmniej to nie mówiło –     

    ale mocno się zainteresowałem taką sugestią, skoro to malarz, bo mnie nazywali wszyscy, nawet nauczyciele, „Matejko”, po prostu chciałem wiedzieć czy jest lepszy od mojego nauczyciela. Nasz wychowawca Ciulemba (to nazwisko nie ksywka) świetnie malował akwarelami i dużo mnie nawet nauczył i po swojemu forował, zabierał po lekcji zawsze rysunki, sam dobrze malował i był po historii sztuki…

    Pomnik Nikifora przy cerkwi unickiej, starówka w Lwowie, szkic wyk. Zbyszek Kresowaty
    Pomnik Nikifora przy cerkwi unickiej, starówka w Lwowie, szkic wyk. Zbyszek Kresowaty

    Okazuje się, że pojechaliśmy zobaczyć Lwów, ale ja spotkałem się z  własnym słodkim wspomnieniem –  Zakręciła mi się w oku łza. Patrzcie! – szepnąłem w duchu – Nikiforku! masz pomnik i to we Lwowie! – Ot! co – co za  zrządzenie losu? Ale to tylko dadaistyczna kolorowa dygresja sprzed lat.

    Okazało się, że to jednak było super przedsięwzięcie,  kiedyś przed laty, w czas końca roku szkolnego. Pan Ciulemba zabrał nas na tak ciekawą, a dziś sentymentalną podróż do Krynicy Górskiej, którą wspominałem tu we Lwowie! – I o dziwo dokładnie sobie przypominam ze względu na Nikifora – Zaczęło się bardzo wczesnym rankiem, w czerwcu 1963 lub 1964 roku, starym rozdygotanym autobusem SAN, za jakieś tanie grosze. Zwiedzaliśmy Krynicę, aż tu wychowawca – „świeć Panie dziś nad Jego artystyczną i wrażliwą duszą”, oznajmił nam na miejscu, że „teraz idziemy spotkać tego ciekawego malarza – „tylko się nie zdziwcie na Jego wygląd!…” – jak Go określił, ma byś spokój!- I zobaczyliśmy – zobaczyłem bardzo małą mikrą postać w czarnym pomiętym ubranku jakimś garniturku zmierzwionym, kolejowym? , postarzałą zgarbioną, postać pochyloną nad kamiennym murkiem tuż przy drodze. Zobaczyłem na własne wrażliwe oczy porozkładane kolorowe karteluszki, kartki na murku – malunki w średniej wielkości zeszytu i małego bloku rysunkowego, po przyciskane małymi kamieniami, żeby nie porywał ich wiatr. Nawet do głowy mi nie przyszło, że wokół Jego małej skromnej postury z nieogoloną zniszczoną twarzą, postaci mamroczącej coś pod nosem, dzieje się jakaś artystyczna sprawa… Wtedy nikt absolutnie nie wierzył w Jego rodzącą się „sławę”, a tym bardziej – on sam, nic nie wiedział, nie zdawał sobie sprawy, chociaż w gazecie były juz wzmianki a nawet reprodukcje – i tak przez głowę mi przelatuje, że widziałem tą publikację w tamtejszych gazetach… Wtedy tam w Krynicy mój nauczyciel podszedł do mnie i zapytał wprost ; „ no co Matejko podoba ci się to co Nikifor robi? –  powiedziałem  nie! – Wiesz powiem ci coś w tajemnicy – on chyba niedługo będzie bardzo sławny? – rozumiesz coś z tego? – No i co tak naprawdę tutaj widzisz – powiedz!? – u nas w przedszkolu lepsze obrazki malują małe dzieciaki– odpowiedziałem buńczucznie. Ciulemba jakoś tak do mnie powiedział… Uśmiechnąłem się dziwnie z dezaprobatą, bo zobaczyłem na własne oczy rysuneczki – maluneczki, bardzo dadaistycznie namalowane kredkami i bladymi akwarelami, jakby z pobliskiego przedszkola ręką dziecka. A widzę jakiegoś przecież  starca! – I jak się po chwili się okazało, Nikifor mieszał pędzelkiem w farbkach, maczał, malował, to znów śliniąc pędzle, i zapamiętałem dobrze, że pluł do farbek i tak wielokroć razy, na jakiejś twardej podkładce, uwieszonej na szyi, przewiązanej sznurkiem snopowiązałkowym, gdzie były napisy, kładł  kartkę z narysowanym wyrysem okolicy? – później oparty siedział na końcu murka, na piersiach jakaś deseczka oszklona? w której był włożony jakiś list? – A to jako taka podstawka oparta o mały tors, malował i znów coś mamrotał… ponownie pluł na pędzel wkładał do ust, pluł do farbek, brakło mu chyba wody, lub tak lubił? – chyba lubił smak farbek? – tak jak ja – Dziwiłem się przeogromnie, że tak może malować jakiś znany malarz(?). Mój nauczyciel wspomniał, że to jest artysta, który miał już wystawy w Paryżu i Niemczech i być może będzie Kimś uznanym, i był kupił od Niego kilka malunków. Jako uczeń miałem u Ciulemby „wielkie fory” – A teraz zobaczyłem ot! – jakiegoś „chłopka – roztropka” przy murku, w jakiejś kolejarskiej, pomiętej i czapce z daszkiem, który  porozkładał nieco pogniecione, maluneczki, chcąc za każdy jedynie 50 groszy!?. – Pamiętam dobrze, bo dostawałem w owym czasie, idąc do szkoły, od mamy, prawie każdego dnia 50 groszy na suchą bułkę! – pomyślałem to ja sobie kupię lepiej zwykłą bułkę, niż mam dawać za takie malunki 50 groszy. Ciulemba kupił był wtedy kilka tych obrazków? – a to mnie nieco zgniewało, niektóre były namalowane szkaradnie – a mój nauczyciel Ciulemba w szkole wymaga całkiem coś poprawnego! – a tutaj sam kupuje od Nikifora dziecinne maluneczki? –  którymi się w dodatku bardzo cieszy… Co to ma znaczyć?!…  Ale cóż dopiero po czasie, kiedy wkraczałem na pokład malarstwa, edukując się w kierunku, zacząłem się dowiadywać wszelkich rzeczy jakimi się rządzi Sztuka z dużej litery, a mianowicie rządzi się szczerością! –  wtedy nikt, z nas nie mógł o tym wiedzieć, to były czasy, jak pamiętam, bardzo okrutne!

             Dziś, przypomniałem sobie epizod, czego zabrakło mi w Filmie biograficznym Państwa Krauze „Mój Nikifor”, a mianowicie tego jak Nikifor pluje na pędzle i do farbek – Oczywiście są tam takie sekwencje – epizody, ale to za mało, gdyż z bliska nie ukazany jest sam akt twórczy artysty.

    On malował też w formie ołtarzykowej – bliskich Jemu samemu, ubranych bogato, „tańczących” świętych prawosławnych w dużych mitrach, bogato i pysznie egzystujących w Jego wyobraźniach… Skąd wiedział, że ważne osoby malować trzeba większe – skąd wiedział? – Czego zabrakło mi w filmie Mój NIKIFOR?: więcej scen, jak On był prowadzany przez pana M. Wrzesińskiego do cerkwi – a był owszem! – Ale zapytam i poczynię dygresję: od kiedy to w cerkwi, do której przyprowadził Wrzesiński Drowniaka, jest obecny jako proboszcz katolicki ksiądz – Nikifor był pod wrażeniem, zapatrzył się na Ikonostas. Katolicki ksiądz w nakryciu głowy katolickiego proboszcza uczestniczył w tej wizycie czynnie jako proboszcz… Nikifor na pewno był zauroczony tym cerkiewnym blichtrem, złoceniami i freskami, na ściennych i stiukach, na pewno to wszystko  kipiało w Nim było wielkie i uroczyste! – Wrzesiński opowiadał o tym wystroju Nikiforowi po dziecinnemu… Wracam do wspomnienia! – pomyślałem sobie, stojąc tu w Lwowie przed pomnikiem Nikifora, przecież mogłem coś Twego Nikiforku Kochany wtedy za te 50 groszy kupić! – Mogłem sobie kupić takie prawdziwe DNA KIKIFORA i to w dodatku z zarazkami gruźlicy. Mój wychowawca Ciulemba umarł na gruźlicę – to prawda, tylko nie wiadomo, czy za przyczyną Nikifora, czy samego siebie? – teraz uśmiecham się…

               – Zatem zaapeluję teraz :  kto z Państwa ma Nikifora na ścianie w domu ma Jego DNA! – Można  sprawdzić, czy się ma prawdziwego Nikifora! – I po chwili śmiech mnie ogarnął i zadziwił stojącą obok Grażkę –„ Z czego się cieszysz głuptasie?” – Opowiedziałem w szczegółach jej tę dość banalną przygodę z tamtej wycieczki do Krynicy Górskiej z tym DNA –  Ale mimo to jest to piękny epizod, który tutaj dygresyjnie na myśl o Nikiforze prawie żywym odezwał się z tamtej mojej pamięci… I jeszcze jedna dygresja – jak patrzeć na pomnik Drowniak Nikifor jest szczerze uśmiechnięty – nie do wiary! – a przecież nie śmiał się nigdy w życiu, chyba jak słuchał radia, nawet pod tańcowywał i tupał w podłogę… co jest na filmie. I całe Jego życie przybiegło raczej rozkosznie… Tego właśnie sam nie wiedział, (powtarzam jeszcze raz) tej naiwnej szczerości zabrakło mi w filmie państwa Krauzych pt. Mój NIKIFOR, bo dodałoby to trochę kolorytu. Poza tym powtórzę, zabrakło mi w filmie zbliżeń na obrazek, jak maluje sam Nikifor, było tego malutko, był chyba tylko błysk. Pani Feldman można było podstawić statystę artystę, jego ręce…  malować do oka kamery mógł ktoś inny. Tak jak mistrz Janusz Olejniczak użyczył swoich rak, jako dłonie Szpilmana w filmie pt. PIANISTA.

    Marian Wrzesiński artysta malarz – Opiekun Nikifora na swej wystawie w Krynicy na której byłem 1980 obecny i nieco rozmawiałem z artystą o Nikiforze i o Jego bytowaniu…
    Marian Wrzesiński artysta malarz – Opiekun Nikifora na swej wystawie w Krynicy na której byłem 1980 obecny i nieco rozmawiałem z artystą o Nikiforze i o Jego bytowaniu…

           – Ale wracając, przypominam sobie tamtego słodkiego ducha, i fakty bardzo wyraźnie. Doprawdy! – „Dziwny jest ten świat” – śpiewał na koniec filmu pt. „MÓJ NIKIFOR” Czesław Niemen, a to bardzo dobrze po mistrzowsku wymyślił reżyser Krauze, żeby na koniec filmu zaśpiewał Czesław Niemen w te słowa.

    Ten mały obrazek Nikifora pt. św. Piotr, tutaj przedstawiony jest dokładnie wielkości, na bardzo cienkim papierze, w posiadaniu Zbyszka Kresowatego
    Ten mały obrazek Nikifora pt. św. Piotr, tutaj przedstawiony jest dokładnie wielkości, na bardzo cienkim papierze, w posiadaniu Zbyszka Kresowatego

              Tak! – Jeżeli wszystko w sztuce jest szczere i przeżyte wypracowane także jak u Niemena – wtedy twórczość jest  oryginalna i może być zauważona – Nikifor znalazł ludzi opiekunów to im sie buntował jak zwierzątko, któremu lekarz chce założyć opatrunek.

    Jedna z pieczęci jaką wyrabiali opiekunowie Nikiforowi
    Jedna z pieczęci jaką wyrabiali opiekunowie Nikiforowi

        – I jeszcze jedno – „skąd to dziwne imię Epifaniusz” – Otóż przypomnijmy, było tak ongiś, że w dniu urodzenia dziecka z „nieprawego łoża” nadawano mu imię z kalendarza z tego dnia jego

          – I ostatnia ciekawostka! – Jak powiedział Marian Wrzesiński, że  co jakiś czas musiał Nikiforowi  wyrabiać nową pieczęć, bo je gubił, albo gdzieś po prostu zostawiał… lub mu kradli przygodnisie turyści. Dlatego na kolejnych nowych pieczęciach były inne Jego wizerunki: w czapce kolejarskiej, w kapeluszu i ten jak wyżej widać.      

    –  A na moim maleńkim prawdziwym Nikiforze na odwrocie jest pieczęć jak na pokazanym wyżej foto. A Wam Szanowni zalecam sprawdzenie DNA Nikifora, żeby wiedzieć czy macie oryginał!

                                                               Zbigniew Ikona –  Kresowaty

  • IKONA OKNO NA WSZECHŚWIAT

    IKONA OKNO NA WSZECHŚWIAT

    Pomyślałem sobie, że stykający się z ikoną w różnych miejscach, czy to na jarmarkach, gdzie można spotkać ikony, czy oglądający je w muzeach, nie wiele wiedzą o ikonie, o jej istocie, a szczególnie kiedy je nabywają na jarmarkach czy sklepach do tego przeznaczonych. Czasem nie wiedzą za jakim impulsem lub intuicją, lub odwrotnie dużo wiedzą o istocie ikony dlatego kupują(?). Warto przypomnieć sobie o roli ikony i jej pochodzeniu. Co właściwie możemy nazywać ikoną i jak traktować ikony stare, a jak współczesne, zwłaszcza ich wykonanie czasem pod turystę…

       Do eseju użyłem reprodukcji własnoręcznie wykonanych ikon.

    Ikona, czyli obraz sakralny świętej osoby lub świętego, wykonana jest przeważnie na desce lipowej lub desce z drzewa owocowego, bywa że na płótnie, lub deska obciągnięta jest płótnem, wyobraża postać, która zawiera swoje atrybuty którymi posługiwał sie za życia ów święty. Ikona to obraz wykonany w/g wyrysu lub wzoru ustalanego latami, służy jako odniesienie do świata świętości, w istocie przeznaczony dla kultury sakralnej, przyjęła się już w połowie V-go wieku. Okazją ku temu było wcześniejsze przy­wiezienie, przypisywane św. Łukaszowi, portretu Dziewicy z Dzieciątkiem pod nazwą „Hodegestia”, przywiezienie Jej Oblicza, wykonane przez św. Łukasza, wyobrażenia wykonanego w/g opisu z początku Nowego testamentu, do Konstantynopola. To św. Łukasz jako pierwszy, (który jeszcze nie był wyświęcony), ale jako  za życia najważniejszy ewangelista, przekazał nam, oprócz tego obrazu wykonanego własnoręcznie, wszystkie opisy w szczegółach o Maryi matce Chrystusa, jako „świadek naoczny”. Tym samym bez wątpienia przekazał pierwszą tzw. „wysłowioną”  ikonę szkicując wewnętrzny obraz Bogurodzicy, a później na tym opisie wykonał jej wizerunek zewnętrzny i przywiózł do Konstantynopola. Sztuka ikony, jej technika i zawartość kształtowała się i wzbogacała od czasów pierwszych katakumb i przez czas dwóch  Soborów. To Poprzednie Sobory określały jej ramy i obrazowość. W efekcie ikona jest rezultatem syntezy kultury helleńskiej, rzymskiej i chrześcijańskiej. Sama sztuka zyskała na wpływie Bizancjum i kraje słowiańskie stały się zależne od Bizancjum w miarę jego ekspansji. Cofając się wstecz można powiedzieć, że samo chrześcijaństwo, będąc reli­gią zakazaną w czasach starorzymskich, żądało od swych wyznawców ciężkich wyrzeczeń. Z tego też powodu tematyka obrazów i ikon do­tyka wpierw męczenników, a jednocześnie  koronuje ich na patronów. Początkowo ta sztuka miała charakter dydaktyczny, a zwycię­stwo Konstantyna nad Maksencjuszem w 312 roku przypisane zostało chrze­ścijańskiemu Bogu, pozwoliło  stać się całemu chrześcijaństwu religią tolerowaną i mogło pojawić się oficjalnie na tzw. światowej arenie jako wyzwolenie. Konstantyn chcąc pozyskać poparcie

    dla siebie i swoich poczynań wyzwolił chrześcijan spod prześladowań i nadał im wszelkie prawa. A więc, sztuka ikony wyszła z katakumb, rozwijała się bardzo ekspansywnie. Ikony wykonywano w monastyrach i wynoszono na rynek celem zdobycia środków do życia, wykonywano je w/g tzw. kanonu, czyli wzoru – wyrysu i określenia kolorów przypisywanym poszczególnym świętym (do zamalowania wyrysów). Kolory czerwone oznaczały cierpienie, inne kolory funkcje w świecie mistycznym, a wszystko akceptowane było przez zbór chrześcijański i władze świątynne, tym samym sztuka ta wchodziła do świątyń i kościołów jakby czysta i zadiustowana… Jednak najbardziej znaczące centrum sztuki sakralnej, w tym ikon, powstało po 843 roku w Kapadocji (Dolina Goreme), było to ognisko życia monastycznego rozwinięte wcześniej, bo już od IV wieku, przez św. Bazylego. W dalszej przestrzeni, od XIV wieku, powstawało wiele szkół „pisania” ikon w całej Europie, głównie w Rosji. Tam właśnie powstały szkoły tworzenia ikon, takie jak: moskiewska, nowogrodzka, czy pskowska i tam ikonopisarstwo rozwijało się  najlepiej, wraz z wykwitem wiary i jej wyznawców. Głównie ikony pisano w celu rozpowszechniania ich mistyki, która miała moc, na tym samym poziomie co Biblia, a jednocześnie, jako przekazteologii i przenoszenia jej obrazu do ludu wiernych. Jak wspomniałem ikony roznoszono, robili to mnisi, którzy  sami „pisali” ikony w monastyrach jakby osoby naznaczone sacrum, przekazując je za żywność, czy inne dobra, potrzebne do życia wewnątrz klasztornego. Ikonę się zatem „pisze”, żeby „prostym” ludziom, którzy nie umieli czytać Pisma Świętego, pierwsi nabywali ikony przekazać poszczególne obrazy z życia świętego, gdyż poprzez kontakt duchowy, przez konte­mplację wewnętrzną, nie jedna ikona określa wizję danego świętego, kiedyś wyniesionego na ołtarze. Natomiast dany święty posiada zawsze swoje atrybuty, co jest umieszczone na ikonie jako Jego znaki.

    ikona”św. Jerzy zwalczający smoka” – wyk. Zbigniew Kresowaty
    ikona”św. Jerzy zwalczający smoka” – wyk. Zbigniew Kresowaty

    Od samego początku, od chwili wybrania deski, wchodzi się w  kontakt duchowy, mówi sie modlitwę, zwłaszcza do postaci świętej, którą powołuje się na obraz. Osobiście to czynię i wchodzę w takie stany od chwi­li wybrania deski na obraz – Uważam, że deska staje się wyjątkiem w całej koro­nie drzewa usadowionego na pniu, pnącego się do nieba latami a później ściętego. Uważam, że ten kawałek deski jest szczególny – czuję to przez intuicję ku dalszej pracy okry­cia jej otuliną, czyli nałożenia podkładu gipsowo jajecznego, a później wykonaniem wizerunkiem świętego, który ma pozostać na nim do końca. Zatem wpierw jest modlitwa, którą odmawia się od wieków, przystępując do stanu tworzenia ikony.  A brzmi ona prawie jak wiersz, lub przysięga(?):

    Ty,

    Boski Mistrzu

    Wszystkiego

    co istnieje,

    oświeć

    i kieruj

    duszą

    i ciałem

    Twoich sług:

    Prowadź

    ich ręce

    aby mogli

    godnie

    i doskonale

    przedstawić

    Twój obraz

    obraz świętej Twojej Matki

    i wszystkich Twoich świętych

    ku chwale,

    radości

    i upiększeniu

    świętego

    Twego Kościoła.

    Amen.

    Wykrojoną deskę z pnia, jakby ze spiżarni, w której pełno słoi, obmacuje się, napełnia swoją energią i w/w modlitwą duchową. Nakłada się, w duchu wiary, szpachel, później ściera się  powierzchnię do gładzi, żeby wyrysować obraz męczennika, czy  patrona…  I chociaż dziś wzorujemy się na wizerunkach, są one dostępne  w miejscach kultów  i w literaturze, zawsze  to oblicze świętego stawać się powinno na podobieństwo tego pierwszego, tym samym jakby oczyszcza się i udoskonala  w czasie jako wyrys. Nakładanie farby, tempery, musi następo­wać w/g pewnych reguł, które regulują kolor szat, czy pozę, oraz układ błogosławiącej dłoni u pozostałych innych świętych. Trzeba zachować wyraz wyobrażenia ustalonego wiekami oraz opisy, które znajdą się na desce, a które usta­nawiają i jakby zatwierdzają ikonę jak pieczęć. Gdy całość wyschnie, powleka się ikonę woskiem lub werniksem. Dziś techniki tworzenia ikon, trochę uległy zmianie, gdyż zmieniły się materiały na bardziej trwalsze(?) – Zapewne, ikony wykonane dziś, przetrwają dłużej, choć tu trzeba postawić znak zapytania. Kiedyś ikony były trzymane w zawilgotniałych kościołach, cerkwiach, izbach, komorach, ustawione w kątach – I jak zresztą mówi tradycja, one siłą rzeczy ulegały wszelakim uszkodzeniom. Mówiąc dalej o znaczeniu ikony, trzeba powiedzieć, że znaczą­cym zjawiskiem jest pocieszający fakt, że młodzi ludzie pragną lepiej poznać ikonę, a nawet ją mieć i czcić tak jak czci sie talizman. Czy jest to nowy głos serca? – Ale pe­wnym jest, że tworzący, czy odtwarzający „piszący”  ikonę, musi mieć kontakt i czuć w całej pozytywnej energii świat „boski”. Zatem do zrobienia ikony trzeba się przygotować, tak jak do tworzenia każdej dobrej, czy znaczącej sztuki (np. napisania wiersza, czy obrazu, lub rzeźby). Sam wiem o tym dobrze, że gdy nie uda mi się wejść w stan me­tafizycznej wewnętrznej kontemplacji i oddaniu się  w całości ku mojemu obiektowi, jako medium, to nic z tego nie wyjdzie, lub wyjdzie jedynie bubel zwany tandetą – czy  kiczem – jest to znane! Ja wtajemniczyłem się w tę twórczość na przestrzeni  długiego czasu – studiowałem dużo fachowej literatury, w tym i obcojęzycznej, także obycza­jowość i kulturowość miejsc powstawania ikon. „Robię” – tworzę ikony, „piszę” je obecnie z  

    „CHRYSTUS PANTOKRATOR” – ikona na desce lipowej, wyk. Zbyszek Kresowaty
    „CHRYSTUS PANTOKRATOR” – ikona na desce lipowej, wyk. Zbyszek Kresowaty

    z przerwami od dłuższego , gdyż muszę znaleźć się przede wszystkim w duchowym klarownym stanie – jednocześnie dalej, jakby studiując technikę i wszelkie znaki… Natomiast, żeby swobodnie poruszać się w tej „mistyce” i częściowo móc zmieniać niektóre rzeczy, dostosowując je do wymogu czasu, trzeba także poznać siebie samego – czy jest się wartym, czy jest się gotowym do tworzenia ikon – To ważne! – Stosowanie pewnej dyscypliny duchowej po techniczną, czyli zachowanie: znaków, kolorów (np. kolor czerwony oznacza męczeństwo), czy jak wspomniałem upozowania obiektu, pro­wadzi do zamierzonego efektu – nic więcej! Ikona musi być wykonana w klimacie bezczasowości. Znaczy to , że nie można  przedstawić osoby świętego w określonych cieniach, co wskaże np. porę dnia, lub roku. Ikona musi tym samym pozostać ponad czasem, jakby zawieszona w przestrzeni wiecznej. Ikona (w barwach i liniach) musi pozostać kontemplacją – Trzeba, co ważne,  stworzyć jej atmosferę, oblicze, sens, wprowadzić w mistykę – jakby wyłaniała się z mroków jako światło ukrytej prawdy, czyli coś względnego dla sfery naszego wnętrza, odebrana tym samym przez bicie serca jako odsłona duchowa na trudny czas… Wiemy, że ludzie tęsknią za prawdziwym kontaktem z siłą nadprzyrodzoną – zatem jakikolwiek obraz wydobywany pod wpływem takich przeobrażeń, jak wyżej wspomniałem, nadaje światło pocho­dzące jakby  z innego świata, i stawia pytanie o tajemnice, i pra­gnie dalszego objawiania. Oznacza to, że mówiąc o Bogu mówimy więcej o człowieczeństwie…     Oczywiście ikona wymaga konfrontacji ze sztuką Zachodu i nie tylko. Ikona wymaga dalszych analiz kolo­rów i sposobu łączenia słowa i obrazu w jedność. Ogólnie, żeby to uczynić, trzeba „napisać” ikony  w wstąpieniu w milczenie w samo­tność,  a tym samym pokorę bytu autonomicznego, żeby usłyszeć wi­browanie duszy tego przemienionego świata innego niż kiedyś … Ikona jest przy całej tej rozciągłości i zależności, ciągiem humanistycznie wizualnym autentyzmem, gdy będziemy przestrzegać reguł w jej wydobywaniu     i tworzeniu, całej mocy otwarcia i przyjazności człowiekowi, tym samym będziemy wierni sile nadprzyrodzonej, być może nawet samemu Bogu. Profesor Jerzy Nowosielski  mistyk i mag ikonopisiec mówi, że „Ikona spada z nieba” – to bardzo metaforyczne określenie dużo znaczy o darze jaki dostajemy od Boga przy narodzeniu. Każda ikona wykonana z pietyzmem mówi o Bogu, który stał się człowiekiem, aby człowiek mógł stać się sobą? – To jest pytanie bardzo retoryczne i ogólne, ale zaiste stające ponad czasem, prawdziwe! – Ikona jest i po­zostanie ściśle związana z ewolucją myśli, w tym i tej chrześci­jańskiej – myśli  idącej w kierunku sanktuarium. Człowiek jest sanktuarium, twierdził już nie żyjący prof. Henryk Skolimowski w Katedrze Ekofilozofii. Ikona wciąż przechodzi przez  przeobrażenia, tym samym staje się nam bliższa kosmologicznie… Ikona pozwala przejść od tego co widzialne do tego co jest nie­widzialne, jest oknem na świat Boga – a mieści się w nas samych. Piękna ikony nie można nazwać wpro­st estetycznym – to piękno jest wewnętrzne i ma swoje źródło w tym  i w tzw. Archetypie (Modelu). Jest oczywistym, że piękno takie odnosi się także do estetyki sakralnej, dlatego zdobimy ikony, ale nie nadrzędnie, lecz z pokory, odkrycie samej istoty piękna ikony otwiera światło metafizyki wewnętrznej które cieszy, wchodzimy w jej oblicze, zawsze po przez piękno. Ikona pozwala człowiekowi na

    przyjmowanie światłości własnego wnętrza, budzi je i przemienia  w medytację,  wyprowadzając ją na zewnątrz, czyli w metafizykę zewnętrzną naocznie. Zawsze mówię i oznajmiam moim odbiorcom ikon, którzy je nabywają ode mnie, żeby obcowali namacalnie z ikoną – to znaczy, żeby ją dotykali, przytulali, żeby zapalali przed nią świecę lub znicz, nie koniecznie odmawiając modlitwę. Tym bardziej wejdą śmiało w świat mistyczny. Zawsze przekazuję zaintere­sowanej osobie ikonę już „poświęconą”, nie wspominając, że  sam ją tym rytuałem poprzedzającym wykonania uświęciłem własnym darem od Boga otrzymanym przy urodzeniu i na chrzcie. Moje ikony posiadają dużą energię pozytywną, jakby duchowo je udoskonalam, napełniam i przenikam. Często w moje ikony wmontowuję np. kamienie szlifowane oprawione w srebro, montuję kamienie przywiezione z „Ziemi Świętej”- to tak jakby na krzyżu ujrzeć atrybuty, czy na­rzędzia mordu Chrystusa, np. obcęgi, czy gwoździe – Są to znaki namacalne przy dotyku. Z moją ikoną należy obcować, pocierać opuszkami palców kamienie, żeby odebrać energię danego miejsca. Jakże miło mi, gdy otrzymuję sygnały od osób, że ktoś uległ dobrej aurze, że czuje się  dobrze, czy jego choro­ba złagodziła się lub zanikła, że doznaje niejednokrotnie olśnienia, że poczuł się inny, lub poprawił swój stan duchowy… To buduje i potwierdza moje przekonanie płynące prosto z serca. Napisałem i namalowałem (współcześnie ikony, bo współcześnie też się maluje, na co zezwolił Sobór watykański) dość dużo – ponad osiemset, mówiąc wprost odebrałem je sobie i mam się także mimo innych profesji za wiarygodnego ikonopiścca?- Wierzę w czar ikon i polecam każdemu obcowanie z „oknami na świat boga”, bo tak je nazywam. Wierzę w mistyczną moc ikon dobrze wykonanych… „Jeżeli piękno ma zbawiać świat” – jak stwierdził Fiodor Dostojewski, to wystarczy zwiedzić Kretę i inne regiony starej Grecji – jej monastyry, także ziemie śródziemnomorskie ich cerkwie i miejsca świątynne, całej ziemi, która wiele dała kulturze europejskiej i powędrowała pod Kijów za sprawą św. Cyryla. Są to do dziś miejsca cudowne, są to miejsca IKONNE, żeby zrozumieć wpływ piękna na zmysły, a ostatecznie na duszę, co wiedzie do dobrej kondycji ciała i rozumu, trzeba mieć taka potrzebę i poczuć impuls – Wszystko to zwraca się do boskości i Jego źródła, a tym samym do nas samych, trwajmy w tym, róbmy to… podziwiajmy siebie! – Przecież wszystko to zostało uświęcone krwią i potem, jeżeli umysł zawodził to zjawiała się ofiara krwi – ale jednak piękno mistyczne zostało, jako dowód istnienia wielkiego ołtarza boskości. Zupełnie niedawno podjąłem cykl ikon, pod ty­tułem “Na przełomie Millenium” wykonując je pod tym znakiem od 1999 r.

    ”św. Antoni – Peczerski – wyk. do koszulki, na desce owocowej Zbyszek Kresowaty
    ”św. Antoni – Peczerski – wyk. do koszulki, na desce owocowej Zbyszek Kresowaty

    chcąc wejść, jakby w odnowę tematyki sacrum. Natchniony  ekofilozoficznie przez auto­rytety, w tym przez bliski kontakt z profesorem Henrykiem Skolimowskim, przyjacielem wielu autorytetów odnowy naszego morale współczesnego (jest – był On przyjacielem Dalaj Lamy), jakby dowartościowałem się Jego publikacjami np. „WIZJE NOWEGO MILLENIUM”, inne „WOKÓŁ RZEŹBY ŚWIATA”, czy „MEDYTACJE”

                  – Podjąłem kiedyś trud wykonania szeregu ikon za­pomnianych, trudnych, a tym samym ciekawych w tematyce i podmiocie. To taka ofiaraza „głosem serca”. Poszczególne ikony, oznaczone nu­merami przeszły w kolekcję, a jednocześnie w nowe Millenium, które, jak głoszą owe autorytety, powinno być i wierzą, że będzie odnową życia duchowego, a tym samym moralnego. Jak widzimy tak się nie dzieje. Sam Ojciec Święty JP II ogłosi tę ideę i wielu innych mistyków. Może dlatego, że nasze ostatnie stulecie było zbyt krwa­we, porównywane do wszelkich starożytnych i prymitywnych burz wojennych, nosi głęboką bliznę…

    Jak mówił w III wieku filozof neoplatoński Plotyn – (filozof starożytny, twórca systemu filozoficznego zwanego neoplatonizmem. Młodość spędził w Aleksandrii. Tam w 28 roku życia rozpoczął studia filozoficzne pod okiem Ammoniosa Sakkasa. 12 lat później, ok. 244 roku, przeniósł się do Rzymu, gdzie założył własną szkołę.)

     „jest siła w wizji, osiąga się ją razem  przez wewnętrzne oczy, pozwala­jące zrozumieć głęboką  istotę rzeczy”.

    „Święta Trójca”- współczesne wyobrażenie, na płótnie – wyk. Zbyszek Kresowaty
    „Święta Trójca”- współczesne wyobrażenie, na płótnie – wyk. Zbyszek Kresowaty

     Jeżeli zdobędziemysię na to, tym bardziej łatwiej będzie odbudować człowieczeństwo z całym jego sanktuarium – Mówię zawsze, że drogą może być chociażby ulubiona ikona, lub swego patrona w/wg imienia, jako pierwsze okno da świat boski.  Ikona naprowadza  na trzon duchowy, który i tak uległ rozmontowaniu, a dobierano się do niego w czasach cesarstwa rzy­mskiego, i później w średniowieczu, i za czasów „czerwonej zarazy” komunistycznej – Próbie  były poddawane największe prawdy świata. Nie dało się spalić ikon stalinowcom, ani porwać ikon Turkom na Cyprze pod czas wojny pod akcję Alitalia 1974,nawet gdy przystąpiono do czystek i łupienia świątyń latami, nie dało się zamazać zwłaszcza wizerunku ikony utrwalanej przez 1500 lat, bo była i jest prawie w każdym domu, choć czasem świeci jako dzieło sztuki to zwraca uwagę…

    Cała debata, za lub prze­ciw w ikonie,  może przywołać  wszystkie herezje, ale pozwala zawsze na jasność i to tę niezależną, mającą niezrównane znaczenie dla człowieczeństwa, gdyż na ikonie zawsze jest człowiek. Dlatego też zwycięstwo Kościoła w 843 roku nad długim i głębokim kryzysem,  nad niszczeniem ikon, jest nazwane Tryumfem Ortodoksji, naprawia. Do usprawiedliwienia obecności obrazów sakralnych w tym i ikon, oraz metafizycznego rozumienia ich, zmusiło przecież chrześcijan Bizancjum oraz ciągle rosnąca  groźba isla­mu, nieprzejednanego wroga naszych wyobrażeń boskich.                                              

    Zbigniew Ikona – Kresowaty

  • ONEIRON Andrzeja Urbanowicza …

    ONEIRON Andrzeja Urbanowicza …

          Urodzony w Wilnie (1938) – Wybitny polski artysta wizualny. Był absolwentem Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, głównie związany z Katowicami, gdzie mieszkał i pracował artystycznie po studiach. Jedyny z założycieli Tajnej Kroniki Grupy Pięciu Osób, zwanej później Ligą Spostrzeżeń Duchowych lub kręgiem Oneiron, toniezależni ludzie sztuki, którzy słynęli z oporu do władzy i wszystkim tym co  podważa jawnie metafizyczność człowieka, któremu przysługuje prawo pełnej wypowiedzi i autonomicznych myśli…

    Artysta Andrzej Urbanowicz w swej pracowni w Katowicach
    Artysta Andrzej Urbanowicz w swej pracowni w Katowicach

     Dlaczego Andrzej Urbanowicz był i jest (mimo, że nie żyje) twórcą, niezwykłym i bardzo oryginalnym, a pamięć o nim wciąż trwa. Iście to artysta zwany wizualnym i parateatralny – twórca performance oraz prezentacji wizji metafizycznych w swym malarstwie… Swoje działania artystyczne opierał przez własne wnętrze i wiedzę, jakby „tworząc” sobą całym w pełnym tego słowa znaczeniu – był nie tylko malarzem, był pisarzem esejów o sztuce niezależnej, swego rodzaju modernistycznej, z ukazaniem scen, lub ukazanego ruchu do wewnątrz materii, choć czasem był to symbolizm, preferował on bardzo żywe kolory sztuki mówiąc: „Posłańcem uczuć jest barwa” – były to wizje wchodzące w metafizykę wewnętrzną, wydobywając ją także na zewnątrz – to obraz warstwowy, obraz płaskorzeźby(?) lub wiążąc obraz malowany z nałożonym elementem co wyglądało razem jako płaskorzeźba. Jak podaje Urszula M. Benka: „ … Obraz taki ma ramy i jest z samej swojej istoty powierzchownością, która daje iluzję przestrzeni. Wielu, jak choćby obserwujący Urbanowicza w ostatnich dwóch dekadach Hans Bellmer, rozwiązuje ten problem tworząc po prostu przestrzenne instalacje – na reprodukcjach są one na powrót spłaszczone. Urbanowicz szukał teatru, multimedialności. Jego wielki powrót zza oceanu, połączony z retrospektywną wystawą na obu piętrach katowickiego BWA (kuratorem był Jarosław Świerszcz), łączył się, i to w najnaturalniejszy sposób, z performerami czy raczej spektaklami autorskiego Oneironu II, serią wykładów w katowickim przybytku ZPAP, koncertami Góreckiego oraz Litwińskiego i Mizerskiego. Z miejsca powstało efemeryczne, znakomite pismo (redagował je Andrzej Górny) i mogło, gdyby nie jakaś Złotopolski siła bezwładności, powstać pismo o nazwie „Przedświt”. Zamiast niego w podziemiach teatru Śląskiego urządzono Cafe Bellmer…” –

     Te kolorowe obrazy ponadczasowe, wchodzące w ruchy niezależne w Polsce, które ujawniały się aż do czasu „Solidarności” i później cyklicznie, zaistniały świadomie celowe w sztuce Andrzeja Urbanowicza. Inne obrazy i działania najczęściej inspirowane erotyką, co w owym czasie wzbudzało i miało za cel burzenie TABU. Natomiast były to bardzo odważne i interesujące obrazy. Urbanowicz zainteresował się głęboko buddyzmem – W rzeczywistości stał się propagatorem buddyzmu, badał na czym jest oparty buddyzm, był animatorem kultury bardzo ekscentrycznej, jedynej w swoim sposobie oryginalnej wyzwolonej z jakichś purytańskich nawyków i inspiracji. Tworzył oryginalne dzieła, bardzo kolorowe i wymowne, artysta potrzebował odbiorcy bardzo wyczulonego, a  nawet z wiedzą, czasem wykształconego dla fabuły sztuki… Potrzebował kontaktu – artystów równie niezależnych, którzy dzielili z nim swoje „twórstwo” niezależnie i jedyne w swoim wyrazie i rodzaju w innych dziedzinach sztuki, ale rozumiejących się na wzajem… Mało! – trzeba powiedzieć, że artysta żywo  interesował się magią i okultyzmem.

              Zawiązał w 1969 roku, nieformalne stowarzyszenie artystów nazywając jebardzo wymownie izrozumiale „Ligą Spostrzeżeń Duchowych” pod hasłem ONEIRON. Ezoteryczny Krąg Twórców, który zaistniał w pracowni A. Urbanowicza i Urszuli Broll w Katowicach ul. Piastowska 1 –  Jednakże najbardziej znajdowało to odbicie w Jego twórczości malarskiej, potrafił działania innej sztuki, np. dźwięki muzyku przenosić na obraz, w takim obrazie  za pomocą symboli przekazywał odbiorcy jakby „zaszyfrowane komunikaty”. Zajmował się także alchemią, a nawet astrologią. To co pokazał w wyżej wymienionych aspektach daje mu bezsprzecznie tytuł “Ikony polskiego undergroundu” – Interpretowana głównie jako psychodeliczna twórczość Urbanowicza w mniejszym stopniu Henryka Wańka z lat 70. akcentowała  czasem o wymiarze społecznych zawirowań(np. był to ich wspólny obraz poświęcony Janowi Palachowi, otwieranie manifestującym postawy antykomunistycznej, kiedy to wojska polskie z radzieckimi wjechały do Pragi na „Waclawskie Namesti” – Takie działanie może być określane mianem nie tylko katowickiego undegrandu, ale kreatywne dalej. Ale w tym okresie (od 1965 – 1970 …) inne wspólne prace Wańka i Urbanowicza przesycone były nawet perwersyjną prowokującą erotyką. Uważali oni, że właśnie erotyka prowadzi cały świat i napędza jego wszelkie działanie twórcze. Później prawie wszystkie prace artysty przesycone były taką erotyką. W  Jego twórczości zaznaczyły się: metoda cytatu dawnej sztuki np. Hansa Holbeina Młodszego, wykorzystywanie motywów fotograficznych oraz silny kontakt kolorystyczny. Andrzej nie milczał, był ciągle obecny, bezpardonowy w swoim działaniu senso – stricte  psychologicznym… Patrząc na Jego działanie trudno było odejść od dzieła. Dzieło przytrzymywało widza na dłużej. Myślę dlatego, że były w pewnym sensie prace przemyślane wszechstronnie i emanujące jako perspektywicznie działanie, podparte wiedzą ezoteryczną.  

    Dlatego przede wszystkim pisali o Andrzeju Urbanowiczu, znawcy Jego twórczości, chcąc jakby go rozgryźć, ponieważ dawał im powody, co rusz ogłaszając coś innego i interesującego… W debiucie Urbanowicza w galerii „Krzywe Koło” w Warszawie 1963 roku zauważono że artysta nawiązuje do Władysława Strzemińskiego. Później w tym samym czasie porównywano go do Zbigniewa  Makowskiego. Wziąć trzeba pod uwagę, zawsze tak jest, że interesując się, oglądając „kogoś” zauważamy jakby spadek poprzedników lub artystów na tzw. „Fali”, ale tym razem tak nie było – Urbanowicz zaczął od takiego wspomnienia, które za nim chodziło, – myślał pewnie identycznie jak Strzemiński, może nawet odważniej(?) – Jak wspomniałem On w swej pracowni, w Katowicach, zaczęła się później spotykać z artystami, którzy podobnie jak on awangardowo myślą, z takimi, którzy słynęli z niezależnych oryginalnych postaw, stawali się także bardzo znani, a słynęli nawet z ekshibicjonistycznych wyczynów artystycznych, takich też miał odbiorców „na żywo”. Do Grupy ONEIRON weszli spontanicznie i uformowali się najbardziej wytrzymali – otwarci znani twórcy, już wtedy, najbliżej obecni w polskiej „Awangardzie”: wybitny kompozytor i dyrygent Henryk Mikołaj Górecki, śląski malarz grafik i pisarz Henryk Waniek; artysta plastyk i reżyser filmowy Antoni Halor, malarz Zygmunt Stuchlik oraz prof. Tadeusz Sławek – poeta, tłumacz, eseista, literaturoznawca, wykładowca uniwersytecki w sferze teorii słowa. Widziano tam czasem Zdzisława Beksińskiego(?). Artyści, którzy przybywali do pracowni w celu zawiązania Grupy byli zafascynowani tym pomysłem i już uznali Andrzeja wielkim artystą, „był taką samotną wyspą na oceanie szarości w tym kraju, szczególnie na Górnym Śląsku” – to słowa rektora katowickiej Akademii Sztuk Pięknych prof. Marian Oslislo – notabene właśnie tak Go przedstawiał. Urbanowicz studiował także w jej katowickim wydziale grafiki ASP krakowskiej. Od samego początku twórczości podjął swoje wtedy tzw. ekscentryczne działanie, miał swoją wizję sztuki malarstwa i płaskorzeźby i tym zjednywał sobie współtwórców  I fanów… Z czasem liczba sprzymierzonych osób i zakres promieniowania idei grupy okazał się bardzo rozległy, do czego przyczyniło się też powstanie, z inicjatywy Broll i Urbanowicza, pierwszej polskiej gminy buddyjskiej. Grupa nieformalnie działała aż do wyjazdu Andrzeja Urbanowicza na nie przymusową emigrację do USA.  

    Do tego czasu Grupa ONEIRON dokonała wiele wspólnego – stała się bardzo znana nie tylko w Polsce poczatk7ując polską Awangardę jaka nigdy nie uczestniczyła w formowaniu awangardy światowej. Dokonała bardzo znaczącego wyłomu w szarej powszedniości lat 60. Ta pięcioosobowa zrazu grupa skierowana była na ezoterykę, zakładającą istnienie ukrytego źródła, do którego dociera się, idąc „pod prąd” czyli w górę rzeki. Tropy prowadziły przez terytoria nowoczesnego wyrazu artystycznego, ale także jego wyklętych rejonów oraz całej filozofii ducha. Gruntem porozumienia tutaj stała się mistyka, a wkrótce artyści dostrzegli w dyskusji z sobą, że sens ich działań nierozerwalnie związany jest ze Śląskiem. ONEIRON działał aż do wyjazdu Urbanowicza do USA w 1978 roku – wtedy zatrzymał się…

           Wspomnieć trzeba, że w roku 2006 r. ukazała się książka album „ONEIRON” – To krąg artystów z Katowic” stanowiący album wspólnoty awangardowej – To monografia artystycznego dzieła dokonanego przez grupę. Trzeba powiedzieć, że ta rewolucyjna grupa dla odkryła wiele światów artystycznych dla kultury polskiej, w tym uwzględniono mit czeskiej Pragi oraz alchemii i wiedzy tajemnej, choć bez wątpienia podlegającej artystycznej racjonalizacji. Co ważne – było to wydarzenie uzmysławiające, że w Polsce dogłębnie Grupa Oneiron zainteresowała się buddyzmem i zainteresował ten ruch innych postronnych osób zen. Z czasem artyści zainicjowali projekt tzw. Czarnych Kart był wypełniony dziwnymi obrazkami, symbolami i sentencjami (zwany również Leksykonem, Encyklopedią, Nowym Bezpretensjonalnym Pismem Świętym) w Obrazach, albo Nowym Chaosem w Obrazach, cykl powstawał przez prawie dwa lata, od grudnia 1967 do października 1969 roku. Był wspólnym dziełem pięciu górnośląskich artystów: Urszuli Broll, Antoniego Halora, Zygmunta Stuchlika, Andrzeja Urbanowicza i Henryka Wańka.

             Miejscem akcji Kręgu Oneiron, z czasem nazwany został tutejszy fenomen niezależnej myśli, to była pracownia artystyczna Urszuli Broll i Andrzeja Urbanowicza przy ulicy Piastowskiej 2 w Katowicach. Natomiast w programie samokształceniowym organizowano spontanicznie spotkania, dyskusje, przekłady niedostępnych w języku polskim publikacji. Ich celem było szukanie nowej świadomości, jako przemiana wewnętrzna, a przede wszystkim rewolucja duchowa. Trzecim tematem poszukiwania obsesyjnego u U5rbamowicza  splotów tzw. (Tęczowanie Serpemowita) „Symbolika Solarna Wielka Garota, inaczej Semper Solis”, chodzi tu o: Egipt, Tybet – Buddyzm, Tantra, Kabała, Hermes, Magia, Alchemia… Symbolika Solarna Semper Solis” Natomiast w roku 1987(?) jak pamiętam – odwiedził Andrzeja Urbanowicza w Jego pracowni na Piastowskiej 2 w Katowicach artysta niezwykły z USA Allan Ginsberg (wybitny homoseksualista) człowiek awangardy i sprzeciwu wobec systemu w USA, podróżujący po Polsce, w czas pobytu emigrował do takich ciekawych miejsc…. Wtedy gościa niezwykłego tłumaczył Tadeusz Sławek. Goinsberg z USA, żywo zainteresował się sztuką ONEIRON, zaśpiewał swój słynny „Skowyt”, grając małym akordeoniku, dopytywał o środki i manifesty, etc.

    Aż chce mi się porównać te niesłychane eskapady twórcze ONEIRON i wymienione wcześniej ich przedsięwzięcia – nurty i zawirowania do działań Jerzego Grotowskiego we Wrocławiu (czas hipisowski) gdzie działania były równie oryginalne, niezależne, oparte na wiedzy i dotyku… Bardzo niezależne i jedyne w swoim wizjonerskim oryginalnym zamiarze awangardowe były już dużo wcześniej twórczo bardzo awangardowe w pełnym tego słowa znaczeniu… Grotowski w ten trudny czas szarości pisał poezję i chciał ją wydać w Poznaniu  w Wydawnictwie Poznańskim pt. Pożegnanie  kolorów”, ( odmówiła mu cenzura), czyli niektóre paradygmaty z koloru krzyżowały się wówczas między sobą.  O Urbanowiczu niezwykłym ( tak piszę po nazwisku, bo to jest w historii Sztuki polskiej HASŁO!) – O tym Aartyście z dużej litery, wybitnym malarzu wizjonerze – postaci undergroundu zapisywały się już wtedy złote zgłoski… Także o doświadczeniach z samej emigracji w USA.  Otóż mówi i wspomina o nich „świadek naoczna” – bliska artyście Urszula Małgorzata Benka, wtedy bardzo ważna osoba Andrzejowi. Artysta poświęcił jej sporo obrazów, jakby sportretował erotykę Urszuli Benki i poetki. Relacjonuje ona tak niektóre działania artysty, (z którym powiła później na emigracji córkę).  „Otwierał oczy na to, że sztuce wolno być niszową i nie musi być doceniana już, zaraz. Wolno kwestionować kulturowe tabu, wybierać bezimienne graffiti nowojorskich zaułków, wykonane przez psychopatów i wyrzutków nażartego, pędzącego w wyścigu szczurów społeczeństwa, które i tak przynajmniej rokrocznie z okazji Halloween pokazuje na Piątej Alei zgoła inną twarz, zrzuca markowe garnitury, oblepia je fioletową lub kałopodobną papką, ku chwale priapicznej groteskowości i całej kupie idiotyzmu”: –  Ta amerykańska odyseja była w życiu Andrzeja nareszcie „realna” – Jak mówi „ świadek naoczna” poetka i artystka Urszula M. Benka już wtedy znana poetka, widząca tę twórczość jako żona- Jak mówi: „Malował wyrafinowane sceny na bazie komiksów Johna Williego. Słodka blondynka w łańcuszkach i śliczna brunetka ze szpicrutą. Ukrzyżowana kobieta. Nie żadna pobożna pustelnica Kummernis sudecka, nie żadna mitologiczna Andromeda czy Dziewica św. Jerzego. To była sama Lilith, demoniczna a niewierna małżonka Adama z Biblii, jak powiada Księga Zohar, albo wręcz Szekina, małżonka Pana Zastępów. I raptem stop. Podchodzące pod abstrakcjonizm Słońce Niezwyciężone, hasło na religijnych sztandarach Hadriana i Juliana Apostaty. Świetlista mandala, kobiecy otwór rodny i jednocześnie źrenica wlepiona w blask po drugiej stronie  Styksu. A potem niezwykle kunsztowne i przejmująco piękne kolaże ze zdechłych żab i przedmiocików znajdowanych w śmietniku…”.

         Otóż przyznam celowo włączyłem do eseju kilka cytatów Urszuli Małgorzaty Benki, prosząc ją jakotzw. „świadka naocznego”, a po pewnym czasie już (byłej) żony artysty, (na emigracji pobrali się i „powili” córkę Gweni.) Natomiast ciekawostką jest, że na ich ślubie w Nowym Jorku był jednym z gości Sławomir Mrożek, zaprzyjaźniony z Andrzejem Urbanowiczem.  

         Co należy jeszcze powiedzieć o tym wybitnym i jedynym w swoim rodzaju artyście  wybitnym – miał życie wypełnione inspirowane do końca kolorami, wolne i spełnione – zmagał się z szarością w kraju,

    odważnie, jako twórca odporny na zawirowania, i dotkliwy szary byt – nazwijmy je społeczne, takim przejawem był obraz wspólny z Wańkiem poświęcony Janowi Palachowi, płonącemu na Waclawskim Namesti w Pradze w trudnym roku 1963.

    Artysta wybitny malarz twórca i frontmen ondergrandu i Awangardy polskiej, malarz erotyki, jak mówił, prowadzącej życie homo sapiens, eseista – krytyk sztuki, twórca parateatralny, odszedł nagle spełniony(?) w Szklarskiej Porębie w dniu 22 sierpnia 2012 roku.

    Zbyszek Ikona – Kresowaty

  • Skąd emanują Anioły Lidii Sztwiertni (o rzeźbach Lidii Sztwiertni artystki niezwykłej)

    Skąd emanują Anioły Lidii Sztwiertni (o rzeźbach Lidii Sztwiertni artystki niezwykłej)

         O niezwykłej artystce rzeźbiarce Lidii Sztwiertni, pracującej głównie w technologii odlewów w brązie na „wosk tracony”, pisałem już ponad 15 lat wstecz. Artystka po ukończeniu ASP w pracowni prof. Słoniny w Warszawie  w roku 1980, wyszła wtedy do odbiorcy z bardzo interesującym cyklem rzeźb jak je nazwałem Anioły i popiersia – Są to realizacje dość duże, które zapewne pochłonęły Lidię i po kilku wystawach stała sie znaną postacią w środowisku. Obserwuję także obecnie jej dokonania – Jest to nader pracowita osobowość twórcza. Rzeźbiarka, której praca i wybór tematów polega na wdzięku kobiecym – tworzy ona postacie, o różnych wielkościach i pojemności osobowej. Są to popiersia jako portrety nie tylko znanych koryfeuszy sztuki, artystów, profesorów, etc., jednakże tzw. rzeźba sytuacyjna i tematyczna była pierwsza. Lidia Sztwiertnia wykonuje do dziś zaprojektowane przez siebie statuetki na różne ważne i podniosłe okazje, były to Nagrody m. innymi na Przegląd Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, czy też inne formy jako Nagrody za różne działanie społeczne, jak „OSKAR Śląski” i „Ikona Śląska” statuetki, Dedal Bielsko – Białej, w tym statuetka dla „Bielskiej Zadymki JazzoweJ”, etc. W wszystkich dziełach artystki widzimy zawsze postać ludzką, mężczyznę lub kobietę, lub wyraz dwojga płci jednocześnie.

    „Fokus Angel”
    „Fokus Angel”

           Lidia Sztwiertnia pracuje autorsko, ale i pozytywnie odpowiada na przeróżne zamówienia z różnych stron, nie tylko rodzinnego Miasta Bielsko – Białej, gdzie wykonała już wiele prac w rzeźbie, wykonała rzeźby w różnych miejscach w kraju, artystka otrzymuje zaproszenia na wystawy rzeźb, np. do Niemiec, Rumunii, Słowacji, Francji .. a także otrzymuje różne zlecenia na wykonanie rzeźb tematycznych… (oczywiście spojrzeć można na jej poczynania w internecie) – Do rzeźb Sztwiertni podchodzi się natychmiast, a po obejrzeniu eksponatów odczuwa się niedosyt i zaraz się powraca – Jej rzeźby przyciągają, zwłaszcza te duże, prawie pomnikowe, uskrzydlone – zwać je można metaforycznie nazwałem je „Anioły ludzkie”. Rzeźby Lidii wykonane są zawsze metodą ”na wosk tracony”, ktoś nazwał je, że to są rzeźby „z polotem”, może dlatego, że są piękne, eleganckie ekspresyjnie uskrzydlone, choć czasem niemają skrzydeł,

           Zainteresowanie krytyki jej pracą rzeźbiarską wciąż trwa. Rzeźby jej są w Muzeach i zbiorach prywatnych, także poza granicami kraju. Zwykle jej wystawy cieszą się dużą ilością osób, jako świadeknaoczny widywałem to nie raz nie dwa. Pracująca wciąż twórczo artystka od wielu lat , pokazuje nam swoją oryginalność w imaginacjach z urodą i naturą człowieka, po przez to one ciekawią i zbliżają do siebie widza. Sztwiertnia wciąż zadziwia oryginalnością i niepowtarzalnością. A to jest domena artystki i podstawa jej twórczości. Głównie to obiekty uskrzydlone, a także popiersia jako portrety zwyczajnej wielkości posiadające atrybuty i dodatki mówiące o charakterze danych osób. To między innymi anioły poświęcone znanym osobom kultury i sztuki…

    „Angel wielodzietny” – dedykowany moim przyjaciołom.
    „Angel wielodzietny” – dedykowany moim przyjaciołom.

     

             O tej niezwykłej rzeźbiarce i jej pomysłach wiele pisano i jeszcze więcej rozprawiano… O jej twórczości w środowisku wciąż się mówi… Ponieważ artystka jest otwartą osobą, o jej pracowitości piszą krytycy. O niej samej, jako osobie twórczej, napisała kiedyś krytyczka kultury, np. Maria Tyws do folderu z okazji jednej z dużych wystaw: “Obcowanie z twórczością autorki pozwala zanurzyć się w świat kobiecej wrażliwości…” – Iście sztuka ta jest wszechstronnie otwarta i wrażliwa na kreację człowieka, gdyż ukazuje postaci kobiet związane ze światem mężczyzn, jest tutaj stawiana przeciw sobie wzajemność płci. Taki świat u Lidii przeplata się wzajemnie, może nawet splata się z sobą.

          Patrząc np. na dedykacje rzeźbiarskie: dla Stanisława Tyma, czy Czesława Niemena, i osób najbliższych doznajemy wrażeń deja vou… gdyż za życia widujemy te osoby jako żywe naocznie …

          Artystka w cyklu tzw. „portretowym” wzięła w poczet realizacji także osoby z rodziny, w tym córki, syna oraz męża, a także rodziców… ale i takie osoby, które ją na wskroś uskrzydlają – podobają się, lub swoją twórczością inspirują i bardzo ciekawią… Otóż te osobowości są jakby w „zasięgu ręki”, natomiast osoby ze świata sztuki zawsze są w kontakcie osobistym, pośród których twórczyni bywa. Potwierdzić trzeba, że jeżeli chodzi o całą pojęciowość rzeźby Sztwiertni – jest to sztuka treściwa, bez skrótów, widziana przez pryzmat własnego charakteru kobiety i jej osobowego image.Ale myślę, że słowo “kobiecej” jest w każdej sztuce ważne, ale nieco zbędne, oczywiście że przynależy do artystki, jako kobiety twórczej, która patrzy na siebie i otoczenie, jako medium, być może bardziej wrażliwie(?), lub dotkliwiej…

            Uważam – nie tylko ja, że sztuka broni się tym, czym jest i czym przyciąga do siebie. W dziełach musi być to „COŚ” – Popadanie w takie stereotypy, określanie jako sztuka „kobieca”, czy „męska” jest zbyt ogólnikowe i służy jako takie pojęcie względne zastępcze. Sztuka jest sztuką dobrą lub złą, przemawia do odbiorcy przede wszystkim swą zawartością duchową. Mówimy wtedy, że to odbiór estetyczny. Sztuka może być prowokacyjna, ekspansywna, ale ma się podobać i pozostawiać niedosyt dla widza oraz dać się dalej kreować… Może być i powinna nie dać się zapomnieć.

    „Podaj mi jeszcze raz dłoń Panie ” – dedykacja księdzu Józefowi Tischnerowi.
    „Podaj mi jeszcze raz dłoń Panie ” – dedykacja księdzu Józefowi Tischnerowi.

    sztuka bywa czasem uderzająca, bo niezależna, obwarowana i zdeterminowana orientacjami erotyki lub seksu…

        Oczywiście, idąc na wystawę Lidii Sztwiertni spoglądamy na jej zawartość metafizycznie i konfrontujemy te rzeźby z sobą, widzimy postaci nagie, zaledwie z drucianą przepaską, widzimy tu męskość  lub kobiecość odkrytą do reszty, ale wtedy artystka spełnia swój obowiązek… Bywa, że niejednokrotnie szukamy artysty na sali wystawowej, choć mamy ją obecną w rzeźbach, celem skonfrontowania tego co widzimy, celem rozmowy, etc. porównaniem z własnym “ja“.

               Ostatni cykl rzeźb, także wykonany metodą  „wosku traconego”, o różnych wysokościach, niektórych prawie pomnikowych, czasem nie do wiary, że takie obiekty są wykonane na „wosk tracony”. Jednakże cykl rzeźb Lidii Sztwiertni Anioły non – stop fascynuje, myślę, to najbardziej utrwalona forma senso – stricte. A są to czasem dedykacje, na jakie artystka sobie pozwoliła, z racji kontaktów także niezwykłych… Ale to też świat kreowany własnym “ego“ poprzez pojęciowość nadrzeczywistą, gdzie najważniejszym obiektem bywa natura ludzko osobowa. Jak spojrzymy, patrząc na niektóre anioły, u których nie widać skrzydeł, to one je mają w sobie zwinięte, jakby w wyczekiwaniu. Rzeźby Lidii to pokaz zmysłowej nagości, odzianej jedynie w skrzydła, które nie są tylko dodatkiem, autorka przekształca te rzeźby ulotne twory, szykujące się do lotu(?) z ptasimi głowami z nakryciami najmodniejszych salonów(?) – Kiedyś napisałem wiersz, dedykowany znanemu poecie przyjacielowi na Jego odejście na wieczne wrzosowiska, brzmi on mniej więcej tak: „ Teraz jesteś bez osłony, biegasz po sawannach z  centaurami, i wiesz wszystko o nas, poznałeś swoich wrogów, i prawdziwych przyjaciół… rozmawiasz z Sokratesem jak ze swoim dziadkiem” – Myślę, że tak ukryte cytaty posiada każda rzeźba Lidii z brązu, która pozostanie na zawsze w dorobku sztuki polskiej… To wykreowane przeróżne typy osób i te które jeszcze czekają „do odsłony”, podkreślają one niepowtarzalność, to przecież nasze osobowości… nagie i erotyczne, czasem z eleganckimi twarzami, dziwnie okrytymi głowami, ukazującymi psychiczną stronę lub charakter erozji i seksualność…    Natomiast ta naturalna metaforyczna „ludzkość” mówi także, że to przecież erotyka trzyma nas i cały świat – dzięki erotyce przecież świat się obraca i istnieje bardzo żywy. Twórczyni nie pokazuje rzeźb, które lewitują wprost, a jednak lewitują, lecz ich dusza, która niewątpliwie z wewnątrz bije, przebija się na zewnątrz, jest poza horyzontalna… Są to oczywiście anioły opatrznościowe, opatrzone podtytułami, na przykład:

    “Anioł mojego Brata, czyli Brat mojego anioła”, “Anioł Elegancki”, „ W blasku”, “Anioł Samonośny”, “Między słońcem a księżycem”, “Anioł Rockowy”, “Anioł Jazzowy” – Metal Angel, “Sam sobie sterem i okrętem dla Doroty Stalińskiej”, “Anioł mojego Taty” i “Anioł mojej Mamy”, i wiele innzch, jak anioły moich córek i syna Wiktora.

            Oczywiście to metafory – Widzimy jak medium Lidii patrzy na poszczególne osoby z tzw. „drugiej strony” z perspektywy nie widzialnej strony, mówi, przypisuje, zauważa w nich także siebie. Jest tutaj pewien odważny rodzaj preferencji tematycznej, duża możliwość ruchu – rzeźby mają imiona, podtytuły, które charakteryzują dogłębnie ich podmiot. Poza tym jak zauważamy artystka twierdzi, że każdy z nas posiada swego duchowego anioła, który jest uwidoczniony i stoi jak cień, stąpa za nami, śpi niewątpliwie we wnętrzu niejednego z nas pod żebrem lub przeżywa z nami wzloty i upadki… Oczywiście jest to bardzo poetyckie spojrzenie na te obiekty. Bo też takie powinno ono być. Artystka niewątpliwie jest taką ukrytą poetką metaforystką i medium(?), wskazuje na to semantyka jej wędrówki, po przez ulubioną rzeczywistość… Anioły trzymające się naszej “dziecinnej nagości“, jakby z niebytu wyszły, i stoją przed nami dorosłe w refleksyjnej postaci, jakby słyszały nasz szept…

            Wykonane niesłychanie sugestywnie, unoszą się w aurze symbolu(?), ze spojrzeniem utkwionym w dal, ubrane jedynie w przepaskę lub mają założone na sobie ptasie głowy, długie pióra gęsie, jak np. Anioł męża rzeźbiarki. Inne, jak np. “Brat mojego anioła“, dedykacja dla Józefa Tischnera” z dopowiedzeniem bardzo metaforycznym – „Podaj mi drugi raz dłoń Panie”… Anioł „Na skrzydłach wyobraźni” – dedzkowany  poetom (nie posiada on skrzydeł na zewnątrz – ale są one u niego zwinięte w sobie, zresztą bardzo erotyczny…)  

    .  Natomiast popiersie autoportret Lidii Sztwiertni „ Z głową w szczurach”… inne popiersia to córki – jedna z nich zawiera w dolnej części tabun porywistych koni w galopie. To wszystko coś dopowiada, a jednocześnie bardzo ciekawi swą tajemnicą, kusi do odgadnięcia i pytań…

    z cyklu znaki zodiaku – „ SKORPION”
    z cyklu znaki zodiaku – „ SKORPION”

    „Z głową w szczurach” – popiersie Autoportret
    „Z głową w szczurach” – popiersie Autoportret

     

       Wydaje się, że Sztwiertnia uprawia poezję, homocentrycznego rzeźbiarstwa, (mówię aluzyjnie i w takim pozytywnym tego słowa znaczeniu), bazując na homo – sapiens, fascynujących darach urody i uprawy wnętrza – wtedy tworzy postać osobną i wyjątkową, najważniejszą częścią tych rzeźb jest zmaganie się z fizycznymi siłami przechodząc w porę duchową tworzenia. Wzajemne przenikanie się  jak w życiu. Poszczególne elementy mogą być też gałęzią lub samym drzewem, harmonijnie wmontowanym do rzeźbiarskiego projektu ku podjęcia realizacji, wskazuje na niesłychaną wrażliwość i emocjonalność, zarówno procesu tworzenia jak i obserwacji całej natury – jest to taki gest szczerości i obcowania z otoczeniem na wskroś. Artystka daje do zrozumienia, że światło w życiu danej osobowości portretowanej, jego blask, jest tak naprawdę jego prawdziwym odcieniem. Człowiek jedynie „kąpie się” w morzu tego cienia, unosi się w jego przestrzeni, stając się jakby mistycznym tworem.

            Rozprawiając i reasumując rzecz o rzeźbie Lidii Sztwiertni o jej uroku, nie chcę tutaj mówić o pięknie, bo to bywa czasem okrutne. Wystarczy przeczytać wiersz Zbigniewa Herberta pt. „Marsjasz i Apollo” – Otóż w poemacie o tym micie poeta pisze jak się płaci za swą niezależną sztukę, kiedy konkurent patrzy i jest zazdrośnie zachwycony i niepocieszony swoją własną sztuką… Apollo popełnia tu mord na brzydkim kopytnym Marsjaszu (pół kozła i pół męskiego fauna z kopytami) który grał piękniej od Apollo konkurenta na swoim pięknie brzmiącym aloesie (dwie trąbki scalone razem z jednym ustnikiem) – Apollo wzburzony jego grą zawiesza półczłowieka pół kozła na łuku wejściowym do Ogrodu, gdzie przed chwilą ścigali się w sztuce gry. Rozpoławia Marsjasza rozpruwa Jego brzuch, widzi wnętrzności, przegląda je, porównuje z otoczeniem jakie zna, do gór i wąwozów… A później usiadł w owym ogrodzie i „wypoczywał” w krzyku bólu Marsjasza – pławił się i jakby bezgranicznie chełpił w swym czynie i słońcu do syta”…

         Bardzo wiele w wartościowaniu danej sztuki było i jest wciąż  pośród sztuk artystów, trwa taki podskórny dyskurs, ściganie się, czasem typowa nieuzasadniona zazdrość – a przecież sztuka to nie sport! – Wiem i znam to – sam wiele się czasem nasłucham o innych i widzę i słyszę jako „świadek naoczny” rożne gry… Wiem, że niekiedy inni i niektórzy rzeźbiarze mogą być niezbyt pocieszeni sztuką Lidii Sztwiertni. Pokazany cykl aniołów jest symbolem tego, co najbliższe sercu istoty myślącej. Artystka mówi za nas, buduje swoje obiekty za pomocą penetracji konkretnie zmysłowych, jeżeli tak można tę twórczość nazwać… Jeśli nazywa rzeźbę “Anioł wewnętrznie złoty – dedykowany Ewie Demarczyk“, to w rzeczy samej, cała pojemność tego dzieła musi być skierowana na siłę i charakter tej osoby, na jej śpiew i dumę osobistą.

    „Metal Angel II”
    „Metal Angel II”

         Dzięki temu widzimy w takich portretach metamorfozy osobowe, są one tajemnicze, a zarazem zadziwiająco porażające. Każda rzeźba jest osobnym autonomicznym dziełem, jakby przypisanym komuś bardzo ważnemu. Rzeźby Lidii Sztwiertni wyłaniają się z wyobraźni – po to, żeby uwodzić, a nie szokować. Sztuka Sztwiertni jest niepowtarzalna i nieporównywalna! – Buduje pojemnie na konstruktywnym podejściu do pewnych racji, nasze dłonie, oczy… ciekawi – tu odbiorca zastyga w pozie zadziwienia, kiedy pierwszy raz widzi te obiekty – sam tego doznałem dawno temu na wystawie na Zamku w Brzegu. 

             Któryś jeden ze znanych poetów, (dziś już na Panteonie) napisał, że aby mówić o pięknie, trzeba wiele odwagi…. Sztwiertnia ma jednak tej odwagi bardzo dużo, ma swojego przeciwnika Apolla, ale uparcie gra na swoim instrumencie w Ogrodzie Sztuk. 

       Być może, za pomocą takich interpretacji, znanego od dawna poetyckiego pomysłu, wprowadza nas w świat wiary w siebie. Dociera do głębokich pokładów ludzkiej psychiki za pomocą zmysłu i manualnych zdolności. W cyklu “Aniołów”, w tym nota – bene portretów, które na pierwszy ogląd wydają się jedynie szczególnego rodzaju kreacjami, przebijamy się do siebie samych. Te pełne ciepła rzeźby, choć z brązu w swej materii, czasem niosą alegorycznie uniesione.

          Co do walorów tej sztuki dopowiem pewną anegdotę: Znana poetka Marianna Bocian uwielbiająca sztukę Lidii Sztwiertni powiedziała kiedyś w trakcie Najazdu Poetów na Zamek w Brzegu, na wystawie rzeźb Lidii Sztwiertni, przy mnie głośno tak: „…Jak tak patrzę na te rzeźby, jestem pewna i to najogólniej, że to właśnie taka sztuka uratuje kiedyś świat…”.

            Marzeniem człowieka jest przecież lotność, być może przybył on, na latającym dywanie, kiedyś przed milionami lat z przestrzeni kosmosu – On jako człowiek uskrzydlony, jakby z kosmosu… Człowiek przywiązany do skrzydeł własnym ciężarem i czynem swego doświadczenia…

     Idzie tu o diagonalność, która się tutaj ujawnia, postaciowość i semantyka tych prac jest nader bardzo komunikatywna. Poza tym na pewno są to realizacje bardzo przyjazne, powiedziałbym liryczne, o poetyckiej apologii i semantyce mówiące szerzej… Cyzelatura staranności emanująca połyskiem bije czystością.  Oryginalność zamysłu artystycznego ujawnia cały kunszt i skomplikowane wnętrze tej znakomitej, wybitnej artystki. Oto co może mieścić się po drugiej, metafizycznej, stronie kobiecości.

    ”ski@angel”
    ”ski@angel”

     Wszystkie reprodukcje rzeźb do eseju wykonał  Roman Hryciów, są one własnością artystki rzeźb Lidii Sztwiertni

    tekst:  Zbyszek Ikona – Kresowaty

  • CZY SZTUKĄ SPŁACIŁ DŁUG? ZACIĄGNIĘTY KIEDYŚ U BOGA. Jerzy Piotrowicz malarstwo twórcy wędrownego

    CZY SZTUKĄ SPŁACIŁ DŁUG? ZACIĄGNIĘTY KIEDYŚ U BOGA. Jerzy Piotrowicz malarstwo twórcy wędrownego

           Wyjątkowa sprawność warsztatowa pozwalała mu we wszystkich tych dziedzinach osiągać wirtuozerskie rozwiązania i stać się bardzo  oryginalnym. Dążenie do optymalnych efektów, czy wręcz maestrii potwierdzają zwłaszcza wykonane różnymi technikami prace artystyczne poświęcone tym samym motywom lub cyklom. Stworzył ciekawe wizje plastyczno – wizualne, a nawet teatralne. Zwłaszcza po odbyciu podróży po miejscach Sztuk w miejscach kultowych Europy.

    Dlaczego chcę powiedzieć o Piotrowiczu jako malarzu wędrownym?

    Dlatego, że we fragmentach dziennika w jego szkicowniku, którym się posługiwał w  swoich samotnych wyprawach do miejsc ciekawych z różnorodną sztuką, w notesie tzw. podręcznym kieszonkowym „Zapiśniku” towarzyszącym mu w podróżach do Wenecji, Florencji, Madrytu od 1992 roku a także później, znajdują się cenne notatki oglądanych miast oraz opinio-wyrazy dystansowania się i refleksji z wystaw znanych i napotkanych w Muzeach klasyków artystów malarzy sprzed kilku wieków. Artysta dążył i stawiał sobie za honor zobaczyć i dotknąć „naocznie” wybitnych twórców zwłaszcza malarzy i rzeźbiarzy sztuki Europy śródziemnomorskiej i flamandzkiej – w miejscu gdzie mekka utrwalonych nazwisk przemawiających jakby na nowo ale do artysty abstrakcyjnego kapisty z Poznania… którego imaginacje twórcze dotykają wprost cenionej sztuki świata. Czemu miała służyć taka wędrowna konfrontacja? – Jerzy Piotrowicz notował wrażenia i osobiste uwagi po obejrzeniu muzealnych dzieł, notował wrażenia ale i komentował a może nawet spisywał własne uwagi co do technik danego obrazu, odgadywał mowę poszczególnego artysty danego okresu. Otóż artysta zapragnął takiej konfrontacji bo miał jeszcze po powrocie do Poznania rodzinnego namalować wiele płócien konfrontujących się z tym co zobaczył…  Być może dlatego taka myśl gdyż Jerzy był także krytykiem, a także mówiąc oględnie „katem” dla siebie, jeżeli chodzi o malarstwo i uprawę swego stylu.

              Malarstwo jego niewątpliwie charakteryzuje się siermiężną techniką kapistycznych plam, układem ku opowieściom o tamtym świecie, jest pewnego rodzaju romantyką bardzo kolorową, ale i kolorystyką cykli poszczególnych jest jakby dopasowana do każdej wizji… Z okazji wystaw i kreacji  pośmiertnych Piotrowicza wydano dość ciekawy album opracowany przez przyjaciela Wojciecha Makowieckiego, wydany w 2008 roku przez Galerię Miejską „ARSENAŁ” (110 s.) 2008 r w Poznaniu. Zawiera on ponad 100 reprodukcji ukazujących poszczególne fazy twórczości malarskiej Jerzego Piotrowicza oraz zapiski w dużej mierze krytyczne najciekawsze z różnych w/w podróży. Zapiski chwili, odnośniki, stany napięć i doznań oraz odniesień do wydarzeń w tym eksponatów i spotykanych rzeczy… To pokaz i notacja stanów psychicznych artysty „wędrownego samotnika”. Są w albumie Piotrowicza cykliczne  reprodukcje prac wykonanych zarówno w Poznaniu ale i w podróży, choć nie jest to wyraźnie określone. Podejrzewać należy, że ten ciekawy artysta twórca wybierający się do centrum sztuki Europy na pewno zabrał swoje narzędzia pracy, tak przynajmniej ja bym postąpił: przetarte pędzle, podręczna sztaluga, etc. własne komponenty farby, olej, werniks, etc. Na pewno zapisywał i częściowo malował pod wpływem wizji jako „świadek naoczny”, były to ciche rozmowy z tamtymi dziełami, odniesienia do różnych kwestii technik, jakby niezależnie dokumentował czas, który go zastał na jakiejś obcej romantycznej ziemi. Niewątpliwie był upojony atmosferą wizji, tym bardziej, że chciał je powtarzać, połknął bakcyl apostoła sztuk…

                       Można podejrzewać, że gdyby nie te odbyte podróże z miejsc w/w uświęconych sztuką i krajobrazem miast jako szlakiem namacalnym, wiele prac tych późniejszych nie powstałoby. Fascynacja innym miejscem jest zawsze szczególnym doznaniem, ciągnie się latami, kontemplacja nad obrazami w Muzeach dała zapewne twórcy Jerzemu wiele dystansu i pokory do siebie. A podjęcie dysputy w celu namalowania swych obrazów to jest czymś nobilitacyjnym. Artysta w malarstwie podejmował cykle, którym zazwyczaj poświęcał od kilku do kilkunastu prac olejnych, wcześniej rysunków i szkiców… Niektóre motywy z podróży 1989/93 znajdują kontynuację dopiero od 1996 lub nawet dalej. Piotrowicz uprawiał także czynnie grafikę i rysunek (czego nie zawiera album jednocześnie – a szkoda!). Jest w treści uwaga, że one znajdą się w II części albumu.

              Do swoich “protoplastów” w kwestiach tematycznych cyklów zaliczał jednak nie tylko malarzy dawnych, ale także niedawnych polskich awangardzistów, między innymi kapistów, z których ogromnie cenił polskiego malarza Zygmunta Waliszewskiego. Co ważne! – on potrafił też całkiem niezależnie przyznać wielkość artyście “naiwnemu” – Nikiforowi. W twórczości Jerzego widzimy pokrewieństwa tematyczne i improwizacyjne, uderzają przede wszystkim “inspiracje” malarstwem hiszpańskiego mistrza zaangażowanego Francisko Goi, który malował dużo odniesień głownie podczas rewolucji hiszpańskiej za pogromu Napoleona II. Postacie infantek, ale i powstańców, natomiast sceny z corridy Piotrowicz wplatał w teatralnie aranże kompozycje, których szczegóły ujmują niemal biżuteryjną wręcz wnikliwością. Natomiast Goya był mu bliski w późniejszym okresie bardzo rozdarty twórca, uznany za narodowego, nawet powielił jego kilka obrazów np. „Saturn pożerający własne dzieci”  … mówił w związku z tym tak:
    “Według mnie najpierw trzeba namalować obraz, a potem wyniknie z tego jakaś anegdota. Nie znoszę literackich podtekstów, jakichś nachalnych historyjek. Pod tym względem dla mnie mistrzem był Goya: przede wszystkim to jest przepiękne malarstwo, a potem można wypatrywać, co tam jest przedstawione”…

       –  Tę uwagę świadomie można również odnieść do cyklu obrazów ciemnych nazwałbym je senso – stricte “żydowskimi”: z jednej strony wywiedzionych z Biblii, z drugiej – odnoszących się do „Starego Testamentu” i zagłady. Jest tutaj ukazany czas oraz działanie epickie. W tej twórczości wiele jest odniesień właśnie do Judaizmu, do własnego ulubienia żydostwa, choć sam przecież nie był z pochodzenia Żydem, jednakże chciał odrobić lekcję i dookreślić bardziej tę ciekawą  tematykę. To krwawy stan „Starego Testamentu”. Obraz pt. „Manna na pustyni”, czy „Księga wyjścia”, jak i wiele innych prac jak „Hiob” przemawia kolorem powagi czerni i czerwieni. Widać na tych obrazach zbiorowość Żydów, nastrój podniosłej chwili czegoś bardzo ważnego… Jest tutaj obraz „Przejście przez Morze Czerwone” (1990). Ciekawymi są także inne prace z dużą ilością czerwieni. Przeważa u Piotrowicza czerń i czerwień, czasem szarość. Wspomnieć należy, że w/w obrazy obiekty znajdują się w Muzeum Narodowym w Poznaniu, tytuły: „Hiob”, „Walczące Bestie III” (z 1999) – Obrazy cyklu „Kusiciel”, „Uczta z Faunem” 2 obrazy, „Mojżesz”, „Arka”, „Ryba”, „Kuszenie Hioba” są też akty z bykiem i kogutami… „Raj Arlekina”, „Dulcymea na randce”. Podejmował lub nawiązywał Jerzy do tematów znanych, jednakże albo odnosił się do nich bardzo osobiście, albo uważał, że trzeba je na nowo jakby kreować, a nawet tłumaczyć. Jeżeli czytamy zapiski z wspomnianego notatnika, odnajdujemy swego rodzaju smutek, czasem nazwałbym te chwile radosnym utrwalonym smutkiem. W swej samotności na podjętej podróży artysta „błąkał się” czasem nocami, uliczkami znanych miast, szukał swego światełka(?) – Wynika to z dalszych osobistych zanotowanych odniesień: „Chodziłem po ulicach jest ciemno do placu i ulice oświetlone przed katedra, tłum ludzi ktoś gra na gitarze, katedra oświetlona ściany jej biały i zielony marmur. Miasto zaczyna żyć jest ciepło + 15 st. Florencja centrum tego miasta zbyt nowoczesne brak komercjalności Wenecji pół milionowe miast żyje nocą. Kawiarnie pełne turystów, tubylców. Nie potrafię wyczuć atmosfery czegoś tu brak? niby wszystko jest?

    – To nie jeden z zapisków, notowany pośpiesznie bez interpunkcji, żeby coś nie umknęło(?) – zapisywał szybko, być może o zmroku(?)

    – Natomiast inny zapisek z 13 stycznia 1993 roku mówi:

    Jestem po dwóch wystawach w Hornie i w Galerii u Jezuitów myślę, że wystawa u Jezuitów udana od dawna chciałem pokazać rysunki i to te z okresu kiedy miałem pracownię na Wildze. Jarek wykonał ogromną pracę zrobił ogromnie wiele dla mnie w tym mieście podobno był Berdyszak ze Svenem…

    – Spoglądając na dalsze cykle prac Jerzego Piotrowicza uderza pokaz malowanych na wiele sposobów krwawych cykli „Bestii” (obrazównumerowanych), czasem bestii jako „Gryfów” z wyszczerzonymi kłami zatopionymi w czerwień – to obrazy techniką mieszaną: tempera, tempera/ołówek…

            – To na pewno wiele mówi i dużo znaczy o kondycji fizyczno – duchowej samego twórcy. Czy nie jest tak, że malarz w swoich pracach pokazuje własną formę, jakieś zagrożenie, kryzys emocjonalny, własny wysublimowany stosunek do świata? – Czy nie był czasem Piotrowicz duchowo „prześladowany” przez widma, zwidy, omamy(?) – po prostu należy spytać, bo to się bardzo nasuwa. –  A może tylko chciał pokazać co drzemie w jego przestrzeniach nieznanych, tajemniczych w żarliwej wyobraźni? – Być może chciał to skonsumować, przeżyć, wiemy, że chciał upraszczać swoje kreacje, nosić je do wszystkich, po prostu demonstracyjnie(?), nawet zarzucał w kolejnych zapiskach innym artystom, że: boją się upraszczać i podlizują się dalej krytyce jak za czasów Akademii Francuskiej Ludwika, czy innego króla… daje i wymaga posłuszeństwa a nie wolności myślenia o sztuce… kiedy ta banda kretynów to zrozumie, że wolności nie dostaje się za pieniądze i że trzeba o nią ciągle walczyć i być konsekwentnym…
    – To odniesienie bardzo prowokujące szokujące i wymowne, rzucające wprost wezwanie i tzw. „rękawicę”. Ileż takich wezwań było?

             Spójrzmy zatem na obraz pt.„Odwiedziny u Picassa” (1994), to obraz duży bardzo abstrakcyjny typowy akt kapisty, gdzie widać postać mistrza Pablo przed swoją sztalugą, za nim sterczą Jego obsesje charakteryzujące – prześladowcy Jego obrazów: byki z corridy i koza i kot czarny, w tle malowana przez Picassa panna… tyle, że ubrana. Natomiast na lewym rogu blejtramu biały gołąb. To przecież atrybuty hiszpańskiego awangardowego klasyka,  to celowe symbole jakich użył Piotrowicz do swego przestawienia, jakby lalek w teatrze plastycznym symbolicznym o artyście w innym świetle swego ulubionego artysty – uwielbienie artysty dla artysty? – Podobnie tak samo jak na obrazie Van Gogh (obok Picassa w albumie) pomieszczona reprodukcja obrazu „Van Gogh maluje cyprysy” (1986). Dalej znów odniesienie do Goi „Saturn pożerający własne dzieci” – (1986 – olej płótno w depozycie Muzeum Narodowego w Poznaniu).  Taki tandem czas sztuki…     

    —Otóż omawiam dość szczegółowo zawartość albumu, ponieważ niegdzie go już nie można uświadczyć jak w Galerii Piotrowicza w Poznaniu spod lady… Jak się wydaje podróże artysty malarza to na pewno wielkie ambicje i spełnienie lub nie oczekiwań na autonomię. Czyli widzimy co zawładnęło częścią życia artysty. Kto wie czy nie przepłacił to życiem własnym(?) – Trzeba powiedzieć, że Sztuka ta pisana z dużej litery jest bardzo trudna do zdefiniowana, ponieważ nawiązuje wprost a jednak w inny sposób do autorytetów(?) – Obrazy które rozmawiają z klasykami, obrazy które obrazują w inny wolny niecodzienny sposób konfrontując się z rzeczywistością obecną…  to służy na pewno ku dalszej dyskusji(?)

        Oczywiście zbyt śmiały to rekonesans i niespotykany Jerzego Piotrowicza artysty niezwykłego, który obrał sobie za cel samotność okraszoną odwiedzinami u mistrzów w tym i tych literackich podróży. Z której musiał wrócić i po czasie zdystansować się na swój artystyczny sposób spokornieć(?) i na nowo wyjawić pewne nurtujące Go kreacje lub inaczej, może tylko w sposób teatralny? – bardziej wymowny, ale to na pewno zbyt wiele Go to kosztowało. Czy sztuką swą spłacił dług zaciągnięty u Boga. Tak kiedyś nieoczekiwanie na otwarciu za życia wystawy swej oznajmił jakby u kresu: „SPŁĄCIŁEM DŁUG ZACIĄGNIĘTY U BOGA” – Tu na pewno chodzi o dorobek, o zawartość dorobku uświęconego podróżami, wędrował jakby apostoł po ziemi z Biblia w tle. Na pewno spłacił talent i pomysł na kreację duchową i rzeczową, czyli wydobył oddał na zewnątrz metafizykę wewnętrzną tak jak umiał, czuł taką powinność i taki nie pisany obowiązek rozmowy obrazem. Obraz niejednokrotnie więcej mówi a jeżeli zapis literacki… A niewątpliwie był wierzący w to co widział i czuł odwiedzając konfrontował nie tylko z „Pismem Świętym”, choć nie podejmował tematów typowo sacrum „świętych” ale odkrył swój prapoczątek, chociaż nie malował postaci związanych wprost z Mesjaszem. Malował ten czas wcześniejszy(?) – Interesowała Go wędrówka jak dobrego pasterza lub tajemniczego apostoła odwiedzającego sanktuaria Sztuk.

    Zbyszek Ikona – Kresowaty

  • W PÓŁ DO PORTRETU (odsłona charakteru i psyche portretu)

    W PÓŁ DO PORTRETU (odsłona charakteru i psyche portretu)

        Ponieważ jako autor pomieszczam sporą ilość portretów w swoich tekstach, bo jak uważam jest to dodatkowy odręczny dokument wykonany własną ręką: malowany nakreślony w przeróżne sposoby -wiem, że powinienem coś konkretnego o tych kreacjach, obrazach osób, powiedzieć i ustosunkować się… dlaczego wtrącam w tekst portret? – Po pierwsze po to, żeby nie zapożyczać z internetu fotografii, bo są zastrzeżone, po drugie wizerunek osoby zazwyczaj jest podobny, zatem bardziej ceniony(?), ponieważ ukazuje psyche osobowe bez względu na twarz; uśmiechniętą (choć tego mało) twarz krzywą, doświadczoną, czy na swój sposób zmęczoną, czasem z dużymi bruzdami, inaczej kreacyjną, etc. ,bo to twarze osób różnych wykonane w przeróżnych konfiguracjach, najczęściej do połowy sylwetki, dlatego nazwałem ten mój tekst „W PÓŁ DO PORTRETU” – w pół dlatego, że przynajmniej połowa danej osoby jest wiernie ukazana – reszta to czysto artystyczna sprawa i układ. Po drugie: powstaje pytanie: Czy od portretu należy odróżnić studium fizjonomiczne? (malowniczy wizerunek charakterystycznej postaci), w którym ukazuje się nie konkretną osobę, lecz określony typ ludzki, np. zakonnika, urodziwą małą dziewczynkę, melancholijnego starca, mężnego rycerza, szlachcica w fantazyjnym stroju, itp. (tzw. tronies).    W tym chodzi także o uogólnione wizerunki danych profesji, przedstawienia różnych zawodów: uczony, literat, malarz znany lub mniej znany artysta, kupiec czy Żyd w kantorze, itp. te akurat nie muszą być portretami, jedynie obrazują scenę, są wtedy zaliczane do tematyki rodzajowej podobizn, po staremu konterfektu (fr. portrait; łac. protrahere mówi, że należy wydobyć na światło dzienne, wyjawiać, pokazać; contrafacere – naśladowanie – artystyczne wizerunku na różne sposoby; malarski, rzeźbiarski, graficzny, rysunkowy, konkretnej osoby lub grupy osób, ukazać fizjonomie zewnętrzne oraz podobieństwa, niekiedy cechy charakteru, wręcz psyche portretowanych osób lub zwierząt domowych tzw. pupilów.

    Trzeba tutaj wiedzieć, że portret ma swoją historię i przeznaczenie. Otóż najstarsze znane portrety, jeżeli wziąć pod uwagę rzeźbę i płaskorzeźbę, powstały w starożytnym Egipcie i Mezopotamii już w okresie Średniego i Nowego Państwa Egiptu. Zaczęły wtedy powstawać portrety psychologizowane, głównie z atrybutami postaci z korektą postawy i twarzy z atrybutami ich działalności… W Grecji wpierw powstał portret rzeźbiarski i zaczął pojawiać się w IV w. p.n.e., rozwój swój osiągając w tzw. okresie hellenistycznym. Natomiast w czasach cesarstwa rzymskiego wykształcił się typ portretu oficjalnego, często idealizowanego, wtedy też powstały liczne portrety malarskie, które były pokazywane wpierw w kościele jako ikony, później wizerunki i obrazy z sacrum, już w epoce baroku, wyszły one z kościołów do zamożnych ludzi. Natomiast w średniowieczu portret miał niewielkie znaczenie i często występował jako uzupełnienie wspomnianych scen religijnych, także w ikonach, bez uwagi na podobieństwo… Juz wtedy każdy Dwór miał swoich portrecistów, ich zadaniem było portretować wszystkich ważnych oficjeli. Natomiast pierwsze indywidualne portrety pojawiły się w XIV w. Nota bene w następnym stuleciu w Niderlandach wysoki poziom osiągnął portret realistyczny (taki z dokładnością fotograficzną) u J. van Eyck ’a, H. Memlinga czy Rubensa. A co ciekawe, że w tymże czasie we Włoszech powstaje moda na portrety profilowe. Jak widzimy w tamtych czasach rozwinął się portret na różne sposoby. Dziś po okresie AWANGARDY w portrecie stosuje się wszelką dowolność technik, nie ma reguł tworzenia portretu. Idzie o to, żeby jak najokazalej i najszerzej oraz treściwiej pokazać daną osobę, także abstrakcyjnie i w kolorze. Stosujemy dziś techniki dowolne począwszy od olejnego wizerunku po przez portret grafionem, grafitem, węglem lub pastelami, a najlepiej farbami olejnymi i temperami. Dziś, jak wspomniałem, wykonywane są portrety awangardowe z metafizycznymi rysami. Towarzyszą temu, lub są pomocne, opisy literackie poszczególnych postaci oraz ich zajęć i zawodów czy nawet zachowań… Dlatego tym bardziej takie portrety stają się ciekawsze i wolniejsze od reguł zupełnie oddzielne i oryginalne dla naszej epoki… Jest tutaj wtedy nieco zamazany lub skrzywiony wizerunek twarzy lub sylwetki celowo, ale skoro jest taki pożądany? – na pewno spełnia swoją rolę. Możemy sobie wyobrażać jak wyglądałby portret Picassa lub Dalego, lub innego kolorysty…

           Jakikolwiek portret, jak należy pojmować, jest tworem niezwykle szerokim i dzieli się na wiele gatunków, dzieli się ze względu na różne zewnętrzne czynniki. W pierwszej kolejności wydzielamy kilka rodzajów portretów, ze względu na pozę głowy. I tak mamy, na przykład, portret frontalny (en face), profil, półprofil, portret z twarzą, zwróconą w bok, ćwierć – profil (tzw. perdu). Następnie, kolejną kategorię wydzielamy w zależności od ujęcia postaci. Popiersie każde, wizerunek głowy, półpostać, portret do kolan, portret całej postaci oraz portrety siedzące, leżące lub konne, a nawet zwierzęce. Dzielimy portrety w zależności od ilości osób. W tej kategorii mamy pojedynczy, podwójny, potrójny oraz grupowy. Istnieje rodzaj portretów z danej okoliczności, okolicznościowych, w zależności od powodu tworzenia. Tutaj wydzielamy obrazy ślubne, pośmiertne – trumienne, asystencyjne. Ostatnie bywają charakterystyczne dla fundatorów, usytuowanych przy ołtarzu. Inne  to portrety religijne.

           Wyodrębnić z kolei należy portrety w zależności od pozycji społecznej: władcy, artysty, uczonego, a także męski, żeński oraz dziecka lub całej rodziny. W tej kategorii znajduje się także portret rodzajowy, na przykład robotnik przy pracy. W końcu mamy ostatnią kategorię portretów, podzielonych ze względu na sposób tworzenia. Tutaj wyodrębniamy portrety imaginacyjne, idealne czyli te namalowane w duchu panującej mody: fikcyjny, przerysowany, pozującego, realistyczny (oddający prawdziwe cechy modela), historyzowany, idealizowany.  

         Wymieniając rodzaje portretów dziś nie przestrzegane są te w/w podziały – panuje zupełna dowolność – podział należy do krytyki. Artysta nie martwi sie rodzajem portretu – robi swoje pod dyktando danego modela. Otóż wiem nie tylko ja, że każda twarz to wizerunek charakteru osoby i psyche, człowieka. Najbardziej ukazuje to portret twarzy malowany lub popiersie rzeźbione, także w czasach starożytnych na wiele sposobów. Jest to przede wszystkim tzw. wyrys psyche danej postaci. Dzięki temu znamy wizerunki epickie przeróżnych osób; cesarzy i koryfeuszy z czasów kiedy nie funkcjonowała fotografia. Czasem mówi się powszechnie „to ładny portret”, „to udany portret”, albo „to tylko monidło”, „to bardzo nieudany portret” lub „bohomaz”, etc. Tak mówi się w rzeczywistości różnie o wizerunku osoby sportretowanej – dobrze lub źle. Dla jednego odbiorcy portret udany może być nieudanym, dla drugich nieudany może być udany.

          Ja osobiście nigdy nie zamierzałem zostać portrecistą, jednak życie napisało swój scenariusz po szkole. Tutaj „macie wykonywać to co nakazujemy, a po szkole będziecie stosować własne racje” – Osobiście wykonałem niezliczoną ilość portretów osobom; napotkanym, poznanym, znanym i takim z którymi miałem poważną styczność w obcowaniu artystycznym…  Były to twarze przeróżne z rozmaitym wyrazem: twarz krzywa, piękna, z grymasem zachwytu lub poniżenia… Dziś z własnego ciekawego życia wieloletniego doświadczenia artystycznego wiem, że najbardziej udanych portretów żądają kobiety. Kobieta ma w naturze podobanie się i prezentację jak najszerszego spektrum własnych wdzięków ku nieoczekiwanej chwili, nie tylko przed całym rodem męskim, ale i kobiecym stanem. Dużo by tu prawić dygresji, mnożyć regułek, etc. Jedno jest pewne, w naszych bardzo ciekawych czasach zaistniała moda na portret, a nawet stał się on dość popularnym. Obserwuję to sam na swoim polu działania. Najlepszym tłumaczeniem jest zwłaszcza to, że dominuje chęć posiadania własnego portretu w domu. Kiedy odwiedza się moją pracownie plastyczną, przechodzi się przez hol schodami na piętro, gdzie wzdłuż wyeksponowane są różne portrety, znanych i mniej znanych osób charakterystycznych wizerunków, niektóre tzw. psychodeliczne z atrybutami im przynależnymi, inne jak mówią odwiedzający są tzw. „krejzi” z domalowanymi nakryciami głowy lub fryzurami. Portrety malowane pastelami czy farbami olejnymi to z rzeczy samej oczywiście inna kreacja osoby niż powiększone foto. Niektórzy chętni do portretu chcą go, ale śpieszą się i pozostawiają swoje foto z Dyplomu, inne fotki z portfela do tzw. „zgapienia”, bo czas ich goni i nie mogą nijak usiąść do pozowania, ale chcieliby – Oczywiście bywam wtedy w niezłym  zakłopotaniu, bo przecież do portretu staje się do portretu na co najmniej 2 godziny, zależy czy to ma być pastel czy olej? – Nie każdy sobie zdaje z tego sprawę, kiedy tłumaczę o co chodzi w portrecie nie bywa to zbyt zrozumiałe. A to szersze pojęcie, możemy stworzyć portret osobowy poety czy innej profesji twórcy literacki. Takim jest np. popełniony esej o jego twórczości z domieszką jego charakteru, możemy o kimś napisać monografię, to będzie także portret. Przekonałem się, że najlepsze portrety powstają ludziom poznanym osobiście, z którymi się obcuje jakiś czas, może być to osoba z innej epoki, o której się czytało i rozmawiało w środowisku, wtedy nie jest to wyrys czy malunek, ale opis zewnętrzno – wewnętrzny, czasem metafizyczny… Jednakże dochodzę do jednej konkluzji, że każda twarz człowieka, popiersie, pomnik to osobna opowieść, to księga charakteru… W XXI wieku szukam także wyrazu dla współczesnego portretu. Portret trwa od lat i może być lustrem dla każdego człowieka.

       Portret można nawet wykonać dla zwierzęcia, zwłaszcza domowego pupila. Możemy sportretować zjawę lub postać ze snu, lub w transie metafizycznym jak Witkacy, lub z opowieści kogoś kto kontaktuje się z naszą psyche. Chrystus Miłosierny odwiedził siostrę Faustynę, został namalowany w/g Jej przekazu przez Stykę, a później jako kopia Styki powtórzona przez profesora i wykładowcę na ASP w Krakowie Jana Chrząszcza (nieżyjącego obecnie wybitnego artystę) i umieszczony jako duży obraz na ołtarzu w Bazylice Miłosierdzia w Łagiewnikach pod Krakowem, wykonany przez autorytety stał się wiarygodny i prawdziwy(?). Portrety widujemy wszędzie nie tylko w muzeach, ale na wystawach, w zbiorach prywatnych, w domach, instytucjach kulturalnych. Portret to nasza historia, która otacza nasze życie i patrzy na nas jakby zza zasłony czasu.

        Jeszcze raz poczynię dygresję: jakże bylibyśmy ubodzy i w niewiedzy, gdyby nie malowano kiedyś osób i ich otoczenia osobowego, gdyby nie rzeźbiono ich twarzy. Pewnie nic szczególnego nie oznajmiam jedynie uzmysławiam to, żeby sobie rzetelnie zdać sprawę z tego faktu.

       Portrety dziś są bardziej czytelne, choć abstrakcyjne i w formie metafizyczne i tu jest pewien paradoks – chociaż zawierają więcej śmiałości zarówno w stylu pojęciowym jak i wykonaniu… myślę że dlatego właśnie są bardziej oczekiwane skoro historia malarstwa nadała nam mistrzów Picassa, Dalego, Hallsa , innych  przez ich  pryzmat postrzegamy postać człowieka na wskroś współczesnego i takim go malujemy…

       Portretowałem w różny sposób, bo zawsze mam przy sobie szkicownik i miękki ołówek. Tak było ze światowej sławy skrzypkiem Kenedym w Krakowie, kiedy siedział w kawiarni na rynku przy dużej witrynie, podszedłem i wystarczyło kilka kresek, żebym go miał uchwyconego „na gorąco” – po chwili zniknął. Oczywiście było też tak, że łapałem postaci nieznane na żywo, ciekawe charakterystyczne, jakby z innej epoki(?), siedzące koło mnie np. na którymś z pierwszych Festiwali Piosenki Polskiej w Opolu, oczy moje złapały wizerunek Agnieszki Osieckiej, powstał szkic, tak było z Niemenem i kilkoma innymi… Portrety powstawały z okazji tzw. „rozmów artystycznych” ( 76 spotkań) do moich trzech książek. Powstawało PORTRETOWISKO, album plastyczno literacki, gdyż uzbierało się multum wizerunków. Natomiast zaimek „wisko” znaczy coś więcej, jakby bardziej ogarnia przedsięwzięcie w multi grupę na przestrzeni 35 lat . Pomieściłem tu najciekawsze twarze w/g mnie. (320 stron w A-4 na papierze kredowym). Przecież większość tych osób znam – inne poznałem…

        Wiele osób portretowanych inaczej już odeszło na „wieczne wrzosowiska” – Otóż kiedy robiłem wywiad – rozmowę z pisarzem Julianem Stryjkowskim szkicowałem go długopisem, i tu ciekawostka: o ten portrecik upomniała się synowa pisarza, gdy syn pana Julina zmarł ona porządkowała całe archiwum. Ten rysunek był także dokumentem pomieszczonym właśnie w mej książce. Będąc z wizytą, w tym samym celu u pani Kiry Gałczyńskiej także rysowałem, czy u Ernesta Bryll, albo u Wojciecha Siemiona, czy Józka Barana, uchwyciłem Adasia Ziemianina dorysowując mu na głowie jabłko, prof. Michała Łesiowa, prof. Henryka Mikołaja Góreckiego w Zakopanem „U Sabały” na Krupówkach, nie wspominając o Mariannie Bocian – jej twarz  spracowana ciągle mi majaczy z długą lufką… rysowałem szkicowałem – sporządzałem tym sposobem jakby dodatkowy dokument(?).

    – Portretuję do dziś – to już taka moja przypadłość, portretuję wciąż dla czasopism różnych „Okolica Poetów”, „Migotania”… OP  prowadził Jurek Szatkowski przyjaciel Steda i Bruno Milczewskiego, Żernickiego… Tak! – Im wszystkim także trzeba było wykonać portrety psychodeliczne wizerunki współczesne – wiemy jak żyli i gdzie sie obracali… A jest tak, że czasem trzeba poczuć temat o danej postaci, pojąć opowieść o niej, zwłaszcza postaci z innej epoki, wtedy należy jakby „dopisać”, czyli domalować współcześnie pewne rysy np.  Nerona musiałem zrobić jako krwawego cesarza, namalować w/g epoki z zachowanego popiersia białego tamtej epoki, należało uwzględnić jego potworność i katastrofizm, wtedy portret wyszedł zjawiskowo, czego nie można było zrobić w czasach epickich z wiadomych powodów.

           Jeszcze jedna dygresja: Ezop sportretowany z czasów epicko starożytnych, jako artysta bajko – opowiadacz został wygnany z miasta daleko za krzewienie swoich niecenzurowanych opowieści jako bajek, (inne zapisy mówią o śmierci) które w treściach zawierały negatywy o władcach np. o Neronie, może nawet głównie o nim najwięcej. Oczywiście bajki miały swój cel – wypaczały zewnętrznie wizerunek tamtych despotów, a ukazywały czyny… Ezop jakby kreślił ich obraz wewnętrzny, choć bajki były przedstawiane np. za pomocą groźnych zwierząt lub potworów. Po przez to Ezop wierzył odbiorcy i nie wątpił w intuicję swego słuchacza, żądnego wręcz riposty na cesarzu mordercy i despocie…

    Zbyszek Ikona – Kresowaty

  • Medytacja czy sumienie?

    Medytacja czy sumienie?

            Wrocławski artysta Krzysztof Żelechowski, o którym się jeszcze niedawno dużo mówiło w kraju, odszedł w ubiegłym roku 2019. Piszę o nim i wspominam, bo to niewątpliwie artysta oryginalny i niezwykły; malarz, fotografik i parapsycholog, może nawet Mag(?), napewno przyjaciel innych wymiarów sztuki. Poznałem go przed laty, jako świetnego człowieka i żywego pracowitego artystę. Jego prace były obecne w Galeriach wrocławskich od samego początku. Pokazywałem katalogi z obrazami w Krakowie i Warszawie, chcąc żeby wystawił obrazy na Starym Mieście w Warszawie, wtedy w 2000 roku była przychylność szefów Galerii, np.pani Arent „Na Zapiecku” –  Będzie nam go brakowało Krztysztofa niezwykle przyjaznego. Przychodził na inne wystawy, na wernisarze, etc., dużo milczał.

                Wystawiał dużo poza granicami, na przykład podczas Biennal of Visual Experimental Alternative Poetry, Meksyk (1985, 1987, 1989), International Exhibition of Visual Poetry, Sao Paulo, Brazylia (1987), Internationale Mail-Art Austellung, Nurnberg, Niemcy (1988), Unita We Stand Mail Art Expo, Eeklo, Belgia (1989), Soviet and Eastern European Mail Art Show, Seattle, USA (1990), Post Office in the Forrest, Expo ’90, Osaka, Japonia (1990). Wiele jego prac zakupiono do prestiżowych muzeów, galerii i kolekcji prywatnych w kraju i za granicą, na The Nomad Museum, Lizbona (Porugalia), Galeri Vision, Skomakarg (Szwecja), The Museum of Instant Images, Chaam (Holandia). Jest bardziej znany za granicą niż w kraju. Prace jego mają swój rodowód, ciąg i pewną medytacyjną chronologię. Te obrazy to czas wędrowania naszej duszy wydobyty na powierzchnię światła. A może to sumienie myśli? – lub biblioteka wyobraźni cierpliwej? , stojąca na powierzchni natury ruchomego świata…

              Cóż, nie ma już artysty bardzo wyjątkowego Krzysztofa Żelechowskiego – pozostały fotografie prace plastyczne, płótna w Muzeach i zbiorach prywatnych, a także w zaprzyjaźninych ongiś Galeriach, pozostał tez niedosyt i niepokój oraz pytanie: Dlaczego?!. Kiedy odwiedzałem go kilka lat wstecz w jego pracowni na jednym z poddaszy Starego Miasta we Wrocławiu przy Teatrze Współczesnym, a pamiętam poraz pierwszy w roku 2000 ujrzałem prace niezwykłe i jedyne w swoim rodzaju, tak w kolorze jak i w formie. Później jeszcze kilka razy różnie go widywałem, nawet w jego domu, bywając także na jego wystawach, stykając się z nim na wernisarzach zaprzyjaźnionych innych artystów we Wrocławiu. Krzysztof Żelechowski rocznik 1952, po uzyskaniu Dyplomu w roku 1980 w Instytucie Wychowania Artystycznego na UMCS w Lublinie, w pracowni prof. Mieczysława Hermana, wziął sobie do serca świat niesłychanie zawiły i medytacyjny(?). To artysta samotnik pozostający zawsze bardzo osobliwie z sobą i specyficznie powiązany z naturą. Zaczynał malować obrazy na płótnie techniką olejną w formie senso – surrealistycznej prowadząc dodatkowo bardzo osobowy zapis literyczny (nie literowy) na poszczególnych kwadratach obrazów. Wykonywał także cykle oryginalnych i specyficznych collage, a wystawiał dość często… Zaprzyjaźniony z Galerią „M” i innymi współczesnymi Galeriami Wrocławia i nie tylko swego miasta rodzinnego. Natomiast w  kraju pokazywał obrazy w klimatach medytacji i przeżyć, pokazywał poezję swego życia, rozterki i nadzieje… np. w Galerii „Teatru NN” – Tym nie mniej od poczatku tudno było klasyfikować Krzysztofa, wciąż wymykał się, usilnie poszukiwał… nawiązywał do metafizyk przestrzennych, prowadził zapisy specyficzne bardzo obrazowe, które wołały nie tylko kolorami ale i formą…. W swoich pierwszych obrazach, jak pamiętam, domalowywał ptakom głowy ludzkie, innym zwierzętom jak ryby także, uczłowieczał swój świat naturalnie powiązany z sobą… Przybliżał i pokazywał, że wszystko co żyje wokół, do czego należy kosmos, jest jakby przypisane znakom cyfr i liter a nawet graficznym skrótom. „… Oto proszę spojrzeć jak wychodzimy rodzimy się z cyfr i liter, dostajemy w darze światło dzienne, kolor i wyrys przestrzeni…”

           Widzimy to nieustannie na jego obrazach, pokazywane na różne sposoby. Widzimy w dalszych poszukiwaniach pomieszczane fotografie własne i rodzinne oraz przyjacielskie na płótnach, jakby wpisane w jego senne medytacje. Tak! – to napewno medytacje, zapisy warte także sumienia. Poczatkowo jego malarstwo wydaje się wielkim skrótem kubistycznym? – później być może manieryzmem? – ale niewątpliwie to także sny i marzenia… To tworzenie pewnych korytarzy do wejścia w kosmos… Wpisywanie w naturę np. w jabłko konstrukcyjnych geomatrii, także na wyrysach ryb ich tułowiach. Nie do uwierzenia, że jest wiele ryb w tej twórczości, ryb przywołanych z głębin akwa, kolorów niebiańskich, czasem pastelowych, czystych ale zapisanych sprawami życia. Może to rachunki?, może długi ze sklepu, albo pożyczki za życia, a może godziny odjazdu i powrotu? do domu lub policzone schody do pracowni na trzecim pietrze kamienicy?

    Jednakże po zastanowieniu się naszej wyobraźni możemy dojść do pewnych konkluzji i dedukcji humanistycznych(?).

              Są to takie symbole, których obecność niepokoi i frapuje, są jakby zapisy i zaśpiewy z rejonów sennych na pograniczu magii. Kiedy ja np. pielęgnuję ich tajemniczość, pozwalam, by ich znaczenie było niepokojem do zapamiętania, wyrysy właściwe ruchowi co chwilę, co dnia zmienne.

        Jak pamietam Krzysztof czasem mówił: „teksty występujące w jego pracach na obrazach mają dwojakie znaczenie. Ich istotny sens wyczerpuje się w trakcie pisania na wolnych polach, są one pomocniczym instrumentem medytacji. Ważne miejsce w jego pracach zajmują fotografie, jedne z nich zostały wykonane w czasach dzieciństwa i dopiero po trzydziestu latach ujrzały światło dzienne. To takie wpisy osobne. Drugie to bieżące ilustracje moich działań, moich prac plastycznych, miejsc, w których bywam, mojego najbliższego otoczenia a także czasem autoportrety”.

         Wydaje się, że on wybitny artysta, jakby na dłużej i ambitnie inaczej zatrzymał się w sferze medytacji co założył od samego początku, kiedy opuścił pracownię mistrza Hermana w Lublinie – To obrazy, obiekty  niesłychanie kolorowe, soczyste, zaczęły się konkretyzować odrębnymi oryginalnymi kompozycjami, zamkniętymi w doskonałości geometrii, które zawierały w tle niesłychanie misterne opisy właściwe do odczytania osobom wtajemniczonym i samemu artyście, jakby to był rachunek sumienia(?). Wydaje się, że jest tu wszystko bardzo dokładnie przemyślane, a przy tym zbudowane intuicyjnie i bardzo zmysłowo, bywa czasem w otoczce erotycznej. Przecież erotyka żądzi sprawami świata! – Na swoich płótnach, a także dyktach, zachęca nas artysta do wpatrywania się w jego własne stany wyobrażni i metafizyki wewnętrznej. Widziałem przez jakiś czas w tej twórczości cyklami zwierzęta, malowane w bardzo uproszczony sposób, grubą, ciągłą linią centralnie, jakby stawały się dominującą figurą na obrazie, pomieszane z cechami ludzkimi. Na innych z kolei obrazach kwiaty, wykonane tą samą techniką, pomieszane są z częściami maszyn. Wszystko wręcz monolitycznie powiązane, zależne od siebie, współpracujące na dokładnie opisanej w tle powierzchni. Wszystko soczyście przenikające się w różnych odbiciach… Wydaje się, iż Żelechowski prowadzi swoje, medytacje w sposób ciągły, być możę chronoloiczny(?) – Kolejne cykle obrazów to kolejne stany świadomości(?), które ukazały się znienacka doczesnemu otoczeniu jako obraz tej zastanej rzeczywistości przełożony na język plastyczny. Do tych obrazów się podchodzi z ciekawością, chcąc jakby rozczytać płachtę wiadomości. Jednakże jest to zniezbyt proste, bo artsta szyfruje poszczególne treści wprowadzając dla widza i osbiorcy  pewien kłopot myślowy, czyli potrzebny jest tutaj czas.

               Artyście, jak się wydaje, przychodzi sięgać do prapoczątków świadomości i odgadywać lub odpowiadać na pytanie: „skąd jestem… dokąd zmierzam, o czym wiem…  nie wiem nic” – to ciagły stan pytań, czyli ciąg medytacyjny. Toczy się tu niewątpliwie pewnego rodzaju gra.

          Gra – medytacyjna w całym tego słowa znaczeniu, ale nie tylko. Kiedy za  jego życia rozmawiałem z nim o jego działaniach próbując odgadywać jego stany osobowe – potakiwał, pomrukiwał… kiwał głową i widać był zadowolony, że choć trochę wchodzę w materię misternych obrazów.

           Świat duchowy artysty styka się tutaj z brutalnością współczesnej techniki i cybernetyki, gdzie siłą rzeczy w jakiś przedziwny sposób następować musi przewartościowanie osobowości człowieka, co jest stale obecne w pracy umysłu, w jego fizycznych gestach, działaniach, pełnych siły. Żelechowskiemu nie jest obcy otaczający go kosmos, z pewnością chciał, jak każdy artysta, na swój sposób pokazać bardzo jaskrawo

    problem, poruszając duszę człowieka myślącego wręcz szukając jej. Na obrazach Żelechowskiego w pewnym okresie czasu bardzo wyraźnie widać było; śrubo – koty, kluczo – kwiaty, myszo – maszyny, zębo – owady, frezarko – psy… Tak też pisali krytycy śledząc poczynania tego artysty we Wrocławiu. Tutaj świat zmiksowanych kolorów jest tylko pozornie wymieszany. Wymieszany jedynie soczystością i świeżością, co świadczy o ciągle pierwotnych odczuciach artysty i jego wrażliwej reakcji na otaczający czas, którego stał się sumieniem nieświadomie…

             Ten wielowymiarowy świat, zderzony ze sobą i innymi imaginacjami czasem nałożony poziomami obraca się w jakimś niezbadanym kręgu wciąż odkrywczej Sztuki, przez medium samego artysty, który podchodzi do swego dzieła jak nagi kapłan. Jednak Żelechowski jest niesłychanie drobiazgowy, a przez to uczciwy. Artysta tworzy w ten sposób świat ruchomych przestrzeni niezwykle skomplikowanych(?). Malarstwo takie jest jakby wizą do kosmosu i z pewnością można je wysłać promem kosmicznym w taką pozaziemską przestrzeń jako świadectwo i wizytówkę naszej egzystencji obecnej na Ziemi.  

        Tutaj warto zwrócić uwagę na traktowanie tła w tych płótnach. Ich zapisana przestrzeń staje się gęsta, ale i ulotna niczym dusza człowieka, bo Żelechowski niejednokrotnie umieszcza w tej przestrzeni swoje zdjęcia jako dziecka, lub innych wydarzeń czasu ze swojej przeszłości. Ten zapis wspomnień stanowiących bagaż wyobraźni to istotna część tożsamości. Artysta jeszcze raz zderza w ten sposób w przestrzeni obrazu przeszłość z przyszłością, mówiąc zarazem jaki jest nasz aktualny ogląd czasu, czuwając jak anioł świadek naoczny wyobraźni. Tutaj napewno Krzysztof staje się medium, ośrodkiem łowiącym z przestrzeni pewne znaki, których jest multum wokół. Ale i jednoczesnie mówi wyraźnie, że jeszcze wszystko nie jest odkryte, że on jeszcze nie stoi tam, gdzie powinien. Że istnieją gdzieś światy niesłychane i mistyczne, że ta rzeczywistość niekoniecznie jest taką jaką widzimy oczami. Dlatego artysta zamiast kości ludzkich używa kluczy technicznych, zamiast mózgu – łożyska toczne, a koła zębate są czasem stawami międzykostnymi i częściami układów nerwowych. Człowiek zmieszał się z tym, co fizycznie wydobył na powierzchnię, po to aby wymieszać się z przestrzeniami… a także odchlanią wiedzy. Na obrazach widzimy np. wyrysy drzew jakby wyciete z materiałów płaskich z blach lub dykt i wklejone w postaciowość życia bardzo brutalnie. Widzimy pasy i klamry, patrzymy na mechniczną gruszkę i dziwne samoloty latadła zawieszone w przestrzeni jakby powiększone bakterie z kosmosu, widzimy meteoryty ich kształt i zawartość z bakteriami… wiszące wahadla i cyrklowe nóżki konstrukcji, etc.

            Cel – wysłać się w ten sposób gdzieś na koniec świadomości lub wieczności, gdzieś w Herbertowskie złote runo nicości, i może tam zaistnieć – ? – kodyfikując ostatecznie swoją naturę to iście odwaga!

        Taka estetyka pojmowania świata uczłowieczonego jest zaskakująco odkrywcza. Żelechowski bada i prześwietla świat przez swój doczesny byt ziemski. Artysta w rzeczywistości jest małomówny, raczej zamknięty w sobie, oszczędza słowa, wydobywa je bardzo sporadycznie…

             Stykając się z twórczością tego artysty słychać dźwięki, (ale nie zgrzyty), słychać echa, odbite uderzenia w instrumenty(?), bulgoty wieloryba, kapanie kropel wody z kranu – Artysta funkcjonuje w wieloistnym świecie ruchu i dźwięku, natomiast zapis obrazu jest tylko zapisem ułamku z czasu. Stoi twórca zawsze w środku jako medium, odkrył już bardzo wiele dla swej sztuki. Zapisuje czas jak czuje i nie wątpi w intuicję swego odbiorcy. To niezwykle oryginalny Poszukiwacz, badacz(?) – a nawet  wzięty podróżnik przestrzeni… Wystawiał bardzo dużo – więcej poza granicami niż w kraju. Ta oryginalna Sztuka malarska jest istną poezją wielowymiaru…

     Zbyszek Ikona – Kresowaty

  • MYŚLEĆ W KAMIENIU (Wspomnienie o Auguście Zamoyskim, artyście rzeźbiarzu)

    MYŚLEĆ W KAMIENIU (Wspomnienie o Auguście Zamoyskim, artyście rzeźbiarzu)

         Przede wszystkim był artystą rzeźbiarzem eksperymentatorem ale i skandalistą oraz celebrytą, choć to słowo w latach dwudziestych nie istniało. Przez całe życie „robił” w różnych zawodach, a najwięcej w kamieniu, rzeźbił także w drewnie, rysował, malował obrazy, głównie portrety, zrobił nawet autoportret z żoną (którą przywiózł z Niemiec).

          Wspomnijmy, że August Zamoyski w 1912 roku za namową rodziców podjął studia prawnicze we Fryburgu, wiadomo, że  jednocześnie studiował filozofię w Heidelbergu. Od samego początku był człowiekiem kreatywnym i przedsiębiorczym, ale i niespokojnym, poszukującym uparcie swego miejsca… Trzeba wiedzieć, że na początku I wojny światowej Zamoyski dostał się do obozu niemieckiego, ale dzięki ciotce w Niemczech został przeniesiony do szpitala oficerskiego w Berlinie. To w Berlinie August Zamoyski poznał swoją pierwszą żonę – Ritę Sachetto – włoską tancerkę. Ponieważ był człowiekiem, którego ciągnęło do sztuki i do piękna, zauważył ją szybko, chodząc po miejscach dobytku rozrywki. To tutaj ogarnęła go pasja rzeźby, a przecież było to właściwe jego ukryte pragnienie… Wreszcie zaczął się spełniać(?). Z kamieniem zetknął się dużo wcześniej rzucając mu wezwanie, jako pracownik fizyczny w zakładzie kamieniarskim w Berlinie. Tu pracował fizycznie nie tylko jako kamieniarz, ale i snycerz, a wieczorami ganiał do Formistów na kursy rysunku z aktu, była to szkoła Lewin-Funke. Natomiast w snycerskim warsztacie, gdzie pracował, robił takie małe formy rzeźby, także dla siebie i dużo eksperymentował. Snycerstwo jest uzupełnieniem rzeźby w drewnie, wymaga ekwilibrystyki – to go nie zadowalało, bo nie miało swej formy ani figury. Ale tutaj w Berlinie dostrzegł go całkiem przypadkowo Joseph Wackerle (wykładający w berlińskiej Kunstgewerbeschule) i także zaproponował mu pracę u siebie. W 1917 pracując nadal dla Wackerlego przeniósł się do Monachium. W trakcie pobytu w tym ciekawym mieście poznał przypadkowo Stanisława Przybyszewskiego i dzięki niemu nawiązał kontakt z poznańską grupą ekspresjonistyczną „Bunt”, do której oczywiście jako buntownik szybko wstąpił. Z Berlina pojechał do Francji, wracał także do Polski.

             Wszędzie jeździł na rowerze, opasany dętkami wokół tułowia… Życiorys bardzo bogaty hrabiego Augusta mówi, że urodził w roku 1893 i obrazuje jak kolejno zmagał się z bytem, pokazuje jak zmieniał otoczenie i stawał się… znanym artystą, a to dzięki upartości swej pracy oraz kreatywności, a także odwadze podejmowanych tematów…

               Oto jak arystokrata został rzeźbiarzem awangardowym. Mówiono dużo o nim, plotkowano, że nie straszny, zwłaszcza w późniejszej drodze artystycznej, był mu brak pieniędzy. Parł do przodu, można powiedzieć metaforycznie, nie cofał sie przed własnym napletkiem. Pieniądze topił w budowie swej posiadłości w Jabłoniu oraz obdarowywał nimi swoje żony, a miał ich przecież  kilka. Nie pił alkoholu. I chociaż był kreatywny i miał niespokojną duszę, jednak dla równowagi – cenił czasem ciszę i samotność, podziwiał otaczającą go naturę, udając się w plenery, a nawet eskapady rowerowe. Był upartym sportowcem kulturystą – ćwiczył, non stop, był doskonale umięśniony co przydawało mu się w operowaniu przecinakiem i młotkiem, (trzeba wiedzieć, że kiedyś nie było narzędzi zmechanizowanych jak dziś, na kucie granitu i na prawdę ciężko trzeba było wywijać w kamieniu prostymi narzędziami – on nie bał się tego wezwania). Zamoyski był niezwykle barwną postacią. Trzeba pamiętać, że rzeźbił w drewnie tylko w okresie formizmu. Uważał drewno za zbyt miękki i mało szlachetny materiał dla rzeźbiarza. Trzeba stanowczo powiedzieć, że to kamień stał się dla niego wyzwaniem, z którym chciał się mierzyć do końca i coś osiągnąć. Tłumaczył, że „opór granitu budzi prawdziwą wolę, a powolna glina usypia…” – Dlatego dbał o tężyznę fizyczną, dzięki której mógł, jak wspomniałem, dłutem ujarzmiać kamień. Uprawiał wiele sportów, nie tylko jazdę na rowerze – regularnie biegał, jeździł na nartach. Natomiast do historii przeszedł jego zakład z 1925 r. z pewnym Argentyńczykiem o przejazd rowerem z Paryża do Zakopanego z określoną liczbą dni. Zamoyski wygrał zakład, zaś uzyskane środki finansowe pozwoliły mu na dostatnie życie przez kilka miesięcy. Resztę przeznaczył na cel charytatywny. W tym samym roku zdobył pierwsze miejsce w biegach narciarskich na 30 km. Co ciekawe! – zachowały się też archiwalne zdjęcia z Paryża, na których widzimy rzeźbiarza uprawiającego jogging na Polach Elizejskich.

          Wciąż trapił go granit, wiedział, że kamień to trwały materiał i jego uosobione rzeźby zostaną na wieki. Od początki rzeźbił, jak na pierwszy rzut oka, bardzo skomplikowane formy, splecione postacie, głowy ludzkie wykrzywione twarze i torsy, lub powiązane postaci w skręceniu w przestrzeni… Pamiętał jednak, że musi być oryginalny i jedyny w tym co robi. Chciał zostać światowej sławy artystą i robił różne rzeczy, nawet te wyczynowe i skandaliczne, żeby temu podołać i żeby było głośno o nim. A co ciekawe, być może dziwne i bardzo odległe od pracy w rzeźbieniu;  Gucio przez jakiś czas zajmował się nawet hodowlą bydła, kiedy przebywał w Brazylii, ale i tu zamaszyście w międzyczasie rzeźbił, eksperymentował w kamieniu. Jako człowiek światły, oczytany z kontaktami międzyludzkimi i środowiskowymi był znakomitym obserwatorem rzeczywistości i otoczenia. W Brazylii nie zagrzał miejsca było to 2 lata, zostawił wiele rzeźb. Oczywiście wiedząc, że jest za daleko od świata kultury, od mekki Kultury Paryża, gdzie właśnie wtedy rodziła sie nowa sztuka, szybko nastawił się na powrót do Europy. A trzeba wiedzieć, że bardzo opowiadał się za wszelkim przeobrażeniem sztuki i życia… Jak wiadomo zaraz po pierwszej wojnie światowej dostał się do Francji, gdzie najął pracownię i ciężko pracował, także w kamieniu, nawet czasem w drewnie z zamówieniami. Tu kontaktował się z koryfeuszami malarstwa i rzeźby, chcąc się wpisać w ich kręgi, wykonał tutaj wiele rzeźb awangardowych w nowej formie i sposobie wolnego myślenia, to się podobało, czasem zadziwiało.  Francja dała mu to, że został doceniony i bardziej znany, co udzieliło się także na Nowy Jork, ale po rozeznaniu, to miasto mu nie odpowiadało. Jak już wspomniano i warto, jako ciekawostkę wspomnieć, że w roku 1920 August Zamoyski przejechał na rowerze 2928 km. (czyli 130 km. dziennie) do Zakopanego z Paryża. Było to, jak się zdaje, kardynalne upieczenie „dwóch pieczeni na jednym ogniu”, ponieważ był to zakład z pewnym Argentyńczykiem. Zamoyski zdeklarował się, że przejedzie na rowerze z Paryża do Zakopanego – a słyszał o tym, że tu w Polsce w Zakopanem także, powstaje prawdziwa awangarda polska, nie tylko nowej sztuki, ale i kreacji, etc. i nie mylił się! – Wykorzystał ten moment znakomicie, tym bardziej, że zyskał większą kwotę pieniędzy co starczało mu na dłuższy okres życia, resztę przeznaczył na cel charytatywny.

          Tutaj w Zakopanem poznaje dalszych członków tej wolnej niezależnej formacji wraz z Leonem Chwistkiem, Tytusem Czyżewskim i Stanisławem Ignacym Witkiewiczem, współtworzy z nimi grupę „Ekspresjonistów Polskich”, która wkrótce przyjęła nazwę  Formistów. Natomiast trzeba wspomnieć, że w 1929 roku artysta już wybitny był głównym organizatorem wystawy Sztuki Polskiej w Paryżu, czyli promował wolną sztukę polską za granicą. Był także animatorem i człowiekiem myślącym na wskroś przyszłościowo, bo wspomnieć należy dygresyjnie, że będąc jeszcze w Brazylii założył tam i prowadził szkoły rzeźby w Rio de Janeiro i São Paulo.

           Natomiast w 1956 roku przyjechał do kraju i wygłosił szereg odczytów o swoich doświadczeniach rzeźbiarskich i teorii rzeźby. Do Polski przyjeżdżał jeszcze kilkakrotnie w latach 1963–1964, np. po to aby wybrać młodych polskich rzeźbiarzy na Stypendium do Francji. Mniej więcej w tym czasie odwiedził go w jego posiadłości znany pisarz Jarosław Iwaszkiewicz, który słyszał o Gustawie Zamoyskim, jako wybitnym artyście kreatywnym i awangardowym rzeźbiarzu, wiedział o jego sportach i wyczynach rowerowych, widział go na fotografiach w podkoszulku i szortach – jak to! – i to jest artysta?! – to umięśniony sportowiec? – a on już był artystą rzeźbiarzem, wybitnym i bardziej znanym za granicą niż w Polsce. Jarosław chciał go bardzo poznać bliżej osobiście… Po Jarosława Iwaszkiewicza Gustaw wysłał konną dwukółkę na dworzec PKP w Parczewie. Zaprzęg przywiózł Iwaszkiewicza pod posiadłość w Jabłoniu – Zamoyski ostentacyjnie witał Jarosława i głośno dobitnie pytał; dlaczego nie przyjechałeś na rowerze? – przecież to tylko 175 kilometrów z Warszawy!

                 Jak wiemy, Ministerstwo Kultury i Sztuki postanowiło zorganizować Augustowi Zamoyskiemu wystawę pośmiertną 6-go grudnia 2019 roku w Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie. Wystawiono wtedy rzeźby zakupione we Francji, Brazylii, Niemczech – razem 89 rzeźb. To była imponująca wystawa, choć złośliwi pisali i mówili dużo i nic – sic! że na wystawie było wszystko, tylko nie August Zamoyski… Pokazano tu między rzeźbami wiele rzeczy z normalnego życia artysty, także; fotografie, dokumenty artysty, rysunki, podarunek od Tytusa Czyżewskiego nadszczerbiony zębem czasu portrecik Tytusa, były rzeczy od Witkacego, etc. Wystawa pokazała nie tylko znakomitego rosłego uznanego rzeźbiarza w pracowni, czy wśród bohemiastych zakopiańsko-paryskich przyjaciół, ale też foto chłopca utytego 7-latka, ale i zaraz obok dorosłego postawnego przystojnego mężczyznę, głównie uwiązanego roweru. Pokazano dokumenty nietypowe, takie jak legitymacja profesora nadzwyczajnego Politechniki Warszawskiej, czy licencja na broń, a dokładnie na sztucer dubeltówkę, rewolwer, bilety wizytowe oraz bardziej konwencjonalne eksponaty, to znaczy inne pamiętniki, osobiste, notatniki, szkice, rysunki, rękopisy artykułów w tym publikacji „Au-delá du formisme” wydanej już 5 lat po jego śmierci. Jak wiemy August Zamoyski zmarł w 1975 roku, tutaj pokazano także książki i pisma, które Zamoyski ilustrował, m. in. „Zwrotnicę” Tadeusza Peipera.

               Wykonywał, mówiono jak na tamten czas, rzeźby nierzeźby, Trochę podzielił los (w krytyce) Katarzyny Kobro, gdyż była ona znana także za granicą – uprawiała podobna formę rzeźby, lecz miała swoją teorię – „…rzeźba istnieje tylko w przestrzeni…” – mówiono o niej i pisano także w klimatach metafizycznych – nie rozumiano jej twórczości, podobnie było z Zamoyskim w kraju. Natomiast Zamoyski, czyli „Gustek”, jak go nazywano, nie miał teorii dla swej rzeźby – one czasem się różniły, jakby wskazywały każda inny okres powstania, zarazem i formę, jakby niektóre  nie były jego, artysta działał także  pod wpływem impulsu, pod wpływem chwili i napięcia, rzeźbił szybko… niejednokrotnie  eksperymentował, prywatnie wszczynał skandale, jako wolny, znany artysta, zapraszany celebryta w różne miejsca.  Na przykład czasem w kłótni, czy kontrowersjach zakładał się o „furę dolarów”, kiedy je miał, a u artysty znanego szarmanckiego to chwilowe…  Trzeba także poczynić dalszą dygresję co do jego zainteresowań prywatnych; Próbował pracować także w filmie – kręcił szalone filmy z Mark Chagallem i Witkacym. Artysta znał swoją wartość i nadużywał wykrzykników… W życiu swoim miał cztery żony! – bił także rekordy rowerowe. Niezależnie od tego, czy mieszkał w Zakopanem, Paryżu, Rio de Janeiro, bez pardonu brał rozwód z poprzednią żoną, i od razu ślub z kolejną. Czy Zamoyski był kobieciarzem? – ale ściągał bez przeszkód do pracowni na przemiennie modeli i modelki do pozowania. Był niespokojną duszą i kreatorem, był owładnięty szaleństwem, nienasycony życiem poszukiwawczych ciekawych chwil i miejsc.

           Wystawa poświęcona Augustowi Zamoyskiemu i jego rzeźbie oraz pamiątkom, zorganizowana w Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie w 2019 roku pod nazwą „Myśleć w kamieniu”  była nieco rozdygotanym obrazem artysty, gdzie pomieszano wiele rzeczy, zaaranżowano tym jego charakter, jego uniesienia, niepokoje i słabości oraz jego głównym dokonaniom, także takiej pozornej niespójności, co obrazuje jego styl życia i bycia, ale rzeźba była fenomenalna – wystawa trafiona! – Mnie przypominała, powtarzam się,  artyzm rzeźby Kobro, czasem wyjątkowo, w niektórych rzeźbach, styl z rosyjskiej szkoły supremy… Ta wystawa to cały tamten August Zamoyski, pokazany w nowym świetle, odkryty na nowo, to jego duża sylwetka, sława i rozterka…

           Trzeba wiedzieć, że August Zamoyski zdobył jednak w Polsce uznanie krytyki i publiczności już pod koniec drugiej dekady XX w. Natomiast w czasach PRL-u dostęp do jego dzieł, jak wiemy, był utrudniony, bowiem artysta tworzył na emigracji we Francji i w Brazylii i tam pozostawała większość jego prac. Nawet nie pomagało, w ściągnięciu eksponatów celem wystawy rzeźb, jego arystokratyczne pochodzenie. August hr. Zamoyski jest bardzo ważną postacią w historii polskiej rzeźby, bo tworzył wśród Bohemy za granicą w największym wówczas centrum Kultury i Sztuki na świecie, dlatego przez wiele lat historycy sztuki i muzealnicy – zarówno z Muzeum Narodowym w Warszawie, jak i Centrum Rzeźby w Orońsku, czy Muzeum Literatury w Warszawie – wszyscy oni z Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego starali się na różne sposoby aby jego dzieła wróciły do Polski. Trzeba było je odkupić. Artysta podkreślał, że zawsze tworzy z myślą o swej ojczyźnie. Wielokrotnie dawał temu wyraz w listach i pamiętnikach. Stąd to wszystko, ta różnorodność na w/w wystawie.

             Zamoyski pisał: „Wszystko, co wyrzeźbię, należy do państwa polskiego. […] jest własnością moralną, narodową…”. Co ciekawe nie zostawił po sobie jednak testamentu, ale zawsze pragnął, aby cała kolekcja rzeźb znalazła miejsce w Muzeum Narodowym w Warszawie – Tak też się stało, gdy zakupiono eksponaty i rzeźby przez ministerstwo, i urządzono wystawę retrospektywną spełniło się jego pośmiertne marzenie. Na wystawie były rzeźby jakich nikt dotychczas nie oglądał współcześnie w Polsce w XXI wieku. – To wspaniałe osiągnięcie dla Kultury!

       Zbyszek Ikona – Kresowaty

  • Bardziej Paryżanka Boznańska?

    Bardziej Paryżanka Boznańska?

    Przedstawicielka modrenizmu Olga Boznańska, uczyła się malarstwa Kazimierza Pochwalskiego, a także na Kursach Malarskich im. Adriana Baranieckiego w Krakowie. Później, kiedy mocno wydoroślała, szybko uznała, żeby cokolwiek osiągnąć, trzeba wyjechać i z kraju w znane środowiska malarzy. Tym sposobem w roku 1886 udała się do Monachium, gdzie istniało duże skupisko malarzy, w tym i polskich. Pojechała niezależnie,  żeby kontynuować  naukę malarstwa sztalugowego i rysunku, który uprawiała od wczesnego dzieciństwa. Szkoły monachijskie były w apogeum. Był to okres bardzo trudny społecznie, budząca sie emancypacja, kobietom zabraniano wstępu do Akademii Sztuk Pięknych, zatem żeby nie próżnować kształciła się prywatnie  w monachijskich szkołach u Karla Kricheldorfa i Wilhelma Dürra.

           W 1896 zrezygnowała z różnych nauczycieli, którzy brali duże pieniądze za naukę i wynajęła odważnie własną pracownię. W tym samym roku po raz pierwszy wystawiła w Paryżu swój obraz.  Robiąc na przekór, tamtemu okresowi, jako wytworna dama, który tępił emancypację, mimo wszystko  zaczęła wystawiać swoje prace w: Monachium, Warszawie, Berlinie, Wiedniu. Przez jej upór i pracowitość, dwa lata później nadeszły pierwsze sukcesy, szybko zaczęła być doceniana w szerszym środowisku artystycznym i odnosić duże sukcesy i uznanie środowiska. Na początku w Monachium, a później w Krakowie, gdzie zadebiutowała po wystawach zagranicznych, w krakowskim Towarzystwie Sztuk Pięknych. A był  to okres Młodopolski. 

           Później prezentowała swoje prace na dalszych wystawach w kraju, Europie a nawet w Stanach Zjednoczonych oraz m.in. w Berlinie (1892, 1893, 1913), znów w Monachium (1893), Pradze, Londynie i Paryżu (1896), Carnegie Institute w Pittsburghu (1901, 1906, 1907, 1920-28), Wiedniu (1902, 1908), Amsterdamie (1912) i Wenecji (1910, 1914, 1938). Jako artystka malarka Olga Boznańska została wielokrotnie uhonorowana różnymi prestiżowymi Nagrodami. Zadziwiała swoim stylem i niezwykłą  dojrzałością, klarownością w poglądach i stanowczością, co do technik malarskich, którymi się oryginalnie posługiwała, których bardzo broniła gdziekolwiek…

    „Na pierwszy rzut oka”mylono jej styl z  impresjonizmem. Jednakże nie miała z tym kierunkiem nic wspólnego, chociaż pod kilkoma względami być może tak np. z Augustem Renoirem(?) A może więcej z powstającym stylem kapistów? – Krytyka wciąż doszukiwała się w jej malarstwie jakichś wzorców. To ją irytowało… kiedy sama stworzyła sobie swój styl. Wyjechała na jakiś czas  do Wiednia, gdzie w Galerii Cesarskiej kontemplowała z zachwytem obrazy Velazqueza i innych bliskich jej artystów o europejskiej  i światowej sławie uznanych. 

    Poczynić tutaj trzeba dygresję: Jak oglądamy obrazy Olgi Boznańskiej na pierwszy ogląd wydaja się, że to impresjonizm lub koloryzm. Tyle, że jak sam słyszałem na wystawie w krakowskich Sukiennicach na piętrze, kolokwialnie szepty, ze to mazaki. Jednakże, gdy oddalimy się od obiektu kilka metrów, wyłania się znakomicie oddane dzieło w wielo korowym anturażu. Boznańska w tym stylu własnym była mistrzynią, bo próbowano ją naśladować, a to zazwyczaj się nie udaje. Malowała przede wszystkim portrety, została wielką portrecistką. Był okres, ze miała wiele zamówień, i to od znanych nazwisk. Jednakże nie wszystkie przyjmowała do realizacji, raczej sama wybierała swoich statystów lub proponowała portret twarzy ciekawej  samorodnie.

          Natomiast jej ukochanym kolorem był niepozorny, wydawałoby się wręcz „bezbarwny” — kolor szary. To bardzo ciekawe, bo okres młodopolski charakteryzował się dużą kolorystyką, a u niej całe życie to tajemnica szarości, w którym, co bardzo rzadkie, odnalazła niesłychane bogactwo odcieni, mieszając  szarość z bielą cynkową, dało to gamę tonów lekko zimnych powiązanych  ze środowiskiem i kolorów ciepłych, zgrzebnych i wytwornych, wyciszonych i ekspansywnych.Artystka za cel obrała sobie uczestnictwo w wielu wystawach, odwiedzała wystawy innych malarzy, kontemplowała i porównywała, lecz jedynym miejscem, gdzie czuła się u siebie była jej własna pracownia.
    Byłaprzecież portrecistką, przyjmowała ludzi, w każdym razie to właśnie portrety przyniosły jej największą sławę.

           Pracowała głównie w pracowni w Krakowie przy ul. Piłsudzkiego 21, a w późniejszym okresie w Paryżu blisko Monmarkt, gdzie mieszkała i miała pracownię autorską. Z czasem coraz częściej, zamiast na płótnie, malowała na lekko zagruntowanej tekturze, dzięki czemu uzyskiwała efekt matowości, która pozwalała jej na wyrafinowane efekty kolorystyczne. To było jej poszukiwanie, a ten styl osiągnęła sama.

    Wystarczy wspomnieć, że za portret malarza Pawła Nauena otrzymała z rąk arcyksięcia Karola Ludwika w Wiedniu złoty medal, a w Londynie za portret miss Mary Breme – wyróżnienie. W 1896 Jury paryskiego Societe des Beaux-Arts przyjęło na wystawę jej obraz.

    – Po tych sukcesach dostała propozycję objęcia katedry malarstwa na wydziale kobiet w krakowskiej Szkole Sztuk Pięknych, którą odrzuciła, uznając, że mało w niej nowoczesnego podejścia do dzieł, choć to okres młodopolskich malarzy. Poza tym zamierzała dużo wyjeżdżać np. na stałe, co ukrywała, do w/w Paryża.

    W 1898 przeprowadziła się do Paryża. W tym też roku została członkiem Towarzystwa Artystów Polskich „Sztuka”. W tym samym roku urządza pierwszą indywidualną wystawę. W 1900 roku na wystawie w New Gallery w Londynie dostała złoty medal. Na Wystawie Światowej w Paryżu otrzymała znów wyróżnienie. Tego samego roku doszło do zerwania jej długoletniego narzeczeństwa z malarzem Józefem Czajkowskim. W 1901 po raz pierwszy wystawiała w Pittsburghu. Natomiast rząd francuski zakupił jej Bretonkę i Portret panny Dygat do państwowych zbiorów sztuki. Została członkiem Société Nationale des Beaux Arts. Uczyła w Académie de la Grande Chaumière.

    Carnegie Institute w Pittsburghu przyznał jej srebrny medal. A co bardzo ciekawe, że w 1912 roku na wystawie w Pittsburghu, wraz z Claude’em Monetem i Augustem Renoirem, reprezentowała Francję. W Amsterdamie na międzynarodowej wystawie zdobyła srebrny medal. W 1914 warszawska Szkoła Sztuk Pięknych zaproponowała jej stanowisko profesora. W 1923r.  ponownie reprezentowała szkołę francuską w Pittsburghu wśród takich artystów jak Pierre Bonnard czy Maurice Denis.

             Jednakże sława Olgi Boznańskiej powoli malała. Dlaczego? – Miała coraz mniej zamówień na portrety. W 1932 po raz ostatni przyjechała do Krakowa z Paryża. W 1937 na Wystawie Światowej w Paryżu otrzymała Grand Prix. Na weneckim Biennale w 1938 sprzedała pięć obrazów, w tym Portret pani Dygatowej, który zakupił król włoski. Był to jej ostatni sukces. Dwa lata później umarła.

    Ciekawostką jest fakt, że kiedy po śmierci znaleziono ją w paryskim mieszkaniu blisko Mont Marte przyjaciele ujrzeli straszną scenę. Artystka miała  uszkodzona twarz, jak stwierdzono od nadgryzienia mysz. Myszy, których nie brakowało w jej mieszkaniu, po prostu  zjadły jej dużą część twarzy i dłoni, kiedy ciało zaczęło sie psuć.  Umarła jako zapomniana przez środowisko i przyjaciół w nędzy i niedocenieniu. Myślano, że przebywa w Polsce.

          Natomiast w Krakowie Boznańska mieszkała w domu przy ul. Piłsudskiego 21, w którym miała cały czas własną pracownię, gdzie czasem wracała z podróży i Paryża, o czym informuje umieszczona na budynku tablica pamiątkowa; budynek jest obecnie własnością Muzeum Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Natomiast w Kielcach jej imieniem nazwano jedną z ulic.

            Olga Boznańska była wybitną malarką, która samodzielnie swoim uporem i intuicją, doszła do sławy, przedzierała się przez trudny okres powstawania emancypacji w sztuce…  Artystka stworzyła swój styl, namalowała wiele portretów, w Polsce artystom młodopolskim, nawet Wyspiańskiemu, z którym się przecież przyjaźniła. Inne obrazy, to także kwiaty, a także wnętrza mieszkań i swej pracowni. Powstało z jej ręki wiele dzieł, nie wszystkie skatalogowano. Lubię Olgę Boznańską.

     Zbyszek Ikona – Kresowaty

  • AWANGARDA POLSKA A TWÓRSTWO KOBRO

    AWANGARDA POLSKA A TWÓRSTWO KOBRO

    „Wierzyła, że sztuka może zmienić przestrzeń. Nie bała się nowatorskich form, które wykraczały poza ustalone ramy. Odważna, butna i nieustępliwa. Najzdolniejsza z młodych rzeźbiarek…” – Tak mówił o Katarzynie Kobro, Władysław Strzemiński, przyjaciel życia, a później jej partner życiowy i mąż oraz ojciec ich córki Niki.

          Jedyna z najwybitniejszych rzeźbiarek Polski okresu dwudziestolecia międzywojennego, urodzona 26 stycznia 1898 roku w Moskwie. Wybitna i oryginalna artystka rzeźbiarka powstającej ówcześnie szkoły „polskiej rzeźby”, współczesnej międzywojnia. Uznana po latach 50-tych za wielkie indywiduum po odejściu, pochowana w Łodzi. Jak wiemy dziś, jako ciekawa artystka, została dziś jakby nieco zapomniana(?), a przecież dzięki niej i Władysławowi Strzemińskiemu zaczęliśmy, już w tamtych latach powojennych, coś znaczyć w sztuce środkowoeuropejskiej. To iście odważna bardzo artystka, która obrała sobie za cel mówić własnym głosem. Stworzyła teorię dla swej sztuki… W twórczości rzeźb konsekwentnie szybko odeszła od pojmowania rzeźby jako bryły. Odrzuciła pod wpływem  konstruktywizmu indywidualizm, subiektywizm i ekspresjonizm. Natomiast w ich miejsce postulowała za bezwzględnym obiektywizmem formy, czyli zupełną swobodą tworzenia w wolnej przestrzeni. Podstawowym jej celem była budowa abstrakcyjnego dzieła sztuki, opartego na uniwersalnych i obiektywnych prawach, odkrywanych na drodze eksperymentu i analizy.  Wyjściowym punktem koncepcji rzeźby Kobro jest abstrakcyjne i jedyne pojęcie nigdy nieskończonej przestrzeni. Kobro głosiła, wbrew znawcom ówczesnej „sztuki”, że przestrzeń tak pojęta jest jednorodna i nie posiada żadnych szczególnych miejsc, żadnego punktu odniesienia.  

     „Na zawsze w Awangardzie” – wyk. Katarzyna Kobro
    „Na zawsze w Awangardzie” – wyk. Katarzyna Kobro

           Stąd artystka dążyła w swoich pracach rzeźbiarskich do takiego zorganizowania przestrzeni, aby nie było w niej podziału na przestrzeń zamkniętą w bryle i w otoczeniu, ale żeby dzieło współistniało z przestrzenią, pozwalając przenikać się nieskończenie z przestrzenią. Równocześnie z takiej koncepcji jednorodności przestrzeni wynika likwidacja centrum kompozycyjnego, tak by każdy punkt rzeźby był jednakowo ważny i niepodważalny… W ten sposób Kobro rzeźbiła własne wnętrze metafizyczne objawiając je na zewnątrz i umieszczając w przestrzeni.

                – Tak bardzo wyjątkowe podejście do rzeźby wpłynęło na wielu awangardowych artystów, m.in. Belga Georges’a Vantongerloo, którego twórczość bardzo widocznie ewoluowała w latach dwudziestych i trzydziestych, częściowo jak pisano pod wpływem prac Katarzyny Kobro. Nie jest to jednak do końca  stwierdzone.

           Otóż znany jest fakt, że artystka z Janem Brzękowskim współtworzyła Grupy artystyczne pod nazwami: „Blok” i „Praesens”  i „a.r.” („awangarda rzeczywista” lub „artyści rewolucji”) . Warto zwrócić uwagę na te wymowne nazwy – to przecież są hasła przeciwstawiające się szeroko promowanej przez komunę powojennego PRL-u tzw. „sztuki socrealizmu”, jak na ówczesny czas sztuki polskiej, to zupełny przewrót budzący wielkie kontrowersje. Przede wszystkim Katarzyna Kobro była ganiona za tak oryginalne podejście do tworzenia i swego indywidualnej teorii. Natomiast mąż Władysław Strzemiński, już wtedy wybitny artysta malarz, szybko ją zauważył i bardzo wspierał, jako oryginalną sztukę rzeźby. Podejmował wraz z nią wspólne działanie. Działali, w pewnym czasie, przenikając się artystycznie twórczo…

    Obraz olejny – wyk. K. Kobro, W. Strzemiński – „Przenikania”
    Obraz olejny – wyk. K. Kobro, W. Strzemiński – „Przenikania”

           Wspomnieć trzeba, że artystka urodziła się w Moskwie kilka lat po „rewolucji” z matki Eugenii Rozanow (Ukrainki) i ojca Mikołaja von Kobro (Litwina), był to legalny związek pochodzenia litewsko żydowskiego. Katarzyna Kobro po pewnym czasie wyszła za mąż za Władysława Strzemińskiego. Jego poparcie i pomoc utwierdzało ją dobrze w swej inspiracji. Po czasie urodziła się z tego związku córka, Nika była ich jedynym dzieckiem późniejsza lekarz psychiatra i pisarka, propagatorka sztuki swoich rodziców, których bardzo rozumiała i ceniła.

             Warto wiedzieć, że Katarzyna Kobro przyjaźniła się z innymi artystami, powstającej na dobre Awangardy w Polsce i za granicą, przyjaźniła się z artystami tzw. różnej maści i profesji, byli to artyści mający nowe spojrzenie na sztukę, rozumiejący fakt, że każda sztuka ma jeszcze wiele do powiedzenia, tak jak nauka… Powstawały wtedy nieformalne ruchy artystyczne, działające także np. w literaturze i malarstwie oraz rzeźbie…

           Trzeba wspomnieć, że szczególnym faktem było, że przyjaźniła się z Julianem Przybosiem, równie awangardowym literatem i pisarzem, którego bardziej  doceniono w nieco późniejszym okresie.

              Julian Przyboś w latach 1920 – 1923 studiował  polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. W czerwcu 1921 wraz z bratem Stefanem odtworzyli akademickie Koło Literacko-Artystyczne, które następnie przekształcili w Akademicki Klub “Dionizy”. W 1922 Klub związany był z poetami krakowskimi, określającymi się jako Grupa młodych n e g a t y w i s t ó w . Katarzyna Kobro przyjaźniła się z aktorami i malarzami tamtego okresu.

           Znamy też Kobro także jako malarkę. Natomiast jako rzeźbiarka, teoretyczka sztuki jest uważana dziś za jedną z największych, awangardowych artystek nie tylko w Polsce, ale i na świecie. A wspomnimy, że studiowała w Szkole Malarstwa Rzeźby i Architektury w Moskwie, która powstała z przekształcenia Akademii Sztuk Pięknych w Szkołę Supremy. Uczyła się także rzeźby u Tatlina oraz u Malewicza artysty malarza. Podpatrywała także co tworzyli współcześni artyści: Boccioni, Archipenko, Vantongerloo, Van Doesburg, jednak na opak stworzyła swój własny język artystyczny. Uważała, że rzeźba nie może istnieć bez architektury i architektura nie może istnieć bez rzeźby.

           Według niej sztuka miała porzucić salonowość, wygodę i podobanie się. Miała zmieniać przestrzeń otaczającą człowieka, wyznaczać rytm jego życia i tworzyć nowe funkcje, zwłaszcza architektoniczne. W 1935 roku już znana artystka pisała:

    „Budowanie przestrzeni” – wyk. Katarzyna Kobro
    „Budowanie przestrzeni” – wyk. Katarzyna Kobro

          „Zadaniem rzeźby nie jest lepienie takich lub innych figurek (…). Istotnym podłożem rzeźby jest przestrzeń i operowanie tą przestrzenią, organizacja rytmu proporcji, harmonia formy, związanej z przestrzenią (…). Rzeźba powinna być zagadnieniem głównie architektonicznym, laboratoryjnym organizowaniem metod rozwiązania przestrzeni, organizacji ruchu, planowania miasta, jego funkcjonalnego organizmu, wynikającego z realizacyjnych możliwości współczesnej sztuki, nauki i techniki, powinna być wyrazem dążeń, zmierzających do ponad indywidualnej organizacji społeczeństwa”

    „Klark” wyk. Katarzyna Kobro
    „Klark” wyk. Katarzyna Kobro

      Jej dzieła i wzmaganie się z swoją koncepcją sztuki oraz jej odwagę przeciwstawianiu się przeciwnikom oraz tworzenie na przekór obcesowym wystąpieniom  jej teorii nazywamosobiście TWÓRSTWEM.

          Katarzyna Kobro pozostawiła ilościowo niewielki, ale artystycznie doniosły dorobek, który po jej śmierci częściowo trzeba było rekonstruować, aby w pełni poznać innowacyjność i odwagę jej myśli. Niektóre, głównie najwcześniejsze prace, pozostały zaginione (znane są jedynie z przekazów ikonograficznych). Była też jedną z postaci najtragiczniejszych w polskiej historii sztuki XX wieku: wojenna tułaczka (spowodowana między innymi niemiecko-rosyjskim pochodzeniem), utrata części prac podczas wojny wyrzuconych na śmietnik, powojenne dramatyczne rozstanie z Władysławem Strzemińskim, konieczność zarobkowania na utrzymanie dziecka, walka o uniewinnienie w sprawie “o odstępstwo od narodowości polskiej” (rzeźbiarka podpisała w czasie wojny tzw. listę rosyjską), wreszcie walka ze śmiertelną chorobą – to wszystko wpłynęło na ograniczenie sił twórczych w ostatnich latach życia.              

              Artystka Katarzyna Kobro, jako doceniona artystka awangardowa w latach pięćdziesiątych, została pochowana w Łodzi w części prawosławnej Cmentarza Doły – 21 lutego w 1951 roku. Większość jej dzieł znajduje się w Muzeum Sztuki w Łodzi. Od 2001 roku przyznawana jest Nagroda jej imieniem, o której jednak mało się słyszy.  Natomiast wspomnieć trzeba, że w roku 2009 Teatr Telewizji zrealizował sztukę o tytule Powidoki w reż. Macieja Wojtyszki, w której ukazano życie prywatne Katarzyny Kobro i Władysława Strzemińskiego. Sztuka TV była ciekawa, choć reżyser nie ujął wszystkiego, Brak było ostatnich aspektów trudnego życia. Film Andrzeja Wajdy w roli głównej z Lindą obrazuje szerszy obraz życia, raczej Strzemińskiego. Strzemiński w ostatnich latach kiedy juz nie był z Katarzyną przestał ja doceniać i szanować, czasem na swoich wystawach pomieszczał jej kilka rzeźb, chcąc jakby zaznaczyć, ze za mało stworzyła rzeźb. Jednakże ona w ostatnich latach bardzo chorowała i niedomagała fizycznie, to było mało zrozumiałe…

    „Rzeźba w przestrzeni” , wyk. Katarzyna Kobro
    „Rzeźba w przestrzeni” , wyk. Katarzyna Kobro

     
    Zbyszek Ikona – Kresowaty

  • badacze

    byli i wciąż pokutują
    pochyleni nad ziemią z 
    okiem trzecim albo jednym
    jak cyklopy z wystającymi ponad
    głowami w wykopaliskach grobach
    jak niewierni Tomasze apostołowie
    prawdy i prapoczątku od stołu
    wysłani jak mrówki przez Boga
    aby zbawiać świat posłani jak ongiś
    głosić nowiny świadkowie naoczni
    – – – – – – – – – –
    wciąż krwawią
    jakby na wysypiskach Oni 
    już wiedzą skąd jesteś kim byłeś
    badają czubek igły i ucho pustyni
    przez które powinno przejść ziarnko
    piasku i nie piasku ale i wielbłąd
    dotykają wiercą dziury w dziurach
    dna czaszki robią krzyżyk i szukają
    gwoździa czwartego słonecznej dłoni
    stygmatu na cyrklowych nóżkach 
    po uszy w jamach zakopani po wieki
    w krótkich spodenkach w kratkę
    jakby mieli przełknąć kosmologię
    i zrozumieć mowę kamienia i nóż 
    jakby chcieli odgadnąć kształt obły
    miseczki znalezionej przypadkiem
    i kolor najważniejszy wydobyć
    męcząc kont prosty i ostry
    żeby oznaczyć szlaki znakami
    wszelkie cuda świata o Nich
    wiedzą że nie ustaną nie a zboczą
    na chwilkę otworzyć drzwi lasu 
    że obok w rytmie disco błysku
    TAM współczesny polaryzuje
    obraz głodny twórczych
    myśli i win 

  • Stanisław Chyczyński recenzja książki „Jeszcze mrużą oczy wczesne wrześniowe psy”

    Zbigniew Ikona – Kresowaty – jako poeta i malarz – należy do grona twórców takich jak ongiś był Stanisław Wyspiański, a dziś to grupa takich poetów jak: Jolanta Baziak, Jacek Durski, Stefan Rusin, czy Tadeusz Wyrwa – Krzyżański, zalicza się tu jeszcze kilku innych, którzy działają dwutorowo: w słowach i w obrazach. Jak to zwykle bywa w takich twórczych przypadkach, można mówić o ewentualnym zintegrowaniu literatury z plastyką, jako że ożywia je ta sama (autorska) wyobraźnia. Być może twórczość Kresowatego ( 6 zbiorów wierszy oraz 2 książek publicystycznych: „rozmów artystycznych” z wybitnymi koryfeuszami Kultury Sztuki i Nauki oraz zredagowany autorsko Almanach Twórców Ziemi Strzegomskiej i Regionu), jest tutaj najlepszym przykładem, ponieważ charakter jego wierszy ściśle odzwierciedla aurę jego: rysunków oraz malowideł i ikon. Po raz kolejny przekonuje mnie o tym jego nowa książka pt. „Jeszcze mrużą oczy wczesne wrześniowe psy”, jak zwykle ilustrowana grafikami wrocławskiego artysty. 
          Głos fruwającej sepii zdjęcie 
          zdjęty surrealistyczny obraz 
          ze znaczeń ja pożywiam się 
          teraz snem (…) 
               („zrozum synu NIGDY”) 

    Oto słowa wprawdzie wyrwane z kontekstu. Ale dobrze oddające specyfikę liryk Kresowatego. W sposób metaforyczny i po części dosłowny. Jego wiersze i rysunki, utrzymane w duchu surrealizmu, na równi tchną subtelną onirycznością. Nagromadzenie odległych skojarzeniowo rekwizytów wywołuje wrażenie gorączkowej pracy wyobraźni nawet podczas snu. Dlatego poezja i plastyka autora tomu wcześniejszego „Nie opóźniać spojrzenia” dają się różnie odczytywać podczas kolejnych z nimi spotkań – niemal w zależności od pory dnia lub pory roku. Przy czym odbiorca nigdy nie zyskuje pewności, czy poszedł za tropem myśli nadawcy. 

    „Jeszcze mrużą oczy wczesne wrześniowe psy” – tytuł faktycznie intrygujący, ale daremnie by szukać w zestawie niemal stu utworów tytułowego wiersza. Jedynie podobne, zdublowane wyrażenie spotykamy w motcie do wierszy „stał się bełkotem świat” i „Siekierezada”, traktujących o tragedii z 11-go września 2001 roku za oceanem. Marzeniem Steda był spokój, bez ujadania psów, kiedy nocą szedł przez obcą wieś. Jakie może być „kynologiczne” marzenie Ikony – Kresowatego? – Artysta nie mówi o tym wprost, chociaż pies to zwierzę, które regularnie pojawia się w jego wierszach. Już to jako smutny zezwłok przy drodze (wiersz „tren dla psa”), już to jako kamienna rzeźba („psy na fontannie II”), już to jako stróż cudzych włości („węch”), już to jako wymowne porównanie („kundel”). Pomijam „psią gwiazdę”, w której po prostu chodzi o Syriusza jak u Morsztyna. Ciekawe, że psy u Kresowatego mają najczęściej „anielskie oczy” (por. na str. 44, 51, 63). Dotyczy to zapewne, jak mniemam, również oczu „wczesnych wrześniowych psów” 
    (w tym wypadku powinny to być oczy anioła zagłady). Skoro pies może mieć „oczy anioła”, to porównanie człowieka tutaj do czworonoga nie ma obelżywego wydźwięku (por. wiersz „na autostradzie psi człowieku”). 

    Niewykluczone, że ostatni uczeń profesora Gepperta, w dawnym mieszkaniu twórcy „Kartoteki”, hołubi jakiegoś brytana o wdzięcznym imieniu Rambo lub Cezar(?). To by wiele wyjaśniało…A jest taka fotografia pomieszczona przy notce tomiku „Nie opóźniać spojrzenia”, gdzie poeta siedzi przy swoim biurku z jakimś wilczurem. 

    Jako poeta Zbych Ikona – Kresowaty kojarzy mi się także ze św. Janem Chrzcicielem, czyli Babtystą, który kiedyś przyszedł prostować ścieżki, czy też je przecierać. Głos wołającego na pustyni. Z wierszy Kresowatego też słychać ostrzegawcze nawoływanie: „nadciąga czas komety” (s. 24). Jak wiadomo (choćby z obrazów Artura Grottgera) kometa przed wiekami była zwiastunem wielkich nieszczęść. Można je przeczuć proroczo już dzisiaj, albowiem „zapach uryny/ unosi się aż za oceany” (s. 71). A skąd? z Talibanii – jak to nazywa pomysłowo autor (ibidem). Czyżby miała się spełnić straszna przepowiednia królowej Saby, że zagłada przyjdzie ze Wschodu? Zewnętrzne zagrożenie to jedno, a sprawa wewnętrznego rozkładu to drugie. Artysta, dla którego chrześcijański symbol, krzyż – jest „znakiem dodawania/ dobra do zła” (s. 107) lub „dodawaniem ziemi do nieba” (s. 96), doskonale wie, że zachodnia cywilizację toczą schorzenia samorodne, autogenne, ponowoczesne (” – giną znaczenia/ na odnowę zawsze wojna?”, ibidem). Dlatego o sobie pisze z przekąsem: 
          właściwie łażę po śmietnikach prawd 
          zbieram i głaskam kalectwo świątków 
          węszę na targowiskach 
          (…) 
               („kundel”) 

    Poeta o inklinacjach do metafizyki musi mieć swoiście rozwiniętą samoświadomość, może nawet pielęgnować w sobie poczucie nadzwyczajnej misji, dlatego dodaje gdzie indziej: „oto ja klin wbity/ w punkt 0” (s. 15). Orędownik, wierny fundamentalnym wartościom i wcześniej dokonanym wyborem światopoglądowym (Dostojewski; między Bogiem a prawdą), podąża po przodu i wzwyż: 
          idę i ja chętny Jakub jak po schodach 
          jak po zastygłych falach morskich 
          A pierścień zaciska się wokół 
          a moje źródła pęcznieją gdy staję 
          na Górze – (…) 
               („Horyzont(?)”) 

    Od strony formalnej, kompozycyjnej, wiersze Zbigniewa Ikony – Kresowatego są dość skomplikowane. Łamane wersety. Liczne wtrącenia, aluzje, cytaty, metafory, eksperymenty słowne (np. z łącznikami) zwiększają ich polisemię. Pewna predylekcja autora do mnożenia różnych asocjacji i dodatków może nawet przytłaczać neurastenicznego czytelnika myślowo oraz wzbudzać poczucie zagubienia w motywach i wątkach, w osobach i sprawach, w apelach i przesłaniach. Dlatego ja osobiście wolę oszczędne w słowa, krótsze, klarowne teksty, których wzorową egzemplifikacją pozostaje kontrowersyjne w wymowie „ważenie życia – II”. W pozostałych wyszukuję sobie szczególnie celne spostrzeżenia w rodzaju: ” co roku mroźniejszy czas/ bo ciepło coraz droższe/na nasze Betlejem” (s. 29). W tym sensie jestem poszukiwaczem pereł. Gdybym był upierdliwym Momusem, powiedziałbym z przekąsem „reszta jest tylko/ mrokiem” (s. 14). Żartowałem, żartowałem – sam niekiedy lubię mroczność, splątanie, ciemnię…

    Stanisław Chyczyński

    Zbigniew Kresowaty – „Jeszcze mrużą oczy wczesne wrześniowe psy”, Wydawnictwo MINIATURA, Kraków 2008,
    s. 174, rysunki i opracowanie zbioru autor.

  • dr Emil Biela – o „Między Logos a Mythos”

    „ZBIGNIEW KRESOWATY PYTA” – Gazeta Kulturalna NR 2(1260) luty 2006

    Aby rozmowa była interesująca, trzeba mieć odwagę stawiania pytań, należy mieć również odpowiednią wiedzę. Obie te cechy posiada Zbigniew Kresowaty, poeta, artysta plastyk, ikonopisarz, eseista, krytyk literacki i artystyczny, współpracownik wielu czasopism. Wykazał je w ostatniej książce „Między logos a mythos”. Zawiera ona kilkadziesiąt wywiadów, jakie przeprowadził Kresowaty z czołowymi postaciami życia kulturalno – artystycznego i naukowego w Polsce. Daty rozmów, ulokowane są w okresie transformacji ustrojowej w naszym kraju, są zapisem stanu ducha polskich elit inteligenckich u progu naszego wieku. Rozmowy te mają ogromną wartość poznawczo-dokumentalną…
    Zbigniew Kresowaty był do tych rozmów doskonale przygotowany. Jego pytania są bardzo obszerne, dowodzące świetnego rozeznania w życiorysach artystów i naukowców. Kresowaty w roli interlokutora może być wzorem dla prowadzących wywiady, wzorem chyba niedoścignionym. W „Między logos a mythos” znaleźli się: Józef Baran, Marianna Bocian, Ernest Bryll, Tadeusz Chróścielewski, Leszek Czuchajowski, Sławomir Derecki, Ziemowit Fedecki, Kira Gałczyńska, Adam Hanuszkiewicz, Halina Herbert-Żebrowska, Hatif Janabi, Wojciech Konikiewicz, Lilla Latus, Bogdan Loebl, Ewa Michnik, Jan Miodek, Marek Ostoja- Ostaszewski, Wilhelm Przeczek, Andrzej Renes, Wojciech Siemion, Henryk Skolimowski, Tadeusz Sławek, Franciszek Starowieyski, Julian Stryjkowski, Lidia Sztwiertnia, Adam Szyper, Wiktor Zin, inni. A więc, prawdziwa plejada wybitnych osobowości twórczych, ludzie z „górnej półki” naszej kultury. Kilku z nich już nie żyje, a więc specyficzne urny z prochami ich myśli. Niezwykłym przykładem jest rozmowa z pisarzem Julianem Stryjkowskim ( z roku 1992), na zakończeniu której autor „Biegu do Fragala” wyznaje; „czuję się Żydem wyklętym przez własne sumienie – nic więcej…” Natomiast bezkompromisowy w swoich sądach, zachowaniach, Franciszek Starowieyski i w rozmowie z Kresowatym „nie zawodzi”, uchyla rąbka niezgłębionej do końca tajemnicy swej osobowości. Na jedno z pytań odpowiada anegdotycznie: „Proszę pana, byłem w Linzu, gdzie jest dom Keplera.
    Wieczorem, było przyjęcie, był to koniec lutego tego roku. Już troszkę po drinku, zasiadając obok pani burmistrzowej miasta, która jest a propos wspaniałą osobą, kochająca sztukę i artystów, onieśmielony wcześniej, powiedziałem jej, że jutro rano wyjeżdżam, a nie zobaczyłem domu, w którym mieszkał Kepler. Ona mówi : ” to jest parę kroków stąd, więc chodźmy!”. No i postanowiłem jakoś uczcić tego Keplera, mojego idola, pomyślałem: co ja mogę zrobić? – Rozebrałem się do naga i przed tym domem odtańczyłem taniec na Jego cześć, na tym mrozie, na ulicy, o pierwszej w nocy! Odtańczyłem taniec w takiej formie, co pani burmistrzowa przyjęła jako zupełnie normalne. Tylko policjanci, myśląc, że to jakiś szaleniec, chcieli mnie zatrzymać. Ona musiała ich i mnie uspokoić. Nie wiem, czy wtedy mogłem inaczej zareagować. To stało się pod wpływem emocji i chwili, z jakiejś nieopisanej radości, pasji całkowitego identyfikowania się z Mistrzem, którego nie ma, a jest tylko cała spuścizna! Chciałem też pokazać, mój entuzjazm dla Niego – malarza, artysty! Jest to też w moich działaniach artystycznych, trzeba tylko dobrze patrzeć…”
    Zbigniew Kresowaty świetnie przemyślanymi pytaniami potrafił sprawić, że jego rozmówcy otwierali się, pokazywali jakby swoje drugie dno, to bardziej intymne. Wiodącym przykładem jest rozmowa z Marianną Bocian, o której historycy literatury nie powinni nigdy zapominać, a mają taka tendencję. Kresowaty ocala ją od zapomnienia.
    Rozmowa z ekofilozofem i rzeźbiarzem, profesorem Henrykiem Skolimowskim, zilustrowana jest fotografią jego rzeźby pt. „Życie jest…” Na rzeźbie w białym marmurze widnieje napis: „Życie jest chaosem, ty jesteś porządkiem”. Dla tej choćby sentencji warto było wziąć do reki książkę Zbigniew Kresowatego.

    dr Emil Biela

  • prof. František Všetička – portret artysty kontrowersyjnego O książce Zbigniewa Kresowatego „Nie opóźniać spojrzenia” – 2000r.

    Inne widzenie, przeciwieństwo lub sprzeczność to dźwignia rozwoju artystycznego i kreacji twórczej każdego artysty, którego można nazwać oryginalnym… Zbigniew Kresowaty jest tego oczywistym przykładem, jest bowiem istotą pełną sprzeczności i zarazem tajemnic twórczych… Jako człowiek jest istotą w zasadzie skromną, choć wygląd temu przeczy. Jednakże inaczej przedstawia się jego poezja, grafika i dzieła plastyczne w ogóle inne działania artystyczne… Jego poezja grawituje w stronę złożoności, jego rysunki i grafika są zbyt złożone w swej metafizyce i abstrakcji…
    Język wierszy Kresowatego jest czytelny, jednak oszczędny, gdzie tkwią tendencję do rozmachu i rozgałęzień metaforycznych… Obrazy nawarstwiają się plastycznie jeden na drugi. A wielokrotnie dzieje się tak ,że podmiot wchodzi w stany nadrealne i bardzo złożone. Każdy tłumacz , który bierze się za tłumaczenie tych tekstów z polskiego na inny język ulega pewnemu kłopotowi myślowemu, bywa ,że jest taki tłumacz w opałach, aby nie zaplątać się w sieci jego wyobraźni…. Kresowaty dysponuje też bogatym wachlarzem tematów ku własnym inspiracjom, sięgającym od biblijnych wyobrażeń i dziejów człowieka jak i dekalogu, poprzez Gilgamesza – aż przykładowo do hołdu poezji tragicznej osobowości Rafała Wojaczka i innych współczesnych poetów.
    U Kresowatego jako plastyka uwidoczniony jest zbyt kontrast tych lub innych zainteresowań artystycznych co pomieszcza także w swej poetyce a niejednokrotnie używa i wykorzystuje te wiadomości do swych działań krytyczno-literackich, bowiem jest także krytykiem literackim i artystycznym –Twórczość ta jako całość złożona dość różnorodnie skontestowana, bo z jednej strony ulega zbyt tzw. manierze surrealistycznej, z drugiej strony zachwyca się prawosławnymi ikonami i pozwala się nimi inspirować w swej twórczości malarskiej. Urok ikon artysta dużo wcześniej z racji studiowania historii sztuki z drugiej zaś zetknął się i poznał podczas swej podróży do wschodniej Polski, na pograniczach kultur polsko-białoruskich czy polsko – ukraińskim a nawet polsko – litewskim ( gdzie trzy miesiące w latach 1988 pracował jako sztukator przy renowacji frontonu Filharmonii Wileńskiej, także) w jedynym z prawosławnych klasztorów na terenie Polski. Jeden z tych klasztorów to Jabłeczna pod wezwaniem św. Onufrego. Problematykę symboliki ikon konsultował z prawosławnymi .Rejon pogranicza pomiędzy Rusią Białą ,Ukrainą i Polską tworzą tzw. kresy i już samo nazwisko poetyzującego malarza świadczy o tym, że w tym rejonie czuje się jak u siebie. Zbigniew Kresowaty mieszka i tworzy autorsko we Wrocławiu, ponieważ na te tereny przybyli jego rodzice pochodzący „zza Buga”- czyli znad rzeki Bug- A dziś zwani „zaburzanami”. Trzeba dodać, że napłynęła tu także wielka ilość mieszkańców Białorusi i Ukrainy, którzy zostali wysiedleni z terenów zabranych przez Sowietów. można zatem zaryzykować powiedzenie, że Kresy, lub przynajmniej ich część, przesunęły się bardziej tym samym do Europy środkowej, a więc również w stronę Kresowatego i jego działań artystycznych, choć to tylko metafora… Warto zauważyć, iż z kresów pochodzi cały szereg inicjatywnych i utalentowanych ludzi, np. Witold Gombrowicz i Czesław Miłosz, inni wybitni w literaturze polskiej. Również współcześni jak np. tłumacz, poeta i ukrainista Tadej Karabowycz wykładowca na UMCS w lublinie, poeta tłumacz, edytor, należący do grona najbliższych przyjaciół Zbyszka Kresowatego.
    – Ta artystyczna sprzeczność w twórczości Zbyszka Kresowatego, o której tu mowa, przejawia się w sposób dość zróżnicowany a jednocześnie bardzo kreatywny… Kresowaty maluje obrazy olejne, robi grafiki i rysunki do książek, pisze poezję ,drukuje w czasopismach oraz almanachach, współpracuje z czasopismami oraz pisze krytykę literacka, rozmawia i spotyka się z wybitnymi osobowościami na (ponad 60 spotkań)”rozmowach artystycznych”, z których tworzy dwa tomy zapisów „MIEDZY LOGOS A MYTHOS”, pisze ikony, grafitti i zajmuje się pisaniem tekstów do muzyki oraz konserwacją dzieł sztuki… W piątek 4 listopada 2005 roku w Muzeum w Prudniku odbyła się uroczystość wspomnieniowa zmarłej Marianny Bocian połączona z wystawą malarstwa Jerzego Kapłańskiego. Jednym z prowadzących był właśnie Zbigniew Kresowaty, który jako jej wieloletni przyjaciel ,z niezwykłą werwą podkreślał realistyczny profil artystyczno- twórczy zmarłej w 2002 roku poetki. Oczytał z ksiązki swej „rozmowę artystyczną” Marianny Bocian, gdzie znalazło się kilka gorzkich i nie cenzurowanych innych uwag do współczesnych nierealistycznych postmodernistycznych i konceptualnych tendencji w literaturze i malarstwie… Paradoksalna sprzeczność spoczywa właśnie w tym, iż jego twórczość, w szczególności malarska, także ulega nadrealistycznemu widzeniu i obrazowaniu świata… Byłem uczestnikiem wspomnianego wieczoru i w duchu porównywałem surrealną grafikę Kresowatego z rembrandtowskim realizmem Kapłańskiego. Kresowatym miotają sprzeczności jak każdym twórcą mającym cos do powiedzenia…A zwłaszcza do oznajmiania…
    – Swoje wszystkie tomiki poetyckie, a w szczególności takie jak „Są oblicza i anioły” oraz „Nie opóźniać spojrzenia”, Zbigniew Kresowaty uzupełnił własnymi rysunkami i tak powstała ciekawa, wzajemnie korespondująca całość. Jest to równocześnie całość prowokująca, w szczególności wyrazem plastycznym. Prowokuje zwłaszcza w drugim z wymienionych tomików swym „Ślubnym autoportretem” (wyk. 1978 r.), celowo nazwanym jak kicz (malarz pod obrazem olejnym na metalowej tabliczce dopisuje, że każdy portret ślubny to kicz).
    Natomiast burzliwe wydarzenia końca roku 1989 przeżył Kresowaty w Czechosłowacji, przybywając wprost z Litwy, czyli z Wilna, gdzie na kontrakcie, jak wspomniałem, restaurował Filharmonię jako sztukator… tutaj w Mariańskich Łaźniach pracował także jako sztukater (to jego zawód jaki posiada pośród innych artystycznych) i z tzw. sztukaterskiej wysokości śledził, jak Czesi realizują przemiany społeczne. Do dziś artysta jest pod wrażeniem tych zajść… Czuje bezsprzeczną słabość i sentyment do czeskiego środowiska i Bochemy, bowiem napisał np. piękny wiersz na śmierć Bohumila Hrabala, którego prawdopodobnie wcześniej spotkał w knajpce „Pod Tygrysem” w Pradze… Trzeba tutaj dodać, że autor bardzo przeżył to odejście pisarza.
    – Do całości portretu Kresowatego trzeba jeszcze dodać, iż jest znakomitym piechurem. Bardzo często (niemal codziennie) wraz z Grażką (która jest z zawodu art. fotografem, która od lat dzieli z nim życie) pokonuje siedmiokilometrową trasę z wrocławskiego przedmieścia do centrum miasta. To ich fizyczna konieczność i potrzeba w wolnym czasie, którego maja jednak zbyt mało z powodu różnych zajęć i wyjazdów… Na marginesie zaznaczam, że jego żona Grażka jest w stylizowany sposób uwieczniona na wspomnianym kiczu Ślubnym autoportrecie.
    Oficjalnie muszę tutaj oznajmić i dodać, że w roku 2005 Kresowaty wydał bardzo ciekawą książkę 27-miu „rozmów artystycznych” z czołowymi polskimi artystami i osobowościami kultury., jak ; Hanuszkiewicz, Bryll, Starowieyski, Gałczyńska, Sławek, miodek, Zin inni jak Julian Stryjkowski do którego domu rozmówca zdążył jeszcze przed jego zgonem w 1992 roku i zrobił zamiast fotografii portret rysunkowy zwany pamięciowym… Jego książka nosi tytuł „Między Logos a Mythos”. Obecnie artysta pisze następna II część 320 stronicowej ksiązki jako chronologiczną całość pod tytułem „MIEDZY MYTHOS A SACRUM” w której znajda się równie wybitni luminarze Kultury i Sztuki a nawet Nauki, jak : Henryk Mikołaj Górecki, prof. Andzrej Strumiłło, prof. K. Penderecki, prof. M. Łesiów z KUL-u, inni… Jak widać ,również i on nieustannie porusza się i miota pomiędzy tymi odwiecznymi ludzkimi konstantami i luminarzami sztuk wszelkich. Podobnie jak ci, których w swej publikacji sprowokował do wypowiedzi o tym, co to jest sztuka, co to jest nieskończony i wolny świat twórczych imaginacji….

    prof. František Všetička – OLOMOUC -Czechy
    Przekład Irena Pyszko

  • Robert Czop Surrealistyczna klasyczność w twórczość Zbigniewa Kresowatego

    Zbigniew Ikona Kresowaty należy do tych nielicznych twórców, którzy jak Andrzej Frycz Modrzewski, sprawiają wielką trudność badaczom ze względu na renesansowe podejście do sztuki. Z tego też powodu jakakolwiek próba ogarnięcia całego dzieła, przez jednego człowieka musi się ograniczyć tylko do niewielkiej cząstki tego, co dopiero zespół kompetentnych znawców ma szansę oddać jako całość.
    Jednak we wszystkich dziedzinach można znaleźć pewne podobieństwa, które pozwalają w sposób intuicyjny uchwycić indywidualny ślad artysty. I tu pojawia się kolejna trudność wynikająca z tego, że krzyżują się w jego pracach nie tylko różne elementy związane ze stylami i epokami, ale także odnajdujemy tu ogromny wpływ różnych kultur ze szczególnym uwzględnieniem bliskich mu kresów. Niewątpliwie ta niezwykła mieszanka ma ogromny wpływ na ostateczny obraz tego, co ma nam do zaoferowania ten poszukiwacz nowatorskich rozwiązań, zaskakując swoją niepowtarzalnością. Trzeba jednak zaznaczyć, że Zbigniew Kresowaty nie jest rzemieślnikiem, który w sposób precyzyjny powiela określone wzorce z przeszłości, lecz świadomym swojej oryginalności kreatorem nowych wizji, ubierającym przeszłość w niecodzienne rozwiązania. Nawet skromna znajomość malarstwa i rzeźby uświadamia nam, że upodobanie do klasycznego smaku, choć być może dużo trafniejsza byłaby uwaga, że to nie klasycyzm, ale fascynacja secesją powoduje, iż odnajdujemy tutaj płynność linii i swobodę kompozycji, co określa pewną nieprzekraczalność granic, które mogłyby irytować swoim dziwactwem, gdyby zostały przesunięte chociażby o milimetr. Przy czym nie odważyłbym się zaszufladkować tego, co robi Zbigniew Kresowaty, ponieważ on jakby tylko muskał określone propozycje w jakimś biegu, który nie pozwala mu się zatrzymać. Może jest to zbyt odważne, ale mógłbym porównać twórcę do wiatru, który przemyka się obok, zachwycając swoim dźwiękiem a równocześnie nie dającym się ujarzmić w określonej bryle. Dlatego dążenie do niemal perfekcyjnego ukazania, na przykład ludzkiej sylwetki, robiącej wrażenie wprost wypieszczonej, nie jest doprowadzone do końca i ciało rozpływa się w surrealistyczny obrazie Kiedy się na to patrzy, to trudno nie ulec wrażeniu, że to Michał Anioł i Salvadore Dali przeniknęli się nawzajem, tworząc nową jakość pod postacią czarodzieja z Wrocławia. Naturalnie nie staram się na siłę szukać jakichkolwiek korzeni, gdyż nie czuję się na tyle kompetentnym, aby podejmować w tym przypadku jakąkolwiek, choćby najmniejszą próbę. Ta moja ostrożność wynika również z tego, że jeśli położymy obok siebie rzeźbę, ikonę oraz rysunek, to odnosimy wrażenie, jakbyśmy oglądali prace trzech całkowicie obcych sobie ludzi. To jakby tworzenie siebie na nowo pod wpływem innego tematu lub całkowicie nowej koncepcji. Oczywiście, obserwując ewolucje innych, którzy zaczynali od malowania krajobrazów, a skończyli na ikonach lub malarstwie nowoczesnym, dostrzegamy odmienność prac, ale w tamtych przypadkach jest jakby ostateczne pożegnanie jednego, aby już do końca życia pozostać przy tym drugim, natomiast u Kresowatego jest odwrotnie, jakby łapał wszystkie sroki za ogon i nie rezygnując z niczego, równocześnie doskonali wszystkie drogi, które na początku wybrał. To kolejny czynnik, który uniemożliwia zaszufladkowanie, dlatego tytuł niniejszej pracy też należy traktować z wielką ostrożnością, jako duże uproszczenie tego, co ma nam do zaoferowania omawiany przez nas twórca.
    Nie zapominając o tym, że Zbigniew Kresowaty jest także krytykiem, również i tutaj odnajdziemy tę niezwykłą korelację między światem realnym i poetyckim. Sam będąc poetą, bardzo dobrze zdaje sobie sprawę, że są miejsca, których dopowiedzieć się nie da i nawet najbardziej wytrawny krytyk, który uwolni się od pewności siebie, będzie musiał ulec urokowi tego, co niewypowiedziane i tak bardzo ulotne, że jakakolwiek próba analizy, może się skończyć brutalnym zniszczeniem czegoś, co może istnieć jedynie w określonej atmosferze, gdzie nie powinno się wchodzić z buciorami interpretacji, ponieważ nie ma tam na to miejsca. Przecież nie jeździ się buldożerem po klombie, rozpruwając gąsienicami niezwykły zapach róż. Wypowiedzi krytycznoliterackie Kresowatego są bardzo specyficzne 
    i już same w sobie stają się pewnym znakiem firmowym zarezerwowanych tylko dla niego, gdyż trudno sobie wyobrazić, by ktoś spróbował iść tą samą drogą. Znajdziemy tutaj pewne balansowanie między konkretnym chodzeniem po ziemi i równocześnie bujaniem w obłokach, bo przecież takie są poetyckie wypowiedzi, które, nie rezygnując z ziemskiego padołu, wymykają się do krainy, zaskakujących nas na każdym kroku paradoksami. Wydaje mi się, że właśnie na tym polega inność podejścia literata z Wrocławia do twórczości tych, których książki omawia. Z tego też względu obok konkretnych, niemal zimnych, stwierdzeń pojawia się poetyckość, która w sposób metaforyczny dobudowuje niezwykły świat interpretacji, który znów, w zależności od upodobań i gustu czytelnika może wywoływać różne reakcje. Jednakże nikt nie zaprzeczy, że łączenie tych dwu elementów powoduje nie tylko to, że mamy okazję zetknąć się ze specyficzną wypowiedzią, ale odnosimy wrażenie, jakbyśmy znowu obserwowali połączenie dwóch antagonistów, którzy w tej nowej sytuacji zaczynają ze sobą współpracować, tworząc ład. W tym wypadku będzie to połączenie klasycyzmu z romantyzmem, gdzie obok piękna i harmonii wypowiedzi niby smukłych kolumn, spotykamy się z potokiem słów zachowujących się jak ulotne nimfy lub rusałki unoszące się w swoich zwiewnych szatach tuż nad ziemią niczym baletnice na palcach. Naturalnie nie każdy musi lubić balet, ale chyba każdy przyzna, że właśnie to dodaje pewnej eteryczności recenzjom omawianego przez nas literata. 
    Aby nadążyć za tą niezwykłą osobowością trzeba mieć nie lada kondycję i reporterskie zacięcie oraz wszechstronną wiedzę, by się pokusić o to, aby ogarnąć nie tylko jego poezję i dorobek krytycznoliteracki, ale również nie mniej imponującą siłę, dzięki której Zbigniew Kresowaty staje się popularyzatorem tego, co dzieje się we współczesnej literaturze polskiej. Ten tytan pracy, dzięki swoim kontaktom z różnymi miłośnikami pędzla i pióra, podejmuje się przybliżenia tego, co się dzieje w artystycznym świadku, a co bardzo często jest spychane na boczny tor nieuwagi i ginie gdzieś w niepamięci. 
    Kończąc tę próbę zasygnalizowania tylko nielicznych elementów z tej bogatej działalności pod skrzydłami prawie wszystkich Muz, chciałem podkreślić szczególną życzliwość tego człowieka, który, mimo tak wielu pasji, odnajduje czas, aby na chwilę przystanąć i podać rękę tym, którzy dopiero przebijają się na parnas.

    Robert Czop

  • „Pisząc na piasku” – między sztuką a teologią O książce Zbigniewa Kresowatego „Między Logos a Mythos”

    Otwieram Ewangelię według św. Jana i odczytuję jeden z najpiękniejszych tekstów natchnionych: „Na początku było Słowo , a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo… A Słowo stało się Ciałem i rozbiło namiot wśród nas” (J 1,1 – 14)
    A to Wcielone Słowo mogło „rozbić namiot wśród nas” dzięki Duchowi Świętemu i dzięki człowiekowi, dzięki Kobiecie imieniem Maryja. Dlatego Ona jest Patronką wszelkiej sztuki, artyzmu i sztuki nad sztukami – życia ,bo przecież jedno i drugie jest ucieleśnieniem Słowa , Przedwiecznego Logosu, przez Ducha Świętego i współpracującego z Nim człowieka.

    Mam przed sobą książkę Zbigniewa Kresowatego pt.” MIĘDZY LOGOS A MYTHOS” z dedykacją Marka Ostoi- Ostaszewskiego. Są to „rozmowy artystyczne” z twórcami sztuki i nauki. Jedne są interesujące i głębokie, inne płaskie. Mnie jako księdza i teologa interesują szczególnie watki religijne i humanistyczne, dlatego takie wynotowuję. Marianna Bocian , nieżyjąca już poetka, znana mi osobiście, zadaje dramatyczne pytania: „Co może się stać, przed czym ostrzegano od tysiącleci, by nie wykraczać przeciwko Duchowi? Czy dramatem naszej współczesności nie jest to, że człowiek się nie rozwija, tylko intelektualnie tresuje?”. Ernest Bryll: „Dlaczego w wierszach wracam do motywu –śladu po zstąpieniu Ducha Świętego, który to ślad jakoś się załamał, przemienił w byle co ? Bo dla poety Bóg musi być cierpliwym słuchaczem jego żalów, których już świat nie słucha” .Sławomir Derecki wyznaje : „Tak? Wierzę w Boga. Im dłużej obserwuję naturę , tym mocniej staję się humanistą przeświadczonym o boskim istnieniu. Bóg to Sens i Mądrość Absolutna, która konsekwentnie nawet to ,co nielogiczne pozwala ułożyć w logiczną całość” .Przypomina mi się zdanie z Andre Malraux : Istnieje tylko jeden problem poważny : Jaki jest sens naszego życia”. Lilla Latus ,poetka i tłumaczka , mówi : „Długo mocowałam się z sobą i wadziłam się z Bogiem .Ale z Bogiem trzeba się wadzić, pytać , dociekać…Wiem , ze Bóg jest mądrzejszy od wszystkiego ,co na Jego temat wymyślono”. Mogę tylko dodać od siebie : teologii także! Jedna z najciekawszych rozmów to rozmowa z Markiem Ostoja- Ostaszewskim, artysta, którego znam osobiście. Obszar jego zainteresowań obejmuje sztukę z różnych kręgów kulturowych i religijnych, ale myślą centralną i wiodąca jest wyznanie : „Moim guru był i jest Jezus Chrystus i Jemu wierzę.” Adam Hanuszkiewicz popisuje się inscenizacją „Fausta” Goethego w której chce wyrazić „walkę Boga z szatanem” – i powiada : „U mnie Bóg jest królem na wózku paralityków, czasem chodzi o lasce, jakby w niemocy”. Być może ,ze reżyser mówi o swoim życiu, wobec którego Bóg może wydawać się bezradny, „w niemocy”!
    Jan Miodek mówi: „Wierzę Chrystusowi ,że prawda wyzwala , ale uciekam od prawdziwych Polaków – katolików .Ciągnie mnie do tych grzesznych, mniej prawdziwych”. Henryk Skolimowski bolejąc nad „pustką w sztuce”, która powstała z tego powodu, że ” Kościół przekazał władzę nad duszami nauce i technice”, krytykuje tenże Kościół za Deklarację „Dominus Iesus” : „W trzecim millenium nie można ekskluzywnie wywyższać jednej religii ponad inne”…Profesorowi myli się prawda z tolerancją : jedyną w pełni prawdziwą religią jest chrześcijaństwo i na to nic się nie poradzi, natomiast wyznawca innej religii może się zbawić pod pewnymi warunkami , choć i tak się zbawia przez Chrystusa, w Jego Kościele, świadomie do niego nie należąc. Biorąc pod uwagę wypowiedzi wszystkich uczestników „Między Logos a Mythos”, i w ogóle ludzi nauki i kultury, może zrodzić się myśl o potrzebie „Poradni teologicznej”, w której wykładałoby się „teologię dla wszystkich” i rozwiązywałoby się problemy z zakresu teologii biblijnej, dogmatycznej i moralnej. A gdy mowa o teologii, to mam przed sobą ostatni tom „Wierchów” , z którego się dowiaduję , że Nagroda Literacka im. Władysława Krygowskiego została za 2004 rok przyznana mojej skromnej osobie. 
    W cywilizacji takiej jak nasza nauczanie i kapłaństwo , służba słowu i Temu , kogo nazywa się Bogiem , to ostatnie szlachetne zajęcie człowieka” – pisał A. Malraux .

    Ks. Prof. Roman Rogowski 
    (wykładowca Seminarium Duchownego)

    Zbigniew Kresowaty: Między Logos a Mythos, Wydawnictwo MINIATURA, Kraków, 2005. Słowo wstępne prof. Stefan Bednarek – Inst. Kulturoznawstwa przy U. Wr. stron 310 (twarda oprawa), projekt okładki i grafika: autor. Wyd. I Dotacja Wydz. Kultury W-w.