Kategoria: recenzje

  • Ujrzeć na własne oczy „maszt odysa”

    Recenzja do tomu poezji Marii Miłek

    Do książki poetyckiej pt. „Maszt Odysa”, która nadeszła wczesną wiosną 2009 roku, autorstwa Marii Miłek, sięgam ponownie bardzo późną jesienią, właściwie po kilku miesiącach odłożenia jej, po przeczytaniu, na biurko. Odczytuję, jakby po danym dla mnie czasie, czytam te wiersze obecnie jakby w innej aurze ponownie – dlaczego? – Tłumaczę się nie bez kozery, gdyż wtedy uznałem od razu, że tomik ten wart jest więcej uwagi, a nawet szczególnego zastanowienia – Otóż jest już tak, że po zaznajomieniu się z interesującym dziełem sztuki: książką, obrazem, rzeźbą… za jakiś czas nieuchronnie powracamy, z takim swoistym niedosytem potrzeby – Bywa, że dzieje się tak po jakichś ciekawych i osobistych doświadczeniach: powroty z ciekawych podróży, z białych sal – inne wręcz bardzo osobiste wewnętrzne wędrówki, nie koniecznie po sferach sztuki, ale i tych super niezwykłych chwil, na które natknęliśmy się w międzyczasie. Ten tomik wierszy, zresztą bardzo pięknie wydany w wydawnictwie ORGANON z Zielonej Góry (twarda okładka, 120 stron, z kilkoma zakładkami – fotografiami i grafikami) jest obszernym zbiorem, a w zawartej treści – ciekawym wyborem wierszy Marii Miłek. Jest wręcz niekończącym się poematem. Dlatego proszę pozwolić mi jeszcze na kilka poetyckich dygresji, gdyż nasycony jeszcze teraz jestem metaforyką tych wierszy. A dzisiaj jest już późna jesień, pora pobudki poetyckiej: za oknem jeszcze wędrowanie aniołów i białych kruków… a tuż poza naszymi plecami ludzkimi…stąpa Tanatos ze zniczem, chociaż nie jesteśmy nigdy starymi, chociaż i ja, przyrzekam: jestem już Maurem…stoję przed swoim oknem – tudzież stąpa wzdłuż swej wieży strażniczej piękna druga Tanatos z kosą, jakby zeszła z obrazów Jacka Malczewskiego – zadłużyłem się w tych obrazach Malczewskich. Kocham, bo i kochałem te surrealistyczne zaśpiewy młodopolskie z mitykami, i jak patrzę więcej tutaj – szeleszczących myśli pod stopami Tobiasza z Aniołem… Dalej już tylko „piesek przydrożny”… podążamy, być może w stronę Hybnosa, zanim uśpi nam czas, i ujdzie białym rytmem metafor otwartymi po – wiekami w kolor niebieski…
    – Zatem otwarcie powiem powtórnie: czynię te dygresje celowo, ponieważ w zbiorze poezji Marii Miłek pt. „Maszt Odysa” czai się rzecz mitów i nieco więcej dygresji stricte o sacrum – profanum…
    – Użyłem na wstępie swoich dygresji, gdyż w książce tej pozostają do omówienia jeszcze inne filozoficzne konteksty. Interesuje także w tym wydaniu ciekawe zestawienie pewnych zapisów biblijnych oraz stawianie ich naprzeciw mitom, co czyni ów zbiór humanistyczną wędrówką ku obecnemu zbrukanemu światu i jego bardzo namacalnej i hałaśliwej zewnętrznie rzeczywistości. Ale tak to już jest, że owe prawidłowości zachodzą na siebie, a książki się czyta – odkłada i wszyscy to robimy. A później powraca się do ich irracjonalnych treści, żeby te wydania na swój sposób zaakceptować… Tak też uczyniła na pewno poetka, sięgając zapewne do swej wiedzy: klasyki starożytnej i biblijnej… Ale też jak domniemam nie zapomniała rzeczy z czasów studiów – także z klasyki współczesnej.

    Adrem! – Przede mną tom wierszy poetki, która zaczyna swoją opowieść o potrzebie oczekiwania, powściągliwości słowa przemycanego przez myśl. Poetka i osoba stojąca gdzieś na nieznanym dalekim brzegu, zatoki nieznanego morza, spogląda jakby „świeżym okiem” z ręką przyłożoną do skroni, do czoła i patrzy w dal – przyszłość(?) płynie do mnie czy przeszłość? – zasłaniając gęste promienie słońca tą dłonią załóżmy, że jest wczesny wieczór… Poetka, jakby na nowo, tworzy swoją opowieść opartą o Iliadę(?) – tudzież stąpając niecierpliwie przechodzi w wersyfikację Starego Testamentu. Zatem zacznijmy od wiatyka wiersza pt. „Genesis” – traktującego o stwarzaniu…na temat wartości słowa, i jego pojemności sprawczej, powstało szereg prac naukowych, i niezbadane są głębiny i otchłań oraz mroki z jakiego pęknięcia się było wyłoniło SŁOWO…
    – Odtwarzanie perspektywy światopoglądowej w teorii Słowa jest niewątpliwie potrzebne i musi być umiejętnie podejmowane, najlepiej w konkretnym miejscu dla czasu zastanego.
    Natomiast podejmowanie dalszej glosy na temat SŁOWA, i jego rozedrgania celem obserwacji zachowań, to dość trudne zadanie. Jeżeli na temat Słowa powstaje zapytanie: „co było pierwsze?” – to powstaje multum określeń i prób wyjaśnienia jedynej tajemnicy o wartości, a należy wtedy rozumieć, że różne wypowiedzi nałożone na siebie, w tym te antropologiczne, dają nam najlepszą kapitalną jakość dla konstrukcji jednej myśli, ale i pozwala na stworzenia formuły najbardziej adekwatnej samej istoty tworzenia. Inaczej bywa jak tworzymy własną odrębną wypowiedź na temat Słowa, znajdującego się u nas na podorędziu. Oczywiście moglibyśmy tworzyć, mówić, wartościować… co tak naprawdę było pierwszym echem po wybuchu energii, która wyzwoliła się śląc mega-energię w nowe przestrzenie. Ale można też na równowagę wspomnieć o innej formule duchowej po czasie, oznajmiającej choćby w Pontyfikacie JP – II, po doświadczeniach w Teatrze Rapsodycznym Lolka Wojtyły, czyli o tym, że Słowo konkretnie istnieje w przestrzeni jako wartość, czyli odrębna siła twórczo – sprawcza… Natomiast samej tajemnicy tworzenia słowem antropologicznie, (czyli przez człowieka) było wcześniej także powiedziane, lecz długo nie zapisane, jak w ikonach dla ludzi, którzy nie znali języka – może tylko migowy(?) – a także później w Starym Testamencie zostało to wymownie zapisane „ręcznie”. A później już w samej konsekwencji zostało to przypieczętowane nowszym czasom, czyli „Nowemu Testamentowi”- trwanie pisania ikon trwało dalej dla tych co nie umieli czytać pisma Świętego. Dziś poeci na swój jedyny – artystyczny i niezbywalny sposób pragną, i usiłują, rozwiązać tajemnicę życia bardzo kruchym słowem. Otóż poetka, w tym tomiku, wprowadza własną filozofię, rozczytując podstawy istnienia oraz dalszego stanu homo – sapiens, także jaką przebył on drogę i co osiągnął po przez sprawczość samej treści Słowa.
    Poetka w konsekwencji tworzy nowe, specyficzne, stany pojęciowe, dotyczące samej formy Słowa starając się przywrócić mu wartość sprawczą. Przyznać należy, że autorka bardzo ujmująco, i dobrze składniowo, pisze swoje poetyki, podejmując grę logosu stawiając pewne kwestie uniwersum życia – bytu pod ponowne katharsis. Czyni to za pomocą profanum. Zatem wczytując się w głąb metaforyki tego tomu poezji należy oczekiwać bardzo ciekawych odniesień i zestawień w kwestii odsłony słowa
    – Otóż mówi poetka w trzeciej części wiersza Genesis ( str.5) tak:
    (…)
    A człowiek stał się
    słowem
    przez które
    wszystko co złe
    trwa
    i mija co dobrym
    być miało

    Wpierw nastąpiło stworzenie: światłości, bo jest „dobrem” które odsłania – Tak! – jest to zapisane w II kor.4,6 w Pierwszej Księdze Mojżeszowej i brzmi tak: „… Oddzielił tedy Bóg światłość od ciemności”. – Natomiast w 6 wersie tej Pierwszej Księgi Mojżeszowej jest zapisane: „Potem rzekł Bóg: Niech powstanie sklepienie pośród wód i niech oddzieli wody od wód!”. Pierwszym Słowem, które otworzyło formułę światłości ku powstania Wielkiego uruchomienia energii, (która wydała głos – dźwięk) tzw. „zbiorowości”… było uwolnienie treści fizycznych: uwolniła się pramrówka pyłu z mroków – Dlatego do dziś powodowani jesteśmy do konieczności zadawania pytań ewolucyjnie. Konieczność powstaje wtedy gdy człowiek jest „zbiorowy ( mówi tak nawet Grotowski) i trzeba mu stawiać takie pytania by umiał odnaleźć przede wszystkim siebie samego, bo ważny jest przede wszystkim człowiek. To on wiedzie dzieło „twórstwa” ( jakby powiedziała Marianna Bocian) dlatego trwa wartość nadrealna zakodowana w człowieku. Dlatego człowiek naa jej podstawie tworzy…Tomik Marii Miłek jest kolejną odyseją(?), gdzie możemy irracjonalnie przeżyć i pójść na całość a nawet na coś więcej, a jeżeli kolejne wspomnienie – Możemy pójść we wspomnienie z przyszłości – bo wiele się zdarzy jeszcze w takiej przestrzeni. Spróbujmy zatem wstąpić głębiej w metaforykę tych wierszy. Oznajmia nam poetka, w filozoficzny sposób, o micie uniwersum mitów, o kabałach, które po micie pozostają otwarte – mówi wprost co potrafi przetrwać, w słowie pozostawionym w pamięci dla istoty samego człowieka… Przytoczmy pierwszy człon wiersza (str.15)
    pt. „Kubek Fidiasza”:

    Jak cud stworzenia zadziwiał świat
    i oślepł blaskiem
    ledwie go mieściła olimpijska świątynia
    z tronu powstawszy sklepienie by uniósł

    grzmiała posadzka chybotały kolumny

    gdy śmiechem gromkim przepędzał cezara
    zuchwalca co mienił się bogom być równy
    i jak zdobyczą chciał nim zawładnąć
    I trwał
         znieruchomiały
         zaklęty przez człowieka w kamień
         milczący zimnym złotem
         (…)

    Wiemy dobrze, i jest pewnym, że nie zachowała się np. żadna rzeźba Fidiasza, chyba tylko Partenon z połową filarów, co zresztą wykonali jego uczniowie, ani nawet jedna inna rzeźba jego nie – ale ocalał drobiazg – jego kubek, a na nim NAPIS ( kto wie czy Herbert także nie użył tej myśli o kubku, jako o nagrobku?) uczyniony jego ręką: Feidio emi – (należę do Fidiasza) – Przypomina nam i oznajmia poetka bardzo znamienną rzecz, że pozostaną po nas tylko maleńkie ślady a złożą się one na pewno na wiedzę ogromną, tym bardziej, bo okupione są ślady homo – sapiens okrucieństwem i przelewaniem krwi zz naczynia do naczynia… i dalej. Ale nawet krew znika, ale wygrawerowany czyn na ciągu naszego istnienia pozostanie w słowie – Otóż życie – nasz byt, jest tylko przypadkiem – dopowie to inny poeta, a przypadek idący w czasie odpowiedniego czynu – nie ginie. Poetka opisując czyn Fidiasza: wielki posąg, który był wykonał cezarowi, mówi – przytacza z mitu: – władca mienił się Bogiem, mówi poetka jakby na równowagę tego kruchego kubka, że posagu ogromnego w chwale wzniesionego już nie i nie może być – ale kubek starożytny podpisany ręką ludzką jest.
    Posąg przetopiono, a ogrom rzeźby i moc jej upada dalej, i nie ma już posagu despotyzmu! – SA tylko poszczególni jeszcze słaniający się w dymie despoci: spłonęło złoto w odchani ognia – już nie ma złota – jest prosty napis – podpis wypalony w tyglu czasu – wykonawcy zdarzeń. I jakby narrator widowiska, w drugiej części tego wiersza (str. 15), poetka kontynuuje swój poemat:
    (…)

    Słoneczny posąg boga
    wielkość człowieka głosił
    zwycięstwo chwili ponad czasu siłę
    chwilę zwycięstwa i wolność
    jakby istotą życia były
    i trwać mogły

    Zbyt wielki by przetrwał choćby wiek
    siły natury i chciwość kupców
    powalony
    wyrwany z korzeni kamienia
    jak kłoda leżał
    czekając na ociosanie z blasku
    pocięty sprzedany
    ten co w niebo sięgał
    myślą artysty płomienną
    (…)

    – Poetka chce przytoczyć także czyny despotyczne: Neronów, Kaligulów, władców burzycieli porządku świata, do współczesności – ich czyn jest zawsze okupiony krwią: hitlerków już nie ma – stalinów , a – Saddamów powieszono, Karadićów trzyma się w odosobnieniu, swąd po nich, i widma wyją w sercach, kiedy z kwadratowej głowy ti-vi, straszą innymi… Czy historia się powtarza? – nie! . Historia to biblioteka czasu, w której tylko słowo zmienia człowieka… spisuje, a ten zmienia czas. Poemat „Kubek Fidiasza” jest wspomnienie przyszłości. A takich wierszy jest kilka w tym tomiku. Czy podskórnie wiersze te mają symptomy poezji zaangażowanej(?) – być może tak, być może nie! – Ale proszę wybaczyć ( pani Mario ), że słyszę tutaj także słowa działające na intuicje człowieka, słyszę Herberta…raczej chodzi tu o rytm z Herberta – rytm wierszy i semantykę, która daje powody… Może przytoczę w to miejsce wiersz o nieskończoności – a to ból głowy każde twórcy i twórcy innych maści. Poetka dedykuje ten wiersz Milanowi Kunderze ( str.21) pt. „Apeiron”:

    (…)

    nie to przeraża co tracisz
    lecz co zyskujesz w zamian
    bolesne poznanie poraża

    Teraz widzisz wyraźnie
    oaza – światłem pragnienia jedynie
    tylko pustynia nie jest mirażem

    i nie ma pustki aż po kres nie ma
    w miejsce po
    wdziera się inna pełnia
    (…)
    płyniesz i na chwilę zapominasz
    że nic cięższego
    od pustki właśnie

    – A więc, czas – czy pojemność przestrzeni? – należałoby pytać, czujemy tu jedno i drugie. Apeiro(s) – z greckiego bezgraniczny…(Anaksymandra z Miletu – bezgraniczna, otwarta kobieta) – Kobieta? – jak nie zgojona rana: jakby nienasycona i nieskończona bo przyzwalająca – regularnie krwawiąca przestrzeń, innym razem niespełniona, krążąca, jak pramateria świata, będąca ruchem świata podstawowym tworzywem zataczającego różne koła, w/g której funkcjonuje wszechświat „wszystkich innych spraw”. Natomiast o samym posiadaniu a jednocześnie utracie można mnożyć funkcje, lecz poetka daje nam jasność najpełniejszą i pewną: o takim przerażeniu, wielkości pożądania i straty lub zysku, i poznawaniu istoty materii, która porusza się lub rośnie zawsze względnie – Trzeba powiedzieć, że ciemność przeraża, ale kto wie czy utrata ciemności nie przerażałaby bardziej, gdyż nie oświetlałoby nas jaśniej samo światło(?).
    – Nie bez kozery świadczy tez mitologia, że to właśnie w mrokach czeka na nas ciągle czyn i spełnienie i niewiadoma: zjawa – głowa Meduzy, a też nie każdy może sobie z tą ciemnością poradzić, nie każdy może ściąć jej głowę temu potworowi jak Perseusz. Pustki nie ma, i nie może być – z głowy Meduzy rodzi się Pegaz – biel, biegnąca brzegiem pełni morza…jak piana. Mówi poetka wprost, ze przerażać może dziś brak cnoty, i jej obrońców oraz twórców. – może i o tym poetka mówi: poznanie każde woła i jest swego rodzaju bólem, większym – mniejszym…lub bardzo irracjonalnym, po przez którą stykamy się dla istoty fizyczności(?), która jakby podskórnie żyje, i być może wiersz „Epiktetom” jest przedłużeniem tej filozofii? – pisze autorka (str.25) tak:

    Zbyt wiele lat
    by nie stać obróconym w przeszłość
    zbyt mało przecież

    aby nie drętwieć patrząc przed siebie
    przecież już
         przecież jeszcze

    wszystko na nic
    rady stoików i mnichów mądrość
    spokojna radość
         to wszystko nic
    choć takie prawdziwe
    (…)

    – Przywołuje autorka Epikteta filozofa z Herapolis, który uczył prohairezy , czyli odróżniania człowieka od zwierząt. Dziś mądrzejsi jesteśmy, choćby o wiedzę, że mamy ich za swoich krewnych, i dlatego nie należy ich zabijać, a nawet poniżać.. „Zbyt wiele lat by nie stać obróconym w przeszłość, zbyt mało przecież aby nie drętwieć patrząc przed siebie” – Jeżeli tutaj mowa o ewolucji fizycznej, to świat zwierząt nadal rządzi się innym czasem. Lecz jakby nie może trwać bez nas, choćby dlatego, że wymierające gatunki humanum – docta naprawiamy…Zatem trwamy w przestrzeni, która ściera się na naszej przestrzeni jak rzeka – dryfujemy w zbiorowości.
    W wierszu „Ananke” (str. 26) poetka przytacza symbole konieczności, czyli pewnego uporu i konsekwencji(?). Konieczność pycha nas do przodu, daje pragnienie i satysfakcję oraz nadaje rytm naszej obecności w drodze. Ananke odgrywała ważna rolę w teologicznych rozważaniach orfików. Poetka wybiera za wzór: Syzyfa, Odysa, Ariadnę, i Safonę, która stanęła na skale Leukadyjskiej . Ananke, będąc matką Mojr , ale też czynną kochanką Zeusa, wiedziała co to jest miłość przeznaczona. Myślę dlatego poetka przytacza także Safonę, mówi jak Ananke ( str. 26) tak:

    Doprawdy – dziwię się Syzyfowi
    nie wiem
    upór to czy złudzenie
    przecież
    żadna wina tak wielka
    by karą być miała wieczna nadzieja
    żadem głaz tak kamienny
    by nie skruszył wiary

    – Czyni autorka zbyt śmiałą ironię tego zasadniczego mitu do losu i przyczyny życia, które tutaj na ziemi jest pracą i nadzieją powiązaną najbardziej z wiarą – Przecież wiara i nadzieja to dwie bliźniacze kłócące się non – stop siostry! – Stawia nas poetka pod murem, żebyśmy wybrali. Dalej, w tym samym wierszu, (str.26) kontynuuje:

    Nie rozumiem Odysa
    zbyt daleko odpłynął
    jego kraina już nie taka
    utkanego czasu
    nie można wypruć z krosien losu
    ani zwinąć w kłębek

    Na cóż Ariadnie nić
    Nie ma tak długiej
    by wyprowadziła z labiryntu
    rzeczywistości
    (…)

    Żadna skała tak wysoka
    by nie widzieć
    odpływającego okrętu
    (…)
    Tylko ta jedna
    Leukadyjska
    na której stanęła nieszczęsna Safona
    jakby zbrodnią była miłość
    milczał obok wyniosły Apollo
    (…)
    „Wiem moje ręce nie dotkną nieba”
         Teraz już cisza…
    (…)

    – Otóż, znamiennym tutaj jest, że poetka swój tomik zaczęła od Biblijnego Genesis wprowadzając nas w zaułek naszych szarych komórek stwarzania zbiorowego. Wszystko zaczęło się od SŁOWA… Życie umieranie, określony byt – Tanatos, Hybnos – otwarte oczy dla wieczności, zataczając jakby matematycznie rajskie koło. Poczyniła poetka pewnego rodzaju krzywą, dokonując wielu porównań sacrum – profanum, podnosząc wątki istoty natury na wyższą jakość. Pewnie czyni takie zestawienia, żeby uświadomić czytelnikowi zwłaszcza inteligentnemu wiele rzeczy, o których zapomnieliśmy – a najbardziej o logice tworzenia. Ta wędrówka z LOGOSEM daje nam także do myślenia: o kardynalnej istocie rachunku prawdopodobieństwa – i jakby przeprowadza nas przez zestaw liczb i cyfr, gdzie tylko raz wpisujemy się własnym czynem w sens życia – Wiersze w pierwszym rozdziale, które jak się wydaje najbardziej przypadają mnie do gustu, są jak domniemam, filozoficzną rozprawą z Biblią a jednocześnie Mitologią. Zarówno Jedno jak i Drugie bywa okrutne oraz opiera się o siebie
    – Natomiast mimo wielu wynalazków, w tym w sferze duchowej, bierzemy coraz większy ciężar na siebie – Klęska i zwycięstwo to domena Pisma Świętego i Mitologii. Natomiast Miłek dostarcza nam w takim zestawieniu pewnego kłopotu myśliwego… Mówi o rzeczach kardynalnych – a jednocześnie wyłuskuje rzeczy, które nieuchronnie dziś uchodzą – zostają po drodze… Daje nam do rąk narzędzie logiki jako motykę, do upraw podstawy bytu cnót i przywrócenia natury odpowiedzialności.
    – Daje poetka ponownie upust cnoty intymności, zestawiając Miłość i Nadzieję sobie…
    A widzimy to w wierszu dedykowanemu ojcu, kiedy to Jego Tanatos opuszcza znicz ku dołowi gasząc płomień. Później poetka, na udeptanej ścieżce nadziei, w swoim własnym ogrodzie, odnajduje piękne odnogi i zaprasza, do wstąpienia, celem towarzyszenia dalszym cnotom – ma odwagę mówić szerzej o ich pięknie…
    – Tutaj może to być cykl wierszy szpitalnych, spisanych z autopsji… W takiej mistyce miłości – pojawia się zaborcza śmierć. Później już tylko transcendencja: myśl – uczucie, siła – prawda, iksjonowe koło błędów – labirynty… Zaprasza autorka nas na te ścieżki, żebyśmy na nowo, nie śpiesząc się, odpytali siebie na nowo(?) w każdej bocznej ścieżynie co do wartości tego konkretnego słowa. Zatem tomik ten jest określoną Studnią Pamięci, do której można zajrzeć, w przeciwieństwie do studni Pamięci z Przyszłości, do której nie każdy ma odwagę zajrzeć. Wiersze te to piękny i odważny dialog z zapisem historii człowieczeństwa i sobą osobiście… Tego typu poetyka, z zadaniem na uniwersum i filozofią logosu, musi prowadzić do dyskusji – i prowadzi. Autorka i narratorka zapytuje, zwłaszcza w tej wstępnej części, co było pierwsze siebie samej dając test na wiarę… Biblia – Mitologia(?).
    – Szukam w tym zbiorze wiersza tytułowego i nie znajduję. Ale znajduję jakby bliźniaczy w metaforyce Odysei wiersz pt. „Jeszcze jakieś jutro” (str.76), poetka mówi tak:

    Kiedy życiu zabraknie życia
    czas liczy się najtrudniej
    od świtu do zmierzchu
    boli najdłużej od zmroku do świtu
    (…)
    I kiedy mosty zwodzą
    bo nie ma innego brzegu
    a drogi wcale nie wracają
    skąd wyszły
         i próżne czekanie-
    (…)

    byle tylko
    nie pochylić się
    nad zatrutą studnią
    pamięci

    – Samotność, niepewna czasu, jest na pewno bardzo dramatyczną odyseją. Jest to odyseja czekania a nie poszukiwania – tym bardziej okrutna, gdyż poetka ma świadomość okrucieństwa i potęgi mitu, ma też odwagę przywoływać antropologicznie, czyli uczłowieczając pojęcie nadzieji, która zawsze może być orężem, ale daje znać, że bardziej w Piśmie Świętym – często także w Mitologii, która była pierwsza. Prawdy mitologiczne, zdaje się zauważyć, były pierwsze(?) – Dopiero później pojawiło się uniwersum zapisów biblijnych. Nadzieja, czyli tutaj wiara, wydać się może jutro oazą, albo jakaś powrotną chwilą z jabłkiem w ręku – A jednak to logos ( logika) i upór naprowadził Odysa na ślad do siebie, czyli do Itaki, gdzie czekała go arcynagroda. Wypatrywanie szczytów, masztów, które stoją po obu stronach naszego wędrowania jak przeznaczenie… tutaj w tomiku nie jest wymieniana Penelopa, ale Safona, na wysokiej skale Leukadyjskiej(?) – to ma swoiste znaczenie dla wartości wspomnianych wcześniej.
    – Otóż dłużej wolnymi żyć nie mogą ci, którzy mają największą, czyli bezgraniczną wolność. Odchodzą spełnieni jakby w jeszcze większą wolność z wiedzą dostatecznej nadziei od zatrutej studni. Za naszych katastroficznych czasów odeszli poeci: Stachura, Gielo, Milczewski, Ratoń, Babiński, inni „robiący” w słowie… Ale wracając, (również na str.75) przytoczyć chcę wiersz, poświęcony ojcu, w który, jakby wchodzi, lub nakłada się wiersz z innej strony i wypełnia ostatnim ziarnkiem światłość. Poetka dopowie tak:

    (…)
    Zegar kroplówki
    odmierza powoli zdławione sekundy
    motyl oddechu igłą przyszpilony do snu
    żłobionego bolesną bruzdą
    (…)
    dziś nie mogę utrzymać nawet powietrza
    drżącymi palcami
    rozgarniają płótno czasu
    na ostatnich metrach
    najciężej z dróg
    umilkły już stopy strudzone

    zamarzło światło na twarzy
    zdmuchnięte ostatnim westchnieniem
    oczom –
    już tylko światłość
         ( 8 listopada 1993 – 1 wrzesień 1994)

    – Myślę tyle ile czasu przeznacza się czasu nadziei ( żałoby) na katharsis dla miłości.
    Reasumując: wiersze Marii Miłek to pokaz wiedzy i umiejętności oraz wiadomości z filozofii. To jakby test filozoficzny o rozwiązywaniu tajemnicy i fenomenu życia za pomocą nagiego Logosu. Poetka nie bez kozery zaczęła swoją książkę od Genesis, bo stwarzanie to umieranie dla każdej chwili, która pozostaje w jakiejś treści całkowitej(?). To taki systematyczny rozbiór a jednocześnie pytanie na uniwersum oraz lustro irracjonalności, które posiada tylko człowiek. Zatem niech przytoczę, już na zakończenie, początek wiersza (str.74)
    pt. „Próg”;

    Jednak wciąż czekasz
    na ciszę pierwszego śniegu
    przejrzystą biel myśli
    złożonych w kołysce pamięci
    kołysanych skrzydłami anioła
    czekasz jak na błękit snu
    uśpionego płatkami pocałunku
    (…)

    Zbigniew Kresowaty

    Maria Miłek – Maszt Odysa, Wydawnictwo ORGANON – Zielona Góra, ISBN 978 – 83 – 87294 – 51 – 9 , s. 120, twarda okładka, 2008 r.

  • W wierszach musi być człowiek

    Omówienie tomiku Wacława Buryły

    Do rąk moich, rankiem, jakby na przebudzenie, wpadł tomik poezji księdza Wacława Buryły. Promocja tomiku odbyła się na Białorusi – To bardzo znamienne dla treści tutaj zawartych, które chcę z dystansu omówić. Tomik dwujęzyczny jest ładnie wydany: kiedy spojrzeć na dwie rozłożone okładki przed sobą, widzimy przepiękny kolorowy plafon lub fragment ornamentu z okna kościelnego z odnogami, co tworzy piękną kolorową gwiazdę… Natomiast wewnątrz tomiku, a jednocześnie jakby w zawartości tego plafonu wiersze liryczne, pisane w zaśpiewie dzisiejszego sacrum, czyli w nastroju godności, czasem zadumy i refleksji. Wiersze o humanistycznych treściach, pisane jakby dla konkretnej osoby lub grupy osobowej. Teksty księdza Wacława zostały przetłumaczone przez Krystynę Łjałko z Białorusi. Można się domyślać, a skądinąd jest mi wiadomo, że promocja odbyła się wśród Polaków zamieszkałych na Białorusi, także tych młodych mówiących już po Białorusińsku, o ile można tak powiedzieć – Z listu od Wacława Buryły dowiaduje się nieco
    o tym wydarzeniu – prezentacja tomiku była na wskroś bardzo gościnna i nader serdeczna. Polaków oblężenie przyprawiło autora – poetę o łzy wzruszenia – witał, błogosławił, czytał, wodził wzrokiem po całej przepełnionej Sali, i żegnał jeszcze bardziej wzruszony na ich „postaw się – zastaw się” – I nie bez kozery piszę o gościnności i pragnieniu Polaków na wschodnim pasie przygranicznym – Wiem dobrze jak to się odbywa, bo kilka lat wstecz doświadczyłem podobnej owacji na Litwie w podwileńskich Duksztach na „Maju Poetyckim – 2000 „. A kilka lat później odbyłem podróż do wsi Wasyliszki, gdzie znajduje się dom rodzinny Czesława Wydrzyckiego – Niemena. Tutaj Polacy wmurowali w pobliskim kościele tablicę pamiątkową ku Pamięci Czesława, o którego otarłem się kilkakrotnie, także telefonicznie, gdyż miał gościć w mojej książce „Między logos a mythos” – niedoczekał…
    O szczerej gościnności Polaków, na Białorusi i na całych Kresach wschodnich, można by mówić wciąż i dużo dużo więcej. Zatem można sobie tylko wyobrazić to spotkanie: ksiądz
    w sutannie na promocji swej książki tłumaczonej także gościnnie, wygłaszający homilię do Rodaków, darowujący swoją książkę, żeby przeniknęła do wnętrza serc współmieszkańców…
    Ale adrem! – Tomik uważnie przeczytałem – są tu wiersze takie, które dotykają mocno sfery godności, pisane w dystansie do spraw duchowych człowieka, człowieka jako całości podmiotu sacrum, w których autor mówi przede wszystkim senso – stricte o nie wymądrzaniu się, serdecznie podając słowo jak dłoń – Jest tu zrozumienie bólu i cierpienia nie tylko duchowego. Te wiersze napisane zostały jakby w tonacji księdza Twardowskiego. W tomiku poeta nie wątpi w intuicję swego odbiorcy, bo jest tutaj wiele refleksji, które zachodzą po przez dotyk słowem…
    – Otóż mówi poeta ( str. 20 ) w wierszu pt. „W wierszach nie ma miejsca” takie oto słowa:
    najmądrzejsze słowa
    i najbardziej wyszukane metafory
    wyrzuciłem z mojego wiersza

    w wierszach nie ma miejsca
    na wyrafinowaną mądrość

    w wierszach jest miejsce
    na chleb
    na wodę
    na powietrze

    Poeta oznajmia jedyną z najważniejszych rzeczy jaka jest ważną nie tylko dla samej poezji, ale dla współżycia, ze tak powiem, pomiędzy wierszami – czyli porozumiewania się między różnicami, które są przywarą ludzką. Nie wymądrzać się czymkolwiek powszechnie wszem
    i wobec, jakby pewnego rodzaju skromność zawarta w „ośmiu błogosławieństwach”. Otóż dobrze wiemy, że słowem można ugodzić, ale i podnieść z klęczek. Natomiast słowem zbyt wyrafinowanym takim bez pokrycia czynić dobro – to już na pewno zakrawa na hipokryzję. Poezja musi spełniać także swoją rolę – posłanniczą, „musi być” szczera – jeżeli tak to na pewno będzie oryginalna. Wiersze Wacława Buryły w tym tomiku są bardzo gościnne i zapraszające do rozmowy i przytulenia w logice poszanowania praw człowieka i ich piastowania na co dzień.. Otwierają te teksty drzwi pielgrzymowi nawet temu zbuntowanemu Eremicie na oścież. W tych wierszach jest się goszczonym tak, że kostur wędrowca zakwita,
    a to najlepsze czynne honory dla każdego prozaicznego człowieka – tylko wtedy można z sobą usiąść do kromki słowa jak chleba, i bodaj pomilczeć ze łzą w oku – Nic do dodania i nic do ujęcia – Nic się nie dzieje – dryfujemy razem obecni ale jakby niewierni, dalej z dotykiem w ręku. „Tak żeby się chciało” – to wiersz kolejny napisany „w dniu śmierci swego Taty” – ( str. 26), mówi poeta tak:

    tak by się chciało coś więcej powiedzieć
    tak by się chciało i mocniej pokochać
    tak by się chciało i mocniej przytulić
    pomilczeć głębiej czy choćby zapłakać

    a później już tylko schodów zamyślenie
    (…)

         Krośnice 20.01.2006.

    – Otóż proszę wybaczyć jeszcze jedną dygresję do takiej chwili: odejście – bycie lub bywanie i odchodzenie… Kiedyś przebywając dłuższy czas w Warszawie na kontrakcie w Canal +, chcąc przeprowadzić „rozmowę artystyczną” do mej w/ wspomnianej książki z Edwardem Dziewońskim zamieszkującym samotnie – usłyszałem takie oto słowa: mam przyjaciół, a są to Wojtek eM, Wiesław Gie, i inni tobie znani, których mógłbym wymieniać – ale najbardziej cenię przyjaźń i spotkania przyjaźni z Wiesławem eM, czyli z Wiesławem Michnikowskim – wpadamy do siebie nie umówieni na przemian – On przychodzi – siada o tutaj! – bez słowa – milczy pół godziny i wychodzi. Ja też do niego wpadam, żądny Jego obecności – siadam bez słowa i milczę godzinkę, po czym wychodzę… Jest to dla nas wystarczająca przyjaźń, tym bardziej prawdziwa…czy uwierzysz w to?” – ( w tym momencie śmieje się )” – Przyznam, ze to mi dało wiele do myślenia.
    – Ale idąc dalej tropem gościnności poetyckiej pokory, której nie brak w wierszach w tym tomiku, wczytując się w treść wierszy „Musi być ktoś” doznajemy także tęsknoty za kimś, a raczej czymś nieokreślonym – doznajemy, lecz nie czekamy i nie szukamy…rozumiemy rozłąki inną sferą, rozumiemy jako pewnego rodzaju święto. W wierszu pt. „ludzie chcą wiersze zabierać jak chleby” powie autor (str.30) tak:
    w wielkich zapasach ciszy potonęły wiersze
    pewnie odtają przy świetle księżyca
    by spłonąć nad ranem w niezmierzoność kartek
    leżących na stole w stanie gotowości
    gdy tylko przypływ poruszy zegarem
    tak delikatnie by nie budzić dzieci

    ludzie chcą wiersze zabierać jak chleby
    by nie ustać w drodze i dobiec do mety

    Oczywiście ludzie zwykli i niezwykli chcą słuchać głosu duszy mieszkającej w kącikach ich kości – drży wtedy małe zwierzątko serca łasego na mleczne słowo miłość, ludzie chcą być dobrze traktowani i odświętni, chcą jak „chleba naszego powszedniego…”przytulenia. Pragną godności i radości, czyli tego czym zostali obdarowani w samym poczęciu. Samotność, która jest ciągle z nami, nawet gdy otoczeni jesteśmy z rodziną, ta samotność doskwiera i jest taką niepisaną radosną tęsknotą, jest tajnym słowem pokory i czekania łaski. Wacław Buryła oddał do naszych rąk książkę o samotności, i o refleksji nad naszym posłannictwem, które nas chce wypełnić, musimy tylko je sobie odbierać i dzielić się. Posługą nad bytem, który nas otacza, a czasem nie możemy go wypełnić, reagować bo brak odwagi do walki za dobrem, które jako pierwsze podarowała nam natura. Dopiero kiedy objawia się zło – dobro wypełnia się po brzegi…W wierszu pt.” są drzazgi” (str. 32 ) poeta powie tak:

    pozwól mi znów zapłakać wierszem
    żywica słów niech spłynie w ciszy
    na rany serca które nie chcą
    zabliźniać się nawet po czasie

    są drzazgi których nikt nie wyjmie
    są słowa które ciągle świecą
    i drogi które w nas wciąż biegną
    chociaż już dawno wbiegły w przeszłość

         19.23.VI.2006. Krośnice
         22.IX. 2006. Milicz

    Pisze poeta swego rodzaju dziennik z przeżycia, z troski nad jutrem, z poczucia obowiązku jako kapłan. Głosi wpierw w sobie samym homilię za wszystko co spotyka go, do Najwyższego stanu duchowego, jakby wspomnienie z przyszłości, prosi o pokorę bo pewnych rzeczy nie da się naprawić fizycznie, a jedynie ukoić modlitwami wierszy. Są te wiersze takimi cywilnymi modlitwami składanymi na przyszłość, są wędrowaniem w ciszę coraz większą odkrywaną w czasie wielkiego szumu na krętej drodze… Mówi poeta jak narrator o ranach, które nie zabliźniają się – są bólem, są rodzącą namacalną otwartą rysą, świecą i mówią jakby w czasie niewidzialnym. Poeta goszcząc nas w swoich lirykach oznajmia nam rzeczy, do których nie przywiązujemy, w zabieganiu, wagi. Mówi o obecności posiadanej jako dar i o jej potyczkach…na które narażeni jesteśmy non – stop. Jesteśmy sami częścią czasu, a kiedy bywamy samotni – „Musi być ktoś” ktoś kto poda ciepła dłoń, gest twarzy – wtedy stajemy się nieco lepsi, bardziej wyczuleni na otoczenie, nie tylko z racji wieku.
    Tęsknota do „Kogoś” kto odszedł jest naszym codziennym utrapieniem, lub tęsknota za tym „Kimś”, kto być może nadjedzie, choćby w śnie. Może to być zmarły ojciec, może to być brat lub kobieta, która sama jest „wieczna raną” nie zagojoną, która rodzi kolejne życie, dając nadzieję mężczyźnie.
    – Jest w tej książce – dzienniku o płaczu szczęścia, o jedności i wartości słowa. I jest wreszcie potwierdzenie, że słowo istnieje w przestrzeni, o czym oznajmiał nam w czasie swego pontyfikatu Jan Paweł II , a zaczęło się to już w Jego Teatrze Rapsodycznym w czasie II wojny, daje o tym znaki w swoich poezjach i późniejszych encyklikach. Jest też wiele odniesień w tym tomiku do naszej przeciwności – kobiety. O tym co się dzieje kiedy odchodzi połowa nas samych. W wierszu dedykowanym Adamowi Ziemianinowi poecie z powodu odejścia żony Wacław Buryła mówi ( str.38) tak:

    kiedy umiera żona poety
    poeta staje się jak dziecko
    bezradny
    nie ma już nikogo
    kto by go prowadził
    za rękę
    a sam z głową w chmurach
    nie bardzo czuje ziemię pod stopami

         14.VII.2007 Miłków
         02.VIII.2007. Milicz

    – To kolejny wiersz z białego dziennika, jak widać wyżej pisany długo – bo poeta najkrótsze wiersze zawsze pisze najdłużej. Wchodzenie w sferę samotności jest tutaj namacalne i bardzo konkretne, a czasem dramatycznie bolesne. Ta książka i ten wiersz również przemawia do Polaków za pobliskimi granicami na pasie wschodnim, za tęsknota i udręką, gdzie oni sami jak i ich pobliscy z rodzin i otoczenia odeszli już tylko w tęsknotę, w niepowrót, w sen… Jednocześnie oznajmia nam wierszami poeta o ludziach pozostawionych samemu sobie w oczekiwaniu również na innych przybyszów, których przywitają pokłonem ciszy i zadumy.
    I było, ze powitali poetę księdza Wacława swoją nadzieją, uśmiechem i łzami, choćby na ziemi okupanta diabła, ale powitali godnie oczekiwaniem, rodem ze snu… A więc dla wszelkich samotnych spraw w których są ludzie, jak i tych naznaczonych „musi być ktoś”
    – Ten, KTÓRY niesie światło wychodzący z cienia z komunią ciszy. Tutaj poeta mówi
    ( str.42), a właściwie pyta, tak:

    postawiłem Ci tysiące pytań
    nie dałeś żadnej odpowiedzi

    czy zawsze musisz się kryć
    w skorupie milczenia

    Ty który jesteś Światłem
    czy mógłbyś wyjść
    z cienia

    Być może autor pyta ironicznie samego Chrystusa, którego nosi na piersi, a może Któregoś
    z nas – może Judasza dzisiejszego? – który pomieszkuje sobie w cieniu prawdy? – Poeta musi mieć wciąż czynną odwagę na zaproszenia i pytania bez żadnej odpowiedzi i to czyni.
    Wreszcie dopytuje w wierszu (str.50) tak:

    gdzie jest Weronika
    może po upływie tak wielu lat
    odeszła na zasłużoną emeryturę

    a może już dawno zamknęła za sobą
    bramę cmentarza

    więc kto w takim razie
    obetrze mi twarz

    Pytanie z odpowiedzią – wiersz o zapomnieniu jest równie znamienny w swojej treści. Jest głosem i prośbą o otarcie twarzy z łez, lub samymi łzami, którego nie doznają ci którzy poginęli w jamach mroku – ale i ci, którzy żyją w oczekiwaniu na prawdę i podanie ręki, gdzieś za żelaznym murem – za tamtych wołają o wspomożenie i kromkę obecności, o grosik pozdrowienia, chcąc go dla powszedniości rozmnożyć. Otóż oznajmia nam poeta, że tylko wędrowiec dusz, który ma przed sobą świadomość czynu może doczekać otarcia twarzy, tak jak Chrystus – ale jeszcze nie czas, jeszcze nie widać dzisiejszej Golgoty na horyzoncie zakrwawionym? – Jeszcze nie zakwitły gałązki na kosturze wędrowca… W wierszu „Powołanie” (str. 58) poeta – kapłan również w stanie powołania doznaje tutaj być może, takiego kolejnego odpustu i mówi:

    żadnych obietnic
    żadnych kuszących perspektyw

    jedynie pewność Ewangelii
    jedynie pewność krzyża

    pewność Miłości

    – I oczywiste, że można w nieskończoność podążać słowami tomiku. Ale w dalszej części jest wiele nawiązań do zapisów ewangelicznych, gdzie następują nowe weryfikacje przez kapłana słowa, weryfikacje nawet tych uniwersalnych znaczeń, tym bardziej ponieważ świat zmienia swoje oblicze, po przez umysł ścisły nowymi technologiami, które idą za wojnami. Świat potrzebuje czynów konkretnych ale niekrwawych! – Świat bliski pomieszaniu języków mądrości, świat pomieszania miłości, świat w którym dobrze usadowił się człowiek
    homo – homikus. Zatem poeta „jak liść na fali” ( str. 76) mówi:

    niebo jak brzeg Wielkiego Morza
    codziennie widzę Wielki Odpływ

    muszle godzin opadają bez szelestu
    za kotarę wciąż nieznanej nocy
    szalupy ratunkowe snów przypływają rzadko
    i zawsze odpływają przed świtem
    kiedy w ciasne ramy kolejnego dnia
    z impetem wdziera się Życie

    a ja jak liść na fali
    drżę gdy patrzę w niezgłębioną głębię

    ale wierzę że Ty
    w porę zdążysz mnie ocalić

    – Potop, a i oczekiwanie jest tutaj bardzo długie, bardzo precyzyjne w wnętrzu naszej wyobraźni, pcha się do serc naszych, przyspieszają serca nasze jak konie spłoszone. Codzienność nastrajająca wielką refleksją i dramatycznym impetem coraz bardziej niejasna(?) w jasności, a jeżeli nachodzi poetę dramat pesymizmu i nic więcej, to jest on jedynie liściem nadziei. Zatem tylko oczekiwanie na prawdziwe czynne działanie słowa – człowieka na ludzi z ilorazem dobra może tylko ocalić – nic więcej nie powali śmierci.
    – Reasumując : tomik wierszy „Musi być ktoś” przywołujący znaczenie godności i pokory jest zbiorem wierszy na czasie. Są to takie modlitwy współczesne, które należą się nam, ogarniają zapomnienie i samotność, która dogorywa w tych najmniejszych ojczyznach. Jest to książka kierowana do konkretnych ludzi. Poeta docenia tutaj kruchość słowa, które ocalić ma naszą jedyną wioskę – świat. To piękna dramatyczność i silna wiara w ocalenie bytu po przez mocna refleksję.

    Zbigniew Kresowaty

    Wacław Buryła, MUSI BYĆ KTOŚ, ISBN : 978 985-6825-26-5, Wydawnictwo białoruskie
    – „Prochrysto”, kolorowa okładka z witrażem, s. 100 , Wydanie (polsko – białoruskie), przekład na białoruski : Krystyna Ljalko. 2009.

  • Waga dobrej strofy

    O tomie poezji Jerzego Grupińskiego

    Tom poezji pt. „Dziesięć palców” Jerzego Grupińskiego to szczerze otwarta dłoń do podania. Podaję zatem swoją dłoń poecie tego wyjątkowego tomu poezji dlatego, że przeczytałem te wiersze z wielką radością „na jednym oddechu” . Wydaje się, że wiersze te jakby spinają całą dotychczasową twórczość Jerzego Grupińskiego, nasycone otwartością, mitykami pełnymi odniesień do mistyki, wiersze te ukazują także lirykę i romantyzm autora, nie wymądrzają się, nie ingerują destrukcyjnie w nasze wnętrze. Poeta, dziś bardzo doświadczony twórca z dobrymi kilkunastoma książkami poetyckimi zna mitologię i przechadza się po niej bardzo swobodnie, całym sobą a własną przestrzenią metafizyczną doznaje olśnienia wszechswiatem, jednocześnie z tak szerokim spektrum pojęciowym nawiązuje do tematyki nie tylko praw prawdy, lecz nie wprawia swych tekstów w patetyczne ogólnikowe struktury, kiedy wchodzi w sferę spraw homo sapiens… Poeta dziś w swej wypowiedzi twórczej, rozpoznawalny autor, w tym tomie daje nam pod rozwagę głównie sferę romantyczności, która brodzi od prapoczątku istnienia w korzeniach wartości najważniejszych dla przetrwania, przeciągając nić liryczną ku wzbogaceniu jej ciągów w tropach natury. W pierwszym rozdziale książki „Dziesięcioma palcami” przeciąga wpierw „przez igielne ucho” wiersze upojone duchowością krajobrazów zarejestrowanych w sobie – po przez nie powraca do byłych epok np. w wierszu „Rembrandt” mówi o cenie światła, dedykując wiersz wnukowi Adasiowi jakby dalsze życiowe credo ku rozwijaniu światła duchowego… Poeta nawiązuje nie tylko do obrazów mistrza, ale przede wszystkim do jego wnętrza wyjawionego na zewnątrz i cierpliwego oczekiwania w sobie, czyli do pokory.
    Zatem krótki cytat z wiersza „Rembrandt” (str.6):

    Światło – i tylko światło
    po tamtej stronie okna
    Nie rozgarnie
    pęczniejącego mroku
    Nigdy nie dotrze ośrodka

    Ale jest Księga
    Ciężka jeszcze i czarna
    Przyjdzie czas –
    Godzina wybije
    (…)
    Dalej poeta jakby mocuje się z Faustem, bo mówi wszystko jest nie do przezwyciężenia, ale wtedy gdy jest otwarta duchowość. Z mroków zawsze może się wyjawić wiele pokus, tajemnic, chociaż światło jak sztylet przeszywa to jednak nie do końca może być skończone, w dalszym ciągu istnieje sprawa Mefistofelesa w mrokach, gotowa do zawiłej gry – otwarta… Ten wiersz kojarzy się dobrze z wierszem sąsiednim pt. „Reguła” (str.7):

    Jedyne prawo
    pozwolić krzyczeć rybitwom
    i płynąc rzece
    Oddychać niespiesznie płytko
    z daleka patrząc nie sprawdzać
    nie kojarzyć na palcach nie liczyć
    (…)
    Nie przekrzykiwać krajobrazu
    Martwą literę
    pozostawić jej nieszczęściom
    (…)
    Czy rzeczywiście wszystko podlega prawu reguły? – od samego początku „stwórstwa” – Poeci pytają, chcą przenosić nas w inne życia „po życiu”(?). Jerzy Grupiński w swej twórczości dotychczasowej mówi nam o ciągłości i harmonii istnień – nawet o zespołowości wszelkiego tworzenia, ten łańcuch nie może być rozerwalny – To jeden z najsilniejszych łańcuchów od milionów lat, idący, po przez epokę kamienia łupanego, po przez homo – wiator, homo – faber… homo sapiens… Az do dzisiejszego homo – homikus powim tutaj paradoksalnie. Oto fragment wiersza (str.15) pt. „Wiersz z ręki”:
    (…)
    Nic
    że jeszcze palce jak Adamowe
    z lepkiej gliny i mułu
    ciężkie kości
    bo już rymują się
    promienne ścięgna
    Biegną linie bruzdy
    kwitną paznokcie i opuszki
    (…)

    – Poeta mówi także, że wszystko co umiera jest piękne, jakby przechodzi w ponownie w sferę ciągu rodzenia. „Wiersz z ręki” zsypuje czas z oczu, czasem zadziwia porowatością jej cięgami i przewartościowuje nasze przemijanie wchodząc czasem w sferę surrealistycznej metafizyki, która nas ubogaca w nowych rejonach bytu. Przemieszcza się poeta jakby antropologicznie „z szelestliwie rozpromienioną koroną”, czyli z liryki z rembrandtowskiego mrocznego światła, wyoblającego się ku wzniosłej formie ustatecznienia. Gra poeta taki… Koncert na „Dziesięć palców”… Natomiast liryka spod jego dziesięciu palców płynie w różnymi synonimami krajobrazem wewnętrznym. Wróćmy jeszcze na chwilę do wiersza
    (str. 12) pt. „Liryk”:

    (…)
    Mgła prześwietlała
    w bruzdach błękitu
    rozgorączkowane pejzaże
    początku i końca
    epoki jury i triasu
    (…)

    – Jakież to niesamowite i namacalne wędrowanie, budowanie wprost plastycznego obrazu obecnej epoki, na zasadzie prapoczątku, rozległej czasowo: chwała osiągnięcia pewnej bezczasowości w świetle rozumnego zmysłu: od jury – triasu, po mistykę „cielistego sensualnego ego, tej wyobraźni”. Jednocześnie uzmysławianie naoczne własnego pochodzenia z wyobraźni bardzo szeroko pojętej, bo później za chwilę w dalszej części tomiku powie tak: chrapliwa fanfaro / żurawia w zachwycie/ jakby pieśni był powód/ I krzyk do pary/ i ogon pawia? (…) w dalszych wierszach te ciągi erozyjne pójdą w tytuły wierszy : „Przez bramy świateł”, „Znów – Ikar Bruegla”, „Drugi nagrobek Thel Russel”, „17 VIII 2004” – Otóż ten pierwszy rozdział zamyka „Wiersz adwentowy”, a kończąc ten wiersz
    (str. 20) poeta mówi:

    (…)
    I wszystko tylko
    w dziesięciu palcach
    Jakby w Twych rękach
    chciał znów być świat
    i śmieszna moja figurka
    na śniegu

    Właściwie w tym miejscu można by zakończyć omówienie tego tomu poezji. Ale przejdźmy na chwilkę tylko do kolejnego rozdziału pt. ” Kronika wypadków”, czyli do powszedniości.
    I daje nam poeta do rozumienia, że bez korzeni, bez znajomości antropologii nie sposób podejmować dalszy byt człekowi uwikłanemu w coraz bardziej skomplikowaną teraźniejszość, gdzie mowa np.o Czeczenii, o lekcji z Juliusza i Adama, gdzie nawet: „impresjonistyczny temat/ pulsuje uchem Van Gogha/ Pośród żarówek/ pierścień Wielkiej Damy toczy się/ Rżnie sobie żyły na wideo Witkacy/ (…). Otóż nawiązuje też Jerzy Grupiński do „pamięci poetyckiej kolegi „po piórze” z Poznania Marka Obarskiego”, dedykując mu wiersz pt. „Ewangelia według Marka, ongiś sławiącego: dziką naturę i jej żywe stworzenia, byty naszych „młodszych braci”… Pisał wówczas Marek ( od którego także mam i ja listy) jako jeden z ostatnich na straży apostoł wnoszący bogate modlitwy o zachowanie bujności przyrody, o sanktuarium nasze, o pozostałość, namiastkę, raju ziemskiego. O zachowanie ropuchy, buchtowisko dzików… Tutaj pisze Jerzy Grupiński tak ( str. 41);
    (…)
    Będzie pełnia
    zacznie się noc jaskółcza
    Wargi dziewczęce znajdą
    cieniste podbrzusze Bułanka
    Zielarka i ropucha
    odmówią wspak słowa
    diabelski pacierz
    Zapełni się chlebowa studnia
    (…)
    Zabiega po Marku na „Upadowej po Tamaryszek” (tytuł z wiersz Marka Obarskiego):
    o spotkanie z nadzieją, rodnością tą od serca nieskalaną, o szacunek nie tylko do pamięci poetyckiej, ale i do siebie samego. I dalej w „Kalendarium ranne” (str. 42) idzie w przechodzenie do „porządku dziennego” spraw obecnych, które mogą płynąć do zwykłego zjadacza chleba z kwadratowej głowy TV…Pojawia się tutaj wiersz pt. „Czołgi talibów”: cyt. „Najpierw przy fontannie/ odłamano głowy/ czterem rzeźbionym koniom/ Potem zakazano fotografowania/ puszczania latawców/ gry w szachy(…)”. To nie gdzieindziej jak w codzienności pojawia się zawsze barbarzyństwo, despoci, mordercy i zło – dzieje… Tacy byli zawsze, tylko dziś są sprytniejsi w imię swoich wydumanych praw barbarzyńcy, chcą nawet zacierać tak samo pomniki jak i słowa, pismo, inne ślady czasu piękna. Tym czasem sztuka wie, że tego się nie uda nigdy zrobić żadnemu despocie tak do końca unicestwić pamięć
    – Słowo istnieje: odtwarza się w przestrzeni wszechrzeczami na nowo, tak jak piękno – tyle, że to inaczej się dziś pewnie nazywa. Natomiast chodzi tylko o to, żeby mieć prawdziwą odwagę odtwarzać to piękno, choćby w swoich wypowiedziach…A to zadanie jeszcze trudniejsze i bardzo żmudnie może być tylko odbudowane wrażliwą wyobraźnią, która zawsze stoi pierwsza od nauki ( Einstein: wyobraźnia jest zawsze ważniejsza niż wiedza). Kończy poeta swój tom wierszy rozdziałem pt. „Wyraz ust”.
    Tutaj ( str.53 ) liryka się najbardziej ścieli, uchodzi z ust poety po przez: „Księgę Kabały”, dalej wiersz „Róża”, ” Ars poetica – przypis”, i ” wiersz – twarz”, oraz nawiązanie do autorytetu wiersz pt. „Z Czesława Miłosza” – to po przez pamięć do „wyroczni”(?) – Oto pierwsza część tego wiersza: „Za niskie jak na wiersz/ I nie zgadza się nic/ ani charakter – pochyłe to pismo/ strzyżone ironią pod wiatr/ ani paś baranki moje paś/…/ autor Jerzy Grupiński swój tom kończy wierszem (str. 70) pt. „Z dna słowem”;
    (…)
    I przyszła pomoc niespodzianie
    od wroga od nienasyconego
    z najbardziej dalekiej strony
    jakby kusiciel – wąż uciekł z ogrodu
    i szedł przez lepkie trawy
    z jabłkiem e paszczy
    – z dna słowem
    odezwał się wiersz

    – To zaiste bardzo znamienne słowa spisane przez „dziesięć palców” poety, który wie, że wszystko zaczyna się od wibracji… słowa: każda nadzieja twórcza, nawet ta idąca od nieżyczliwych i nienawistników, bo i oni kruszeją od światłości słowa, chcąc je dla siebie pojmać.
    – Reasumując: poeta uznaje świat w/g zasług oznajmionych i szepce w honorze jego zaklęcia, obejmując go w całości, oznajmiając że nie jest na wyspie, ale na okręcie
    (św. Tomasz z Akwinu: Ziemia twoja nie jest wyspą – to ty jesteś okrętem)
    – Natomiast wspomniany Czesław Miłosz powiedział kiedyś tak: „Bo więcej waży jedna dobra strofa niż ciężar wielu pracowitych stronic – słowa przedstawione w wersji lirycznej, nie epickiej, często niosą ze sobą większy ciężar znaczeniowy i metafizyczny niż dziesiątki, czy nawet setki, stronic wypełnionych wyjustowanym tekstem z niekończącymi się dialogami…”
    – To powiedzenie tyczy się również tego tomu poezji i całej twórczości Jerzego Grupińskiego, z którą obcuję od lat. Gorąco zachęcam do poszukiwań ksiązki w której wiersze płynące spod ” Dziesięciu palców”.

    Zbigniew Kresowaty

    Jerzy Grupiński, Dziesięć palców – ISBN 978-83-928810-0-1, Poznań – 2009, s-75 z rysunkami Grażyny Kielińskiej. Książka wydana w promocji: Salonu Artystycznego im. Jackowskich.

  • KTO ZRYWA KWIAT NIEPOKOI GWIAZDĘ

    o tomie poezji Marianny Bocian pt. „Bliskie i Konieczne” wyd. 1998 r.

    Słowa ”kto zrywa kwiat, niepokoi gwiazdę” wymyśliłem, wchodząc w zawartość merytoryczną i metafizyczną tomu poezji Marianny Bocian z roku 1998. Tom poezji podsumowujący dorobek 40 lat twórczości tej wybitnej poetki, to książka niewątpliwie zamykająca pewien okres, gdzie uparcie i konsekwentnie głoszone prawdy o bycie ludzkim zawierają duży ładunek mądrej filozofii i zestaw wytrychów do odkrycia prawdy uniwersalnej o humanizmie, który jest filarem natury… Poetka wydała do tej pory ponad 20 tomów poezji, wiele rozpraw filozoficznych ogłoszonych w Piśmie naukowym „Nowator” oraz dużo esejów o literaturze polskiej i tej współczesnej. Podejmowała zawsze kwestie zależności równowagi praw natury antropologicznie w świecie doczesnym, wartościując najważniejsze problemy bytu, który objawia się obecnie degeneracją i frustracją uczuć w całym obszarze doczesnego materializmu, wskazując na najwyższe wartości duchowe, przynależne równowadze boskiej! – Jednak poezję Marianny Bocian trudno jest tak naprawdę klasyfikować, chociaż pozornie łatwo odczytywać i przyjmować do siebie. Ongiś krytyk literacki Piotr Kuncewicz nazwał jej poezję lingwistyczną, zaś prof. Jan Tomkowski określił jej znaczenie jako dobry wstęp do medytacji nad bytem, którego prawidłowością jest ciągłe myślenie i dbanie o logikę pojęć, w tym tych, metafizycznych, które niewątpliwie przy całym procesie twórczym zachodzą, ale są zawsze przynależne człowiekowi! – Dodałbym do tego, że poezja autorki tak naprawdę  zachęca do głośnej rozmowy, już nie tylko z samym sobą – ale i na szerszym forum, gdyż objawia się krytykom pewnym fenomenem. Poezja Marianny Bocian ma na pewno znaczenie moralne, nie wprowadzając żadnej destrukcji w toku porządkowania myśli twórczej.. Bocian mówi wprost: żadna destrukcja nie jest twórczym procesem, żadne eksperymenty wywołujące szok nie mogą zbudować sztuki, ani jej wystarczyć oraz wytrzymać dłużej! – Wszystko jest oparte na pewnym kodzie!, mówi dalej poetka: „Kto łamie kod sztuki naraża się na głupotę
    i szyderstwo…” – Otóż, jak wspomniałem, w dzisiejszym świecie został bardzo zachwiany system wartości i bardzo poróżniony a odbudowanie jego rdzenia może przyprawić o lęk, zwłaszcza jeżeli się spojrzy filozoficznie na ów kod dobra zawartego w naturze. Sztuka rządzi się prawami irracjonalności co nie może także wpływać destrukcyjnie na jej zawartość i pojęciowość. Dziś w sferze pogubionych wartości duchowych i poróżnionych pojęć moralnych, poezja tej autorki ma wielkie szanse i może być impulsem, światełkiem, do poszukiwania otwartej drogi ku odnowie kultury i życia społecznego.  Natomiast wcześniejszy tom poezji poetki „Narodziny słowa” pozwala nam rozumieć, że do  tego dochodzi się przez umysł nieskażonego dziecka. Rodzimy się a reszta naszego życia to tylko tresura. Musimy mieć tego świadomość – Człowiek musi wiedzieć o tym, że nie może poddać się imaginacjom destrukcji śpiesząc się „na łeb na szyję” do mety po nagrodę materialną. Owszem Sztuka, pisana z dużej litery, na pewno zatrzymuje ludzi i odwodzi od religii pieniądza, ale ubogaca naszą wyobraźnię i obnaża naszą wrażliwość… jest sumieniem czasu. Dziś do odbudowy tej kwestii, naszej przedniości istnienia, kiedy od epoki „kamienia łupanego”, po przez homo- faber i homo – wiator, doszliśmy do pełnej otwartości myśli po przez rozum, potrzeba nam budulca, który stworzy dobrą podstawę do utrzymania dzisiejszego ciężaru świata. Którym rządzi homo – sapiens, w którym to bycie pewne trądy zła się szybko globalizują i upowszechniaja…. Ten tom poezji poświęcony jest dla młodych czytelników – dzieci, i uczy tego pojmowania! – Zbigniew Baran, krytyk i poeta oraz eseista, słusznie zauważa, że tak dobrze napisana książka wierszy dzieciom i młodzieży wnosi wiele do ich rozpoczynającego się życia i uwrażliwia, ale jeszcze więcej wnosi do źródła europejskiej kultury i bardzo słusznie! – Zatem poetka jakby non – stop, czyli konsekwentnie, dba o utrzymanie swej linii poetyckiej i toku myślenia, a poszczególne tomy jej poezji poruszające dalsze kwestie humanizmu stają się pewną chronologią mitu moralności bardzo umiejętnie traktującego system wartości współczesnego życia. Natomiast ta książka poetycka „Bliskie i konieczne” jest jedynie kontynuacją i pewną konsekwencją takich czy innych stanów ludzkich. Mówi autorka na wstępie (str.7): „ nasz wiek / dla nikogo nie jest szczęśliwy i bezpieczny / nasz świat / nie jest fałszywy, lecz pełen niewypowiedzianej grozy / wyzbywającej pewności że jutro ujrzymy świat nad polami /…niektórzy znali tu tylko / nieludzki trud uprawy pól i ugorów myślenia / który został zaprzepaszczony / przez stary i nowy motłoch władzy…” – Poetka w dalszej części rozwija zagadnienie i mówi, że jednak coś pozostało na przebudzenie, że trzeba tylko dobrze nazwać rzeczy po imieniu – Człowiekiem współczesnym wodzą ciągle jeszcze inne siły nie odkryte, jawiące się otwartym upodleniem. Człowiek w imię, sobie przypisywanego dobra często niszczy własny dom i zagrodę, chcąc zbudować lepszą, a bywa, że w tej roli jawi się barbarzyńcą. Barbarzyńca to osoba, która niszczy coś wartościowego będącego dziełem poprzedników, nie wiedząc o tym co robi, a to bierze się po prostu z braku wiedzy. Mówi poetka w  wielu miejscach swej twórczości, że tak naprawdę świat nie jest fałszywy – to człowiek, jego zarządca, chce sfałszować swój kod genetyczny, swoje prawidłowe myślenie, będąc co rusz poddawany tresurze tych co mają środki do narzucania swej władzy… „Spostrzeżenie” – to wiersz wprowadzający pewną zasadność całego oglądu świata duchowego konieczną, a tym samym bliską , gdyż cała istota mieści się właśnie wewnątrz człowieka, w jego kodzie genetycznym, a nie na zewnątrz! – Pozbycie się pozerstwa, fałszu i eksperymentu na duszy każdej istoty żywej to dziś bardzo trudne zadanie, bo jest już jakby niewykonalne i niełatwe do odróżnienia a przynależne naturze. Powszechnie mówi się dziś, że atom i jego skutki posiadania to też natura, która rozwinęła swoje ramię, żeby homo – sapiens mógł korzystać konstruktywnie z daru swej wyobraźni, która jest zawsze pierwsza…  Myśl człowieka nie może unicestwiać bytu i podcinać gałęzi rozwoju. Atom stworzony umysłem człowieka składa się także z pierwiastków, które mieści matka ziemia, ale dla dobrych celów.. Wszystko zatem przynależy naturze, paradoksalnie można rzec: nawet głupota i fałsz, który odziedziczyliśmy z krwawej przeszłości – Co tak naprawdę przysłania ów prawidłowy porządek? – Mówi poetka w swoim wierszu w tomie „Bliskie i konieczne” ( str.8); „zwyrodniały człowiek / nawet swój uśmiech / wykorzystuje do poniżania innych /…” można jeszcze dalej dywagować i śmiało powiedzieć, ileż to zwyrodnień w tworzeniu sztuki poniża duszę ludzką i godność sfery humanizmu. Powie kiedyś poetka: „ nie można występować w żadnym tworzeniu, a zwłaszcza w Sztuce, przeciwko Świętemu Duchowi, bo to zostanie ukarane w czasie… jakby wskazywała na „Prawo Karmy” – W literaturze także są twórcy, którzy słowo poddają prostytucji, tak samo w innych profesjach artystycznych. A przecież dzieło każde oparte o duchowość istnieje od wieków  w przestrzeni, o czy przypomniał nam, w swoim Pontyfikacie , nawiązując do swego Teatru Rapsodycznego ówczesny „Lolek”, czyli Jan Paweł II –gi, u końca poprzedniego wieku. Ale wracając do twórczości Marianny, kiedyś powiedziała, że : „naprawdę nie da się głupoty przerobić w żadną stronę – można tylko się przed nią bronić, i skutek odnosi się, gdy wtedy jak człowiek posiada wiedzę” – I to jest znamienna prawda!. Życie ludzkie, tak jak i jego tradycja, obdarte jest dziś z rzeczy najbardziej wartościowych, na różnych poziomach jego zasadniczości społecznej. „Ocalony szczegół” – wiersz (str. 9), to tekst dopowiadający
    o tym: „ ocalić widzenie i znaczenie małego w rzeczywistości szczegółu / wiedząc że on nie raz przesądzał o losie człowieka…” – Zaiste więcej nie ma co tutaj dopowiadać, jedynie zrozumieć. Problem świata tkwi w szczegółach. Powtórzy Marianna Bocian jeszcze wielokrotnie – a ja dopowiadam tak: kto zrywa kwiat, niepokoi gwiazdę. Życie znosi, ale i uproszcza pojęcie istoty dobroci świata, przeciwstawia tę kwestię złu i odwrotnie, świata który przecież z niczego się nie wziął, a jest bardzo złożony wewnętrznie. Dziś człowiek zaczyna się wstydzić w swoim otoczeniu pojęcia duchowości – to raczej chodzi, jak mówi, o godność i prawa. I pewnym jest, że już człowiek nie jest u siebie, lub nie jest już we własnej skórze(?) –  ale jest szczegółem złożonym na drodze nowych tajemnic – nie wie ów człek, że droga ta otwiera się szerzej i bez barier, gdy prowadzi przez serce. Powstaje zatem kardynalne pytanie: czy natura się obroni przed manipulacją bez duchowości? – Możemy te i inne odpowiedzi znaleźć w poezji Marianny Bocian. Tak to już było i tak pozostanie, że sumieniami naszymi są poeci, i zawsze uparcie będą naprawiać świat bardzo kruchym tworzywem czyli słowem. Marianna buduje swoje oryginalne pojęcia, prowadząc podmiot w kierunku wartości nadrzędnych. Poezja ta zawiera jakby recepty na odnowę losu. Pielgrzym dotykający celu wędrówki całym sobą swoimi stopami kroczy intuicyjnie i musi wiedzieć, ze powraca do swego punktu wyjścia, do Stwórcy tej drogi, lepszy. I nie przepadnie ze swym kosturem w ciemności, jeżeli tkwi w swoim przekonaniu, kostur zakwitnie… Marianna Bocian, która wierzy w wartości trwałe, uniwersalne wypracowane dla całego bytu oznajmia nam że Zycie nasze to nakładające się na siebie kręgi ruchome. Jak wspomniał prof. doc. Stefan Bednarek z Uniwersytetu we Wrocławiu w swoim słowie do tomu pt. „Poszukiwanie przyczyny” Marianny Bocian, przechodząc do jej kolejnego tomu „W kręgu stanów ludzkich” tak: „poetka wytrwale pielgrzymuje po tej drodze, odkrywając a i jednocześnie ustawiając znaki, które właściwie odczytane mogą tylko chronić…”  Zatem poetka doświadczona, życiem własnym i pracą na roli ( we wsi rodzinnej w Bełczącu), wskazuje irracjonalnie, że naturze trzeba czasem schlebiać pamięcią i czynem, gdyż istnieje pewien kod, bardzo precyzyjnie zbudowany, który działa w nas. Wiersz pt.„Wzywająca bezwzględność” ( str. 12) mówi: „ Nie płacz! Trzeba podnieść się z klęczek u trumny / należy pójść do obór – nakarmić konie, wydoić krowy / Świat się nie rozsypał, Słońce się nie zatrzymało / Zostałaś zbyt wczesna wdową / musisz teraz mieć siłę, by być dzieciom: / matką, ojcem i gospodarzem. W domu umarłego nie ma pocieszenia / jest bezwzględność wezwania, wypowiedzianego z trwałością skały /…” – Autorka mówi, że jest spełnienie, jeżeli pójdziesz do przyrody poprzez śmierć, w sposób naturalny zostaniesz godnie przyjęty i zapamiętany. Świat bierze się z dobrodziejstwa całego inwentarza w tym z dobra, któremu przeciwstawione zawsze jest zło. Jeżeli umiera się nie przez własną zamierzoną głupotę, a jedynie naturalnie, to w imię jakiejś ważnej rzeczy, to w imię innego wyższego szczegółu. Dopowiada poetka: ” człowiek opisuje kosmos z myślą o podbojach. Spisuje wszelkie / objawienia Boga. I w tej uzyskanej wiedzy odczuwa grozę, że sam / znalazł się poza zakresem poznania samego siebie /…” – oznajmia autorka, że wszystkie nagłe nieopamiętania budzą prędzej czy później strach, pustoszą umysł, oparty względnie na logicznym myśleniu, skrzywiają  trzon prawdy, na której oparta jest duchowość świata. Wszystkie rewolucje, terapie szokowe są destrukcyjne, i nie wnoszą nic więcej jak tylko chaos i wołanie niektórych o pomoc. Najlepiej tych słów dowodzi wiersz „Artysta” (str.38) : „ pieśnią rozjarzał rozgwieżdżoną noc w świt narodzin / bo dzieła człowieka i Boga są jeszcze nieukończone / tylko arcydzieło umysłu i rąk jest  skończone w czasie / by stać się wstępem do szlachetniejszej doskonałości /…” – Bóg zamieszkały w nas też nie ukończył nic bez człowieka i nie ukończy swego stwórstwa sam, choć przewiduje siebie w nastawieniu różnych niespodzianek i zagadek. Do ukończenia dzieła Boskiego, czyli dzieła natury, i zbudowania ośrodka  lub naprawy trzonu prawdy, potrzebny jest każdy najdrobniejszy szczegół, każdy otwarty człowiek ze swoją wrażliwością. Zatem w imię jakiego boga działa Bóg i w imię czego stworzył naszą wioskę planetę? – Mówi Święty Augustyn: ” i pamiętaj świat jest okrętem – ty jesteś pasażerem…” Ale jeszcze nie na tym etapie jest człowiek i nie jest dane naszemu umysłowi pojmować więcej, gdyż do wszystkiego, do rozwikłania czegokolwiek dochodzi się pokorą i żmudnym tokiem, droga ewolucji myśli i ciała toczy się swoim trybem. Tak pojmowany byt sprowadza nas do pojmowania filozoficznego, czego zresztą w poezji Marianny nigdy nie brakowało. Marianna dostarcza nam czasem pewnego kłopotu myślowego, po to żebyśmy umieli dobrze wybierać i wartościować oraz odróżniać i odczytywać szale wagi: dobra i zła. Cały świat zbudowany jest na wartościowaniu wszelkich „stanów ludzkich”, zgnozowany i ujęta jest jego siła na wszelkich pasmach… Poetka niejednokrotnie używa  mocnych argumentów naprowadzając naszą jaźń, po przez szczegóły, na  podstawowe wartościowe myślenie. „Macierzyństwo” – to liryk (str.51) podsumowujący jakby cały zbiór wierszy, gdzie autorka wprowadza dużo światła ku głębokiej refleksji nad tym co uosabia sam początek i podstawę bytu i tym, co wciąż jest niezłomnym trzonem, wartościowania uniwersalnego. Mówi; „stanęła na wysokości której nie znają / wszelkie określenie wysokości / podając dziecku Pierś nabrzmiałą mlekiem / bez czego żaden bóg nie byłby Bogiem / przeszłość teraźniejszością i przyszłością / a poeta poetą / Gloria tworzenia / nawet pustynie wydają w swym wnętrzu żywe piękno / tworząc własna różę pustyni…”
       – Reasumując: Marianna Bocian nie zawahała się stworzyć tzw. „Traktatu Moralnego – w szczególe” na swój, i swego odbiorcy, użytek. Natomiast tym szczegółem jest sam człowiek jakby środek i wartość najwyższa bytu, używając światła, które bije  w swojej wartości tak mocno, żeby nie powiedzieć do zgrozy! – Autorka sprowadza wszystko do gry uczciwej dość szeroko. Jej całe obejmowanie, swoimi ramionami świata w sposób troski, jest uzmysłowieniem sobie podstaw egzystencji i istoty natury, która była pierwsza i została oparta o pewien ciąg, który musi być wypełniony do końca, a kto nie zrozumie tego kodu musi zniknąć we mgle i nicości. Zatem słowa poetki ;” nad nami otwarte wiecznością przestrzenie” uzmysławiają nam, że istnieją pewne cenne modlitwy do człowieka i do Boskości natury i jej szczegółów tkwiących w trwaniu… To wprost „Bliskie i konieczne” stany, które trzeba ocalić i przywrócić naszej świadomości. Jest to poezja  nadziei i rekonstrukcji, ale i refleksji do istoty i wartości świata i przy całej metafizyce rozumienia powinna na nowo układać się w pojęcie słowa „dobro” i przeistaczać się, w wynikające z niego, relacje przekładające się ponad wszystko w nieskończoność.

    Zbigniew Kresowaty

    Jest to recenzja Zbigniewa Kresowatego wydrukowana w miesięczniku AKANT  Nr 6/19 Rok 2  czerwiec 19999  ISBN -1429 – 9054, Nr  rej. 295,  Nr indeksu 344141

    Marianna Bocian, Bliskie i konieczne, Wrocław 1998, Wrocławska Drukarnia naukowa – PAN, słowo wstępne prof. Doc. Stefan Bednarek.

  • KRZESŁO NA DRODZE

    rzecz o „Miniaturach” Macieja Krzemińskiego

    „Krzesło na drodze „- to jedna z miniatur opowiadań autora Macieja Krzemińskiego, któren to zbiór wydało Ogólnopolskie Stowarzyszenie Literatów we Włocławku. Są one czymś co nieoczekiwanie wzięło się na moim biurku jak owe „Krzesło na drodze”, które jest podmiotem jednego z tych małych opowiadań w książce. Ta zupełna abstrakcja tworzy niebywałą sytuację – bo na przykład jadąc drogą, czy szosą, do wybranej miejscowości z jakąś prędkością, widzimy na drodze stojące, zupełnie bez powodu, krzesło!
    Zastanawiać się zatem trzeba – dlaczego tutaj, w takim miejscu stoi i co jest powodem umiejscowienia przedmiotu domowego użytku służącego do spoczynku w miejscu ruchu ulicznego? – Są przeróżne domysły a i powody, dlaczego. Otóż krzesło takie mogło spaść z transportu, lub mógł je wynieść w pole pastuch i dla zupełnej zabawy postawić na drodze, a może to jakiś wędkarz? – Zatem, jadąc dalej rowerem czy samochodem, zastanawiamy się po co? na co? – dlaczego? Czytałem wszystkie miniatury Krzemińskiego, zastanawiałem się nad sensem takiej metaforyki, niesłychanie rozbudowanych pojęć – bo przecież z miniatur jest inna, czasem nawet dziwna, a nawet szokująca, gdy czasem jest mowa o jakiejś bezsensownej śmierci.
    Maciej Krzemiński – jak czytam, rocznik 1971, filolog, nauczyciel języka polskiego i doktorant na UMK w Toruniu, zdradza tu najoryginalniejsze pomysły, wynikające, jak mówi podtytuł, „Tydzień zdarzeń”. Autor spogląda na świat, jakby zaglądał mu pod podszewkę w właściwie życiu, które gdzieś na obrzeżach toczy się jakby samo sobie, bo czasami niepotrzebnie? Bo przecież popatrzmy – wziął sobie autor do swych opowiadań takie postaci jak: Raca – rzeźbiarka rzeźbiąca same stopy, Samotny Dziwak, Siostra Klara – kochająca się w pięknym mężczyźnie z obrazka, którym był diabeł, Markiza wiet-Nam, Roman – grubianin i cham, Lou Adamsky – czyli on sam, wesoły Zenio – bez zajęć, ale obserwator dokładny, Koniokuroryba, – natychmiast w drugiej części pt. „Zdarzenie” / z tak zwanym odsyłaczem do gwiazdki w podtytule / czytam: – to co się zdarzyło, wydarzyło, zaszło, co się stało,: wypadek, wydarzenie, zajście: doniosłe, dziwne, osobliwe, radosne, zabawne zdarzenie… / Słownik języka polskiego / – Czyli należy oczekiwać w dalszej części, już tych bardziej formalnych zdarzeń, a być może tych z autopsji? – jak domniemam, gdyż po przeczytaniu ich wynoszę wrażenie, że są właśnie zbudowane na takich fabułach i metaforach. Autor świadomie podzielił książkę, żeby dać do wiadomości czytelnikowi, że te opowiadania miniaturowe w drugiej części są inne i jakby o innej cenie i sile. Ale wróćmy do początku książki / zanim omówić mi przyjdzie tę drugą część /.
    Otóż autor kusi się o jakiś pseudonowatorski język literacki, natomiast tę abstrakcyjność wprowadza do fabuł – co jest bardzo cenne! A w dzisiejszym czasie dość nie spotykane u nowych początkujących autorów, którzy idą raczej w przedziwną formę a niżeli chcą się pokusić o oryginalną fabułę / czyli coś co może zastanowić w samej treści opowiadania /.
    Natomiast Krzemiński używa języka opisowego, czasem reporterskiego? Opisuje niecodzienność, która jak wspomniałem zdarza się na obrzeżach wyobraźni jak w życiu. Pomysły niebywałe wręcz Krzemińskiego, bo na przykład rzeźbiarka, gruba Raca rzeźbiąca stopy, często chodziła w długiej, białej koszuli z czarnymi
    Skrzydłami / wymalowanymi?/ na niej, lubiła jeść, spać i marzyć i nagle w jakiś poniedziałek wszystko się odmieniło, gdyż przychodzi jakiś głos i karze dorzeźbić siebie całego do owych stóp…. A gdy ona to czyni, posąg zwany dolej Kolosem Piękna ucieka z pracowni… na co Raca wpada w furię…. Od tego momentu rzeźbiła same Kolosy Piękna!
    W innym opowiadaniu jest historia o Zeniu marzycielu, który zakochał się w suczce, a gdy ta urosła i zakopulował na niej olbrzymi Brytan, Zenio zwabia oba psy do domu i dokonuje mordu na Brytanie – a w efekcie ta dorosła suka zagryza swego pana mordercę za ten czyn we śnie. Historia Klary, także jest interesująca, gdyż zdarzenie jest w murach klasztoru w takiej warowni Boskiej a rozegrany dramat Klary w opowiadaniu „Modlitewnik” jest poprzedzany kłamstwem – Zaglądanie do podarowanego, ręcznie pisanego i malowanego modlitewnika / przez inną zmarłą siostrę / Klarze. gdzie widniał piękny młodzian Szatan stojący u wrót Piekieł… jakby przywołujący ją do siebie, do tego modlitewnika, coraz częściej….
    W opowiadaniu „Markiza i Teresa” są poczynania plebejskiego prostaka w zalotach do markizy itd. Oczywiście nie bez kozery przytaczam skrótowe omówienia niekończące się w tej nietypowej książce, gdyż pragnę zachęcić do czytania mini opowiadań Krzemińskiego.
    Autor, należy sądzić, celowo bierze do tych opowiadań niecodzienne, niespotykane sytuacje – ale jakby nagle, zaskakujące nas streszczenia, gdzie w treści jest kod poetycki wiodący do metafory w której podskórnie wyśmiewa: grubiaństwo, kamuflaż czy niecodzienną prostotę a nawet wręcz prostactwo! Autor, żeby uzmysłowić nam problem, który staje się pewną normą, celowo buduje zdarzenia, żeby pokazać do czego można się spowodować bez inteligencji czy wyobraźni lub intuicji. Są tu takie postaci i takie sytuacje, tworzone w sposób zamierzony, zaaranżowane celowo, jakby maszkaronizm, jak w obrazach Dudy Gracza? – gdzie błąka się śmierć w przebraniu Don Kiszoterii na jakimś mule i zagląda nam pod skórę i umysł /?/.
    Tworzy Krzemiński, zdaje się, sytuacje na pozór niebanalne, choć w treści jest dużo banału, niespokojnej prostoty i chamstwa. Wydaje się, że autor tworzył swoje klucze do tych miniatur celowo, bo zależności między nimi nie ma jedynie styl interpretacyjny. Wydaje się, że autor tworzył te miniatury „z potrzeby serca”, gdyż są dociekliwe. Co się zaś tyczy drugiej części książki Krzemińskiego, oczywiście ten sam język, jednakże treści inne a przejściem do tej części, jakby na zdziwienie opowiadanko pt. „Ósmy dzień tygodnia „, „Koniokuroryba „, gdzie Miriam nienawidzi swej kobiecości i postanawia zostać koniem… później jeszcze czymś i jeszcze – oczywiście nienasycona chęć kobiety, która ma wszystko co najważniejsze bo przecież jest piękna, a czegoś pragnie na dodatek – i wciąż czegoś i jeszcze i jeszcze i…. Opowiadania w częściach następnych są bardziej ambitne, jak wydaje się po tytułach, choć to ostatnie było nazbyt surrealistyczne, ale bliskie wyobraźni i chciwości nie tylko kobiet.
    Otóż „Czy możliwa jest redukcja” to tytuł następnego opowiadania, gdzie okazuje się, że może tak – może nie…. Dalsze – to „Poeta”, „Strach”, „Wino”, „Krucyfiks”, „Bajka”, „Przedmioty żyją” – bo i jest tu owe „Krzesło na drodze” i „Zwycięstwo śmierci”- a tym „zwycięstwem” autor puentuje całość – czyli tę swoją różnorodność opowiadań miniaturowych, gdzie przecież, jak powiedziałem, śmierć owa żeruje, bo nawet w najbardziej śpiącym życiu jest obecna /?/. Jeszcze brakuje mi w tych opowiadaniach, choć ich fabuła wychodzi z poezji to odczuwam brak właśnie poetyckiego języka, gdzie jakby z konieczności potrzebny jest zawsze, gdy chodzi o małe formy prozatorskie celem pogłębienia metafor. Tak! –, ale z drugiej strony pozostawia to jakiś niedosyt na co powinno być zdane każde dziełko autorskie / po to żeby do niego wracać/. Pewnym jest jednak, że czym krótsze opowiadania tym więcej języka poezji. O prozie Krzemińskiego można mówić pozytywnie i tak trzeba mówić, gdyż widać tu oryginalność pomysłu i różnorodność. Powiedziałby ktoś złośliwie, że to taki misz-masz, ale daleko Maciejowi Krzemińskiemu /wbrew myśli/, że jak wszystko – to nic, a więc jedynie tu różnorodność, oraz pokazanie w niej swych możliwości /?/. To przecież podobnie jak w każdej poetyckiej książce mamy przecież różnorodność wierszy i metafor, choć wszystko jest jakoś spójne z ideą i myślą autorską, która przecież zawsze układała się chronologicznie, żeby wysnuć na koniec swojego dzieła jakieś przesłanie. To wszystko, te czy inne zasadności są w tej książce i wydaje się, że autor da jeszcze usłyszeć o sobie o szerszych formach – tego oczekuję i namawiam do zapoznania się z tym autorem, którego też namawiam jedynie na trochę więcej poezji w budowaniu treści, co może tylko pogłębić i bardziej zaciekawić w sobie – a jest w Krzemińskim magazyn myśli – jest tzw. ”baza”, z której dużo może wyjść i tego oczekujemy! Namawiam autora na więcej odwagi w sensie rozszerzenia treści i jeszcze więcej czerpania z autopsji, co będzie bardziej szczere a nie pozornie zmyślone… – Krzemiński to dobrze zapowiadający się prozaik, czego mu życzę i zachęcam do dalszej pracy i większego otwarcia swego spektrum artystycznego. Oby!

    Zbigniew Kresowaty

    Maciej Krzemiński, „MINIATURY”, Włocławek 2000. Ogólnopolskie Stowarzyszenie Literatów s. 46.

  • ANON GENUINE POLE

    o ostatnim zbiorze wierszy Bogdana Loebla

    „Polak nieprawdziwy” jest tytułem tomu wierszy Bogdana Loebla. Znany poeta, autor tekstów śpiewanych – (tworzący w przeszłości Spółkę Autorską z Tadeuszem Nalepą), wydał interesujące poezje, które są odniesieniem do naszego czasu obecnego. Czasu trudnego, w którym jesteśmy narażeni na wszelkie efekty wynikające z przyswajania i transformowania tzw. „dóbr wolności”. Czas to pomieszania umysłów, deformacji, rozwibrowania umysłu i często (wbrew pozorom), niepokoju, a w efekcie frustracji i zagubienia… Jest to też czas budzenia nowych ambicji, nowego otwarcia się, czas weryfikacji osobowości, czas tworzenia „na nowiu”… Seria wydawnicza zatytułowana „PRZYLASZCZKA”, zapoczątkowana książką Krystyny Lenkowskiej pt. „Nie deptać przylaszczek” (przy ilustracjach Franciszka Maśluszczaka), otwiera pewien cykl wartościowej poezji, znanych poetów, którzy będą wydawać w tej serii w Wydawnictwie „YES” w Rzeszowie. Jak widać, pięknie, solidnie zrobione książki, w twardych okładkach, w formacie A-4. Oby tylko z powodzeniem dla przedsięwzięcia sponsorów, gdyż okres to trudny, wymagający środków…
    Wydaje się, że pomysłodawcy i sponsorzy, mający dużo atencji dla wartości poezji, w osobie Waldemara Lenkowskiego i jego żony – czy podołają (?)- i chwała im za to! Ale wracając do tego wydania, drugiego w w/w serii – jest to dwujęzyczny zbiór z tłumaczeniem Radosława Loebla (anglisty i artysty), dedykowany ukochanej wnuczce Julii, przez autora, który, jak się też okazuje, zaczyna podsumowywać swój wspaniały dorobek. Loebl, poeta o dużym i znaczącym dorobku, podejmuje się w tej książce odebrać sobie wiersze tyczące się naszej niefrasobliwości, niekompetencji, czasem braku wyobraźni, wynaturzenia, czy nawet głupoty, wynikającej, jak wspomniałem, z tego nagłego czasu, z jego parcia, prędkości…Ja nazywam ten czas, że jest to czas „krzywej twarzy” – i jest o tym w tej książce. Uleganie poety pesymizmowi, całej problematyce eschatologii, a nawet w niektórych miejscach, publicystycznej formie przekazu, żeby bardziej ukazać swój stan rzeczy, czasem przy oszczędnej, a zdyscyplinowanej ironicznie, czy sarkastycznie poetyce, która właściwie jest podmiotem – to cel i konsekwencja tej książki. W książce pomieszczono reprodukcje rzeźb Adama Myjaka, wybitnego artysty, profesora rzeźbiarza, które w swej sile i metafizyce dobrze korespondują, jako zakładki, z osobowością poetycką Bogdana Loebla. Bo w konsekwencji poeta ten, z biegiem lat, okazał się jednym z najradykalniejszych turpistów i mizerabilistów. Myjaki, to także pełne napięcia, refleksji nad ludzką pychą i bezwzględnością, rzeźby. A poezja Bogdana Loebla, bijąca celnie, nawet ciężko, w stany duchowe, szczera – czasem katorżnicza, uderza w tony owe trochę paradoksalnie, namacalnie, aż do pęknięć w przestrzeni, nie mijając niczego co ważne dla czasu, który wypływa z nas jeden, lecz dla każdego objawia się wedle innych zasług. Cel najważniejszy dla poety, to oryginalność, choć poeta nie pozuje, nie udaje, natomiast jest blisko naszej skóry, naszej przepływowości z metafizyki wewnętrznej w zewnętrzną. Poeta umiał zawsze zareagować, choćby przez pewne stany duchowe objawione w poprzednich tomach poezji, czy powieściach, np. „Katarakta”, oraz w swoich słuchowiskach, choć ostatnio mniej wydawał, ale dwa tomiki warto wspomnieć „Wiersze o miłości” (RAF Rzeszów 1993 r.), oraz „Frankenstein nasz współczesny” (DOM WYD. JOTA 1991, z rys. Maśluszczaka). Ten wspominam, choć był wcześniej, gdyż zbliżony jest tematycznie do w/w w omówieniu, tomu wierszy. Ale wracając do „Polaka Nieprawdziwego” – jest to namacalny znak czasu, wymuszający swą poetyką cenne prawdy, kardynalne dla dalszej transformacji, dla dyskusji. Poezja ta jest jakby rzeźbą czasu i pozą ustawioną dla świata zewnętrznego, bo bywa często gorzka, czasem nieestetyczna, wywołana z przestrzeni, jak reakcja – jako taki kolos błyszczący swymi odcieniami, jak rzeźby Myjaka, czasem chropowaty, senny (?). Zaczyna poeta wierszem pt. „DOPÓKI” (str. 7) takimi słowami:

    Uderz mnie wielka ciszo
    dopóki są jeszcze bliscy
    robaki i szczury
    i ma kto pogrzebać i strawić
    moje ciało
    (…)

    Rzuca się poeta w wiry namacalne, w żywioł świata żywego, pragnie chłosty dotyku, dopuki jest jego dusza. To tak jakby przeżył już wszystko i wie na czym polega oryginalność i przestrzeń czasu tego, który go niesie. To nie tak! – nie tak! – położę siebie na stosie, mówi, żeby dać świadectwo (?)… „Polak Nieprawdziwy” (ANON GENUINE POLE) (wiersz str. 9) powstał z autopsji jak inne, ale ten pisany odruchem takiego zdrowego rozsądku, kiedy to poeta słuchający nocą radia, zbudzony jakby dygresjami o „prawdzie istnienia”, przez Ojca Dyrektora, który daje recepty na prawidłowość bytu, na prawdziwego Polaka, odreagowuje poeta momentami jakby z napływu adrenaliny (?) Uznaje, że musi zabrać głos na pchającą się głupotę w okienka naszych domostw, naszych serc, czy umysłów. Wiersz, jak mi oznajmił Bogdan, napisany momentem chwili, jak inne, ale ten jest wyraźną ripostą na demagogię, na sądy, na osądy… Poeta ma prawo tak reagować, ponieważ jego świat nie jest zwężony, a dar odgadywania tego świata pochodzi też od Boga – ale jest zawsze z natury kierowany rozumem! Polega, wie na czym polega, Krzyż Narodu, zna historię Polski, dowodził tego wiele razy. Poeta jest wśród ludzi i ich spraw, kontynuuje Loebl tak: (str.9):

    Nocą obudził mnie
    Ojciec Dyrektor

    mówił do mnie jak do syna
    albo brata chociaż
    nie czuję się
    PRAWDZIWYM POLAKIEM

    mam sąsiada bezwzględnie
    PRAWDZIWEGO POLAKA
    ale wiem że to
    nie upoważnia mnie do śpiewania
    razem z nim i Ojcem Dyrektorem:
    „Dziękujemy każdego dnia
    że jest w Polsce Radio Maryja
    nadzieja dla Polski
    nadzieja na lepszy świat” ponieważ
    czuję że nie jestem
    jak oni
    PRAWDZIWYM POLAKIEM jakich
    Życzyli sobie w Polsce Mieczysław
    Moczar i Władysław Gomułka
    I jakich chcianoby tu mieć
    Dzisiaj i na wieki wieków
    (…)
    wiem od matki i ojca
    że nie mam w sobie
    żydowskiej krwi i żywię
    głęboki żal do przodków
    za to
    że nie jestem
    Żydem

    może wówczas
    zaprowadzono by mnie do gazu
    i nie musiałbym teraz żyć
    pośród was

    albo by mnie ukrzyżowano
    i modliliby się do mnie
    mój sąsiad PRAWDZIWY POLAK
    Ojciec Dyrektor
    I Rodzina Radia Maryja

    Poeta, jak widać, nie daje się zwariować, zapuszkować, czy zakiepować w demagogiczne poglądy, w skrajne „prawdki”, ubogacone górnolotnymi pseudo – świętymi słówkami. Nie pozwala poeta na „branie sobie pewnych imion nadaremnie” i szastanie świętością, która jest utrwalona i zapisana w rozumie, a nie w namiętnościach – poeta nie pozwala się otumanić tym skrajnym, czasu tego, słowem. Bo burzą one ład i wszelkie zgody na logikę czasu przyszłości, za którą przelano całe morza krwi… Uważa poeta za swoją powinność reagować na skrajność, na jakiś wyindywidualizowany głupi gest, który jakby jąka się, czy beka, a jest tak naprawdę rozpaczą! Rozpacz to walka z przedmiotowością, z samymi jej przedmiotami… Rozpacz to brak prawdziwej refleksji, często nieumiejętność przewidywania… I tu jakby na przewagę daje wiersz (str. 11) pt. „Czcigodny Hierarcho” (dedykowany Ziemowitowi Fedeckiemu) :

    Obserwuję coraz większe zezwierzęcenie ludzi
    stwierdził Hierarcha kościoła

    przepraszam was moi mniejsi bracia
    za te obelżywe słowa

    gdyż nie słyszałem
    by jakiś pies przykuł łańcuchem chłopa
    do wystawionej na mróz budy
    (…)
    nie widziałem by cielątko lub świnka
    prowadziły do rzeźni człowieka
    (…)
    czcigodny Hierarcho kościoła
    zanim powtórzysz tamte słowa
    spójrz w oczy okładanego batem konia
    i wychudzonego bezdomnego psa
    i również
    co stałoby się z Twoim światem
    gdyby nasi bracia mniejsi
    zaczęli człowieczeć

    Cała sfera wrażliwości wywodzi się ze źródła i kieruje się w stronę zdrowej, kierunkowanej, projekcji efektu. Zatracenie w czasie swym pojęciowości, prowadzi do wszelkich paradoksów, do wynaturzenia, chaosu, do braku równowagi… Powiedział już kiedyś wielki malarz, który zamykał pewną epokę w Hiszpanii – Goya – „że wyobraźnia prowadzona bez rozumu, prowadzi do spotwornienia i rodzi potwory”. Oto prawda, czy pojęcie racjonalne? Nie da się skrzywić natury człowieka, to ona w odpowiednim momencie odezwie się… i nie pozwoli usiąść jakiejś głupocie jako autorytetowi na głowie, a która wcale nie prosi, żeby ją zbawiać… lub ocalać (?) Wiersz pt.
    „Stanął przede mną człowiek” – jest jak ściana (str. 17) bo mówi:

    (…)
    miał znoszoną twarz

    w jego oczach
    ujrzałem odbicie człowieka
    różowa łodyga szyi
    wyrastała z białego kołnierzyka
    czoło zdobił napis
    SUKCES

    stanął przede mną człowiek
    na jego czole widniał napis
    ROZPACZ i DEPRESJA

    wsunąłem dłoń w kieszeń
    chłód pistoletu wyrównał
    rytm mego serca

    powiedziałem: stanąłeś na mojej drodze
    powiedział: to ty stanąłeś na mojej drodze
    powiedziałem: to nie moja wina że mi się powiodło
    powiedział: to nie moja wina że mi się nie powiodło
    (…)

    Stawianie pewnych znaczeń, sensów, pytań, które są gotowymi odpowiedziami, które odbijają się od siebie, jak przysłowiowe „piłeczki pingpongowe” – wytaczanie swych racji i dawanie skrajnych dowodów, ot! – to domena człeka wyzwolonego (?) Brak reakcji na absurdy, na bezsens pojęciowy, na kołtuństwo podszyte chamstwem, brak umiejętności tokowania, wynikającej z niedostatku duchowego – to jakby główne reakcje zawarte w tej książce. Jest wiele do przytoczenia, ale czas nagli… Zatem pojemny jest dom poety, jego serce… Dom poety musi być dobry, otwarty mądrością przychylnej strzechy, czy dachu – tak chce mi się powiedzieć, żeby przejść do ostatniego omawianego tu wiersza pt. „Domie mój” (str. 21) co jest pewną konsekwencją myślową autora.

    (…)
    czuję jak kulisz się i zaciskasz pięści
    zamków u okien i drzwi
    jak wsłuchujesz się w każdy ruch idącego drogą
    jak jeży się skóra twoich ścian
    i napinają się muskuły cegieł

    śpij mówię – to tylko
    człowiek jak ja i mieszkająca
    pod twoim dachem kobieta i dziecko
    ale ty wstrzymujesz oddech i słyszę
    jak drży piasek okiennych szyb
    (…)

    Poeta daje nadzieję, ale równa ją i kontestuje w tym, co otrzymaliśmy od losu, tym co daliśmy sobie na teraz, za wieki… Ogień poezji Loebla jest jak zabłąkana mrówka, która ucieka przed skutkiem, żeby przetrwać poprzez kierowanie się na światło racji. Daje odwagę i prawo do reakcji na dominację. Siła tej poezji bije z mroku, czasem obraźliwie dotyka i powala jak nieokiełznany prąd, celnie. I już na pointę tego, ostatnie słowa wiersza pt. „Ogień poezji”:

    (…)
    palę suche liście i stare już nie
    potrzebne czasopisma poetyckie
    płomienie z kurzu je oczyszczają
    i żarliwie wnikają w metafory i pointy
    (…)

    Zbigniew Kresowaty

    Bogdan Loebl, Polak nieprawidłowy, z serii „PRZYLASZCZKA”, Wyd. YES,
    Rzeszów 2001, ISBN 83-911519-1-3, z repr. Prof. Adama Myjaka. Twarda okładka A-4, s 60.

  • Oktawy czy supozycje?

    o książce Stanisława Chyczyńskiego

    Przysłany mi tom wierszy i dedykowane „oktawy mimo wszystko” autora z Kalwarii Zebrzydowskiej odczytuję jako grę z otoczeniem, a także przebrzmiewanie niespokojnej duszy, która, jak to nazwał Chyczyński, zamieszkuje czasem w Ciemnych Ogrodach i próbuje sobie ulżyć na własnym ciele, które jak worek ją nosi… Autor nie waha się wyrazić własnego zdania i odbiera sobie wiersze w dość osobliwy sposób – czasem szyderczy, jękliwy (?), ponieważ, jak się wydaje, ulega swoim wcześniejszym fascynacjom ,spoglądając na nie w innym świetle, bo dostrzega dewaluacje tą fascynacją, czasem niezadowolenie chwili, czy niepokój, który gra na sobie samym – a raczej jest to taki rodzaj „ewokacji po latach” jak to nazwał w jednym z pierwszych wierszy książki, wydanej przez Wydawnictwo Magazynu Literackiego w Warszawie w roku 2000-nym. Na str. 6 czytamy wiersz pt. „Ewokacja po latach”
    Ewa miała być moja, ale listy padły do śmieci w kancelarii świętego Tomasza. jesień miała być nasza, ale drzewa murem między nami stanęły na jawie i we śnie.

    jesień mogła być złota, ale liście spadły
    do kałuż i do błota, zaiste, zbyt wcześnie.
    (…)

    Chyczyński miarkuje, pyta i pogrywa na czasie, na symbolach, na autorytetach, na tych co stworzyli nowy ład burząc stary (?) Kto wie ? Przekształca słowo EWA w Ewokację, w ciąg wyrażania siebie.. Jeżeli wziąć fakt, że jest to pierwsze słowo uczłowieczone na ziemi to domniemać należy, że autor nie tyle bawi się słowami co znaczeniami, co może podrażać wartość tych słów, idących w osobne znaczenie. Stawiając tak swą grę, tworząc inne sytuacje, i ich znaczenia i tworząc jakieś byty, fabuły (?), zapragnął osiągnąć jakiś efekt. Czy jest to nowatorstwo ? – być może – ale zamierzone dla jakiegoś zamiaru i chyba nie wynikające z tzw. „potrzeby serca”, lecz z potrzeby czystej nawet wykalkulowanej gry. Wiersz pt. „Glistopad”, jest w dalszej części wstępu do lektury najlepszym przykładem (str.9) dający upust tej grze frywolnej, gry znaczeń i dzięki przekształcaniu słów tworzy inną metafizykę.
    dżdżownica spada na dno swej kryjówki błoto rozkwita nawet na betonie deszcze jak dreszcze spływają po tobie oczy jesieni są mokre w chorobie
    łamie po kościach wirus influenezy myśli jak glisty wiją się w udręce (…)

    Należałoby, po przeczytaniu jeszcze kilku kartek, zapytać autora – po co to robi ? – jaki ma cel i co tak naprawdę chce nam uzmysłowić poeta z Ciemnego Ogrodu ? – myślę, że raczej tylko znaczenia, na pewno chce się pobawię własną wyobraźnią ale i w tworzenie nowej metafizyki, która nie jest tu najprzyjemniejsza lub przechodząca w jakieś naturalne pozytywne kreacje. Ale pozostawmy to na razie bez odpowiedzi. Tocząca się gra o batalię w Sztuce w Polsce i dogorywające gałązki postmodernizmu, który za wiele jednak nie przyniósł sztuce w tym i w Literaturze w okresie tzw. „wolności”, czy barbarzyństwa, dostarczał i dostarcza wciąż jeszcze wiele pomysłów niektórym autorom.
    A wydaje się w dalszej kontestacji, że tylko pomysły jakiekolwiek wnoszą nową krew w żyły sztuk, a także przynoszą zmiany, przynoszą jakieś mniej lub więcej racjonalne efekty… Czy poezja Chyczyńskiego idzie także ku temu, czy idzie naprzód ? – to pytanie na później ! Niech pozostanie to niewiadomą – to nawet lepsze dla autora. Czy jest tylko pobrzmiewaniem oktaw, jakimś wysokim wołaniem o jakieś zmiany (?). Pozostawmy zatem to do dalszej reasumpcji na później. Oto kolejny wiersz autora pt. „BASS SOLO (party)” (str.13). A brzmi on tak:

    (…)
    mokry od śliny z między warg się ciśnie hej wielkie żarcie musztarda kiełbasa chlebuś jak ciałko szampan wieżą ciśnień
    bas mlaszcze solo tłuszcz po brodzie ciecze kieł wchodzi w białko przypieczone prawie zbiorowy orgazm zapewnią nam ciecze (…)
    Wchodzenie w żarłoczność, w ogrody żądzy w iście erotycznym stylu, z uzewnętrznianiem efektów łakomego obżarstwa, a w gruncie rzeczy prowadzącego do orgii seksu i ukazanie obrazu w takim niespełnieniu, aż do nie nażarcia do takiej najwyższej żądzy, oktawy, czyli oktawy „puszczania pawia”, co u Chyczyńskiego ma być orgazmem w iście chamskim stylu, ma na celu ukazanie bezradności człowieka nazwijmy „nie napasionego”, łakomego i nie powstrzymanego przez nic! – Jest to kolejne pytanie, czy w efekcie nie jesteśmy tacy właśnie, gdy puszcza rozum a idą bez wodzy żądze? – Chyba tak – ale pojawia się kolejne pytanie, czy trzeba tak to oznajmiać? – Być może tak!? zwłaszcza, gdy poeta przeżywa wielkie awersje do uładzania, a i obrał sobie świadomie destrukcję dla osiągnięcia własnych wizji.
    Kto wie czy nie jest to tzw. ukazanie środków, które mają uświęcać cel ? Jest bardzo dużo pytań do autora, do jego wyobraźni…. Jest pytanie – po co burzyć, „mieszać gówno z powidłami” – myślę, że na pewno po to, żeby oglądać w efekcie dalsze reakcje w odbiorcy i sycić się tymi widokami. Jest także pytanie – czy czasem autor, chcąc przy osiąganiu swego orgazmu w poezji, nie chce w końcowej fazie oznajmiać nam o dzisiejszej sytuacji społecznej, lub oznajmić o całkowitym pomieszaniu zmysłów, w tym i w życiu politycznym -jest w końcu poeta, czy twórca, rejestratorem nastrojów i kondycji duchowych poszczególnych grup ludzi. Z drugiej zaś strony może być on wcieleniem fetysza, a nawet barbarzyńcą w Ogrodzie zwanym przez niego Ciemnym (mowa o Kalwarii Zebrzydowskiej). Być może tak, być może nie – jakby powiedział Różewicz. Były już wiele lat wstecz przedsięwzięcia działania w sztuce w tym i w literaturze , która w owych czasach nie znalazła poklasku – a chodzi mi o Witkacego i innych. Bawił się też znaczeniami słów Białoszewski i inni. Chyczyński bawi się całymi ciągami znaczeń, bawi się naszą wyobraźnią, naszymi świętościami utartymi do symboli, czy autorytetów. Być może antenatom dedykuje Chyczyński swój wiersz (str. 14) pt. „ANTENATOM” – a brzmi on:
    stara poezja kunsztem tylko była z dala od życia – krzywią się poeci dziś trzeba mięsa: pies krowa kobyła zamiast pegaza wyżej nam poleci!
    Snuje autor dygresje do tego , że kiedyś proza pożywiała się i poezją i wychodziła z niej a dziś poezja żywic się chce prozą i zejść jak najniżej „może wyżej poleci !” – Oby! -zatem te wszystkie zabiegi ?. Wydaje się, że poeta „nowej generacji” nie chce już przechodzić na ulicy po światłach – idzie na opak, łamiąc porządek… nie przestrzegając prawidłowego ruchu na ulicy? Wyśmiewa tym samym otoczenie, szydzi z tzw. prawostronnego ruchu, być może wyśmiewa kicz (?) – ale myślę, że wyśmiewa kicz, który według niego takim pozostaje, albo takim się objawia – jakby z czystej nudy (?) – Oto wiersz (str.15) „WILKA MORSKIEGO ŻART”
    blacha na półce to herbata
    w ramkach Alina i syn Bolek
    tu z miedzi Chrystus tam herb „ATAK”
    raz obok siebie dwa symbole

    w muszli zaklęty krzyk rybitwy ( pamięć o delcie w Orinoko?) horror kaseta film „Ryb bitwy” leży pomiędzy – kij ci w oko !

    A więc „kij w oko” nam wpycha – niech się dzieje co chce, mówi poeta: żeby bolało, żeby pozbawić starych widm, żebyśmy krzyczeli, pomieszani – już jesteście pomieszani ! – Wydaje oktawy wysoko ! – Jest w tych wierszach cedowanie wszystkiego na tzw. „Kiepskiego” i jak ów KIEPSKI się stawać może… Jest cedowanie bólu na odbiorcę i branie sobie jego utajonego bólu na własne przetwory i potrzeby, aż do perfidnej wyobraźni. Surrealistyczne ośrodki pojęciowe dają w efekcie autorowi pozwolenie na prowadzenie takiej szyderczej semantyki w tych wierszach, zastosowanie swobody i absolutu daje pożądane efekty (?).
    – Reasumując – tomik wierszy Stanisława Chyczyńskiego pisany w iście frywolnym stylu, gdzie autor poczyna sobie z gry w grę, zestawiając je w fabuły mówiące o destrukcji człowieka „wieku przełomowego” – po to, żeby wyrazić wizje świata, który w efekcie nie jest sanktuarium, a światem globalnego zła i zagubienia, jest Ciemnym Ogrodem i miejscem także na zastanowienie. Musi, wydaje się, poeta użyć takiego samego języka, żeby przemówić trochę w takim stylu dekadenckim. Wydaje się, że zamierzył swój cel, uświadomić nam taką właśnie formę pojęciową, żeby zwrócić uwagę na człowieka bezdusznego, zagubionego i sfrustrowanego, nawet zestresowanego a przede wszystkim zagubionego w elektryczno-komputerowej pielgrzymce do edenu. Jest człowiek omamiony i jest omamem u Chyczyńskiego, ale też jest inteligentem o nabytych wadach, które powszednieją. Pobrzmiewające tony, czy słowa, np. z Grochowiaka, czy Gombrowicza, Wojaczka, Witkacego (?), innych, zagrywają u Chyczyńskiego na dość wysokich oktawach i we własnym stylu mieszają się jak niebo z ziemią. Poprzez to – kto wie, czy nie osiągnął autor swego zamiaru ? tylko wciąż pozostaje mi pytanie do autora – tylko po co ?! – i na co ?! Bierze sobie autor do swych poetyk, do swych tekstów imiona innych, czasem łamie dekalog, czasem przywołuje diabła (?), bierze imiona Elżbiety NEWER MIND, Ewy, Grochowiaka, SeX Pistols, Don Kichota, czerpie z Kafki, Freuda i innych, przechodząc na przemian do Gotyku żeby szczytować jak np. w wierszu (str.30) mówiąc: „…kusi mnie jeszcze mały szatan” (…)”… sztywnieje z wiekiem duszy pała”… itp. rzeczy przechodzące w całkiem inne znaczenia – a to wszystko dzieje się na górach Beskidu Wyspowego. Bierze sobie, być może, przeróżne atrybuty, autor do swych poezji po to, żeby pokpić co zbyt często się okazuje z historycznych znaczeń, utarczek, z tego co sankcjonuje dobro czy zło w równowadze, przechylając szalę sacrum demonstracyjnie na profanum, w dodatku profanum sztuki (?), perfidnie zagrywając z całej sfery uczuć, z duchowości współczesnego człowieka, uwikłanego w subkultury, w obyczaje „ameryki”, w pasywność, czy banał (?). Pyta i buduje przykłady destrukcji, czasem analizuje i dewiuje z siebie – oznajmiając takie wysokie „GIE” ze swego Ciemnego Ogrodu i chyba mu się to udaje (?). Żeby powiedzieć o tym, na pewno należy zajrzeć do tego wydawnictwa, choćby z ciekawości…. która się czasem nam przydaje. Zatem Oktawy czy Supozycje ?
    Zbigniew Kresowaty

    Stanisław Chyczyński, Oktawy mimo wszystko, Wyd. Magazynu Liter. Warszawa 2000 r., s.40. ISBN 83-87690-30-9 Red. serii K. Witkowski

  • O wrażliwości prawdziwej

    o książce „Ćmy” Franciszka Nastulczyka

    Wiersze Franciszka Nastulczyka zgromadzone w tomiku Ćmy prezentują niespotykaną wrażliwość na otaczający nas i zmieniający się świat. Wydaje się to oczywiste bo któż inny jak nie poeta może najsprawniej dysponować instrumentem swojej wrażliwości. Jednak Nastulczyk nieustannie drąży tę wrażliwość w sposób egzystencjalny, jak swego rodzaju zagadkę postrzeganą nieustannie w najbliższym otoczeniu każdego człowieka. Poeta w zaskakująco prosty sposób buduje swoje wiersze na dobrym fundamencie wyobraźni. Poetę charakteryzuje duża subtelność refleksyjna, dobre ujęcie w fabule poetyckiej wzajemnych relacji zwykłej rzeczywistości i uniwersalnych odniesień potocznego życiowego doświadczenia. Ta poezja pozostaje naga – ktoś nawet powiedział, że oczywiście naga – bo wyzbyta jest upiększeń, dodatków, pustej poetyckiej gry, zawartej tylko w samych słowach. Nastulczyk nie potrafi mówić w próżni, nie używa słów, które tylko wypełniają przestrzeń wiersza bez nadawania mu dramaturgii i dynamiki. Wiersze tego poety naładowane są uniwersalnym wewnętrznym znaczeniem, jak kamienie światłem. Poeta nie uchyla się jednak od stosowania efektów kolorystycznych w swoich wierszach. Wiersze jak ćmy garną się do światła, blade, trzepoczące skrzydłami za szybą, jak pisze poeta:

    za oknem jasne ćmy wirują
    przysiadają na szybie
    wpatrują się w ruchomą ciemność
    która mnie przyzywa

    Autor sam określa czym dla niego, jako obserwatora, są codzienne przeżycia przeradzające się w wiersze – tylko to co najszczersze, przesłanie chwili, dobija się najbardziej do jego wyobraźni. W wierszu Mądrość poeta stwierdza:

    w nieszczelnych oknach
    oddech wiatru
    otwartą szczeliną
    cierpienia wchodzi mądrość

    Poeta przeszukuje te nieszczelne przestrzenie aby odnaleźć w nich prawdziwe wartości, zmierzyć się wewnętrznie z każdą przemijającą chwilą czasu, jako czymś niezauważalnym, znikomym, ale szczególnie ważnym. Przeszłość jest żródłem doświadczenia, które pozwala odkrywać drogę do mądrości, jak w wierszu Po co:

    byłem szczęśliwy
    nie miałem nic
    śmiał się ze mnie świat
    co miało się zdarzyć
    to się zdarzyło
    obcy był mi płacz
    za czasem minionym
    byłem obecny wszędzie

    Autor zdaje się rozumieć siłę bezkompromisowego świata natury. Po takiej wiedzy, jakie przebaczenie ? W tych słowach T.S. Eliota zawiera się także świadomość poetycka Natulczyka.
    Tomik podzielony jest na cztery części. Nawet nie zauważyłeś, że umilkły ptaki – to tytuł drugiej części książki. Spotykamy w niej takie słowa jak chłód, śnieg, kapitulacja, blask, gloria, wahanie, pożegnanie, będące tytułami wierszy, które najbardziej do nas przemawiają, odwołując się do takich wspólnych nam wszystkim doświadczeń jak codzienne przemijanie, przemilczanie zła, czy wręcz zakłamywanie rzeczywistości.
    Milczące pożegnanie dla uważnych to tytuł trzeciej części książki rozpoczynającej się wierszem Bystrzyca:

    przesłałem widokówkę do siebie
    (dotarła sucha i bez zapachu)
    jak wrzos mak i pałka wodna
    (kwiaty minionego lata)

    Wiersz ten uprzytamnia nam, że każda widokówka ma dwie strony, zwłaszcza widokówka czyjegoś człowieczeństwa. Gdy ją sami sobie poślemy, spojrzymy refleksyjnie, świeżo, na siebie, za siebie i w świat swojej niepewnej egzystencji, uświadamiając sobie, gdzie się właściwie znajdujemy.
    Odmawiaj zgody na nieistnienie to tytuł ostatniej części tomiku, będącej poetyckim protestem przeciwko przemilczaniu istnienia człowieka i jego niepowtarzalnej egzystencji zdominowanej poszukiwaniem wartości zaginionych i znikających. Myślę, że warto sięgnąć po taką książkę poetycką, w której wspólnie z jej autorem mamy przez chwilę szansę na odsłonięcie niewielkiej części tajemnicy życia za pomocą wierszy, pomimo tego, że bywają tylko nocnymi ćmami….

    ZBIGNIEW KRESOWATY


    FRANCISZEK NASTULCZYK, Ćmy ( i inne wiersze), wyd. Wydział Kultury i Sztuki
    Urzędu Miejskiego w Bielsku-Białej, Bielsko-Biała, 1997.

  • Pytanie o istnienie czy katharsis?

    o książce „Pejzaż w cierniach” B. Urbanka

    Wszystkie próby rozwiązywania życia za pomocą słowa czy języka sztuki to zadanie o iście charytatywnym charakterze. Ukazywanie całego „pejzażu w cierniach”, czyli zachodzących w związku z tym okoliczności ma zawsze na celu uzmysłowienie nam, przeistaczania się w związki z naturą – w tym i tą metafizyczną. Tom poezji Lesława Jana Urbanka wydany przez Wyd. RAT w Rzeszowie w 2000 roku jest swego rodzaju uosobieniem w/w, najogólniej rzecz biorąc, powinności twórcy, poety.. .Ale i ten zbiór wierszy jest rodzajem zwierciadła, oprawionym w „głębię własnej duszy” ustawionego w dystansie do metaforyki frywolnych poczynań twórczych. Autor pokazuje nam wiersze, w których, jakby nieopatrznie, jest dużo o bólu, po to żeby przeżywać, a w efekcie zdobyć się na dystans do świata, który jest brutalny, nieubłagany, a nawet podstępny przez swoją naturę… Nieustanne czuwanie nad wymiarem swej duszy jest zadaniem poety. A tu w tej poezji uzewnętrznia się ono i wprowadza ruch i poszukiwanie przez całe otoczenie dotykalne. Całe byty pytań, zadawanie ich o cały sens istnienia, podejmowanie w związku z tym pewnych działań, nawet dziwienie się sobie, dla poprawy wizerunku sumienia – to działanie autora które także stoi w tle, czyli w pejzażu tej książki. Takie ekspresyjne niejednokrotnie fazy, czy skupienie nad czasem zastanym, przeistaczanie swego ducha, czy kondycji jego w stronę sacrum – to jakby dalsze, inne cele tej poezji, o ile tak to można nazwać (?) – „PEJZAŻ W CIERNIACH” to patrzenie przez całe kontemplacyjne tła, i reflektowanie tego w swoich korzeniach (być może i dlatego książka dedykowana swoim rodzicom ?) – to cały cykl kontestacyjny otoczenia przeszłego i przyszłego – to jakby jeden czas. „DOWCIP” (str.7) u autora „polega na braku dowcipu” – czasem wydaje się, że poeta zbyt poważnie traktuje poetyckie działania, że stawia je ponad – tak jakby były to modlitwy (?), mówi:

    (…)
    bo po co od praptaka
    lecą ptaki na złamanie skrzydeł
    za rozmokłą granicę
    na końcu smutku
    w okolice słodkich marzeń
    inwestować
    Poeta „od ręki” stawia siebie na linii odzyskiwania pewnych uniwersalnych znaczeń, lecz nie za rzecz „słodkich ciasteczek”! Żąda sam od siebie konkretu, podbudowy fundamentu (?) z którego powstaną konkretne wartości…
    Autor w dalszej części książki mówi jasno, że ma jakby na celu odwagę przyznawania się do własnych słabości i boleje nad nimi, a jednocześnie przez tę odwagę kształtuje, jakby oczyszcza się (?). Chociaż bywa w dylemacie czasem. Wiersz „DYLEMAT” str. 10 mówi:

    Masz odwagę się przyznać
    że pragniesz skały obdarować duszą
    a urodziłeś się zbyt wcześnie
    nie domyślając się
    o co właściwie chodzi

    Wersyfikując znaczenie tych słów, odnaleźć się daje tu takie znaczenie dla autora, który stawia głównie na przeżywanie otaczającego świata, poprzez dotyk ciałem i jego zmysłami, a które to zmysły mogą być budulcem lepszym dla uduchowienia, bo przechodzi się wtedy przez materię, jak przez przysłowiowe „ucho igielne” (jak wielbłąd), z całym garbem, bagażem doświadczeń nabytych wcześniej. Wiersz bez tyt. (str.18)

    (…)
    o
    gdyby ludzkie stopy
    mogły zapłakać
    bo nie zawsze się udaje
    uniknąć zbędnych słów

    Uzmysławianie nam, że zbyt dużo podejmujemy dla słowa, a czyn okazuje się znikomy i mały dla tego wymiaru, dla jego wartości, stawia znaczenie bolesnego katharsis -być może i to jest cierniem (?). Poeta czuje się źle w otaczającym świecie – myślę, że nie czuje się tak – bo taki jest lub bywa jego stan duchowy! Jednakże branie na siebie goryczy, strachu, niepokoju, czy winy, to często świadome podejmowanie tego rozbudzenia w dochodzeniu do pewnych jednak, nadziei – czego nie brak w tej poezji. Często ta poezja wynagradza się za trud bólu i cierpienia… Wydaje się, że poeta zamierza te stany po to, żeby nie mieć złudzeń, lecz zapracować na dobro (?). Przeżywanie siebie w otoczeniu kwiatów, drzew, ptaków, czy poszczególnych krajobrazów zapachowych do przyrody – to dotykanie atrybutów owego życia danego „z całym dobrodziejstwem inwentarza”- i jest to czasem wewnętrzny protest, na tyle wszystkiego naraz! Rozpatrywanie tego świata sobą samym do szczętu, do bólu, to najszczersza próba oczyszczenia, to kreowanie swej urody czasu i bytu w którym się znalazł z nadania siły wyższej, na spełnienie (?)… Wszystkie ciernie u autora, nawet te które nie godzą się być w tym słowie, one także bolą, bo nie dotykają – a powinny, lecz są łagodne. Zatem ukryty bunt jest w tej poezji, nawet rozterka (?). Umieszczanie się w okowach przyrody ma uświadamiać, jak się wydaje, naszą małość, naszą małostkowość, takie przemieszczanie się między światami żywymi, dotykając jedynie okiem, czy innym zmysłem… Ukazywanie zagubienia w materii otoczenia, szukanie wyjścia z niej, jest naturalnym odruchem wrażliwości, czego nie brak autorowi. To jakby nawracanie się na stwórcę, na siły nadprzyrodzone, które cząstkami tkwią w nas. Mówi wiersz (str.53) pt. „Między pęknięciem skorupki jajka”:

    (…)
    każde wczoraj objawione
    w pulsacji nieznanego wiersza
    opanowującego burzliwie
    komórki jego kościokrzewu
    sprzysięgło się przeciw niemu
    by już nigdy nie mógł
    należeć do siebie

    I to jest jakby przewodnim znaczeniem tej poezji i klimatu jego metaforyki, takie tworzenie, trwanie w zadziwieniu, trochę radosne rozdarcie, ciągłe niepojęte narastanie ku katharsis, w refleksji całej użytej siły na zamierzoną niedojrzałość we wnikanie – po to, żeby osaczyć bunt. Reasumując – jest tu przeżywanie zastanego świata, zdziwienie zastaną prawdą i jej światłem w pejzażu, który utknął jak drzazga w nodze, który utknął w kolorze natury (?) To oczywiście refleksja nad skazaniem się, nad pogrążeniem nad prawdą absolutną, oraz prowadzenie do oczyszczenia się przez dotykanie ciałem. To poezja trochę filozoficzna, w ruchu, w trosce przed brutalnością – poezja mozołu myśli i ócz – dedukowanie ku człowieczeństwu i jego zasadom bytu, ku wszelkiej naturalności.

    Zbigniew Kresowaty
     

    Lesław Jan Urbanek, PEJZAŻ W CIERNIACH, Wyd. RAF, Rzeszów 2000, ISBN 83-907162-8-3, s.70, Wyd. I

  • SEKWENCJE i ATROPIE TRWANIA

    O tomie poezji Andrzeja Waśkiewicza pt .” sekwencje i inne doświadczenia…”

    Za każdym razem, kiedy sięgam po książkę autorstwa Andrzeja Waśkiewicza , doświadczam -dawnego w nowym – nowego w dawnym… Całość tej twórczości można już dziś śmiało określać jako wybitną i wyjątkową oraz szczególną. Autor „od dawana” pisze jakby jeden poemat podzielony na fazy, wchodząc w poszczególne „nowia” sekwencjami i jako doświadczony , (także podróżami ,) rozwija je stosując własny odrębny język ,pod którym bywa TO co rzeczywiste ,czyli ważne i cenne… Autor ( orientacji „Hybrydy”) ponad 30 tytułów tomów wierszy ,także wielu zbiorowych ,i antologii jak i wyborów wierszy różnych pokoleń, włada czystym nie skażonym językiem bez post -modernistycznych i popisowych konceptualnych udziwnień czy metafor. Dziś ma swój język, który budował od dawna ,doświadczając pracy dziennikarskiej i redaktorskiej… Poeta i krytyk w jednej osobie, lecz dziś w tym omówieniu tylko poeta doświadczony tzw. epifonijnej dykcji ,gdzie konfesja była rozpoznawalną cechą jego poezji ,w której jest zawsze miejsce na przestrzeń wolną dla zmysłu czytelnika, na dopowiedzenie… Retoryka w tym tomie poezji, jest u autora zinterpunkcjonizowana , czyli trwa na specyficznej linii napięć, oznaczona : kropką ,czasem przecinkiem, myślnikiem , średnikiem ,itp. Taka interpretacja pozwala na pewno na dużą rozbudowę znaczeń idących w emocję czytelnika…Warto dodać ,że poeta powoduje tu podmiotem często w semantyce sennej wędrówki, której następstwami są jakby takie „przejaśnienia” i „cienie”, przechodzenie z mroków w światło… Autor w swoim całym poemacie życia , które jest wędrowaniem, nie tylko w metafizyce zewnętrznej -ale i w sobie, czyli wewnątrz , swoim „trzecim okiem” dotyka obecności ,w tym i tych napotykanych -obszarów i ich tajemnic stając gdzieś po środku ,żeby to co ponad wszystkim się rodzi odrębnie nazywać względnie ,czyli zwyczajnie, prawdą(?) bytu .Książka poetycka „sekwencje i inne doświadczenia dawne i nowe „jakby kulminacyjnie ujawnia to co dygresyjnie określiłem już wcześniej łukiem amplitudy…Ten tom poematów również stawia nas pomiędzy jawą a snem, tak jest też w tych poprzednich książkach poety, choć język tego poematu jest bardziej sformalizowany w stosunku do świata współczesnego ,na którym zawsze rodzi się nowa wrażliwość i odsłona nowych niepokojów. Pewnie wiek, który już odszedł na szczudłach krwawo ,a jednocześnie wyłonił cybernetyczne łapki wynalazczości , zakwita nie tylko wymyślniejszymi wojnami ale zmienia ich psychologię ,i jakby wraca na cyrklowych nogach , jawiąc się poecie w takiej wstrząsającej konfesji. A to musiało się odbić na piórze autora i zaczęło się( być może )w tomie „mirbad,7”. To właśnie w tym tomie poetyckim autor dość awangardowo wyraża się w stosunku do miejsca chwili, być może hybrydami zaciąga wizje (?), lecz konsekwentnie idzie przed siebie, zakreślając kolejne łuki horyzontów… Wróćmy jednak do poematu „sekwencje i inne…”-Jest tu ,jak wspomniałem , mowa o snach, które nigdy nie są upokorzone -ale są jakby tłem nieskończonym, które rozpala się w mroku co rusz takim krzewem światła dziennego, często bliki jego wnoszą paradoksalne znaczenia estetyczne do tekstu i wartości poetyckiej… Przytoczmy, bo już czas, kilka wersów tego poematu (str.7):

    wśród porzuconych gazet opuszczonych domów / w mieście tkniętym zarazą / nie dzielącą z nikim / swego istnienia / pleniły się zdarzenia / rzeczy trwały / suwerennie ślepe jak kula istnienie /…/twoje niepewne jest – rozgrywa się między / na krawędzi jawy i snu / raz dzieje się mniej raz więcej/…
    -Takie właśnie miasto: rozległe – ogromnie duże, „wciela się w sen i trwa nieruchomo…” -To tak jakby przytoczyć „Raport z miasta oblężonego (?)” …,ale witanego nieustannie bolesną radością , miasta opuszczanego w mrok ciężarem nieznanej jakiejś winy z poetą…A jednocześnie miasta zdającego się sobie tuż pod nogami. Poeta jest tutaj przybyszem i choć pozornie bywa spóźniony- to odnajduje swoje „niespóźnienie” celne miejsce na wypowiedź i ani chwili nie zaniedbuje. Jest poeta tutaj w stanie zawieszenia, którego nie umie , lub nie chce się pozbyć- Chce iść ciągle dalej. Jest to świadomość jego postawy . Staje autor na pewnej interlinii i rozwija ją ,a i siebie jednocześnie ku sobie przedsiębierze jak tajemnicę na ciąg dalszy ,w której obecnie tworzy… Można zastosować tutaj powiedzenie-tezę, że poeta milczy w swej egzystencji, a po przez to wydłuża jej linię. Poemat Andrzeja Waśkiewicza nie kończy się właśnie ,bo przechodzi np. w tej książce ,w II cz. pt .”dwadzieścia pięć wierszy” w następny poemat ,który może być tutaj jest reflektorem własnych emocji i ramieniem przedłużenia „w drodze” -oświetla tzw. światłem „dziennym”. ..Te „dwadzieścia pięć wierszy” z książki mogą tutaj oczyszczać: mrok rozświetlony -sen ,i dowartościowywać CZAS jaki wydobywa się jako pierwotność z poety z początku poematu . Jest to odliczanie (godzin-sekund): pierwsza, druga, trzecia, czwarta, piąta (morena zima), szósta, „p o r a n e k” ;młot, miasto (notatki) itd. Przechodzi narrator w autorze z wyczekiwania, jakby z mroku, w konkretne światło, które rozjarza rzeczywistość: wcześniej śnioną ,i scala razem w całość podmiotowość . Przytoczmy wersy z tej II części (poematu) książki z „dwadzieścia pięć wierszy” – choćby wiersz (str.49)

    …/co chciał powiedzieć ten nieznany wiersz/ w imię jakiej całości nim wybrał / najlepsze z możliwych rozwiązań/ …
    -Autor jakby podświadomością włada i pyta szeptu w niej błądzącego czyli milczenia swego obecnego dotkliwego , gdyż czuje już kolejną kulminację , którą może nazywać się „krzew gorejący” (str.50)-Przytoczmy zatem kolejne wersy:

    ani prawda ani kłamstwo / po prostu / ciemne w ciemnościach nierozstrzygalne sprawy / na przykład / żarnowiec płonący na wzgórzu / w ciszy /…
    Poeta stara się pozostawać w tej wizji obecnie nadrzeczywistej, być może surrealnej, choć kiedyś obecnej realnie. Zatem tu właśnie warto przytoczyć i tę czerń :faszyzm widziany okiem autora dotknięty ongiś i przeżyty ,co uzmysławia wybitny krytyk Marian Kisiel…Poeta stara się podświadomie iść: „spokojnie w odwróconej przepaści, brzegiem rzeki ” i można tylko dodać – nie świadom ocalenia świata Jedynego- To właśnie tylko głos jego wie o tym, że właśnie ocalał ,lecz to ocalenie było okupione (tu słowa autora) „śmiercią gruzów” –Dlatego jest piękne! –Tu poeta równocześnie używa odwagi… Później następują wiersze wychodzące z siebie , być może chronologicznie ,jako pewien ciąg nie tylko myślowy ,ale podzielony na tytuły: „zdarzenie” , „wersja kolejna”, „śpiew”, „notatka II” ,i kolejne pozostałe wiersze- To ciąg wartościujący poetę i witalność. To nie martwy język – to „epizod -25 XII.1989 „-(wiersz str.74)niekończący się, nie zapominający się… Nigdy .A mówi tu poeta:

    nocą / śni się upadający w przestrzelonym płaszczu / krew / wsiąkająca w ziemię / ciemne światło / martwego języka /…
    Na pewno odnosi się autor do antropologii ,że dokąd nie wsiąkną wojny w ziemię, trwać będzie ciemne światło, czyli okrucieństwo martwicy duchowej na filmie pamięci …Ta ciągła świadomość poety znów jak krzywy wektor łukiem powraca , opada, „to znów wznosi się i łowi z dużej fali…”( to z mego wiersza.)- I być może czasem udziela się nam (w tym poemacie) poezja mroku :surrealna jak wspominałem ,która rośnie w sobie. Czasem poeta świadomie przytacza ,jak się wydaje ,sentencje dygresyjnie z różewiczowskiej prozy na przypomnienie klatek poszczególnych fraz również z naszej klasycznej pamięci jako wspólnoty z „prowadzony na rzeź ocalałeś…”- Mówi poeta ,że znów przechodzi metamorfozę (?)na zastanym nowym śmietniku ,co oznajmia w wierszu „bez tytułu” (str.77)

    pomyśl –zaprawdę jesteś dzieckiem szczęścia / dzieciństwo – pod bombami- lecz jednak przeżyłeś / wyszedłeś z płonącego miasta nie zginąłeś / w kolumnach idących do…

    Być może Andrzej Waśkiewicz przekłada krzywkę obeschłej pamięci na racjonalizm ,który jest godnością natury takim DNA i jej prawem się upomina ,jakby wychylony z niepokoju nago jak ciało-rana…Być może tak-być może nie! – odpowiedziałby głos różewiczowski.
    -Autor jako narrator dość często wybiera się w podróże pomiędzy dwa kolory to: czerń i czerwień . I jak można się domyślać ,co było już wspomniane :czerń-faszyzm i czerwienie : stalinizm, maocetungizm, TAM udaje się często merytorycznie, właśnie tam gdzie miały miejsce inne zawirowania zgoła inne kulturowo mające wpływ na obraz całego Świata. Przypomnieć należy ,co nie jest bez znaczenia ,były podróże poety do Iraku, z czego powstawał wspomniany tu „Mirbad,7”-Czyli poeta na pewno tworzy z autopsji- Ta książka jak się dowiadujemy jest podróżą do Chin na plac „krwawiącego gruzu” ,i wydaje się można jedynie na fotce uchwycić tę wrzawę ,choć dziś milczy jej muzyka w uszach autora. Poematy Andrzeja Waśkiewicza są zawsze świeże , nie tkną nutkami zgorzknienia, lub patetyką –A płyną ze snu w Jawę i utwierdzają się w kolejną książkę taką „pewną tabliczkę” (to tytuł wiersza-str.95). Ale chcę już całkiem na sentencję przytoczyć wiersz wcześniejszy (str.89) pt. ” plac tienanmen” ,wychodzący z fotografii pamięci z ciemności negatywu , który jest tutaj jamą wklęsłą na zawsze wduszoną w ziemię prozą…Oto wersy tego wiersza :

    fotka / zrobiona przez leszka ż. za drugim pobytem / na placu / wcześniej było zbyt ciemno ale plac / tętnił życiem / sprzedawcy latawców / czerwonych książeczek talii kart / z ludźmi saddama i nim samym / / elektronicznych gadżetów /…/ zwykłe życie na dużym placu wielkiego miasta/…
    Zatem narrator jest wciąż TAM gdzie milczenie w świetle czasu drzewiej kipi i reflektuje się TUTAJ –Ego wpatrując się w fantomy własnego przeznaczenia, które jest i naszym światem, dlatego nie może być uładzone, ale drzemie głośno i czeka atropijnie w dalekiej wiosce Ziemi.

    Zbigniew Kresowaty

  • Noc pełna jak arka

    o książce Grzegorza Bazylaka

    Rzekł Pan do Noego: Wejdź do arki ty i cały twój dom, bo widziałem, że jesteś sprawiedliwy przede mną w tym pokoleniu – te słowa z Pierwszej Księgi Mojżeszowej, przytoczyć można, a nawet trzeba, przystępując do lektury nowej książki poetyckiej GRZEGORZA BAZYLAKA z Łodzi pod tytułem Gdańska noc. Otóż, już po przeczytaniu kilku wierszy zaczynamy się orientować w treści i zawartości tej książki, w której poeta stawia nas w dość niecodziennej sytuacji. Sytuacji traktującej o nastroju jaki wytwarza sie przed rozpoczęciem długotrwałej podróży w nieznane rejony świata natury, ale także w nieodkryte strony natury ludzkiej. Poeta sobie i nam proponuje na spowiednika postać biblijną, która obdarzona została pełnym zaufaniem Boga, postać Noego, od którego niegdysiejszego wyboru uzależniony jest obraz naszego świata naturalnego.
    Gdańska noc to po prostu dobry pomysł na książkę, która traktuje o wierze, nadziei i miłości, ale w sposób dość pesymistyczny, ukonkretyzowany. Kiedy poeta zostaje sam na sam z wielką wodą, którą może być także i ta dzisiejsza ciemna noc, gdzie tylko małe światełka mogą dawać znaki, jakby wołając o pomoc, lub kiedy poeta staje sam na sam z wielkim morzem, jemu właśnie może przyjść do głowy, że właśnie znalazł się na takiej arce Noego, że cała kula ziemska jest takim miejscem. Punktem przestrzeni mniejszym niż cały kosmos, gdzie należy w czas nadejścia czegoś ważnego, wyspowiadać się.
    Tym spowiednikiem, napewno dla poety, jest Noe, od którego wyboru zależał nowy obraz przyszłego świata. GRZEGORZ BAZYLAK, wydaje się, bardzo trafnie w y b r a ł miejsce, gdzie należy to uczynić, gdyż jest to miejsce nie tyle historyczne, ale szczególnie ważne, na brzegu całej Polski, o której też jest mowa w tej książce.
    A jest mowa w tej książce o wartościach uniwersalnych, i można śmiało to powiedzieć, wartościach niepopularnych dziś dla i w poezji powstającej w środowisku młodego pokolenia i nie tylko. A więc staje poeta przed ważną podróżą do żródeł…
    Droga do żródeł może być tylko pod prąd, może być tylko walką z przeciwnościami, gdzie czyha nie tylko pojedyncze zło, ale jego wielorakie postaci, które gromadziły się w ciągu wieków. Ujawnienie swojej tęsknoty do atrybutów prawdziwego człowieczeństwa jest świadectwem wielkiej odwagi poety, a podjęcie w tych okolicznościach rozmowy z Noem jest szczególnie ważną czynnością.
    Nie przypadkiem niewielki tomik poezji GRZEGORZA BAZYLAKA rozpoczyna wiersz Księgi i tablice. Przed każdą długą podróżą trzeba stanąć przed drogowskazami, mapami, oraz modlitwą, jaką mogą stać się …..wiersze. Wyrażone w nich pragnienie poety, kiedy wśród czasowników poszukuje perspektywy i wsłuchuje się w dzwony wygasłej przestrzeni, może być zarazem znakiem kierunku wybranej drogi, jej udanym początkiem.
    W wierszu Incognita poeta stwierdza mówisz Noe / że nie wierzysz / w to co mówię / a przecież / powtarzam tylko / to co usłyszałem / dziś nad ranem / między wdechem / a wydechem krwi …Poeta mówi tutaj o znikomości przeżywanej chwili, która jednak jest istotna, tak jak czymś istotnym i pełnym wartości jest sama arka Noego, ziemia, brzeg, na którym jeszcze stoi, chociaż właściwie jest już w drodze, oddalony od niego na tyle, aby nagle odnaleźć się bardzo blisko zapoznanych skądinąd miejsc, znanych jakby z przeszłości. Stąd wiersz Nad Jeziorem Genezaret przywołuje okolice, które są miejscem pewnej genezy, początku, czymś z niejasnej, nieświadomej przeszłości p o e t y, a nie jego spowiednika. Zatem to p o d r ó ż n i k pyta czy arka jest gotowa na spotkanie z taką inną, poza ustalonym czasowym i przestrzennym porządkiem, rzeczywistością. Poeta pisze ulewne deszcze / doniosły do ziemi / bezbarwne zatoki / pozbawione ryby / Ich krzyk donośny / noc na części dzieli ….Ukazuje się poecie w tej drodze do żródeł wszystko to, co odeszło, ale co w każdej chwili może, i powinno, ponownie ożyć. Mamy nieodparte wrażenie, że trzeba coś naprawić, uratować, właśnie wręcz zabrać ze sobą. Poeta zapytuje, chociaż nie wprost, na przykład w wierszu Exemplum necropolia Lodzensis, czy jest jeszcze miejsce na arce dla umarłych, ale zmartwychwstałych, jak postać i obraz Chrystusa, czyli czegoś, czego trzeba dotknąć, żeby uwierzyć. Rana jest większa niż nam się wydaje, ale trzeba jej dotknąć, choćby tylko wzrokiem, to konieczne. Wszystko to, co ocalało po biblijnym potopie, jakby na potwierdzenie tego ocalenia, poeta przeżywa ponownie z Noem, a właściwie z jego duchową istotą, która pozostała nieskażona, stając się przez to czymś materialnym, miejscem trwałego dobra. Wydaje się, że autor tych wierszy wie, gdzie jeszcze znajdują się takie m i e j s c a.
    Jednym z nich są wiersze, które w obliczu spowiednika, w tym przypadku Noego, nie mogą przecież być czymś innym jak rodzajem modlitwy, naznaczonej wiarą i miłością, a nawet litością. W wierszu Z doświadczeń poeta mówi zostając w ziemi / deszcze pozostały te same / w opadaniu Kto pierwszy / Nic się nie zmieniło Wszystko / z tego czasu pozostanie / nie nazwane, Noe. Czyli w kolejnych słowach – Kto, Nic, Wszystko, Noe – poeta wylicza i stawia jakby na jedną kartę cały stan rzeczy. To, co wokół siebie widzi nowego to Nic, a jednak Wszystko, bo jest tego całe bogactwo, nawet po kimś takim jak Noe i jego zbawiennym uczynku. Poeta, przebywając z nim przez tyle czasu, może całe życie, spoufala się na tyle, że stwierdza: Spójrz, Noe, są na tym świecie rzeczy o których nie było kiedyś mowy, gdy upychałeś na swoją arkę różne stworzenia natury. Skąd to się wzięło ??? To Nic i Wszystko, zestawione obok siebie, może oznaczać, że jest w dzisiejszym świecie wiele rzeczy bezwartościowych, nieprzydatnych do życia człowiekowi i , co paradoksalne, rzeczy te same w sobie stają się potopem w trakcie podróży przez świat, życie.
    Po takim wyznaniu pojawia się pewne wyciszenie i wiersz Sekwencja. Wiersz mówiący o nowym terenie poetyckiej penetracji. Poeta pyta siebie, gdzie jest, pisze w poszukiwaniu ojczyzny bezwględnej nadziei / okaleczałem się wierzyłem moim wrogom / milczałem pragnąc zrozumieć swoją samotność / próbowałem opłynąć jej brzegi żyjąc między wami / pragnąłem wznawiać zapomniane obrazy… Poeta rozpoznaje kolejny żywioł, zaczyna rozumieć, że jest tylko na małym skrawku arki, z przygniatającymi go problemami swego wewnętrznego życia. Czyżby okaleczyły go jego własne ułomne zmysły, dotychczasowe uporczywe milczenie ???
    Poeta czuje, że powinien coś zrobić, aby zrozumieć swoją sytuację, samotność, ale do tego trzeba się zatrzymać, choćby na chwilę, naładować akumulatory wyobraźni, wejść w kontakt z uczuciem pokory. Bo w oczekiwaniu na pojawienie się czegoś ważnego, skazani jesteśmy na poznawanie trudu wędrowania, aż pokaże się prawdziwy, wyraźny cel. Czasem ma się wrażenie, że znajdujemy się w niekończącym się, podwójnym labiryncie. Nasuwa się tu paralela z Homerowską Odyseją. Współczesny człowiek, jak Odyseusz zbłąkany, zmęczony wypatrywaniem brzegu …
    Wędrówka opisywana w tomiku GRZEGORZA BAZYLAKA może wydawać się w pewnym stopniu taką Odyseją, ale poeta kontroluje stan rzeczy, chociaż słyszy fałszywe głosy to było / najokrutniejsze / i coraz częściej / słyszę was…jak w wierszu Z labiryntu. Autor wydaje się potwierdzać pewien chronologiczny, ale i myślowy, porządek w docieraniu do obranego celu. Powroty do żródeł są przecież prawdziwą udręką. Próby naprawy życia ludzkiego, udzielania pewnych kardynalnych przestróg, także mogą być udręką. Muszę powiedzieć, że w poezji GRZEGORZA BAZYLAKA dopatruję się pewnych analogii do poezji ZBIGNIEWA HERBERTA. Ta biblijność, czy uniwersalność mitologicznych pojęć i odniesień, podobnie przeplata się i gra ze szczegółami wyobraźni w twórczości obu poetów. Wiersze są bardzo dobrze zbudowane, słowo trzyma się słowa, bo przecież tak jak na arce, nic nie powinno zawieść, zaszfankować. Tu musi być wszystko to, co dobre, a nawet uniwersalnie pewne.
    Na potwierdzenie trzeba dodać, że to bardzo dobrze, gdy do takich spraw, zabiera się równie znakomicie namalowane obrazy. Tym razem GRZEGORZ BAZYLAK wziął do swojej arki, czyli swojej książki, obrazy ZBIGNIEWA STECA, obrazy surrealistyczne, odpowiednie do podjęcia tego ogromu przemyślanych treści i opisywanych działań. Wiersze i obrazy wspaniale korespondują ze sobą, gdyż same są jakby labiryntami, z których przyszło nam się wydostawać. Labirynt może także być pewnego rodzaju arką, gdyż wiele tu miejsca na niespodzianki, grę, na logiczne dochodzenie do sedna, przy pełnym zaangażowaniu wyobraźni. Pod wysokim napięciem to tytuł jednego z zamieszczonych obrazów ZBIGNIEWA STECA, gdzie widzimy, jak samotny żeglarz próbuje połączyć się z samym sobą, poprzez dwa końce jednej łodzi, na której pokonuje przestrzeń. Łodzią tą może być jego ciało lub konkretny moment czasu – a więc próbuje połączyć dwa krańce arki, aby stając się jednością, zamknąć się w tym, co najważniejsze, czym może być na przykład jego głos, wypowiedź… A może ma to być sen, w którym ciało i czas tracą swój pierwotny, fizyczny wymiar.
    W znakomitym wierszu Sen czytamy sen odpoczynkiem nieprawda zamykam / oczy i krwi ciężar zmęczył mnie tak / bardzo że aż pociemniało w oczach / marcowe słońce zapachu naniosło a / wiatr porywa go ze mną i wnosi do… – wnosi na przykład do pokoju – przez otwarte okno Bezruch. Poeta jakby zamiera, ale nadal czuwa w tym dziwnym śnie, jak w wierszu…Drzwi się / otwarły a kroki nierówne na mięśniach / wydeptują ślady trzask kości tak / bolesny bo i we mnie coś się skrada… Wcześniej poeta stwierdza …marcowe słońce zapachu naniosło a wiatr porywa go ze mną i wnosi do tego pokoju przez twarte okno …, celowo jeszcze raz przytaczam słowa z tego wiersza, aby przybliżyć ciąg skojarzeń, który intuicyjnie, podświadomie, mógł kierować ich autora w nowe, aktualne sprawy. Mogą to być bardzo ważne problemy społeczne i nowej demokracji. Myślę, że jest usprawiedliwiony taki sposób mego odczytania tego tekstu, jako przypomnienie marca z przeszłości, marca politycznych ruchów. To idy marcowe, podczas których zostaliśmy boleśnie doświadczeni, kiedy rozpoczął się ruch umożliwiający powstanie własnej małej ojczyzny, a co z pewnością należy do przeszłości, ale przez cały czas pozostaje dla nas czymś ważnym. Takie czuwanie wciąż jest aktualne, konieczne, aby czegoś nie zaniechać, nie popsuć.
    Poeta na stronach swej książki wciąż pyta Noego, nagabuje i wprost prowokuje, a czasem ma pretensje, że tyle musiał zobaczyć, poznać. Ale jakże piękny może być ten ciężar poznawania. Ile przynosi radości, chociaż poznawane prawdy zdają się oczywiste, ale odkrywane muszą być wciąż na nowo – to bardzo ważna konstatacja. Odświeżanie człowieka. Wydaje mi się, że Poeta zabrał się do tego dość świadomie, gdyż na swoją książkę znalazł bardzo dobry pomysł. Zapragnął także coś mieć z tego dla siebie. Pragnie, żeby jego książka przyczyniła się wprost do postanowienia poprawy. Ta uporczywa przeprawa przez czas ma nas nakierować na umiejętność dobrego wyboru z tego co zdołamy poznać. Wchodząc w obszar nowości, każdej nowości, powinniśmy inicjować i określać ponownie zawartość arki, czyli nasz los, i wybrać na czas dalszej podróży lepsze znaki. Prawdopodobnie poeta pragnie nas przygotowywać do wejścia w nowe tysiąclecie, jakby w tę nową arkę. Świadomie przedstawia nam swój światopogląd, szkoda, że trochę pesymistyczny, ale jest to chyba celowe, aby stało się zadość poczuciu całości, pełni.
    Podoba mi się, że poeta stara się w swej książce zbliżyć nas do natury, przyrody. Kontakt z naturą oczyszcza, jest rodzajem Karmy. Poeta mówi dość tzw. epoce zła, dość oszołomstwu, dość bezkrytycznemu przyjmowaniu aktrakcyjnych lecz pozornych półprawd. Gdańska noc, to taka jedna, szczególna noc, czy może sen nad morzem, takie jedno spojrzenie w duszę samotnego człowieka, ogarniające wszystko co było, co jest i co będzie. Noc gdańska, jako miejsce z grudnia 1970 roku, zapamiętana przez poetę, który z racji swego życiowego doświadczenia także może być Noem i rozmawiać sam ze sobą, po prostu ze sobą, tak naprawdę. Albo poszukującego kogoś z kim tak naprawdę, bez obawy, można porozmawiać o czymś ważnym, nieznanym, o tajemnicach życia. Poeta rozwinął przed nami tę tajemnicę życia za pomocą podjętej rozmowy, próby dialogu. To bardzo ciekawe i pouczające w obecnym czasie, gdy trędowaci przybierają na sile. Gdy szaleje taniec strzykawek i torturują się ciała w hotelowych zakamarkach, w biały, czysty dzień. Wydaje mi się, że to przeciw tzw. kulturze śmierci, poeta mówi wprost, używa w trakcie tej niesamowitej, niespokojnej Gedanensis nox uniwersalnych słów – nadzieja, wiara, miłość, pogarda, litość. Przywołuje coś, co znakomicie wyraził przed laty krakowski poeta WOJCIECH KAWIŃSKI, a mianowicie prawdy najprostsze / one jeszcze nas budzą / gdy śnimy wypełnieni / zawiścią (z tomu Śpiew bezimienny, 1978). Czasem to niezbędne, ta odrobina pokory, gdy potrzebą staje się namysł, refleksja nad własnym życiem.
    Zbigniew Kresowaty
    Wrocław, 22.07.1998


    GRZEGORZ BAZYLAK, Gdańska noc. Ilustr. Zbigniew Stec.
    Ogólnopolskie Stowarzyszenie Literatów, Włocławek 1998, str. 40. ISBN – 83-909657-1-2

  • Kontemplacja przeznaczonego

    o książce „Landrynkowy Areszt” Bożeny Budzińskiej

    Oryginalna pomysłowość już dawno dała się poznać jako immanentna cecha twórczości literackiej Bożeny Budzińskiej. A przecież oryginalności zwykle oczekujemy od autora oddającego nam do rąk swoją kolejną książkę. Landrynkowy areszt to następna przygoda tej gdańskiej poetki i pisarki, prezentującej w tym tomiku pomysł, który zwraca czytelniczą uwagę w momencie, gdy dogasa nasz wiek, epoka niosąca ze sobą frustracje, rozterki, ślepe nadzieje i złe gusty, akceptowane często jako dobro. Wydaje się, że tym razem autorka wykorzystała coś w rodzaju „trzeciego zmysłu” jako sposób na przedstawienie tej nowej kondycji człowieka. Książka ta stanowi jedną z całego szeregu ostatnio wydanych tomików poezji, w których ich autorzy przede wszystkim zdają się ironicznie mówić „ciekawe czasy czekają poetów, skoro nimi wszyscy jesteśmy…” Ale omawiany tomik zwraca uwagę podsuniętym w nim pomysłem umożliwiającym przezwyciężenie takiego uczucia twórczej niemocy. Landrynkowy areszt to książka o sposobach medytacji i nawykach kontemplacji z udziałem własnych najskrytszych myśli. To poezja, która odzwierciedla zagubioną w sobie osobowość, przydając zarazem świeżego spojrzenia w zakamarki ludzkiej duszy, która jest rodzajem przestrzeni w nas samych. Wyjście z takiej „metafizyki wewnętrznej” i przejściej do „metafizyki zewnętrznej” staje się niejednokrotnie bardzo trudne. Dla człowieka kosmos jego wnętrza jest jeszcze ciągle zakratowany. Poetka podejmuje refleksję nad sztuką życia, która jest sztuką myślenia transformującego się w dające się przedstawić pojęcia. Są w tym tomiku odważne skojarzenia, które przekształcają się w stawiane sobie zadania w miejscu tylko dla siebie podporządkowanym, zaaresztowanym, i którego nie można porzucić, odejść. Poetka w swojej książce balansuje od nastroju aktywizującego pesymizmu aż po pasywną wiarę, aby zakreślić przed czytelnikiem granice w jakich mieszczą się jeszcze tzw. zdrowe zmysły. Wartościowanie zjawisk tego świata jest niewątpliwie podstawową potrzebą człowieka, czego nie należy mylić ani z cynizmem, ani z głupotą zdobywania rzeczy materialnych. Budzińska podjęła się w swoim tomiku próbę definicji ludzkiej otwartości, podatności na transformację, próbę odgadnięcia pochodzenia niespożytych sił ludzkiej intuicji. W obrębie takiego świata poetyckiego zawarte zostało szerokie spektrum pojęć przeistaczających się z niemal męskiej inicjatywy w kpinę z własnego kobiecego ciała. Jak gdyby ego poetki zapragnęło złożyć w swojej wyobrażni całkiem nowe pojęcia, odnaleźć nowe moce i skonfrontować je z ukrywaną, i nie ujawniającą się dotąd, stroną swojej osobowości. Taki proces przemiany płci, który pod płaszczem nocy funkcjonuje w tej książce (kolejne wiersze w tomiku tytułowane są słowem NOC z odpowiednią cyfrą rzymską) świadczy o uporczywie powtarzanej próbie zorientowania się w zakamarkach „drugiej własnej strony”. Próbie podejmowanej najczęściej pod wpływem marginalnych (ale realnych) sytuacji życiowych. Trzeba powiedzieć, że w taki sposób ujawniona poezja jest niezwykle bogata w nowe eschatologiczne wątki, zakleszczające obraz widzianego w tej poezji świata, który staje się w ten sposób „aresztem” nie do przebycia i nie do sforsowania. Równocześnie widać wyraźnie, że poetka niemal dekadencko delektuje się tym swoim Alcatraz otoczonym szeroką wodą kosmosu: a nuż uda się jakimś cudem, w jakiś specyficzny sposób, znaleźć klucz do otwarcia własnej celi, w której tkwi.
    W trakcie lektury tej poezji powstają w wyobraźni czytelnika obrazy poprawnie i logicznie zbudowane, a nawet chłodno skalkulowane, które są zabarwione erotyką (to przecież motor życia) i napierają na siebie zmysłowo, a co w końcowym efekcie stwarza pewne kłopoty interpretacyjne. W wierszu Credissimo (str. 5) nakreślony został obraz naszych oczekiwań, gdy odbywamy podróże w niewiadome. Wiersz ten ilustruje pojmowanie poezji realizowane w omawianym tomiku:

    Archibald kiedyś powróci
    pokręci w zamku starym kluczem
    aż ten w dłoniach
    stopi się od żartu
    wierzę
    rozpozna fotele i skrzypiące deski
    ręce zbroczone wiatrem
    wytrze w firankę
    a ja potrzymam miecz
    wierzę
    będę długo czyścić klingę
    jak giermek niezguła
    naostrzę ją o księżyc
    zbroję dostrajając
    do zmyślonych tonacji

    potem świat da nam urlop
    od purpurowych efektów
    będziemy kaprysić abdykować
    Autorka wierzy w powroty w czasie jako proces umożliwiający odkrywanie nowych tajemnic, ukazywanie ich w nowym świetle, oraz że będzie to nasz pozytywny „powrót w mądrość”. Przywoływanie duchów pamięci ma posłużyć do naprawy zużytego zamka spowszedniałych pojęć, które być może przekształcają się w coś tak niepojętego jak wieczność – ? W przytoczonym wierszu zawarte jest także pytanie – czy warto dokonywać takich powrotów – ? Natomiast w wierszu Noc VI (str.6) z cyklu Noc autorka stwierdza:

    każdy z was mógł to odkryć
    wystarczyło pięter wszechświata
    żeby powiedzieć parę słów
    żyjemy w jego przeźroczystym brzuchu
    zaplątani w zakamarki jelit
    zbyt mali żeby zakłocić
    odwieczny porządek trwania
    i tylko jedną mamy szansę

    Noce poetki to cienie śmiertelności. Noce, podczas których wielość możliwych sposobów kontemplacji przytłacza umysł nie przystosowany do kontaktu z czymś absolutnym. Zatem poetka przeistacza się wtedy w inną, odmienną osobowość, kiedy to jej byt, zawieszony na przeźroczystej nici myśli, balansuje w niejednostajnym świetle pojawiającym się pod postacią dnia i nocy. Noc przeciwstawiona dniu, jak kobieta mężczyźnie, jest potrzebą i istotą życia. Człowiek nie odczuwa istnienia wiecznie zaszyfrowanego kosmosu jeśli dotyka go tylko gołym okiem. Ten kto włada światłem stwarzając w naszym umyśle bardziej lub mniej doskonałe obrazy jest sobie równocześnie Bogiem i panem. Uwięzienie człowieka w poczuciu niemocy, w kleszczach nieznanego i niewidzialnego Boga, jest jak uwięzienie we własnych myślach. Pokonywanie tej gęstej zasłony myśli przy zastosowaniu wyuczonych, codziennie powtarzanych stereotypów oznacza mentalną bierność. Człowiek zawsze spoglądał w niebo, w głębię kosmicznej duszy, chcąc zgodnie ze swą naturą stać się kimś innym, tworem, który pokona ograniczoność materii. To ona jest barierą dla pełnego rozwoju człowieka. Skierowanie się ku pojęciom religijnej wiary może stanowić wówczas jedyną możliwość uwolnienia się od tego przesłodzonego materią i zgnilizną etyczną świata. Autorka w wierszu Noc VII (str. 9) pisze:

    nie opatrzyłem wam jeszcze ran
    o tu i ówdzie złamany drucik
    i nitka pęknięta broczy
    dobrze że rdza nie wdała się
    w mechanizm
    w takim przypadku nikt nie uratuje

    a deszcz lubi się powtarzać
    chętnie zastąpi echo

    Samym heroizmem nikt jeszcze nie opatrzył zła, a przyrody nikt nie odkupił nicością. Przyrody, która jest naturą świata i jego kosmosu, czasem zawierającego się w niewielkiej kropli… Nic nie dzieje się przypadkiem. Pęknięta w tobie żyłka doświadczy cię boleścią, która stworzy ci inny obraz świata. To, co jest zewnętrznie odczuwane przez skórę, ciało, to są powtórki, głośne lub cienkie echa, rozbijanie powietrza, wywołujące znajomy dźwięk.
    Landrynkowy areszt to także tytuł wiersza na stronie 17 omawianego tomiku. Tutaj podmiot liryczny uzbrojony w przekorę staje do walki o uwolnienie się spod władzy dokuczliwych stereotypów i narzuconych archetypów. Intensywność tej walki łączy się z penetracją własnej niemocy podczas przyswajania sobie wszelkich przypadłości „szarego życia”. Myślę, że zawartość tego wiersza najpełniej charakteryzuje treść całej książki. Uwalnianie się od siebie może być kłopotliwe a nawet katastrofalne, co także uzmysławia sobie poetka. W wierszu Potępione bajki (str. 19) traktuje życie analitycznie. Złożoność działań życia jest wieloraka, to stanowi jego sens. Świat budowany w aktach wartościowania jest światem despotycznym, opartym na starych morałach, traktowanych indywidualnie. Najcenniejsze dla duszy rzeczy uzmysławiamy sobie poprzez przypominane bajki, czasem stawiając kabałę, gdzie wszystko się przewartościowuje wraz z poznawaniem świata na nowo:

    potępionych bajek też trzeba
    do tkania dywanu
    schodzą się właśnie na wielookie czuwanie
    niebezpieczna to impreza
    oparte o płoty fabuły popijają noc
    naprawdę
    mogą nawet zaczepić czytelników

    najchętniej dyskutują własną anatomię
    rechocząc całym kapitałem
    z szelestem kostiumów
    i giną
    za wiarę

    na te potyczki armaty nieskuteczne

    Nadawanie imion poszczególnym wartościom, „naiwne” ich odkrywanie, uparte brodzenie w gwiazdach w poszukiwaniu matematycznego sensu istnienia, jak i gdzie może ono trwać – oto zabawa naszego życia. Ale trzeba czasem sięgnąć i do myśli naiwnej, gdyż tam jest zawarte pierwsze światełko wartościowania. Poetka groteskowo wykpiwa wytarte frazy i frazesy, a czasem przytacza takie „naiwne” sformułowania, jako najmądrzejszy pogląd o nachalnie podsuwanych nam „nowych” wartościach. Pokazuje wtedy, że to co wczoraj było dobre i dziś może być coś warte, chociaż widzimy to w innym świetle. Zawsze będziemy nasłuchiwać głosu, który na wolności daje nam znaki, zachęcając nas do ucieczki, nawet przez zbrodnicze wody, odsuwając prostackie metody przynależne temu nowemu światu. W wierszu bez tytułu (str. 21) poetka mówi:

    zawyrokował Piłat
    wszystkim zgarbionym odjąć
    trochę krzyża niech się uśmiechają
    na koniec i ludzkości odchodząc
    błogosławią
    to doskonała recepta
    trzeba tylko znać parę ukłonów

    Według poetki wszelkie wartości tworzymy samodzielnie. I tak naprawdę jest. Czasami, aby je odzyskać potrzeba nam gry, bezceremonialności, chytrości ukrytej pod skórą. Poetka stwierdza jednocześnie, że utarte prawdy spisane w Biblii, powtórnie czytane, całym sobą, będą dla nas inne, chociaż ich podmiotowość postawiona w świetle otaczającego świata, jest niezmienna i wieczna. Poetka zastanawia się nad obietnicą zjednoczenia całego przyszłego świata wiedząc, że nie będzie nam dane w tym uczestniczyć. Wydaje się, że poetka w pewnej chwili rezygnuje z wiary w to, że jest jakieś życie po życiu – świat nie oznajmia tego wprost – a tajemnicę takiej wiary budować nam przyszło w osamotnieniu. Trzeba tylko wiary, aby uwierzyć, ale przede wszystkim w… siebie, co staje się coraz trudniejsze. W wierszu Krzyk (str. 23) stwierdza:

    żadnej wiary nie trzeba
    ani poetyki
    żeby stanął krzyż
    miłości ani uznania krytyków
    narodzinom

    Żadnej wiary nie trzeba, żeby wierzyć, tak można przetransponować myśl poetki. Wszystko zawiera się w sferze naszego wnętrza, tu jest wszystko i nic…. Wielowymiarowość symbolu krzyża, urodzonego na nowo, przewartościowuje nas samych, nasze wnętrze. I wydaje się, że tylko „to” może być siłą człowieka. Ego poetki wskazuje, że jest ono skazane na siebie. Każda dewastacja świętości, na przykład podczas wojny, zamyka możliwość kontynuacji zainicjowanego procesu wartościowania komplikującego się świata. Czyżby po to, aby otworzyć inne wartości – ? Pozostawienie w tym miejscu czytelnikowi możliwości samodzielnego odpowiadania na takie pytania jest świadectwem wiary w niego, w jego intuicję. Cykl kolejnych nocy przemierza przez książkę Budzińskiej, nocy, które nas przewartościują, przemienią…
    Poetka wartościuje także swoje otoczenie, to co nabliższe, pisząc Wierszyk patriotyczny (str. 50) :

    moja ojczyzna
    słodka grafomania
    ukrywa się w skrzynce na listy
    cudownie pomnożone tomiki wrogów i przyjaciół
    zmienia w pomarańcze
    nie umie wróżyć z liter
    a na koniec układa się
    na kolorowej klawiaturze
    do udawania bajek
    jej głos nie milknie

    Jakby „wojaczkowym” tonem traktuje nas poetka. Odczuwam w nim jakieś zagubienie na „dworcu życia”, zwątpienie w swój pociąg, nagłe spojrzenie pod nogi, oczekiwanie na cudowny przepis, aby wydać… nowy przepis. To całe pomnażanie uczucia patriotyzmu, to po prostu sterty obelg kierowanych do siebie. Przywołana obrazoburcza postawa ma wartość najwyższą. Czasami trzeba ulec destrukcji, przeżyć stan depresji, aby się odbić i pójść dalej. Ale to niebezpieczne zajęcie dla patrioty, to zapytywanie – gdzie jest mój prawdziwy świat – ? Świat, który być może został bezpowrotnie zamknięty w jakiejś nocy, nie do odzyskania, w puszce jak sardynka ziemia, w kosmosie obudowanym boskością, gdzie jedynie Pan Bóg ma ten zmyślny klucz do jego otwarcia. A już nie daj Panie Boże, aby otworzyć go jak puszkę Pandory….
    Wiersz Noc XLI (str. 51) to zapis procesu nieskończonego błądzenia, naprowadzania na cel, który na domiar wszystkiego dodaje:

    a kiedy dzwonią na spotkanie
    wszystkich niedzielnych nocy
    ludzie ją proszą na kawę
    niech tylko wytrze twarz
    z tajemnic i snów
    a buty zostawi sobocie

    Trwa przygotowanie do kolejnej fazy ziemskiego bytu, w której wszystko jest niby oczywiste, jasne. Ale nawias (nie do wiary), którym ja sam jestem, pozostaje otwarty i tylko noc go zamknie. W jednym z ostatnich wierszy bez tytułu (str.60) poetka mówi:

    zostaliśmy oszukani
    nie będzie żadnego odpoczynku
    wieczność to tylko kurtyna
    na nie załatwione sprawy
    patrz ten i ów się wykpił
    trącając nie swoje parawany
    ale i nam coś się udało
    ułożyliśmy doskonałą recepturę na rozstanie
    przestać rozmawiać widywać się

    Przywołuje poetka refleksję nad sensem sensu czegokolwiek. Nie przypuszczam bowiem, że jest to tylko wyraz jej chwilowego nastroju… Wiersz ten stanowi pytanie o kondycję otaczającego świata: czy w poszukiwaniu wartości sensu stricte pozytywnych nie zatraca się tego, co najcenniejsze – ? Przy przejściu w nowe tysiąclecie trzeba stawiać takie pytania. Jest w tych refleksjach poetki zawarta pewna prawda, o ile taka istnieje, że „odpoczynkiem” jest tylko to miejsce w nas samych zawarte, szerokie i ograniczone zarazem. Miejsce ciągle rozbijane o własne wewnętrzne przestrzenie, podlegające ciągłej erozji, podszyte erotyką i przekorą. Miejsce, gdzie trwa nieustanne dobijanie się do najwyższego światła przez kratownicę materii, ciągłe wyrywanie sobie kolejnych zmarszczek, które ogałaca nas z ciała. Zamknięci w takim „słodkim Alcatraz”, gdzie znajduje się mnóstwo rozmaitych technicznych zabawek, uprzyjemniających nam pobyt w tej celi z numerem, landrynkowo wypisanym. To być może jest najgorsze więzienie, z którego powrotu nie ma i nie będzie, chyba, że oszukamy własną jaźń. Książka Budzyńskiej to dobra lektura, mądrze prowadząca przez wysokie ogrody myśli, stawiająca pytania o sens życia w całkiem nowym świetle, po to aby przewartościować siebie. To rzecz wielkiej odwagi, a czasami honoru.

    Zbigniew Kresowaty

    BOŻENA BUDZIŃSKA, Landrynkowy areszt, Instytut Wydawniczy „Świadectwo”, ISBN-83-87531-91, Bydgoszcz 1999.

  • DOM (MOJEGO) CZASU NA PYTANIU STOJĄCY

    O książce pt. ” Dom Mojego Ojca” autorstwa profesora Mariana Makarskiego

    Z wielką pasją przeczytałem książkę pt. „DOM MOJEGO OJCA” autorstwa Mariana Makarskiego , książkę jakich coraz mniej… Napisana ona jest :dobrym i czystym językiem bardzo opisowym , czasem soczystym i barwnym ,z dystansu z racjonalistycznymi i irracjonalnymi wątkami, w zaśpiewie pięknych krajobrazów ale i pasji nad sobą w czasie dwu powojennych dygresji. Jest to książka o rodzeniu się samym w sobie i o „konsumowaniu” chwil tego czasu z zaznaczeniem historycznych choć ukrytych fraz … Książka napisana niezależnie , jednakże- czy tego chcemy czy nie- nasuwa się mi dygresja klimatów powieści do „Oksany” lub ” Doliny Issy” , albo do powieści „Złota Trąbka” Bogdana Loeblla – rówieśnika autora „DOMU…”, również pisarza kiedyś w dzieciństwie zamieszkującego bratnio rejon opisywany przez Mariana Makarskiego. Ale nie po to przytaczam te magiczne hasło- tytuły ,żeby czynić dygresje typu konkurencyjnego, jednakże chcę uświadomić ,że dobre książki powstają po czasie spożytym przez swoich autorów ,a w którym przecież wzrastają jako podmioty takich właśnie dzieł.- „Dom Mojego Ojca” jest książką opowiadającą o losach : zawirowaniach i doświadczeniach niebanalnych często bardzo dramatycznych , które krążą jak w paraboli po jakiejś zaczarowanej elipsie ,a czasem wracają, żeby się dopełnić ponownie i wyświecić w cudzie światła jako prawda…Autor podaje siebie i nas próbie okresu :od młodopolskiego(?) i po przez los powojenny I wojny światowej wrzuca w wir II wojny światowej i następną powojenność jako osaczenie Nessosa jego siły umaczanej w czerwonej płachcie, jakby w sukni Dejaniry (czyli w KRAJU RAD …) Pokazuje jednocześnie kształtowanie się własnej wyobraźni, wrażliwości splecionej z otoczeniem , które mimo tych zawirowań jest dla niego bezpieczne czasem bajeczne…Ciekawość autora „domu” wiedzie nas po przez pory całymi ciągami pór – od klasycznego „Przedwiośnia” po moreny zim, żeby znów ujrzeć krajobrazy : budzące nowe nadzieje , nowe estetyki osobiste . Ukazuje narrator jak można nie zamierzenie nieświadomie się lustrować w każdej porze dnia jeżeli tylko jest nadzieja i jak należy wzrastać w przedwiośnia „pierwiosnkiem”. Jest to czas, kiedy po ziemi Polskiej wędrowały gromady wojsk w szarozielonych mundurach , obok wsi i miasteczek, po drogach polnych jak w obrazach Kossaków aż po postmodernistyczne wyboje, nie tylko w społeczny czas- Ale i czas sztuki, która zawładnie podmiotem tej ksiązki do końca. Wydaje się tutaj ,że oczy „szeroko otwarte” Szymka -głównego bohatera opowieści , najbardziej były skore :skrzętnie wszystko i bez pardonu notować , pochłaniać „bez reszty” jego wyobraźnię w czasie rozedrganym ale i burzliwym na wiele stron. Urodzony w przeciętnej rodzinie, gdzie ojciec jest z zamiłowania ogrodnikiem i agronomem ,ojciec jako głowa rodziny tworząca ową bezpieczność ,Szymek podlegał wyborom niezwykłym…Jako dziecko a później młody chłopak może uskuteczniać wędrówki polami wokół czworaków w tle, czasem „rozleniwiony” w malignie” i „w niebycie” ,czasem bojąc się „południcy” ,widzi swój świat plastyczny raj , wydawać by się mogło z rzeczywistości Jacka Malczewskiego, jakby baśniowo nałożony warstwami i formami surrealistycznymi na siebie…A jednak bywało świat skazany na wiry : mocny i rwący spod stóp…Ów świat wydaje się chłopcu poszerzony przez wędrowców takich jak pan Szeja ,z którym przyjaźnił się ojciec Szymka. Ojciec jako wzór i ostoja , jako schron i pomocna dłoń ,w którego cieniu stoi zawsze Kochana matka z zapleczem uczuć… Nazywany przez ojca Don Kiszotem-Szeja poklepywany po ramieniu jest tutaj też autorytetem ,bo tak gestem oznajmia ojciec .Autor budował swój obraz na bliskich autorytetach na najbliższych, nie szukając ich w gwiazdach, w które przecież zaglądał…Już w samym wstępie tej książki wchodzimy w przepiękne opisy krajoznawcze podbudowane obyczajem , dialogami ale i z monologiem sam –na sam z sobą jakby we śnie choć bywa on czasem na Jawie .Wchodzimy w krainy o zaśpiewie staropolskim i młodopolskim ,pośród których rodzi się duszy obcowanie ,duszy na poły wyjątkowej postrzegającej świat jako DOM Ojca .Są to chwile uniesień , lewitacji , zdziwień czasem w semantykach błogości ale i niepokoju, gdzie leżą sekrety życia i jego „co-rusz” nowych wykwitów zdarzeń bogatych w wrażenia… Zapewne jest to opis ziemi Kilelecczyzny , na pewno jest to i wieś Kolasy, gdzie urodził się Szymek – Obok Wiślicy nad Nidą , którego ojciec pracował czasem z koniczności w majątkach ziemskich .Opisuje autor nie tylko swoich wędrowców , których bacznie obserwował ale i tych, którzy jak Szaja pochodzą (z Huculszczyzny) Skądś , czyli są Kimś więcej, bo mają swoje znamiona , kryzy …Szaja śpiewający o Prucie, Czeremeszu o swoich tęsknotach do Kołomyji…Ukazuje Makarski oczami dziecka maszkalarskość takich ludzi i jak odchodzą -najpewniej w to co sobie wyśpiewają jak ów Szaja :”gdy go losy w doły rzucą wnet z tęsknoty ginie…” A był przecież Kiedyś uwiązany huculskim pasem do gór…Zatem jest to wieść o mieszaniu się kultur , nawet obyczajów… Jednocześnie jest to książka ukazująca „na żywo” jak dochodzi się na konkluzji prawd w własnej rodzinie, kiedy przychodzi decyzja wewnętrzna ważna ,determinująca wszystko ważniejsze i o tym ,że samemu trzeba zmieniać miejsce na ziemi. Jest tutaj mowa o dramatycznej przeprowadzce w inny region pewnie do Proszowic w krakowskim .I żeby tego było za-dość ,w dalszej części opowieści tych przeprowadzek będzie jeszcze więcej . Jest też TUTAJ opis kataklizmu powodzi , który rozdziela rodzinę, a ojciec udaje się z wyboru pod Lublin zarządzać majątkiem w Dzbeninie. Jako młody chłopak Szymek pozostaje sam z chorobą matki i wyczekuje nostalgicznie przyjazdów ojca na małej stacyjce…To jak się okazuje najważniejszy okres dla bohatera , mającego się ( jak mówią losy tej opowieści) , stać się artystą wrażliwym, architektem, twórcą… On jako 8 lub 10 latek tutaj właśnie doznaje bardzo osobistej lekcji uczucia miłości i buntu a co za tym idzie i rozczarowań ,co stawia go w szeregi dorosłości. Szybko dorośleje , kształtuje własne wnętrze , konfrontuje go z innymi miejscami ,czasem buduje nowe autonomiczne nadzieje. Trzeba powiedzieć ,że w sposób bardzo poetycki, nawet malarsko-plastyczny opisuje narrator nadchodzące koleje i czas tkwiący w porach kolejnych lat, pisząc np .takie słowa: „Nic nie zatrzymało wiosny .Szła , zakwitając krokusem, bieliła ściany domów i uliczne rynsztoki, trzepotała bielizną na płocie, otwierała na oścież okna i drzwi, (…)Ja biegałem po mieście , po ulicach aż tam, w dolinę Szreniawy, skąd widać Tatry. Wpatrywałem się w to mgliste mamidło na horyzoncie”…Ale przecież właśnie tak lub inaczej ,kiedy się trwa sobą samym w tym otoczeniu ,zmienia się swoją pojęciowość w mierze łapczywych chwil. Amplitudy czasem kulminują , ale częściej ich krzywa trzyma nas u dołu, gdy nadchodzą burze. A tych w książce jest nie mało. Wojny zawsze zmieniały ludzi i otoczenia ,nawet długo później te procesy uładzania tworzą blizny i nie wsiąkają w ziemię …Tutaj w tej powieści ,która ma czasem znamiona sagi chociaż pokazuje jakby dwa pokolenia różne, nawet emocjonalnie ,autor uzmysławia nam to, że po „czasie stratowanym „-(to kolejna część książki )w jakiś sposób odradza się świat nad Prosną” ,i zamienia często role tego czasu bardziej zasadniczo ,ukazując ruch nie tylko jednostajny ale kieruje myśl w antropologię zdarzeń i znaczeń na przyszłość .Wszystko wyrasta jakby jedno z drugiego choć czasem rozdarte kładzie się w jamę pamięci osobno, jako warunek i ofiara bytu. „Miasto niczyje” –ta kolejna część książki jest właśnie taką osobną „izbą pamięci” ,w której jak w „Domu Ojca” podmiot reflektuje się, chociaż widzi ,że to lustro jest popękane –Kocha jego treść i bierze na osobną inną stronę pamięci .TUTAJ także przemyka nasz bohater porami roku chcąc jakby przedłużyć ramię albo nóżki cyrklowe zmysłu dalej i dalej -To jest pięknie pokazane w książce : szkoła , rozterki, wrzawa , samotność, wartościowanie ,w tym nauka socjologia i polityka, trudne pytania : o Zaolzie ,o Żydów, itp .A później powrót znów nad Prosną do pokoiku „u dozorcy” – Jest to Miasto Niczyje -ale moje , choć obdrapane ,wyludnione z marzeń i dobrych ludzi, ułomne w czas wojny ale bardziej łaskawe po wrzawach, mówi pisarz. Być może w nim samym gdzieś na obrzeżu stoi DOM …” choć place zamienione na „czerwone”…Powie autor ;”Wszystko co się działo teraz było mieszaniną , koglomeratem zdarzeń , powikłań, wspomnień i zapomnień, lęków i oczekiwań „- Wspomnieć należy o świadomości ,że okres powojenny to przecież kolejne życie w zaborze Polski . To przykry okres parcia władzy komunistycznej ku temu ,żeby Polska stała się kolejną republiką KRAJU RAD. To wtedy przyszedł „zamordyzm” ,a z nim socrealizm i życie pod łapą Wielkiego Misia…O tym wszystkim zdaje już wtedy w szkole sobie sprawę bohater książki i czasem oportunistycznie oponuje ,żeby zachować własną duszę i nie zaprzedać jej jakiemuś diabłu… Jednakże kształci się , korzysta z tzw. profitów i robi swoje. Jest wiele emocji ,w tym wspaniale opisanych barwnie aktów. Oczywiście ,czytając tę żywą opowieść i szkicując recenzję o niej, czasem umyślnie zamieniam tutaj czas na inny czas, lub powracam z okresu późniejszego w przedniość naszego bohatera – Szymka , gdyż chcę tu uzmysłowić zawartość opisową i zmieszanie się wagi czasów w jego postawę autorską ku wrażliwości, zdobytą przez dotyk a umocowanej znakomicie w podskórności w tej opowieści , co czyni ją wyjątkową. Jest ona bardzo osobista -tym bardziej cenna i warta konfrontacji w tym czasu dzisiejszego .Ta książka jest niesłychanie pojemna , znakomicie tworzy nastrój owej „małej ojczyzny” i związane z nią zamiłowania do ocalenia czasu , który musiał dokonać się z wyboru. To stawia bohaterowi wielkie wymagania jako spadkobiercy, i jakże silnie tutaj osadzonemu. Jest to ogromnie cenne w przypadku wyborów ostatecznie ważnych dla siebie na dalszą drogę i ku następnej większej połowie życia. To życie staje przed nami czasem jak ogromny gmach. Może przytoczę na zreasumowanie tego szkicu cytat (str.186), który powinien być puentą tego mojego szkicu : „Stanąłem przed wielkim gmachem z teką rysunków bojąc się wejść do środka , coś mówiło : – Szymek gdzie ty idziesz, gdzie ty się pchasz, uciekaj stąd , uciekaj ! Niewiele brakowało abym stchórzył. Przemogłem jednak w sobie ten opór i przekroczyłem próg wielkiej uczelni. Wspinając się schodami , wszedłem …I tutaj musze pozwolić sobie na skrót (następstw )owej domyślnej puenty : Jak wynika to z biografii autora książki, na pewno była to Akademia Górniczo-Hutnicza w Krakowie- wydz. architektury. Staje młody człowiek z plikiem rysunków akwarel z tym co dla niego najważniejsze, ze znakami, kryzami z liniami i wektorami często –kto wie! pokrzyżowanymi jakby to był sen w śnie najdłuższym… Szymek z ukształtowanym światopoglądem wstępuje w ten ogromny gmach i penetruje rozdziały i zakamarki ,ale wstępuje poza jego wirtualność ,czyli idzie samoczynnie ciekaw ,do Muzeów i Galerii. Bywa jako podmiot na wielu spotkaniach, nie tylko jako gość ale jako kształtujący się twórca ,który przybywa z daleka nie zależny ,samoistny… Pasjonuje się Teatrem krakowskim jego dramaturgią, sceną , zamierza zostać aktorem…To książka także z pytaniem o siebie o poszukiwaniu nie tylko drogi ale i kierunku tej drogi, czyli wyrazu .Oto cytat, który autor przytacza ,biorąc na świadka jednego ze swych Mistrzów: (str.189) „Za moje malarstwo płacę ryzykiem życia, ono zabrało mi połowę rozumu „-Jest to cytat Vincent 'a van Gogha ,są to pisane słowa do brata Theo . To kolejna puenta dla tej baśni o czasie nie straconym i nie zatraconym . Pisze jakby podskórnie autor ksiązki ,że trzeba przeżyć siebie kilka razy , często w rozdarciu ,żeby umieć scalać fragmenty , które czasem pozostają w abstrakcji , na nowo i na nowo i jeszcze raz i jeszcze. Trzeba żyć jakby na dwu brzegach Wielkiej Rzeki –Tak jak w dobru i złu – Bywać tak jakby w polach :wczesnym rankiem poświęconych, ale i przejść trzeba gołą stopą po polach z ostami z piołunem w ustach…To książka o wyrastaniu ,o odbieraniu sobie owoców tego wyrastania na światło dzienne. Cytuję ,już na koniec, autorskie słowa z książki :” Błądząc po omacku w tym samouctwie przychodziły mi do głowy niestworzone rzeczy (str.202) WIELKOŚĆ RZECZYWISTOŚCI W SZTUCE wertowałem wielokrotnie, ale…” A więc, widzimy oto jak pytanie staje się odpowiedzią(?) – Pytał ongiś Gaugin; D’on vennus – nons? O(K)ue sommes – nous? On allons – neos?- I myślę, że należy już zupełnie na koniec zejść w prozę i przytoczyć jeszcze kilka faktów , które nie tylko zaciążyły na tej książce . Ale i na pewno spowodowały jej narodziny jako taki „codziennik” . Szymek , jako inżynier decyduje się powrócić do Lublina. Tutaj także wiąże się nie tylko emocjonalnie ze środowiskiem artystycznym ,ale i kreuje dalej jako: artysta malarz i architekt ,chociaż pisze wiersze -Pisze ,pasjonuje się krytyką artystyczną , na łamach prasy drukuje felietony o sztuce pod wspólnym tytułem „Spacery z sobą” . Marian Makarski jako twórca także bytuje ze środowiskiem plastycznym w Kazimierzu Wielkim , spotyka się z wybitnymi artystami: Jerzy Nowosielski (późniejszy przyjaciel,) Władysławem Filipiakiem, Zenonem Kononowiczem, ale jak się można tylko domyślać : to kontakty z Nowosielskim i Sienickim ugruntowały go jako malarza i nadały mu jakby własny image ,oryginalność, sens i wartość. Wiele się działo w życiu Szymka – Mariana, bo spełniał się także architektonicznie nie tylko wewnętrznie ale zewnętrznie .Napisał doktorat na temat :” Rozwoju przestrzennego Kazimiera Dolnego nad Wisłą” ,a promotorem jego był Wiktor Zin ,z którym razem bierze później udział w projekcie architektonicznym Świątyni Pokoju na terenie obozu zagłady na Majdanku. Jednocześnie artysta wystawia swoje malarstwo indywidualnie i grupowo ,jest wybitnie postrzegany dla środowiska lubelskiego i ogólnopolskiego. Ta książka jako osobne dzieło i jakby drzewo genealogiczne zmysłowo wyrastające z jego krwi i kości zawiera nie tylko wartości humanistyczne ,ale ukazuje stąpanie po ziemi , która choć szorstka i szara kształtuje postawy i ukazuje wartości duchowo – biologiczne czyli te naturalne, człowieka wciąż wyciskającego piętno mocnym w przeciwności losu i realizuje się we własnym oczekiwaniu obrazowo i intymnie oraz etycznie a nawet erotycznie. To erotyka nas trzyma przy tworzeniu czegokolwiek .Ta opowieść pokazuje jak kształtuje się osobowość twórcza i z czego tak na prawdę wynikają systemy wartości i ku jakiej idą godności… Polecam tę książkę ,bardziej jako księgę życia – jego dramatach . Życia które tutaj jawi się jak piękny Poemat z dużej litery.

    Zbigniew Kresowaty

    Dom mojego ojca, Marian Makarski, Wyd. NORBERTINUM-2001- Lublin, I S B N- 83 – 7222 – 089 – 1, ss 222, na okładce reprodukcja autora pt. Don Kichote, wydanie I –sze.

  • Notowanie „ku pamięci” posłannictwa

    O książce S. Pastuszewskiego pt .”PROBOSZCZ”

    Jakże w dzisiejszych czasach pisarz, poeta, artysta musi być niepokorny dociekliwy i obecny tam wszędzie, gdzie by go nie chcieli . Tworzymy w wielkim niepokoju w wolności, która nie zawsze ukazuje swoje racjonalne oblicze odpowiedzialności: Dziennikarze hulajgębują, napuszczają na siebie polityków, często stający w tzw. niezależności, ale jednak… Powstaje w takim tle wiele książek jak zwierciadła po zwierciadłach ,a ci niepokorni pisarze jakby wędkarze zarzucają podbieraki na rzeczywistość, która sama płynie ,żeby złapać rybkę i z radością ją cmokają ,żeby z powrotem już inną wrzucić do wody …Piszą z autopsji z intuicji ze zmysłu siódmego , sami jakby gdzieś na kresach i jakby poza obrębem tych centrowych kalkulacji .Takim pisarzem „w potrzebie chwili „i umiejącym „nie wiedzieć kiedy i gdzie” wystawić swój peryskop dociekliwości jest niewątpliwie Stefan Pastuszewski. Mam w rękach książkę pt. „PROBOSZCZ” wydaną w Bydgoszczy z końcem minionego roku. Staje się w niej pisarz narratorem ,żyjącym wśród ludzi i przytacza nam historię Proboszcza parafii, który jak wielu innych posiada swoje problemy w środowiskach nie tylko wiejskich . Słowo PROBOSZCZ działa dziś magicznie –Jest hasłem , bo przecież przypomnijmy sobie ile to relacji ,nie tylko w mediach , nadziało się we wspólnotach parafialnych i jakich to rzeczy często wyolbrzymianych dowiadywaliśmy się zadziwiając się nimi : Co! – On! – ale to przecież ksiądz!, etc… Cóż ,trzeba powiedzieć to kolejny raz ,że skoro kler wchodzi bardziej ekspansywnie w życie swoich wiernych, na pewno musi się spotykać z większą lustracją siebie ,nawet wtedy gdy powstaje: zażyłość, zaufanie ,otwarcie serc… Opisuje autor historie księdza borykającego się nie tylko z otaczającym go środowiskiem ale przede wszystkim z sobą samym jako mężczyzną z krwi i kości. Proboszcz to magiczne słowo lecz stojące pond i ponad a ponad Sołtysem –na pewno!- To u niego rozstrzygają się: sprawy ,sprawki ,to tutaj przychodzą: nieświadomi donosiciele ,grzeszne baby i młode panny… To na plebanię przychodzą po poradę: zawiedzeni ,często biedni ludzie… Ale Proboszcz to KTOŚ świadom miejsca ,roli i pulsu odosobnienia ,uwikłany nie tylko w błotnisty krajobraz -w jego maszkalarskość ,jak i osoba „wyrocznia”- racjonalnie myśląca względem własnego sacrum, ma swoje życie , które nie toczy się w oderwaniu od rzeczywistości dotykalnej okiem .Tu mamy do czynienia z osobowością energiczną , jednocześnie miękką współczującą i kochającą nie tylko swoich braci i siostry ,ale i niewierne kobiety, które mają swój zapach ,świergot i obyczajność, zwaną uosobieniem diabła… Dlatego jest to książka o człowieku rozdartym pomiędzy sacrum a profanum . Gdyż ów, żywy jak krew człowiek , często staje w roli łącznika tego co zewnętrzne a abstrakcyjne, zachowujący przytomność i sentencjonalność…Jest to ,jak się dowiadujemy ,opis bardzo ciekawy zresztą etosu księdza pozornie podobnego wszystkim ,lecz tutaj odkrytego na wskroś odsłoniętego, co dostarcza mu nie lada kłopotów ,ale i doznań radości zwykłego inteligentnego człowieka. Nie wiem czy można nazwać narratora ,który w nim samym przecież siedzi taki Aniołem Stróżem ,czy Jego drugim Ego (?) Bo przecież staje On non-stop pod wyborem ,a jednocześnie pod lupą Boga! Proboszcz czasem kontempluje a nawet często ponownie zagląda do swej niszy-duszy jakby chcąc zweryfikować to co widzi ten Big Brother (?) Proboszcz kontempluje- ale i pije piwo schłodzone ,czasem białe wino… Ale też ma takie przyjaźnie z grzesznikami a szczególnie z takim , któremu znudziło się życie za oceanem i przyjechał do wsi ,stając się nieoczekiwanie przyjacielem Proboszcza ,odwiedzającym go często ze swoimi opowieściami Kassanowy… Doświadczonego kobieciarza kombinatora ,często bluźniącego… Ale to za te właśnie rzeczy kochającego Boga. Piotr ważący 120 kilo- żywa góra mięsa -czuje się tutaj w swoim środowisku jak ryba w przerębli tym bardziej ,że pozyskuje dobrego wiernego słuchacza w osobie księdza całego duszpasterstwa… Okazuje się ,że te „wieczorne rozmowy” mają wymiar dość intelektualny i wartościowy dogmatujący nad wartością samego SŁOWA, które przecież ma wartość początku i siłę…Rozmowy owe toczą się jakby w zapisach biblijnych ale i o stawianych kwestiach testamentu Nowego ,gdyż Stary mało kto dziś zna! Czasem nie tylko te rozmowy są takim niezamierzonym katharsis, ale rozbudzają emocje. Piotr nabiera wręcz takiej śmiałości ,i ze szczegółami opowiada swoje świństewka oraz przybliża erotyczne przebyte na sobie sposobności księdzu ,domyślając się jego cnotliwości ,jakby oczekiwał konsternacji lub rumieńców na gładkiej twarzy księdza ,jednocześnie czerpie z tego własną satysfakcję. Piotr jest swego rodzaju lusterkiem dla księdza bezpardonowo ukazującym się świadkiem chwili .Swego czasu nawet przyniósł karteczkę dla księdza (cyt .ze str.10) od „grafomanki”, która przede wszystkim z niechęci poszła na niedzielną mszę , i opisała swój stosunek co wygłoszonego „kazania” proboszcza. Cyt .”-Zobacz ,jak ta kurewka Emilia Kiwanciw (mówi Piotr do Proboszcza) zrecenzowała twoje ostatnie kazanie, bo z nudów w tę niedzielę wybrała się do kościoła, kiedy ja po wszystkim, bo jej sobota już nie wystarczy, wyczerpany, w końcu to już nie ten wiek jak mówisz, zasnąłem…” Taka bezpośredniość do osoby duchownej udziela się Proboszczowi jako szczerość prostacka grubasa , co często zapisuje „ku pamięci „,ale jednocześnie daje księdzu ogromy do myślenia… Proboszcz ów doznaje „życia na gorąco”…Okazuje się ,że ta maszkalarska społeczność ,której bohaterem jest Piotr oczekuje bardziej elokwentnego języka !-Piotr paradoksalnie, można tu dodać, jest takim apostołem nawet tym „pierwszym” u boku swego Guru .Nie bez kozery pisarz nadał takie imię, jako pierwszej osobie u boku księdza -To dygresja do biblijności (?) A widzi tu ,wydaje się, pisarz jak poeta Różewicz w osobie żebraka śpiącego na ławce w Parku Szczytnickim we Wrocławiu, Świętego Piotra , bardzo doświadczonego wędrowaniem ,w obdartym ubraniu w żółtym dużym berecie , niczym aureola…Człowiek z innej rzeczywistości przybliżający się do życia otoczenia coraz bardziej!- i jako świadek kondycji społeczeństwa- Ale to tylko moja dygresja, po przez którą chcę sugerować ,że Stefan Pastuszewski patrzy na świat jako poeta ,a u poety życie współczesne zawsze będzie przykładane do spraw testamentalno – antropologicznych jako reflektor. Być może Emilia to jeszcze nie nawrócona kobieta , która jako inna zajmie miejsce przy Chrystusie-Kto wie! Być może tak jest ,że narrator przytacza tutaj potrzebę dyskusji i sugeruje więcej refleksji wokół siebie i racjonalności w postępowaniu stron .Bo spójrzmy jak kontynuuje (…) Patrząc globalnie , jako Słowo Boże, na co skądinąd bezzasadnie powołują się księża, prezentując wiernym swoje wypociny (według mnie tylko sam Bóg może głosić Słowo Boże), było mało potrzebne .Chyba ,że jako rodzaj autoterapii dla niespełnionych księżyków , no i ten darmowy usypiacz dla zmęczonych życiem ludzi”. –Są to zapisane słowa ,znajomej Piotrowi, „grafomanki” jak ją nazwał –PO przeczytaniu ich Proboszcz znów pisał „ku pamięci” : „To tylko Satyr i prowokator”… odganiał takie myśli od siebie . Autor sugeruje, żeby podjąć inne postawy i zacząć dobry dialog ,wpierw z sobą a później z otoczeniem .Ale przede wszystkim jest to proza zwyczajowa bardzo kolorystycznie pisana czystym językiem, prawie dziennikarskim… Być może jest to dialog z sobą samym o słabościach człowieka czasu (?) który sobie „notuje (ku pamięci” A ksiądz wszystko notuje „ku pamięci” pisze taki swój codziennik, do którego zawsze można wrócić .
    Książka „Proboszcz” wydaje się być taką lekturą lektury do odrobienia na przyszłość ,gdyż sugeruje śmiałe dialogi i monologi z sobą, i poza sobą, przywołując nasze stany świadomości. Z drugiej zaś strony na pewno dość sensownie dotyka pisarz sprawy posłannictwa i wiary w siłę tego posłania oraz szukaniu godności pośród różnych postaw ludzi. Jeżeli mowa tu o posłannictwie śmiało możemy rolę proboszcza sprowadzić do roli poety lub osoby twórczej…Pokazuje autor zmagania z abstrakcją i tłem surowym, aczkolwiek barwnym .I być może stawia swoją osobę w miejscu owego proboszcza(?),spisując jak on a nawet podobnie wartościując cel naszych słabości, które przeważnie są „piękne” czasem są używkami, lub truciznami …Kto wie ?-Być może siłą tej książki jest też ciekawość i napięcie…Proboszcz , którego podglądają jego własne słabości w osobie narratora poszukuje wektora najracjonalniejszego balansując chwilami w kontakcie z diabłem zależnie od chwili i dyspozycji psychicznej .Pytanie o grzech jest tutaj ukryte i samo się notuje „ku pamięci” (str.17) cyt .”każdy z nas ma swoją mroczną i jasna stronę ,ale za żadne skarby nie możemy dopuścić do zwycięstwa tej pierwszej .Potrzeba kochania i bycia kochanym leży u postaw człowieczeństwa ,lecz można ją wysublimować w życie mistyczne”, kto wie czy nie sama namiętnością ?- Piotr , który już opowiedział wszystko księdzu, jak na spowiedzi, któregoś dnia nie przychodzi, nie odwiedza księdza- a jak się okazuje obwiesza się. A był przecież swego rodzaju „adwokatem diabła” nie pytał ,ale odpowiadał pytaniami , które gotowały się we krwi księdza .Okazało się ,ze ta ogromna postać brzuchata ,tak doświadczona nie wytrzymuje własnej pustki w wadzeniu się z duchem własnym mimowolnie odchodzi… Proboszcz pochował Piotra ,ale też wie ,że pochował swoją część duszy, która będzie boleć nad taką przyjaźnią i będzie się ocierać o trudne myśli. Autor właśnie w takiej chwili ukazuje jeszcze jedną słabość -Jest to stan zakochania się Proboszcza w „kruczoczarnej” kobiecie, chociaż mocuje się z wartością tego słowa „kobieta” i kontempluje to słowo- jego diabelską wartość…Notuje on „ku pamięci”- „kobieta jest chodzącym grzechem- mówią starsi, cokolwiek zgorzkniali księża, a ci mniej zgorzkniali łagodzą :- A przynajmniej słabością – Kobiety zamulają Kościół „. To sumienie Proboszcza pisze na grzechu, z którym trzeba się prędzej czy później dotkliwie zmierzyć –Tyle ,że jest inaczej…W tych ciężkich chwilach wyznaje ksiądz potrzebny jest i jemu taki Piotr-spowiednik jego milczenia (str.50)-„A spotkanie z Piotrem? Jakie to było spotkanie Boże? Wciąż myślę o tym człowieku, wciąż zastanawiam się , na ile winienem jestem jego śmierci…”- Reasumując, nie będę do końca tworzył dygresji i oznajmiał finału pisania „ku pamięci”, gdyż książka musi pozostać do końca ciekawa !.Nie trzeba też omawiać do końca Ego Proboszcza , gdyż ten zdążył jak Wielki Brat zobaczyć wszystko, przez wzierne oko duszy, żeby nie było mu obce TO „COŚ” jeszcze co nie jest bez potrzeby dla posłannictwa jakiegokolwiek przyprawą do spraw ludzkich … Na pewno jest to książka o wielkiej i nie banalnej roli : posłannictwo , humanizm , który często na cienkiej linii losu waży się jak garnek na piecu.

    Zbigniew Kresowaty

    PROBOSZCZ, Stefan Pastuszewski ,Instytut Wydawniczy „ŚWIADECTWO”, Bydgoszcz 2005, ISBN : 83-7456-021-5, ss130.

  • Oddech fali czerpiącej światło tekstem

    o tomie poezji Jerzego Grupińskiego

    Biorąc do reki tom poezji pt. „Wiersz na oddech światło i falę” zauważam jak znakomicie metaforyzuje nie tylko rolę poety, ale mówi o takich miejscach , które same w sobie są oddechem ; przywołuje falę „powrotu” do siebie i ukazuje fakty odnajdywania miejsc , które tworzyły nas samych przez wieki lub przez chwilę…Poeta sięga do mitologicznych terminów śródziemnomorskich kultur, lecz rozprasza to światło obok w szczegóły, które tutaj są nowymi znakami, łącznikami werbalnymi. Jak napisał Sergiusz Sterna-Wachowiak: „Grupiński ceni poezjowanie jako zdolność dostrzegania i utrwalania w słowie: trafów, przypadków, dziwów nie tak zwanego życia – od czego jest proza lecz właściwie rzeczywistość…”
    Zatem należy powiedzieć ,że dla Grupińskiego byt, często empiryczny ,stanowi zagadkę codzienności, którą sam poprzez kreację wewnętrzną zaklina na nowo swymi epifaniami(?). Poeta staje się tutaj :obserwatorem , reżyserem własnej wizji , zadając sobie bardzo wiele pytań wewnętrznych , wydobywając je na zewnątrz odpowiedziami…Z tego właśnie powstają twierdzenia. Trzeba powiedzieć ,że poeta nie stroni od problematyki społecznej i pozostawia jej całą zawartość wspólnocie. W książce jest wiele ubarwień , z których korzysta Grupiński jak z miseczek kolorów, a jednocześnie buduje gry i zestawia je w zależności do szukania pewnej zasadnej mądrości do czasu teraźniejszego. Myślę, że dzięki temu cały poemat spełnia się i jest jakby wielowymiarowy i sensoryczny, często wykreowany przez geometrię przestrzenną. Wszystko dzieje się jakby na kilku płaszczyznach , jakby w pomieszczeniu zamkniętym światłem ścian ,złożonym z kilku wyjść, z których jedno to najważniejsze jest sufitem z widokiem na niebiosa , sufit tutaj jest najbardziej werbalny i jest także miejscem witalności…Poezja Jerzego Grupińskiego nie jest zjawiskiem linearnym, jak twierdzą krytycy. Jest w istocie wiele w tej książce tajemnic połamanych w uskoki , które maja też znamiona eskapad w poznawczość jako osobną warstwę.
    Wystarczy przeczytać poprzednie tomy tego autora, żeby stwierdzić pewną chronologię od tomów „Kształtu fali (1969), doświadczeń – „Stworzysz świat albo siebie” (1979), „Waga i warga” (1984) poprzez „Wiersze o miłości”, „Sposób na bezsenność” (1996), aby trafić w „Imię Twoje” (1999) i dalej po obecny tom poezji. To tutaj właśnie czujemy nawiązania, o których była wcześniej mowa. Jest tu owo awangardowe tworzywo . Są : zasady, metafory przekuwające się jakby , jak wspomniałem – chronologicznie, tłami liter w kształt własnego odrębnego heroglifu, który w tej książce objawia się wyraźnie i idzie czytelniej. A mocno wyryty (wypłukuje go fala) z piaszczystego nabrzeża uchodzi w przestrzeń wolną.
    Jest to jakby kod poszukiwania drugiego ważniejszego świata, jakiejś atlantydy (?), która jest własnością bezpieczną poety. Prowadzi to do niekończącego się olśnienia w którym poeta idzie mimo wszystko po omacku. Idzie jak wędrowiec , być może Eremita (?), wsłuchując się w głosy pozostałe na pustyni przepełnionej wielkim czasem, czyli pełnej piasku – Idzie wśród napotkanych : budowli z piaskowca, mozaik, słyszy błąkające się echa…

    Posągi zwracają się do słońca
    okaleczone twarze
    I nagle staje się cisza
    słychać jak czyjś labirynt ucha
    zwija się w czułość
    róż paznokci płonie
    szeleści szepcze zwój listu
    im krwawi pieczęć na węźle
    strażnika ust miłego

    Jeżeli podążymy za poetą usłyszymy to samo, a olśnienie przedłuży swoje ramię w nieskończoność i obejmie ciepło czasem dzisiejszym. Owe wymiary nałożone na siebie w jednym miejscu , tworzą ogromną pełnię bezhoryzontalną (?) i żywą harmonię. Motywy śródziemnomorskie pooznaczane mitami filozoficznymi, z natury rzeczy powiązane z krajobrazem , towarzyszą często poecie, który tak naprawdę mówi o współczesności. A przynajmniej chce tę dzisiejszą istotę świata przeobrazić w świat drugi, gdzie można ratować najcenniejsze światło…Zadaniem poznawczości jest tropienie siebie poprzez doświadczany labirynt. Tworzy się wtedy bardziej autentyczną rzeczywistość, zdolna do przenikania i tworzenia wartościowych wyrazów bytu. I jest tak na pewno, że może się rzeczywiście krytyk i czytelnik zapomnieć i jakby zakląć się na inną wieczność, choć to poemat prozy, która tutaj wychodzi z poezji…Grupiński doprowadza swoją wielowymiarowość do JEDNI, szukając jakby zagubionej ikony , być może tylko jej odbicia(?) – To jest Jego „Jednia”, zakodowana w podświadomości. Zapisana jak film klatka –stop – klatka – stop…To poemat pojęciowy i filozoficzny obudowany obrazami , które jak fraktale wychodzą jedno z drugiego, dlatego jest tutaj i o pewnej harmonii światów.

    Zbigniew Kresowaty

    Jerzy Grupiński: Wiersz na oddech światło i falę. Poznań 2004 Wydawnictwo Moś i Łuczak sp. ilustracje Andrzej Kurzawski.

  • TA NASZA MŁODOŚĆ

    Rewia Przebojów lat 60-70-tych we Wrocławiu

    „Ktoś mnie pokochał” – to słowa piosenki Skaldów która była przebojem tamtych lat. Trzeba powiedzieć także, że to słowa, które oznajmiają wiosnę. Wiosnę w naturze, ale także w całej sferze ducha człowieka. Człowiek posiada do wyrażania swej ekspresji erotykę i wszystkie inne zmysły, żeby mógł prawidłowo istnieć w czasie jemu danym. Teatr Muzyczny Wrocławskiej Operetki zainscenizował rewię, złożoną z największych przebojów lat 60-70-tych. Pomysłodawcą okazał się Dyrektor Rostecki. Zaprosił, tym razem do uczestnictwa, do swego pomysłu – do reżyserowania owej rewii, Bohdana Łazukę, oraz scenarzystę Jacka Lubarta-Krzysicę z Krakowa. Choreografii zgodziła się doglądać Zofia Rudnicka, przy scenografii Joanny Barylińskiej i kierownictwie muzycznym Zbigniewa Małkowicza. Chcę nadmienić, że nie pierwszy raz Jacek Lubart-Krzysica objawia się jako autor scenariusza. Brano go kiedyś do przeróżnych realizacji małych form dziecięcych, do teatru, a także do telewizji w Krakowie i Warszawie. Wydatnie udał się pomysł Krzysicy, ponieważ doświadczał się on wtedy tym „młodym człowiekiem”, poetą, dziennikarzem, który śpiewał tamte przeboje – zatem z lokalizacją klucza do REWII nie miał żadnych kłopotów – jak mi oświadczył. Zostałem zaproszony do obejrzenia premierowej Rewii z udziałem w/w realizatorów. Można było sobie już nie tylko przypomnieć znakomite przeboje „z tamtych lat”, ale i je głośno zaśpiewać z wykonawcami Operetki Wrocławskiej… Wszyscyśmy śpiewali te przeboje: duzi i mali, chociaż politycznie zamknięci w tzw. „obozie socjalistycznym” i przy jego „świetlanej przyszłości” mieliśmy smutne miny i mieszane nadzieje… Pamięta się powiedzenie „wiosna idzie panie sierżancie”, „idzie nawiedzenie” pisali poeci itd. – komunistyczny rząd robił swoje i jego Hunta ! a my śpiewaliśmy sobie ! Ale wracając do Rewii – Bohdan Łazuka, który na owe czasy był wyrazicielem połączonych cech, które jednym widzom wtedy pozwalały podziwiać rozdokazywanego chłopaka o ujmującym uśmiechu i błyszczących oczach, gdy drugim ironicznego komentatora mikrozdarzeń – a więc jednym bliższy był „charleston”, drugim – Okudżawa, jednym „czacza”, drugim – Ballada o fryzjerze z St. Denis…, a wiec wykonawca ten zapisał się wtedy jako piosenkarz bardziej, niż aktor prof. Sempolińskiego i jako człowiek do rozładowywania kompleksów przeróżnych, ale jednakowo archaicznych… Bohdan Łazuka postanowił tym razem jakby, skondensować swój trud, image i styl podejmując się reżyserowania tych przebojów. Dobrze, że podjęła się tego gwiazda ! – która jakby pozostała „gwiazdą”, co do swego scenariusza postarał się powziąć Jacek Lubart-Krzysica.
    Poeta i autor scenariusza pozwolił również swemu pomysłowi, żeby tak poprowadzić kluczem, na początku rewii inscenizując scenkę teatralnej próby, w oczekiwaniu na gwiazdora, który ma zawitać do „małego teatru”… Tak też było! Wprowadziło to na samym początku trochę napięcia i niepokoju – sam zapytywałem siebie w głębi duszy – przecież przyszedłem na rewię, a nie na sztukę teatralną o gwiazdorze !… – szybko się jednak okazało że rozładował to telefon (w scence) od Bodzia, którego wszyscy z artystów niby znali – jednocześnie wyparli się, gdy doszło do przyjęcia wiadomości ze słuchawki podczas chwilowej nieobecności reżysera (scenki). Okazuje się, że jedynie krzątająca się sprzątaczka zna artystę i rozmawia z nim na „ty”… Scenografia tej wstępnej scenki do Rewii została celowo ujęta przez Krzysicę i zaplanowana w iście komunistycznym, czy socjalistycznym stylu (?). Była mównica z paprotką i szklanką wody na scenie, była przewieszona flaga i inne atrybuty byłego okresu. Dopiero po kilkunastu minutach opada kurtyna i faktycznie pojawiają się poszczególni wykonawcy rewiowi. Kontynuacją do byłego okresu, oczywiście musiały znaleźć się na scenie schody z rewii Rzeszewskiego lub choćby ze „Szpicbródki” rodem, co było kontynuacją klimatów ówczesnych programów rozrywkowych w TV. Piosenki jednak także pozostały -także w naszych sercach. Tutaj zaaranżowane w nowy sposób, odśpiewane trochę banalnie i naiwnie – tak jak wiodło nas wtedy życie i nadzieja, aktorzy i balet poprzebierani w stroje z lat sześćdziesiątych–siedemdziesiątych, odśpiewane jako przeboje „z myszką” przypomniały niejednemu widzowi nastrój i przeżycia z minionego okresu. Można było przenieść się w atmosferę dni które minęły (?). Odkrywanie uroków tych utworów, ich metafizyka i styl, w nowym opracowaniu, trąciło nas sentymentem – może nostalgią (?), a może romantyzmem (?) – Kto wie !? – jednakże brawa publiczności, nieprzerwane owacje, nawet na stojąco, mogły dowodzić, że tak ! Cała dygresja do czasu minionego, którą jakby wyśpiewaliśmy sobie sami, sprawiała przy całym sprycie scenarzysty Krzysicy, który jakby chronologicznie połączył style, ujawniła swoje oblicze. Wydaje się , że jest to dowód na nasze słabości – a i dowód , że nigdy nie straszne nam były ingerencje cenzury, itp. rzeczy, w kulturę, bo zaraz znaleźliśmy kontrę – to także przychodziło na myśl. Cała rewia z dobrym układem choreograficznym w tamtym stylu, po nowemu, z udziałem pani Zofii Rudnickiej w pierwszej i drugiej części przeminęła szybko! W drugiej części wystąpił gość, Bohdan Łazuka, także „gość” ze scenariusza Lubarta-Krzysicy, dając swój recital z byłych śpiewanych piosenek. Pomimo, że wszyscy nie wierzyli i zwątpili, że owa „gwiazda” pojawi się – a to dzięki i zasłudze scenariusza, pojawia się i cały czas śpiewa z zespołem Operetki Wrocławskiej. „Bohdan trzymaj się” i nawet dobrze wypada gość, choć trochę puszysty, jego wdzięk męski wciąż dostarcza paniom wizualnej rozkoszy – tak było i tym razem ! Łazuka tańczy, śpiewa i wieńczy uśmiechy –„Bo to tak zwykle się zaczyna” – tak się zaczęło, że ze zwątpienia chwili, że nie dojedzie gwiazda – dojeżdża ! – i jest – jest ciepło, dygresyjnie i radośnie – bo cała sala śpiewała. Były takie utwory w I-szej części jak: Małgośka, Cała jesteś w skowronkach, Ładne oczy masz, Odrobinę szczęścia w miłości, Nie płacz kiedy odjadę z Marino-Mariniego, Ktoś mnie pokochał, Szanujmy wspomnienia – tu uszanowano wspomnienia, uszanowano talenty w tym i tych wykonawców teatru. Pomysł zatem udał się i będzie Rewia występować w kwietniu dalej ! Wiosna „na przełomie millenium”- snujemy podsumowania i skłaniamy się ku okrągłym liczbom – tego nie da się ukryć ! – tego nie dało się ukryć i tutaj ! Warto zatem z tego tytułu uczynić jeszcze jedną dygresję, że owe przeboje ciągle i dziś śpiewamy, mimo szumów destrukcyjnej muzyki, mimo nowatorskich przedsięwzięć nowej generacji w muzyce Śpiewamy, nucimy, bo przecież takie były te przeboje – do śpiewania, do używania, do poprawy nastrojów i nadziej. Mało! Śpiewają te piosenki młodzi, kibice piosenki, ogoleni na łyso, niechlujnie ubrani, na grubych gumowych podeszwach, choć czas dziś w rodzaju muzycznych łamigłówek. Przeboje te bywają inspiracją poetycką dla młodych, parających się „muzycznym stanem” w Polsce…
    A więc dobrze, że zrobili tę REWIE ludzie, którym wszystko z zapomnienia nie było obce. „Ocalili jeszcze trochę od zapomnienia”. Należy się pełny aplauz wszystkim, którzy zaangażowali się w ten pomysł – wszystkim realizatorom i wykonawcom bez wątpienia, zwłaszcza, że tak naprawdę bardzo mało dziś Rewii – odeszły jakby w cień – ale czy naprawdę(?) Była to sztuka i był to spektakl dwóch najważniejszych realizatorów. Bohdan Łazuka i Jacek Lubart-Krzysica przetransformowali nas w „świat młodości”. .Dopóki słucha się piosenek i muzyki własnej młodości – ta młodość nie mija ! – Tak było tym razem ! „Szanujmy wspomnienia”, bo warto dla siebie coś mieć na każdą wiosnę, kiedy zaczynamy zawsze od nowa, z nowym doświadczeniem…
    Zbigniew Kresowaty

  • CZY PRZEMIJA? – O tomiku wierszy Julii Hartwig pt. „Przemija postać świata”

    Jeszcze jest czas ,żeby dosięgnąć tomu poezji JULII HARTWIG pt. „Przemija postać świata” . Jeszcze jest czas, choćby pół miesiąca , później godzina, chwila, zanim nie zacznie się nowa era…Zepchnięta naszym pędem epoka oddali się w przepaść kosmosu, jak porzucona stacja kosmiczna, wykorzystana do ostatniego okrążenia, wykorzystana i porzucona na stos otchłani.
    „Przemija postać świata” to książka , jedna z wielu , które powstają „na przełomie”. Julia Hartwig uległa pokusie napisania swoistej dygresji poetyckich upostaciowienia tego ostatniego czasu – czasu jedynego naświetlonymi refleksjami, czasem obawą lub przewartościowaniem. Skapani w burzach globalizacji, wessani w tryby i impulsy komputerowych znaczeń, naświetleni elektrycznym tokiem rzeczywistości, pędząc do tej dużej Europy , czyli do Ameryki po urzeczywistnieniu własnych możliwości, zapominamy o sanktuarium człowieka. Jeszcze nie nauczeni siebie, a już jakby pożegnani z sobą. Poetka próbuje uzmysłowić nam, ze jesteśmy „lekkomyślnymi dziedzicami powagi, nie wyświęconymi spadkobiercami…”,że w świecie tym mieścimy się jak ulał, dając do rozumienia, iż pewne rzeczy przychodzą, nachodzą na siebie – z nich tworzy się nowy los świata. „Jesteśmy dla Ciebie” – to tytuł wiersza (str.42), który mówi :

    Jesteśmy dla Ciebie rezerwatem historii Europo
    z naszymi staroświeckimi ideałami (…)
    Wszystko co mamy najlepszego oddajemy na pożarcie
    smokowi gwałtu i przemocy
    Młodych chłopców piękne dziewczęta (…)
    daninę kwiatów krzyży słów.

    Z tych treści wypływa inny zgoła wiersz zawierający wyczekiwanie obojga płci – jednakowo choć osobno:

    Niech nas ogarnie mądrość milczenia,
    mądrość ciepła , mądrość pożegnania na długo
    przed chwilą odejścia.
    Leżąc obok siebie patrzymy w noc.
    pokłonią się nam cztery strony świata
    i wędrowcy ciemności złożą przed nami
    wymarzone dary , leki i talizmany.

    Poetka objawia przed nami moc nadejścia jakiejś wyjątkowej chwili , która jest jakby narodzeniem w sobie, bo nadchodzi czas składania darów, jak przy narodzeniu Mesjasza (?). Wiersze Julii Hartwig snują swoisty przepis na postawę refleksji . „Poszukiwanie” to wiersz , który kontynuuje pytanie – czy nas stać na to?

    Błąkać się w poszukiwaniu
    Kilometrami milami sunąć przez autostrady
    przecinając górskie szczyty pustynie rzeki
    jechać pędzić gnać do celu
    który rozpływa się jak mgła i nagle
    stajesz nad przepaścią
    albo nad urwiskiem kamieniołomu albo nad
    śmietnikiem
    C 1 biegnie przed tobą jak zwodniczy brzęczek…

    Kogo tu już nie było przed nami
    Błędni rycerze o twarzach z blachy
    na wpół ślepi z ropiejącymi uszami
    pozbawieni czucia ale wciąż szukający
    Rycerze Graala Bracia Ich kości (…)
    Satyrzy galopujący za nimfami po pustych gajach …

    Cały ciąg takich wspomnień z przyszłości, zmysł bytów wydeptanych fizycznie przeróżnego kształtu śladami w tym naszym toku przewodnim parcia do przodu jest jakby mottem do tej książki. Tytuł wiersza (str.50) ” Idzie za mną to wspomnienie” – ciągnący się ogon poświata naturalności – dalej, dalej ,aż ku źródłom – do Europy.

    Stoisz na skraju Europy
    Postawiono cię na urwistej skale
    Pod białą kapliczką rybackiego dziękczynienia
    Morze wysokimi falami zalewa brzeg
    Wiatr zrywa z głów kapelusze Portugalia
    W oświetlonej słabym światłem kawiarni z odrapanymi ścianami
    pisarze popijają wino
    Niektórym chodzi o wszystko reszta gra żetonami
    śpiew tęsknoty i miłosnego cierpienia

    Mówi poetka ,że dziś nie umiemy cierpieć, że wszystko zbyt szybko odlatuje do miejsc przeznaczenia. Domniemać należy ,że w przyszłości będą inni ludzie , a więc i nadzieje będą też inne. Ci ludzie sklonowani . silikonowi, pewnie nie znający naszego słowa „nadzieja”, inaczej będą traktować życie. Można tu na wiele sposobów parafrazować, to też jest zadanie dla poety, kruche znaczenie –słowa „nadzieja”, czyli stanu umiejętnego wyczekiwania. Takie sugestie podaje nam pod rozwagę poetka, ogłaszając swój zbiór wierszy na rok przed jakimś przełomem, zanim wybije gong, choćby po to, żeby wracać przyszłości i być uświadomionym przewartościowanym nowym człowiekiem…

    I wszystko straci cenę jak na posezonowej sprzedaży
    lekkie suknie bo skończyło się lato (…)
    telegramy: Przyjeżdżam! W których bije serce
    i te które listonosz doręcza ci z trwogą
    wycinki z tych gazet których sensu nie rozumiesz
    (…)
    te kłopotliwe resztki ta sterta pamiątek
    czekających na oko ciekawskie płomienia

    Godzenie się na remanenty u Julii Hartwig jest tutaj naturalne a nawet konieczne. Wszystkie konkluzje, nawet te metaforyczne zdają się przybywać nagle, a rozpatrywanie ich znaczeniowości to tylko sfera dojrzałości choć nigdy nie jest wiadomo co z czego wyrasta.
    „Przemija postać tego świata” (str.73) – to wiersz tytułowy książki traktujący naturalnie cykl życia świata naszego, ale będą inne światy : jeden świat, drugi , trzeci a w nim stanie inny już człowiek. Tu poetka zapytuje o rzeczy najważniejsze, w tych przepostaciowieniach , a mianowicie o funkcję świadomości :

    Zawsze chcieli wiedzieć
    co z tą świadomością się stanie .”zmarli święci nie wiedzą co czynią żywi,
    nawet tego co czynią ich własne dzieci” – powiedział święty Augustyn.
    Okrutne rozdzielenie .Skąd więc tyle w nas pewności,
    ze przybywają wśród nas umarli.

    Powołanie do przedłużenia sobie życia w świadomości , a i w nadziei na tamte , inne światy, to swego rodzaju umiejętność – kto więc tego miał nas nauczyć – skoro nikt nie uczy? Jest to co jest katechizmem posiadania, z gry dominacji i innej interpretacji Dekalogu…
    Zmieniony świat nigdy nie wróci , świat materii umrze. Stawianie na przedmioty na ich wartość, na pewno oznacza pewnego rodzaju rozpacz, choć poezja ta i jej podmiot nie emanuje rozpaczą – jedynie wołaniem do odwrócenia głowy, czasem w celu naprawczym. Reasumując, daje nam poetka do rozumienia , ze przeminął czas stary, a mimo to nawołuje do poszanowania budowli świata, do pozostawienia „tej rzeźby” w takim stanie jak ona jest. Czyli do stawiania rzeczy we właściwych miejscach – wtedy jest samoocalenie.

    Zbigniew Kresowaty

    Julia Hartwig, Przemija postać świata, Warszawa 1999, Wyd. Prószyński i S-ka, ss.80

  • ENTROPIA NA „SZKLANĄ GÓRĘ” dla Barana

    Na pewno jest warta omówienia i uwagi książka Józefa Barana z serii „POECI KRAKOWA”. W serii tej wydali już: Stanisław Stabro, Adam Ziemianin, Krzysztof Lisowski, Andrzej Warzecha, czy Jerzy Piątkowski … To, że Baran został odkryty przez ongiś znanego krytyka Artura Sandauera (a który udzielił się także Różewiczowi i innym) pisze każdy krytyk, dając jednocześnie do rozumienia, że Józef Baran to doświadczony i ceniony poeta, a jednocześnie zaskakujący swoją osobowością i niesłychanie płodny autor. „Ta poezja umie trafić do serc ludzkich” – powiedział Sandauer – to tak jakby powiedzieć, że to poezja, która nie umie trafić do serc zwierzęcych… Ale są to pradawne słowa krytyka i znawcy poetyckich opcji. Zaiste jest coś dobrego w kontakcie z tą poezją. Jest ujmująca prostotą kreacji, przy jednoczesnym obcowaniu z dobrą metafizyką, choć autor wywodzi się ze środowiska wiejskiego nie porzuca on swego dzieciństwa – bo jego byty są ewokowane przez oryginalne metafory i transformowanie ich w czas obecny jest bardzo ciekawe. Głębokie i z autopsji znane przeobrażające się obrazy emanują ciekawą budową, semantyką czy kolorytem. Teksty Barana są śpiewane, mówione na wiele sposobów, są w gimnazjalnych podręcznikach i licealnych książkach. Poezja tego poety stała się i znana, i wybitna, i uczona. Wydał Baran kilkanaście dobrych książek, omawianych na przeróżne sposoby. „Pod zielonym drzewem życia” spędza Józef Baran swoje poezje, odbiera je naturze i przyrodzie z niedowierzaniem dziecka i niekrępującym dziecinnym spojrzeniem, z niedowierzaniem w wiarę, w sen i obcowanie z atrybutami przyrody. „POD ZIELONYM DRZEWEM ŻYCIA” to kolejny tom poezji, wydany w 2000-nym roku, ciekawy w swej pojemności, pełen erotycznych liryk, miłosnych gier, uszczypnięć i dygresji do swego życia. W tomie tym, przysłanym mi przez poetę, jak patrzę, sama natura nie stanowi w poszczególnych wierszach podmiotu, jest natomiast tłem ekologicznym do całej gamy toczących się wcześniej wspomnianych dygresji. Przyroda, która daje wszystko, w tym inność, i erotykę, i burzę nie jest tu wypowiadana ponad krajobrazy i te z dzieciństwa z którymi nierozłącznie trwa autor – ale daje tym samym do rozumienia , że poezja jego nie może mieć żadnych barier wiekowych. To mądra dojrzała poezja dla każdego… Poezja ta jest, jak w innych książkach poety, bardzo bliska człowiekowi i „przyjazna”, (choć to niezbyt dobre słowo) i nie zatraca duszy w całej przyrodzie także świata metafizycznego. Nie przestrzega poezja ta przed kataklizmami, przed zagrożeniami. Jednak, jakby nakazuje patrzeć na siebie takimi jakimi jesteśmy… Patrzeć, mówi, trzeba pod nogi, rozglądać się i dotykać na odległość, ręki lub drugiej osoby, choć poleca nas całemu kosmosowi i bezkresowi uczuć, ale wyznawanych jakby w prosty sposób (?).

    Leksyka tej poezji wybiega ponad regionalność i azyl poety, ponad doświadczenia z przeszłości, ponad pochodzenie. Nabycie pewnych praw oglądów i kolorytu przez poetę przeszło wraz z nim do odkrywania innych obyczajowości, czy kontynentalności. Już dawno, jak wiemy, Baran uznał wartości przyrody za nadrzędne dla swej poetyki – teraz kontempluje jej znaczeniowość i pokoleniowość… W tomie tym są emocjonalne, lecz nie z sentymentu wywodzące się wiersze, odnoszące się głównie do całej sfery wartości humanistycznych. Jest budowany obraz dwojga ludzi jako jedna całość, bo tylko z łączenia i z podziałów może powstawać nowe życie, choć jego mechanizmy rodzenia są takie same. Poszukiwanie siebie w takiej sferze uczuć jest prawidłowe i naturalne, a jeszcze bardziej zasadne, gdy toczy się „Pod zielonym drzewem…” Zaczyna poeta zbiór wierszy słowami wiersza (str.9): pt. „Szklana góra” :

    (…)
    że ta powiewająca chusteczka
    melodia niebieska szklana góra
    wystrzelająca pod chmurę
    to tylko przywidzenie
    oczu zauroczenie
    to tylko z dymu ofiarnego słów
    które szły prosto w niebo
    i na początku wróżyły pogodę
    coraz wyższa szklana góra
    się wyłania
    której teraz
    zdobyć nie umiem

    – wiersz ukazujący zasłony, gdy trzeba stanąć na wysokości zadania – niepojęta miarą przestrzeni – jakieś usprawiedliwienie się przed tym, że trzeba będzie poszukiwać „pod nogami”, bliżej siebie – a może w sobie (?). Taki bezmiar najbardziej widać „spod zielonego drzewa…”
    I żeby stać się – „Zakochanym odkrywcą” wiersz (str. 11) powie:

    jeden wynalazł koło
    drugi zbudował wodolot
    trzeci zrobił trzy pierwsze kroki na marsie

    a ja odkryłem Ciebie
    na tej dziwnej planecie
    (…)

    Czyli wraca poeta do siebie, do zasięgu oka i ręki, do tego co przywiązało się do serca… Mówi konsekwentnie, że wszystko toczy się w zasięgu erotyki – całe życie. Dlatego musi się pojawić wiersz pt. „Mężczyzna i kobieta” (str.16) gdzie powie:

    (…)
    rzucasz za siebie grzebyk
    wyrastają lasy które w mgnieniu oka
    zajmują się ogniem
    rozwijasz z włosów wstążkę rzeki
    i po niej prześlizguję się błyskawicą
    słyszysz miłosny szept
    palących się traw
    jestem pożarem który cię ogarnie
    (…)

    Toczy się erotyka tego tomu wierszy chronologicznie – bo na str. l9 doda autor w wierszu pt. „Bezszelestnie”

    bezszelestnie
    otwarły się
    okiennice snu

    i ze wszystkich stron
    powiało tęsknotą
    (…)

    Powiało zapachem lipy, powietrzem, do jakiejś królewskiej dalekiej z pamięci adoracji – „Krótka adoracja królewskiej lipy” (str.23) w wierszu dedykowanym Ani Dymnej powie poeta:

    cóż mówi – o kosmosie
    gdy się w lipę wpatrzeć
    można się zatracić
    karuzela spiętrzonych gałęzi
    wirująca szaleńczo
    w skołowanej głowie
    liść goni liść
    a jest ich tyle
    (…)

    Jest tyle liści co miłości, co obcowań z nią, co dróg, którymi za nimi, się goni. Do królowych, do obłąkanych, urzekających gwiazd. Dla kulminacji (jak to bywa zawsze w środku dzieła), warto przytoczyć wiersz pt. „Maj” (str.27)

    słońce sprzęgło się
    w uścisku z ziemią
    orgazm
    bzów gorejących
    czereśniowych ogrodów
    wyrywających się do lotu
    wytrysk mleczy
    erekcja konwalii
    (…)
    – a nocą „niespokojny śpiew serca”. Jest u Barana jednocześnie bratanie i jednanie się z atrybutami przyrody, jest porównywanie i wchłanianie jej i w nią, oraz na uzmysłowienie tej całej mięsistości, cała sfera erotyczna – co jest widoczne gołym okiem, uchem i nosem… wystarczy mieć „głęboko otwarte oczy”. Wystarczy, żeby nadziać się na ból – czasem gorycz… Tekst wiersza (str.30) pt. „Kobieta świeżo po rozstaniu” mówi:
    (…)
    teraz biegnę na oślep
    obolała
    bez głowy bez ramion
    obita przez miłość
    kijami – samobijami
    nike z samotraki

    Jest w tej poezji mit i radosny ból upojenia zrastającymi sercami, rozdzielaniem go – jak epoka od epoki gdy zbliża się „Coś”… – Wszystko staje się inne, jak porąbane pomniki, rzeźby(?)…
    Pisze poeta w dalszej części książki o niepokoju (str.31), o W muszli nocy. Pożegnanie, Kobieta czeka na swego Kolumba, Ballada o zimowym rejsie, Małżeństwo, Macierzyństwo, Wesele córki… Pisze poeta, jakby opowiadając o swym życiu, o życiu sąsiada, o bytach z rodzinnego Borzęcina, choć będzie gdzie indziej – te obrazy pozostaną! Baran jako doświadczony poeta, znający wszystkie meandry natury, zakątki, kamienie, pozwala sobie na pewien refleksyjny ton z racji nabytych, czy wrodzonych powinowactw do własnej osobowości , jednakże dokształca je, dobudowuje całą sferę i kondycję tej natury co jest bardzo ciekawe! Baran nie opisuje ludzi zapyziałych, zabitych bagnami czy skarłowaciałym ziemskim losem – Baran uczy jak można się odnajdywać w takim krajobrazie, edukuje ten byt i pokazuje, że tam właśnie jest miejsce na szczęście, na inne spojrzenie. Nie da się ukryć analogii, przeróżnych analogii, do poezji tego autora, do jego dorobku twórczego. To on właśnie skondensował osobowości wielu poetów pochodzących z Galicji, takich jak: Nowak, Ziemianin, Kawalec i inni. Baran jako jeden wprowadza grę „nierozumnego dziecka”, a jednocześnie bardzo obserwacyjnego medium rozumnego o rodowodzie dziecka, które najbardziej rozumie cały ten rozdźwięk, a który jest jakby istotą tej poezji. Są klucze w tej poezji – Ballada, Pieśń, Pastisz, Kolęda, Kabała… Pacierz i inne. Jeżeli się przyjrzeć całej osobowości twórczej poety, utwory autora BUKOLIKI BORZĘCKIEJ kojarzą bowiem zaobserwowany konkret z głębokim przeżyciem i dalszą kreacją go tak jak kreuje się drzewo wszystkimi gałęziami do korony z całym w niej inwentarzem pór roku, czyli kwiatem, ptakiem, liśćmi czy owocem… Jest wart uwagi ten zbiór wierszy, ponieważ zawiera owe atrybuty, ponieważ pomieszcza miejsce na naturalną erotykę od której zależą byty, a z tym ich wrażliwość. To wrażliwy poeta poszukujący wokół siebie sobą całym. Jest mu znana Entropia i Szklana Góra nie jest przeszkodą.

    Zbigniew Kresowaty

  • DRESZCZ KOBIETONA I KĄPIEL W OGNIU POŻĄDANIA

    o książce „Melancholia symboli” i poetyce surrealistycznej Janusza Stycznia

    Książka Janusza Stycznia przeleżała na moim biurku kilka miesięcy zanim wróciłem do domu i zacząłem z nią rozmawiać…Tytuł „Melancholia symboli” (wyd. w 2003 roku )ogłoszona przez serię Biblioteki Wrocławskiego Oddziału SPP- seria XI (2). Powracający jakby zza światów z białych sal z przyjemnością sięgnąłem wpierw do poezji Janusza Stycznia. Ta poetyka nigdy się nie starzeje –Jest to cykl patrzenia niezależnego, odrębnego i przechodzącego w perspektywy po-czasowej lustracji i zaklęcia tajemnej grozy marzeń i ich wersyfikacji na spojrzeniu ,które jeszcze przed minutami było jakąś dotykalną fizycznością – a już nie jest…Niesłychanie inspirująca jest poezja Janusza Stycznia takiej żyjącej studni którą ,żeby odkryć i kontemplować jej echo trzeba odsunąć krążek księżyca i przebić się przez mroki w mistykę ludzkiego DNA, które „cudni mi się jeszcze” (na moje szczęście!) i w oczach moich obserwujących go jako jedność duchowa. Zawsze z ogromną przyjemnością sięgam do poezji tego poety – autora znakomitych obrazów , w których czuję: pieśń, zapach werniksu i kobiety, głód, i szept erotyczny wydobywający się zmysłowo z jakiegoś tajemnego pulsującego labiryntu. Okrzyknięty ongiś Styczeń został poetą :mroku, symboli , księżyca i lustra, ale jak wczytuję się w dalsze ciągi ,które mogą być cięgami po duszy zmysłu każdego człowieka -widzę ciągle rozbudzającą się erozje , zwłaszcza u osoby „trzeciej” , która zostaje wciągana w cały bezczasowy teatr z czasu fizycznego. Sięgam równie z ogromną melancholią, gdyż wiem ,że ów świat porwie mnie w niecodzienność poza horyzonty na jednorożcu tym bardziej że ten dzisiejszy świat chorujący na fizykę płaskich wektorów wyuzdany z romantyki, pnący w kierunku konceptualizmu pieniądza staje się banalny i obcy dla głębokich ambicji intelektu. Sięgam, gdyż potrzebuję „na gwałt” innej melancholii i zatrzymania się, żeby nasycić się krwią róż ,być może jako niepowstrzymane łagodne kolejne wcielenie wampira , który stracił kły na wbijaniu znaczeń w zdania , w pustkę, żeby próżny w nocnym odbiciu lustra kobiety przebrnąć przez ocean jej ciała jak mały biały żagiel. Janusz Styczeń poeta niebanalnej sceny, inscenizator atmosfery z zapleczem bezwiednej płci obojga istnień, wiedzie nas ku surrealistycznym obrazom żywej symboliki ,sięgającej mitu , etosu filozofii i malarstwa ,które zawsze odgrywało u niego wielką rolę inspiracyjną .Kupował Albumy ,chodził na wystawy nawet kiedyś przyszedł na moją w BWA „Awangarda „(1994) -Ten pięknie wydany tom poezji ,jego retoryczna liryka melancholijnych symboli kwitnie i wciąga w Ogród Ojca Muz, który sam się dzieje całym sobą .Jest to książka o symbolice nadrealnej ,metafizycznie rozciągająca swoje ramie w przestrzenie bezpowrotne ,w poza-grobność , która tutaj osobno trwa w sobie. Styczeń lubiący plastyków , głównie artystów , którzy nie ograniczają swych dzieł do konkretnych ram , artystów którzy budują i malują zaplecze metafizycznym pędzlem jak Caspar David Fredrich, i gdzieś (być może od tego artysty ) bierze się dalszy ciąg kolejnych aktów poetyckich Stycznia. Nawet jeden ze swoich tomów poezji nazwał tytułem obrazu tego znakomitego malarza czcząc go jako swego mistrza, choć Janusz nie jest plastykiem .To „Mężczyzna i kobieta kontemplujący księżyc „- Oznajmia Styczeń ,że poprzez drogę mroku do księżyca , która biegnie przez zmysł jest mu bliżej do humanizmu a jeżeli przez patrzenie na słońce , które oślepia. Ale wracając do malarstwa Friedricha którego kocha Janusz, artysty który maluje postaci od tyłu nie pokazując ich twarzy (,nawet Styczniowi), dlatego on sam jako medium musi przejść na drugą stronę tych obrazów ,żeby nam powiedzieć :co widział z tzw . „przodu”, lub co podejrzał jako trzecia osoba -Judasz. Artysta Friedrich jakby osobowość ukryta :kobieton i mag -medium tworzy tajemnice urokliwości Janusza ,takie semantyczne zdarzenia dalej a jeżeli senne i jakby GDZIEŚ –TAM w nich cichy kot skrada się jako zmysł poety ,żeby milczeniem pomruczeć -odegrać „siódme zmysły” poza czasem fizycznym. Styczeń także interesuje się malarstwem Tycjana!… Jego Wenus – Wenus leżącą na łożu na pierwszym planie , której twarz nie jest ważna –Ważna jest tutaj przestrzeń poza łożem ,czyli ma tu poeta do czynienia z obrazem odwróconym do tzw. prawidła! -Ta Wenus na pierwszym planie blado jakby wychylona z nocy z mroku gotowa do drogi(?) trwa na tle dalszych widzeń czyli :swych innych postaci kobiet, z których jedna pakuje kufer lub wyjmuje dla Wenus odzienie… Artysta widzi tu Wenus w trzech osobach. Ale poeta słyszy ich rozmowę kobiet przy kufrze, widzi „świadomość czuwającą” jak pies wie, że ta Wenus szuka innego stroju innego lepszego wcielenia a jeżeli nagość . W tym tomiku poetyckim jest dużo o takiej Wenus „dziewczynie szukającej fontanny” wykwitu kobiecego, który może tylko zdarzyć się raz powiedzmy pod dotykiem Oka Innego mężczyzny .Wiersz (str.13)
    dziewczyna idzie przez ogród,
    ona lubi bardziej ogród niż świat,
    ona lubi patrzeć i słuchać,
    jak Czas szeleści usychając i się rodząc,
    dziewczyna rozrzuca opadłe liście,
    jakby chciała rozrzucić opadły Czas i jego szczątki
    poderwać do dnia, (…)

    Poeta poszukuje zmysłami kobiety , która ma za – dużo czasu, i za dużo siebie…Poeta szuka coś więcej; prawdziwego mężczyzny ,zapachu , wie że jest sam tym zapachem, szuka ogrodu ale i on jest tym ogrodem, a więc być może nie TO ,ale…To ONI (to coś ukryte razem) TERAZ szukają niezakłóconego snu, gdyż tylko tam jest prawdziwa poezja estetyki erotycznej takiej niespotykanej…Poeta od dawna jak tylko sięgnąć wstecz jego pokaźnego dorobku , kiedy odbiera sobie nieustannie swoje drugie JA z przestrzeni jakby wcześniej zobaczonej w surrealistycznej mocy świata ukrytego w abstrakcji wewnętrznej każdego z nas, być może z takiego miejsca dziś wstydliwego wymagającego zatrzymania , próbuje złożyć rozrzucone szczątki prawdziwego marzenia drzemiącego jeszcze w nas i podać nam treść niecodzienną erotykę bezgraniczną .Ustawia jak sę wydaje scenę zbyt małą na tak wielkie opowiadania ,ustawia aktorów dwóch i siebie do trójkąta, który jest płodny i jedyny. Czytając te poezje , która tak naprawdę rodzi się: w labiryntach mitycznych, w ruinach cieni w filozofiach starożytnych a wydobywa się skrzydłowymi drzwiami jakby z oceanu czuję że wchodzę w nią jakby zassany powołany wciągnięty niechybnie: krok po kroczku, szept po szepcie oczekując co się stawać będzie dalej i dalej …Wchodzę jakby w osobną mitologię poety , który inspiruje nastrój wydłuża gałąź kobieto-mężczyzny , układa znaki rąk , ust i muśnięcia poręczy , zawiesza księżyc nad Magbetem a może nad Otellem (?),na którego „czekają łodzie potopionych gdzieś na dnie Oceanu ” (to fragment mojego wiersza, który tutaj poczułem) .Trzeba to powiedzieć ,że te poematy otwierane na oścież ku nam toczą się także gdzieś obok Schekspeare’a jakby w zawieszeniu śmierci ożywa „życiem po życiu”… To ciągłe niespokojne poszukiwanie miejsca na obserwację i uczestniczenie łaknącym „trzecim” okiem , jakby perwersyjne podglądanie lupą Wielkiego Big Brothera scen ,i przeczuwanie chwili, w której może stać się COŚ wiele atrakcyjniejszego …Poeta wciela się w rolę bezosobową ale czynnie uczestniczy- buduje trójkąty , gra nimi zdradza i wiernie przelewa kolory , chętnie idzie na trzeciego pomiędzy usta a dłoń i dalej, choćby był nawet kamiennym jednorożcem. (str.12) (…)
    pary tańczą dookoła jednorożca,
    dookoła kamiennego marzenia,
    on jest sercem ich tańca
    ich serca w nim się odbijają,
    jest dla nich czymś pewnym, wiecznym,
    czymś ,na co zawsze można liczyć, (…)

    Ale poeta jest niezmordowany swoim wielo-życiem bo przez wiele lat w nim światy tańczą , grają byt ponadczasowy . Tańczy i czasem wystarcza mu: samo nagie marzenie kamienia czyli milczenie. To postaci mówię jego ustami -jest mimo wszystko Janusz Styczeń takim romantykiem surrealistycznym , gdyż z pozoru czystej martwo zobaczonej sceny tworzy ruch nastroju , zapach i iluminacje marzenia .Styczeń umie przedłużyć chwilę rozkoszy , całuje swoje postaci nieskończenie- tak jak silnego(białego) konia biegnącego brzegiem morza . Ta jego poetyka nie spieszy się do orgazmu, wyczekuje w szale zmysłowym jeszcze większego uniesienia . Umie poeta także ustawić relację śmierci do życia i nadać jej wielo –wymiarowość. Często sekunda jest tutaj rozkoszną wiecznością. Wiersz skrzypce (str.49):
    zostały po nim skrzypce,
    ona dotyka skrzypiec,
    jakby to jego dusza zostawiła
    takie swoje wyobrażenie,
    taki symbol wcielony w konkretny podmiot,
    taka szkatułkę, w której zamknięta jest
    duszy emanacja,
    (…)
    ta fascynacja kształtem duszy a raczej poszukiwaniem kształtu ,jakby GDZIEŚ istniejącej i wystruganej w kształt człeka , delikatność linii i liryki bywa że podskórnie lamentacyjnej ale radosnej(?), w wodzie snu w ognistych włosach (w dalszej części ksiązki) jest ponad dzisiejszą zmysłowością zabieganego człowieka , który jest przecież piękny a życie jego jest znikającym cudem-mówi poeta. Nieskończoność , która opowiada siebie w poecie, odrasta ciągnie jak dobra Chimera, unosi się i łzawi zadziwiona sobą i żyje aż po śmierci…Poeta wchodzi w marę śmierci w jej traumę i nadaje jej kształt „nietrumienny”… To mrok jest tym z czego można cos wydobyć, uratować , dotknąć, poparzyć się . Wiersz „odwiedziny” (str.51):
    (…)
    szepce umarłej ,ze ją wciąż kocha,
    całe stopy ma otulone tym szeptem,
    szept przenika we włosy umarłej, w jej duszę,
    kobieta czuje to przenikanie,
    jest to dreszcz rozkoszy,
    (…)
    Szept u poety ma zapach (, czuć go rozkoszą ), trwa, najmocniej po odejściu- oddaleniu, gdy wychodzi z cmentarza .Nikt bardziej jak Styczeń zawraca mroki człowiekowi , jest w ciągłym przebudzaniu jest pod narkotykiem zapachu kobiety , ona żyje na jego krwi pasie swą cielesność jako mara pośmiertna. W wierszu „pomnik nagrobny” (str.52) powie na końcu wiersza: „dwóch śmierci trzeba , by śmierć pokochać”- piękne i zamknięte na wieczność jakby się za moment miała skończyć poezja. Ale jak znam Stycznia nie poprzestanie na śmierci na jej co dziwne nie przykrej traumie ale żywej jak odradzająca się różą. Wróćmy jeszcze choć na chwile do samej postaci poety. Mówi on „Wychowałem się na prozie Williama Faulknera i od niego uczyłem się, jak poskramiać grozę umieszczając ją na uniwersalnym obszarze świata i czasu” – Jest zatem poeta postacią z twarzą niewiadoma dla czytelnika , który mało co wie o nim albo nic. Styczeń wpatruje się w fizyczność otoczenia w podmiot kobieto-mężczyzny –To ciało napawające grozą – co można zaryzykować dygresja: kto wie co jeszcze może się stać z osobowością liryczna , bo może przejść do obłędu , może z monstrum położyć się w lirykę perwersyjną , może dalej fermentować jak Libido całej erotyki poety już ukazane , może unieść się ponad bólem radością .Ale poezja Janusza pożąda więcej .pożąda całej wieczności jest zaborcza ku niej i łapczywa co rusz nowego spojrzenia w obszary zmysłowości niespokojnej i romantycznej choć w tej chwili znajduje się w surrealistycznym otoczeniu. Zatem być może Janusz Styczeń jeszcze nie pokazał swej twarzy. Jest ona gdzieś pod liśćmi zapamiętana i długo jeszcze będziemy jej poszukiwać zwłaszcza w świetle księżyca .

    Zbigniew Kresowaty

    Janusz Styczeń : Melancholia symboli, Biblioteka Wrocławskiego Oddziału SPP – Seria XI (2), ISBN 83 914421-8-7 , Projekt zrealizowano dzięki dotacji mecenatu Samorządu Wrocławia, Redaktor Jerzy Kos, Okładka: grafika Danuty Kierc.str.75