Kategoria: eseje

  • Śmierć w poezji Stanisława Grochowiaka

    (spisane w 34 rocznicę odejścia Poety, wrzesień 1976 r.)

    Fenomen śmierci zawsze był godzien opisu lub przeżywania. Był jakby miejscem, gdzie można złożyć swój protest, bunt, rodzić podstawy obrazoburcze itp. Dla wielu poetów i innych artystów śmierć staje się podmiotem twórczości, a nawet drogą składająca się na całokształt ich twórczości. Dzieje się tak dlatego, że śmierć jest swego rodzaju tajemnicą, jest potrzeba poznawania innych wymiarów w tym metafizycznych, jest także i darem. Inaczej mówiąc – jest częścią życia i gdyby jej nie było, można powiedzieć, że nie byłoby każdego innego rodzaju życia i jego przedłużenia. Mówią, że śmierć nas budzi do nowego życia i nowej egzystencji. To wręcz paradoksalne powiedzieć: śmierć jest przedłużeniem życia, ale trzeba dodać: życia cywilizacji i jej egzystowania duchowego. Każdy z nas, nie tylko poeta czy artysta dowolnej profesji, podświadomie zdaje sobie sprawę z tego, że proponowana przez niego poetyka lub inna semantyka twórcza, nawet inna niż ta którą obejmuje tradycja literacka, zawierać zawsze będzie bunt wobec śmierci, tak samo jak wobec życia. Otóż pragnę poszukać śmierci w poezji Stanisława Grochowiaka, którego jakby w kwiecie twórczości zabrała śmierć w inny wymiar. W poezji tej motyw śmierci jest jakby oswojony z poetą od zawsze. Grochowiak sklasyfikowany został przez krytykę jako osobowość zdolna do współtworzenia nowych kombinacji estetycznych tego podmiotu w okresie gdy literatura Polska wyrażała swego rodzaju brzydotę jako bunt nie tylko na stan ducha ludzi okresu zamordyzmu ale wyrażała też protest przeciwko serwowanej w mediach świetlanej przyszłości, kiedy społecznie było widać i wiadomo było, ze tego społecznego stanu się nie da osiągnąć. Taką poezję współtworzyło jeszcze kilku innych poetów jak np. Ernest Bryll. Otóż naczelna formuła poetycka Stanisława Grochowiaka czyni bardziej zrozumiałą transpozycję śmierci, zawarta już w pierwszych tomach jego wierszy, no. W „balladzie Rycerskiej”, dalej w „Rozbieraniu do snu” A już w „Modlitwie” poeta wprowadza nas w aurę przedsionka śmierci, czyli wpierw w aurę ciemności. Będąc tam, prosi o blask Matkę Bożą, każdą matkę, która daje życie. Dalej! – wnuk Sancho Pansy ( mówi o sobie autor), poszukuje estetyki, która najprościej sportretuje rzeczywistość współczesną, czyli tą, w której on, jako autor, przebywa. A więc, pojawia się tutaj bunt! – W „Balladzie Rycerskiej” jest takie oto wyznanie, będące swego rodzaju wyznaniem credo Grochowiaka:

    A ludzie mych wierszy słuchając powstają
    I wilki żerują wychodzą zgrają
    Powołał mnie Pan
    Na bunt (…)

    Poeta dalej powie w „Świętym Szymonie Słupniku”, potęgując głos do rangi nadrzędnej w penetracji rzeczywistości, stanie się ona niełatwą zgodą poety na bunt odbiorcy wobec tak proponowanej metody całego oglądu otaczającego świata. Powstaje więc nieuchronne pytanie: do czego taki bunt ma prowadzić? – kilku krytyków zaraz po śmierci poety zwróciło uwagę na fakt, że credo Grochowiaka jest wewnętrznie sprzeczne. Mówią oni, a przytoczę tajemniczo jednego: : Bóg powołał człowieka, by ten buntował się przeciwko ustanowionemu przez Niego prawu” – można dodać – a tym samym prawu natury psyche. Oznacza to, że człowiek ma być ciekawy tej tajemnicy, która z niego wychodzi, a jednocześnie go otacza i ma swój wyraz w odnawianiu różnorodności, gdyż to inność jest istotą życia, którą to inność jakby selekcjonuje już sama śmierć. Wewnętrzna sprzeczność wypływa z pojmowania buntu w jemu właściwy sposób, jako głównego powołania ku odkrywaniu tajemnicy i istoty bytu za pomocą słowa, które ma moc sprawczą a wypowiedziane istnieje w przestrzeni. Takie działanie to jest posłannictwo mówi jakby podskórnie poeta. Do spełnienia słów Grochowiak używa swojej osobowości podświadomie. Do spełniania wartości swej poezji tzw. poeci „katastrofiści” używali również swoich osobowości a ściśle mówiąc używali także swych ciał, używali swej bitności i przyłbicy odwagi co niejednokrotnie kończyło się zejściem. Ale wróćmy do Grochowiaka – Do spełniania słów tego poety, do ziszczania się ich Stanisław Grochowiak również używa swej cielesności. Tym samym centralny paradoks metafizyki tego poety uzyskuje swoisty, racjonalny, czyli potrzebny, a może wręcz kapitalny wymiar. Nie wiem, czy tak rzeczywiście było i czy tak jest, a przede wszystkim czy tak myślał sam poeta(?) Oczywiście jako odbiorca nigdy nie mogę być tego pewien, bo prawdopodobnie sam autor nie był pewien wartości emanacji swych kwestii poetyckich. Grochowiak był zwyczajnym człowiekiem, chorującym na żołądek ( później ciężko), tudzież pijącym zimne mleko w Barze, lubił czasem jeść śledzia a i czasem przepić go kryształowym płynem z czerwoną nalepką. Do redakcji chadzał trzeźwy na nogach, dużo palił, a nocami cierpiał na dokuczliwą bezsenność. Być może pisał z autopsji i krążył po obrzeżach śmierci, dotykając ja po przez słowa bliskie lub nawet pochodne śmierci – to się wyraziście czuje w tej poezji: ciemność, zło, nagość, ryba, ość, łabędź na cegłach muru, śnieg, łzy, krwioobieg, itp. inne określania, co zresztą i czynili, a nawet czynią inni poeci, lecz nie tak nagminnie i dobitnie, czasem turpistycznie, jak Stanisław Grochowiak. Ogólnie mówiąc, poeta ten jakby wprowadza nową jakość co do koloru i zapachu własnej poezji.. To brak dobra powoduje porażenie świata – mówi – ale tez powoduje porażenie świata brzydota i niedoskonałość nieskończona natury i osobista, znaczy ta najbardziej dotkliwa co jest być może u poety bliskie nieuchronnej śmierci stąpającej bardzo małymi kroczkami, ale. W pierwszych zbiorach poezji Grochowiaka dialektyka przeciwieństw, które niewątpliwie istnieją, rzutuje na całokształt twórczości poety. Wydawać się będzie później, ze sprzeczności te będą jedyna metodą i bardziej niż synteza pasować tu będą antytezy. Ale też nie można być pewnym! Bo weźmy np. wspomnianą wcześniej „ciemność” – to właśnie tutaj mieści się antyteliczne ujęcie bieli i nawet czerwieni, jaka jest początkiem jasności, czyli jakby ten, nawet estetyczny, odbiór pozostaje w nierozerwalnym związku z tematyką śmierci. Tak dzieje się już w „Balladzie Rycerskiej”. Odbiór estetyczny także pozostaje w nierozerwalnym związku ze śmiercią, gdyż cała opozycja kolorystyczna idzie przez grę samych barw kontrastowych. No! – i przecież dzieje się tu Ballada.
    Jakież to jest śmiertelne czy śmiercionośne słowo a jakiż tu dramat – co pozostawiam do dalszych rozważań. I weźmy dalej, np. z wiersza „Budowa”:

    Tam gdzie obłok
    Biały jak łabędź nad cegłami

    lub:
    O śnieżyste koty syjamskie
    przy wazonach róż.

    – Prawda? – jakie to malownicze i metafizyczne, że aż żal że za chwile już to zniknie… Wydawać by się mogło, że jest tutaj mowa jedynie o smutku, ale jakże pięknym smutku, który jest jakby na milimetr od śmierci lub igra z chwilą dotykająca śmierć – To tak jakby powiedzieć coś o blasku złota i wartości – ale jakże zimnym, okrutnym i bezlitosnym złocie. któremu nikt się nie oprze. To drugie to z wiersza „Humanizm” ta częsta czerwień u Grochowiaka, najczęściej czy najściślej, zaczyna wiązać się z konkretami, z codziennym obrazem, z prze4jawami jakiejś dziwnej przyprawiającej o dreszcz witalności. Barwa w poezji Stanisława Grochowiaka przestaje oznaczać wyłącznie jakość kolorystyczną – to raczej estetyka wewnętrzna. Zastanawiam się tutaj właśnie – o ironio! – lub czegoś nie rozumiem – co skłaniało poetę do uzupełnienia swojej całej twórczości barwą, właśnie wtedy w tamtych szarych czasach, czy nie tęsknota za marzeniem, a przecież malował swoje gwasze i robił to całkiem całkiem dobrze! – Ale pozostawmy to na później. Bo przecież ta czy inna, nazwijmy to, opozycja kolorystyczna, jest zawsze w ekspresji poetycka formą – a nawet jakimś pojęciem względnym potęgującym chwilę, chociaż zdaje się być celowym zabiegiem skoro poeta poezjował gwaszami także. Ale czy tak istotnie jest? – tego też nie wiem, ale tak to pojmuję.Później znów poeta wróci do siebie, bo np. w wierszu „Czyści” powie:

    (…)
    wolę brzydotę
    Jest bliżej krwioobiegu
    słów gdy prześwietlić
    Je i udręczać (…)

    – czasem autor wierszy mówi, że biel, jak woda, kieruje naszą wyobraźnią. I np. w takich utworach jak: „Wiersz metafizyczny”, „Król zabity”, „Modlitwa” lub „Portretowanie umarłej” kieruje się ku sferom semo – nierzeczywistym albo irracjonalnym, o ile to tak można wyrazić! – myślę, że tak jest dlatego, żeby móc jak najdłużej być zawieszonym w nicości czy choćby w nadrealnym kosmosie, jak np. w „Zwątpieniu”:
    Oto Bóg twój w mgłę rozlewa
    I nic – i tylko mgła się chwieje.?
    A ty jak piorun walisz czołem
    A wszystko tracisz. Nawet Łzy (…)

    Myślę, że to tak, jakby kołowała śmierć naga lub z narzędziem w krążeniu dookolnym. To prz3ecież i tak, jakby śmierć wyszukiwała swoje ofiary i fanfary, sytuując się między ziemią a niebem. Trzeba sobie wyraźnie powiedzieć, że jedyną formułą walki lub buntu, który jest zawsze pierwszy u tego poety, wydaje się być męstwo. Taki motyw pojawi się jakby w konsekwencji walki ze śmiercią, co jest ukryte w dalszych zbiorach Grochowiaka. Poeta będzie się nim posługiwał non stop w swoim, jakby spartańskim, życiu. Bo przecież takie prowadził, zwłaszcza u kresu: proste, nie uładzone, jakby z marszu i chwili po łyk, pod budkę. na cześć, co słychać Kolego! – Będzie wprost gwizdał losowi i „grał mu na nosie”. Jak wiemy nie stronił od mocnych wrażeń i strzemiennych chwil wśród „swoich”, zakąszając , co zresztą pisał w wierszach, śledziem z beczki. Innym razem widywano go, jak wspomniałem – bo i on wspominał, przy szklance ziemnego surowego czy zepsutego mleka rozmowie ze sklepikarzem na swojej ulicy. Wchodzimy tutaj na grunt prywatny poety, który musiał egzystować jak dociekliwa i wrażliwa dusza, z dolegliwymi choróbskami. Był prostolinijnym człekiem w obejściu i prostych spraw orędownikiem, może nawet wbrew temu, co sam mówił. Wiem to z relacji moich starszych kolegów, którzy byli jego przyjaciółmi.
    – Ale to tylko dygresja, żeby dobarwić te osobowość, dygresja sącząca się imaginacyjnie na temat jego poezji. Taka też jest ta poezja, bez jakiejś politycznej opozycji wprost. Niejednokrotnie sam widywałem pana Stacha na spotkaniach poetyckich, gdzie wszystko się działo także pod wpływem chwili, w których uskuteczniał był swoje wizje „na żywo” w czasie trwania biesiady, np. prowadził uczestników spotkania na dach budynku, żeby objaśniać im działanie, tak działanie, księżyca. To iście był piękny poetycki zabieg! – miałem wtedy 18 lat i nic z tego nie rozumiałem, gdy ktoś zabrał w Lesznie na spotkanie autorskie z tym „znanym” poetą. Stanisław Grochowiak nigdy jako osoba, w przeciwieństwie do innych poetów, nie chciał posiadać atrybutów władzy nad i wobec śmierci, ani nie chciał ich używać, ale tez nie poddawać się jej. Dopiero w późniejszym okresie, gdy prawdopodobnie spojrzał przez siebie samego, przez własna kondycję fizyczną, przez kruche własne zdrowie – dopatrzył się , że śmierć podąża w jego stronę. Widmo śmierci, bywało Gdzieś daleko, lecz już. zaraz tutaj:

    W tamtym świecie gdzie króle
    Truli się towarzysko
    Trup to była
    Osobowość
    Nadzwyczaj tronująca (…)

    Później poeta doda, przywołując samego Hamleta wręcz ironicznie:

    W dudach jak w jesionkach lubo
    Inni z nich maja abażury nocne
    Lektura Hamleta
    Stanowi pewną
    Pewną rozrywkę (…)

    – Idźmy zatem dalej, skoro tak ciekawie. Swoistym ( dalszym lub kolejnym) atrybutem śmierci u Stanisława Grochowiaka jest po prostu jej przedsionek , czyli sen. Czyli wyobraźnia poetycka(?), związana stale z obecnością domniemanej sfery śmierci w której toczy się bezistotność. Zwrócić trzeba uwagę, że zachodzi tutaj ciekawe zjawisko wykorzystania topiki snu dla przekazanie niepokojących przeczuć lub wizji intuicyjnych samego końca siebie. Np. wiersz „Sen” z tomu „Agresty”, gdzie poeta kontynuuje:

    Cmentarz płonął powoli od gwiazd swoich
    – spękań
    Od korzeni swych płonął
    A choć świat nie nadszedł
    Widziałem to dokładnie
    Więc.

    Grochowiak bezpiecznie nie chce uciekać w nieświadomość, w jakiś ocalający wymiar. On chce podjąć teraz walkę wprost na świadome argumenty. W dalszej części – udając się w dzieciństwo – powraca, jak każdy poeta na swój sposób, tutaj poeta przytłoczony ciężarem egzystencjonalnym, czyli głównie tęsknotą, a nawet „pięknym” żalem promieniującym w czystość duchową. Nie może się jednak oczyścić poprzez ten sposób – czyli przeżyć tego prawdziwego katharsis. To wielka trudność dla poety, zwłaszcza kiedy ma się taki szerszy ogląd sprawy otaczającego go świata zamkniętego za zewnątrz. Reasumując: Stanisław Grochowiak stara się wręcz zatrzeć granice życia i śmierci. Teraz śmierć u poety stanie się integralnym elementem tego świata, o czym wspomniałem wcześniej. Jest on składnią – mówi w „Sześciokrotnych śpiewach porannych”:

    Dawno umarli przez bogów widziani
    Wiecznie żyć będą widziani przez palce (…)

    W tym okresie twórczości poeta utożsamia się ze śmiercią już ściślej i przygotowuje swoje własne liryczne „JA” na przyjęcie śmierci już tej własnej, czyli najbardziej osobistej! Ma on świadomość, że musi odejść nieuchronnie. Myślał, że tylko to prawdziwe cierpienie, którego przecież bardzo doświadczyć musiał i to , daje prawo do takiego czy innego opisu śmierci, na żywo stojącej za plecami w przedsionku. Jednakże nie akceptuje wiary we własną osobistą śmierć. Raczej czyni jakby ironiczny ukłon w stronę piękna najbrzydszego. Być może myśli, że ironizując, umiera godniej:

    Piękno
    A czyżbym nie był jego godny?
    Ja który tyle chcę unieść z człowieka
    Że nie mam wiary nawet w grób swój? W Chwilę
    Która nim przyjdzie, to wpierw mnie oślepi.?

    – I za nim tak „Która” nadejdzie, zdąży jeszcze poeta nasycić atmosferą śmierci ostatni swój tom wierszy „Bilard”. Przeczucie jakby „północy niepoznawalnej”, gdzie dokonuje się próba podsumowania drogi? – Postawa tego poety wadzi się ze śmiercią innych bardzo otwarcie. Być może przede wszystkim poetów artystów, ludzi wrażliwych, którzy intuicyjnie przeczuwają swoja śmierć, nawet jej wizje, lecz nie potrafili jej stawiać czoła i wybrali ją świadomie, wspominałem o grupie poetów żywicujących. Wybrali śmierć nagła pod chwilą, niespotykaną, ale jakby z nakazu serca(?) o ile tak można powiedzieć, tragiczną, odważną(?), czyli ta która naocznie ma przerazić, zrobić wrażenie, i doświadczyć, może nawet nauczyć Kogoś i czegoś. Jednak Stanisław Grochowiak nie chce przyjąć żadnej śmierci, buntuje się wewnętrznie, bo taka jest powinność człowieka nie oddać wszystkiego za jakąś bezsensowna cenę. Poeta buntuje się wreszcie po przez oswajanie się z nią na bieżąco jak z bestią, drwi z niej i poniża ja. To bunt ostateczny i jakby najbardziej doświadczony na samym sobie, a tym samym najbardziej w sposób najbardziej wyczerpany i wysmakowany mimo bólu. Tym samym sam ból się ustatecznia wycisza. Ma siebie tylko poeta jako cel ten najbardziej dotknięty czyli ustateczniony pod ręką, wie że niebawem zajrzy JEJ w oczy. Jest uparty, bo tak należy, jest niepokorny – bo to ona jest także taka, a nie niema – czasem czeka z uporem duchowym i wzywa – przyjdź , nadejdź. jakby chciał dodać ” ja jeszcze coś mam dla ciebie!” odchodząc w taki właśnie sposób i doświadczając śmierci aż tyle, był jednym z niewielu, którzy o niej powiedzieli dobrze, czyli docenili, powiedział dobitniej i wyczerpująco, chociaż – śmierci nie zdefiniował, tak jak i inni. On pozwolił sobie jedynie na ironiczny pojedynek, może nawet romans, w sposób, w jaki niewielu twórców to uczyniło. Był wrzesień 1976 roku, gdy go przytuliła do siebie Tanatos, pozwalając zostawić tak imponującą twórczość, zapis okresu bardzo trudnego w naszym życiu społecznym.

    Zbigniew Kresowaty

  • SENSORYCZNOŚĆ PRZESTRZENI POETYCKIEJ BARBARY MALINOWSKIEJ

    Od kilku lat przyglądam się poezji Barbary Malinowskiej oraz jej malarstwu. Autorka jest poetką i malarką, twórcą wystroju wnętrz i dekoracji oraz projektów graficznych… Na twórczość tej artystki składa się kilka tomików poezji, druki w Almanachach literacko-artystycznych i katalogach, druki wierszy w czasopismach literacko-artystycznych oraz wiele wystaw malarskich ,czasem wręcz połączonych w sentencje słowno-muzyczne i plastyczne .Zarówno obrazy jak i poezja Malinowskiej to w szerokim tego słowa znaczeniu Jeden Wielki Poemat… Poezja ta jest jedną wielką tęsknotą do kwestii uczuć i marzeń oraz wybiegiem ku samorealizacji humanistycznych uczuć powiązanych z naturą i otoczeniem żywego świata i najbliższych kwestii egzystencjonalnych człowieka…Zarówno w poezji jak i słowach metaforycznych poetyckiej przestrzeni jak i w pastelach jak obrazach malarskich, czy choćby w szkicach i rysunkach wchodzimy w delikatny świat dotyku uczuć najbliższych naturze artystki jak: tęsknota, samotność, czekanie i wędrowanie w stronę nieba :z aniołami ze światem kolorowym czasem w ostrych odważnych kolorach, czyli taką wyrazistą drogą (?) która ma za zadanie być najważniejszą iluminacją duchową .Cała łagodność usposobienia autorki i miłość do rzeczy ważnych, zaznaczających jej prywatne azyle jest nieodłącznym atutem w dzisiejszym na wskroś brutalnym i pośpiesznym świecie elektronicznych i cybernetycznych mechanicznych działań…Artystka stroni on udziwniania , od postmodernistycznych kwestii i konceptualizmu a skupia się na kwestiach humanistycznych i duchowości człowieka wrażliwego… Myślę zarówno w słowie jak i w całej realizacji plastycznej autorki możemy dostrzec kwestie uniwersalne jakim jest przyzwolenie na kobiecość w całym tego słowa znaczeniu wyzwoloną i nie-wyrafinowaną a skromną , uśmiechniętą do siebie, czasem do swoich twórczych obiektów…Ta kreatywność na wskroś szczera nie butna -a naturalna pokazuje nam już doświadczoną osobowość, jej stan duchowy, i stosunek do świata zastanego w sobie .A świat poetycki Malinowskiej jest nieskończony wzajemnie uzupełniający się odradzaniem od sentymentu po namiętności do człowieka ,czasem w jego pozaświaty , czasem w jakiś radosny ból i nostalgie… Zasiada artystka po wielokroć w odosobnieniach w jakichś muszlach lub anielskiej dziupli i w trójwymiarowym spojrzeniu buduje obraz duszy, czasem wyroczni nie ujawniającej tak do końca potrzeby ani celu… Ale potrzeba serca samej poetki jest ogromna i otwarta w głębokie pokłady oryginalności. Jest to świat nie-pretensjonalny odosobniony od centrum: rozszumiałego, zglobalizowanego, kosmicznego i ekspresywnego świata .Jest to działanie zdystansowane na wyjątkowość i spokój symetrycznie wchodzący
    w kreację z obrzeża jako twórczość promieniująca światłem wszech-przestrzeni i wirtualnym pojęciu podmiotu. A podmiotem niewątpliwie jest tu człowiek „lustro”. Malinowska patrzy w oczy własne w ich głębię, żeby widzieć siebie w kimś jako partner kreator niezależny a nie przeciwnik .Poezja Malinowskiej nie jest otwartą walką z wspólnotą, nie jest to walka z sobą ani przestrzeniami pomiędzy Niebem a Ziemią. Artystka widzi człowieka jako anioła w takich samych zajęciach jakie sama wykonuje .Naturalnie ,w samej rzeczy, jest bardzo wiele erotyki w poezji Malinowskiej ,zarówno w poezji pisanej jak i plastycznej… Erotyka (a nie seks) wprost przeszywa wszelkie kwestie podmiotowości kreatywnej i czynnej tej poezji i działań plastycznych autorki .Iluminacje plastyczne i kolorystyka w obrazach autorki tworzą tutaj jakąś bezczasowość , bez-kres mówi poetka :” wiek…godzinę…chwilę…”. Przytaczając kwestie i strofy zarówno przeszłych wierszy jak i tych nowych nieopatrznie wschodzimy w obrazy , są one jakby skomentowane w kwestii plastyki i tematu np.: „na skraju duszy/Uwiłam dla Ciebie gniazdo/Z puchu feniksa/Chciałam ogrzać Twoje serce…/By biło dla mnie/Chociaż przez chwilę wieczności/… To sekwencje z wiersza autorskiego autorki .Ta poezja wyrastająca jakby na czasie z gruntu plastycznego także jest plastyczna obrazowa wyniosła antropologicznie na feniksie odradza cel dalszego działania i uprawdziwia i uwiarygodnia się w działaniu uzupełniającej warstwy plastycznej. Sensoryka twórczości autorki jest szeroka a jednocześnie i romantyczna wychodząca z delikatnego dotyku z rzeczy samej jest dużą dawką nadziei i ciepła .Jeszcze raz warto przytoczyć słowa poetki :”Gołąb spacerujący po dachu/nawet nie wie że ma zwiastować dobrą nowinę/…/” – Taka jest właśnie zasadność poezji autorki ,w tym co nam oznajmia: Artysta nawet nie wie, że oznajmia nam dobrą nowinę w celu i kształcie erotyki jest zawarty cel życia i uniesienia w przestrzenie, które ujawnia
    przysłany jako medium do tego powołane…

    Zbigniew Kresowaty

  • ZOBACZYĆ METAFIZYKĘ WEWNĘTRZNĄ ŚWIATA OBIECANEGO I ANTROPOLOGICZNEJ PRZESTRZENI…

    Prace graficzne Marka Jasińskiego obejrzałem całkiem przypadkowo, prezentowane przez Galerię Civitas-Christiana (Wałbrzych) w interportalu informacyjnym. Widzę tu 30 rysunków spójnych tematycznie i bardzo oryginalnych w swej metafizycznej treści .Jest to bardzo oryginalne ukazanie wnętrza artysty, który z wielką odwagą porwał się wybrać z abstrakcji treści obrazów, myślę przeznaczonych do kontemplacji wewnętrznej człowieka. Są to okienka, w które patrzy młody zdolny artysta i penetruje swoim „trzecim” okiem labirynty, które dla osób ze swoją słabo rozwiniętą intuicją i wrażliwością są niedostępne, a nawet zakazane. Symetryczność tych przestrzeni jest tutaj przedłużana w nieskończoność, aczkolwiek pojawiają się czasem nieregularne plamy w tej symetrii, które są znamionami życia i sensu jaki wychodzi ze styku kilku przestrzeni i staje się jednym obrazem… Bardzo szkoda, że młody artysta pokazuje swój świat czarno-biały a nie kolorowy .Wynika to może z kilku przyczyn, być może czysto technicznej: z braku zaplecza materiałów potrzebnych do eksponowania jakimi są farby… Ale myślę ,że trochę jest to zamierzone (?) i być może jako wyjściowa imaginacja do otwarcia kolejnych okienek w przyszłości pokolorowanych. A być może barometrem napięć są tu jakiś stany psychiczne i kondycyjne człowieka uwikłanego w otoczenie zbyt przytłoczonego przyziemnie… Wracając jednak do czysto graficznej strony tych rysunków wykonanych techniką podręczną jak np.: długopis, czy ołówek, fioletowa kredka… penetrujemy świat symetrycznej abstrakcji ducha i napięć-okienek, które wychodzą jakby jedne z drugich… To tak jak fraktale przetwarzające się na naszych oczach w byty bardzo ciekawe -ale co najważniejsze bardzo tajemnicze… Wchodząc w ten świat zdaje mi się słyszeć tajemnicze echa odbijające się od swych krzywizn, głosy wyłaniające się z szeptu odbijając e się w zakamarkach lub rozgrywające na swych szachownicach grę o dalszy byt i jestestwo nieznane… Jest to świat, gdzie możemy także dać sobie odczuć atmosferę wyziębionych ale przyjaznych pomieszczeń lub rozgrywających się wzajemnie wektorów, dojrzewających i wychodzących z nicości, których panem i władcą jest Bóg NIKT. Wchodząc w ten świat wcale nie mamy ochoty powracać ,choćby z kilku powodów :a to z racji tych, że nie rozwiązaliśmy tajemnicy , która tu jest nierozwiązywalna bo przedłużająca swoje macki nieskończenie śmiało w każdą stronę, i dlatego ,że wciągająca przestrzeń staje się bramą, bardzo szeroką bramą do pokonania, żeby ujrzeć niebiański świat lub jakiś wiekuisty byt(?) Marek Jasiński proponuje nam właściwie nasze nieograniczone wnętrze, które może nam się jawić jako byt rozwoju i penetracji uczuć fascynujących ,polegający na zmyśle wzroku choć jak wspomniałem- i echa i muzykę Wangelisa tu słyszę i Wojtka Konikiewicza, nawet Tangerine Dream, Mike Oldfield, które cały czas rozwijają się w nas samych i są ciągiem nieprzerywalnym czasem wręcz lewitacją, a co za tym idzie antropologicznie także odkrywczy idacy mimo szarości w stronę słońca-To rzeczy zobaczone na słońcu, które są negatywami… Jest to twórczość ukazująca wrażliwość i talent, który jest samorodny i czysty, nieskalany twórczo inną twórczością (talent nieskundlony ), choć czasem bardzo podobną do wybitnych i znanych artystów, wpierw kubistycznych, później postmodernistycznych (operujących architektonicznie wektorami kąta i owalu i obłości) i surrealistów… Pragnę zwrócić uwagę na to, że Jasiński nie pomieszcza w tłach swoich przestrzeni postaci człowieka, twarzy ludzkiej kształtu zwierząt ,oka egipskiej wyroczni, i jako-takiej nagiej natury… Jasiński – sam jest humanum-medium, kreatorem zawiadującym własnymi tajemnicami, a one są w nim samym-On je tylko otwiera i mówi: spójrzcie co mieści się w kącikach moich kości w zwojach mięśni serca i fałdach mózgu lub pod skórą żylastej dłoni… Uważam ,że jest to twórczość , która musi dostać jeszcze więcej przestrzeni do samorealizacji… Jest to gra z wyobraźnią o otwarcie się wszem i wobec, kto wie czy nie nadwrażliwą – Jest to batalia wstępna w swym objawieniu a nawet okrutna do tego stopnia, że mrożąca krew w żyłach dotykająca „gęsiej skórki” widza i przeciętnego człowieka, który nie wie, że to wszystko nosi w sobie…

    Zbigniew Kresowaty

  • ANIOŁY SĄ PO DRUGIEJ STRONIE KOBIECOŚCI

    o rzeźbach Lidii Sztwiertni

    Stworzone przez Lidię Sztwiertnię cykle rzeźb, w tym cykl aniołów, budzą powszechne zainteresowanie krytyki artystycznej oraz odbiorców sztuki. Ta niezwykła artystka, pracująca wciąż coraz więcej, pokazała nam niesamowite wprost obiekty różnych wysokości, w które tchnęła ducha anielskiego. Cały liczny zespół stworzych przez nią rzeźb miałem możność oglądać na Zamku Piastów Śląskich w Brzegu, przy okazji corocznej imprezy poetyckiej „Najazd Poetów”, w tym roku jubileuszowej, bo dziesiątej. W przepięknej scenerii, która panuje od wielu lat w tym Zamku, okazało się także, iż jest on wymarzonym miejscem do pokazania prac rzeźbiarki. W jednej z pięknie odnowionych sal znalazłem się wśród aniołów, które zakomponowane i ustawione w odpowiednich tłach zawładnęły moją duszą, w wyniku czego mogę z przekonaniem powiedzieć, że spędziłem sporo czasu w … niebie.
    Jak o każdym znaczącym artyście, różnie pisano i mówiono o Lidii Sztwiertni i jej twórczości. Maria Tyws w przedmowie do folderu z jednej z wystaw Sztwiertni pisze: „Obcowanie z twórczością autorki pozwala zanurzyć się w świat kobiecej wrażliwości…” Myślę, że słowo „kobiecej” jest w sztuce naprawdę zbędne, a przy jakimkolwiek omawianiu dzieł sztuki od razu je zupełnie niepotrzebnie, en tout cas klasyfikuje. Uważam, że powinienem najpierw dokładnie przyjrzeć się artystycznym obiektom, a później domyślać się charakteru osobowości ich twórcy, a jakiekolwiek narzucanie takiej interpretacji świadczy o powątpiewaniu w intuicję odbiorcy. To tylko jeden z pierwszych moich zarzutów odnośnie takiego kojarzenia motywacji powstawania dzieła artystycznego. Otóż uważam, że w sztuce nie ma miejsca dla takich płcią obiążonych podziałów, sztuka broni się tym, czym jest ! Popadanie w takie stereotypy, to domena krytyków przeszłych, „ustrojowych” pokoleń, a przecież w szerokopojętej sztuce światowej takich określeń się nie używa i są one co najmniej śmieszne. Sztuka jest sztuką dobrą lub złą, przemawia do odbiorcy swą zawartością, a nie tym kto ją stworzył. Sztuka może być prowokacyjna, espansywna niezależnie od seksualnych determinant i orientacji.
    Oczywiście idąc na wystawę Lidii Sztwiertni spoglądamy na jej zawartość metafizycznie i konfrontujemy te rzeźby z sobą, z własnym „ja”. Ten ostatni cykl rzeźb, wykonany metodą wosku traconego, o różnych wysokościach, od około 80 do prawie 200 cm, jakby wielowymiarowy, gdyż są to przeróżne rzeźby, zrealizowane jako na przykład statuetki nagród na Konkurs Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu lub nagród teatralnych. Ten ostatni cykl rzeźb Lidii Sztwiertni fascynuje formą i estetyką. To świat wykreowany własnym „ego” poprzez niebanalne interpretacje nadrzeczywistości, gdzie najważniejszym obiektem jest tkwiące w nas człowieczeństwo. Ujawniona w tych rzeźbach postać zmysłowej nagości, odzianej w skrzydła, które nie są jedynie dodatkiem, przekształca te rzeźby w lotne twory, szykujące się do lotu w nieznane, twory kojarzące się z lotnością myśli, umysłu. Wykreowane przez artystkę przeróżne typy skrzydeł, podkreślają niepowtarzalność szczególnego typu anioła, którymi są nasze osobowości. Trzeba jednak dodać, że są to rzeźby, które stoją dobrze na ziemi, nie lewitują, lecz ich dusza, która niewątpliwie ujawnia się witalnie wewnątrz, jest spokrewniona ze światami pozahoryzontalnymi. Są to oczywiście anioły opatrzone podtytułami, na przykład „Anioł mojego Brata” czy „Brat mojego anioła”, „Anioł Elegancki”, „Anioł w blasku”, „Anioł Samonośny”, „Anioł między słońcem a księżycem”, „Anioł Rockowy” dedykowany Grzegorzowi Markowskiemu z kultowej kapeli „Perfekt”, „Anioł Jazzowy”, „Anioł Doroty Stalińskiej”, nawet „Anioł mojego Taty” i „Anioł mojej Mamy”…
    Widzimy tutaj pewien rodzaj preferencji w temacie aniołów. Sama artystka twierdzi, że każdy z nas posiada na pewno takiego swego duchowego anioła, który cień chodzi za nami, a śpi niewątpliwie w duszy niejednego człowieka. Oczywiście jest to bardzo poetyckie motywowanie swoich kluczy twórczych. Artystka niewątpliwie jest poetką, wskazuje na to semantyka jej wyobraźni zawarta w oglądanych przeze mnie rzeźbach. Kiedy przebywa się dłużej ze swoimi uwidocznionymi aniołami wtedy widzi się dużo więcej, lecz nie widzi się czasu. Anioły trzymając się naszej „dziecinnej nagości”, jakby z niebytu, stoją przed nami w refleksyjnej zadumie, niesłychanie uwrażliwione, słysząc nasz zachwyt, błyskając w świetle, kreując się w zmysłowej erotyce, nie pozwalając na oddalenie się od siebie…
    Anioły Sztwiertni bronią się swoim wdziękiem, a jednocześnie zachęcają, żeby je dotknąć. Wykonane niesłychanie finezyjnie, z wystudiowaną figuratywnością, unoszą się w aurze symbolu, w dominującej pozie przyklęknięcia, ze spojrzeniem utkwionym w przestrzeń lub przybrane jakimś elementem ptaka, na przykład ptasiej głowy, jak „Anioł Ulotny” szykujący się do ikarowego skoku. Inne rzeźby, jak „Brat mojego anioła”, uzbrojone są w rozwibrowane promienie, imitujące energię wydobywającą się z ich palców. Rzeźbie tej przydrutowano skrzydła, jak zespół rynienek, które opuszczone są pod własnym ciężarem, jakby to był anioł-pracuś z odlewni żeliwa, z pięknym nagim torsem i żylastymi ramionami.
    Wydaje się, że Sztwiertnia uprawia poezję homocentrycznego rzeźbienia, bazując na fascynujących darach przyrody, które obserwuje w naturalny sposób, bo najważniejszą częścią tych rzeźb jest człowiek zmagający się z fizycznymi i duchowymi siłami. Wzajemne przenikanie się tych postaci, które mogą być też drzewem lub gałęzią harmonijnie wmontowaną do rzeźbiarskiego obiektu, wskazuje na niesłychaną wrażliwość i emocjonalność zarówno procesu tworzenia jak i obserwacji otoczenia, jest wyrazem szczerości, świadczy o odrzuceniu rozpowszechnionego wszędzie udawactwa i pozerstwa. Artystka rezygnuje z opatrzonego banału, uczy budowania wyobraźni i rozumienia procesów w niej zachodzących. Artystka daje do zrozumienia, że światło jest tym, co kształtuje człowieka, a sztuka jest jego prawdziwym cieniem, którego przeciętnemu człowiekowi trudno nawet dotknąć. Człowiek kąpie się w morzu tego cienia, w jego przestrzeni, stając się jakby mistycznym tworem, objawionym jako witalna postać, bo uzbrojona w rozum i poczucie harmoni.
    Cały cykl aniołów jest symbolem tego, co najbliższe sercu istoty myślącej. Artystka buduje swoje obiekty za pomocą penetracji konkretnej osobowości. Jeśli nazywa rzeźbę „Aniołem Ewy Demarczyk”, to w rzeczy samej, cała pojemność tego dzieła musi zawierać w sobie charakter tej osoby, jednocześnie nie objaśniać jej do końca, nie obnażać tej postaci, ale nadać rzeźbie dramaturgię i duchowość modela. Dzięki temu metamorfozy aniołów są tajemnicze i zadziwiające, a każda rzeźba jest niemal boskim, osobnym dziełem. Anioły Sztwiertni wyłaniają się z jej wyobraźni po to, żeby uwodzić, a nie szokować. Budowane na konstruktywnym podejściu artystki do sztuki, przyciągają nasze osobowości, przyciągają nasze dłonie, oczy i marzenia. Same z siebie ujawniają swe piękno, chociaż nie odważyłbym się używać tego określenia już na samym początku obcowania z tymi aniołami. Któryś z poetów powiedział, że aby mówić o pięknie, trzeba wiele odwagi…. Sztwiertnia ma tej odwagi chyba bardzo dużo.
    Artystka w swoich działaniach podczas tworzenia przeróżnych rzeźbiarskich cykli uczy pojmowania formy w nas samych i odsłania rąbek tego, co w człowieku najcenniejsze. Być może, że jest to kreacja tajemnicy – ? Być może, że artysta uczy nas wnikania w tajemnicę duchowości – ? Z pewnością uczy nas bytowania w otaczającym nas kosmosie pojęć duchowych i fizycznych. Za pomocą interpretacji znanego od dawna poetyckiego pomysłu wprowadza nas w świat wiary w siłę człowieka. Dociera do głębokich pokładów ludzkiej psychiki za pomocą zmysłowo tworzonych obiektów, a to sztuka nie lada. W tym cyklu „Aniołów”, które na pierwszy ogląd wydają się jedynie szczególnego rodzaju dedykacjami, przebijamy się do siebie samych. Te pełne ciepła rzeźby, w swej materii często alegorycznie uniesione, jakby ponad sobą, zdają się zawładać naszymi umysłami, chęcią lewitacji, pomknięcia przed siebie w kosmos biologicznego bytu, który stwarzany jest za pomocą światła.
    Długo można by jeszcze omawiać anioły i inne cykle rzeźb Lidii Sztwiertni, jednak indywidualny sposób interpretacji trzeba pozostawić widzowi. Nie można i nie należy narzucać niczego, co jest już obecne. Można jednak stwierdzić, że realizacje dzieł Sztwiertni nie wdzierają się agresywnie przed nasze oczy, w naszą osobowość, nie krzyczą… Wszystkie widoczne na nich skrzydła są przymocowane wiązadłami, przydrutowane do nagich postaci jakby na siłę, trochę upozowane, ale tak, aby ukazać przez to kreację przywiązania do rzeczy nadrealnych. Marzeniem człowieka jest przecież lotność, być może przybył kiedyś z przestrzeni kosmosu… Człowiek przywiązany do skrzydeł własnym ciężarem swego życia może się unieść ponad poziomy nabywając dynamiki za pomocą nie tylko rozumu. Anioły Lidii Sztwiertni wyrażają godność i majestatyczność. Cała zmysłowa sensoryczność tych dzieł, czasem ekspansywnych i dynamicznych, pozwala na kojarzenie ich samych ze sobą, na identyfikowanie się z nimi w sposób nadrealny. Diagonalność, która się tutaj ujawnia, jest jednak komunikatywna i naturalna. Są to realizacje liryczne, o poetyckiej apologii. Cyzelatura staranności emanująca z tych rzeźb udziela się widzowi nazbyt logicznie. Oryginalność zamysłu artystycznego ujawnia cały kunszt i skomplikowane wnętrze tej znakomitej, wybitnej artystki. Oto co może mieścić się po drugiej stronie kobiecości. Być może Sztwiertnia sama jest aniołem – ? Chyba tak !

    Zbigniew Kresowaty

  • MEDYTACJA CZY SUMIENIE

    Zbigniew KRESOWATY, Debiutował w miesięczniku Odra (1987). Wydał tomiki poezji Być może wycinki stanu (Wrocław, 1989), W aorcie (Strzegom, 1990), Są oblicza i anioły (Wrocław, 1995), Dom Glosy i Abla (Wałbrzych, 1996). Wiersze publikował w wielu antologiach. Wiersze, grafiki i recenzje drukował w czasopismach, m.in., Przegląd Literacko-Artystyczny PAL, Graffiti (nr 2/99), Więź (12/1998), Akant (9/1998) Metafora (22-23/1995/96), Literatura, Integracje, Arkusz, Warmia i Mazury, Fakty, Tygodnik Kulturalny, Magazyn Wileński, Fraza, Tvar (Czechy) i innych. Laureat wielu konkursów literackich, m.in. im. St.Grochowiaka (1996) i Czerwonej Róży (1998). Wystawiał swoje prace plastyczne w Muzeum Regionalnym i BWA we Wrocławiu. Ilustrował książki wielu poetów m.in. Wilhelma Przeczka, Feliksa Nastulczyka, Hatifa Jamabii, Jerzego Grupińskiego, Wiesława Malickiego, Franciszka Hennera, Wojciecha Grzelaka, Marka Jaglińskiego, Trans Bożeny Budzińskiej (1998). Jego prace graficzne znajdują się w kolekcjach prywatnych na terenie Niemiec, Czech oraz Polski, m.in. Andrzeja Wojaczka, Urszuli Kozioł, Zbigniewa Zapasiewicza, Bogusławy Litwiniec, Libor Martinka, Wojciecha Siemiona, Katarzyny Rudzkiej, Marcelego Bacciarellego i innych. Stały współpracownik kwartalnika literacko-artystycznego Metafora.

    Zbigniew KRESOWATY

    Medytacja czy sumienie

    KRZYSZTOF ŻELECHOWSKI to wrocławski artysta o którym się mówi, to artysta malarz, fotografik i parapsycholog. Artysta osobliwy i oryginalny. Po uzyskaniu dyplomu w roku 1980 w Instytucie Wychowania Artystycznego UMCS w Lublinie, w pracowni prof. Mieczysława Hermana, wziął sobie do serca świat niesłychanie osobny, zawiły i medytacyjny, ale pozostający zawsze w zgodzie z naturą. Zaczynał malować obrazy na płótnie techniką jakby nawiązującą do tematów figuratywnych z zakąsem surrealizmu. Trwało to jednak niezbyt długo, gdy przekonał się, że może także korzystać z doświadczeń malarstwa szeroko pojętego nurtu abstrakcji, zachowując przy tym swój niepowtarzalny styl. Artysta jakby na dłużej i inaczej, zatrzymał się w sferze – o ile tak można nazwać – kubistycznej. Obrazy niesłychanie kolorowe, soczyste, zaczęły się konkretyzować kompozycjami zamkniętymi w doskonałości geometrii, która zawierała w tle niesłychanie misterne opisy zasłaniające przestrzeń. Wszystko bardzo dokładnie przemyślane, a przy tym zbudowane intuicyjnie i zmysłowo. Na swoich płótnach, a także dyktach, zachęca nas artysta do wpatrywania się w stany wyobraźni wewnętrznej. Widzimy przez jakiś czas w tej twórczości zwierzęta, malowane w bardzo uproszczony sposób, grubą, ciągłą linią, jakby stawały się dominującą figurą na obrazie, pomieszane z cechami ludzkimi. Na innych z kolei obrazach kwiaty, wykonane tą samą techniką, pomieszane są z częściami maszyn. Wszystko wręcz monolitycznie powiązane, zależne od siebie, współpracujące na dokładnie zapisanej w tle powierzchni. Wszystko soczyście przenikające się aż do wielowymiaru. Wydaje się, iż Żelechowski prowadzi swoje, niewątpliwie, medytacje w sposób ciągły i opisowy, relatywny i relacjonujący. Są to kolejne stany świadomości, które okazały się znienacka doczesnemu światu. Artyście nie jest jednak obcy potoczny świat natury, zwierząt i ludzi, gdy w takich właśnie działaniach przychodzi mu sięgać do prapoczątków świadomości. Zderza on te światy na zasadzie przeciwstawienia ich sobie. Toczy się tu niewątpliwie pewnego rodzaju gra. Gra święta – medytacja w całym tego słowa znaczeniu, ale nie tylko. Świat duchowy styka się tutaj z brutalnością techniki, gdzie siłą rzeczy w jakiś przedziwny sposób następować musi przewartościowanie jednego w drugie i odwrotnie. Przewartościowanie osobowości człowieka jest stale obecne w jego umyśle, w jego fizycznych gestach, działaniach, pełnych siły. Żelechowskiemu nie jest obcy otaczający go świat, z pewnością chciałby, jak każdy artysta, na swój sposób pokazać jaskrawo ten problem, poruszając duszę człowieka myślącego. Ja uważam, a czasami zdaje mi się, że wiem, iż obrazy te trzeba zdobywać zaangażowaniem swojej intuicji, wchodzić głęboko w materię ich podmiotu. Na obrazach Żelechowskiego w pewnym okresie czasu bardzo wyraźnie widać było śrubo – koty, kluczo – kwiaty, myszo – maszyny, zębo – owady, frezarko – psy, jak napisała Barbara Babulina Łuszczyńska, malarz i krytyk artystyczny, śledząc poczynania tego artysty we Wrocławiu. Świat zmiksowanych kolorów jest tylko pozornie wymieszany. Wymieszany jedynie soczystością i świeżością, co świadczy o ciągle pierwotnych odczuciach artysty i jego wrażliwej reakcji na otaczający świat, którego sumieniem na pewno każdy artysta, nieświadomie, jest. Ten wielowymiarowy świat, zderzony ze sobą i innymi, obraca się w jakimś niezbadanym kręgu, niepojętym także przez samego artystę, który podchodzi do swego dzieła jak nagi kapłan, gdyż jest niesłychanie drobiazgowy, a przez to uczciwy. Żelechowski tworzy w ten sposób świat ruchu, odkrywając przestrzenie niezwykle skomplikowane. Malarstwo to jest jakby paszportem do kosmosu i z pewnością można je wysłać promem kosmicznym w taką pozaziemską przestrzeń jako świadectwo i wizytówkę naszej egzystencji na ziemi. Sposób użycia koloru w tych obrazach naśladuje sposób stykania się artysty z materią żywą.
    Warto zwrócić uwagę na traktowanie tła w tych obrazach. Ich zapisana przestrzeń staje się gęsta niczym dusza człowieka. Żelechowski niejednokrotnie umieszcza w tej przestrzeni swoje zdjęcia jako dziecka lub innych wydarzeń ze swojej przeszłości. Ten zapis wspomnień stanowiących bagaż wyobraźni to istotna część naszej tożsamości. Dźwigamy go niczym walizkę, szczelnie poutykaną jak bibeloty do gniazda duszy, w arce Noego, wybrańca Boga. Artysta jeszcze raz zderza w ten sposób w przestrzeni obrazu przeszłość z przyszłością, mówiąc zarazem jaki jest nasz aktualny ogląd, czuwając jak anioł w naszej wyobraźni. Artysta jest medium, ośrodkiem, ścianą, która na siebie wszystko przyjmuje. Żelechowski mówi wyraźnie, że jeszcze wszystko nie jest odkryte, że jeszcze nie stoi tam, gdzie powinien. Że istnieją gdzieś światy niesłychane i mistyczne, że ta rzeczywistość niekoniecznie jest taką jaką widzimy oczami. Dlatego artysta zamiast kości ludzkich używa kluczy technicznych, zamiast mózgu – łożyska toczne, a koła zębate są czasem stawami międzykostnymi i częściami układów nerwowych. Człowiek zmieszał się z tym, co fizycznie wydobył na powierzchnię, po to, aby wymieszać się z kosmosem. Wysłać się w ten sposób gdzieś na koniec świadomości lub wieczności, gdzieś w Herbertowskie złote runo nicości, i może tam zaistnieć – ? -, kodyfikując ostatecznie swoją naturę.
    Taka estetyka pojmowania świata uczłowieczonego jest zaskakująco odkrywcza. Żelechowski bada i prześwietla świat przez swój doczesny byt ziemski. Artysta w rzeczywistości dość małomówny, raczej zamknięty w sobie, odsłania nam tutaj swoje przesłanie w zamian za puste słowa, wypowiadane niejednokrotnie w próżni. Jestem dość skomplikowanym stworem, tak jak moje stwory z obrazów i podaję wam tylko wzór matematyczno – artystyczno – duchowy. Słowa są tutaj zbędne. Jedynie jawią się w przestrzeni, trzeba je dopiero przywołać, odtworzyć, rozszyfrować, zbadać. Reasumując poczynania tej osobowości artystycznej, jaką niewątpliwie jest Krzysztof Żelechowski, można powiedzieć, że jego medytacje mają swoje sumienie, gdyż są w ruchu, nie są w opozycji do człowieka. Jest to jakby biblioteka wyobraźni cierpliwej, zawsze stojąca na gruncie natury, jej porządku. Stykając się z twórczością tego artysty słychać dźwięki, ale nie zgrzyty, wyraźnie oscylujące w przestrzeni jego obrazów, na które on sam reaguje. Podejmując próby łączenia wielu rzeczy ze sobą prowokuje ruchy naszej wyobraźni ale równocześnie ascetyczność koncepcji obrazu przeciwstawia się cielesności obiektów w nich umieszczonych. Artysta funkcjonuje w wieloistnym świecie. Przecież to kosmos. Stoi zawsze w środku, jest medium i sacrum całej sytuacji. Żelechowski odkrył już bardzo wiele dla swej sztuki i dla siebie. To niezwykle oryginalny poszukiwacz, badacz i podróżnik. Taki współczesny Kolumb, który non – stop płynie w kierunku co rusz nowej ziemi na swym duchowym statku. Używa przy tym własnych znaków. Jego światło świeci z daleka, gdy obejmuje myśli na nowo i pojawiają się zapisy – obrazy, takie swoiste mapy podróży.
    Artysta do tej pory wystawiał bardzo dużo, ale najwięcej za granicą na przykład podczas Biennal of Visual Experimental Alternative Poetry, Meksyk (1985, 1987, 1989), International Exhibition of Visual Poetry, Sao Paulo, Brazylia (1987), Internationale Mail-Art Austellung, Nurnberg, Niemcy (1988), Unita We Stand Mail Art Expo, Eeklo, Belgia (1989), Soviet and Eastern European Mail Art Show, Seattle, USA (1990), Post Office in the Forrest, Expo ’90, Osaka, Japonia (1990). Wiele jego prac zakupiono do prestiżowych muzeów, galerii i kolekcji prywatnych w kraju i za granicą, na przykład The Nomad Museum, Lizbona (Porugalia), Galeri Vision, Skomakarg (Szwecja), The Museum of Instant Images, Chaam (Holandia). Jest bardziej znany za granicą niż w kraju. Prace jego mają swój rodowód, ciąg i pewną medytacyjną chronologię. Te obrazy to czas naszej duszy wydobyty na powierzchnię. A może sumienie ruchu myśli i biblioteka wyobraźni cierpliwej stojąca na powierzchni natury świata…

    ZBIGNIEW KRESOWATY

  • GEST CZY DIALOG Z HISTORIĄ CZŁOWIEKA I JEGO TRADYCJĄ

    rzecz o rzeźbach i działaniu artystycznym Stanisława Cukra

    Stanisław Cukier artysta rzeźbiarz wspaniałych wizji człowieka prostego i głęboko uduchowionego, początkowo związany z Państwowym Liceum Sztuk Plastycznych im. Antoniego Kenara w Zakopanem, później podejmuje studia na Wydziale Rzeźby warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych i uczęszcza do pracowni Stanisława Słoniny, Tadeusza Łodziany, Oskara Hansena, Zofii Demkowskiej i Piotra Gawrona. Artysta zaczynał od portretów i autoportretów od kontaktów w plenerze, później powstawały całe cykle kobiet w akcie, takie pełnoplastyczne realizacje, aż po realizacje Madonny dla Kościoła. Cała kompozycja figur artysty przechodziła przeróżne formy i ewolucje aż po cykle, kompozycje proste, upozowane w klasycznych tradycjach na różnych, początkowo, materiałach zaczynając od drewna przez marmur, po brąz… Jak każdy artysta poszukiwał swej drogi Cukier, a poszukiwał u swych profesorów, gdyż miał ich wielu i dobrych… Żeby w późniejszym okresie samemu podjąć pracę ze studentami w warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych (w roku 1981-szym) – w tym okresie powstają kompozycje z serii Kobiety i Macierzyństwo. Jest w tym okresie aktywny i ukierunkowany – od tego momentu będzie się krystalizował talent artysty i pedagoga. Ale wracając do osobowości twórczej artysty trzeba mówić o włączeniu się całym sobą do tego, że ujmuje artystę najbardziej w sztuce sfera sacrum i jego ubóstwo rozwiązań ikonoplastycznych – akty, portrety, macierzyństwo – aż po Madonny. Obiekty, choć proste, bardzo zmysłowe, jakby wyjawiające się z przestrzeni – takie jakby zgaszone w czasie lub jakby dopiero wyjawione w pół drogi budzą ogromne zainteresowanie krytyk i odbiorcy. Rzeźby Stanisława Cukra niejednokrotnie zapatrzone w dal, jakby we wnętrze duszy, w takich bezwiednych gestach, co się najbardziej objawia w cyklu „stojących kobiet”, które jak wspomniałem powstały w latach 80-tych. Artysta tworzy ponad 20 lat i w tej chwili talent jego jest już sformowany i konsekwentny, czysty i wciąż w całej swojej tajemnicy nie dający się skonkretyzować. Świadczy to o oryginalności twórczej nie poddającej się jakimkolwiek klasyfikacjom. Jeśli mówić dalej o tej znakomitej twórczości trzeba na pewno mówić o całej gamie gestów człowieka, ale najbardziej jest tu widoczny taki mimowolny, nie poddany żadnej dyscyplinie gest, zaświadczający jakby o egzystencji ludzkiej, gest napomykający o pytanie, o spojrzenie na najbliższe otoczenie. Artysta rejestruje także wszelkie gesty człowieczeństwa przyjazne mu i te nie pozbawione pokory . W latach dziewięćdziesiątych ten gest chwilowo znika u artysty, ale powraca – uznaje twórca za niezbędne, żeby trwać w tym geście, gdyż okaże się, że jest on całym sensem tej twórczości i staje się najważniejszy do podtrzymania dalszej drogi artysty. Jest Stanisław Cukier artystą, któremu do wyrażania gestykulacji bytu wystarcza lapidarna, oszczędna forma – taki po prostu znak postaci, wyłaniającej się jak światło w źródle, jakby objawianie pokory i dumy. Artysta bazuje często nie tylko w plenerze na osobach, które go otaczają, ale sięga do modeli osób znanych, kontempluje ich wnętrze i uosabia je na nowo w gestach jakby przez nas nie zapamiętanych, ale bardzo ważnych. Jest to osoba Prymasa Tysiąclecia, Ojca Świętego, innych osób, nawet Dantego! Modelowane i kompensowane są prace o wszelakiej zawartości sacrum, postacie religijne, jakby uduchowione najbardziej, jakby artysta chciał przez ich figuratywność spojrzeć na proste bogactwo ich dusz (?). To jest jakby takim istotnym nurtem tej twórczości od lat dziewięćdziesiątych. W tych lekkich pochyleniach ciał, na takich pokornych pochylniach sylwetek – w całych pasyjnych reliefach, których również tworzy on dużo, poprzez formę najprostszą, nawet grubą linią odznaczonych, pojawia się światło, które przez taką najprostszą formę staje się subtelne, czasem nawet dyskretne, poprowadzone po linii człowieka do Boga – a tym samym do człowieka, który jest nieodłącznym elementem podtrzymywania całego życia i bytu na ziemi. Jest też w tych rzeźbach taki ukryty niepokój o znaki i rysy, o zapis, o trwałość zatrzymanej myśli, czy czynu (?). Jest to sztuka bardzo ambitna, wartościowa i nie powierzchowna ! – Jest to sztuka, która wymaga mądrości, kontemplacji poprzez metafizykę duszy. Artysta rejestruje wszelkie gesty sanktuarium człowieczeństwa, prowadzi dialog z tradycją bytu, miejsca… Zatem wszelkie odcienie tej twórczości są umocowane wokół postaci, która jest centrum najważniejszym. jest wizerunkiem, a nawet cudem na ziemi. Najważniejsza jest u Cukra siła wyrazu – artysta dawno już odrzucił zbędne ozdobniki i elementy zewnętrzne, jakby zakłócające trzon głównej myśli, dzięki której pojawiła się osoba. Cała skromność, taka zwykłość i bliskość ku naturze i tradycji, jakby nawet daleko cofniętej w czasie, umykającej konwencji – aż do średniowiecza i wcześniej, do starożytności – rzeźby te jakby wykopane przed chwilą z ziemi, co nadaje fascynacji i ciekawości – powstaje wiele pytań…To, że artysta wracał wielokrotnie do postaci kardynała Wyszyńskiego, która jest głęboko kontemplacyjna, jakby bolejąca w swej zwyczajności, to bez żadnej deklaracji charakteryzuje tego artystę – dobry smak i dystans do środków którymi się posługuje i którymi włada jego ego! Dzięki wszelakim oszczędnościom – co jest pewnie jedną z cech charakteru i osobowości twórczej,

    świadczy nam artysta prostolinijność, skromność i całkowite wyzbywanie się fałszu. Należy rzeczywiście u tego artysty wypatrywać naprawdę wiele – trzeba naprawdę dużo swej interpretacji – to duży kredyt zaufania dla naszej intuicji. Twórczość ta charakteryzująca się także wzruszeniem, trafnością w rdzeń światła, wypatrująca swego odbiorcy i jego czułości, jest cenna i jedyna w swoim rodzaju, najbardziej pojemna duchowo. Wszystkie – wielkie i małe tematy tych prac, tej twórczości, uzasadniają się wszechstronnie taką prośbą ukrytej
    bezpośredniości do drugiego człowieka, do jego bytu na ziemi. Te rzeźby widzą i modelują nasze serca i duchowość, dotykają naszej prostoty, czyli tego co pierwsze przy przybyciu osoby ludzkiej na tę planetę. Artysta niewątpliwie umie utrwalić wzruszenie , czego elementem jest gest, oraz dotyk myśli – jest gotów na wnikliwy sąd, dzięki ciągłemu ograniczaniu swego pola wypowiedzi, sztuka ta pozostawiona samemu sobie broni się i nie pozwala jakby odstąpić z pytaniem (?) o sens bytu, o weryfikację sumienia czy grzechu o ile takowy dopuszczamy do siebie, z pytaniem o wegetację. To tak jak widzimy żebraka pod kościołem – nigdy nie wiemy czy to nie czasem jakiś święty, święty Piotr – a może Łazarz, inny pokonany przez materią tego świata, przez materię pieniądza czy globalizacji. Te rzeźby śmią twierdzić, pytają o przyszły byt, o kolejne Millenium, o zasadność świetlanego snu przyszłości bez ducha, bez pokory… Twórczość Stanisława Cukra zasługuje na prawdziwą kontemplację nad bytem człowieczeństwa, nad zasadnością duchowej jego strony. Twórczość ta pozornie uproszczona jest bogata wewnętrznie i na podwalinie mądrości, która ujawnia się dzięki manualnej stronie artysty który umie się mierzyć z materią, z jej fakturą i ogromem. To zaiste cenna rzecz dla dorobku Kultury człowieka. To wizerunek czasu i przestrzeni w jakiej ten czas błądzi i ujawnia się takim snem o śnie. Te rzeźby, ta sztuka, jest wyrazem bez deklaracji – ta sztuka jest do odczytania, nawet za tysiąc lat – nie podlegająca praktycznie komentarzom, niezobowiązująca, ale głęboko utopiona w naszym wnętrzu, w takim nieznanym zakątku tego wnętrza utajona – tak jak tajemnica życia człowieka. To po prostu historia człowieka i jego tradycja.

    Zbigniew Kresowaty

  • IMPRESJE BIEGNĄCE W PRZYSZŁOŚĆ – o malarstwie Agnieszki Kresowaty

    Kiedy kilka lat wstecz byłem na wystawie malarstwa autorstwa Agnieszki Kresowaty we Wrocławiu w Kościółku Modrzewiowym / zresztą nie pierwszej jej wystawie / mogłem zobaczyć pejzaże , które były krajobrazami z pleneru o wyraźnej, konkretnej barwie i konturach w takiej wyidealizowanej niespotykanej formie , bo kto z młodych artystów takich jak Agnieszka , kiedy to wówczas zdawała na studia plastyczne , maluje dziś snopy na polu , łodzie zacumowane u poszarpanego brzegu, czy choćby ciekawe drzewa na bezdrożach – to jedno , a drugi cykl tej wystawy to były kwiaty Agnieszki zatytułowane „Kwiaty polskie” , czyli kwiaty z pól i łąk niespotykanie ciekawe , oraz wspaniale zakomponowane , bo także w wazonach …
    Była to ciekawa wystawa , jakby pierwszego dorobku , połączona z wyprzedażą prac . Ciekawym się okazało faktem , że Agnieszka sprzedała dużą ilość swoich obrazów , różnej wielkości . Można powiedzieć dziś śmiało , że dobrze życzono młodej plastyczce i dobrze rokowano jej , co zresztą napisał „życzliwy krytyk” w folderku do tej wystawy . To wtedy okazało się , że Agnieszka poszukiwać będzie w przestrzeni realnej . Wskazywały na to konkretne prowadzone linie od pierwszego planu aż po horyzont , ale były to formy budowania własnej przestrzeni , dokonywania wyboru i przyglądania się naturze a tym samym sobie .
    Niesłychany talent autorki zaczynał się już wtedy sprawdzać swoim zdecydowaniem we wchodzeniu w materię własnej wyobraźni . Dziś po kilku latach celowo mówię o tym , gdyż Agnieszka ukończyła studia w Wyższej Szkole Plastycznej w Katowicach nie zaniedbując swego działania dla sztuki , malując swoje własne obiekty , prócz tego co obowiązywało na uczelni . Agnieszka posiada dość
    sporą kolekcję swych osobno stworzonych dzieł. Maluje , wystawia indywidualnie i zbiorowo , drukuje w czasopismach artystycznych , np. w „OPCJACH” i innych . Autorka jest obecna w życiu kulturalnym i plastycznym . Kiedy po dłuższej przerwie przystąpiłem do obejrzenia cyklu prac , czyli obrazów na płótnie , zobaczyłem przemianę , oznaczającą postęp , krystalizację i niesłychaną witalność .
    Agnieszka Kresowaty pokazała cykl obrazów , które są impresjami , czyli zbiorem przeróżnych wyobraźni i nastrojów jakie zaszły , podejrzewam w osobowości dojrzałej artystki . Zniknęły konkretne linie , które tworzyły obraz w przeszłości , natomiast pojawiła się wyobraźnia w przestrzeni , obrazująca przeróżne stany w jakich niewątpliwie może znajdować się współczesny człowiek . Przestrzennie na obrazach autorki są dokładnie zamalowywane tworzące coś na splot pajęczych , kolorowych nici, linii (?) pośród których możemy penetrować naszą osobistą wyobraźnię i nie tylko .
    Obrazy Agnieszki Kresowaty są jakby lustrami wnętrz , lub pojemności duszy ludzkiej jeżeli tak można nazywać ! – Poruszanie się wśród tak otwartej przestrzeni daje niesłychaną swobodę interpretacji , a jednocześnie zmusza nas , jako odbiorców , na wysiłek intelektu , oraz użycie wszelkich sposobów przywołania intuicji . Wydaje się , że Agnieszka mówi do konkretnej grupy osób tzw. grupy o dużym ilorazie inteligencji o dość dużym przygotowaniu humanistycznym nawet , gdzie wchodzi w rachubę odbiór w dopasowaniu swej własnej osobowości do dzieła .
    Cały świat metafizyki wewnętrznej autorka wydobywa umieszczając go jakby w przestrzeni kosmicznej(?) przewartościowując prawdziwe oblicze tzw. podmiotu , bo przecież trzeba powiedzieć , że każda z prac posiada swój tytuł i porę w czasie tajemniczym . Pokazała autorka , że czas może czynić z nią i z nami , jako odbiorcami takiej sztuki, tak naprawdę wiele !
    Czas może zmienić nasze wnętrze duchowe , może uładzić , ale może powodować nami do szaleństwa , może nasze stany duchowe wystawiać na próby i wiarę .
    Obszary wydobyte z przestrzeni czasowej u tej autorki przedostają się do światła dziennego , emanują konkretnymi kolorami , ekspresyjnym kształtem i wbrew pozorom drobiazgowością ; co może mówić o dokładności i pracochłonności dzieł .
    Daje do zrozumienia Agnieszka Kresowaty , że każdej osobowości , istoty ludzkiej , nagromadzone są nieodkryte przestrzenie do zagospodarowania dla naszej wyobraźni . Są to wielowymiarowe przestrzenie nakładające się na siebie warstwami, tworzące niesłychaną głębię , co wprowadza nas w metamorfozę i sensoryczność wręcz .
    – Agnieszka jakby prześwietla przestrzeń całą sobą , używając przeróżnych sposobów , sugerując konkretny tytuł , co nie oznacza , ze podany w tym tytule podmiot jesteśmy w stanie odrazu zobaczyć . Zmusza nas autorka do myślenia do poszukiwań w sobie , do kontemplacji i sięganie do własnych zasobów wiedzy , jaką posiadamy dla swej własnej wyobraźni . Wchodzi autorka sama w przestrzeń zdecydowanie a nawet czasem drapieżnie (?) Potrafi rozrywać przestrzeń , rozwibrowywać ją rozwarstwiać kolorami i dochodzić , jak chirurg , przyczyny takiego czy innego stanu rzeczy .
    Dobrze , że artystka w chwili odebrania swego dyplomu jawi się nam jako w pełni dojrzała i tak doświadczona (?) bo już jakby ukształtowana z własnym światopoglądem z pewnym ugruntowanym stosunkiem do świata – rokuje to naprawdę duże nadzieje dla sztuki .
    – Myślę , że od tej chwili , kiedy jest już całkowicie samodzielna , co wykazywała już dawno , malując poza szkołą swoje osobne dzieła , że jej poszukiwania się nie skończą . Sacrum , które niewątpliwie rządzi tymi dziełami jest wciąż niespokojne , ciekawe w poznawaniu głębi człowieczeństwa , a w której drzemie jakby ukryty świat do odkrycia . Artystka ma pełną świadomość swego czynu , na pewno wierzy , że po tej drugiej stronie mieści się połowa ludzkiej natury , jakby nieskończona droga , ciąg odgadywania przede wszystkim siebie na pozytywne przewartościowania, prowadzące do ubogacenia własnej osobowości – to bardzo cenne .
    Tak naprawdę droga tej artystki zaczyna się choćby takimi tytułami prac : „Bez tytułu” , „Lęk wysokości” , „Pejzaż zimowy” , „W lesie” , „Droga…” inne podobne tytuły tyczące się prawdziwej przestrzeni , a tak naprawdę przestrzeni wewnętrznej autorki tych obrazów . Są to jednocześnie otwarte pojęcia do odmiennej interpretacji dla każdego z nas , ponieważ każdy z artystów jest jakby rzecznikiem pewnej grupy ludzi i za nich jednocześnie toczy dialog za światem doczesnym . A co się tyczy przyszłości tej artystki , można jeszcze dodać , że na pewno jest poezja w tych dziełach po przez umiejętne dotykanie podmiotu , przez sugerowanie go metaforycznie .

    Agnieszka Kresowaty zdała sobie sprawę , że nie można mówić konkretnie , że należy pozostawić coś do interpretacji widza i nie należy wątpić w jego intuicję czy wyobraźnię . Uczy nas artystka pokory wobec siebie , oraz pokory do pojmowania świata i jego czasu – a czas to przestrzeń , tylko tam jest sens , jeżeli jest się innym oryginalnym ! Są to prace wciąż otwarte jakby na oścież , zapraszają bogactwem interpretacji i odwaga skojarzeń oraz gry w przestrzeni .
    Napewno jeszcze usłyszymy o Agnieszce Kresowaty nie raz , nie dwa . Oby !

    Zbigniew Kresowaty

  • TRWAĆ W HUMANIZMIE, KTÓRY JEST GODNOŚCIĄ W SACRUM

    W dzisiejszej dobie czasu, kiedy powróciliśmy do Europy, być może jako były naznaczony homo-sowieticus jak to określał ongiś filozof ks. Tiszner, trochę posiniaczeni jarzmem zdajemy sobie sprawę, że należy wpierw odbudować zaufanie do siebie, przywołać godność człowieka i odnowić nasze zagracone wnętrze duchowe. Ale chcę też powiedzieć, że wielu twórców, wielu ludzi, tzw. „prawych” :artystów, naukowców nie dało się umaczać w czerwonym płaszczu Dejaniry, nie chcąc owego szczęścia, które na pewno jak się okazało było zgubnym zawirowaniem… Nie na daremno czynię ten wstęp ponieważ pragnę, jakby na katharsis, przedstawić sylwetkę twórcy- artysty, poety, który zadebiutował jako scenarzysta, a nawet jako reżyser w roku 1985, (kiedy to scena polityczna nie była jeszcze oczyszczona )i zaczął robić swoje, i tylko To co mu niezależne serce nakazywało. Janusz D. Telejko widocznie uznał, ze jego głos jako chórzysty w Państwowej Operze Wrocławskiej to za mało, żeby móc wypowiedzieć własną kwestię humanistyczną w poszukiwaniu godności. Artysta zaczął od przestrzeni otwartej… Stworzył widowisko plenerowe pt. „Hrabiowski proces”, oparte na komedii Aleksandra Fredry „ZEMSTA „. Widowisko było wielokrotnie powtarzane z udziałem artystów Opery… Natomiast w 1986 roku wygrał Telejko Konkurs na scenariusz widowiska dotyczącego odsłonięcia Pręgierza zrekonstruowanego na wrocławskim Rynku i
    przygotował to przedsięwzięcie w formie farsy historyczno-satyrycznej pt. „Wielkie pranie” Autor napisał i zrealizował wiele przedstawień dla ukształtowanego widza jak dla dzieci i młodzieży, m. innymi warto wymienić :”Powrót Papkina z Edenu” (1986), „Szkoła na wesoło” (1989), „Leon na księżycu” (1991)… Janusz Telejko jest autorem adaptacji teatralnej „Komu bije dzwon” Ernesta Hemingway’a oraz „Życie po życiu” R. Moody’ego. Autor i twórca rozwijał swój talent, w którym jest zawarte posłanie o godności, sięgając nie tylko antropologicznie do kwestii klasyki ale także budował na nich swój świat kreując własne ego, tworząc własne JA na zastanych utworach, nie poddając się systemowi subkultur i tzw. „kulturze śmierci” czy konceptualizmowi… A jednocześnie starając się ugruntowywać rzeczy godne sprawy ludzkiej natury. Zatem używając w tej sferze poetyckich metafor i zmysłowości bazującej na intuicji dokonał w całej swej rozciągłości wiele także merytorycznie. Jeżeli wziąć do siebie Traktat o poezji B. Leśmiana można takie działanie twórcze sparafrazować tak: Twórcy, artyści… przychodzą na świat z wrodzoną wiedzą swego nowego – dotąd nie znanego jeszcze dzieła, a i my wyznajemy, że nie potrafimy odsłonić tajemnicy tego nowego światła DNA, gdzie się odbywa cud powstawania nowej sztuki. Wiemy na dobra sprawę, że cały szereg twórców pracuje nad wydobyciem z dookolnej abstrakcji z jej mroku – tych kwestii, bez których życie staje się brzemieniem nie do zniesienia… To na pewno charakteryzuje każdego człowieka ale i artystę- twórcę mówiącego „własnym głosem”- a takim jest Janusz Telejko. Spójrzmy zatem na jego dalsze odsłony światła, na jego niezależne kreacje, które niewątpliwie muszą być poparte wiedzą tych dzieł z których obiera sobie swoją świeżość. Autor poszerza i wydłuża swoje ramię, pisząc teksty np. do oratorium „Helmutha James’a von Moltke” (1992), a jednocześnie na specjalne życzenie dyrektora Filharmonii Nowojorskiej profesora Kurta Masura tworzy tekst kantaty „Tu się urodziłem” (realizacja 1994)… Twórca o dużej poetyckiej wrażliwości wchodzi na pola zgoła zarezerwowane komuś innemu a jednak stało się! -gdyż wystarczy praca racjonalnego umysłu, żeby powstały irracjonalne wyjątkowe rzeczy… Autor w 1997 roku pisze tekst (ważny) utworu na 46 Międzynarodowy Kongres Eucharystyczny we Wrocławiu jest to kantata „Najwyższy dar Eucharystia”. Można się pokusić o reasumcję, tych wymienionych niektórych tylko, działań i określić je wysoko moralnymi z akcentami sacrum. Jednocześnie należy powiedzieć, że to sacrum budowane było na godności osobistej, na doborze materiału do poszczególnych realizacji, które -co tu dużo mówić były same w sobie edukacyjne wolne od fałszu, czyli racjonalne. Żadne zawirowania nie zdołały odwieźć Telejkę od zamierzeń, które na pewno powstawały dużo wcześniej w podświadomości umysłu artysty. Być może to otworzyło mu drogę do objęcia stanowiska z-cy dyrektora Radio Rodzina przy archidiecezji wrocławskiej, gdzie do dzisiaj jest również korespondentem dla Polonijnego Radia w Chicago. Zaiste wspaniała to droga, gdzie nakreśla autor swoją amplitudę która naturalnie pozwala mu jeszcze bardziej wejść w wiedzę i sferę twórczą: odrębną i oryginalną… Bo już w roku 1995 podejmuje się swoja poetyckość ujawnić. Wydaje tom poezji pt. „Moje rozterki”, gdzie pomieszcza swój stosunek do świata, gdzie waży swoje zaangażowanie duchowe w życiu dookolnym, jak zwykły prosty człowiek, który ma prawo do godności i do swobodnej wypowiedzi sumienia… A w roku 2003 pojawiają się już teksty do tomiku pt. ” Metamorfozy”. Tu autor poeta zmierzony przeróżnymi imaginacjami bardzo elokwentnie przechodzi zmiany w postrzeganiu i domyślaniu siebie w otoczeniu. Powstają wtedy także „rozmowy niepokorne” z ludźmi środowiska, którzy mówią o swoich niezależnych kwestiach w poszukiwaniu godności w tworach własnego umysłu… Książka pt. „Niepokorni” wydana jest jako poplon rozmów na antenie Radio Rodzina. Wcześniej Janusz Telejko angażuje się w organizację Międzynarodowego Śląskiego Festiwalu Muzycznego „Porozumienie” -tytuł mówi za siebie. Autor kreuje nie tylko siebie jako twórcę gdyż te rzeczy powstają jakby same z potrzeby wewnętrznej, ale na pewno wypowiada się za innych jako ich sumienie (?)… Trzeba powiedzieć, ze te wszystkie doświadczenia ugruntowują go w semantyce poetki wieszczującej (?) i nadają własny język tworzą osobowość aktywną w przestrzeni wielopoziomowej… Kreacjoniści niczego nie powielają (same predyspozycje twórcze wykluczają ten proceder), lecz na pewno przekształcają istniejące formy, z zamysłem ich doskonalenia i dynamizowania. Janusza Telejki dotychczasowe dokonania cechuje realizowana konsekwentnie nierozdzielność „myśli, esencji” ujętych w „kształcie słowa” i „kształcie adaptacji ” ku oratoriom własnej zmysłowości a jednocześnie skromność w honorowaniu tego co uznane dla godności twórczej jako fundament ku nowiu. Ta twórczość z samej natury jest dobrem i samoistnie promieniuje jak osobna strofa. Telejko między innymi odbywa podróże do Ziemi Świętej reportaże, które płyną na antenie Radia także i te z Sanktuariów Białorusi i Litwy od 2000 roku, jakby idące już nowe ślady w Nowe Millenium, także dla Radia Polonia. Metaforycznie są drogą, gdzie Eremita przekształca się w pokornego wędrowca i cierpliwego w drodze do tego stopnia, że na kosturze jego zakwita gałązka oliwna. Poeta drukuje swoje wiersze w tygodnikach „Niedziela”, „Gość Niedzielny” w Miesięczniku „Sprawiedliwi’, „Bez Kurtyny”, innych. Pomieszcza wiersze w antologiach m. innymi „Cud który trwa” -wiersze Ojcu Świętemu Janowi P. II. To los życia cud jego światła dostarcza nam doznań estetycznych i stawia przed wyborem i naznacza nas śladami współpobratyńców, których kochamy z natury rzeczy Drzewa Rodzaju. Janusz Telejko jest taką osobą, że kocha ludzi, idzie do nich i szuka w mrokach ich śladów… Jednak życie często doświadcza namacalnie i dotkliwie… Tu i TERAZ jako osobę, ale i ojca ukochanej córki. Poeta doświadcza traumy po tragicznym odejściu Kochanej córki, która ginie pod kołami na głównym skrzyżowaniu we Wrocławiu. Trudny to dotyk, bardzo pustoszący duszę i wnętrze metafizyczne poety, czego nie trzeba komentować… Poeta namacalnie przechodzi kolejna metamorfozę… Można tylko na reguiem dodać, że taka pieśń żałobna gdzieś płynie w naszym życiu, ale tylko poezja jak się wydaje Panie Januszu przynosi w darze radość ludziom, myśl ocalającą przed rozpaczą(?) Ale i ta pieśń żałobna sławi miłość do bytu, opłakując… a łzy nad grobem pieczętują miłość poza grobową… Czymże byłoby całe przymierze żywych gdyby nad jamami umiłowanych nie było pieśni żałobnej? Czy za serdeczna pieśń ojca : „uśnij mi uśnij, skarbie mój jedyny! W śnie jak drzewo rośnij!- nie płacimy zwielokrotnionym bólem w ostatecznym rozłączeniu ciał? -Nawet przy rodzeniu i przeszłe obecnym się staje: a w rodzeniu śmiertelnego – nieśmiertelne odsłania oblicze… ” To część słów z wiersza, który przed swoim odejściem na wieczne wrzosowiska napisała dla mnie moja 25 letnia przyjaciółka poetka Marianna Bocian, którą tutaj przywodzę… I dedykuję je Tobie panie Januszu –poeto i twórco doświadczany w doświadczeniu twórczym. „Tak mi żalem śpiewa… ” –mówisz, najszczerzej Twórco… To tytuł ostatniego tomiku autora wydanego w 2004 roku, poświęconego córce Natalce i uosobieniu Miłości cnoty, gdyż wchodziła w życie brutalne jako wartość odrębna i najcenniejsza… Poeta pomieszcza w książce treny, w których rozmawia z Najwyższym Porządkiem Świata, z Aniołem Stróżem wadzi się w czasie dokonanym już, nawet „żalem słowik śpiewa”- Są to zaiste: pacierze modlitwy na reguiem, które są kontemplacją nad sensorycznością życia w bycie sprawczym ale ku odkrywania tajemnicy… Jest to bardzo osobista poezja tym bardziej trudna, gdyż to takie epitafium na dalsze swoje życie. Jest to poezja bez zbędnego patosu, czysta bez żałobnej ornamentyki lecz cicha lamentacyjna pieśń pojednania z Bogiem i przebaczenia sobie wobec kwintesencji dramatu. To tomik na osobne omówienie, gdyż jest to język godności mocno umieszczany w humanistycznych cechach istoty racjonalnie myślącej a jednocześnie odbierającej sobie niewypowiedziane kwestie buntu do którego ma prawo i nie czerpiącej energię z sacrum, które tutaj jest podskórnie umieszczone, jako centrum jeżeli zważyć, ze przede wszystkim cierpienie jest także sacrum, a ból często zbawiennym bywa i też z radością ku ciągłości życia biegnie ku tworzeniu na nowo… Dziś, Janusz Telejko trwa w sobie, wciąż tworzy nowe: przedstawienia, pisze poezje, utrzymując jednocześnie funkcję z-cy dyr. Radio Rodzina przy Archidiecezji wrocławskiej -Ma zatem i wpływ na emocje społeczne i na kształtowanie wspólnoty… Jest uznanym twórcą i znanym w środowisku Polonii. Tworzy własny obraz niezależności medialnej i umiejętnie korzysta z wolności, ukazując odpowiedzialność i poczucie wartości duchowych. n Jako osobowość nagrodzony przez Prezydenta RP Srebrnym Krzyżem Zasługi a za działalność na rzecz rozwoju Miasta W-wia, Złotą Oznaką przez Tow. Miłośników Wrocławia, uhonorowany „Pierścieniem Milenijnym” przez Kardynała Gulbinowicza za zasługi medialne… Jest autorem popularnej letniej audycji „Wakacje z Przygodą” oraz codziennej audycji „Rodzinna Filharmonia Radiowa” i „Rekomendacje”, gdzie jako krytyk omawia najcenniejsze wydania książkowe i wszelkie cenne działania artystyczne w środowiskach artystycznych województwa. Twórczość Janusza D. Telejki jest szeroka co na pewno trudne jest do ujęcia w ścisłe ramy, jednakże pokazuje drogę ku godności człowieka, jego naturze i kreacji ku dobru z jakim wyrzuca nas ocean na brzeg świata…

    Zbigniew Kresowaty

  • SACRUM W SZTUCE I JEJ HUMANISTYCZNE POSŁANNICTWO KU GODNOŚCI

    W historii człowieka jako istoty wiodącej władającej rozumem na ziemi trwa odwieczny ciąg pytań sięgający antropologicznie o to kim jest człowiek? – Skąd przychodzi? Czym jest jego byt, i jaką ma misje? – Pytanie o sens życia – Zatem trwa odkrywanie tajemnicy i jej znaczenia w bycie, który postępuje odkrywaniem pokładów wiedzy zakodowanej w mózgu, w jego tzw. „szarych strefach „. Trwa odwieczny cud życia, który swoje etosowe początki bierze z uwarunkowań biologicznych natury nadprzyrodzonej niezbadanej… Przekazywane życie w sposób jaki nakazuje ta natura oparta na anatomicznych kodach, przedłuża swoje ramię po przez czyn w całej tej sferze nazywany ewolucją. Jest to oparte na dotyku zmysłu a czynem sprawczym jako ośrodkiem godnym danego czasu i miejsca przedłuża się skutecznie. Jest to działanie racjonalne i jako łańcuch przedłuża swoje ogniwa w nieskończoność jako następstwo bezwiedne, umocowane ruchu jako amplitudy odradzania rodzaju. Jednocześnie następuje wzbogacenie obszarów i adaptacja zdarzeń, w tym i tych duchowych do kalkulacji materii jakby równocześnie użytej jako przedmiotu do przekazu twórczego… Ośrodki te jakby parzyście biegną obok siebie, czyli racjonalny staje się cały ciąg myślowy rozłożony w czasie zapisany dziś jak wiemy w genach DNA i w atomistyce materii… Każde „nowie” porywa człowieka do odrębności z racji różnorodności, która jest kodem osobnym- Zatem jest to obszar ku bogactwu wyobraźni duchowo semantycznej… Otrzymujemy z pokolenia na pokolenie umysł działający w przestrzeni. Nie bez kozery czynię taki wstęp, budując pewny zasadny cykl myślowy na etosie człowieka, jako wprowadzenie do kwestii posłannictwa ku całej sferze uczuć jaka jednocześnie powstaje jako reakcja na stany twórcze, co w całej rozciągłości czyni człeka godnym swojej misji, i utwierdza w wierze do pragnienia co do nadrzędności jego posłannictwa ziemskiego. Człowiek otrzymujący wolę panowania i zachowania swojego „ego” czyni na wrażliwości swoich współ-protoplastów, czyli rządzi się uczuciem wspólnoty i zabezpiecza swoje JA, a jest to dobro w samej rzeczy przeistaczające się w sens nadrzędny zapisany w Księdze Rodzaju Ludzkiego. Zatem człowiek jako istota wiodąca kieruję się intuicją i wyobraźnią odziedziczoną w czasie przeszłym jako fundament wznosi ją ku przyszłości… Jest zatem tak ukształtowany, żeby jednocześnie dokumentować swoje twory a jednocześnie uczucia kreacyjne…  Ta sfera rozwija go i wyraża emocjonalność jego kreacji za pomocą: obrazu, słowa, muzyki, rzeźby, itd. Człowieka zadziwia rzeczywistość, czasem olśniewa, gdyż przywołany od poczęcia uwarunkowany genetycznym szyfrem oznaczał swoje miejsca stopniowo wpierw jako człowiek epoki kamienia łupanego. Później jako homo-wiator wędrowiec pozostawiał znaki w grotach, żeby dalej jako dedukcjoner powołać brąz, żelazo i parę wodną, przeistaczając się w homo-faber. Człowiek kształtował umysł i racjonalnie kalkulował straty i zyski, czyli homo-sapiens zw. rozumny… . Zauważmy, że zachodzi tutaj pewna partykulacja podstawowego sensu wyróżnika człowieczeństwa, po przez rozróżnianie poszczególnych działań stopniowo opanowywanych, czyli zachodzi tutaj wciąż sfera racjonalna. Są to wyłącznie działania dedukcji. Człowiek dziś będący w tak pojmowanej sile rzeczy posiadania jest swego rodzaju „racją własnego stanu” bytności na Ziemi. Jest władcą całej natury, która go odradza po przez i w nim tworzy szyfr funkcji sprawczych w stwórstwie kreatywnie poszerza jego pole. Dlatego trwają nadal dalsze odsłony pragnień człowieka, gdyż natura czym bardziej się odsłania tym bardziej staje się tajemnicza… I tutaj jakby koło się zamyka. Gdyż ten sam człowiek spogląda w odchłań i pyta przestrzeni, prosi o przedłużenie ramienia narzędzia sprawczego, o moc wytrwania, która powoduje nim także i nieracjonalnie z racji łaknienia prawdy o sobie. Nie bez kozery przytaczam tu jakby genealogię istoty rozumnej na Ziemi, bo chcę dalej rozwijać sferę uczuć, którymi jest powodowany cały stan tworzenia, w który wchodzi także : negacja siebie, zwątpienie, niechęć i nietolerancja, choć i te stany świadomości mają swoje uzasadnienie z racji uczuć. Dlatego dochodzi do eksperymentu przedsięwzięć. Jest to prawo niezbywalne i symulacji, co nie jest bez znaczenia dla interesu jako istoty budującej konsekwentnie a jest to w samym sobie cel odkrywczy. Zatem człowiek homo-sapiens w tworzeniu swego „alter-ego” podejmuje także czyn i doświadczalny. Potrafi także używać fałszu dla swoich kreacji ekscentrycznych, stając się władczy jako jednostka ale i narzucając innym siłą swój cel. Trzeba powiedzieć, że różne były zawirowania w dziejach ludzkich homo-sapiens i przeróżne podboje społeczne od starożytności, jak również we współczesności. A ostatnie stulecie chyba najbardziej krwawe w ustępującym tysiącleciu, przyniosło dużo innowacji technicznych… Tu na czoło wysunął się jednak homo-faber !. Marksizm i inne dominacje ideologiczne bezcześciły godność człowieka, stawiając na cokołach swoich bożków „świetlanej przyszłości”- upadały z hukiem. Były to eksperymenty bezduszne, które znalazły swoje odzwierciedlenie nie tylko w Kulturze danego wieku. . Zazwyczaj były to decyzje ślepe i partykularne, zdane na wyścig, często barbarzyńskie bezczeszczące ład i porządek rzeczy, bazujące na dominacji, na terrorze, szoku, czyli bezwzględne w swej traumie. Można je śmiało nazywać niegodne gatunku czasu, który jako „dobro” dał się okiełzać całym hordom tworząc ofiarę krwistego amoku. Stalin burzył świątynie duchowości, zwalał kopuły, deptał krzyże i wizerunek sacrum, wchodząc z zakrwawionymi rękami do kart historii, a do Biblii jako ostatnie uosobienie szatana. Tyleż samo chciał inny cynik Hitler, używając zła w imię dobra, biorąc siłę mięśni z filozofii mitycznych, paląc inne nacje w krematoriach używając podstępnie chrześcijańskich nawet wytrychów dla swego działania i skrytego fałszu. Okazywał niejednokrotnie determinację gniewu w sprawie godności. Kiedyś otwierając wystawę malarstwa w Berlinie w roku 1932, na widok obrazu Maxa Ernsta, pokazującego Matkę Boska dającą klapsy małemu Chrystusowi kazał usunąć ten obraz a malarza ukarać. To akt hipokryzji mówiącej o czystości rasy rozumnej… A dziś świat globalnie wyznający ” religię pieniądza”, świat nie mniej cyniczny nastawiony swoją prędkością na cel czysto materialny nie daje się zatrzymać na akt duchowo-twórczy. Prawda jakie to nieadekwatne ? -Oddalił się człowiek od własnego sanktuarium duchowego, że wprost krzyczy w głos :”nie znam się na Sztuce-dajcie mi spokój, a przecież ty, już dawno nie masz spokoju !”-Jakże można się znać na czymś czego się nie uczysz człecze -A na Sztuce nie trzeba się znać –wystarczy podejść… – Tyle, że nie dotyczy to śpieszących się w wyznanie materii… Jednakże badania, czy teorie, weźmy ks. Sedlaka, czy prof. Henryka Skolimowskiego – eko-filozofa (mówiącego, że człowiek jest Sanktuarium, ) dowodzą i mówią na przykładach, że człek jako istota myśląca porwana w wir zaabsorbowana materialnie, zgoła nie wytrzymuje parcia bezduszności jaka go przytłacza i popada w przeróżne patologie: załamania nerwowe, choroby psychiczne… Prędzej czy później musi się zatrzymać i powrócić do ” potrzeby serca”, która jest wszczepiona w gen kreacji niezależnej z racji wolności etycznej. A tym samym musi pozostawać w równowadze do rzeczy tworzonych, co jest naprawdę znamienne i godne uwagi. Coraz częściej człowiek zdominowany: brakiem medytacji, popada w dewiacje oddając się w fałsz…  Kiedyś w wywiadzie do mej ksiązki z „rozmowami artystycznymi” oznajmiła wybitna poetka, teoretyk etyki, filozof Marianna Bocian, że tylko Sztuka jest w stanie ocalić i odrodzić świat, gdyż to ona kształtuje stany wrażliwości i intuicję, która jest wiarą, i jest jako prowadnik podmiotu bytu na Ziemi… I wydaje się trafnym myśl z nauki w swoim proroctwie Encykliki Ojca Świętego Jana Pawła II, że to głównie różne zawirowania w dziejach człowieka – te społeczne zgoła ruchy i nagłe inne działania teorii rewolucyjnych, to podstawowy błąd, który dziś daje wyraźnie znać o sobie –Te wszystkie zawirowania są niczym innym jak fałszem powstałym na dewiacyjnej kalkulacji rozumu idącego na skróty… „-Tak w istocie prawie zawsze eksperyment pozostawia ślad po sobie, czasem mutantne twory i efekty treserskie. W XXI wieku ma to swoje skutki wyraźnie dostrzegalne. Powstaje coraz więcej koncepcji i wyborów sprzecznych z etyką i godnością do nadprzyrodzonej istoty Istoty, co uzasadnia obawy o dalszy los bytu. W efekcie pęd ten powoduje ostre ścieranie się w kulturach, z czego powstają narośle zwane subkulturami, a które w świetle kreacji porywają się na akceptacje społecznej i uznawanie ich jako subkultury. Negacja nie jest twórcza- ale destrukcyjna! -Czasem chcą owe zbawcze teorie nazywać się elegancko” kulturą śmierci”, itp. Trzeba wiedzieć, że dziś zaogniający się konflikt dwu żywych Kultur :Wschodu i Zachodu, bijących się 😮 swoje wizerunki Boga, o sposoby okazywania wiary i czczenia autorytetów, ma swoje odzwierciedlenie w krwawym terroryzmie, który powoduje się gwałtem w imię Boga nieracjonalnością wynikającą z niedorozwoju, a swój obraz ma w barbarzyństwie i oszołomstwie, nie pojmuje słów :” godność „, „szacunek „… Na swój sposób musi to znachodzić swoje odzwierciedlenie w Kulturze jako całości istoty ludzkiej, a tym samym w Sztuce XXI-go wieku. Dlatego dziś w tak cywilizowanym świecie, zdanym głównie na kalkulacje materialne odnajdujemy częściej już pogrążone wizerunki ludzi bezwiednych swego stanu ducha, jako cywilizacji… Najlepiej poczynię tu dygresję do czasu Sztuki „współczesnej” –Wystarczy pójść do jakiejś Galerii gdziekolwiek w dużym mieście, widzimy, że dominuje tam post-modernizm, płaski konceptualizm, instalacja, ekshibicjonizm czyli senso-stricte luźne myślenie twórcze, bazujące na plamie lub rozwibrowaniu podmiotu-Widzimy tu pustkę sal i zimne korytarze bezduszne, bezwitalne… Jest to często pokaz mizerii braku koncepcji głębszych humanistycznie i filozoficznie uzasadnionych… Są to raczej akty działań mutantnych, bezludnych i pochodnych tylko przemysłowi i w eksperymentatorstwie – obliczone na negację i protest sam w sobie. Najczęściej używana tu plama kolorowa jest białą plamą, co zresztą nie ma nic wspólnego z metafizyką wewnętrzna człowieka XXI wieku, jak się to dobrze określa rozwiniętego… Gołym okiem widać, że człowiek ucieka, wręcz nie wchodzi do takich przybytków, a nawet czuje się zaszczuty, i poniżony… Są to jakieś ugory
    samorodne osty, są to wytwory nie mające ciągu myślowego ani antropologicznego. Hegl wyznaje zasadę niesprzeczności w swojej filozofii-Mówi on, że byt i niebyt -to jedno i to samo, na czym zresztą opierają się skrajne teorie ewolucji jak u Darwina. Tym czasem człowiek wie jedno, bo doświadczał wiele całym sobą, że nic nie powstaje z niczego i bez przyczyny uczuć… A co jest określone zamknięte formą kształtem -nie jest niebytem. Reasumując : Sacrum w Sztuce ma swoje miejsce, bo wychodzi z człowieczeństwa i jest humnistycznym centrum istoty myślącej, która nabyła prawo do wypowiedzi i określania bazując na stanie natury w określonym miejscu i czasie – TUTAJ i TERAZ. Sacrum to dobro nadprzyrodzone mające obraz człowieka z tej natury „dobrego” – Człowiek już rodzi się jako dobro niespożyte. A Sztuka pisana tzw. „dużym słowem” rządzi się, dobrem i takim emanuje jako czystość umysłu i non-stop niespóźniona się na swoje katharsis. Sztuka zawiera prawdę o człowieku jego sferach, w tym jest istotą, która ma swoje niezbywalne prawo do wiary i miłości, która pochodzi w prostej linii od Boga, prowadzi sensownie czas, który nas oświetla czynem… Ma natura i biologiczne instrumenty zawarte w każdej swej istocie jakby zachowane w takiej Arce Noego, żeby odradzać prawidłowość rodzajów… Jakże można zachwiać jej siłą sprawczą, mieszając pojęcia jej wizerunku, profanując jej światło barbarzyńsko tworzyć zgoła zgubne symbole. Symbol i znak jest wytyczeniem drogi. Jakże często jako obraz fałszywy, w stosunku do innych wspólnot narusza ich uczucia jak w ostatnim czasie miało to miejsce w karykaturze Mahometa. A stało się przecież wiele, niby w imię solidarności w obronie wolności wypowiedzi… Ale okazuje się, że jest to nieracjonalna walka z nierównym sobie przeciwnikiem. Czyni to przecież cywilizowany człowiek, podejmując rękawicę bezrozumnie od bezwiednego! Przypomnijmy sobie jak zareagowała nasza godność na wystawę instalacji, kiedy to w Zachęcie pokazano Papieża przygniecionego ogromnym obeliskiem. I być może ten kamień miał wyrażać COŚ- Ciężar jaki czyha na naszej wierze (?), jako autorytecie i przywódcy duchowym naszej Kultury duchowej Nie pogodziliśmy się z tym obrazem, który miał wywołać szok i anarchię umysłu. Jednak wszystko co dzieje się w kwestii uczuć, czyli godności ma swoje odzwierciedlenie w aktach sprzeciwu…  A bywają one czasem bardzo krwawe ! Trzeba tu również wiedzieć, że najczęściej z nadinterpretacji lub nadgorliwości, i co najważniejsze z niewiary w intuicję swoich odbiorców, powstają zgoła obrazy naruszające harmonię racji kształtowanych wiekami jako sens. A człowiek nie jest rzeczą służebną dla przypadku i eksperymentu. Warto przytoczyć tu zdanie z „Antypamiętników” Andre Malraux : „Istnieje tylko jeden problem poważny ; Jaki jest sens naszego życia „. Dlatego bijemy się o to! Sztuka jest instrumentem, żeby rozwiązywać problem sensu bytu. Jakże cienka jest linia tworzenia… I chociaż kreacja w Sztuce jest zapleczem relatywnym do rzeczywistości to pozwala podmiotowi na wyrażanie się skrótem czyli metaforą, która jest macką i kwintesencją wrażliwości i otwiera również inne obszary do własnych dopowiedzeń interpretacji i tu jest wolność… Zachodzi tu misterium chwil, którą każdy z nas posiada objawiającą się nie tylko talentom, (które są pasami transmisyjnymi lub tzw. medium) Talent to już misja rozumna nadprzyrodzona od Boga, który powierza mu obrazować własne czyny w Sacrum. Kiedyś zbierając materiały do książki pt. „Między Logos a Mythos „(Miedzy słowem a mitem) zapytałem profesora Jerzego Nowosielskiego wybitnego pedagoga, wykładowcę i twórcę, o Sacrum w Sztuce. Profesor odparł mi niezwłocznie :”Sacrum objawia się już w samym zalążku, gdy podchodzimy do wydobycia dzieła z abstrakcji. Gdy dajmy na to – ikonopisiec bierze deskę do reki i odmawia modlitwę, rodzi się natchnienie, swego rodzaju Ducha świętowanie… Sacrum jest obecne wtedy, gdy zatrzymuje nas i absorbuje. A jest to swego rodzaju olśnienie, zadziwienie i zaśpiew ponad –czasowości i niezależności… Jeżeli ten akt powstaje z wewnętrznej potrzeby na mocy wołania, które jest niczym innym jak zapisem duchowym i kontemplacji porywa nas i rzuca na kolana, do tego stopnia, że chcemy być posiadaczem danego gotowego obiektu na własność, żeby identyfikować się z jego wyrazem-to jest sacrum. Oczywiście, sacrum bardzo widoczne jest w ikonach oraz obrazach świątynnych. Ale jawi się także w każdym innym dziele, choć niedopowiedziane daje nam możliwość własnej duchowej interpretacji. Znaczy to, że sacrum jest nawet obecne w akcie kobiecym czy męskim, tak samo jak w pejzażu czy portrecie każdej istoty stworzonej w przyrodzie na obraz Boga. Jeżeli zważyć, że Stwórca jest w nas, we wszystkim co tworzymy za pomocą rozumu, należy to i tak interpretować… „-Ogólnie parafrazując profesora Sacrum bywa tu ukryte, zwłaszcza w dziełach, które trzeba powiedzieć już w XII wieku zaczęły opuszczać świątynie, a najbardziej gdy kler oddał część władzy w XVI wieku dla wspólnoty cywilnej. To Sobór I-szy Watykański pozwolił na zastępowanie znaków i symboli wyobrażeniami postaciami człowieka, humanizując jednocześnie Sztukę powszechnie dostępną. Na przykład wizerunek Chrystusa w postaci Baranka Świętego zastąpiono wizerunkiem ludzkim. Wykwit malarstwa ukazujący sacrum zewnętrzne nastąpił w okresie Romantyzmu i Rococco, a malarze mistrzowie wprowadzili nagie postaci do świątyń, gdyż takie je stworzył Bóg Ojciec. Później kolejno pojawiali się inni mistrzowie objawiające alegorie, pokazując nagą boskość ciała w krajobrazie. Następnie Sztuka stopniowo zaczęła przechodzić do tzw. metafizyki wewnętrznej i ukazywać metafizycznie: radość, rozpacz, czy cierpienie duchowe… Ale chyba najbardziej kontrowersyjny jest okres Współczesności, obfity w krwawe akty zawirowań od XIX w. , co znalazło niewątpliwie odzwierciedlenie w aktach artystycznych. Te wielkie zmiany głownie szybkie, a wręcz rewolucyjne, zmieniły estetykę i formę Sztuki. Na przykład Goya hiszpański mistrz pędzla, być może jako pierwszy tego wieku zaczął malować cierpienie pod najeźdźcą Napoleońskim, choć Heronim Bosch już w XV wieku ukazywał w sposób surrealistyczny etos człowieka w „Sądzie Ostatecznym” bardzo odważnie-Wszystko to Sztuka figuratywna humanistyczna i mocno odzwierciedlająca swój czas i jego ruch… „Gernika” Picassa to wyjątkowy przykład doświadczania bólu od prześladowców faszystowskich, ukazująca ustatecznienie cierpienia i jego wyraz przemawiająca do nas z wnętrza ponadczasowo i wydobywająca się wprost do nieba. Artysta posłużył się tu formą płaską i czarno-białym obrazem, ale wszedł głęboko wielowymiarowo w podmiot, oddając klimat. Ból także wchodzi w sferę sacrum, tym bardziej ból niewinnych, ból to ofiara. . Dalej idąc, trzeba tutaj oznajmić, że tzw. „AWANGARDA Polska „powstała również jako środek sprzeciwu sił twórczo –reformatorskich, jako wyraz przeciwko cenzurze, kiedy to w latach 60-tych władza i okupant radziecki wprowadzili tzw. „zamordyzm” powstało wówczas tutaj wiele nieprawidłowości… Artyści nafaszerowali swoje dzieła dużą dozą eksperymentu i z racji koterii biorąc fałszywe narzędzia twórcze chcąc zaszyfrować kwestie wyrazu powstały nadinterpretacje. Oczywiście obok panoszył się socrealizm, który wychwalał w swoich dziełach „Słoneczko”, czyli Stalina… Ale trzeba też wiedzieć, że Sztuka Polska chciała się w jakiś sposób wyrwać z tzw. „obozu” perelowskiego socjalistycznego na zewnątrz, głównie ku Kulturze „środkowo-europejskiej „-Pojawiły się dzieła jakieś kundlowate obrazy, małpujące na Sztuce europejskiej i nie tylko!- Bardzo płaskie nawarstwiły się nie relatywne wprost do środków wyrazu, powstało wiele bezdusznych udziwnień, w czym zupełnie nie można było się odnaleźć. Powstały tak zwane nadinterpretacje plastyczne nacechowane agresją i wrogością, graniczącą z szokiem… Zatem eksperyment zwany później jako instalacja, heappyening lub pochodny postmodernizmowi: „konceptualizm”, który jest miksem tych poprzednich imaginacji… To są już wybiegi zdane tylko na obnażanie swej pustki i negację sfery duchowej, nie mające nic z humanizmu, a zatem nic z godnością ludzką. Znane później w latach 90-tych są skrajne tego typu pokazy -np. heappyenigowe Katarzyny Kozyry w ZACHĘCIE –wspomnijmy film o bezprawnym przecież podglądaniu nagich ludzi w łaźni, czy pani Żebrowskiej, kiedy to penformens – womann wyjmowała sobie z przyrodzenia, na oczach publiczności, lalkę mocno epatując widzów. Można mnożyć przykłady, choćby ostatnio sprzed kilku lat powieszenie genitali na krzyżu pseudo-artystki Nieznalskiej oczekującej na pogłos krytyki a bardziej poklasku, co jest wręcz cyniczne a tym samym ohydne –Tudzież w tym samym miejscu, pokazała pani Rottenberg portrety aktorów w mundurach hitlerowskich. W efekcie niezgody i odwetu Daniel Olbrychski wtargnął honorowo do ekspozycji i posiekał je szablą ułańską, gdyż w efekcie ta wystawa nie niosła nic w życie kulturowe, tylko obelgę podmiotu człowieka… To tylko namacalne przykłady despotycznej głupoty tzw. komisarzy Sztuki XX wieku. Tudzież inny przypadek, zdany na taki sam poklask, kiedy to na wystawie w Brukseli(, kilka lat wstecz), gdy Polskę już przyjmowano z powrotem do Europy-do Unii, w galerii pobliskiej Centrum Unijnego sprofanowano sacrum – aktem bluźnierczym. Znów kolejny wyraz fałszywie pojmowanej wolności, kiedy to inny nieznany pseudo-artysta szukający rozgłosu, na swoim obrazie olejnym- tytuł: „Biczowanie” pokazał postać Chrystusa (uwiązanego do słupa kamiennego) biczowanego przez esesmana i więźnia obozów w pasiaku, którzy obaj jednocześnie biczują Mesjasza. On twierdził, że oni biczują prawdę… Ale ja gdybym miał wybierać między Chrystusem a prawdą, na pewno wybrałbym Chrystusa. Już zupełnie nie jest warte odnotowanie aktu kolejnej głupoty u innej polskiej młodej pseudo-artystki, która ukrzyżowała męskie genitalia. Bluźnierstwo w Sztuce zwłaszcza w tym wieku rozprzestrzenia się i zaczyna się tam gdzie niema racjonalnego środka wyrazu-To nie prawda, że ” cel uświęca środki „- W Sztuce to nie wychodzi. Strach pomyśleć jak oznajmia poetka i filozof M. B. -” co się może stać, przed czym ostrzegano od tysiąclecia by nie wykraczać przeciwko duchowi. Czy dramatem naszej współczesności nie jest to, że człowiek się nie rozwija tylko intelektualnie tresuje ?” -Można tylko dodać, że Sztuka to nie polityka, żeby hulajgębować cynicznie i z hipokryzją oznajmiać, że to w imię: dobra, wolności- Co ma zresztą także odzwierciedlenie w Literaturze i nie tylko! ale i w innych profesjach – Żerowanie jest dziś powszechne i jak się okazuje bywa sposobem na byt… Uważa się dziś, że można z racji każdej potrzeby dowolnie zatem i bezdusznie miksować gotowce, i szafować nimi po bazarach próżności… Okazuje się, że zło wkrada się do intelektu bardzo sprytnie, a ten nie używa już sumienia. Jest to bardzo cynicznie i partykularne, a i nieetyczne-uderzające także w Sztukę prawdziwą, której godnością jest sacrum. I oby nam nadziei starczało, że prawdziwa cnota takich praktyk się nie boi, gdyż Bóg to Sens Natura i Mądrość Absolutna konsekwentnie naturą, nawet to co nielogiczne pozwala z racji dobra ułożyć w całość.

    Zbigniew Kresowaty

  • TOPOS MARCA CHAGALLA

    Poetycką wyobraźnię Marca Chagalla ukształtowało malarstwo Gauguina, Boblia , Ruskie Ikony , i Teatr. Można także mówić o cyklach obrazów malarstwa włoskiego, a nawet holenderskiego i wpływie malarzy naiwnych .Nie bez znaczenia było dla Chagalla malarstwo ekspresjonistów. Ale najważniejszy wpływ na całe malarstwo Chagall miało samo dzieciństwo ! Był synem hasydzkiego żyda z małego miasteczka . To utalentowane dziecko z ubogiej rodziny przyswajało sobie obrazy z życia codziennego w dość niecodzienny sposób.
    Mimo biedy , rodzina zdecydowała się na jego edukacje . Tak trafił do Sankt Petersburga (czyli Petersburga nazwanego po rewolucji październikowej w 1917 r. Leningradem) i to tam zaczyna się na dobre edukacja artystyczna w Akademii Sztuk Pięknych, wbrew zakazom władz carskich ,że żydom nie wolno było wstępować w progi Akademii bez specjalnego zezwolenia! Ojciec Chagalla, Mojsze Segał, użył specjalnego protektoratu ,żeby syn znalazł się w Akademii, co nie odbyło się bez pieniężnego wsparcia Gminy Żydowskiej ,do której należał. Na Akademii Marc Chagall miał wspaniałych profesorów , między innymi Leona Baksta (który był scenografem do Oper baletowych Jagielewa ). On właśnie zauważył wyróżniającego się studenta , dość oryginalnie sposobiącego się do malarstwa. Chagall spokojnie wysłuchiwał wykładów swojego profesora , ale gdy później brał się do samego malarstwa ,robił tylko to co mu nakazywała wyobraźnia i serce. Przede wszystkim nie poddawał się konwencjom , które obowiązywały lub bywały wiodące. Sam profesor dobrze wiedział, że jego uczeń maluje coś innego , osobistego(?) lub osobliwego, a co w odkrywaniu przez profesora było tajemnicze i dawało wiele do myślenia, jednak nie zabraniał swojemu uczniowi jego praktyk, co mogło wywoływać różne kontrowersje. Profesor , jakby czekając na efekt tego malarstwa, wiedział, że będzie to coś zaskakującego już w samym zamyśle do którego podchodził jego uczeń .Była to bardzo ciekawa postawa jak na tamte czasy! Ale trzeba wiedzieć ,że w samym Sant Petersburgu edukacja Chagalla nie mogła się skończyć, gdyż wówczas światową stolicą sztuki był Paryż. Dlatego też tam pragnął się udać młody adept sztuki Chagall. Był już wtedy zakochany –miała na imię Bella, co mogło w efekcie krzyżować jego oryginalne plany , gdyż był przekonany ,że to jest na pewno kobieta jego życia i Muza. Była to kobieca piękność. Spotkał ją w roku 1909. Wiedział ,że będzie to największa miłość jego życia-To po prostu czasem się wie !- Będzie to kobieta o której będzie głosił całemu światu w swej sztuce… Bella , wykształcona, młoda dziewczyna, utalentowana aktorsko, po studiach filologicznych, podjęła się pracy w Operze , przełamując wcześniejszy opór własnej rodziny. Mimo tego ,już wtedy, silnego związku młody Chagall zostawił Bellę Rosenfeld ,którą bardzo uwielbiał, i wyjechał do Paryża. Wiedział ,że tutaj musi się być, tworzyć i kontemplować, gdy chce się zostać wybitnym malarzem . Paryska Bohema już wtedy dawała swoje znaki a każdy rozwinięty intuicyjnie i artystycznie utalentowany młody człowiek chciał się dostać do tego znamiennego środowiska o którym tyle się w świecie mówiło, plotkowało… Tam zamieszkał w jednym z najsłynniejszych tzw. „domów pracowniczych”, wynajmowanych dla artystów, nazywano je „ulami” La Riche .Tutaj spotkał się ze swoimi wybitnymi już wtedy malarzami po fachu, ale i z poetami innymi twórcami, włączając się w rytm spartańskiego życia i panujących tu reguł i obyczajów. Mimo takiej podskórnej biedy i niedostatków i tęsknoty do rodziny w Witebsku Chagall pozostawał szczęśliwy – mimo rozłąki!- Tworzył. Ale zauważyli jego talent wcale nie malarze , lecz poeci. Poeci tacy, jak : Apollinaire i Blair Sandrer. I to oni właśnie przyczynili się to tego , że Marc Chagall miał swoją pierwszą indywidualną wystawę malarską. A była to niezależna ekspozycja wtedy równie nowatorska jak Picassa z którym się znał ,czy z Dalim. Jej pierwszy indywidualny pokaz odbył się w Berlinie w 1914 roku. Tam , po wernisażu Marc Chagall, wsiadł w pociąg do Rosji i pojechał do swojego rodzinnego Witebska. Być może wtedy odezwał się w nim sentyment albo zkulminowała się ogromna tęsknota do: kochanej Belli , ojca, matki… – Tego nikt nie mógł pojąć ,jak można z okazji takiego święta –ważnej wystawy na której wszyscy byli ,odjechać nagle w inną część świata .Tym bardziej ,że po tym wyjeździe do Paryża ona czekała , a on zapracowany odkładał swoje przyjazdy, aż wreszcie znienacka przybył do Witebska, okazało się ,że w tym czasie wziął ślub!- Rewolucja 1917 roku sprawiła ,że jego pozycja w społeczeństwie rosyjskim stała się korzystna ,gdyż dawała mu pewne szanse życiowe. Chagall został w Ministerstwie Komisarzem Sztuk Pięknych –tak światowy człowiek- No! i z Paryża!- Jako owy Komisarz spotkał się tam z Majakowskim czy choćby z Meyercholdem . Majakowskiemu powierzono wówczas role literackiego opiekuna w Teatrach Rosyjskich. Mianowano także Chagalla Dyrektorem Akademii, zwanej inaczej „Warsztatami Sztuk Pięknych” w Witebsku. Miała to być uczelnia prowadzona nowocześnie i tylko dlatego Chagall przyjął tę dodatkową funkcję jako honor .Ale los spłatał figla, gdyż razem z nim zatrudiano tam skrajnych abstrakcjonistów , takich jak : Milewicz czy Lisicki… Oni –ci dwaj okazali się jego największymi protagonistami i podczas nieobecności swego szefa ,czyli samego Chagalla przemianowali te „Warsztaty” na : „Wolne Warsztaty Suprematyzmu”, co zupełnie nie odpowiadało Chagallowi, a tym samym jakby dało mu wiele do mówienia i zdecydowało o samym wyjeździe nie tylko z Moskwy ale z Rosji. Okazało się jednak ,że nie jest to takie proste! –Był rok 1920/21, każdy był podejrzany … I droga do Paryża z powodu różnych spraw musiała wieść przez Litwę. Przy realizacji tego przedsięwzięcia Chagall musiał uciec się do pomocy tych samych gminnych dobrych Żydów , którzy pomogli mu kiedyś dostać się do Akademii. Artysta tak bardzo uwierzył w swój wyjazd ,że postanowił zabrać rodzinę z dobytkiem. Mieli już wtedy razem z Bellą córeczkę. Podróż na szczęście udała się . W Paryżu zamieszkali na Montparnasse. Artysta pracował i sprzedawał swoje obrazy stawał się coraz zamożniejszy i wystarczalny dla rodziny. Jednocześnie wystawiał w wielu prestiżowych galeriach i miejscach sztuki. Chagallom pomagał słynny paryski marchand wyczuwający intuicyjnie sławę :Ambroży Woloare, który wpadał często na cudowne pomysły np. ,żeby wydawać bibliofilskie pozycje : albumy z ilustracjami różnych słynnych artystów malarzy. Chagall znakomicie przystawał do takiego pomysłu i dobrze się układał z marszandem i godził na to, ilustrował literaturę rosyjską , np. Gogola, ale także innych znanych poetów i autorów pisarzy bajek, innych artystów przede wszystkim La Fontaine’a . To była jedna z propozycji dla Chagalla ,która chwyciła znakomicie, coraz więcej zarabiał on i Jego mocodawca. Artysta znakomicie się wywiązywał z zobowiązań wydawniczych. Później przyszły inne propozycje. Pomysły, które dawało się wtedy obserwować a co jest znakomicie umocowane i jakby udokumentowane twórczo i do obejrzenia choćby na wystawie w Krakowie (wrzesień- październik ’97: wystawa pt. „Chagall” w Muzeum Narodowym , którą osobiście odwiedziłem, celem tego eseju.) Chagall stworzył dość prac i dzieł do przeróżnych tytułów ,nawet tych uniwersalnych z mitologii ,a zwłaszcza do tematów Biblijnych, z którymi to tematami się nigdy już nie rozstał. Później przyszła II wojna światowa. Były to dla artysty bardzo dramatyczne lata, gdyż jak wiadomo społeczność żydowska masowo emigrowała ,zaczęła się ta cała wrzawa faszystowska, i wszystkie okropieństwa z nią związane… Zatem Chagall wyjeżdża do USA. Tam gdy tylko zdołali się zagospodarować i trochę dopasować do otoczenia -umiera jego miłość życia Muza- Wielki Przyjaciel i Partner Bella. Był to ogromny cios w jego serce, a przede wszystkim nie oczekiwany . Marc Chagall w efekcie wstrząsu , szoku i depresji przestał malować o czym głośno mówił. Był to rok czasu bez zapachu farb i pędzli…Ale za to później powstały wspaniałe obrazy ,,a nawet cykle ..Jedno jest na pewno warte odnotowania ,że powstały wtedy przepiękne udane dzieła a w tym cykle ,że wymienię tylko obraz pt. „Wokół Niej”. To poetycko – artystyczna opowieść o Belli ,o jej życiu i o prawdziwej Kobiecie Muzie i Człowieku żywemu dzielącemu z nim nie tylko łoże ale świat… Na wystawie w Muzeum Narodowym w 1997 roku ,którą odwiedziłem (dostawszy się tylnymi drzwiami i również dzięki kobiecie , która poszła do dyrekcji ,żeby oznajmić i wymóc wprost ,że jako artysta i poetycka dusza muszę napisać o tej wystawie , o tym wydarzeniu w czasopismach… i że przyjechałem w tym celu z daleka. A tłum przed wejściem przeogromny!- zresztą Pani ta weszła jednocześnie ze mną na ekspozycję jako osoba towarzysząca). Osobiście do dzisiaj i chyba do końca życia pozostanę pod urokiem tego wydarzenia Spotkania z Chagallem i Bellą, Witebskiem , Boblii . Bardzo wiele tutaj poświęcono Belli ; portrety-pierwszy z 1925 roku tzw.” realny”- bardzo sugestywny ,i kilkanaście innych bardziej metafizycznych ,gdzie Bella lewituje lub jest postacią Jego marzeń …To po powrocie z tej wystawy do domu sam namalowałem kilka obrazów inspirowanych artystą ,w tym ten który kocham: „Czas jest bezbrzeżną rzeką”, gdzie oboje kochankowie siedzą stuleni nad rzeką, nad nurtem której wisi zegar z kurantem niesiony przez fruwająca rybę grającą na skrzypeczkach –całość na błękitnym tle .Wracając jednak do tej ujmującej nierzadkiej wystawy, do Belli ,zatrzymywałem się kilkakrotnie przed tymi i innymi portretami i wręcz przed tymi samymi obrazami – życia, postaciami marzeń, snu i takiej semantyki fantasmagorycznej : przed krówkami , nagimi postaciami łączonymi ze zwierzątkami , kozami , konikami i ptakami ,a przede wszystkim przed słynnym portretem Belli z goździkiem w ręku. Symboliczny kwiatek nie przyciąga jej uwagi –jest zbyt zajęta swoimi myślami, cudownym uniesieniem z otwartymi oczami choć kontemplacyjnym ułożeniem z sobą lub w lewitacji nad rodzinnym miasteczkiem Witebskiem. Na innych obrazach Chagalla można zauważyć jak się odrealnia styl artysty ,jak się materializuje w swoisty mu sposób: wirowanie- opadanie , ulotność i rozwibrowanie sylwetki słońca i księżyca oraz postaci ludzkich różnej wielkości spinających się na jakąś szklaną górę, osób w śnie i marzeniu… Tudzież postaci Biblijne :Mojżesz , Składanie Ofiary Abrahama i inne jak Prorok Eliasz na ognistym rydwanie – „osiem błogosławieństw”, itp… Dostrzec tu idzie pewne okresy lepsze i te gorsze kondycyjnie artysty i nie tylko w temacie ale formie i wykonaniu. Jak każdy żywy ,ongiś wybitny artysta, miał swoje wzloty ,uniesienia i upadki -To wszystko tutaj zakrólowało i poruszyło …Niektóre dzieła są ogromne na płótnach wielkich , kilka sztandarów(?), chorągwi. Co mogę powiedzieć jako krytyk Sztuki : Malarstwo Chagalla jest przesiąknięte poezją i dygresją do zainteresowań Chagalla jako osoby ,do Jego kultury żydowskiej, ale nie tylko! – Jest to opowieść kolorowa do świata antropologicznie znanego ale w nowej formie wyrazu , malowane na tęczy, i trzeba powiedzieć ,że wspaniale korzystał artysta z „MISECZEK KOLORÓW”, jakby to nazwał po poetycku dzisiaj nasz Czesław Miłosz. Iście widać tu mistrzów Chagalla jaki też mieli wpływ na Jego osobowość ,mistrzowie i ci przyjaciele różni artyści –twórcy, z którymi się ścierał, spierał gniewał i radował w Paryskiej Szkole .Jak patrzeć w dal- udziela się tu kolorystyka charakterystyczna dla tego okresu „paryskiego”- A jednocześnie wszystko bardzo oryginalne: niepowtarzalne, ciepłe i ujmujące w całej krasie mitologicznej pojęciowości i filozoficznej łączności ,choć to tematy uniwersalne. Na wpływ malarstwa Chagalla na pewno miał okres Jego dzieciństwa ,kiedy to wrażliwość Jego wrodzonego talentu nabierała formy tzw. „trzeciego oka” czyli spojrzenia w perspektywę abstrakcji ,żeby przywoływać i odbierać sobie irracjonalnie sceny spoza wymiaru obyczajnego ,a świat Jego jako dziecka bywał :beztroski, ale i też zdyscyplinowany mocno edukacyjnie. Świat Chagalla to świat wrażeń i ruchu, to świat wirujący w sobie swobodnie przemieszczający się od wewnątrz na zewnątrz. To świat , któremu blisko bywało do marzeń: uniesień radości ,ale i bólu oraz pomieszczenia swego „ego” w tym z czego wyrastał kulturowo i fizycznie trzon rodzinny… To świat szczęśliwy i spełniony. Świat Chagalla to taki łącznik od fantastycznego przyozdobionego malarstwa alegorycznego: rokocco tamtego uniesienia z nowymi środkami wyrazu , tworzony w wolności i niezależnie bliskim obyczajom balladowości, być może i gawędzie lub przestrzeni zatrzymanych dla dociekliwego dziecka , które nie wyrosło ze swych wizji , które wiele nie rozumie ,ale na pewno ogromnie dużo wie. Ktoś powiedział, że „artysta jest jak dziecko” –Chagall pokazuje te aspekty i ujmuje nas także na przyszłość, z której być może się wyrasta- a być może nie.

    Zbigniew Kresowaty

  • NAJPIERW BYŁA MYŚL – Rzecz o budowie Kalwarii w „Dolinie Śmierci”

    A później ogłoszono Konkurs Rzeźbiarski /w 1995 r/ po którym wyłoniono najlepszy projekt „Drogi Krzyżowej” zwanej ”Golgotą XX w.”
    Spośród złożonych na konkurs dwudziestu projektów profesjonalnych w toku omawiania założeń, jury wyłoniło pracę opatrzoną godłem „LEW” uzasadniając trafność usytuowania poszczególnych projektów w przestrzeni, wrażliwość przedstawionej propozycji, oraz ujęcie go w głęboką metaforę. Autorzy tej pracy posłużyli się syntetycznym przekazem wymaganych treści jak uzasadniło jury. Finalnie cały projekt przedstawiono, jak i inne w Galerii Bydgoskiej BWA w formie makiet. Praca nagrodzona stanie w Forcie Bydgoskim, gdzie co roku odbywają się /po II wojnie/ tzw. „Drogi Krzyżowe”. Lud Boży regularnie, co roku prywatnie, uczestniczy w listopadzie w tej ceremonii z udziałem Duszpasterstwa przylegającego do Fortu. Tak się zaczęło kiedy to ks. Infuat Stanisław Grunt z Duszpasterstwa Akademickiego i ks. Antoni Strycharz z Bydgoskiej Bazyliki co roku w sposób zorganizowany odprawiali tę „Drogę Krzyżową” w obecności ok. jednego tysiąca osób, na miejscu kaźni, gdzie hitlerowcy dokonali okrutnego mordu, zwanego dziś Polskim Katyniem. Komitet zawiązał się już w roku 1997, gdyż uczestnicy nalegali co roku, uparcie i wręcz natarczywie pytali w Duszpasterstwie /gdyż u władz było to daremne/ kiedy nareszcie powstaną tu stacje „Drogi Krzyżowej” –To wtedy zrodził się pomysł przede wszystkim na Konkurs dla tzw. grup artystyczno- rzeźbiarskich. Należy powiedzieć, że tylko odważne i śmiałe działania Komitetu budowy „Golgoty XX wieku” i ta potrzeba ducha, doprowadziła we współ z obecnymi władzami i Episkopatem w osobie Ks. Biskupa Arbp. Henryka Muszyńskiego-Metropolity Gnieźnieńskiego /który objął w efekcie patronat nad samym konkursem/ mogło dojść do jakiegoś konstruktywnego porozumienia, , żeby zacząć to przedsięwzięcie jeszcze przed nowym Millennium. Trzeba także powiedzieć, że realizacja już się zaczęła od niwelowania terenu i przygotowania materiałów na postumenty. Są to wszystkie stacje „Drogi Krzyżowej”, które rozmieszczone będą w Forcie Bydgoskim na całej jego przestrzeni usytuowane wzdłuż drogi, która już tam istnieje i ma długość ok. 4 do 5-ciu kilometrów. Całe przedsięwzięcie jest bardzo interesujące i niesamowite- bo monumentalne wręcz! pracochłonne, także i materiałowo i kosztowne. Przedsięwzięcie obejmie ok. 10 lat na ziszczenie się w całości. Taką formułę przyjęto na pierwszym posiedzeniu, które odbyło się 11-go listopada 1999-go roku. Mam przed sobą album okazjonalnie wydany przez BWA Bydgoszcz, maj-czerwiec 99 z pracami nagrodzonymi. Prace te miałem możność oglądać i do dnia dzisiejszego pozostałem pod wrażeniem, zwłaszcza pracy nagrodzonej przez Jury /w składzie: Przew. art. rzeźb. prof. Bronisław Chromy, art. rzeźb. prof. Jerzy Fober, mgr Roman Kosmala, mgr inż. arch. Andrzej Myga, ks. Zygmunt Trybowski, mgr inż. arch. Maria Żwikiewicz-Szala/, które jakby wzięło na siebie odpowiedzialność, nie wątpiąc zresztą w intuicję odbiorców, za prawidłową interpretację i tę duchową i metafizyczną za ten projekt, który ma urzeczywistnić oczekiwania zainteresowanych, a także tych którzy nastaną po nas. Dzieło zostanie na wieki, jako wielki znak na przełomie Millennium! Z rozmowy z Andrzejem Renesem, jednym z grupy, która wygrała, w skład której weszli: Iwona Jesiotr-Krupińska także art. rzeźbiarz z Warszawy i Mariusz Krupiński architekt z Warszawy- a więc z rozmowy tej, z tym wybitnym artystą, dowiedziałem się, że będą to od 2 do 2,5 metrowej wysokości rzeźby /ustawione na postumentach/, porozstawiane wzdłuż ubitej już drogi na Forcie. Dlaczego taki długi termin?- otóż jak informuje Andrzej Renes wtajemniczony w ten zamysł jako poznany artysta tzw. „pomnikowy” i nie tylko /min. pomnik Prymasa Wyszyńskiego na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie przy Kościele Wizytek /rzecz w tym, że tu nie należy się nie spieszyć, a wręcz postępować rozważnie i powściągliwie, choćby nawet dlatego, że trzeba będzie uwidocznić moc szczegółów, których z wiadomych przyczyn zabrakło na małych stosunkowo makietach konkursowych. Choćby dlatego, że wielkie realizacje, a tu jest przecież 14 stacji- zawsze wymagają czasu i poświęcenia i dokładnych przemyśleń już tam na miejscu!. Samo usytuowanie rzeźb w terenie i umieszczenie ich w przestrzeni wymaga pracy, usytuowanie w nich szczegółów, oraz wzięcie wszystkich rzeczy na ponadczasowość, z walorami architektonicznymi razem, to jest ogromna praca i wysiłek….
    Droga ta inaczej „GOLGOTA” zaczyna się spod kościoła Parafii Matki Bożej Królowej Męczenników i pnie się jakby w górę, przez wąwóz i obchodzi szczyt, schodząc z drugiej strony- a fenomen tego pasma to przestrzeń.
    Jak więc widzimy samo pokonanie tego odcinka merytorycznie wymaga szczerego czasu. Ma być to wielki pomnik dla tych, którzy tu polegli w sposób identyczny jak w Katyniu tyle, że tutaj robili to Niemcy. Ten pomnik, który tu już jest- to jak powiedziano relikt przeszłego czasu, który trwał w Polsce, a do którego po prostu w latach osiemdziesiątych dowieszono krzyż tylko dlatego, że przyjęła go „Solidarność”- Obecnie patronat nad tą budową ma w swej mocy Arcybiskup Drzycimski /nie mylić z patronatem Konkursu/, pod przewodnictwem którego odbyło się spotkanie 11-go listopada po obchodach Kalwarii w 1999 r. wraz z władzami miasta, oraz sponsorami przy współobecności Prasy i Telewizji i Radia –Zatem utrzymanie tego przedsięwzięcia w całej mocy jego tworzenia, merytorycznie trwa, a całe zaangażowanie i zainteresowanie było widać w dyskusji, pytaniach, które padały, efektem czego całe spotkanie, w tym i z artystami trwało dość długo.

    Czternaście stacji na Kalwarii Bydgoskiej
    /walory artystyczno -estetyczne oraz ponadczasowość dzieła/

    Jeżeli chodzi o samo dzieło, które adoptowano w drodze Konkursu z uwzględnieniem jego walorów, złożone ono jest z bardzo wielu elementów, czyli pomników od 2 do 2,5 metra każdy – ustawione jako zespół w terenie /który już istnieje/ nosi miano „DROGI KRZYŻOWEJ” ujęto w zespół, a i ściśle w całość, która tworzyć ma pewną zawartość uduchowioną, sacrum męki, opartej na męczeństwie człowieka. Dzieło zawiera w sobie niezwykły ładunek wrażliwości jednocześnie pozostawiając treść do naszej interpretacji, czyli interpretacji osobistej, a jednocześnie pozostawiając odbiorcę w głębokiej refleksji nad sensem ofiary samego siebie! Jeżeli zostanie wykonane tak jak na makiecie to pokazano / w co nie należy wątpić/ to jest niesamowita pojemność do objęcia, żeby wprowadzić to do wyobraźni własnej. Prawdopodobnie tę drogę pokonywać będzie trzeba wielokrotnie, żeby odkryć całość w sobie podczas ceremonii! . Dzieło należy adoptować do siebie w całości, czyli także przy współudziale całego otoczenia w tym i odpraw w pojęciu procesji. W chwili obecnej wykonywane są już modele systematycznie w skali 1:5 po to, żeby uszczegółowić pomysł i uwydatnić najdrobniejsze rzeczy, co jest konieczne, co zostanie sukcesywnie powiększane do rozmiarów finalnych i odlane do efektu końcowego z żeliwa.
    Natomiast jeżeli chodzi o samo dzieło jako formę artystyczną. Jest to głównie zmaganie się z ciężarem, a w efekcie monumentalnym słupem /granicznym?/. Słupem który w początkowej fazie stacji, drogi krzyżowej, działa jako krzyż, oczywiście jest tu wielka przenośnia w pojęciu metafory, którą można interpretować dalej, a czym bliżej innych stacji, ciężar bólu a w efekcie krzyż życia jest na tyle pojemny, że niesiony jakby w sobie!. I żeby przybliżyć całą sugestię może uda mi się omówić poszczególne stacje „Męki Pańskiej”, którą tu widzimy jako męczeństwo człowieczeństwa w pewnej metamorfozie. Zamysł ten zawiera duży ładunek zmysłowości i żeby go przenieść w odpowiednią interpretację trzeba nie lada wysiłku duchowego, opartego na sakralnym pojęciu. Stacja I- „Pan Jezus na śmierć skazany otóż położony tu słup nieforemny /nieobrobiony, nie dający się skruszyć warunkom natury, warunkom pogodowym, czyli atmosferycznym/, leży w części zanurzony jednym końcem w ziemi, przytłoczony częściowo żwirem, drobinami kamyków. Wydaje się on być sam w sobie krzyżem jakby poszukującym dodatkowego wsparcia, ramienia-Przytłoczony ciężarem otoczenia, ale i sobą….
    Słup ciężki, być może stwardniałe drewno, jako znak czasu, być może oznaczający dobrze swe miejsce- milenijny słup- zostaje dźwignięty jedynie przez czas i umieszczony w nas jako ból na pamięci, zostaje przemieszczany nami, co rusz w inne miejsce, być może z ciała w ciało, z wnęki do jamy, z dołu do góry przemieszczający się w naszej wyobraźni, ale skazany na byt z nami!. Pan Jezus bierze na swe ramiona pewne znamię i dźwiga go za nas, ukazując wzmaganie się z materią. A przecież wiadomo nam jest, że narzędzie krzyża to narzędzie zbrodni a jednocześnie w znaczeniu historycznym to narzędzie do uśmiercania, które stosowali staro rzymianie, czyli okupanci całego Bliskiego Wschodu w tamtym czasie i to oni na swój sposób użyli go do tej zbrodni, za wiedzą estagiszmentu żydowskiego, który protegował Chrystusa na śmierć! Zmaganie się z czasem narzuconym czasowo, aż do skutku, aż do efektu śmierci, żeby mógł ten znak pozostać na stałe w naszych sercach /a co za tym idzie w efekcie umieszczony na naszych oczach na ołtarzach /w naszych sercach, jako ołtarzach samych w sobie!. „SZYMON z Cyreny pomaga nieść krzyż Panu Jezusowi”: Widzimy tu pochylony potężny słup, jako krzyż oparty pochyło o postać, która ugina się pod jego ciężarem, pod jego naporem, jakby dwie siły współdziałające z sobą lub wzmagające się z sobą, podtrzymujące się nawzajem utulone w bólu!?. //inna stacja „Święta Weronika ociera twarz Panu Jezusowi”: Stoi w polu postać kobiety z chustą na dłoniach rozłożoną, jakby już z wizerunkiem twarzy odbitym jakby pokazywała odbitą twarz zbawiciela wykonaną nie ludzką ręką. Omówienia wymaga stacja, która pojawia się jeszcze przed otarciem twarzy Chrystusa, kiedy to upadł on pierwszy raz!
    „Chrystus upada po raz pierwszy” -Widzimy tu upadający i jakby zatrzymany szeroki słup, w którym odciśnięta jest postać jako negatyw, czyli postać, która wcisnęła się w słup całym sobą- to się powtórzy w późniejszych stacjach tej drogi. Postać odciśnięta na stałe, wciśnięta jakby w worek czasu, który to czas jest jej krzyżem, bólem i ciężarem-jest to jakby ”napiętnowanie bólem”. Jest to znak Jezusa odciśnięty po otarciu chusty- ten znak na białej chuście Weroniki!?. Ból musi odciskać swe piętno do reszty. Ból jest niemiłosierny, przytłoczony sobą!. Słup jako krzyż pochylony w nas samych, który bierzemy na siebie, czasem i niejednokrotnie świadomie!. Pomóż mi Panie!- słychać z odciśniętej wnęki postaci w potężnym słupie pochylonym pod własnym ciężarem ku ziemi-Pomóż mi! Wołam z głębi czasu milowego. „Pan Jezus upada po raz trzeci”- można by powtórzyć tę samą parafrazę myśli, a na rzeźbie widzimy obraz, kiedy to słup leży na ziemi, wtapia się w nią jedną częścią, pogrąża się w żwirze, w piasku uformowanym jakby to było okrycie, pas drobin ziemi okrywający krzyż, jakby płaszcz okrywający na kształt drogi biegnącej przez ten krzyż? Jakież wymowne są tu sugestie bólu i jego wartości, opartej o ziemię, o głębię, o ogrom …
    Kiedy spoglądamy w efekcie ona stację „Pan Jezus umiera na krzyżu”- Widać trzy elementy obok siebie- Jednym, tym środkowym, jest tu wyraźny krzyż- powiadam-jest tu już wyraźny krzyż- a obok dwa słupy!. Całość zwieńcza się ku niebu, jakby unieść chciało się do góry, pozostawiając po sobie wyraźne koleiny lub drogę, jakby trzy szybujące wstęgi elipsowato uchodzące do kosmosu. Cała moc pochwycona ku przestrzeni …
    Jakby za chwilę miała lewitować, ale kto wie czy pozostałe dwa słupy obok krzyża , uniosą się wystarczająco równo i daleko, kiedy brak na nich uwyraźnienia krzyża, czyli wyrazu równego temu centralnemu krzyżowi!
    Kto wie, czy droga pozostałych krzyży słupów, tego z prawej i z lewej dokąd będzie się ciągnąć i czy jeszcze nie będzie potrzeba uszlachetnienia tego bólu, żeby owe krzyże uwydatniły się bardziej?- To tylko doznanie, które pozostaje do dalszej naszej interpretacji, zresztą tak jak każda ze stacji-a niektóre tylko omówiłem, żeby nadać wibracji naszej intuicji i wyobraźni.
    Otóż omówiłem /tylko niektóre/ stacje „Drogi Krzyżowej” ukazując swoje przeżycia, które niewątpliwie pokrywać się będą z wyobraźnią odbiorcy? Droga Krzyżowa tak przedstawiona przez artystów, ukazuje jak zwieńcza się życie na ziemi, jak uwydatnia się ból, cierpienie, za pomocą najprostszych środków wyrazu jakich tu użyto. Za pomocą słupa, postaci wzmagającej się z własnym ciężarem, z sobą lub wzmagającej się ze słupem postaci bez względu na to czyja jest to postać, czy Matki Bożej-czy Chrystusa, czy Cyrenejczyka lub Weroniki- bez względu na to-taka postać wzmaga się z materią- która jest umiejscowiona w nas samych-z duchową materią!.
    Wychodzi z siebie jako słup a dopiero ku końcu wytrwałości, przed górą, uchodzi jako krzyż, uchodzi jakby z siebie- na znak góry ku niebu, żeby taką pozostać na „ołtarzach myśli” naszych sumujących się w wiarę …na zawsze, na wieki, na amen.

    PODSUMOWANIE I UWAGI KRYTYCZNE

    Wydaje się, że konkluzja jest taka: -przyjęto ten projekt jako najoryginalniejszą myśl do realizacji, gdyż pozostaje zawsze świeża i pojemna duchowo na miarę naszego wieku. W interpretacji „Drogi Krzyżowej” Grupy „LEW” jest wolność myślenia i wyboru, kiedy to musimy sami przeżyć i dopowiadać sobie duchowe pojęcie bólu. Pamiętali o tym artyści i Jury Konkursu na Golgotę!. Nigdy nie można wątpić w intuicję odbiorcy-o tym też pamiętano!. Tym bardziej jest to wymowne, gdyż wyrażane tu wcześniej zapotrzebowanie na ten rodzaj monumentu Kalwarii Bydgoskiej, było i wzmagało się, a stało to się w latach przełomowych na nowe Millennium!- To jest bardzo ważnym elementem!. Dzieło to musi pozostać ponadczasowym znakiem na przyszłość. Sam kontekst „Golgoty”, gdzie pojawiają się także elementy odnoszące się do współczesnej rzeczywistości, zwieńczając momenty historyczne, uwarunkowane i odkupione bólem epoki. Zamknięto w tym zdarzenie, sytuację, a nawet kondycję duchową, którą można przezwyciężać siebie na podstawie wiary, która może być siłą w życiu człowieka XX wieku. Zmiany cywilizacyjne, techniczne, które napierają na istotę życia niweczą duchowość człowieka, a w tym najbardziej pamięć!. Uwidocznione w tym projekcie są widoczne i jednocześnie wyrażają się jedynie jako muśnięcie tego ogromu… Sama bryła „Drogi Krzyżowej” umieszczona w tym miejscu dobrze sytuuje się , ponieważ jest to miejsce kaźni męczeńskiej Fortu, miejsce „drogi krzyżowej” pomordowanych. Całość jest bardzo pojemna w sensie miejsca i czasu dla naszej współczesnej wyobraźni! Całość stwarza jakby zamknięte koło dla wyobraźni a i w istocie realizacyjnym, czy merytorycznym takim jest!. „Droga Krzyżowa” w sensie Męki Pańskiej, zawiera cały skład stacji zwieńczających się w całość męki. Artyści na pewno wzięli pod uwagę rzecz podstawową, że każdy z nas ma zakodowaną w sobie, figuratywnie, tradycyjną „Drogę Krzyżową” /którą obchodzimy rok rocznie w ceremonii kościelnej/, gdzie elementy poszczególnych faz odbywają się w uwidocznieniu konkretu wizualnego wyraźnie nakreślonych stacji przedstawianych tradycyjnie alegorycznie. Tu jednak artyści wzięli pod uwagę wątek pojedynczej interpretacji i możność wyboru dla poszczególnego odbiorcy, co stwarza taka wizja „GOLGOTY” tego dzieła! Metafizyka cierpienia jest pozostawiona do indywidualnej interpretacji, przez co staje się bardziej bliższa, bo możemy dowolnie ją interpretować na zasadzie naszego życia. Bryła, która staje nam przed oczami pozostaje jakby do naszej dalszej obróbki duchowej!. Ruchem naszego czasu wydaje się że dorośliśmy do tego pojęcia i wbrew pozorom jest ono bezpieczne a nie niebezpieczne!. Nie należy się obawiać interpretacji. Pejzaż czasu i miejsca dostarcza nie narzucanie woli, jest to pewnego rodzaju wolność myślenia konkretnego. Konkretna forma rzeźbiarska, która ujmuje gusty nas wszystkich, bo jest zamknięta w pewnej dynamice duchowej. Element kinetyki przesuwający się po linii czasu męki, która odkształca nasze umysły i uczy pokory do pewnej zakodowanej mistyki, jest nieodzowny, a nawet potrzebny.
    Doznajemy tu powrotu do przeżyć historycznych i biblijnych zarazem, co jest pewnym fenomenem duchowym. Ubogacanie własnej wyobraźni takimi elementami musi budzić respekt. A więc wszystko jest przed nami! Wszystko przed naszymi siłami witalnymi artystów, architektów z realizatorami pomocniczymi …
    Szykujemy sobie „Drogę Krzyżową” na miarę naszych czasów. Sam pomysł artystyczny zaakceptowany przez autorytety życia społecznego regionu, biegnący ku metafizyce czasoprzestrzeni z zaznaczeniem przenośni, że sam Chrystus w tej przeogromnej przestrzeni jest bryłą, która zbawia naszą duszę, jest jak najbardziej oryginalny! Na pewno Andrzej Renes i Iwona Jesiotr-Krupińska, oraz arch. Mariusz Krupiński, pracujący nad tą całą sytuacją artystyczną, nad formą wyszli z bryły nieobrobionej lub patetycznej ku przestrzeni tej co była i tej która nas zajmuje! Przez symbol dojrzewania krzyża, który spaja całość w jedną głębię, która jest domeną społeczeństwa. Zawartość bólu poniesionego w Forcie, jako Kalwarii na Golgocie Polskiej, podobnej do Katynia i tylko taka rzecz mogła pozwolić na to, żeby zjednoczyć siły bólu Chrystusowego z tym co było w tym miejscu, a co cyklicznie jakby nawiedza czasowo ziemski byt człowieka. Artyści dziś wybitni już pozwolili nam na przyjęcie tej „Drogi Krzyżowej” do własnego serca, tak jak umiemy i tak jak nas na to stać. …

    Zbigniew Kresowaty

  • IKONA JAKO OKNO NA ŚWIAT ABSOLUTNY

    Ikona, jako obraz, w istocie przeznaczony dla kultury sakralnej przyjęła się już w połowie V-go wieku. Okazją ku temu było przywiezienie, przypisywanemu św. Łukaszowi, portretu Dziewicy z Dzieciątkiem „Hodegestia”, przywiezienie do Konstantynopola jej oblicza. To on, jako pierwszy i najważniejszy ewangelista, przekazał nam prócz tego obrazu wykonanego własnoręcznie, wszystkie opisy w szczegółach o Maryi matce Chrystusa, jako „świadek naoczny”, (Spas Jaroje Oko). Tym samym bez wątpienia przekazał pierwszą tzw. „słowną” ikonę szkicując wewnętrzny obraz Bogurodzicy. Sztuka ikony, jej technika i zawartość kształtowała się i wzbogacała od czasów katakumb i przez Sobory. To one określały jej ramy i obraz. W efekcie ikona jest rezultatem syntezy kultury helleńskiej, rzymskiej i chrześcijańskiej. Sama sztuka zyskała na wpływie Bizancjum i kraję słowiańskie stały się zależne od Bizancjum. Cofając się wstecz można powiedzieć, że samo chrześcijaństwo będąc religią zakazaną w czasach starorzymskich, żądało od swych wyznawców ciężkich wyrzeczeń. Z tego też powodu tematyka obrazów i ikon dotyka wpierw męczenników, a jednocześnie koronuje ich na patronów. Początkowo ta sztuka miała charakter dydaktyczny, a zwycięstwo Konstantyna nad Maksencjuszem w 312 roku przypisane chrześcijańskiemu Bogu, pozwoliło stać się całemu chrześcijaństwu religią tolerowaną i mogło pojawić się oficjalnie na tzw. światowej arenie jako wyzwolenie. A więc, sztuka jego wyszła z katakumb rozwijała się, wchodziła do monastyrów i kościołów, jednak najbardziej znaczące centrum sztuki sakralnej, w tym ikon, powstało po 843 roku w Kapadocji (Dolina Goreme), było to ognisko życia monastycznego rozwinięte wcześniej, bo od IV wieku, przez św. Bazylego. Na dalszej przestrzeni, od XIV wieku powstawało wiele szkół „pisania” ikon w całej Europie, głównie w Rosji. Tam właśnie powstały szkoły tworzenia ikon takie jak: moskiewska, nowogrodzka, czy pskowska i tam ikonopisarstwo rozwijało się najlepiej, wraz z wykwitem wiary i jej wyznawców. Głównie ikony pisano w celu rozpowszechniania ich mistyki na tym samym poziomie co biblia, a jednocześnie jako przekaz teologii i przenoszenia jej obrazu do ludu. Ikony roznoszono, robili to mnisi, którzy sami „pisali” ikony w monastyrach, przekazując je za żywność czy inne dobra, potrzebne do życia wewnątrz klasztornego. Ikonę się zatem „pisze”, gdyż poprzez kontakt duchowy, przez kontemplację wewnętrzną, określa się wizję świętego bytuje się i bywa w jakimś kontakcie z nim – o czym dokładniej wspomnę w dalszej części.
    Od samego początku, od chwili wybrania deski, wchodzi się w taki kontakt. Osobiście to czynię i wchodzę w takie stany od chwili dotyku deski – uważam, że staje się ona wyjątkiem w całej koronie drzewa usadowionego na pniu, pnącego się do nieba – uważam, że ten kawałek deski jest wybranym przez moje oko do dalszego okrycia otuliną wizerunku świętego, który ma pozostać na nim do końca. Zatem jest modlitwa, którą odmawia się od wieków przystępując do tego stanu. A brzmi ona prawie jak wiersz:

    Ty,
    Boski Mistrzu
    Wszystkiego
    co istnieje,
    oświeć
    i kieruj
    duszą
    i ciałem
    Twoich sług:
    Prowadź
    ich ręce
    aby mogli
    godnie
    i doskonale
    przedstawić
    Twój obraz
    obraz świętej Twojej Matki
    i wszystkich Twoich świętych
    ku chwale,
    radości
    i upiększeniu
    świętego Twego Kościoła.
    Amen.

    Wykrojoną deskę z pnia, jakby ze spiżarni w której pełno słoi, obmacuje się, napełnia swoją energią. Nakłada się, w duchu wiary, szpachel przygotowany w/g przepisu, później ściera się powierzchnię do gładzi, żeby nakreślić obraz męczennika, czy patrona… I chociaż dziś wzorujemy się na wizerunkach, są one dostępne w miejscach kultu i w literaturze, zawsze to oblicze (podmiotu) stawać się może na podobieństwo tego pierwszego, tym samym jakby oczyszcza się i udoskonala w czasie. Nakładanie farby, tempery, musi następować w/g pewnych reguł, które regulują kolor szat, czy pozę, oraz układ błogosławiącej dłoni u pozostałych świętych. Trzeba zachować język, oraz opisy, które znajdą się na desce, a które ustanawiają i jakby zatwierdzają ikonę. Gdy całość wyschnie, powleka się ikonę woskiem lub werniksem. Dziś techniki tworzenia „okienek na świat Boga” trochę uległy zmianie, gdyż zmieniły się materiały na bardziej trwalsze (?) Zapewne, ikony wykonane dziś, przetrwają dłużej, choć tu trzeba postawia znak zapytania. Kiedyś ikony były trzymane w zawilgotniałych izbach, komorach, ustawione w kątach – jak zresztą mówi tradycja i ulegały wszelakim uszkodzeniom z tego powodu. Mówiąc dalej o znaczeniu ikony. trzeba powiedzieć, że znaczącym zjawiskiem jest fakt, że młodzi ludzie pragną lepiej poznać ikonę, a nawet ją mieć. Czy jest to jednak głos serca? – Ale pewnym jest, że tworzący, czy odtwarzający, „piszący” ikonę, musi taki kontakt czuć w całej pozytywnej energii. Zatem do zrobienia ikony trzeba się przygotować, tak jak do tworzenia każdej dobrej, czy znaczącej sztuki (np. wiersza, czy obrazu, lub rzeźby). Sam wiem to najlepiej, że gdy nie uda mi się wejść w stan metafizycznej wewnętrznej kontemplacji i oddaniu się w całości ku mojemu obiektowi, jako medium, to nic z tego nie wyjdzie, lub wyjdzie bubel zwany tandetą – czy kiczem – to jest znane! Ja wtajemniczyłem się w tę twórczość na przestrzeni długiego czasu – studiowałem dużo fachowej literatury, w tym i obcojęzycznej, także obyczajowość i kulturowość miejsc powstawania ikon. Robię ikony, „piszę” je, teraz od dłuższego czasu – dalej, jakby studiując technikę i znaki… Żeby swobodnie poruszać się w tej mistyce i częściowo móc zmieniać niektóre rzeczy, dostosowując je do wymogu czasu, trzeba także poznać siebie samego – czy jest się wartym, czy jest się gotowym – To ważne! Stosowanie pewnej dyscypliny duchowej po techniczną, czyli zachowanie: znaków, kolorów, czy jak wspomniałem upozowania obiektu, prowadzi do zamierzonego efektu – nic więcej! Ikona musi być wykonana w klimacie bezczasowości. Znaczy to , że nie można przedstawić osoby świętego w określonych cieniach, co wskaże porę dnia, lub roku. Ikona musi tym samym pozostać ponad czasem, jakby zawieszona w przestrzeni wiecznej. Ikona w barwach i liniach musi pozostać kontemplacją – trzeba stworzyć jej atmosferę, oblicze, sens, mistykę – jakby wyłaniała się z mroków jako światło prawdy, czyli coś względnego dla sfery naszego wnętrza, odebrana tym samym przez bicie serca… Ludzie tęsknią za prawdziwym kontaktem z siłą nadprzyrodzoną – zatem jakikolwiek obraz wydobywany pod wpływem takich przeobrażeń, jak wyżej wspomniałem, nadaje światło pochodzące jakby z innego świata, i stawia pytanie dla tajemnicy, i pragnie dalszego objawiania. Oznacza to, że mówiąc o Bogu mówimy więcej o człowieczeństwie… Oczywiście ikona wymaga konfrontacji ze sztuką Zachodu i nie tylko. Ikona wymaga dalszych analiz kolorów i sposobu łączenia słowa i obrazu w jedność. Ogólnie, żeby to uczynić, trzeba „napisać” ikony w zstąpieniu w milczenie i samotność swego serca, a tym samym bytu swego, po to, żeby usłyszeć wibrowanie duszy tego przemienionego świata innego niż kiedyś … Ikona jest przy całej tej rozciągłości i zależności, ciągiem humanistycznie wizualnym autentyzmem, gdy będziemy przestrzegać w jej wydobywaniu i tworzeniu, całej mocy otwarcia i przyjazności człowiekowi, a tym samym Bogu. Czyż każda ikona nie mówi o Bogu, który stał się człowiekiem, aby człowiek mógł stać się bogiem? – To jest pytanie bardzo retoryczne i ogólne, ale zaiste prawdziwe! Ikona jest i pozostanie ściśle związana z ewolucją myśli, w tym i tej chrześcijańskiej myśli idącej w sanktuarium. Wciąż przechodzi przez przeobrażenia, tym samym Bóg staje się nam bliższy. Nasz stosunek do siły nadprzyrodzonej zmienia się i zakłada lepszą znajomość człowieczeństwa… Ikona pozwala przejść od tego co widzialne do tego co jest niewidzialne, a mieści się w nas. Piękna ikony nie można nazwać wprost estetycznym – to piękno jest wewnętrzne i ma swoje źródło w tym i w tzw. Archetypie (Modelu). Jest oczywistym, że piękno takie odnosi się także do estetyki, ale nie nadrzędnie, gdyż odkrycie samej istoty ikony otwiera światło metafizyki wewnętrznej w tym, kto kontempluje ikonę, wpierw jako piękno. Ikona pozwala człowiekowi na przyjmowanie światłości własnego wnętrza, budzi je i przemienia w medytację, wyprowadzając ją na zewnątrz, czyli w metafizykę zewnętrzną. Zawsze mówię i oznajmiam moim odbiorcom ikon, którzy je nabywają ode mnie, żeby obcowali namacalnie z ikoną – to znaczy, żeby ją dotykali, przytulali, żeby zapalali przed nią świecę lub znicz. Tym bardziej wejdą śmiało w jej świat. Zawsze przekazuję zainteresowanej osobie ikonę już poświęconą, już nie wspominając, że sam ją tym rytuałem, uświęciłem. Moje ikony posiadają dużą energię pozytywną ,jakby duchowo je udoskonalam, przenikam i wmontowuję w nie, np. kamienie oprawione w srebro, kamienie przywiezione z „Ziemi Świętej”- to tak jakby na krzyżu ujrzeć atrybuty, czy narzędzia mordu Chrystusa, np. obcęgi, czy gwoździe – są to znaki namacalne. Z moją ikoną należy obcować, pocierać kamienie palcami, żeby odebrać energię serca. Jakże miło mi, gdy otrzymuję sygnały od osób, że ktoś uległ dobrej aurze, że czuje się dobrze, czy jego choroba złagodziła się lub zanikła, że doznaje niejednokrotnie olśnienia, że poczuł się lepiej, lub poprawił swój stan duchowy… To buduje i potwierdza moje przekonanie płynące prosto z serca. Ikon napisałem dość dużo – odebrałem je sobie i rozdzieliłem duszę – mam się za ikonografa czy ikonopiśćca, trochę znawcy – wierzę w czar ikon i polecam każdemu obcowanie z „oknami na świat wieczności”. Wierzę w mistyczną moc ikon. „Jeżeli piękno ma zbawiać świat” – jak stwierdził Fiodor Dostojewski, to wystarczy zwiedzić Kretę i inne regiony Grecji – ziemi która tyle dała kulturze europejskiej. Są to do dziś miejsca cudowne, żeby zrozumieć wpływ piękna na zmysły, a ostatecznie na duszę, co wiedzie do dobrej kondycji – a to wszystko zwraca się do Boga i jego źródła, źródła nas samych, to trwajmy w tym, róbmy to, podziwiajmy siebie! Wszystko zostało uświęcone krwią i potem, jeżeli umysł zawodził to ofiarą – ale piękno zostało, jako dowód istnienia mistyki boskiej, jakby ołtarz Boga! Zupełnie niedawno podjąłem cykl ikon, pod tytułem „Na przełomie Millenium” od roku 1999-go, chcąc wejść jakby w odnowę tematyki ikon. Natchniony ekofilozoficznie przez autorytety, w tym przez bliski kontakt z profesorem Henrykiem Skolimowskim, przyjacielem wielu autorytetów odnowy naszego morale (w tym przyjacielem Dalajlamy), jakby dowartościowałem się jego publikacjami np. „WIZJE NOWEGO MILLENIUM”, inne „WOKÓŁ RZEŹBY ŚWIATA” czy „MEDYTACJE” -podjąłem trud wykonania szeregu ikon zapomnianych, trudnych – tym samym ciekawych w tematyce i podmiocie. Taka ofiara za „głosem serca”. Poszczególne ikony, oznaczone numerami przeszły w kolekcję, a jednocześnie w nowe Millenium, które, jak głoszą owe autorytety, musi być i będzie odnową życia duchowego, a tym samym moralnego. Sam Ojciec Święty głosi tę ideę i wielu innych. Może dlatego, że nasze ostatnie stulecie było zbyt krwawe, porównywane do wszelkich starożytnych i prymitywnych walk… Wywołani przeze mnie patroni niech prowadzą w „nowe” – zamierzchli świadkowie (Spas Jaroje Oko) Starego i Nowego Testamentu objawieni na nowo… Jak mówił w III wieku filozof neoplatoński Plotyn – „jest siła w wizji, osiąga się ją razem przez wewnętrzne oczy, pozwalające zrozumieć głęboką istotę rzeczy”. Jeżeli zdobędziemy się na to, tym bardziej łatwiej będzie odbudować człowieczeństwo z całą jego sakralnością – co jest naturą i przyrodą człowieka. W czas globalizacji może to naprowadzić na trzon, który i tak uległ rozmontowaniu, bo dobierano się do niego w czasach cesarstwa rzymskiego, i później w średniowieczu, i za czasów „czerwonej zarazy” komunistycznej – Mieliśmy Neronów, Kaliguli, Dantonów, Hitlerów i Stalinów pochodzących od Szatana – to oni mieli naruszyć największe prawdy świata, ale jakoś nie udało im się zniszczyć wizerunku Boskiego, który się wciąż odradza… Umacnia się sztuka sakralna i jest dalej tworzona, choć bardziej na miarę czasów – to jednak w owej mistyce dobroci i uduchowienia nowej myśli. Cała debata, za lub przeciw ikonie, może przywołać wszystkie herezje, ale pozwala zawsze na jasność i to tę teologiczną, mającą niezrównane znaczenie dla chrześcijaństwa. Dlatego też zwycięstwo Kościoła w 843 roku nad długim i głębokim kryzysem ikonoklastycznym (nad niszczeniem ikon) jest nazwane Tryumfem Ortodoksji. Do usprawiedliwienia obecności obrazów sakralnych w tym i ikon, oraz metafizycznego rozumienia ich, zmusiła chrześcijan Bizancjum (i w ogóle chrześcijan), ciągle rosnąca groźba islamu, nieprzejednanego wroga obrazów Boga. W okresie, gdy wspominamy tysiąc dwusetną dziesiątą rocznicę VII Soboru Powszechnego (Nicea II), który ogłosił prawomocność ikon i ich kultu, wypada przypomnieć , że dyskusje z nim związane dotknęły sztuki w jej całości, co jest znamienne. Sztuka, cała w tym swoim znaczeniu tego słowa, sztuka jest sacrum, gdyż bardzo blisko funkcjonuje w obrębie naszej duchowości, która powiększa wciąż swój stan o naukę i staje się bardziej jasna, a tym samym bardzo tajemnicza (?). Dążmy zatem do bytowania z nią…

    z nią..,

    Zbigniew Kresowaty