Kategoria: wspomnienia

  • KIEDY ODCHODZI „COGITO”

    moje wspomnienie o Zbigniewie Zapasiewiczu

    Bez wątpienia wszystkich zaskoczyła ta wiadomość: w godzinach przedwieczornych w dniu 14 lipca 2009 roku (urodzony 13 września 1934 roku), odszedł od nas aktor Zbigniew Zapasiewicz…profesorski autorytet i Osobowość… Ta wiadomość powaliła środowiska nie tylko teatralno – filmowe, ale tych którzy interesują się sztuką nie tylko teatralną. Bo kiedy odchodzi taki aktor zamyka się pewna epoka, chociaż jeszcze kilku z tej ferajny trwa na scenie. Ale takiego aktora już nie będzie, a tych co pozostali, z tej tzw. klasycznej szkoły, doprawdy mało. Wraz z takimi aktorami – artystami wykrusza się cale zaplecze klasyki gry aktorskiej… Zbigniew Zapasiewicz studiował na Wydziale Chemii na Politechnice Warszawskiej w latach 1951 – 1952, żeby później zacząć studia na PWSST w Warszawie w 1958 roku, aktor i pedagog do końca był aktywny i sprawny wewnętrznie i zewnętrznie tworząc na deskach swój teatr, zawsze przygotowany do wygłoszenia jakiejkolwiek kwestii, czego był nauczył się  już w Szkole średniej. Później jako ambitny aktor zgrał wspaniale powierzone mu role równie ambitne jak on sam był, żeby wykładać później po latach w Wyższej Szkole Aktorskiej, i grał, grał, do końca na deskach teatrów całym sobą… Był to aktor, który brał trudne role „pracowite”  i treściwe do przyswojenia – grał Becketta i nigdy nie szedł na „łatwiznę”, nie poddawał się taniemu poklaskowi i wszelkim mało ambitnym chałturom oraz ambitnie unikał gry w „bananowych” serialach, czy reklamach. O tym nie było mowy! – Natomiast przytaczać Jego ról tutaj doprawdy nie trzeba, było tego sporo, żebyśmy Go dobrze i jeszcze lepiej poznali. To zbędne! – Trzeba tutaj przytoczyć pewną dygresję, jaka wypowiedział w stosunku do osoby Zapasiewicza inny senior i przyjaciel Andrzej Łapicki, a był wyraził takie oto zdanie: „ kiedy zachodzi ze sceny taki aktor jak Zbyszek pisze się i mówi po prostu: Aktor, bo gdyby się to przydarzyło jakiemuś innemu aktorowi, pisałoby się odszedł od nas: wybitny aktor lub wielki aktor, coś w tym rodzaju… Zbyszkowi to nie jest potrzebne, mówić trzeba wprost: odszedł prawdziwy aktor… który non – stop zajmował się teatrem, doprowadzając swój zawód do perfekcji…”
           – Przytaczam to spostrzeżenie Jego kolegi, i mówię o tym dlatego, że takiemu artyście jak Zapasiewicz  rzeczywiście nie potrzebne są różne: przydomki, przydawki, zaimki, a nawet przyimki. To po prostu był KTOŚ – Artysta z autorytetem. To był aktor z charyzmą bardzo dobrze i oryginalnie z szacunkiem dla swego odbiorcy, głoszący swoje przygotowane teksty z pasją, który w intuicje odbiorcy nigdy nie wątpił. To Aktor „nie kawiarniany” – normalny, chodzący po Starym Mieście ze swoim pupilem pieskiem, mijający ludzi zwyczajnych, kłaniający się, gdy pies jego podszedł do innego psa przechodnia. Jednocześnie osoba, która nie miała jakichś wielu przyjaciół, miał świadomość, że jego pokoleniu już wypadł ząb mądrości, skoro dopuszcza się do gry w filmach amatorów lub ludzi nie przygotowanych, ale tez mówił, że być może tak ma być (?) Była to osoba zamknięta swoją ambicją, czasem z barierami niedostępności do swej prywatności, a jednak z dużym poczuciem humoru, co zresztą było widać na ekranie niejednego filmu. Tępił populizm i nie był przychylne temu co się dziś wyprawia w teatrach i na zapleczu filmów. Nie tępił młodych aktorów, lecz potępiał ich zarozumiałość i bezpardonowość oraz to co zaczęli grywać i  pokazywać, za przyzwoleniem młodych reżyserów, kiedyś na przykładzie Pazury dał do zrozumienia, że on też tak potrafi: „Ja też mam pazura!”. Nie umiał się znaleźć i nie chciał uczestniczyć w tzw. nowej „kulturze masowej”.  Był to człowiek, który nie lubił gadulstwa i różnych takich brewerii głupawych jakichś „pogaduch”… To była osoba, która nie umiałaby w towarzystwie po prostu próżnować, kupczyć, knuć, plotkować, itp…i tracić bezsensownie cenny czas. Zagrał wiele głównych ról w filmach, w tym drugoplanowych. Głównie koncentrowało Go życie na scenie do samego końca był temu oddany. Potrafił dobrze z jakiegokolwiek monologu zrobić prawdziwy teatr, z podtekstami poetyckimi. Ja chcę wspomnieć moje dwa epizody, które mi się w życiu trafiły z panem Zapasiewiczem. A mianowicie byłem, jak zresztą co roku, zaproszony na WRO – FTIA, które cyklicznie odbywały się pod nazwą Wrocławskie Festiwale Jednego Aktora. Otóż, o ile pamiętam w roku 1996, poprosiła mnie Wanda Ziembicka dziennikarka i opiekun medialny oraz rzecznik tej cyklicznej imprezy w imieniu prezesa Towarzystwa Przyjaciół Teatru z Wrocławia o wręczenie jakiejś swej pracy plastycznej aktorowi, który przedstawi na scenie swój „jednoosobowy” popis jako teatr. Oczywiście nie odmówiłem! – nawet nie było na myśli, żeby odmawiać. A trafiło na Zbigniewa Zapasiewicza, który wystąpił ze swoją żoną Sawicką w tzw. „Czarnym Salonie”
    w Ratuszu wrocławskim, o ile pamiętam z poezją Herberta, ale nie był to „Pan Cogito” .
    Po zakończeniu przy pełnej sali, po burzy braw, wszedłem na scenę oznajmiając w imieniu Towarzystwa, że mamy tutaj we Wrocławiu taką tradycję, żeby o nas nie zapominać… dodając prywatnie jeszcze kilka słów, które zabrzmiały mniej- więcej tak : „Szanowni Państwo – Wielki Aktorze! na tej „małej scenie” i Wy akompaniujący Mili Bohaterowie dzisiejszego wieczoru, najserdeczniej dziękujemy! – za tak znakomity pokaz kunsztu aktorskiego, za pyszną ucztę duchową,( kierując swój wzrok do głównego bohatera tego artystycznego spotkania)… jako skromny widz, ale artysta innej profesji, pragnę wręczyć na znak pamięci, tę moją grafikę, która wielokrotnie była drukowana w Ogólnopolskich Czasopismach Literacko – Artystycznych, niech ciągle przypomina i zaprasza Państwa do naszego Miasta, gdzie zresztą już wiele razy Państwo gościli, nie tylko na tym cyklicznym Festiwalu Jednego Aktora…” – I wręczyłem panu Zbigniewowi tę swoją grafikę (wielkości A-3), oprawioną w passportou w ramie pod szkłem, z dedykacją Towarzystwa Przyjaciół Teatru oraz własną. Taki był zwyczaj! – i pozostał do dziś, traktowanie artystów na cyklicznych Festiwalach WRO – FTJA we Wrocławiu. Zbigniew Zapasiewicz ścisnął moją dłoń silnie i pani Sawicka żona aktora cmoknęła w policzek, kiedy podałem dłoń i ucałowałem jej drobna rączkę, pan Zbigniew grafikę przycisnął do piersi, a po chwili przy owacjach odwrócił ją przodem ku publiczności  i posypały się znów rzęsiste owacje na stojąco. Ja przyznam się, że na tę chwilę znalazłem się w pewnego rodzaju glorii – byłem bardzo dumny, że mogłem właśnie takiemu aktorowi, który wtedy był i wciąż jest moim idolem teatralnym i autorytetem, wręczyć osobiście namiastkę swej sztuki.  I jak pamiętam dało mi to poczucie jakiegoś niepisanego obowiązku a jednocześnie takiego spełnienia, bo przecież ten znak obdarowania publicznego był wprost gestem spontanicznym, od samego początku od chwili inicjacji przez Wandę z TV. kiedy mi zaproponowano, żebym cos przygotował byłem mile rozczarowany – A to się bez wątpienia pamięta! – zwłaszcza, że spotkanie to było, jakby na Forum, filmowane przez TV regionalną, która na antenie ogólnopolskiej przekazywała relacje z trwania „Festiwalu Jednego Aktora”. A poza tym zaświtała mi wówczas taka dość banalna, i przyznam się wręcz, bałwochwalcza świadomość, że oto moja grafika zawiśnie u państwa Zapasiewiczów, gdzieś w jakimś kąciku domowym  artystycznym, na ścianie i będzie przypominać im o pobycie na wielu Festiwalach tego typu we Wrocławiu. Przyznam, że jeszcze dziś wracam do tamtego czasu, zwłaszcza kiedy dociera taka wiadomość do środowisk twórczych. I jeszcze jeden epizod styczności z panem Zbigniewem związany z czasem przeszłym: Kiedyś natknąłem się na Jego postać na Najeździe Poetów na Zamek w Brzegu, gdzie przyjechał w roku 1999 ze swoją żoną i panią  fortepianistką – akompaniatorką, żeby jako Gość specjalny wygłosić monodram słowno – muzyczny pt. „Odejście Pana Cogito” – Zbigniewa Herberta w Sali Tronowej Zamku, zwanego „Małym Wawelem”. Natknąłem się na aktorów w Brzegu na Rynku przed ratuszem u wejścia do BWA, stali rozmawiając i podziwiając Ratusz. Miałem wówczas z sobą ostatni numer czasopisma Miesięcznika PAL (Przegląd Artystyczno Literacki) wydawany przy Uniwersytecie w Toruniu, z którym na stałe współpracowałem (byłem w stopce). A pretekst podejścia do aktorów powstał momentalnie: otóż w tym numerze PAL-u  pomieszczono krytykę niezależna, nieznanej mi wtedy osoby, o filmie Krzysztofa Zanussiego pt. „ Życie to choroba zakaźna przenoszona…” – Oczywiście w tekście tym pomieszczono fotografię Zbigniewa Zapasiewicza jako kadr z filmu, gdzie był ubrany w biały fartuch, gdzie grał jedną z głównych ról, a mianowicie doktora medycyny. Poszedłem witając się do trójki artystów – Oczywiście zdziwieni uśmiechnęli się, a pan Zbigniew rozpoznał mnie z czasu trwania festiwalu WRO – FTJA we Wrocławiu, wyczułem to, i tym bardziej jakby skłonił głowę: „Panie Zbigniewie, mam dla Pana taką prozaiczną niespodziankę – bo niespodzianki zawsze czyhają na nas, otóż mam z sobą czasopismo artystyczne wydawane przy Uniwersytecie w Toruniu, w którym pomieszczono omówienie filmu prof. Krzysztofa Zanussiego, gdzie przytoczono pańską sylwetkę i nawet jest foto pańskie, chciałem ten numer panu wręczyć, gdyż na pewno pan tego nie ma, a materiału krytycznego jest tutaj sporo. Zapasiewicz przyjął ów fakt do wiadomości i na otwartej przeze mnie stronie odczytał jakieś zdania o filmie Zanussiego. „ Wie pan, rzeczywiście niespodzianki za nami chodzą – ja do takich recenzji, czy też omówień, mam stosunek ambiwalentny, ponieważ ostatnio jakieś młode panie coś wypisują, skrobią i nic z tego nie wynika, gdyż czasem po prostu nie mają one wiedzy, a czasem nie oglądają filmów ani sztuk teatralnych, ale piszą coś, a najczęściej jakieś bzdury bez pokrycia, wypowiadając jakieś swoje prywatne kwestie…A propos skąd ta pani wie, a pisze tutaj, więcej o mnie a jeżeli ja sam – niech pan powie sam. No i niech pan jej to powtórzy… – A pana grafika hmmm wisi u nas na honorowym miejscu” – Aktor podał mi dłoń, dając do zrozumienia, że już czas udać się do Zamku na spektakl. Udałem się na zamek, gdzie poprzedniego dnia trwało tradycyjne czytanie wierszy przez zaproszonych poetów  – A ów numer czasopisma PAL wziąłem z domu tylko po to, żeby przeczytać swój wiersz, jeden z kilku, napisany na odejście poety Zbigniewa Herberta dużo wcześniej – będąc na Plenerze na Podlasiu, gdy podano tę wiadomość. Tak sobie myślę ile tutaj zbieżności Herbert – Zapasiewicz: miejsca, czas, przestrzeń artystyczna, ambicja i profesjonalizm oraz szczerość… taki zbieg okoliczności nastąpił także właśnie podczas kolejnego Najazdu Poetów w te piękna kolorową i słoneczną jesień, (czyli dzień wcześniej) nadanie Imienia Poety dla Gimnazjum w Brzegu, gdzie gościła żona Herberta oraz najbliższa rodzina…  Dlatego w kontynuacji tego niezwykłego święta o godzinie 19.oo wystąpili aktorzy z monodramem, przy akompaniamencie muzyki. Zbigniew Zapasiewicz z właściwym sobie impetem i kunsztem, głosem, brzmiącym bardzo pewnie, utwierdzonym w tym co interpretuje, bez zająknięcia, z odpowiednia gestykulacja poetycką, wygłosił całe „Odejście Pana Cogitio” czyli tom wierszy Herberta, którego jak wiemy ukochał był już dawno. Bo przypomina mi się teraz, jak byłem w Warszawie po czasie odejścia poety, i przechodziłem obok Pałacu Kultury, mijając osadzony tutaj „Teatr Studio”, gdzie właśnie Zbigniew Zapasiewicz przedstawiał Pana Cogito: duży baner na frontonie, i wokół afisze, z godzinami otwarcia Teatru i gry tego spektaklu, a obok nazwisko: Zbigniew Zapasiewicz.  Aktor sam tutaj grał spektakl, robił swego rodzaju teatr ze swej interpretacji… chciałem pójść, poczułem to wezwanie – ale niestety, byłem na krótko, a bilety zostały już wyprzedane na kilka dni wcześniej.  Tak sobie myślę dziś, kiedy już odszedł właśnie aktor, a to słowo pisać trzeba z dużej litery, Aktor – o którego w jakiś bardzo prozaiczny sposób otarłem się, bo nawet chciałem bardzo Go mieć w swej książce z „rozmowami artystycznymi” (i pewnie bym miał, gdybym bardzie o to zabiegał), że często wiążą nas jakieś sploty zdarzeń, jakieś jedno chwilowe spojrzenie – że ów błysk oka wystarczy za cudowną chwilę życia i obcowania z osobą i jej sztuką, i to zostaje to zapamiętane na zawsze, i gdzieś odzywa się w nas na powrót. I chociaż to nic nadzwyczajnego to jednak PAMIĘĆ sankcjonuje naszą ludzką moc ciągle uparcie poznawczą intuicyjnie…Myślę, że Zapasiewicz to- dużego formatu, tak jak Pan Cogito, wędrowiec dotykający mocno słowa w przestrzeni, mijając godnie siebie, powinien mieć – a właściwie, trzeba by mu napisać oraz wygłosić także „elegię na odejście”. Póki co zdejmuje z półki książkę i otwieram tom poezji Zbigniew Herberta pt. „Elegia na odejście”, bo zawitała mi myśl aby przytoczyć tutaj bardzo znamienny, końcowy, fragment wiersza
    pt. ”Pana Cogito przygody z muzyką” ( str.36) – gdyż pojmuję muzykę w tym wierszu, i jej ukochanie, właśnie jako grę artysty, bo sam uczył się muzyki na fortepianie a został aktorem, z upodobaniem poezji na co dzień… Był takim aktorem, który jak nawet nie mówił i nie recytował poezji to ją tworzył na scenie, tworzył odpowiednią atmosferę i aurę. A paradoksalnie kiedyś powiedział, że „tak na prawdę jestem aktorem komediowym”.
    Zatem usłyszmy ten wiersz i wsłuchajmy się, niech zabrzmi jakby On sam te kwestię nam interpretował:

    (…)
    Pan Cogito
    bronił się zawsze
    przed dymami czas

    cenił konkretne przedmioty
    cicho stojące w przestrzeni
    uwielbiał rzeczy trwałe
    prawie nieśmiertelne
    marzenia o mowie cherubów
    zostawiał w ogrojcu marzeń
    wybrał
    to co podlega
    ziemskim miarom i sądom
    by gdy nadejdzie godzina
    mógł przystać bez szemrania
    na próbę kłamstwa i prawdy
    na próbę ognia i wody

    Otóż skoro już jesteśmy przy poezji, każde odejście metaforycznie może być nazwane próbą ognia i wody, a to co było tworzeniem nazwijmy muzyką. Pozostaje tylko NAPIS, zatem przywołam jeszcze jeden wiersz Zbigniewa Herberta, ukochanego poety artysty, z tomu pt. „Napis” (str.) fragment początkowy wiersza pt.„Prolog”:

    On

    Komu ja gram? Zamkniętym oknom
    klamkom błyszczącym arogancko
    fagotom deszczu – smutnym rynnom
    szczurom co pośród śmieci tańczą

    Ostatni werbel biły bomby
    był prosty pogrzeb na podwórzu
    dwie deski w krzyż i hełm dziurawy
    w niebie pożarów wielka róża

    Zatem niech się pali w nas, w naszej krwi ta róża, niech się toczy dalej gra dla zamkniętych okien, klamek, ulicznych fagotów i szczurów. Śpij Panie Zbigniewie w pokoju i w naszej Pamięci jak ostatni werbel. Część Twej duszy!

    ZBIGNIEW KRESOWATY

  • NIKIFOROWE PLUCIE

    Czyli: WSPOMNIENIE O NIKIFORZE (po powrocie z Lwowa)

    Podczas autorskiej wizyty we Lwowie znów zebrało mnie na wspomnienie, gdyż zwiedzając starówkę, i ej boczne urocze uliczki, natknąłem się na pomnik Nikifora dość dużej okazałości!
    – Od razu mnie wzięło – zastanowiło dlaczego we Lwowie znajduje się pomnik Epifaniusza Drowniaka Nikifora Krynickiego? – Stanęliśmy oboje z Grażką wryci przed Jego wielkim dwumetrowym obliczem patrząc na siebie z uśmiechem na ustach. To jest niemożliwe, żeby pochodził z Lwowa lub miał jakiekolwiek związki! – Być może matka Jego mogła pochodzić z tych stron, ale jak wiem też nie! – Ale historia czasem potrafi płatać figla, zwłaszcza ta z ostatniego pięćdziesięciolecia. Jak widać troskliwi Lwowianie Ukraińscy, a nie Łemkowie przecież, postawili mu tak okazałe wspomnienie, i tylko dlatego, że skądinąd wiadomo mi jest, że odkrył go znany i wybitny malarz ukraiński Roman Turyn, który znało Go i zebrał był wówczas bardzo wiele jego prac i opisał Go w swoich wspomnieach.  Achaaa!
     – przypominam sobie trochę szczegółów, np. to, że: matka Epifaniusza nazywała się Jewdokia Drowniak i była najprostszą biedaczką – kobietą najmowaną do wszelkich prac u ludzi z okolicy i miasteczka Krynicy, a kiedy szła do pracy Epifaniusza zostawiała pod mostem. Ojcem Drowniaka był Polak o nieznanym nazwisku, Epifaniusz był ich nieślubnym dzieckiem…A tu stoi Jego pomnik przed Wielką Cerkwią Unicką, gdzie w soboty licznie młode pary biorą śluby. Natomiast po uroczystości zaślubin, już jako poślubieni sobie  małżonkowie, fotografują się pod Nikiforem, przy grze na skrzypcach jakiegoś wynajętego grajka, po prostu na szczęście, składają kwiaty u stóp malarza dotykając Nikiforowego nosa. Takich pięknie ubranych par, bez przesady, naliczyłem tutaj kilkadziesiąt! – także na Placu przed piękną Operą Lwowską. Młodzi wskakują później do swoich potężnych WAN- ów i Jeepów, ozdobionych kolorowymi wieńcami z żywych kwiatów, i odjeżdżają na własne łono weselisk… Długo staliśmy w tym miejscu z Grażką zdumieni tak okazałym i okrytym tradycją pomnikiem – tym bardziej , że nikt a nikt mi o tym nie mówił w środowisku, nawet nasz krajan Jaśko Bil zamieszkujący 20 km. Pod Lwowem – nasz przewodnik – poeta i ostatni z „baciarów” lwowskich, który zna tutaj każdy kamień – „ to miała być niespodzianka” – oznajmił w następny dzień – I była! – Natomiast uroda miasta , które przeszło tak wielkie przeobrażenia, niczym się nie może powstydzić od żadnego z miast europejskich.
           – Ale , ale! – stając przed pomnikiem Nikifora, czego nikt nie wie, nawet Grażka nie wiedziała,  powróciłem do czasu kiedy miałem 12 lat i byłem chyba w czwartej klasie Szkoły Podstawowej był rok 1961 (?), a nasz nauczyciel od prac plastycznych i ręcznych, czyli manualnych, jako wychowawca zorganizował nam wycieczkę do Krynicy Górskiej. Wcześniej coś nam mówił o urokach tego miasteczka i, że jak nam dopisze szczęście zobaczymy bardzo ciekawego artystę malarza malującego na ulicy zwanego Nikifor. Wówczas nic mi przynajmniej nie mówiło to pseudo, ale mocno się zainteresowałem taką  sugestią, jako szkolny „Matejko” jak mnie przezywano, chciałem wiedzieć czy jest lepszy od Ciulęby naszego nauczyciela. Ciulęba mnie dużo nauczył, dobrze malował i znał historię sztuki… ale teraz stojąc, przed pomnikiem Nikifora w śródmieściu Lwowa, przyglądam się
    i przypomniałem sobie więcej : właśnie tę wycieczkę i naszła mnie ogromna refleksja oraz szczere wzruszenie – „wspomnienie” z dzieciństwa i urzeczywistnienia tamtego spotkania wprost tutaj jakby znów„na żywo” chociaż to tylko kolorowo – metalowy pomnik – i zakręciła mi się w oku łza. Patrzcie! – szepnąłem w duchu – Nikifor ma pomnik na Ukrainie, czyli w dawnej Polsce – a w nowej Polsce nie ma nic!. Z dużym rozrzewnieniem przeżyłem to spotkanie z wyobrażeniem, realnego w historii dzisiejszej, prymitywisty. Otóż powróciła dygresja sprzed lat, czyli tamto żywe spotkanie ze skromnym wychudzonym małym Nim. Bo okazało się, że z końcem roku szkolnego Ciulęba zabrał nas jednak na wycieczkę do Krynicy Górskiej. A pojechaliśmy tam, bardzo wczesnym rankiem w czerwcu, autobusem SAN za jakieś tanie grosze. Zwiedzaliśmy Krynicę, aż tu wychowawca – „ świeć Panie dziś nad Jego artystyczną i wrażliwą duszą”, oznajmił nam, że idziemy spotkać tego malarza – zwanego Nikifor – tylko się nie zdziwcie na Jego żebraczy wygląd! jak Go określił. Zobaczyliśmy bardzo małą mikrą postać w czarnym pomiętym ubranku jakimś garniturku zmierzwionym, postarzałą zgarbioną, pochyloną nad murkiem tuż przy drodze  nieopodal  Pijalni Wód, zobaczyłem na własne wrażliwe oczy porozkładane kolorowe karteluszki – malunki wielkości zeszytu i małego bloku rysunkowego, po przyciskane małymi kamieniami, żeby nie porywał ich wiatr. Nawet do głowy mi nie przyszło, że wokół Jego małej skromnej postury z nieogoloną twarzą, postaci mamroczącej coś pod nosem, dzieje się jakaś wielka artystyczna sprawa, co inni już przebąkiwali, jak np. mój wychowawca – i nikt absolutnie nie wierzył w Jego rodząca się „sławę”, a tym bardziej On sam!. Mój nauczyciel poszedł do mnie i zapytał mnie wprost ; „ no co Kresowaty podoba ci się to co ten żebrak robi? – wiesz, powiem ci w tajemnicy – on chyba niedługo będzie sławny – rozumiesz coś z tego co widzisz tutaj?” – jakoś tak do mnie powiedział… Uśmiechnąłem się z dezaprobatą, bo zobaczyłem rysuneczki bardzo dadaistycznie i prymitywnie namalowane, jakby z pobliskiego przedszkola ręką dziecka akwarelkami. I jak się po chwili się okazało, Nikifor coś mieszał pędzelkiem, i na twardej podkładce uwieszonej na szyi, oparty siedzący na maleńkim rozkładanym stołeczku, coś malował na już nakreślonym szkicu i znów coś innego jeszcze kreślił… Dziwiłem się przeogromnie, że tak może malować jakiś niedługo znany malarz. Mój nauczyciel wspomniał, że to jest artysta, który będzie miał wystawy w Paryżu i Niemczech i być może będzie Kimś uznanym. Jako uczeń miałem „wielkie fory” właśnie u Ciulęby – to nie przezwisko ale nazwisko) bo dobrze i sprawnie malowałem nie tylko akwarelami, i dobrze rysowałem, a z plastyki miałem zawsze ( przez całą szkołę podstawową) ocenę 5.  A teraz zobaczyłem ot! – jakiegoś „chłopka – roztropka” przy drodze, w jakiejś kolejarskiej pomiętej i brudnej czapce z daszkiem, który  porozkładał, pokrzywione i pogniecione czasem, maluneczki, chcąc za każdy jedynie po 50 groszy?. Pamiętam dobrze, bo dostawałem w owym czasie, idąc do szkoły, od matki prawie każdego dnia, 50 groszy na suchą bułkę. Ciulęba kupił był wtedy kilkanaście tych obrazków, niektóre były namalowane na jakichś dykturkach, czy na szarych okładkach?.  I przyznam się, że mnie dość ambitnego wówczas chłopca, ruszyło. Przyznam się tez do tamtej rozterki, że nie umiałem tego strawić, gdyż przerosło mnie takie dotykanie sztuki – mój nauczyciel uczy i wymaga coś innego! – a tutaj kupuje od Nikifora maluneczki, którymi się bardzo cieszy… Pomyślałem sobie – to ja tutaj się staram na lekcjach plastyki, maluję, cieniuję – uzyskując kąt padania światła i tonację kolorów, stosując się do uwag mego nauczyciela – a on uznaje dziecinne rysunki jakiegoś mamroczącego starca – co to ma znaczyć?!… I dopiero po czasie kiedy wkraczałem na pokład malarstwa zacząłem się dowiadywać wszelkich rzeczy jakimi się rządzi Sztuka z dużej litery, a mianowicie rządzi się szczerością! – Cóż! – wtedy nikt, tym bardziej ja nie mogłem  wiedzieć, że w przyszłości Nikifor będzie tym Kimś – Jako chłopak z zawansowanym pojęciem co do malarstwa, z brakami co do matematyki i fizyki oraz chemii i WF-u przezywany „Matejko”, wtedy nie miałem zielonego wyobrażenia o podstawowej istocie artyzmu, robiłem natomiast na polecenie „gazetki ścienne” i dekoracje na Święto Pracy 1-go Maja, wycinałem gołębie Picassa na tzw. „Akademie”, itp. rzeczy jak: afisze na „Zabawę Taneczną” dla Szkolnego Komitetu Rodzicielskiego, etc… I stojąc tutaj przed tym pomnikiem dziś przypomniałem sobie bardzo dokładnie taki epizod, czego zabrakło mi w Filmie biograficznym Państwa Krauze, a mianowicie tego jak Nikifor pluje do poszczególnych farbek i pociąga nimi swoje  naszkicowane architekturki. On malował też w formie ołtarzykowej ubranych bogato „tańczących” świętych prawosławnych w dużych mitrach, bogato i pysznie egzystujących w Jego wyobraźniach… I pamiętam jak wówczas zaglądaliśmy ciekawscy zza Jego pleców – co On i jak robi, a on coś mamrotał do Ciulęby, który kupował obrazki, a kiedy wiatr zwiał któryś – On schodził za murek, z tym mamrotaniem, i przynosił go przyciskając znów kamykiem.  Przyznam się teraz, że i  ja czasem w szkole praktykowałem to samo plułem do farb akwarelowych, kiedy nie było wody zwłaszcza w plenerze. Ciuleba zabierał nas często w Plenery poza szkołę. A tutaj patrzę – ten malarz też tak robi…   Hmmm, pomyślałem sobie stojąc dalej przed pomnikiem Nikifora we Lwowie, a przecież mogłem coś Twego Nikiforku wtedy za te 50 groszy kupić takie prawdziwe DNA rozumując w prostej drodze! – Kto z Państwa ma Nikifora na ścianie ma Jego DNA! – I po chwili śmiech mnie ogarnął i zadziwił stojącą obok Grażkę – Z czego się cieszysz głuptasie? – Opowiedziałem dopiero jej tę dość banalną przygodę z tamtej wycieczki do Krynicy Górskiej – epizod, który tutaj dygresyjnie przybiegł jak na zawołanie Nikifora…tym bardziej, ze Nikifor jest uśmiechnięty na pomniku, a przecież nie śmiał się, jak wiemy, całe swoje życie. Przybiegło tamto wrażenie, że ów malarczyk i pacykarz, jak jeszcze dziś mawiają, ma być sławnym – plując do farb!? – Sic! – Tego właśnie, powtarzam jeszcze raz, zabrakło mi w filmie NIKIFOR, bo dodałoby to trochę kolorytu, poza tym zabrakło mi w filmie jak maluje Nikifor, a widziałem to na własne „żywe oczy”! – A było to na krótko przed wystawą w „Zachęcie”, kiedy to opiekun i przyjaciel Andrzej Banach zabrał Go był do ówczesnej Warszawy. Nikifor nie wiedział nic co się dzieje i nawet gdzie się znajduje. Jemu nie było potrzebne jakieś forum, aplauzy, itp. efekty, nawet to, że Tadeusz Kantor wtedy przekazał mu przez dyrektora Galerii „Zachęta” pozdrowienia i gratulacje!.  Przecież wtedy, jak pojechał na otwarcie tej własnej wystawy, przed zakończeniu owych „ochów i achów” chciano zrobić grupową fotografię z artystą , jak było w zwyczaju – a okazało się, że uciekł z „Zachęty” i pod fontanną w pobliskim Ogrodzie Saskim, za Grobem Nieznanego Żołnierza, żebrał chodząc z czapką i z plastikowym czerwonym radyjkiem pod pachą i o dziwo – dawano mu! – nie wiedząc, że to ten Nikifor, który uciekł z własnej retrospektywnej wystawy.
     – Ale wracając do moich 12 lat i tamtego spotkania: przypominam sobie tamtego ducha i fakt jak trapiło mnie długo pytanie, dlaczego mój nauczyciel jeździ z wycieczkami szkolnym z innych klas do Krynicy Górskiej, kupuje coś takiego, jakieś bazgroły, kiedy sam pięknie maluje z doświadczeniem Szkoły Plastycznej?. Doprawdy! – „Dziwny jest ten świat” – dobrze pomyślał reżyser Krauze, żeby zaśpiewał Czesław Niemen na koniec filmu pt. NIKIFOR. Natomiast oglądając ten film autobiograficzny o Epifaniuszu Drowniaku po raz drugi, dowiedziałem się jeszcze więcej o tej postaci, a zwłaszcza o czasie tamtych egzystencji a przecież i ja wzrastałem w gomułszczyźnie i zamodryźmie tamtych stachanowskich dokonań, a tutaj w Krynicy był – i cicho biednie żył artysta, którego nie obowiązywały żadne reguły!
    i nawet w głowie mu nie było nic wiadomo o stanie sztuki – robił szczerze swoje, kiedy inni malarze, chcący „na siłę” się stać wielkimi, musieli wprost z nakazu uprawiać w ogrodzie socrealizmu chwałę dla ówczesnego systemu władzy – A ten „sobieartysta” było po prostu wolnym!. Gdyby mi ktoś wtedy powiedział wtedy, że … ale ja coś kapowałem, bo w domu mówiło się o tym – owym i tamtym. Ojciec mój Józef słuchał „wolnej europy” i nie lubił ruskich, ale ruskie pierogi musiały być na obiad w każda niedzielę. Zatem czasem kontrowersyjne rozmowy toczyłem z Ciulębą ja szkolny „Matejko”. I podejrzewam, że wiedział – gdzie, i po co jedzie z kolejną grupą kolegów uczniaków. Stoję przed pomnikiem Nikifora ja wtedy obok Niego pamiętam jak nie godziłem się z tym co malował i o coś Go wtedy zapytałem, nie wiedząc, ze trzeba głośno mówić, jako gówniarz zwróciłem na coś uwagę jemu Dirac co niektóry malunek do reki, a on zabierał i kładł powrotem na miejsce, nie mając wtedy, rzecz jasna, dystansu, coś mu chyba zarzuciłem – a on tylko pod nosem coś pomamrotał – jak to uczniaki roześmialiśmy się. A On odwrócił się plecami do nas, bo nic nie kupowaliśmy, i znów podreptał kilka kroków dalej do murka, gdzie leżała Jego torba.
    O Nikiforze dowiadujemy się jak o kolorowej legendzie, a prawda było wtedy, że z panującej biedy był wysyłany w plener na ulicę, żeby zarabiać nie tylko na jedzenie ale i opał, a także na swoje leki, bo wtedy już dużo chorował… Wkraczamy tutaj na grunt, kiedy to doznaje się pierwszych wartościowań odnośnie sztuki, która powstaje na określonej postaci i staje się jako całość. Przecież dzieci 12 letnie, jak wtedy ja, nie uczy się w podstawówce pewnej wiedzy co do zasad jakimi rządzi się sztuka, przecież w sztukach wtedy panował obowiązek głoszenia chwały Stalinowcom a wcześniej „Słoneczku, które zgasło”, i ja na wszelkie okazje malowałem ciągle łby Lenina oraz sierpy i młoty! – A więc, gdzie tu było jakiekolwiek miejsce na odrębne spojrzenie w prawdziwą sztukę? – Ciulęba mój wychowawca o tym dobrze wiedział, ale nie chciał i nie mógł nam wykładać tego zasadnie… Ot! – po prostu „malujcie co chcecie: przyrodę, słońce, dzieci, itp. rzeczy…od czasu do czasu rewolucję październikową i lot w przestrzeń kosmiczną Gagarina…” – takich rzeczy nie był świadom wtedy wolny prymitywista Epifaniusz Drowniak i dobrze, że nic z tamtej wrzawy nie rozumiał, bo nie wiele by namalował. Wtedy myślano, że to taki niedorozwinięty maniak – to taki… mówiono tu i ówdzie, pokazując znak fruwającej ręki przy głowie. Dobrze, że maluje, a nie kradnie, itp.. rzeczy. Komuniści natomiast nie zabronili dyrektorowi Domu Kultury w Krynicy Zdroju państwu Elli i Andrzejowi Banachom organizowania wystaw i opieki dalszej – jako menadżerom Nikifora wystawiać tych prac, bo myśleli, że to nie znajdzie nigdy a nigdy żadnego uznania, zwłaszcza poza granicami, przypadek ten dawał wtedy dużo do myślenia jedynie znawcom… Jeżeli wszystko w sztuce jest szczere i przeżyte – wtedy jest  oryginalne i może być zauważone – a do tego potrzeba jeszcze ludzi z „dobrą” wolą. Nikifor znalazł takich, budował swój świat misternie z namaszczeniem sacrum, które mu wpojono w Jego środowisku, prowadzając jako upośledzonego głuchego i nie mówiącego chłopca ułomnego w swoim wzroście do Cerkwi, lub sam chadzał, bo tam śpiewali i chodzili wokół z obrazkami i je całowali i sprzedawali na jarmarkach i odpustach. A jednak w Nim w okresie  najbardziej wrażliwym zapamiętywał się ów nastrój i stygły ruchome obrazy, które nakładały się na siebie wokół i krzepły z okolicy gdzie wzrastał. A później już jako dorosły, wychowany pokątnie przez różnych ludzi, jako porzucona sierota przez realny świat, nie miał własnej  świadomości, że to co maluje jest w jakiś sposób cenne i wartościowe oraz zauważalne powszechnie dla regionu i społeczności łemkowskiej. Prowadził dysput z sobą, kłócił się z gosposią, u której pomieszkiwał, kłóciła się z Andrzejem Banachem, który był do końca jego dni, takim niepisanym przyjacielem i opiekunem. Wychował się na peryferiach i perspektywach ulic, uzdrowisk tego miasteczka, w obrębie świątyń rosnących kopułami w niebo do Boga. I już jako dziecko namaszczony był samotnictwem żebrakiem… I dopiero gdy zaczął zdobywać laury miasto zafundowało mu opiekę lekarską i „dowód osobisty”, dodając nazwisko do imienia Epifaniusz Krynicki. A właśnie! – pyta mnie teraz tuż obok stojąca Grażka: „ skąd to dziwne imię Epifaniusz? – odpowiadam: Kiedy się rodziło kiedyś dziecko z nieprawego łoża jak Nikifor – dzieciom takim nadawano imiona z kalendarza, imię zapisane w danym dniu w kalendarzu. Jemu przypadło szczęśliwie Epifaniusz. Jakież to bardzo rzadkie ale prawdziwe…

    ZBIGNIEW KRESOWATY

  • Wspomnienie: W ROKU GROTOWSKIEGO – gdzie także trwa ROK MIŁOŚCI

    To świat cały obchodzi i uznaje rok 2009 Rokiem Grotowskiego. Jest to zarazem 10 – ta rocznica odejścia Jerzego Grotowskiego oraz 50 lecie przekształcenia w 1959 roku Teatru

    13 Rzędów w Opolu w Teatr LABORATORIUM, w którym Grotowski i Flaszen ucieleśnił ideę „teatru ubogiego”. Przypomnijmy zatem kilka faktów i terminów z tamtego czasu. Idea ta kładła nacisk na zasadniczy element każdego wydarzenia teatralnego: zintensyfikowaną obecność aktorów i widzów we wspólnej przestrzeni – kształtowanej do każdego przedstawienia na nowo. To bliski współpracownik Grotowskiego Peter Brook jako pierwszy nazwał Grotowskiego „Wyjątkowym”, ponieważ od czasów Stanisławskiego nikt na świecie nie badał natury aktorstwa, jego znaczenia, jego procesów duchowo–fizyczno–emocjonalnych tak dogłębnie i całkowicie, jak Grotowski całym sobą zwłaszcza po odbyciu wielu podróży, głównie po świecie Orientu w tym Indiach oraz po Stanach Zjednoczonych. To właśnie wtedy po powrocie Grotowski oddał się całkowicie tym badaniom i eksperymentom. Pamiętam te lata, kiedy to ganiałem do Laboratorium na takie spotkania. Były dni, że spotkania te były zamknięte. Wysiadywało się wtedy pod drzwiami słysząc różnorakie odgłosy i dźwięki z ceglanej Sali teatralnej lub słyszało się krzyk czasem ryk katowanego człowieka, głosy  przechodzące siebie. Schodził się tutaj w ratuszu wrocławskim cały świat wszelkich innych środowisk twórczych nie tylko teatralnych z Wrocławia i Dolnego Śląska, a także z Polski.

                  Kiedy faktycznie usłyszałem, że rok 2009 – ty będzie ogłoszony jako rok Mistrza Grotowskiego ucieszyłem się, a gdy już został ogłoszony Światowym ROKIEM GROTOWSKIEGO radość moja wrocławianina związanego ze sztuka przeszła moje osobiste oczekiwania… Chwyciłem jeszcze przed końcem roku 2008 za brystol i tusz i zaraz ekspresyjnie i metafizycznie nakreśliłem portret Jerzego Grotowskiego( podaje do tekstu

    w załączeniu) Twarz jaką zapamiętałem do końca dni bytności Grotowskiego przed wyjazdem na stałe do Włoch. Ta twarz z tamtych lat wpojona wbita w człowieka, który był i jest dalej przedmiotem badań Teatru laboratorium, a w istocie ukazująca Psyche samego Grotowskiego, twarz jaka wyobraża całe wnętrze tego wybitnego reżysera twórcy, praktyka i teoretyka kultury oraz badacza zachowań ludzkich w sytuacjach metacodziennych…

             Niejednokrotnie siedziałem obok Niego, a on między nami, stykałem się tu i ówdzie. Grotowski wraz z swoim współpracownikiem Ludwikiem Flaszenem często zapraszali do wspólnej kreacji w sztukach, wciągali publiczność, która była jakby częścią tej gry. Kiedy się szło na te spektakle można było wiele przeżyć, szło się z ciekawością – a wychodziło z przeżyciem…Pamiętam jak czasem szły mi ciarki po skórze, kiedy dochodziło do niecodziennych scen, szczególnie w grze aktorskiej Ryszarda Cieślaka, czy Cikutisa,  a to było bardzo emocjonujące, kiedy Mistrz naciskał na aktorów i publiczność, wymagał i silił  na większy wysiłek ciało aktora i – głosy ludzkie… Teatr Laboratorium, a głownie jego Guru, skupiał się głównie na wielkich tekstach klasycznych (zarówno polskich romantycznych: Mickiewicza, Słowackiego i Wyspiańskiego, ale i zagranicznych jak: Morlowe’a i Calderona, których rola w Polsce bliska była mitycznym tekstom Kultury pisanej z dużej litery. Najkrócej mówiąc inscenizacje te polegały na dokonywaniu wiwisekcji tychże mitów.

    W pracy z aktorem Grotowski nie skupiał się na zdobywaniu umiejętności – kładł bardzo nacisk na eliminowanie blokad wewnętrznych i fizycznych i nazywał swoje podejście

    via negaativa”, uznając, że na tej „negatywnej” ścieżce człowiek może dokonać swoistego „aktu całkowitego”, o którym mówił na swoich wykładach: „Jest to akt ogołocenia, zdarcia codziennej maski, eksterioryzacji”. To tyczyło się także widza obecnego na takim spektaklu. Czynione było to wszystko nie po to aby „się pokazać”, bo zamieniłoby się to w prosty ekshibicjonizm. Były to bardzo uroczyste akty ujawnienia się, również ze strony widza. Grotowski mawiał „aktor musi być gotowy do całkowitej szczerości”. Natomiast ów fenomen zyskał najpełniejszą realizację w wyniku współpracy Grotowskiego z Ryszardem Cieślakiem nad „Księciem Niezłomnym” (1965) oraz z całym zespołem nad „Apocalipsis cum figuris”

    (1968/69). W latach 70-tych Grotowski swoimi projektami parateatralnymi poszerzał granice teatru. Właśnie wtedy  w prowadzonych działaniach teatralnych w swoim Laboratorium podział na aktorów i widzów ulegał coraz bardziej zatarciu, powstawał wspólny obszar spotkań – dziedzina kultury czynnej w czym także czasem brałem udział. Jest to dla mnie wciąż niezatarte wielkie twórcze wspomnienie. Natomiast głównym elementem takiego działania tego etapu prac było badanie warunków, w których człowiek działa prawdziwie

    i z całkowitym oddaniem – osiągając pełnię indywidualnego potencjału ludzko – twórczego. Później idąc dalej w latach 70-tych Grotowski badał techniki rytualne wywodzące się

    z różnych tradycji źródłowych… A był to tzw. Teatr Źródeł. Natomiast idąc jeszcze dalej jakby chronologicznie zajmując kolejne obszary humanistyki od roku 1986 aż do swej śmierci Grotowski poświecił się poszukiwaniom określanym mianem Sztuka jako wehikuł. Skupiając się na działaniach powiązanych z bardzo starymi Pieśniami, które jak wiemy pełniły w prastarych czasach i w średniowieczu funkcje rytualne, które i obecnie mogą wywierać bezpośredni wpływ na – jak to określił Grotowski – głowę, serce i całe ciało. „Kiedy mówię o sztuce jako wehikule, odwołuje się do wertykalności” – twierdził Grotowski.

               Natomiast kiedy patrzę z perspektywy tamtego czasu w dzień wstępny roku 2009 –go, gdzie raptem ten ogłoszony ROK GROTOWSKIEGO miesza się z ogłoszonym również „Rokiem Miłości” – myślę sobie: dokąd dziś dotarłyby działania Grotowskiego, gdyby mistrz żył. Ile jeszcze mógłby podjąć projektów i eksperymentów, ile jeszcze dzieł, nie koniecznie klasycznych, poszło by pod działanie Teatru Laboratorium, myślę jak dziś wyglądałby ten Teatr Wszechczasów. Dziś Teatr Laboratorium stał się Instytutem dalszych badań zwanym imieniem Jerzego Grotowskiego. Ale z drugiej zaś strony myślę, że wszystko o TEATRZE ŚWIATA, czyli światowym, zostało ogłoszone, i tutaj wyeksperymentowane i oznajmione

    Także w wielu pracach naukowych. Być może i nawet szczęśliwie się stało, że wszystko co tyczy się miłości komuluje się z sztuką Grotowskiego, ponieważ ten Teatr Grotowskiego pokazuje wielką stronę humanistyczną Sztuki bytu naszego i wskazuje antropologicznie, że cała wyobraźnia, a co za tym idzie fascynacja miłością wywodzi się z pra – pra starej natury, do której wracał po przez mity, pieśni, wierzenia i rytuał także Grotowski. Zatem poddaje tak wysnutą tezę pod dalszą dyskusję, i w stosunku do Roku Miłości – 2009, ROK- owi GROTOWSKIEGO: bo trzeba było wielu lat pracy i kontaktów oraz dogłębnych działań, żeby uświadomić światu, że teatr prawdziwy nie polega na strojach i masce, ale na wnętrzu człowieka, czyli na sferze humanizmu metafizycznego. Zatem co tak naprawdę wynieśliśmy dla siebie z tamtych odkryć działań Mistrza Grotowskiego dla samej miłości człowieka do człowieka. Co? – Na ile gotowi jesteśmy przekraczać granice swej witalności, świadcząc prawdziwość miłości, a ile jesteśmy w stanie wysnuć z morału utwierdzającego nas w miłości, na ile dla celów miłości bliźniego jesteśmy oddać się w ostateczności dla drugiej połowy swego świata, a na ile jesteśmy w stanie poruszać wirtualność ku spełnieniu marzeń, które ustateczniają najprawdziwszą miłość do bliźniego. Aczkolwiek inna jest miłość do przeciwnych płci, a inna jest miłość snująca się w zapisach biblijnych dotykająca funkcji Najwyższego wymiaru i Fenomenu Boga, a co za tym idzie samego istnienia bytu. Miłość wyznał, na początku panowania, i snuję nasz Rząd, tyle, że nijak słowa polityków nie pokrywają się w ich obietnicach, natomiast świadczą hipokryzję, a wypowiedziach samych polityków świadczy o cyniźmie i partykularyźmie. Miłość bliźniego świadczy chrześcijaństwo –  A dziś już nie ma prawdziwego chrześcijaństwa, bo nie ma prawdziwie odwzorowanych „świadków naocznych”, natomiast dekalog – najprostsza konstytucja humanistyczna wyryta na kamiennych tablicach, jest bardzo liberalnie interpretowana i przyjmowana dla nowych „rzędów dusz”  – Wreszcie, jako pokolenie porozumiewania się kulturą obrazkową, dziś bez funkcji prokreacji nie istnieje. Zatem i tutaj poszerzyliśmy granice miłości, ale być może tak inteligentnie, że przeciw sobie, dominując nad prastarą naturą, z której wywodzimy funkcję wyobraźni a co za tym idzie kreacji nie tylko dla sztuki. Czasem bijemy się w piersi, mówiąc, że tak ma być, często szokujemy wnętrza bliźnich. Mówimy dziś, ale w głębi mamy na myśli jedynie funkcje rozkoszy. Tak na prawdę nie wiem, czy powinienem takie tezy stawiać i przeciwstawiać je sobie skoro życie samo stało się tak prozaiczne i coraz bardziej niezrozumiałe w rozumach oraz negujące całą antropologię istnienia dowodząc, że to my dziś mamy racje nie wnikając antropologicznie w funkcje sztuki – A do tego nie koniecznie trzeba magów a jedynie szczerości. Dziś tego nam brakuje. Świat staje w masce przed sobą i kłamie…

               – Kiedyś ku poszukiwaniu sacrum dzisiejszego odbyłem ponad 50 „rozmów artystycznych” z koryfeuszami Kultury sztuki i Nauki Polskiej. Pierwsza część zbioru tego dokumentu już się ukazała ( „Między Logos a Mythos” : 350 stron, twarda okładka, ikonografia), natomiast do II-giej części  pt. „Między mythos a sacrum” między innymi zaprosiłem i odbyłem spotkania :  ( prof. Henryk Mikołaj Górecki, prof. Andrzej Strumiłło, prof. Krzysztof Zanussi, prof. Michał Łesiów z KUL-u, Ryszard Kapuściński, czy Bolesław Taborski z Londynu, inni…którzy bardzo ciekawie opowiadają o zagadnieniach Sztuki.) – zaprosiłem także dr-a Krzysztofa Miklaszewskiego – schulcologa i katorologa, reżysera, aktora w Teatrze Kantora, byłego dyrektora Teatru Telewizji i dokumentalistę oraz teatrologa – ponieważ watek Grotowskiego i Kantora przeciwstawiłem sobie prowokacyjnie w pytaniu końcowym do Niego, pragnę zatem ujawnić, jeszcze przed drukiem, mały fragment tej rozmowy, właśnie o Jerzym Grotowskim, z którym się mój Szanowny Współrozmówca przyjaźnił. A oto co dopowiedział o Mistrzu Jerzym Grotowskim Krzysztof Miklaszewski:

    Zbigniew Kresowaty:  – No właśnie! – Bywałem na spektaklach Grotowskiego, czasem zamkniętych, tych eksperymentalnych, gdzie On tak jak i Kantor dopilnowywał gry na scenie. Grotowski swego czasu przemieszczał się w różne punkty świata, jeździł, żeby stworzyć siebie na nowo, jakby chcąc dotknąć swych snów – wizji np. udał się do Indii, szukał także gdzieindziej w Buddyzmie w sercu kultury Orientu, czytał mistrzów wtajemniczeń i pewne kwestie przywoził tutaj, co Go również zmieniało, zwłaszcza po tym czasie wędrowania zmienił swój wygląd, estetykę kreacji osobistej i bytowania… Może nie grał sobą, ale wszedł głęboko w pewne kwestie duchowe, nawet w pewne tajemnice i jakby posiłkował się nimi.

    I jest chyba tak, że Grotowski foruje człowieka żywego, chcąc go posłać, żeby obudzić umarłych po przez ruch mięśni, aż ku zmęczeniu, ale i po przez dźwięk wewnętrzny obudzić metafizycznie prawdziwy głos humanizmu. Jest to Głos czasem wprost ryczący, i taki jakby zwierzęcy oraz słowa w przestrzeni posyłane, żeby zaistniały, słowa falowane dźwiękiem zza światów czasem przedmiotami potrząsając. Ustawia aktora jako postać żywą anonimowa w stosunku do widza, przywołuje medium, które ma wykreować z człowieka prawdę w szczerości nieokiełzdanej, a wszystko to epatowane jest z żywego organizmu aktorów i widza prowadzanych razem ku sobie – Są te teatry Kantora i Grotowskiego kreowane jakby na poleceniu i nakazie powrotu antropologicznego jak ongiś wiara.  Kantor za pomocą żywych budzi umarłą klasę… Grotowski, szuka granicy przejścia do umarłych…I jest tu jakaś wiara praca w sacrum ? – Wiara w to, że wszystko to gdzieś trwa, coś budzi lub kładzie spać.

    Czy dobrze to rozumiem panie Krzysztofie?

    Krzysztof Miklaszewski – Grotowski szukał w człowieku iście żywym. Jakiegoś motoru, żeby uruchomić jakiś rezonator, żeby odpowiedzieć sobie na podobne pytanie. A tego się nie da zrobić! – Stanął pod ścianą. To może zrobić tylko myśl. On chyba zrozumiał, że fizycznie tego w żaden sposób nie przeskoczymy, i nigdy nie będziemy w stanie tego wyartykułować z naszej fizyczności. Myślę, że Jemu KTÓRY ma ogromną wiedzę wydawało się, że człowiek  po prostu poprzez motorynkę fizyczności jest w stanie to napędzić, i kiedy już, nawet jako zespół, gdzie każdy artykułuje swoje, dochodzimy do tego, że uda się coś osiągnąć…

    Grotowskiego znałem od lat, i powiem panu coś takiego – A mianowicie – jak wspomniałem, nie da się tego fizycznie zrobić, bo człowiek swego organizmu nie przemieści w inny wymiar – człek ma odpowiednią wydolność i skoczek, który skacze powiedzmy 1metr i 50 centymetrów na treningu, a tu jako aktor – On mu kazał skakać 1metr dziewięćdziesiąt, i to za każdym razem, w pewnym momencie wysiada, i stąd te wszystkie samobójstwa także w grupie Jego aktorów. Jest to załamanie się w tej niemożności przebicia się przez własne ciało! – które jest tą złożoną, jak się okazuje, barierą. Mimo wszystko, że ta gra jest po prostu perfekcyjna – ale okazuje się, że mimo wszystko wielkiego wysiłku w tym umysłowego to wszystko potoczyło się znacznie w dal, ale później jest już tylko koniec i ściana.

    Z. K.  – I aż tutaj się chcę zapytać, co można zażyć na przedłużenie tej linii wyjścia z własnego ciała? – Czy aktorzy Grotowskiego używali takich środków? – Czy coś Panu o tym wiadomo? – Jaka wiedza i jak ona była przekazywana aktorom?  – może jakieś stopnie wtajemniczenia itp. rzeczy? – które był przywiózł Grotowski z sobą? – Może Panu coś o tych sprawach wiadomo? – Bo mnie owszem – tak!

    K.M. Aktorzy Grotowskiego też używali takich środków – a był to na pewno alkohol i narkotyki, przecież do Polski przywędrowała subkultura hipisowska wraz z narkotykami. Sportowcy używają steroid i innych rzeczy, o czym często słyszymy – No i właśnie osiąga się już ta ostateczną mistrzowską formę, o ile się uda przemycić! – i co teraz dalej? – Gdzie? – I albo się trzeba wycofać tak jak Maja Komorowska nasza polska znana aktorka z Teatru Labolatorium od Grotowskiego – one same zmierzyły siły na zamiary, że tego się nie da w żaden sposób zrobić. I teraz spójrzmy na tragiczne losy tych czy innych aktorów – rozbudzeni do granic wytrzymałości; Cieślak, Cynkutis… odchodzą, ale nie wracają. Jest tutaj jeszcze jedna rzecz, o czym nie zapominają ci wielcy „aktorzy” tzn. szamani. Są oni niezwykłymi aktorami jakich widziałem w swym życiu. Nie zapominają o tym, że to oni są nauczycielami i że są odpowiedzialni za innych. Znaczy to, że on szaman tak się pobudza, żeby przekroczyć cielesność, ale nie pozwala na to innym, gdyż wie dobrze, że jest to granica, której się nie przekroczy, a dojść do jakiegoś punktu granicznego w tej metafizyce może tylko on sam – ale już nie inni, których zna lub nie. Wie on, że potem jest już tylko śmierć. A śmierć jest już tylko końcem przebudzenia, oczywiście, że jest jeszcze to kontynuum, ale jest to już w innym wymiarze, a do samej fizyczności nie ma już powrotu. Jeżeli chcę oddziałowywać jako nauczyciel i aktor jednocześnie, ja muszę żyć! – U Grotowskiego nie wiem jak on to traktował i czy przekazywał im tą swoją wiedzę, nazwijmy ją, tajemną. Natomiast kiedyś stosowano przekaz taki – owszem, jest wiadomo o takiej wiedzy w japońskim teatrze, gdzie my teraz mówimy z takim przekąsem, że teatr japoński, czy hinduski to religia – Jest religią, gdyż musi przejść te wszystkie dalsze stadia, nazwijmy je „wyższymi”, czyli osiągnąć ćwiczeniami wieloletnimi wiedzę większą, a jeżeli ta wiedza przyziemna, musi – ale i tak się zatrzyma na tym poziomie najwyższym. Dalej się nie da już zrobić ani pół kroku. A zależy to od dostępności i ograniczenia swoich środków jakie się posiada do dyspozycji w danym miejscu i czasie. I żeby osiągnąć perfekcyjność co do wejścia w takie sfery i powrotu, trzeba nad tym pracować już od najwcześniejszej młodości. Tego się nie da zrobić jakby wycinkowo a już nigdy, gdy w pewnym momencie życia dopiero zaczęliśmy się tym zajmować i to bez wiedzy uprawiać. Co do sylwetki Jerzego Grotowskiego mogę powiedzieć jasno – że On też nie był do końca tak poważnym jak Go przedstawiano, choć za życia okrzyknięty legendą. Ja po Jego śmierci napisałem nekrolog następujący, który bardzo zezłościł profesora Osińskiego i innych apologetów. Grotowski był też takim trochę despotą, rzeczywiście takim reżyserem  dopilnowującym, co powodowało różne perturbacje wokół. Na pewno chciał osiągnąć jakiś ideał, taką jasność myśli, żeby wieloznaczność słowa nie zakłócała i nie zabrała mu danej koncepcji, bo jak się gra na niuansach, na tych setnych częściach sekundy – to tak wygląda jak z mistrzem olimpijskim – dzięki setnym sekund jest się nim. To prawda, że Grotowski był promotorem tego, że źle użyty wyraz kładzie całkowicie daną koncepcję. To jest racja! – i to jest wielka odpowiedzialność za słowo, i ja wcale mu się nie dziwię. Z drugiej zaś strony był to człowiek tak mądry, że miał ogromny dystans do siebie. To bardzo cenne u mistrza, to charakteryzuje mistrzów. Powiem, że przy mnie nic nie musiał udawać, a przyjeżdżałem i chodziłem do Niego z moim przyjacielem Jerzym Falkowskim, którą notabene był także wspaniałą postacią.

    Z. K. – Czyli nie można oddzielić prawdziwego aktorstwa od życia na scenie, z tym bytem normalnym przyziemnym? – Nie da się zejść ze sceny, przyjść do domu i wskoczyć w pluszowe kapcie i już jakby się dalej nic nie działo – Nie da się, gdyż pasja wnika w człowieka w każdy zakamarek kości, pod serce i pcha się w sen. Z tego co charakteryzuje dobre aktorstwo, lub inny zawód artystyczny – jest się albo nie! – tak jak u Szekspira? –  Ale jest przeznaczona ku temu jakaś świętość, namaszczenie, czar lub nadistnienie, gdzie się jest na takim ciągłym czuwaniu…Takie rozwarstwienie nie jest raczej możliwe – przyjść do domu Kantorowi, wskoczyć w fotel i czytać gazetę! – Wydaje mi się, że aktor bardziej gra pośród ludzi, bardziej naturalnie a jeżeli na scenie, gdzie musi na zawołanie udawać – tutaj ma wiedzę i gra z osobą z tą napotkaną osoba – lustrem, gra scenę życia, które spotkało się z drugim życiem w mimice, spojrzeniu i na jakąś konkretną okoliczność? – To może być stragan, sklep – ale i ulica, która pokazuje go palcami…prowokuje do wskoczenia na podium.

    K. M.  Kantor nie oglądał telewizji, ale na przykład przyglądał i oglądał mnie w TV, po to, żeby mnie sprawdzić co ja robię tam w telewizorze, i co mówię o Nim. Czy nie knuje przeciwko Jemu.

    Z. K. A pamiętam ongiś w latach siedemdziesiątych i później także bardzo często Pan bywał na srebrnym ekranie jako osoba w kulturze bardzo opiniotwórcza i nie tylko w Pegazie – każdy program kulturalny bez Pana wypowiedzi nie był dobrym – Pamiętam wszystko, wtedy śledziłem co do joty, i rzeczywiście w rozkwicie Teatru Cricot – 2 , był Pan wtedy bardzo popularny.

    K. M. I dobrze pan pamięta! – gdyż ja rzeczywiście wtedy mogłem być bardzo popularny, a skoro pan mówi – to pewnie tak! – A w „Pegazie” rzeczywiście było bardzo wiele – Ja po prostu czerpałem wszystkie swoje wypowiedzi i przedsiębrałem różne działania lub artykułowałem swoje krytyczne opinie wprost z teatru i z otoczenia ludzi teatrów, z Kantora także. Dzięki temu powstała u mnie wielka i wspaniała dokumentacja teatralna z tamtych lat, i przyznam się, że chcę teraz z tego zrobić takie filmy dla Ministerstwa Kultury, chcę napisać, uwaga! – to prapremierowa wypowiedź! – A mianowicie, będzie to taka prawdziwa historia Polskiego Teatru od 1945 roku – prawdziwa! – powtarzam – tzn. nie sugerowana i nie oparta na jakichś ideologiach – Prawdziwy, niezależny, rzetelny dokument. Owszem, te czy inne ideologie mają jakiś wpływ na teatr, ale ja chcę odwrotnie to pokazać, że to teatr kształtuje i występuje przeciw tym ideologiom i ich ideałom.

    Z. K. Będzie to o całym Teatrze Polskim czy też światowym? – i jego koryfeuszach jak

    w Polskim to: Dejmek, Swinarski, Kantor, Grotowski i inni na pewno? – A ten zagraniczny?

    K. M. Tak! – na pewno Polski, a być może i zagraniczny, głównie ten o osobowościach, które miały wielki wpływ nie tylko na nasz rodzimy teatr , ale i światowy – W wracając jeszcze do Grotowskiego i wspomnianego tu Falkowskiego, opowiem pewną rzecz – ale to za chwilę. Wpierw skończę, jak już  wspomniałem o naszym wspólnym przyjacielu naszym Falkowskim – ja z Nim właśnie i sam także, odwiedzałem Grotowskiego – Powiem tak, dzięki nieboszczykowi Falkowskiemu, związanemu z takim awangardowym teatrem studenckim STU, w Krakowie, a i całym podziemiem filmowym, zostałem dobrze wprowadzany do Grotowskiego. Jeździliśmy do Wrocławia, byliśmy zapraszani, później Grotowski przyjechał do nas do Krakowa do Teatru STU. Kantor też o tym wiedział, i o tym że miałem dobry kontakt z Grotowskim. Dlatego nie lubił moich kontaktów z innymi koryfeuszami teatralnymi z zewnątrz, niezależnie czy to był teatr STU czy Gardzienice, a tu przyznam się w Gardzienicach np. zrobiłem dyplom z „Umarłej Klasy”, ale powiem, że miałem i inne kontakty z reżyserami i aktorami teatrów w Polsce. I tutaj zaczyna się ta moja opowieść o pewnym spotkaniu z Mistrzem LABOLATORIUM, które odbyło się jak zwykle w Hotelu „Monopol” przy ul. Świdnickiej we Wrocławiu ( dziś już nie istnieje kawiarnia na piętrze)

    – Tam w takiej lodzi, gdzie siadywał sobie zawsze Grotowski, jakby cały taki „Naczalny” Bohemy Wrocławia ( teraz nalewa sobie pan Krzysztof lampkę wina i chwilami z radości  podśmiechuje się ) – a było to kiedyś: podpuszczony koniaczkiem przez nas Grotowski, opowiedział nam jedną taką historię pt. „Jak przestałem być komunistą”( tu głośno śmieje się) –  A trzeba wiedzieć, że Grotowski, jako student Szkoły Teatralnej, był wielkim aktywistą

    w ZMP a później i w PZPR, i jakoś się wtedy otworzył opowiadając z szerokim uśmiechem na ustach, a rzadko się śmiał, że wtedy on właśnie wymyślał rozmaite rzeczy, które dla socjalizmu by się przydały. Zatem pewnego dnia wymyślił taką akcję, razem z ówczesną Milicją Obywatelską, że studenci z PWST razem z tą Milicją będą resocjalizować kurwy

    ( tu znów ogromny śmiech nas obu ). Działo się to tak, że Milicja zwoziła do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej te kurwy z Miasta Wrocławia, a studenci prowadzili z nimi wykłady o posłannictwie tzw. „Matki Polki” w ówczesnym socjalizmie. Trwało to jakiś czas, a Grotowski był szefem tej całej akcji, aż pewnego dnia przywieziono tutaj taką, nazwijmy to, „piękną cizię” – no i ja jako Grotowski wziąłem się za wygłaszanie komunałów do tych kurew, a zwłaszcza do tej jednej z krowimi oczami, wziąłem się do takiej płomiennej mowy o tym posłannictwie co do tej naszej Polki, czyli o nawracaniu na dobrą drogę, zwracając się do niej Obywatelko – A ona siedziała sobie na środku sali z założonymi nogami i popatrzyła swoimi wytrzeszcz krowimi oczkami na mnie i w pewnym nieoczekiwanym momencie mówi tak: „Ja ci się tak kurwa przyglądam – i tak sobie kurwa dywaguję – czemu ty stary kutasie się o moją dupę troszczysz” – Słysząc to z ust Grotowskiego wszyscy razem buchnęliśmy głośnym przerywanym śmiechem. A po chwili Grotowski dodał ; „ właśnie w tym momencie zwątpiłem w komunizm” -. I przyznam, że to mnie ujęło najbardziej u Grotowskiego – ten dystans do siebie, i poczucie w tonie humoru nieprzymusowej spowiedzi – I dziś myślę sobie tak, że znowu nie znacie Grotowskiego! – A już tak całkowicie anegdotycznie można sparafrazować, odnośnie tej przemiany, samego mistrza Grotowskiego, że : podobno prawdziwego Grotowskiego zjadł Yeti, a mnisi buddyjscy podmienili na innego a jeżeli ten, który nosił krawat i czarny garniturek.

    Natomiast jako autor tego „wspomnienia”, pragnę jeszcze dodać :

    Tadeusz Różewicz wspomina o przemianie wewnętrznej Jerzego Grotowskiego już w roku 1970, w jednym ze swoich wczesnych esejów – mówiąc językiem poetyckim metamorfozach, że jest nie bez znaczenia jest zmiana swego wyglądu, tutaj artysty niebywałego…  A więc, metamorfoza zewnętrzna daje nam znak o przewartościowaniach wewnętrznych. A to staje się zazwyczaj po niebanalnych podróżach. Tutaj Grotowski zostawił swój czarny garnitur w jakiejś pralni, wracał jako „dziecko kwiatów miłości…
    Zbigniew Kresowaty

  • Z CZASU NATURY, JEDNA – wspomnienie o Mariannie Bocian – poetce

    Znałem ją wystarczająco długo, bo od roku 1980, kiedy to spotykaliśmy się jako środowisko literacko – artystyczne dość często we wrocławskiej Kawiarni Literackiej Kalambur przy Teatrze OTO KALAMBUR, który jeszcze w tych latach funkcjonował. A dziś pozostało wspomnienie o tej najpiękniejszej kawiarence Literatów w Europie jak mawiał Bogdan Litwiniec , ówczesny dyrektor Teatru włączający się w wszelkie działania literacko- artystyczne „kalambur”- To tutaj poznaliśmy się z Marianną Bocian poetką. Trwał właśnie „stan wojenny „i był środek zimy …Niejednokrotnie spotkania , które organizowała ongiś Halina Litwiniec (aktorka) np. pt. „Gość z Polski” odbywały się nielegalnie i przedłużały się do północy… Wielokrotnie upominała nas Halina , żebyśmy zachowywali się ciszej , gdyż zawsze , zwłaszcza po 22.oo może tu wejść ZOMO lub jakowyś „ludki” z podniesionym kołnierzami, jacyś stupajkowie i nas wylegitymować i spałować solidnie. Zapraszani tu byli między innymi tacy poeci z „Pokolenia , które wstąpiło” ale i tych „niepokornych” czy opozycyjnych jak : Antoni Pawlak , Kasia Suchcicka, Robert Gawłowski, Piotr Cielesz, Ewa Filipczuk, i inni dobrze zapowiadający się młodzi pisarze .Ale gromadzili się też tutaj na wspólnych spotkaniach poeci tzw. „Nowej Fali” czy choćby formacji „Hybryd”. Były też inne wieczory burzliwe rozmowy z wątkiem opozycyjnym w tle jak np. spotkanie z Olkiem Rozenfeldem , który stanął na stole w środku kawiarni deklamując czasem krzycząc Achmatową czy Cwietajewą wiersze przetłumaczone przez siebie na Polski .Ale co trzeba wiedzieć, nie było tutaj żadnej dyskusji bez udziału Marianny Bocian , Marka Garbali czy Roberta Gawłowskiego lub Janka Stolarczyka -dyrektora Wyd. Dolnośląskiego .Nawet pomiędzy sobą się konstruktywnie spierali, czasem nawet kłócili czy wręcz obrażali. Kiedyś publicznie na takim spotkaniu powiedziała Marianna; „Nie myślcie sobie!, nie byłabym Marianną Bocian, gdybym tu głosu nie zabrała”. A zabierała głos w sprawie kardynalnej : fałszywych kreacji, w sprawie jakichś marnych samookreśleń w ówczesnej poezji . Marianna była bezkompromisowa i ganiła wszelki fałsz w Sztuce każdej ,głównie w poezji, jeżeli ta dana sztuka występowała przeciw naturze i przeciw Duchowi Świętemu …Nie szła nigdy na tani populizm, na dewiacje w poezji a wszelkim tu politycznym gierkom ucierała nosa. Przy każdej innej ,(nawet tej czy innej prywatnej )rozmowie o literaturze stawiała na uczciwość i wiedzę o podmiocie .Sama także zaliczała się do poetów opozycyjnych zaczynając w latach sześćdziesiątych w AGORZE uniwersyteckiej we Wrocławiu ,i kiedy to zaczął się ten „zamordyzm” gomułkowski i ruch socrealistyczny PRL-u w sztuce oponowała…Wzywano ją często do przybytków ówczesnego prawa za a za „niewyparzony język” do aparatczyków , konfidentów i ku Milicji karano na przesłuchaniach , wcześniej oferując jakieś profity… Ale ona nie poddawała się nigdy i odsyłała ich „do diabła” w precz!- Zwierzaliśmy się sobie niejednokrotnie .”Nigdy nic nie przyjęłam od łapsów i stupajek , którzy za mną łazili sprawdzali dowód , etc, etc…” – mówiła z pasją…Często mawiała , jeżeli chodzi o poezje, że” każde działanie nasze , jako istot myślących , powinno i musi być oparte na racjonalności rozumu , musi być humanistyczne – a nie tego wyćwiczone inteligentnie…” Dużo studiowała Norwida i innych z poezji klasyki ,uważając to za podstawę warsztatu pisarstwa , jego podejścia patriotyczno- literackiego ,były inne cenne jej wzory promieniujące na owe nasze czasy „solidarnościowe” .Poetka wydała ponad 17 tomów wierszy, dużą ilość esejów o „Niespotwarzaniu twórczym…” używając tzw. słów synonimów np.: spotwarzanie, twórstwo, Jednia, samoistość , samotnienie, orgiastyczne mordy (chodzi o mordowanie),jestestwo… Jej debiut przypada na lata studiów na Uniwersytecie Wrocławskim na wydziale filologi oraz później nauk filozoficznych od lat 1962.A pierwszy tomik poezji wydała w 1966 roku pod pseudonimem Jan Bełczeński, (od nazwy swojej rodzinnej wsi Bełcząc w woj. lubelskim.) Pochodziła z rodziny ziemiańskiej., którą prześladowano w przeszłości za związki z partyzantką i za „kułactwo” z okresu stalinowskiego. Była też Marianna pomysłodawcą kilku wystaw „poezji konkretnej” jaką wówczas współtworzył jej przyjaciel wybitny grafik artysta Stanisław Dróżdż z Wrocławia. Jak pamiętam jakże trudno było wówczas stać się choć trochę przyjacielem Marianny Bocian, lub chociaż outsaiderem! – Jednakże udało mi się bez jakichś specjalnych podchodów znaleźć wspólny język…Byłem wówczas świeżo upieczonym artystą plastykiem i piszącym poezję. Marianna lubiła plastyków, na pewno miała z nimi swoje kontakty -być może dlatego(?)i ja załapałem się na jej przyjaźń…Wiedziałem ,że należy być przede wszystkim szczerym i słownym oraz prezentować własny pogląd w sprawie każdej sztuki i ,że należy się szanować. Marianna wyczuwała każdą amatorszczyznę i bylejakość przechodzącą podświadomie w powierzchowność. Wyczuwała wszelkie niesubordynacje literackie i braki w wiedzy. Wielokrotnie odwiedzałem w późniejszym okresie Mariannę w jej domu na ul. Ścinawskiej 12 w jej małym mieszkanku , gdzie odbywało się Jej „twórstwo”- Nie wiem jak to się wszystko u niej stawało , pisała słuchając głośno Radio, ale wiem też (jak mi oświadczyła później),że to dawało Jej ogromnego przysłowiowego kopa i tak zwaną samo-korektę przez ćwiczenia podzielności uwagi . Nie szczędziliśmy sobie szczerych słów dlatego i zaczęła bywać u mnie w domu, zapraszana przez moją Grażkę na rozmowy w kuchni .Zawsze przychodziła na łazanki, pierogi , zawsze z czymś ze słoiczkiem grzybków, z polnymi kwiatkami zerwanymi na pobliskim klombie lub z butelką czerwonego wina ,przesiadywała w kuchni, a rzeczy te czy inne przywoziła z Bełcząca od brata ,któremu bardzo pomagała na gospodarstwie rolnym. Bywałem też w Jej rodzinnym domu tam na Kresach pod Lublinem w Bełczącu stoi dom pod lasem… Zajeżdżaliśmy wprost do niej, kiedyśmy się włóczyli po Polsce po ścianie polsko –wschodniej .Wówczas brat jej częstował winem swej roboty i boczkiem wędzonym. Siadywaliśmy na progu domu a w oborze kwiczały wieprze , rżały konie, gdakały kurki, a sad uginał się pod sobą od antonówek ogród pachniał kapustą…Kiedyś jadąc na święto Spotkań Poetyckich do Białegostoku do Miejskiej Biblioteki Publicznej zabraliśmy się razem, ale wpierw trzeba było przez trzy dni zbierać i kopcować ziemniaki. Buszowało się po sadzie i ogrodzie przydomowym. Dziś wydaje mi się, że właściwie powinienem napisać bardziej o Jej twórczości i jej podmiotowości jednak nie da się tylko tak. Marianna kursowała pomiędzy Wrocławiem a Bełczącem do rodzinnego domu . Jej ręce spracowane od roli umiały wszystko oporządzić , latały jak aligatory -a trzeba było wcześnie rano wstać o 3.000 koniom siana dać ,stanąć u parnika, świniom naważyć… Teraz przy tej całej aktywności jej życia, ta wiadomość nagła wszystkich zaskoczyła a mnie ogromnie: była sobota 5 kwietnia (2003) wieczorem zadzwonił Tadek Sławecki jej kuzyn daleki ,dziś Poseł na Sejm i były wiceminister Oświaty w Rządzie Buzka.: Zbigniew?- Tak! usiądź sobie spocznij sobie! –co się stało pytam – „Marianna nie żyje, zmarła rano w Radzyniu Podlaskim „-To Ty pisałeś jej „słowo wstępne” do ksiązki „Przebudzeni do życia”?- tak!- Zaniemówiłem ,gdyż dwa dni wstecz rozmawiałem z nią osobiście i serdecznie przez telefon w Bełczącu ,chcąc uzyskać zgodę o podanie jej książki na Konkurs ciekawych wydawnictw wydana w ATUCIE wrocławskim…Marianna Bocian jako poetka miała swoje wady i stany jak każdy dobry twórca , stad nawet tytuł ksiązki przełomowej w jej życiu pt. : „Stany Bliskie i Konieczne „.Każda książka Marianny Bocian jest ważna i znacząca a nader wszystko kontrowersyjność tej postaciowości w każdej z nich wyeksponowana.. Jak już coś robiła ,tworzyła , to nie było zmiłuj się ,włączała w to cały swój zasób wiedzy , której miała pod dostatkiem. Jeszcze zupełnie nie tak dawno bo z początkiem roku 2003 wydała w Wydawnictwie ATUT książkę bardzo kontrowersyjną „O ukrytych nurtach w polskiej literaturze” pt. „Ostatnia rozmowa z Joanną Salamon” gdzie obie dokonały rozbioru cząsteczkowego „Traktatu teologicznego” Cz. Miłosza. (To w sprawie tej właśnie ksiązki dzwoniłem na kilka dni przed jej odejściem do domu rodzinnego gdzie pojechała na wiosenne porządki i prace w polu …)Obie poetki przyjaźniły się długo i żadna tajemnicą nie jest ,ze nie pozostawiono tutaj żadnej suchej nitki na Nobliście. Marianna Bocian była często poróżniona w różnych środowiskach artystycznych, jej cięty język głosił nie tylko poezję ale obalał herezje artystyczno-literackie w postmoderniźmie i wprost w konceptualiźmie …Miała swój stosunek do poetów BRULIONU i tzw. „barbarzyńców „jak mówiła namnożyło się różnej maści nowych pseudo-poetów a z tym bełkotu i grafomanii… Nie znosiła nigdy tzw. „towarzystw wzajemnej adoracji” ,nie uznawała układzików itp, rzeczy. Jeżeli ktoś nie umiał uzasadnić swoich twórczych mocy ganiła go; „przestań bracie pierdaczyć”…Marianna nie zwracała żadnej uwagi na estetykę ubioru. Chodziła sztubacko ubrana , ciągle z lufką w spalonych ustach nasączona zapachem nikotyny… Odkrywamy dziś jednak w Mariannie jakby dwa oblicza jej heroizmowi i pracowitości literatura i ziemia , poezja i rola ,ale nader wszystko uczciwa była w tym jej EGO praca. To ,że często jeździła do brata w lubelskie pomagać (gdyż on stary kawaler samotnik) stwarzało w niej takie napięcie ale i wieklką radość. Nikt w tamtych stronach tak na prawdę nie znał jej jako poetki, pisarki, twórcy…Za życia nie rozumiana a przez krytykę nie klasyfikowana Poetka dziś śmiało zajęła miejsce w gronie w koronie poetów tzw. „Nowej Fali” ukształtowanej, jak wspomniałem w sprzeciwie ku „zamodryzmowi” władzy lat sześćdziesiątych w naszym PeeReLu. Są to m. innymi : Kornhauser, Krynicki, Lipska, Barańczak , i kilku innych…Była także taka jakaś rozdarta i zatroskana o losy świata i własnej rodziny… Marianna często jechała w rodzinne strony pracować ,żeby wracać i we Wrocławiu wszystko spisać po przez metafizyczne doznania …Marianna lubiła ludzi, chodziła do nich i miała przyjaźnie ,nie tylko wśród artystów, ale wśród zwykłych ludzi a także pośród :lekarzy, profesorów…Wolna i dopełniona odeszła nagle w wieku 61 lat. Spoczywa w Czemiernikach (miasteczko rodzinne k/ Bełczaca) Świeć Panie nad jej poetycka duszą …Niech stąpa po wiecznych wrzosowiskach śpiewając „kiedy ranne wstają zorze…” – Cześć Jej talentowi i Jej Pamięci….

    Zbigniew Kresowaty

  • Gwiezdna podróż ku planecie GENIUSZ – Wspomnienie o S. Lemie

    Nie jest smutne to ,że odchodzi w kosmos swego odkrytego świata kosmicznego i futurologicznego pisarz zjawisko ale to, że odchodzi jakby nie uhonorowany najwyższą nagrodą literacką – jedynie spełniony pisarz ,tłumaczony na różne języki świata , któremu wiele innych Nagród się bezsprzecznie należało. Odchodzi Epoka (i Podpowiadacz) – Inspirator Nauki XXI Wieku CYBER ,a także Człowiek , który utorował drogę pewnym „osobistościom” do Nagród Noblowskich nie tylko Naukowych , sam jej nie biorąc sobie za honor i nic więcej w zamian nie biorąc jedynie wielkie uznanie i autorytet Geniusza …Jego nakłady wydań książkowych to 41 milionów egz .w świecie. To nagroda iście piękna cenna i na wieki spamiętana wielowymiarowa jak kosmos w którym podróżował Jego natchniony zmysłowo umysł.. Stanisław Lem odszedł dziś po południu 27-go marca w wieku 85 lat jako pisarz bardzo doświadczony z niezwykłym ilorazem wyobraźni podbudowanej wielkim wizjonerstwem, wyczuciem wprost dokumentu i chwili wieku, a także wynalażczych praw epoki . Pisarz instytucja Rozumu i Woli . Odszedł Geniusz Alfa i Omega , który zapisał się swoimi ścisłymi wzorami prawie fotograficznie matematycznymi krzywikami nie tylko w nauce ale w naszej zwyczajnej kliszy jako wzór wizjonera ponadludzkiej myśli… Powiedziałem ,że nie jest smutne, gdyż pisarz miał 85 lat i jakby spełniony bez reszty ,gdyż tłumaczony na wiele języków był w wieku bardzo doświadczonym w tym doświadczony swoimi książkami , które wytyczały Jego spojrzenie w przyszłość i dawały się nam zbliżać do ponadczasowości tej mitycznej w „podróżach gwiezdnych” , które zazwyczaj ogłaszane proroczo spełniały się snem fantasmagorią i fatamorganą …Zajmował się egzystencją czasu istoty wszechludzkiej homo sapiens…Mimo, że pracował w młodości jako spawacz fizycznie , później ukończył medycynę i inne fakultety naukowe Jako istota wprost nadrozumnie natchniona już od wczesnych lat pokpiwał sobie z siebie mając poczucie czasu i jego przypadkowość , którego był zegarem wielowymiarowym osobnym ,mówiąc : Mogłem być kuną albo bobrem, albo wcale nie być nawet w Nikim, być może KTOSIEM… Ale nie daj BÓG (w którego na pewno wierzył) urodzić się w Chinach albo w Rosji sowieckiej, lub nawet w Ameryce co byłoby bardziej przykre ,lub jeszcze gorzej gdyby urodzić się 200 lat wstecz, gdyż wtedy było dużo pcheł i żadnych środków owadobójczych. Mimo to zmarnowałem wiele czasu na to co oznajmiłem, a można było dużo więcej! żeby być tym kim obecnie jestem” -Miał Lem jak każdy skromny geniusz poczucie humoru nad zwyczaj metaforyczne i wielki dystans do siebie. Stanisław Lem: pisarz epoka , pisarz jakiego nie będziemy mieli jako ludzkość długo jeszcze, być może dopiero za kilkaset lat?…Pisarz ,który wygłosił całe ciągi swoich przepowiedni i napisał na tych przepowiedniach wiele proroctw jako takie socjologiczno – filozoficzne rozprawy uzasadniając je dowodami ,którymi były wydane książki wielonakładowo w wielu językach nawet chińskim i japońskim…Zajmował się także panaentologią nauką ,która odrzuca supremację, gaszącą umysły. Nie smucił się rozbieganiem cywilizacji ale co rusz przestrzegał moce sprawczo -chciwe człowieka myślącego o nie wykraczaniu przeciwko naturze . Debiutował w 1946 roku nowelą pt.: „Człowiek z Marsa” ,później przyszły : „Powrót z gwiazd”, „Solaris”, „Opowieści o pilocie Pirxie”, „Dzienniki Gwiazdowe”, „Cyberiada”, „Śledztwo” i „Katar” -jedna z największych opowieści. Swoją biografię opisał w powieści „Wysoki Zamek”. Wiadomo, że Stanisław Lem uprawiał prozę dyskursywną : „Dialog”, „Suma Technologia’e”, „Filozofia przypadku” , „Fantastyka i Futurologia” , „Rozprawy i szkice”, i inne- Ale trzeba wiedzieć, że nie brakowało u pisarza odniesień ku życiu społeczno – politycznemu, odniesień ku zawirowaniom we wspólnotach ludzkich i ku ich działaniom sprawczym .Na pewno uśmiałby się ,że odszedł w dniu kiedy udaremniono przemyt dwu tysięcy pijawek ,mówiąc ,że być może to spadek po duszach chciwych w innych wcieleniach (podano w późnym wieczornym w dzienniku. Pisarz lubił rozmowy z poczuciem czasu i jego humoreski ,jeżeli one zaciekawiały jego umysł lub pobudzały jakieś nowe rozmnażające się „szare komórki” lub intrygowały albo irytowały…Zapewne o odejściu pisarza poświęconych zostanie wiele szpalt i dyskusji. Ale ja natomiast mam swoje wspomnienia , kiedy to spotkałem się z tą osobowością na Jego planecie- półtora roku wstecz- w Jego przeszklonej ogromnej kosmicznej bibliotece, zabiegając o „rozmowę” do (drugiej części) książki z „rozmowami artystycznymi”, której tytuł brzmieć będzie: MIĘDZY MYTHOS A SACRUM . Nadmieniałem wtedy ,że idzie mi o rozmowę (o sacrum )o godnej przyszłości…Postawiłem wtedy także pisarzowi co zresztą go nie zdziwiło: pytanie z kluczem ,a było to małe „oświadczenie” – i spostrzeżenie kosmonauty i naukowca jako taka prywatna dygresja do jego lotu wokołoziemskiego jako Mirosława Hermaszewskiego .Kosmonauta bezpośrednio po locie znajdując się już na Ziemi ponoć powiedział, wiem ze tak :” Bóg istnieje i czym bardziej oddalasz się od wioski Ziemi tym bliżej zbliżasz się do Jego Oblicza”…Kosmonauta przeżył coś ponad i nad-zwyczajnego, dodając :” …I jest chyba tak ,że kiedy człowiek oddala się od domu po wielokroć daleko poza swą wewnętrzną przestrzeń fizycznie w przestrzeń , wtedy ona go uczy pokory i musi on pomyśleć o nadprzyrodzonej sile,” tej która go ku sobie porwała wpierw i poniosła. Lem zawsze chciał polecieć w przestworza ale pewnie ponad to co odkrył dalej się już nie oddali zasiadając na wozie małej niedźwiedzicy, i tak miał ogromny dystans i osobiste wyczucie racjonalności myślenia ,żeby tworzyć irracjonalnie. To dygresyjne pytanie wtedy go zafrapowało zaintrygowało… Jednakże nie było mi dane spotkać się z pisarzem na konkretną rozmowę, zaczynał chorować – A tak bardzo liczyłem . Spóźniłem się? -Co rusz na skrzyżowaniu miga prawdy czerwone światło? – Nie spóźniam się na wers ,o którym rozprawia ta prawda uczuciem względności…A teraz przyznam się przy tej okazji ,jak ongiś Lemowi ,że to piętrowe pytanie o odlot o Boskość zadałem wcześniej naszemu kosmonaucie generałowi Hermaszewskiemu .I był zadzwonił kiedyś kosmonauta do mnie o 10.ooo (sić!)do domu ,oświadczając gotowość do tej „rozmowy ponad-artystycznej” , która miała być jakby nie uzasadniona obok Sztuki i jej spraw, ale! – Generał wypowiedział takie słowa ;” tego Panu nie powiem, gdyż o tym nie mógłbym drugi raz powiedzieć i co wtedy napisałbym w własnej książce(?) , którą obecnie zamierzam wydać .Odpowiedziałem: „najgorsze panie generale ,że –bez tego pytania nie ma żadnej rozmowy! – „Zobaczymy! -Tak, tak zadzwonię do pana jak będę u rodziny w Wołowie..”- Dziś nie ukrywam ,że jakoś chciałem te dwie rozmowy tych dwu osobowości całkiem innych powiązać i samymi tłami się zainspirować-Tyle ,że mi chodziło bardziej o świat nadprzyrodzony TAM u GÓRY ,z której bardziej on przemawia do człowieka jako mrówki , którą (jak powiedziałem) „Bóg posyła ,żeby zbawić świat” ,a jeżeli jakieś cybernetyczne ciekawostki inspirują nas to jest tylko cząstka zdobytej wyobraźni poetyckiej ku przejścia przez coś ważnego ,żeby stać się tylko narzędziem metamorfozy….Metamorfozę przechodzi się w odosobnieniu, gdzie największą poezją jest milczenie, które przedłuża życie w przestrzenie ogromne i totalne być może(?)
    – Dziś ,w takim dniu wiem ,że nic z tych niezależnych nagranych wcześniej rozmów nie będzie. Odeszła wyrocznia i umysł ścisły ,ale budowniczy w Kosmos przyszłości i będzie naszym patronem wędrowców nawiedzonych posłannictwem osobnym. Powiedział ongiś Einstein : „wyobraźnia jest ważniejsza niż wiedza” -I to jest prawda , która budowała całą futurologię Stanisława Lema –Tak mi się wydaje!- A nawet to i czuję. Żeby rozwinąć umysł homo sapiens trzeba było człowieka kamienia łupanego , człowieka homo – wiator , homo – faber . A więc , nie będę miał swojej rozmowy ze Stanisławem Lemem pisarzem , którą odnotowałem w swoim projekcie złożonym jako książkę na ten rok, tego mi bardzo braknie w realizacji pomysłu w uzupełnieniu jego retoryki twórczej…Człowiek umysł a także pamięć , która zawsze nazywam pamięcią przyszłości zatrzymała się .Pisarz epoka ,który poruszył galaktyki a jednocześnie chciał rozmawiać z tymi , którzy jeszcze coś chcieli od niego i do jakby do Jego cybernetycznej nadwrażliwej zmysłowości, choćby na moment się podłączyć.


    Zbigniew Kresowaty

  • ODEJŚCIE W KATALEPTIKON

    Przykro jest otwierać listy ,które zawierają tylko kilka słów skąpych ale
    treściwych. Dziś tj. 24-go sierpnia w godzinach popołudniowych otrzymałem
    taki właśnie list z Gdańska :”Córka Bożena Budzińska zmarła 13 sierpnia. z
    poz. Irena Budzińska” w górnym prawym rogu kolorowa fotka kwiatu pochylonego
    w dół. Rozpoznałem papeterię Bożeny ,na której inna ręka pisze najważniejsze
    powiadomienie do wszystkich którzy Ją znali lub czytali…Tak się składa
    ,że znajomość moja z nią oraz jej twórczością trwa ponad 10 lat. Listy
    przychodziły regularnie ,czasem okazyjnie na Święta- zawsze. Umiałem z
    nią, lub ona ze mną, znaleźć wspólne odniesienia do świata i wyobraźni
    twórczej, przywoływanej z abstrakcji przestrzennej… Ostatni list majowy
    z Garajdołu ,jak mawiała o swoim mieście pieszczotliwie, trochę zatrwożył
    mnie ,gdyż ujawnił i odsłonił jej osobowość na wskroś fizycznie a przecież
    przedostatni , zresztą na tej samej papeterii list, doniósł że właśnie
    powraca zza światów ,gdyż przeszła śmierć kliniczną… A „chodzenie o
    kulach utrudnia kontakt z otoczeniem…Kiedy żegnamy poetów artystów i
    ludzi którym opowiedzieliśmy pewne historie a oni zabierają je dalej poza
    ten tunel, to tak jakby i nas trochę ubyło trochę- o tym nie trzeba
    przekonywać…Odeszła poetka, pisarka, prozaik , pedagog
    szkolny. Pozostawiając bardzo ciekawy dorobek po
    sobie ,twórczy stan i nagły merytorycznie, z którym będą się musieli
    borykać krytycy i znawcy Literatury Polskiej. Twórczość ta” mieni się
    klejnotami morza i ziemi, bytów widzialnych i niewidzialnych. Jej twórczy
    trud opiera się głównie na grze wyobraźni. Kontury rzeczywistości ledwo
    rysują się w morzu istnień niepodległych, powołanych do życia
    umiejętnością kreowania obrazów…”-Tak pisze do wstępu tomu poezji Anna
    Kajtochowa. Ten właśnie tom , jej ostatnią i nie jedyną zresztą książkę
    miałem okazję i przyjemność ilustrować na okładce. Jeszcze w tym roku z
    życzeniami Wielkanocnymi praca graficzna dotarła i uradowała poetkę. Z
    radością mnie o tym powiadamiała…Nie bez kozery zatytułowałem swoją
    grafikę :”Na dnie mórz pracują Anioły”-Zauważa to także krytyk w „słowie
    wstęonym”. Bożena Budzińska popełniła kilkanaście książek. Są to nie tylko
    tomiki poezji- ale opowiadania , kilka powieści ,I-szy tom sagi
    metaforystycznej(obecnie pisała drugą część) Metaforyzm to kierunek w
    Sztuce ,który narodził się głównie w plastyce i przeniknął dalej w inne
    profesje jak np. poezja. Jest najbliższy realizmowi realnemu ,wiąże się
    często z fantastyką. Wszystkie utwory napisane przez Bożenę wywodzą się z
    ziemskich doznań wizji, wykraczających poza fizyczne
    doświadczenia. Zauważamy to również w poezji autorki, w jej postrzeganiu
    filozoficznym i socjologicznym otoczenia. Budzińska lubiła kontakty z
    ludźmi ,obserwowała ich zachowania ich inteligencję i imaginacje
    bytowe. Jeżeli idzie o poezję w dalszym ciągu, to jest twórczość
    „treści”. Nie jest to poezja czystych impresji i efektów estetycznych z
    czystą narracja i metaforyką. Prawdy rodzące się tutaj wychodzą z
    intrawertyzmu w splotach indywiduum własnego. Być może Budzińska nie była
    wystarczająco dobrym partnerem dla swych środowisk literackich, ale wierna
    sobie doszczętnie. Jednakże wszystkie te twórcze wzmagania są delikatne
    ubrane w przeźroczysty kostium ,otoczone zmysłową inteligencją i wiedzą.
    Przezywano ją „Bretone” w listach BiBi- a to chyba dlatego , że kojarzyła
    się z kostiumem Anglii, a nawet mitami brytyjskimi. Nic też dziwnego ,dużo
    czytała z angielskiego , znała ten język doskonale. Ukończyła Uniwersytet
    Gdański na wydz. polonistyki. Warsztat Budzińskiej nie budził żadnych
    zastrzeżeń a krytyka którą uprawiała zawierała duże ładunki
    spostrzegawczości i bystrości oraz wiedzę i terminy literacko-artystyczne.
    Były to cenne wypracowania poparte dygresjami, eseje…na temat określonego
    stanu rzeczy ,bo podparte elokwencja i stylem do poszczególnych odnośników
    w literaturze. Nie lubiła: kiczu i populizmu, sprzeciwiała się jawnie
    fałszowi i nietaktowi. A co tyczy się nie tylko poszczególnych autorów- ale
    i czasopism literackich. Nie lubiła oszustwa i cynizmu. Kiedyś w liście mi
    napisała , że „w Grajdole mam tylko jednego wroga- babę p. A.N. i nie
    muszę znać jej cynizmu i hipokryzji…”- .Bibi nie miała praktycznie
    wrogów ,doświadczona przez chorobę wrodzoną nigdzie nie uczestniczyła, nie
    bywała. Raz pamiętam przyjechała z młodzieżą do Brzegu na NAJAZD POETÓW.
    Później musiała bytować w domu o kulach. A gdyby tak z góry spojrzeć na
    poezję Budzińskiej to przed oczami rozciągnie się oceaniczna przestrzeń, a
    przede wszystkim ta głębinna, „gdzie pod tą arkadyjską powierzchnią toczy
    się potężna walka pierwotnych żywiołów, nawzajem zwalczających się…”-Tak
    pisał wybitny krytyk .Zaiste to proza: impresyjna, oniryczna ,nawet
    halucynacyjna stykająca się z konstruktywnym wizjonerstwem na światy. Jest
    to swego rodzaju „traktat literacki” łamiący pewne zasady i kody przy
    konstruowaniu rzeczywistości literackiej ,jest to Traktat o tworzeniu
    filozofii, nawet teorii słowa w literaturze. Ignoruje autorka w swych
    dziełach ustalone kody narracyjne spopularyzowane przez awangardę.
    Wielostronne widzenie tej autorki to dar i używanie wyobraźni i wrażliwości
    jako materiału używki halucynogennej ,patrząc świeżo na otoczenie ludzi
    przeróżnych warstw. Odeszła postać ważna w Literaturze Polskiej, o czym
    na pewno będzie się mówić…Odeszła osoba doświadczona bólem i samotnością
    ale i doświadczona niezależnością artystyczna. Przyjrzyjmy się jej, odeszła
    postać kreacyjna i kreatywna nie pozbawiona talentu, który jej stawiał
    barierę. Cześć fantastycznej Pamięci Twórcy Niezwykłemu , odrębnemu i
    niezależnemu .Niech Anioł prowadzi ją w tunel ,gdzie czeka ojciec.

    Zbigniew Ikona-Kresowaty

    Ostatni list Bożeny Budzińskiej do Zbyszka Kresowatego

    Grajdoł, 24.05.2005 r.

    Drogi Zbyszku- Ikono!
    Dziękuję za imponujący list, na podobny wysiłek jeszcze mnie nie stać
    (jednorazowy),choć powstaje moja nowa powieść (zdanie po zdaniu).Chętnie
    się z Tobą zobaczę, zwłaszcza że wiem, jaki to wysiłek dla osoby
    schorowanej odbyć podróż tak daleką i to pewnie na czterech kółkach! To
    krzywe pisanie wynika z tego, że piszę leżąc. Przyzwyczaiłam się i tak
    powstało w ciągu minionych lat parę powieści. Smuci mnie tylko to, że nikt
    ich nie przeczyta do końca świata. Nie jestem nikim znanym z czego innego
    niż pisanie, a teraz trzeba być nawet więcej niż kardynałem, żeby
    zauważono. Nie przychodzi do Ciebie (w noce bezsenne) Marianna? O mnie
    pamięta tylko zmarły 16 lat temu ojciec. Czeka na mnie w tunelu. Możesz
    nie wierzyć, ale gdy uczyłam się chodzić o kulach, przyszedł w nocy i kazał
    mi iść o własnych siłach. Podziałało! Jeśli teraz pomyślę o Mariannie, to
    jestem pewna , że złości się na tych wszystkich, którzy dopisują się do
    Jej Dzieła. Tak się nie robi! Hieny…Może tak jest zawsze gdy ktoś
    odchodzi? Czekam na Twoje wywiado-rozmowy w książce tak jak i Ty-z
    tęsknotą. Dowiem się wielu rzeczy , o których nie wiedziałam. Zawsze z
    wywiadów się czegoś dowiaduję, co mnie dziwi albo smuci. Jakichś prawd o
    Sztuce. Muszę zacząć wychodzić z domu, po to człowiek ma nogi. Trzymaj za
    mnie, bo schody są okropne! One mnie jeszcze zatrzymują. Poprzednio-to nie
    pierwsze takie zasłabnięcie-trwało to wychodzenie 2 miesiące! Odczuwam już
    symptomy choroby więziennej, a jednocześnie boję się świata ludzi wolnych!
    Czy jeszcze zachowam się w miarę normalnie w sklepie czy w restauracji. A z
    tą dietą uważaj! Ja też jadłam tylko serek homogenizowany i owoce, aż
    dostałam takiej anemii, że jeszcze podobnej w szpitalu nie mieli-3%
    hemoglobiny! Co prawda w Oświęcimiu badań nie robili ,ale w lutym, marcu
    tak właśnie wyglądałam. Możesz nie wierzyć, ale jeszcze dziś skóra wisi na
    mnie jak na psie. O ciuchach nie mówię. Na szczęście koleżanka przynosi mi
    to i owo.
    Pozdrawiam serdecznie: Wielka
    Buźka!
    -Bibi

  • ŚLADY PAMIĘCI – Popiersie Marianny Bocian w Czemiernikach

    Popiersie Marianny Bocian (1942 – 2003 ) z roku 2005, projektu Zbyszka –Ikony Kresowatego wykonane przez Zbigniewa Kulasa ze Strzegomia- znanego artysty rzeźbiarza i kamieniarza , ufundowane zostało (2005 roku w kwietniu) „z potrzeby serca” przez Fundację Artystyczną –ERANOS z Wrocławia, Jej grono przyjaciół, gdzie Marianna Bocian pełniła funkcję Członka Rady i była zaangażowana w jej cele merytorycznie…
    Popiersie z piaskowca (wysokiej klasy) podarowane zostało miasteczku Czemierniki obok którego leży (2 km.)wieś Bęłcząc i poświęcone w Kościele Parafialnym na otwarcie II-go dorocznego Sympozium im. Marianny Bocian zorganizowanym ku jej twórczości i pamięci w Czemiernikach przez: Czemiernickie Towarzystwo Regionalne i bliskich przyjaciół poetki oraz przy współudziale Władz Samorządowych, Marszałka Sejmiku Lubelskiego, Dyrekcji Wydziały Kultury i innych zaproszonych gości z Uniwersytetów Lubelskich , Kurii i najbliższej Rodziny poetki, eseistki, krytyka, mającej za sobą wiele publikacji książkowych i ogromną ilość publikacji oraz udział w Almanachach Poezji i Nagrodach Literackich Ogólnopolskich…
    Początkowe zamierzenie szło w stronę pomieszczenie popiersia na płycie grobowca Bocianów, lecz w związku z tym że cała rodzina poetki dokonała przeniesienia grobowca rodzinnego w inne miejsce Cmentarza Parafialnego w Czemiernikach ,mieszczącego się obok w/w Kościoła, ostatecznie zostało usytuowane ono w Gimnazjum Szkolnym przy ul. Kockiej ( Gminy Czemierniki pow. Radzyń Podlaski), gdzie został zorganizowany tzw. „Kącik Autorsko-Poetycki Poetki im. Marianny Bocian”, w którym znajdują się książki i pamiątki po wybitnej poetce Regionu i Podlasia . Jest to, jak oświadczyły Władze Miasta ,zaczątek zorganizowania i powołania Muzeum im. Marianny Bocian na Podlasiu, gdzie popiersie zajmie swoje godne miejsce pośród pamiątek i książek poetki.
    Idea popiersia (z piaskowca, o wymiarach : wysokości ok.75 cm i szerokości 65 cm), powstała już na I Sympozium o twórczości Marianny Bocian w Czemiernikach w roku 2004-tym przez długoletniego przyjaciela poetki Zbigniewa Kresowatego i Tadeusza Sławeckiego (członka i kuzyna rodziny) –Posła na Sejm i Prezesa Cz.Tow.Reg. oraz Tadeusza Karabowicza , jako pierwszy sprawiedliwy wyraz ku upamiętnieniu dorobku poetki z Bełcząca, idea poparta oficjalnie przez Czemiernickie Stowarzyszenie Regionalne w osobie Prezesa (byłego W- ce Ministra Kultury w Rządzie M. Buzka ) obecnie jako Posła na Sejm . Ideę inicjatywą poparły władze Samorządowe Województwa i Czemiernik w osobie: Burmistrza Miasta jak i Dyrekcji Gimnazium, w którym odbywają się coroczne spotkania z poezją Marianny Bocian jak i Ogólnopolskie Seminaria Twórcze . Rozstrzygane są tutaj Ogólnopolskie Konkursy Poezji i Recytacji wierszy Jej imieniem pod nazwą GNOMA.
    Osłonięcie uroczyste popiersia ,które jest sugestywne sylwetce i osobowości twórczej M. Bocian, odbyło się w zabytkowym Kościele Parafialnym (ufundowanym przez Ród Firlejów) w Czemiernikach o godz.9.oo i poświęcone zapoczątkowaną Mszą Świętą ,za duszę św. Pamięci Marianny Bocian ,celebrowaną przez Proboszcza Parafii. Popiersie przewieziono po Mszy na salę Sympozium , gdzie ogłoszono wyniki I-go Ogólnopolskiego Konkursu Im. Poetki pod nazwa GNOMA. W części artystycznej młodzież recytowała poezje Marianny Bocian przy współudziale mediów :Prasy Radio i TV z Lublina. Warto przypomnieć ,że Jerzy Zaleski kręcił tu swój film o osobowości poetki ,a trzecim dniu imprezy Jerzy Zelnik wybitny aktor wraz z Wojtkiem Konikiewiczem kompozytorem (muzykiem) przedstawili monodram –Koncert (program słowno -muzyczny) pt .”Odsłona Słowa” w Radzyniu Podlaskim.
    Koszt popiersia , które zostało znakomicie przyjęte w środowisku intelektualno –kulturalnym, nie jest znany albowiem jest to dar chwili i serca dla Ziemi Czemiernickiej wykonany przez Zarząd Fundacji ERANOS z Wrocławia , i ma uzmysławiać o znaczeniu tej wyjątkowej i ambitnej twórczości stojącej najbliżej natury i humanizmu a i godności osoby ludzkiej…Jest to hołd dla tej postaci o wysokim image patriotycznym kochającej przywiązanie do Ziemi i korzeni twórczości klasyków głoszących swe wersy ku wolności Ziemi Polskiej ; Słowackiego ,Mickiewicza ,Norwida, Asnyka ,Leśmiana a także i innych młodopolskich Poetów .Jest to znak upamiętnienia również dla Rodziców Marianny Bocian, których jako rolników-chłopów „władza ludowa” rozkułaczała w okresie stalinizmu. Jest tu mowa o godności i poświęceniu się twórczości powstającej w specyficznych warunkach formacji poetyckiej „Nowej Fali”, której to orientacji była Marianna Bocian ,uznana z chwilą śmierci za wybitną i cenną dla Regionu Podlasia .Ale ma również ten znak w tak przedstawianej skromnej formie naturalistycznej (z ptakiem na ramieniu) uzmysławiać o tym, że poezja ta tworzona w autopsji ,jest nie bez znaczenia na współczesność . Poetka ta mieści się, w/g wszelkich opiniotwórczych środowisk twórczych i artystycznych , w ścisłej Koronie poetów i Twórców orientacji występującej wobec „zmordyzmu” gomółkowskiego w latach sześćdziesiątych… Jest to postać o bardzo oryginalnej twórczości , która stworzyła wiele prac eseistycznych ,a także jest autorką wieku rozpraw senso -stricte naukowych ,ogłaszanych systematycznie w NOWATORZE -czasopiśmie naukowym ( ogólnopolskim) , wtórująca zasadzie ,że ” nie należy i nie wolno wykraczać przeciwko naturze i Duchowi Świętemu…” – Należy wspomnieć ,że popiersie jest kolejnym śladem ku Jej Pamięci, po tym jak wmurowano tablicę pamiątkową z brązu -płaskorzeźbę z wizerunkiem poetki u wejścia do Biblioteki Publicznej im. Marianny Bocian otwartej w pierwszą rocznicę śmierci we Wrocławiu przy u. Gubińskiej , dzięki staraniom profesora Stefana Bednarka z Uniwersytetu Wrocławskiego , gdzie kilka lat wstecz była pracownikiem. W tej nowo otwartej placówce kulturalnej przy ul. Gubińskiej na Nowym Dworze mieści się tzw. Kącik- „Izba Pamięci” Poetki zgromadzonych pamiątek jako spadek: książek dedykowanych , bibelotów, obrazów.
    -Obecnie czynione są starania ,żeby w najbliższym czasie odsłonić tablicę pamiątkową z marmuru w Kościele Parafialnym w Czemiernikach, gdzie przed 62 laty została ochrzczona poetka. Świadczyć to będzie ,że osobowość ta wniosła również duży wkład w życie społeczności chrześcijańskiej kultury tej Ziemi Podlasia, co również zawiera się w twórczości Marianny Bocian.

    Zbigniew Kresowaty